BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mżący Przelot x Mewi Puch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mżący Przelot x Mewi Puch. Pokaż wszystkie posty

01 listopada 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Samowolnej Łapy (Mewiego Puchu)

Takich słów się nie spodziewała. Zamrugała, zaskoczona spoglądając na syna.
Nadal nie czuła się dobra w to całe rodzicielstwo. Odchowała Ikrę i Kijankę, a później samego Mewę. Wytrenowała dwójkę uczniów. Jednak nadal nie była pewna, czy wszystko zrobiła dobrze. Nie chciała mówić, że jej przybrany syn był… Problematycznym dzieckiem. Wolała myśleć, że jest po prostu bardzo emocjonalny, tak jak ona – i stąd tyle konfliktów pomiędzy nimi.
Zamilkła na moment, odbiegając myślami w przeszłość. Czy naprawdę była najlepszą osobą do odpowiadania na takie pytania?
— A chciałbyś? — zapytała w końcu, spoglądając na niego kątem oka.
Cisza. Skupiła się na bawiących ze sobą pociechach Biedronkowego Pola. Jej wąsy zadrżały. Lubiła kocięta; do momentu, w którym nie musiała się nimi opiekować.
— Nie wiem.
Pokiwała głową. Czuła na sobie wzrok Mewy, jednak nie odwróciła się w jego stronę. Nie wiedziała, co jeszcze mogłaby mu powiedzieć. Sama nie wiedziała, czy chciałaby jeszcze kiedyś powtórzyć przygodę z rodzicielstwem; nie wiedziała, czy kiedykolwiek chciała doświadczyć jej nawet ten pierwszy raz.
Usłyszała, jak łapy uczniaka stąpają nieskoordynowanie po ziemi. Chwilę później jego łaciata łepetynka otarła się o jej bark, a skołtunione futerko przycisnęło się do jej boku. Oparła policzek o czubek jego głowy.
— Ty też byłeś uroczy, gdy byłeś mały. Nawet bardziej niż one.

***

Pochyliła głowę, upuszczając złapaną wcześniej rybę na ziemię. Przez szpary pomiędzy liśćmi do żłobka wpadały pojedyncze promienie słońca, tworząc jasne plamy na jego ścianach.
Spoglądała na jej syna. Jej syna, który spoglądał na własnego syna. Wydawało się jej to bardzo dziwne. Nie myślała, że kiedykolwiek zostanie babcią – tym bardziej królewskiego dziecka. Zwróciła spojrzenie na zajmującą jedno z legowisk Czychającą Murenę, ciasno owijającą ogonem ich dziecko. Klekotek, tak go nazwali. Przekręciła głowę nieco w bok, wzdychając. Relacja księżniczki i Mewy ją zaskoczyła. Nigdy nie wiedziała, że byli ze sobą blisko. Czemu wojownik jej o tym nie powiedział? Nie ufał jej? Czy może bał się?
Jej wąsy opadły nieco. Cóż, już nic z tym nie zrobi. Może się cieszyć jego szczęściem. Mewa odwrócił się, zanotowawszy jej obecność. Uśmiechnął się szeroko. Być może będzie on lepszym rodzicem, pomyślała, niż ja.

Koniec sesji, miej się dobrze moje ulubione dziecko <3

12 lipca 2025

Od Samowolnej Łapy CD. Mżącego Przelotu

Słysząc te słowa poczuło, jak łzy zbierają się im w ślepkach. Połknęło ledwo co ciężką gulę w gardle. Doceniało, że kotka próbowała zachować optymizm, ale w jej stanie... Nie potrafiło jej okłamać. Ani powstrzymać łez. 
— Dlaczego...? — miauknęło, chowając zapłakany pysk w futrze rodzicielki. 
Niebieska milczała chwilę. 
— Dobrze wiesz, że nie mogłam Spienionej Gwieździe odmówić wykonania rozkazu. — mruknęła cicho im do ucha. 
Przykryło poranioną kitę wojowniczki swoim ogonem. Nic z tego nie rozumiało. Ich mama, pozostałe koty... wszyscy wyglądali jakby ledwo uszli z życiem. Było im słabo patrząc po znajomych pyskach także znajdujących się w legowisku medyka. A to wszystko jedynie po to... właśnie po co? W jakim celu stracili tyle kotów, a innych ciała pokryły się bliznami. Mewa nie pojmowało tego wszystkiego. Tego nieustannego cyklu przemocy. 
— Proszę nie płacz. — szepnęła Mżawka. 
Wciągnęło gile. Próbowało złapać spokojniejszy oddech, lecz jedynie na nowo się nakręcało. 
— Obiecaj, że już więcej nie pójdziesz... — wymruczało w sierść rodzicielki. — Nie przeżyję bez ciebie. 
Poczuło, jak przyciąga ich bliżej siebie. 
— Nie jestem w stanie obiecać, ale będę się starać z całych sił. Dobrze?

* * * 

Powoli życie w Klanie Nocy wracało mniej lub bardziej do normy. Pora Zielonych Liści była przebiegła i zmienna. Wiele nowych kociąt zawitało w obozowisku. W tym ich ciocia doczekała się potomstwa wraz ze swoją partnerką - straszną Biedronką. Mewa z daleka obserwowało szkraby kotek, bojąc się podejść bliżej przez ukochaną Kraba. Wystarczająco dobrze pamiętało, jak nimi gardziła. 
Kocięta bawiły się beztrosko pod okiem matki, a ponowny uczeń przyglądało się im z wystarczająco bezpiecznej odległości. 
— Urocze są, nie? 
Zaskoczone spojrzało na matkę. Doszła do siebie. W miarę. Lecz widok jej ciała poprzeplatanego bliznami wciąż sprawiał im ból. Położyło uszy. Może wnuczęta powstrzymały by ją od niebezpiecznych misji.
— Myślisz, że też powinno mi się sprawić sobie kocięta?

<Mżawunia?>

09 maja 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Mewiego Puchu (Samowolnej Łapy)

Gdy dotarli do obozu, czas zdawał się zwolnić. Powłóczyła łapami, nadal opierając się na barku Nimfiego Zwierciadła, a jej oczy wodziły po zebranych kotach. Legowiska opustoszyły się; wszyscy wyszli na spotkanie pobratymcom. Niektórzy podbiegali do członków swoich rodzin, inni do przyjaciół. Ktoś zajął się dzieckiem Zmierzchającej Zatoki, ktoś odprowadził jeńców w przydzielone im miejsca. Rozejrzała się po zbiorowisku, pobieżnie spoglądając na Kijankę i Ikrę. Oboje wyglądali na raczej nietkniętych.
Starsza kotka musnęła jej grzbiet ogonem, powoli kierując ich kroki w stronę legowiska medyków, do którego także zbierała się kolejka. Gdzieś w tłumie mignęły jej ciemne uszka i puchata główka Mewiego Puchu. Wojownik zatrzymał się, zaskoczenie wymalowane na jego mordce. Potem strach, potem coś jeszcze innego… Chciała do niego podbiec, powiedzieć cokolwiek, jednak nie zaszłaby daleko na trzęsących się nogach. Nim zdążyła zaprotestować, została odciągnięta na bok i oddana w łapy Różanej Wonii. Przełknęła ślinę, stosując się do poleceń medyczek. Mewa nie będzie się nią brzydził, prawda?
Jej głowa zanurzyła się w mchu jednego z posłań, a rany na barkach i brzuchu prędko opatrzone przez Pierzastą Kołysankę. Powieki opadły same z siebie, a z gardła wymsknęło się ciche westchnienie. Głosy innych zamieniły się w odległe szumy, w pewnych momentach jak gdyby przybierając formę pojedynczych słów, wypowiadanych przez tych, których tam nie było. Zmarszczyła nos, obracając się tak, aby jej uszy zagłębiły się w zieleni posłania. Nie minęło dużo czasu, zanim odpłynęła od rzeczywistości.
Łapy samotnika ponownie przygniatały jej grzbiet. Dziwnym trafem, nawet z mordką wciśniętą w błotny grunt, widziała spojrzenie niebieskich oczu. Pióro za uchem, szara, postrzępiona sierść… A może jednak brązowe oczy? Może to światło księżyca płatało jej figle? Jasne zęby wbiły się w jej kark; próbowała się wić w niechcianych objęciach, kopiąc i wymachując łapami na wszystkie strony. Silne szczęki szarpnęły, z łatwością przewracając ją na druga stonę, brzuchem do góry - łaciaty, zabliźniony pysk pochylił się nad nią. Znajome, pełne pogardy spojrzenie nie leśnej włóczęgi, a Kazimiery. Brązowe, identyczne do jej własnych ślepia matki. Mamy. Wroga- Nie, opiekuna. Opiekuna kogo? Węgielka, Myszki i Dymki?
Łapy nieco jej zmiękły; zaprzestała szamotania. Kazimiera zmierzyła ją ostrym wzrokiem.
— Wyglądasz teraz jak wojowniczka — przez oschły głos starszej przebijała się nuta czegoś, czego nie potrafiła nazwać. — Jesteś z tego dumna? Dumna z ucieczki? Zostawiłaś nas samych.
Nie — chciała krzyknąć, wyprzeć się tym słowom, jednak głos grzęzł jej w gardle. Wróg. Zacisnęła mocno zęby. Wróg, to jej wina. Wygnanie, nie ucieczka. Jej wina.
— Byłaś błędem. Ty i reszta — słowa były stanowcze. Pokręciła głową, raz i drugi. Głupstwa. — Ale im się do czegoś przydałaś. Nawet ze swoim okopconym ryjkiem. To mogłabym docenić.
Zastygła w miejscu. Kocica wykrzywiła pyszczek w czymś na kształt uśmiechu. Nim Mżawka zdążyła jednak jakkolwiek odpowiedzieć, dwie niebieskie łapy strąciły jej matkę znad jej ciała. Zgrabne szczęki chwyciły szyję łaciatej, z której gardła wyrwał się przeraźliwy krzyk; przerwał go głośny trzask. Czerwień spłynęła po mokrej ziemi. Podniosła wzrok, a z pyska znajomej włóczęgi zwisała ciemna, futrzasta masa, zbyt bardzo przypominająca kształtem głowę Kazimiery.

Otworzyła oczy. Wzięła nagły, świszczący oddech. Wróg. Tylko kim on był? Podniosła się z posłania, czując, jak jej niedobrze.
Czarne futro mignęło jej w kąciku oka. Różana Woń prędko pojawiła się u jej boku, pytając, co się stało. Co ją boli. Nie zyskała jednak jednoznacznej odpowiedzi, tylko nieskoordynowane pomruki, toteż oddaliła się na moment. Po paru uderzeniach serca przed mordką Mżawki pojawiło się parę ziarenek maku oraz polecenie, aby je zażyć. Pokręciła głową. Mak oznaczał sen, a tam na pewno czaiła się jeszcze ta przebrzydła włóczęga. Nie spieszyło się jej, aby tam wracać. Wracać do zabarwionej czerwienią głowy matki i brudnych łap stojących za nią. Końcowo medyczka wręcz wepchnęła jej nasionka do pyszczka, wzdychając z irytacją.
Zacisnęła powieki i zwinęła się w kulkę. Kroki Różanej Wonii oddaliły się; pociągnęła nosem. Ogarnął ją jakiś dziwny smutek. Może strach? Dlaczego? Łzy zaczęły zbierać się jej w kącikach oczu. Nie miała powodu. Cała ta scena była tylko jej wyobraźnią. Jednak gardło się jej ściskało z jakąś dziwną rozpaczą, gdy obraz zimnej już Kazimiery tańczył za jej powiekami. Mogła być z niej dumna. Może naprawdę tak było? Czy, gdyby teraz ją zobaczyła, doceniłaby jej starania? Rzeczywiście uszanowała, tak jak mówiła, czy może były to tylko jej zbyt śmiałe marzenia? Jej czarno-białe futro także było w nieładzie, a skóra zabliźniona. Czy to ślady walki, czy ona także stała się ofiarą własnej matki? Czy stała się do niej podobna? Czy ją też to czeka? Pytania kłębiły się, a nie znała żadnej odpowiedzi.
Jeżeli była szansa, że chociażby spojrzałaby na jedną ze swoich córek z uznaniem, z dumą, to jej myśli były wręcz obraźliwe. Jak mogłaby myśleć, że kocica nie byłaby do tego zdolna? Nie zasłużyła na brudne pazury włóczęgi, ani na szczęki łamiące jej kark, dobierające się do jej gardła. Łzy spłynęły po jasnych policzkach. Co, gdyby okazało się, że Kazimiera naprawdę tak skończyła? Nie miała przecież pojęcia, co się z nią działo. To źle, czy dobrze? Myśli zaczęły się jej zlewać w jedno, jak jeden strumyk, pełen niepokoju. Mięśnie rozluźniły się, wbrew jej woli, jednak nie miała siły, by protestować. Z jej pyszczka padł rozedrgany jęk, mruknięcie, coś na wzór słowa “mamo”.
Tej nocy nie śniło się jej już jednak nic.

***

Wpatrywała się w pointkę przed nią spod półprzymkniętych powiek. Syreni Lament, obok śpiący kociak. Żal jej było przyjaciółki; była w szoku, gdy dowiedziała się o jej urazie. Powiedziałaby jej to, ale teraz… Nie wiedziała jak. Nie była w to dobra - porozumienie się ze ślepym kotem było łatwiejsze, niż z głuchym.
Różana Woń minęła je ze zdenerwowanym wyrazem pyszczka, opuszczając legowisko. Zmarszczyła nos. Nie była na nią obrażona, ale medyczka nie chciała z nią współpracować. Leży tu trzeci wschód słońca, cała obolała, a ta żałuje jej kolejnego ziarenka maku. Mówi i mówi, że nie może i coś tam. Bo niezdrowo. A jej spodobał się sen po nim. Początkowo była sceptyczna, ale nie spotkała tam brudnej włóczęgi, ani trupa matki. Samo myślenie o tym cisnęło jej łzy do oczu, więc próbowała ładnie uśmiechać się do uzdrowicielki, jednak na nic. Bała się, że koszmary czają się gdzieś za rogiem, gdy tylko przymknie ślepia, toteż powstrzymywała się od drzemki, jak zmęczona by nie była.
Jakieś koty weszły do środka, przerywając ciszę. Medyczka powróciła, ciągnąc za sobą łaciatego wojownika, teraz właściwie ucznia. Samowolna Łapa. Odwróciła spojrzenie. Nie rozmawiała z nim od czasu powrotu, nie miała okazji. Albo może się wstydziła? Ukradkiem obserwowała, jak przyjmuje polecenia medyczki, która chwilę później ponownie zniknęła na zewnątrz. Zaczął powoli zamieniać mech w nieużywanych posłaniach, później zatrzymał się przed tymi zajętymi. Poczuła na sobie jego spojrzenie; gdy po paru uderzeniach serca odwróciła mordkę w jego stronę, żółte oczy były już zaszklone. Pociągnął nosem i zatrzymał się w miejscu.
Gardło nieco się jej ścisnęło, ale skinęła końcówką ogona. Łaciate łapki zrobiły parę kroczków do przodu, a ślipia synka spoglądały na nią ze smutkiem i czymś w rodzaju strachu. Wzięła głęboki oddech.
— Hej — miauknęła, a jej jedno ucho drgnęło. Uczeń przełknął ślinę i pokiwał głową. — Chodź, trochę się nie widzieliśmy. Kolcolistne Kwiecie traktuje cię dobrze?
Nadal siedział cicho, patrząc na nią tylko wielkimi oczami. Położyła po sobie zdrowe ucho i uśmiechnęła słabo.
— Nie bój się, nie wyglądam chyba tak okropnie, prawda? — próbowała zażartować, ale w jej tonie głosu zabrzmiała nutka niepewności.

<Mewo?>

23 kwietnia 2025

Od Mewiego Puchu CD. Mżącego Przelotu

Mewi Puch poczuło jak łzy spływają im po polikach. Niepewnie zapłakane spojrzało na mamę. Jej mina z resztą była podobna. Na drżących łapach podeszło do kotki i przywarło do jej boku.
— D-dziękuję... i prze-praszam... — miauknęło słabym głosem. 
Mżawka przytuliła ich. Jej ogon szczelnie ich owinął, zupełnie jak wtedy gdy było kocięciem. 
— Ja także. — szepnęła, kryjąc łeb w ich futrze. 
Mewiak wpatrywało się w odległy punkt, nie wiedząc co dalej robić. Napływ informacji mielił się w ich głowie. Mama Kazarka została wygnana. Poprzednia liderka sprawiła, że Bagietka nie poznało swojej rodzicielki. Ani siostry. Żyły wciąż o nich pamiętając, gdy ono nawet nie zdawało sobie sprawy z ich istnienia. To wszystko zostało przed nimi ukryte. Zatajone. Zmowa milczenia na temat ich pochodzenia panowała w Klanie Nocy. I to nie była wina tylko mamy Mżawki. Tyle kotów, które znało kłamało mu codziennie prosto w pysk. Poczuło bezradność i bezsilność. Gniew, który nie miało gdzie przekierować. Żal, który zalewał ich serce. 
Płakało, bo tylko tak mogło dać upust swoich emocji. Wtulone w swoją przybraną mamę. 

* * *

Krążyło niespokojnie po obozowisku, przyglądając się kotom w nim. Coraz więcej elementów zaczynało się układać w całość. Pan Piórko, który przyniósł im muszelki i podawał się za przyjaciela mamy. A jego relacja z Mżawką prawie nie istniała. Krabowe Paluszki mówiąca, że ma tylko ich. Żółty Kot, który twierdził, że jest ich dziadkiem. Ich ogon chodził niespokojnie na boki. Frustracja w nich rosła. Ciekawość biologicznej matki również. Przypomniało sobie również jak Różana Woń zabijała na ich oczach brązowe robaczki, twierdząc, że brązowe istoty są zepsute od środka. Czy ich matka była czekoladowa? Czy spotkały ją przez to nieprzyjemności? Czy przez to została wygnana? Im dłużej o tym myślało tym bardziej się utwierdzało w tym przekonaniu. W końcu Skrzelowy Szept zniknął. Pan Piórko także. I kotka bez łapki. Oni wszyscy znikali z dnia na dzień. 
Nieprzyjemny dreszcz przeszedł ich po grzbiecie. Czy gdyby urodziło się ze złym kolorem futra także by zniknęło? Teraz już najeżone ze strachu niechętnie zsunęło się w głąb obozowiska. Dopiero przy ścianie zieleni z trzciny poczuło się troszkę lepiej. Ich zieleń przypominała im zabawny kolor oczek Szałwiowej Łapy. Pokręciło łbem. Znów odpływało myślami. Dopiero co odkryło mroczny spisek Klanu Nocy!
— Mewi Puchu, coś się stało? — usłyszało zaniepokojony głos. 
Spojrzało w zmartwione ślepia mamy i pokręciło łbem. Kotka nie zdawała się być całkowicie przekonana. Podeszła do nich i położyła trzymaną płotkę pod ich łapami. 
— Proszę, zjedz. — miauknęła ze smutnym uśmiechem. 
Zapanowała pomiędzy nimi cisza. Dopiero Mżawka odważyła się ją przerwać. 
— Dalej jesteś zły? O to... no wiesz co. — zapytała niepewnie.
Mewiakowi trochę ugrzęzł głos w gardle. Nie potrafiło jednak patrzeć na smutek kotki.
— N-nie... — wydusiło w końcu z siebie. — Po prostu myślę. O wielu rzeczach. 
Wojowniczka mruknęła. Zauważyło, że zerkała na nich ukradkiem. 
— Zrozumiem, jeśli będziesz czuł jakiś żal do mnie, ale proszę nie zaniedbuj siebie. — dodała, lekko popychając rybę bardziej w ich stronę. 
Mewi Puch uciekło wzrokiem przed płotką. Dziś wyjątkowo jej zapach robił im mętlik w żołądku. 
— Mamo... — zaczęło niepewnie. — Dlaczego wygnali Panią Kazarkę? Nie powiedziałaś wtedy i... ja myślę o tym. 
Owinęło się szczelnie ogonem, oczekując odpowiedzi kotki. 
— Oh... — wydała z siebie wojowniczka. — Z tego co pamiętam to za to, że skosztowała karmy Pieszczochów... i ogółem żyła pośród nich... — urwała. 
Wąsy Mewy poruszyły się niespokojnie. Czyli mama żyła wśród Dwunożnych jakiś czas. Czyli ich tata możliwie tam wciąż mieszkał? Może dlatego wyglądało inaczej niż pozostałe koty?
— To takie złe? — zapytało, próbując ukryć smutek w swoim głosie. 
Nie mogło uwierzyć, że ich mama została wygnana z takiego powodu. Wydawał się tak bezsensowny. Tak absurdalny. Mimowolnie ogon im się zjeżył. 
— Kodeks Wojownika tego zabrania... — miauknęła cicho Mżawka. 
— A co jeśli nie miała co innego jeść? Miała umrzeć z głodu? — oburzyło się, lecz widząc minę kotki, położyło po sobie uszy. — Przepraszam, po prostu to wydaje się takie głupie... — dodało ciszej. 
Poczuło ciepło mamy. Spojrzało niepewnie na wojowniczkę. 
— Rozumiem, ja też mam do tego... mieszane uczucia. 

* * *

Mewi Puch siedziało niespokojnie. Tyle niepokojów i stresu w ciągu paru księżyców nie doświadczyło chyba nigdy. Czuło jak żołądek mu się przewraca w każdą stronę. Oczekiwanie dłużyło się niesamowicie. Łeb leciał im w stronę wejścia do obozowiska z każdym odgłosem z tamtej strony. Widmo spotkania z ich biologiczną mamą wciąż wkradało się do ich łba i siało zamęt. A stres i zmartwienie o drugą mamę sprawiał, że nie potrafiło nic zjeść. Czuło, że schudło. Gdzieś z boku lub na ogonie.
Próbując przekierować uwagę gdzieś indziej niż czarne myśli, zaczęło grzebać łapką w mokrej ziemi, badając skarby skrywane pod zdeptaną trawom. Dopiero jakaś awantura przykuła ich uwagę. Spojrzało w tamtą stronę. Wrócili! Lecz nie sami. Zmierzyło niezadowolonym spojrzeniem obce pyski. Jeńcy? Nie wiedziało o co chodzi. Żadna z kotek nie wyglądała jak Zimorodkowe...
I wtedy dojrzał mamę. Pokrytą krwią, kurzem, z wieloma opatrunkami. Mewi Puch poczuło jak coś w nich pęka. Łamie się na pół i kruszeje. Zastygło niezdolne do ruchu.
Dopiero potem dotarła do nich informacja o zmarłych. Wiele kotów nosiło blizny walki. Atmosfera w obozowisku była ciężka. Niemal dusząca. Chcieli zabić jednego z jeńców. Bagietka uginało się pod falą nieszczęść i bólu jaki zapanował wokół. Coraz mniej informacji docierało do nich, a oddech zdawał się gdzieś uciekać. Chciało podejść do mamy, otulić ją szczelnie, ukryć przed tym brutalnym światem, lecz sam widok jej futra przeoranego przez inne kocie pazury powodował u nich falę rozpaczy. Nie było wstanie spojrzeć na kotkę i nie zalać się gorzkimi łzami. Ukryło się w trzcinach, próbując uspokoić morze emocji. 

<Mame?>

13 kwietnia 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Mewiego Puchu

Martwiła się. Mewa zachowywał się dziwnie. Obco, jakby im nie ufał. Jakby to ona była dla niego obca. Jeszcze wczoraj wszystko było w najlepszym porządku. Teraz... Już chyba nie.
Toteż żołądek się jej ścisnął, gdy nie odpowiadał na jej zapytanie. Zawołała jeszcze raz, miększym głosem.
— Mewo?
Brak odpowiedzi. Łaciaty skulił się sam w sobie, gdy podeszła o kroczek bliżej. Parę kotów, które jeszcze pozostały w obozie posłało im nieodgadnione spojrzenia. Przełknęła ślinę i spróbowała kolejny raz.
Nie zdążyła jednak dokończyć zdania. Wojownik podskoczył jak oparzony i nim zdążyła mrugnąc, wybiegł z obozu. Stała tam przez moment, zaskoczona, zanim popędziła za nim.
— Mewo! — zawołała za nim, zatrzymując się jednak na brzegu rzeki, podczas gdy on przeprawił się niezdarnie przez wodę. Już miała popłynąć za nim, nadal oszołomiona, gdy o jej barki otarł się jeden z synów. Wzdrygnęła się, odrywając wzrok od znikającego między drzewami ogona Mewy. Kijankowe Moczary spojrzał w jej oczy, niepewnie. Otworzyła pyszczek aby zadać mu pytanie, ale zamknęła go po chwili. Co? Dlaczego, co się stało? Oriental nadal spoglądał na nią z pewnym rodzajem skruchy. Zmarszczyła brwi. 
— Mamo — zaczął, strzepując ogonem i uciekając gdzieś wzrokiem. — Ja... On wróci niedługo. Musi coś sobie przemyśleć.
Zmartwiona odwróciła głowę z powrotem w stronę lasu, tam, gdzie zniknął Mewa. Przełknęła ślinę, zamyślając się - żeby to dziecko jej coś tłumaczyło... To ona powinna brać odpowiedzialność. Zaraz, chwilka... Ocknęła się. Co Kijanka miał z tym wspólnego?
— K-kijanko, o co chodzi? — głos nieco jej się załamał, ale stanęła prościej. Emocje coś ostatnio bardzo nią targały. Nic dobrego się u nich w klanie nie działo... Miała nadzieję, że po mianowaniu Mewiego Puchu wszystko wyjdzie na prostą, ale chyba musiała się mylić.
— No... No wiesz.
— Nie, nie wiem.
— Ostatnio spytał mi się, dlaczego nie wygląda tak jak my. Wzięło go na jakieś rodzinne tematy. Był zainteresowany, to mu powiedziałem wprost, że jest adoptowany — wzruszył ramionami, spuszczając jednak wzrok. — Nie wiedziałem, że tak się tym przejmie. W końcu...  Nie znał tej, jak jej było... Kazarki.
Zastygła w miejscu na moment. Zamrugała parę razy, ogarnął ją wstyd. Zawsze unikała tego tematu. Nie to, że był niekomfortowy, tylko... Nie wiedziała, jak to przekazać. Jak to ubrać w słowa. Nie chciała Mewie mówić, że jego prawdziwa mama go zostawiła. Może z miłości, może dlatego, że nie dałaby rady podróżować z dwójką dzieci. Pokręciła głową. Ale ona też umiała go kochać. Umiała się nim opiekować, odpowiadać na jego głupie pytania i opowiadać bajeczki na dobranoc. Była tym wszystkim, czym mogłaby być jego mama. Toteż siedziała cicho, licząc, że młody nigdy nie zacznie kwestionować swojego pochodzenia. Mogła się jednak tylko łudzić.
— Kijanko, wiesz, że... To trochę nie na miejscu. 
— A co mu miałem powiedzieć? Trzeba... Trzeba było zająć się tym wcześniej!
Spuściła spojrzenie. Dreszcz przeszedł jej po karku, gdy odwróciła się z powrotem w stronę obozu. 
— Nie mów mi, jak mam wychowywać dzieci — szepnęła, nie siląc się na nic głośniejszego. — I proszę, nie mieszaj się w takie tematy. 
Będąc całkowicie szczera, nie miała najmniejszego pojęcia, jak powinna wyglądać jej relacja z dziećmi. Powinna być ostra, sztywna, czy słodzić kociakom miękkimi słówkami i zabawą? Naśladować własną matkę, czy inne kocice z klanu? Czasami, gdy stawały przed nią dzieci ze swoimi różnymi problemami, liczyła na to, że ktoś poprowadzi ją za łapkę, krok po kroczku, i zajmie się nimi. Nią też ktoś mógłby się zająć.

***

Gdy usłyszała głos wracającego patrolu, od razu podniosła wzrok, szukając wśród nich łaciatego futerka. Mewa wpatrywał się w ziemię, popychany przez Pluskający Potok. Ożywiła się nieco, jednak serce jej się ścisnęło na jego smętną minkę. Gdy dwójka prowadzących go wojowników oddaliła się trochę, podeszła bliżej. Bródka jej zadrżała; zatrzymała się tylko parę kroków od łaciatego.
— Mewo... — zaczęła cicho.
Wojownik skulił się w sobie. Jego wąsiki drgnęły, a uszka położyły po kwadratowej główce. Przełknęła ślinę i usiadła obok.
— Nie rób tak więcej. Proszę. Porozmawiaj ze mną — głos się jej załamał. — Spójrz na mnie.
Podszedł do nich Siwa Czapla. Zaczął coś mówić, ale szybko skończył, wyczuwając sztywną atmosferę. Przeprosił i zniknął tak szybko, jak się pojawił. Delikatnie owinęła syna od tyłu ogonem. 
Najpierw podskoczył, później podniósł wzrok na jej łapy. Po pyszczku spływały mu łezki.
— Przepraszam — bąknęła niepewnie. Mewa zastygł w miejscu, jakby nieco zaskoczony. Jego uszka zadrgały, ale nie złączył z nią spojrzenia. — Ja... Wszystko ci wytłumaczę, dobrze?
Poczuła, jak lekko kiwa głową. Przysunęła się o kroczek bliżej i odwróciła wzrok.
— Chyba wiem, co się stało... Rozmawiałam z Kijanką. Bardzo mi przykro, że t-to on Ci powiedział, a nie ja. 
Cisza. Westchnęła, uspokajając się nieco. 
— Przygarnęłam Cię, gdy byleś mały. Bardzo mały — kontynuowała. — Znałam Twoją... Mamę tylko przez parę wschodów słońca. Pani Kazarka, bo- bo tak się nazywała, musiała jednak opuścić klan. Podobno zrobiła coś bardzo złego. Ale nie wiem, czy akurat z tym się zgadzam — przywołała do siebie tamte wydarzenia. Nie wiedziała wiele - ale pamiętała, że kocica pachniała dwunożnymi. Osobiście, nie było to dla niej coś złego... Ale przecież w kodeksie była zasada. Aby nie korzystać z ich pomocy. Czy ona też była tą złą, skoro ocierała się o ich bezwłose nogi w prośbie o jedzenie? Mimo tego, że wtedy jeszcze o tych zasadach nie wiedziała? — Odeszła w podróż, wraz z... Wraz z Twoją siostrą. Więc ktoś musiał się Tobą zająć, prawda? Skoro już zapewniałam jedzenie Siwej Czapli, no i Kijance i Ikrze, to nie mogłam cię zostawić na pastwę losu. 
Mewa drgnął u jej boku, a jego żółte ślipia w końcu spojrzały na jej pyszczek.
— Nie mówiłam Ci wcześniej, bo... Bałam się. Jak zareagujesz. W końcu wszystko było tak fajnie, nie chciałam, abyś się zamartwiał...

<dziecko? stop drama time>

02 kwietnia 2025

Od Mewiego Puchu CD. Mżącego Przelotu

Bagietka wpatrywało się we własne odbicie. Puszysta mordka wpatrywała się w niego. Szeroka z kwadratowym pyszczkiem, a uszka zdobiące ją były malutkie. Mniejsze niż mamy czy braci. Nie wyglądało jak oni. Ani troszkę. Zwiesiło łebek smętnie. Było tyle znaków. Żółty Kot, który twierdził, że jest jego dziadkiem, choć mama go nie znała. Pan Piórko, który był przyjacielem mamy, choć mama nigdy z nim nie rozmawiała. Ich bracia dużo starsi. O długich łapach, pyskach i trójkątnych uszach.
Uderzył łapką swoje odbicie, sprawiając, że wzbudzona woda rozmyła je. Okłamywali ich. Ukrywali to przed nimi. Nie wiedziało dlaczego. Tylko ono nie wiedziało. Z całego klanu. A ich prawdziwa mama i tata pozostawali tajemnicą. Milczeli w tej sprawie. Zagrzebani po uszy w zmowie milczenia.
— Mewko?
Spuściło wzrok na własne łapy. Nie miało siły rozmawiać dziś z przyjacielem. Było przepełnione bólem i żalem. A przede wszystkim niezrozumieniem.
— Co się stało?
Poczuło ciepło kocura. Niechętnie oparło łeb o jego bark.
— Nie chce o tym gadać. Nie dzisiaj. — miauknęło cicho, czując narastającą gulę w gardle.
Było im przykro. Tak strasznie przykro.
— Rozumiem. Słyszałem od Kijanki co się stało... — urwał niepewnie. — To nic złego, że nie wiesz jak ułożyć to sobie w głowie. Możesz być zły, smutny, roztrzęsiony... Ale pamiętaj, Mżący Przelot naprawdę cię kocha. W tym aspekcie wszystko było prawdziwe.
Bagietka schowało pysk w futro przyjaciela. Nie wytrzymało. Łzy mimowolnie zaczęły moczyć ich poliki.
— T-to dlaczego do dziś kłamała... — głos łamał się nad ciężarem tych słów.
Poczuło ogon przyjaciela. Siwa Czapla mruczał cicho, gładząc ich po grzbiecie.
— Może... Może się bała twojej relacji? Tak naprawdę tylko ona wie. Gdy już ułożysz sobie wszystko w głowie porozmawiacie. Wszystko sobie wyjaśnicie. — wyciszał ich wojownik.
Mewka pokiwało łebkiem. Choć na samą myśl o mamie potok łez nabierał na sile.


* * *


Czuło się jak ktoś obcy. Bez tożsamości, rodziny, wiedzy o sobie. Istniało w tak dużej społeczności, a tak naprawdę tylko kryło się po zakamarkach. Chodziło bezsensownie, przemierzając tylko krańce obozowiska. Byle wyglądać na zajęte. Byle nie dopuścić do siebie własnych myśli. Znów się w nich nie zatopić. Nie zwariować. Gula rozpaczy nie znikała. A minęło już tyle czasu (jeden wschód słońca). Odkąd poznało prawdę nie mogło spać. Nie wiedziało czy zdoła spojrzeć w ślepia matki. Czy podoła i zacznie z nią ten temat.
— Mewi Puchu?
Dźwięk jej głosu sprawiał, że ich serce pękało z żalu. Nie uniósło łba. Nie odwróciło się w jej stronę.
— Mewo?
Głos kotki zdawał się zbliżać. Czuło jak serce zaczynało głośniej bić. Zagłuszało odgłosy nocnej zwierzyny. Igrało z nimi. Przerażone tym wszystkim zaczęło biec przed siebie. Szybko wylądowało w wodzie. Futro zaczęło pęcznieć od wody. Ciągnąć ich w dół. Uderzało łapami o taflę wody, starając się nie przegrać walki z prądem niosącym ich ku otwartemu morzu.
Głos Mżawki nie słabł. Wciąż unosił się gdzieś za nimi. Echem odbijał się o wzgórza i pagórki okolicy. A ono płynęło, płynęło aż ich łapy nie dotknęły ponownie ziemi. Piach, zimny podobnie jak woda, rozsuwał się pod ich ciężarem. Padło na niego zmęczone i zdyszane. Mokre futro nieprzyjemnie kleiło się do ciała. Głos, przed którym tak uciekało znów niósł się po okolicy. Zebrało się na łapy, choć te odmawiały posłuszeństwa. Biegło dalej. Kosmyki traw uderzały ich w pysk, próbując ich zatrzymać. Gałęzie z trzaskiem łamały się pod łapami, wzbudzając zaniepokojenie wśród zwierzyny. Ono jednakże wciąż biegło i biegło, aż nie padło pod drzewem. Rozemocjonowane, zapłakane i przemoczone rozlało się pod korzeniami rośliny. Nie miało siły na nic. Wykończone zarówno psychicznie i fizycznie zasnęło pod drzewem.


* * *


— Myślicie, że nie żyje?
— Nie mów tak. Mżący Przelot się zapłacze...
Dźwięk rozmowy dotarł do ich uszu. Nie do końca przytomne, jeszcze trochę zaspane, niekoniecznie zdawało sobie sprawy ze stanu rzeczy. Poczuło szturchnięcie w brzuch i wydało z siebie niezadowolony odgłos.
— ...To były gazy pośmiertne?
— Fuj. Spróbuj jeszcze raz. Ja trupa nie dotknę. 
Kolejne szturchnięcie już było mocniejsze. Zaskoczone otworzyło ślepia. Pysk Pluskające Potoku był tak blisko. Za blisko. Zjeżyło się. Nie rozumiało co tu się dzieje. Trochę dalej stała szylkretowa kotka i jeszcze ktoś.
— Co...? Co się dzieje? — miauknęło zaspane, nie rozumiejąc tej sceny.
Przejrzało się wokół. Nie wyglądało to jak legowisko wojowników. Bardziej jak las. Dziwne. Lunatykowało?
— Co się dzieje? Może ty byś powiedział. Pół obozu się o ciebie martwiło, łajdaku. Wyglądasz jak sowia wypluwka, a śmierdzisz jeszcze gorzej.
Położyło uszy zawstydzone. Krzyki kotki były straszne. Chcąc jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem szylkretki zaczęło iść przed siebie.
— Idziesz w złą stronę, mysi głąbie.
Usłyszało zirytowane westchnienie wojowniczki.
— Pluskający Potoku, odprowadź tą pokrake do obozowiska. Żeby znów gdzieś nie zbłądził. Spieniona Gwiazda się ucieszy, że znalazłeś zgubę.
W towarzystwie rudego ruszyli już w dobrą stronę. Powoli zaczęło rozpoznawać te okolice. Jak i powód ich ucieczki także stał się jasny. Nie było gotowe na konfrontacje z mamą. Na rozmowę o tym wszystkim. Spojrzenie jej w oczy i ujrzenie, że już ich nie kocha. Bo odkryli prawdę. Prawdę, którą tak bardzo przed nimi zatajała.
Zwiesiło smutno łebek.
— Nie martw się. Spieniona Gwiazda nie jest taka straszna. Ale więcej tak nie rób. Bo Biedronka za nią zdzieli ci skórę i wypatroszy. 
Mewa pokiwało smętnie głową.
— Nie martw się, ona tak z każdym kocurem.
Już niezbyt słuchało Pluska. Bardziej martwiło się o to co czekało ich w obozowisku. A stres narastał z każdym krokiem. Serce znów zaczynało tak okropnie głośno bić. Czuło się, jakby zaraz miało wyskoczyć im z piersi. Uciec gdzieś daleko. Jak to wczoraj zrobiło z ich ciałem. 
— Znaleźli go. 
Usłyszało znajomy głos. Bało się podnieść wzrok. Spojrzeć komukolwiek w pysk. Tylko sprawiło im nerwy. I zbędny niepokój. Było im wstyd. A jeszcze musiało stanąć przed obliczem Spienionej Gwiazdy. 
— Mewo... — głos niematki się łamał. 
Samo nie wiedziało czy ze smutku czy z gniewu. Pewnie żałowała, że ich przygarnęła i wychowała. A potem wyszkoliła. Całe życie Bagietki opierało się tylko na niej. A to wszystko okazało się tak zakłamane. Czuło łzy zbierające się w ślepiach. Chciało coś powiedzieć. Zbyć temat. Pójść dalej spać. Przespać ten cały niepokój i smutek. Zatopić się w sennych marzeniach, gdzie wszystko wciąż było cudowne. 
— Nie rób tak więcej. Proszę. Porozmawiaj ze mną. Spójrz na mnie. — jej głos zamieniał się w płacz.
Tak bardzo ją zraniło. Było okropne. Wyrodnym dzieckiem. Zasługiwało na całą jej nienawiść. Nie umiało nawet spełnić jej prośby. Ledwo trzymało się na własnych łapach. Usiadła obok nich i tak siedzieli. W ciszy - pełnej niespokojnych oddechów. 
— Bagietko! Co się stało... — głos przyjaciela ucichł nagle. — Przepraszam. Już wam nie przeszkadzam...
Poczuło dotyk kotki. Niepewny. Delikatny. Zapłakane spojrzało na łapę wojowniczki. Nie umiało wyżej unieść łba. Bało się wyrazu pyska kotki. Jakie emocje na nim ujrzy.

<mama drama time>

01 marca 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Mewiej Łapy (Mewiego Puchu)

Zmarszczyła czoło, bardziej ze zmęczeniem niż irytacją. I znowu to samo.
— Patrzyłeś na mnie?
Mewa uciekł oczyma gdzieś w bok. Po chwili ociągania pokiwał niepewnie głową i wydął dolną wargę. Westchnęła. Najchętniej tupnęłaby łapą i strzeliła focha, czując, jak powoli traci chęci.
— W takim razie, jeszcze raz, bo ci nie wierzę — miauknęła w końcu, przygarniając ucznia do siebie łapą.
Pisnął zaskoczony. Zanim zdążył się zachwiać i wpaść do wody przytrzymała go za sierść na karku, delikatnie, ale stanowczo kierując jego głowę w stronę wody. Cofnęła się o krok i stanęła obok niego, upewniając się, że tym razem patrzy się na nią i na rzekę, a nie chmury. Poczekała cierpliwie, aż jakaś drobna rybka przypałętała się na płyciznę, i ponownie zaprezentowała ruch synowi. 
— Teraz twoja kolej — uczeń spojrzał na nią niepewnie — Chodź, pomogę Ci.

***

Śnieg ciągnął się w dal, aż po horyzont. Zmrużyła brwi. Jedyne, co przerywało biel, to pas brzozowych i dębowych drzew. Słońce nie zdążyło jeszcze całkowicie wzejść, ciesząc jej oczy. W końcu nie odbijało się od jasnego puchu, nie przywoływało mroczków i kolorowych blasków światła za jej powieki. 
Brnęli w ciszy, w stronę lasu przed nimi. Jeszcze poprzedniego dnia, wieczorem, Spieniona Gwiazda podeszła do niej z prośbą o poprowadzenie kolejnego ze specjalnych patroli wraz z dwójką kotów jej wyboru. Prędko z jej języka uciekły dwa imiona, jedno starszego syna, drugie młodszego. Już następnego ranka, obudzona, zanim zrobiło się jasno, stanęła z nimi na ośnieżonym polu. Wiatr szarpał jej futrem.
Jej oddech przyspieszył, drobne ciało upadło pod jej łapy. Łaciata sierść prędko pokryła się czerwienią. Spanikowane oczy złączyły z nią spojrzenie; wzdrygnęła się, chciała cofnąć, ale jej łapy protestowały. Reszta patrolu zamarła w bezruchu. Widziała ich kątem oka, niewyraźny wzrok skupiając jednak na samotniczce i szkarłacie otaczającym jej głowę niczym aureola. Przełknęła z trudem. Przypominało jej to Kruczy Szpon oraz jej brata... A przecież od tamtego wydarzenia minęły już cztery sezony. Zamrugała, gdy Czereśniowy Pocałunek podeszła bliżej, nadal ubrudzona własną krwią, i trąciła nieznajomą nosem-
— Mamo? Idziemy dalej? — Ikra przysunął się do niej o krok bliżej i musnął jej policzek swoim — Czy coś nie tak?
Ocknęła się, nawet nie notując momentu, w którym jej myśli zaczęły gdzieś odpływać. Jej łapy zaczęły sztywnieć z zimna. Odwróciła głowę w stronę orientala i uśmiechnęła się lekko, kręcąc głową. Wojownik odwzajemnił gest, z iskrą w oczach, ale i także nutką zmartwienia. Nie zwróciła na to uwagi.
Zagłębili się między drzewa. Było tu nieco ciemniej, ale udało jej się nie wpaść na nic i nikogo. Nie przemyślała wcześniej kierunku ich patrolu, więc wybrała losowy. Cisza przerywana tylko bablaniną Mewiej Łapy... Jeżeli miała przyznać, nie skupiała się za bardzo na otoczeniu. Dopiero, kiedy dobiegł do niej szelest, którego nie spowodował żaden z jej towarzyszy, kazała mu ucichnąć na moment. Stanęła, spięta, spoglądając w kierunku dźwięku. 
Oderwała łapy od ziemi i cofnęła się o krok. Spieniona Gwiazda zaczęła pocieszać zszokowaną Nimfie Zwierciadło, której ogromne oczy wbiły się w szyję nieznajomej. Wymieniły ze sobą parę słów, coś o pochówku, coś o twardej ziemi... Orientalka podeszła bliżej, drżenie ogona ledwo widoczne. Już po chwili łaciate ciało znikło, zakopane pod śniegiem. Łodyżka czerwonych jagód położona na grobie-
Zza krzaków nie wychyliło się nic ani nikt. Ponownie nastała cisza, wiatr szarpał gałęziami drzew. Otrząsnęła się. Straszy z synów podszedł bliżej, delikatnie stawiając łapy. Nie zatrzymała go, gdy wsadził pysk między krzewy. Wstrzymała jednak oddech.
— Nikogo tu nie ma.
Rozluźniła łapy. Mewa wychylił się zza jej boku; oboje podążyli wzrokiem za wiewiórką, która zbiegła z drzewa. Zdradliwe zwierzę.
— To dobrze — słowa wyrwały się z jej pyska — Znaczy, właściwie to niedobrze. Chyba jestem przewrażliwiona — bąknęła.
Lśniąca Ikra cofnął się z powrotem do grupy. Posłał mamie zamyślone spojrzenie, na które odpowiedziała podniesioną brwią. Po chwili wydął policzki i strzepnął ogonem.
— Ah, prawie o tym zapomniałem — odchrząknął — Jeszcze nie miałem okazji rozmawiać z Czereśniowy Pocałunkiem... Ale wyglądała na przygnębioną.
— Biedna, na pewno nie spodziewała się takiego niefortunnego obrotu spraw — dreszcz przebiegł wzdłuż jej grzbietu — Ale była dzielna. Zdobyliśmy... W miarę dużo informacji.
— Chociaż tyle, że nie straciła ucha na marne — skrzywił się — Dziwnie to zabrzmiało. 
— Straciła ucho? — żółte oczy Mewy pojawiły się tuż przed jej pyszczkiem — Jak? Odpadło? Nie będzie teraz słyszeć?
Mimo woli parsknęła cicho. Buzia ucznia zaczęła zamieniać się w podkówkę.
— Będzie słyszeć, głuptasie. Nie ma tego fragmentu, o tutaj — wskazała to miejsce na własnym uchu.
— A mi ucho nie odpadnie, prawda? — jego ślipia rozszerzyły się bardziej, nieco w panice — Prawda?
— Twoje uszy są bezpieczne — mruknęła — Dopóki nie będziesz pakował się w żadne bójki, to zostaniesz w całości.
Mewa pokiwał powoli głową. Zmarszczył brwi i przyjrzał się jej pyszczkowi. 
— Mamo, a ty pakowałas się w bójki?
— Nie przypominam sobie — odpowiedziała niepewnie — Dlaczego?
— No bo patrz, masz taki znaczek na nosie. Bliznę — podniósł łapkę i pacnął nią dokładnie to miejsce — Tutaj.
Odruchowo cofnęła głowę i zamrugała parę razy.
— Wiem, że tam jest — odpowiedziała z nutką suchości w głosie. Nie chciała teraz myśleć o jej historii — Nie walczyłam z nikim, jest już dosyć stara... Ktoś kiedyś bardzo się na mnie zezłoscił, i oto proszę — skrzywiła się — Ale pamiętającie, tak nie robimy. Nigdy nie krzywdzimy kogoś, dlatego, że nas wkurzył. Zrozumiałe?
Poczekała, aż uczeń przytaknie. Podniosła brew na brak reakcji że strony Ikry. Kocurek przełknął ślinę i zgodził się pod jej uważnym spojrzeniem.
— Wiem o tym, mamo.
— Bardzo się z tego cieszę.

***

Mewi Puch. Według niej brzmiało ładnie, uroczo. Nie jak wojownicze imię, ale tu musiała się z synem zgodzić - na wojownika także nie wyglądał. Nie zachowywal się, także... Nadal widziała go jako małego, nieporadnego brzdąca. Może coś w tym było.
Nie zważając na to, była dumna. Udało się jej nauczyć go tego i owego, nawet mimo niechęci. Raz z jej, raz z jego strony. Utuliła go, siarczyście wycałowala główkę. Pogratulowała. Nowomianowany mruczał głośno, ona także. Teraz wszystko się ułoży.

<bagieta?>

09 lutego 2025

Od Mewiej Łapy CD. Mżącego Przelotu

Wytarło gile o miękkie futro matki. 
— Nie rób tak więcej. Obiecujesz? — miauknęło, wbijając ślepka w rodzicielkę. 
Kotka owinęła go ogonem i kiwnęła głową. Bagietka otarło łapką łezki i oderwało się od kotki. Cieszyło się, że wszystko skończyło się tak dobrze. Że mamusia dalej ich kochała. Zrobiło parę kroczków do przodu, by następnie się zatrzymać. 
— To chodźmy, rybki na nas czekają. — zawołało do kotki, podchodząc do brzegu.
Usiadło na mokrej ziemi. Nie była jednak przyjemna w odczuciu. Wstało. Matka stała jeszcze parę uderzeń serca wpatrywała się w nich, lecz w końcu podeszła. Zdawała się być myślami, gdzieś indziej. Pacnęło wodę łapką. 
— Myślisz, że znajdę jakieś ładne kolorowe?
Mżawka zmarszczyła brwi, słysząc kolejny mądry pomysł swojego dziecka. 
— Wątpię.
— Ale jest jakaś szansa? 
— Może i jest. Musisz pierw nauczyć się podstaw. Najpierw powinieneś zadbać o wykarmienie klanu, potem o zaspokojenie swojej ciekawości. 
— A myślisz, że są jakieś żółto-niebieskie? — męczyło dalej temat rybek.
— Mewo, patrz teraz uważnie. — przywołała ich do zejścia na ziemie. — Skupiłeś się? 
Kocię pokiwało energicznie łebkiem. Świat tak śmiesznie drgał jak tak robiło. Więc zrobiło to jeszcze raz. I jeszcze raz. Jejku jakie zabawne. 
— Mewo... — surowy głos mamy sprawił, że futerko się im nastraszyło. 
Była zła. Ale czemu? Szukało odpowiedzi na to, gdzieś na niebie. Chmurki układały się w zabawne kształty. Niektóre przypominały zupełnie nic, a inne kwiatuszki, rybki i muszelki. Były takie puchate. Ciekawe jakie były w smaku?
— Mewo.
Przeniosło wzrok na kotkę. Zmrużyło oczka, wysilając szare komórki do znalezienia odpowiedzi. A tak, miało się skupić. Położyło pokornie uszka. 
— Przepraszam. — wymamrotało skruszone. 
Kotka westchnęła.
— Proszę skup się. To ważne. — miauknęła, znów przybierając dziwną pozycję. 
Stało i wpatrywało się w kotkę. Obydwoje zupełnie zamrożeni przez czas. Ziewnęło nieco zmęczone tym wszystkim. Spojrzało ponownie na matkę, lecz nie było jej już tam. Rozejrzało się zdezorientowane, była koło ich. Z rybą w pysku. Otworzyło mordkę zaskoczone. Mama potrafiła się teleportować!
— Teraz ty spróbujesz. Wykorzystaj to co ci pokazałam. — miauknęła niebieska, siadając z rybą na brzegu.
Bagietka pokiwało energicznie łebkiem i śmiało wskoczyło do wody. Przybrało dziwną pozycje kotki i czekało. Czekało aż rybka sama wpadnie im do pysia jak mamie. Ah, nie sądziło, że bycie wojownikiem było tak proste! 
I tak czekali, aż Mżącemu Przelotu skończyła się cierpliwość. 
— Mewia Łapo, stojąc w miejscu nic nie złapiesz. — pouczyła syna. 
Bagietka spojrzało na nią zdezorientowane. Teraz to już naprawdę pogubiło się w tym wszystkim. 

[ilość słów 390]
<mamuś?>

[przyznano 8%]

10 stycznia 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Mewiej Łapy

 Zamrugała zaskoczona. Patrzący na nią z dołu Bagietka łkał cicho z glutem rozmazanym na pyszczku, oczekując na odpowiedź.
— Kto ci to powiedział? — zmarszczyła brwi — Oczywiście że cię kocham, nie wygłupiaj się.
Uczeń pociągnął nosem.
— Ale... Jesteś tak cicho. Obraziłaś się n- na mnie?
— Nie, nie obraziłam się. Po prostu... Mam dużo na głowie — mruknęła, po chwili widząc nieco zakłopotane spojrzenie łaciatego — w sensie, myślałam o wielu rzeczach.
— O mnie t- też?
— Tak, o tobie też.
— Czyli nadal mnie kochasz?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, uczeń wcisnął pyszczek w jej futro, nurkując pod jej brzuchem. Odruchowo skrzywiła się na myśl o próbach wylizania synowych smarków z sierści.
— Tak, nadal cię kocham — westchnęła, schylając się i przysuwając pyszczek do czubka jego głowy — chodź, nie ma powodu do płaczu. Mamy trening do odbębnienia.
Wyczuwała napięta atmosferę. To pewnie nie koniec pytań. Kocurek zesztywniał w jej objęciach.
— To dobrze, bo ja też cię kocham — mruknął, jeszcze raz pociągając nosem i wychylając mordkę zza okrycia jej futra — Ale mam jeszcze jedno pytanie...
— Jakie?
— Czy... Możesz mi powiedzieć, co się stało z panią Kruk..? Bo ja nie do końca wiem o co chodzi. Czy ten duży jeleń może tu przyjść? — pisnął.
Wziął ją z zaskoczenia. Nie spodziewała się tego pytania. Przez ostatnie dni miała nadzieję, że Bagietka po prostu zapomni o całym zdarzeniu. Wiedziała, że jedynie mogła się łudzić - ona i syn obchodzili się ze sobą, jakby coś złego miało się stać. Widziała frustrację w jego oczach. I rozumiała ją, sama odsunęła się od ucznia, chcąc znaleźć moment dla siebie. Ale nie zauważyła, że aż tak mu to przeszkadzało.
Bródka ucznia zadrżała, gdy chwilę nie odpowiadała. Żółte oczka zmrużyły się z wyrzutem, podczas gdy ona przeszukiwała umysł w poszukiwaniu wyjaśnienia. Na języku nie pojawiły się żadne słowa; przełknęła, jednak to nie pomogło suchości w pysku.
— Widzisz! — jęknął, tupiąc łapką, co w innej sytuacji wyglądało by nieco komicznie — Nigdy mi nic nie mówisz! Na pewno masz mnie już dosyć... — zachlipał.
Nie wiedziała, co powiedzieć. Był to jeden z pierwszych razy, kiedy syn skonfrontował ją o coś poważnego. To prawda, wcześniej kłócili się nie raz, ale to były błahostki, takie jak imię czy trening. Miała ochotę wrócić do legowiska i skulić się w futrze którejś z przyjaciółek. Tak, Nenufara czy Stokrotka na pewno przyjęły by ją z uśmiechem.
— Mamo...? — Bagietka rozpłakał się na dobre. Całe jego ciałko drżało, a z oczy spadały łezki.
Widzisz, mówiłam ci, że nie sprostasz byciu matką — cichy głos Kazimiery owiał jej uszy. Potrząsnęła głową, mrużąc oczy ze złością. Nie poddawała się drwieniu rodziców w jej myślach... Skupiona na innych rzeczach, nie zauważyła kiedy, zniknęły. Może w końcu zapomniała o tych ostrych słowach. Jednak mogła się tylko łudzić - gdy ponownie się na nich skupiła, uderzyły z podwójną siłą.
Jej oddech zatrzymał się na moment pod smutnym, wypełnionym żalem spojrzeniem ucznia.
— Ja- Ja wszystko ci wytłumaczę — wydukała w końcu, nie kontrolując podniesionego tonu głosu — Obiecuję! Proszę, nie płacz już. Po prostu... To poważna sprawa, nie chciałam cię martwić.
— Martwię się, bo nic mi nie mówisz — mruknął, przełykając przy tym łzy — Wiem, że to poważna sprawa! Wiem, pamiętam, że nie wstała z ziemi. I była krew. Na śniegu... I na twoich łapkach. Dużo. Próbowałaś im pomóc? 
— T- Tak. Bardzo chciałam im pomóc, Mewo — zrobiło się jej niedobrze. Jeżeli spojrzała by teraz w dół, prawdopodobnie ponownie ujrzałaby splamione czerwienią futro. Jak ona nienawidziła swojej wyobraźni. 
— To dlaczego nie wrócili? — kocurek nadał łkał cicho, ale jego oddech się uspokoił. Jego oczka jednak nadal były przekierowane na bok, obrażone — Dlaczego ich tam zostawiliśmy? Mogliśmy ich  zabrać ze sobą! Na pewno teraz było by wszystko dobrze!
— Mewo, j- ja nie mogłam tego zrobić. Mówiłam ci, że łoś był zbyt silny i niebezpieczny. Mogłabym zrobić wszystko, i bardzo mi przykro, ale nie udałoby mi się ich uratować. 
Czuła się okropnie. Wyszła na nieporadną i okrutną. Nie uratowała ich, zostawiła na pastwę losu. W oczach syna była tą złą, która zadecydowała o ich końcu. Mimo tego, że w praktyce nic nie mogła zrobić. Obrażenia były zbyt rozległe... Musiała powstrzymać odruch wymiotny na myśl o okrytych szkarłatem ciałach rodzeństwa.
— Przepraszam... nie wiedziałam co innego zrobić — miauknęła niemrawo. Ziemia zdawała się kręcić pod jej łapami; usiadła i zmrużyła oczy — Nie wiedziałam, że tak się tym przejąłeś. I że tyle czekałeś.


<dziecię?>
[705 słów]

[przyznano 7%]

25 grudnia 2024

Od Mewiej Łapy CD. Mżącego Przelotu

 Zostało samo. Sylwetka mamy zniknęła koło drzewa. Wraz ze zniknięciem pola widzenia myśli zaczęły się kotłować w niewielkiej główce. Wielki zwierz, kłócące się rodzeństwo i mnóstwo krwi. Mama się nią pobrudziła. Szybko ją zmyła. Była taka cicha. Tajemnicza. Wszystkiego im nie mówiła. Zostawili ich tam. Rannych. Śpiących. Marznących wśród śniegu. Samotnych. Bagietka nerwowo zaczęło chodzić w kółko. Może powinno wrócić po nich. Potowarzyszyć im. By nie byli sami wśród śnieżnych zamieci. Wyglądali tak źle. Tak... bez życia. Szybko pokręciło łebkiem. Na pewno nic im się nie stało. Różana Woń im zaraz pomoże. Przecież mama mówiła... mama mówiła... zapomniało. 
Czekało. Czekało na nią, a ona wciąż nie wracała. Trochę się bało, że będzie zła, że nie poszło do legowiska uczniów, ale coś im nie pozwalało. Mama była taka przestraszona. I smutna. Nie mogło jej teraz zostawić. Nie w takim stanie. Potrzebowała ich, a oni jej. Przecież byli rodziną, musieli się wspierać. Otaczać razem ciepłem. Będzie im raźniej obok siebie. Będzie im cieplej. Czekało. Wszystko tak strasznie się dłużyło. Czas jak na złość zdawał się zwolnić. A mama wciąż nie wracała. Bało się coraz bardziej. Coraz bardziej dosięgały ich te wszystkie emocje. Te wszystkie straszne obrazy. Te nieruchome ciała.
Krew. Tak dużo krwi. Bagietka nie sądziło, że koty mają aż tyle w niej w sobie. 
— Mewia Łapo! — głos Siwej Czapli rozległ się gdzieś za nimi.
Niechętnie uniosło łebek w stronę przyjaciela. Jego minka zmieniła się. Oczka stały się takie smutne. 
— Oh, Mewo, co się stało? — jego głos był taki zmartwiony.
Spanikowane spojrzało na swoje łapy. Przerażająca myśl, że też było w krwi zabłysnęła w głowie uczniaka. 
— Dlaczego płaczesz? 
Bagietka dotknęło swoich polików niepewnie. Były mokre. 
— Mama... — wydukało jedynie, patrząc zrozpaczone w stronę drzewa. 
— Twojej mamie coś się stało? — zapytał przestraszony Czapla.
Pokręciło łebkiem szybko. 
— Nie... n-nie... ona długo n-nie wraca... — rozpłakało się niczym kociak. 
Wojownik przytulił ich. Jego ciepło było kojące, ale nie aż tak miłe jak mamy. Tak bardzo chciało by już wróciła do nich od liderki. By już znalazła się obok nich. Czemu tak długo nie wracała.
Czy tam też stało się coś strasznego? 
— Spokojnie, skoro jest u Sroczej Gwiazdy to pewnie rozmawiają. Nic złego jej się nie dzieje. Nie ma do tego powodów, prawda? 
Bagietka jedynie rozpłakało się bardziej. Nie potrafiło zrozumieć co kotce zajmuje tak długo. Dlaczego tak zniknęła. Na tak długi czas. Po czymś tak dziwnym, niepokojącym, strasznym, krwawym.
— Mamo... — jęknęło cicho, wtulone w sierść przyjaciela.

* * * 

Mama stała się dziwna. Cichsza. Błądziła gdzieś myślami. Wciąż nie wyjaśniła im nic z tamtej nocy. Była taka dziwnie... spięta? Nie miała siły na wygłupy. Nie chciała żartować. Była zła, że nie wróciło od razu do legowiska uczniów. 
Pani Kruk i jej brat nigdy nie wrócili. Niedługo później odbyło się ich pożegnanie. Myśl, że tamten potwór wciąż tam grasował budziła Bagietke w nocy. Bało się lasów. I potworów się tam skrywających. Pani liderka też się bała, bo nie wolno było tam chodzić niedoświadczonym kotom. A Bagietka było bardzo niedoświadczone, więc stanowczo nie mogło tam chodzić. Całkowicie do żadnego lasu. Nigdy. 
— Dziś potrenujemy łowienie ryb. — ogłosiła mama i skierowała się w stronę linii brzegu. 
Bagietko szło za nią cicho. Trochę bojąc się być głośne. Od tamtego wydarzenia w tym łebku kiełkowała natrętna myśl. Uporczywa i wstrętna. I jakże przerażająca. 
Mamusia już ich nie kochała.
Próbowało ją wyrzucić ze świadomości. Zakopać. Pozbyć się. Lecz wciąż powracała. Mama była taka chłodna. Nieobecna. Cicha. Nie wygłupiała się z nimi jak dawniej. Nie przychodziła pocałować w czółko na dobranoc. Zdawała się być tak daleko mimo że była tak blisko ich. Na wyciągniecie łapki, lecz i tak za daleko by wtulić się w cieplutkie futerko kotki. 
— Mewia Łapo? — głos wojowniczki był taki zmęczony. 
Na pewno miała ich dość. Już Kijanka i Iskra byli wojownikami. A ono było takie głupiutkie i niepoważne. Zamiast być duże i odważne chciało się bawić i tulić. Pewnie miała im to za złe. Pewnie bracia uratowali by Panią Kruk i jej brata, i jeszcze pobili giga jelenia. Ale mamusia była z nimi. Z głuptasem. Któremu nic nie mówi, wszystko ukrywa, i teraz przed nimi ucieka. 
Których już nie kocha...
— Mamo... — jęknęło zrozpaczone. 
Zaskoczona wojowniczka spojrzała na nich. Brązowe pogrążone ślepka otworzyły się szerzej. Łzy lały się z bagietkowych patrzałek. 
— D-dlaczego mnie już nie k-kochasz...? — załkało żałośnie, nawet nie próbując wciągnąć gluta, który zwisał im z nosa. 

<mama teraz się tłumacz...>


[liczba słów 716]

[przyznano 14%]

15 grudnia 2024

Od Mżącego Przelotu CD. Bagietki (Mewiej Łapy)

Zmarszczyła brwi. Jej wcześniejsze zaniepokojenie brakiem odpowiedzi zamieniło się we frustrację.
— Wołałam ciebie — westchnęła, kładąc po sobie uszy — Masz na imię Mewa. Nie pamiętasz?
Kociak przekręcił głowę ze zdziwieniem.
— Naprawdę?
Zdusiła w sobie chęć przewrócenia oczami. 
— Tak. Mewo, rozmawialiśmy o tym wczoraj. I przedwczoraj też.
— Nie ma opcji... Ja jestem przecież Bagietka — kocię utrzymywało się przy swojej wersji wydarzeń.
— Teraz nazywasz się Mewa, sam wybrałeś takie imię! Zgodziłeś się przecież.
Łaciaty pokręcił głową.
— Kazałaś mi wybrać — zaparł się łapkami o ziemię — Ja bym został przy Bagietce. Po co mi nowe? To brzmi tak super!
— Musiałeś je zmienić, to nie ja ustalam zasady.
— Nie? To kto?
— Srocza Gwiazda, głuptasie.
Bagietka spojrzało na nią niepewnie.
— A kto to?
Stanęła osłupiała. Spoglądając z góry na dziecko, poprosiła Gwiezdnych o cierpliwość.
— Nasza liderka, Mewo. Nie mów mi, że nie wiesz, o kogo mi chodzi...
— Wiem — powiedział, nie wyglądając jednak na przekonanego. Nad umiejętnością kłamania chyba musiał popracować.
— Nie mów mi tego tylko dlatego, że chciałabym to usłyszeć. Widzę, że kłamiesz.
— Nie kłamię!

*pod koniec pory nagich drzew*
TW: krew, śmierć


Szła wzdłuż wyznaczonej sobie wcześniej ścieżki, z Mewią Łapą u boku. Pokryte papką śniegu i błota pasmo trawy obok koryta rzecznego prowadziło ich w stronę brzozowego zagajnika. Pogoda powoli zaczęła się ocieplać, dając im szansę na przeprowadzenie pierwszego z serii treningów wspinaczki. Jeszcze nie poinformowała syna o swoich planach, zamierzając to zrobić po dotarciu na miejsce. 
— Gdzie idziemy? — łaciaty dreptał tuż za nią, co jakiś czas przystając i oglądając ślady pozostawione w śnieżnej brei.
— Widzisz te drzewa? To brzozowy zagajnik. Chcę cię tu czegoś nauczyć.
— Czego? Przecież ja już umiem tyyyle rzeczy. Po co mi więcej...
— Zobaczysz później.
Niezadowolony krótką odpowiedzią zamachnął się ogonem, odwracając mordkę w stronę rzeki.
— Nie mogliśmy zostać w obozie?
— Treningi nie odbywają się w obozie, Mewo.
Uczeń mruknął coś pod nosem. Gdy znaleźli się między biało-czarnymi pniami, zatrzymała się. Bagietka obił się o jej tylną łapę, co było już regularnym zjawiskiem, więc nauczyła się to ignorować. W końcu takie były skutki chodzenia z głową w chmurach - jej też nie raz zdarzyło się prawie wejść prosto w drzewo lub wpaść na klanowicza.
— Jesteśmy — oznajmiła, spoglądając na syna — dzisiaj będziemy się wspinać na drzewa. A przynajmniej spróbujemy... Gałęzie nie powinny być oblodzone, ale nigdy nic nie wiadomo.
— Ale my przecież nie jesteśmy wiewiórkami...
Otworzyła pyszczek, aby mu odpowiedzieć, jednak nic nie znalazło się na jej języku. Jej oczy wypełniła dezorientacja.
— Mewo... Jakie wiewiórki?
— No bo one się wspinają na drzewa — zadowolony uczeń pochwalił się swoją wiedzą — i skoro wiewiórki umieją, to my już nie musimy! Mamo, one się powspinają za nas.
Westchnęła cicho, trącając syna w bark i nakierowując w dobra stronę. Pchając go do przodu, zastanawiała się, czy dalej strzępić język na temat wiewiórek.
— To co, możemy wrócić?
— Nie — westchnęła — jak wejdziesz na drzewo, i nie spadniesz, to będziemy mogli wrócić.
— Czyli mam udawać wiewiórkę?
— Nie- — miała już naprawdę dosyć — masz się nauczyć. Nie udawać zwierzaka. 
Łaciaty nie wyglądał na przekonanego.
— Ale dlaczego?
— Bo to ważne. Przykładowo, koty z Owocowego Lasu mieszkają na drzewach... Z tego co słyszałam. Więc to ważna umiejętność. Możesz uciec na drzewo, gdy goni cię jakiś drapieżnik. Na przykład... Pies.
— A niedźwiedź?
— Nie mamy tu niedźwiedzi — mruknęła, stając pod jedną z brzóz — ale pewnie by się dało.
— To muszę powiedzieć Czapli — westchnął z małym uśmieszkiem — i nauczyć Mżawunię. A co to ten Owocowy Las?
— Powiem ci jak wrócimy, tak w nagrodę. 
Spojrzała w górę, próbując ocenić grubość gałęzi drzewa. Chyba powinny utrzymać ich obu - nie zamierzała puścić syna samego, była wręcz pewna, że skończyło by się to upadkiem i złamanym kręgosłupem. Bagietka siedział obok jej ogona i ponownie paplał coś o wiewiórkach, mając gdzieś fakt, że słuchała go tylko jednym uchem.
— Dobrze, teraz posłuchaj uważnie — westchnęła po chwili, odwracając się do ucznia i patrząc mu w oczy — musisz mocno wbijać pazury w korę, bo inaczej spadniesz. Najpierw przednie, a potem tylnie łapy. Jedna po drugiej. Spróbuj.
Łaciaty przysunął się bliżej pnia. Zmierzył go wzrokiem, po chwili namysłu przykładając łapę do kory. Zatrzymał się i spojrzał na Mżawkę, która skinęła głową zachęcająco. Wysunął język z mordki i wstał na tylnie łapy, przytulając się do drzewa. Jego pazurki były rzeczywiście mocno wczepione, z czego była dumna i jednocześnie zaskoczona.
— Dobrze, teraz spróbuj podciągnąć się wyżej — miauknęła — ja będę cię asekurować od tyłu.
— Co to znaczy?
— Pilnować, że nie spadniesz.
— Oki — uśmiechnął się, i nadal z wystawionym języczkiem podniósł tylne łapy z ziemi — ja nie spadnę!
Wbił pazury w biało-czarny pień i podciągnął się wyżej. Wojowniczka uważnie przyglądała się jego ruchom.
— Dobrze ci idzie! — pochwaliła syna, czekając, aż znajdzie się odrobinkę wyżej — Teraz tak. Widzisz tą gałąź po prawej? Wejdź na nią i tam zostań, tylko nadal trzymaj się blisko pnia. 
Bagietka pokiwał głową i niezgrabnie wciągnął się na gałąź. Jego łapy na chwilę zawisły w powietrzu, szarpiąc się i próbując zaczepić o cokolwiek. Kocurek wydał z siebie zaskoczony pisk, ale zanim zdążył ześlizgnąć się na ziemię, niebieska głowa złapała go za kark i że stęknięciem podniosła na stabilny grunt. Mżawka zmierzyła go wzrokiem, po czym spojrzała w dół. Cieszyła się, że jej wspinaczka szła chociaż trochę lepiej niż na początku - nie chciała zbierać syna z ziemi jak rozpłaszczonej żaby. Prędko sama wspięła się odrobinę wyżej i przystanęła na innej gałęzi.
— Musisz uważać — zaznaczyła — łatwo o ześlizgnięcie się.
Łaciaty pokiwał głową z głupim uśmieszkiem na twarzy.
— Uratowałaś mnie!
— Tak, ale teraz o tym nie myśl. Musisz się skupić na treningu. Co ty na to, może jeszcze o jedną gałąź wyżej?
Uczeń przytaknął jej energicznie.
— No to hop, do góry! Tylko mocno się trzymaj.
Po dłuższej chwili trudzenia się ze ślizgającym się Bagietką, uczepionym raz jej barku, a raz pnia drzewa, udało im się osiągnąć sukces i znaleźć prawie na czubku drzewa.
— Dobra robota! — pochwaliła syna, liżąc go lekko po głowie — Wystarczy się skupić, i widzisz jak łatwo poszło?
— Tak... — Odpowiedział, jednak wcale nie skupiał wzroku na matce — Patrz, pani Kruczy Szpon tu jest.
Jego głowa odwrócona była w stronę polany przed cmentarzyskiem. Niebieska wychyliła się, zastanawiając, o co mu chodzi. Gdy wytężyła wzrok, ujrzała jednak znajomą sylwetkę starszej wojowniczki. Towaszyszył jej Cuchnacy Śledź, widocznie paplając jej o czymś do ucha. Czarna kocica nie wyglądała na zadowoloną, ale w gruncie rzeczy, to dymna chyba nigdy nie widziała jej z uśmiechem na pysku.
— No i? — prychnęła z niesmakiem. Nigdy nie polubiła wojowniczki, która zawsze zachowywała się jak królowa wszechświata. W sumie to nic Mżawce nie zrobiła, ale uczyniła też niczego, co by podniosło jej reputację w jej oczach — Może jest na spacerze z bratem.
— Czy my też możemy- — młodziak nie zdążył dokończyć; przerwał mu wypełniony strachem krzyk. Znajomy krzyk.
Patrzyła odrętwiała, jak czekoladowy wojownik wypycha siostrę na środek polany. Kruczy Szpon wydała z siebie przeraźliwy lament, przez który Mżawka mimowolnie położyła po sobie uszy. Jeszcze nie rozumiała, co ją przestraszyło. Gdyby to była inna para kotów, uznałaby to za zwykła zabawę. Przecież ona, Pyzia i Niunia też się pchały, goniły i tak dalej. Jednak odpowiedź szybko jej się objawiła ‐ z punktu, w który wpatrywała się Kruk, wybiegła masywna, zarośnięta grubym futrem postać. Ogromne poroże w kolorze kości zabłysnęło w słońcu, jednak chwilę później zniknęło na tle śniegu. Zwierzę zaszarzowało na rodzeństwo; znajdujące się na drzewie koty mogły tylko obserwować. Mżawce udało się jedynie nieświadomie przysunąć syna bliżej, chowając jego głowę w biało-szarym futrze. Jej pysk wykręcił się w grymasie i głowa mimowolnie odwróciła. Czuła, że ratunku dla wojowników już nie ma. Spłaszczyła własne uszy i zatkała te Bagietki, słysząc ostatni krzyk Cuchnącego Śledzia. Nawet, gdy nie mogła już usłyszeć ruchów zwierzęcia, pozostała w miejscu. Nie była, pewna ile czasu minęło, ale w końcu uchyliła powieki. Uczeń zaczynał szarpać się w jej objęciach, pytając, co się stało i dlaczego tu tak sterczą. Wzięła głęboki oddech, próbuj uspokoić kołoczące serce. Czuła śmieszne mrowienie w łapach, do momentu, w którym Mewia Łapa nie szturchnął jej mordką w bark.
— Mamo? Co to było? Czemu oni śpią?
Trochę bała się spojrzeć w kierunku wojowników. Odwróciła pysk syna w przecina stronę, a jej drżąca łapa spoczęła na barku ucznia.
— Nie wiem — przyznała — Musimy się stąd wydostać. O ile ten łoś stąd zniknął.
— Łoś?
— To duże zwierzę... Później ci wyjaśnię.
Rozejrzała się, wychylając z ich bezpiecznej gałęzi. Chociaż nie wiedziała, czy jest tu na pewno tak bezpieczne. Jedno uderzenie tego potwora w pień, i juz zostali by posłani na ziemię. 
— Chodź szybko, niczego nie widzę... Zejdę pierwsza, ty jeszcze nie umiesz.
Wyminęła go i niezdarnie ześlizgnęła się na ziemię, głową w dół. Stanęła na drżących łapach i spojrzała w górę, dając mu sygnał, że to jego kolej.
— Ja nie umiem! — jego oczy powędrowały z matki na śliski pień.
— Dasz radę, jak coś się stanie, to cię złapię. Chodź, musimy się pośpieszyć. 
Nadal nie przetrawiła tego, czego doświadczyli. Uparcie starała się nie patrzeć w tamtym kierunku, zamiast tego skupiając się na synie oraz własnym oddechu. Wdech, wydech.
Bagietka w końcu zsunął się z gałęzi i uczepił głównego pnia. Na wpół spadając, a na wpół zchodząc udało mu się znaleźć na ziemi. Pomogła mu stanąć stabilnie i wzięła głęboki oddech.
— Pójdę zobaczyć, co się stało — miauknęła, starając się, aby jej głos zabrzmiał pewnie — Zostań tu, proszę. Gdyby coś się działo, wejdź spowrotem do góry.
Niepewnie odwróciła się w stronę wspólklankowiczow, których w tym momencie przysłaniała zagroda drzew. Łaciaty uczeń pociągnął ją za ogon i powiedział coś jeszcze, ale nie skupiła się na jego słowach i umknęły one w niepamięć. Ruszyła w kierunku katastrofy, uważnie wyglądając zza drzew. Miała szczerą nadzieję, że ta koszmarna bestia nigdzie się tam nie czai. Wiedziała, że ani ona, ani Bagietka nie uciekliby ciężkim racicom zwierzęcia.
W końcu jej spojrzeniu ujawniły się postaci dwójki wojowników. A raczej byłych wojowników. Przełamując się w sobie, podeszła bliżej ciała Kruczego Szponu. Czuła, jak wcześniejsze śniadanie zbiera jej się w gardle. A to nie był przecież tak koszmarny widok, prawda? Z trudem odciągnęła wzrok od ziejącej pustki w miejscu głowy kotki, przenosząc go na szkarłatną plamę w śniegu dookoła. Jej oddech przyspieszył, a widok przed oczami zamazał. Zamrugała parę razy. Czemu tak to przeżywała? Nie raz spotkała się z widokiem krwi. Nie był to też pierwszy raz, gdy widziała martwe ciało. Przecież napotkała w obozie klanu Nocy, przykładowo, Pszczelą Dumę, która odeszła w wieczny sen. Ba, jej własna córka urodziła się wszystkimi czterema łapami w grobie. 
Taki widok nie powinien sprawiać, że traciła pewność siebie.
Otrząsnęła się, po chwili niechętnie oglądając resztę ciała Kruk. Nie mogła rozpoznać żadnych śladów walki, poza ranami zadanymi przez racice łosia. Zdruzgotana odsunęła się parę kroków dalej. Jej łapy pozostały pokryte zaróżowioną papką śniegu i krwi, ale nie skupiła się na tym. Postanowiła zostawić tutaj ciała rodzeństwa - nie było opcji, żeby nawet razem z synem udało się jej przenieść je do obozu. Poza tym, nie miała zamiaru obarczać syna taką odpowiedzialnością. On nawet nie wiedział, co się stało. Nie mogła by tego zrobić. 
Rozejrzała się dookoła. Próbując odwrócić wzrok zdala od sceny, zadała sobie pytanie ‐ co mogło być przyczyną ataku Cuchnącego Śledzia na siostrę? Nie mogła wyprzeć z umysłu widoku kocura wypychajacego ją prosto w pole widzenia łosia, niczym posiłek. Sam przypłacił za to życiem. Cofnęła się w miejsce, gdzie stali wcześniej. W przeciwieństwie do poprzedniego widoku, w tamtym miejscu śnieg pozostał nie skażony krwią, ale wydeptane w nim ślady były zbyt zagmatwane, żeby cokolwiek z nich zrozumieć. Nie wiedziała, kiedy zaczęło się nieporozumienie, ani dlaczego. I pewnie nigdy się nie dowie; prawdę powiedziawszy, chyba wolała nie wiedzieć.
Z transu wyrwało ją wołanie Mewiej Łapy. Szybko podniosła głowę, cofając się o parę kroków.
— Wszystko dobrze? — odkrzyknęła.
— Tak! Możemy już wracać? Nie podoba mi się tu...
Westchnęła cicho, przyznając synowi rację. Sama nic tu nie zdziała, a jej następnym zadaniem było powiadomienie reszty klanu o zaistniałej sytuacji, a przede wszystkim Sroczej Gwiazdy. Skierowała się spowrotem w kierunku, w którym zostawiła syna, mimowolnie odwracając głowę w drugą stronę, gdy minęła ciała wojowników. Nie chciała patrzeć na nie dłużej niż musiała.
— Mamo! — popatrzyła na Bagietkę, gdy w końcu weszła między drzewa — Wiesz, co tam się stało? Czemu tak tam leżą? Kiedy się obudzą?
Wzięła głęboki oddech, kładąc uszy po głowie.
— To skąplikowane — mruknęła, podchodząc bliżej — Chodź, wracamy. Muszę zdać raport Sroczej Gwieździe.
— Ale co się stało?
— Wytłumaczę Ci później.
— Zawsze to mówisz! Ja chcę wiedzieć teraz!
— Mewo! — ta rozmowa nie była na jej nerwy — Odpuść, proszę. To nie czas na to.
Popychając syna do przodu, ruszyła w kierunku obozu. Nie odzywała się przez większość drogi, smętnie spoglądając przez siebie. Do czasu.
— Mamo?
Zdusiła w sobie chęć westchnięcia. Znowu. Ale nie chciała, aby Bagietka myślał, że jest na niego zła. Bo nie jest, chodź tak to mogło wyglądać.
— Tak?
— Masz brudne łapki — wtrącił nieśmiało, wskazując na jej przednie kończyny.
Zwróciła na nie wzrok. Rzeczywiście, ku jej przerażeniu, na jej łapach pozostały ślady czerwonej, śnieżnej papki. Natychmiastowo zatrzymała się i zaczęła wycierać je w wysoką trawę na brzegu rzeki. Jej ruchy były szałaputne i raczej niekontrolowane, ale gdy w końcu się zatrzymała, były już czyste. Odetchnęła z ulgą, spoglądając na zdezorientowanego syna.
— Wybacz, to nic takiego — zapewniła go, ponownie ruszając w drogę — Chodź, idźmy dalej.

***

Wyszła z wody na obozową wyspę, Mewia Łapa tuż za nią. Poczekała, aż znajdzie się obok, i rzuciła spojrzenie w stronę wejścia między trzciny. Biorąc głęboki oddech weszła do środka, trzymając syna blisko. Rozedrganym wzrokiem poszukała zastępczyni, Tuptającej Gęsi, ignorując tym samym zapytanie innego kota o coś, czego nawet nie usłyszała. Podeszła do kocicy, nerwowo przebierając łapami.
— Tuptajaca Gęsi? — zagadnęła — Gdzie jest Srocza Gwiazda?
Starsza podniosła jedną z brwi.
— W swoim legowisku — odpowiedziała — Potzrebujesz czegoś?
— Muszę jej o czymś powiedzieć — przełknęła nerwowo — Byliśmy świadkami... Śmierci dwójki wojowników — wyszeptała, wskazując ogonem na ucznia ja jej plecami.
Zastępczyni jedynie skinęła głową, pospieszajac ją w kierunku drzewa liderki.
— Idź do legowiska uczniów, dobrze? — poprosiła jeszcze syna, zanim zniknęła mu z pola widzenia.

<synku?>
[2288 słów]

[przyznano 23%]

08 listopada 2024

Od Bagietki (Mewiej Łapy) CD. Od Mżącej Łapy (Mżącego Przelotu)

 — Nie możesz — westchnęła, krusząc marzenia kociaka — Mżawka to moje imię… Może Mewa?
Maluch zmarszczył swoje śliczne ślepka. Nie rozumiało czemu nie mogło nosić imienia takiego samego jak ich ulubiona mama. Przecież chciało być tak super jak ona. Więc dlaczego nie.
— Mamoo... — jęknęło niezadowolone. — A Mżawunia...?
Oczy kotki śmiesznie się przewróciły. Bagietka odchyliło zdziwione tym łebek. Mama była chora?
— Bagietko, to wciąż to samo imię.
Kocię niezadowolone nadymało poliki. Ogon uderzył o ziemię. Odwróciło się zadkiem do matki. Niech odczuje oburzenie buzujące w tym drobnym ciele.
— Bagietko...
Kociak nie słuchał. Przecież nawet nie wiedziało czym był bocian czy jakaś mewa. Nazwy te brzmiały jak błotniste kałuże. Nie tak cudownie jak imię mamy.
— A co to ten bocian? A mewa? — zaczęło niepewnie, wciąż naburmuszone.
Kotka usiadła obok nich i otuliła kocie ogonem. Przytuliło się do boku matki, lecz nadal unikając jej spojrzenia. Niech sobie nie myśli, że już jej wybaczył.
— To ptaki. Szybują po niebie. I są biało-czarne. Zupełnie jak ty.
Bagietka zainteresowane uniosło nieco ogonek. Mama musiała to zauważyć, bo postanowiła kontynuować.
— Bociany żyją przy łąkach i bagnach. Mają długi czerwony dziób...
— Nie chce. Nie chce. — pisnęło niezadowolone. — Ja nie mam długiego czerwonego nosa. — argumentował. 
Kotka spojrzała na nich zaskoczona. Na uderzenie serca zamyśliła się, marszcząc nieco swoją mordkę. Bagietka zaciekawiony stanem kotki obserwował ją bacznie. Przynajmniej przez chwilę. Kolorowy robaczek przemknął im pomiędzy łapami sprawiając, że zyskał on uwagę kocięcia. Próbowało złapać kolorowe stworzonko. Lecz nie doceniło prędkości maleńkiej istoty.
— Bagietko...?
Żółte ślipka niepewnie spojrzały na mamę. Nieco zdezorientowane uniosło brew pytająco. Niebieska uśmiechnęła się.
— To może Mewa? Jest na tą samą literkę co moje imię. — miauknęła.
Był to sensowny argument. Przynajmniej w łebku Bagietki. W końcu im bardziej podobne do imienia mamy tym bardziej super jak ona będzie. Podeszło do kotki, czekając na ciąg dalszy opowieści. Kotka jednak zdawała się nie być przygotowana na ten ciąg wydarzeń.
— Na dodatek... — zaczęła. — Mewy są ściśle powiązane z mżawką.
— Naprawdę??
— Tak... Naprawdę. Ten delikatny deszcz stanowi w ich życiu bardzo ważną funkcję...
— Jejku! Ale super. To chce. Mogę być Mewą. — ogłosiło dumnie, wpatrując się w kotkę.
Niebieska uśmiechnęła się z ulgą.
— Cieszę się. W takim razie przekaże to Sroczej Gwieździe.


* * *

Bagietka siedziało w progu kociarni. Robiło się coraz zimniej. Listki zmieniały kolorek na drzewach. Kocie obserwowało to z zainteresowaniem. Ciekawe czy ono także zmieni kolorek swojego futerka. Bacznie śledziło postępowania zmiany kolorystyki sierści u obcych im wojowników, lecz ci zawodnie pozostawali przy swej oryginalnej barwie.
— Mewo? Mewo? — usłyszało głos matki.
Kotka znajdowała się na środku obozowiska i patrzyła w ich stronę. Wciąż nawoływała kogoś, choć kontakt wzrokowy przy tym zachowany sprawiał, że czuło się nieco nieswojo.
— Mewo!
Lekko drygnęło, lecz dalej biernie obserwowało kotkę. Zaczęła zmierzać w ich stronę. Bagietka przechyliło lekko łebek. Może któreś z kociąt Stokrotki miało tak na imię. Rozważania przerwała mu sylwetka kotki nad nimi.
— Mama! — pisnęło zadowolone, wtulając się w kotkę.
Wojowniczka otuliła ich ogonem, lecz była jakaś sztywna. Aż tak zmarzła na dworze? Dobrze, że jednak nie wychodziło na zewnątrz.
— Wołałam cię. — upomniała ich, spoglądając na kociaka.
Bagietka zmarszczyło brwi.
— Naprawdę? A nie szukałaś jakiejś Mewy?

<Mamuś?>

02 listopada 2024

Od Mżącej Łapy (Mżącego Przelotu) CD. Bagietki (Mewiej Łapy)

Spojrzała z góry na rozemocjonowanego kociaka, i zdezorientowaną Kotewkę za nim. Westchnęła, siadając i łapą sygnalizując karmicielce, aby siedziała cicho. Ta przewróciła na to oczami, z parsknieciem obracając się do dwójki zadkiem, i wracając do snu. — Dajcie mi odpocząć — wyrwał się jeszcze z pyska starszej. Ale żadne z nich nie zwróciło na to uwagi, skupione na innych problemach.
— Bagietko, takie coś nie wyjdzie — wymruczała, spoglądając w maślane oczy kocięcia — Tak jak pani Kotewka mówiła, mamy teraz inne obowiązki… Ikra i Kijanka też.
Łaciate spuściło uszka, jeszcze raz tupiąc łapką.
— Ale wtedy było tak fajnie! — wymiauczał nieco piskliwym głosikiem — Teraz nie masz dla mnie czasu!
W żółtych ślipiach pojawiły się łezki, a biała bródka zadrżała.
— Zawsze próbuję znaleźć dla ciebie czas — przygarnęła do siebie malca, ocierając mokre kropelki pod jego oczkami — Ale muszę chodzić na patrole, i na treningi… Wiesz, teraz też może być fajnie.
Chwyciła Bagietkę za kark. Kociak pisnął, ale nie próbował się wyszarpywać. Zajęła miejsce na jednym z wolnych posłań, kładąc łaciatego obok siebie. Z westchnieniem polizała go po głowie, na co jego oczka rozszerzyły się i uniosły wyżej.
— Opowiesz mi może, co robiłeś dzisiaj? — zaproponowała, kładąc głowę na ziemii.
Kocię pokiwało energicznie główką, od razu wychylając się zza jej ciała, i łapiąc jakąś kulkę mchu. Z dumą zaprezentował ją uczennicy, niemal wciskając do pyszczka.
— Oto Mżawunia — miauknął zadowolony — Moje malutkie dziecko. Wiesz, że Siwek tak o nad dbał? Przynosił jedzonko, i… i ogrzewał!
Niebieska zaśmiała się, co wywołało kolejny niezadowolony pomruk Kotewkowego Powiewu. Zignorowała zniesmaczoną kocicę, trącając łapką “dziecko” Bagietki.
— To świetnie, Bagietko — zachichotała — Zostałeś tatą, tak?
— A… Mogę być mamą?
— Jak chcesz, to… Możesz? — odparła zaskoczona — A chcesz?
— Nie wiem.

*parę dni po jej mianowaniu*

Siedziała pod legowiskiem wojowników, próbując wymyć kurz z własnego futra. Podczas kolejnego koszmaru (który oczywiście rozpoczął się całkowicie niewinnie) udało jej się sturlać z posłania na ziemię, przez co jej grzbiet był teraz cały upstrzony drobinkami mchu i innymi paprochami. Jednak za nim zdążyła doprowadzić się do ładu, tuż przed nią wyrosła czarno-biała postać liderki.
— Mżący Przelocie? — kocica zwróciła uwagę wojowniczki, która zastygła z łapą w powietrzu — Mam do ciebie pewną sprawę.
— Tak tak, o co chodzi? — szybko podniosła się z ziemi i wyprostowała, próbując tym okazać szacunek.
— Trzeba byłoby zmienić imię Bagietce — zaczęła Srocza Gwiazda, a oczy Mżawki rozszerzyły się — Jest już duży, a nie chcemy przecież, aby zdrada jego matki się za nim ciągnęła.
— Dobrze, rozumiem — miauknęła, nieco nerwowo strzepując ogonem.
— Zajmiesz się tym?
— Tak — odparła szybko.
Liderka zamrugała zielonkawymi oczami, wzdychając lekko.
— Dobrze, liczę na ciebie, Mżawko.
Niebieska nawet nie zauważyła, kiedy przywódczyni zdążyła się już oddalić o parę kroków. Miauknęła jeszcze szybkie “miłego dnia”, po czym obejrzała się w stronę żłobka. No nic, tak jak obiecała – musi się tym zająć. Skierowała swoje kroki właśnie do tamtego legowiska, uważając, aby po drodze nie potknąć się o Rysią Łapę. Wejrzała do środka, od razu łapiąc spojrzenie młodego. Gdy tylko ją zobaczył, pozostawił marudzącą Kotewkę w spokoju i przyplątał się pod łapy przybranej mamy.
— Hej Bagietko — zachichotała — Mam dla ciebie zadanie.
Oczy kociaka otworzyły się szeroko.
— Zadanie? — pisnął — Jakie zadanie?
— Musisz wybrać sobie nowe imię — oznajmiła, siadając na ziemi.
— Tak jak ty? Bo masz nowe, prawda?
— Tak, ale nie do końca — westchnęła — Musisz… Znaleźć sobie jakieś… Może, coś jak… Bocian, albo Świt?
Nie miała pojęcia, jak nadać malcowi na imię. Może to ono miało jakieś żądania, co znacznie by pomogło. Jednak za jego oczkami nie pojawiało się za wiele mądrych myśli.
— Mżawka.
— Tak? — zapytała zdezorientowana, myśląc, że po jakiegoś grzyba kociak ją woła.
— Nie, ja chcę się nazywać Mżawka!
— Nie możesz — westchnęła, krusząc marzenia kociaka — Mżawka to moje imię… Może Mewa?

<dziecko?>
npc: Kotewkowy Powiew

22 października 2024

Od Bagietki CD. Mżącej łapy

Wszyscy powoli ich opuszczali. Pierw zniknęli Kijanka i Iskra i już nie przychodzili do kociarni. Mama mówiła, że zostali mianowani i teraz są uczniami. Nie mają czasu na zabawę, ani na chowanego, ani na berka. Bagietce nie podobało się to. Czuło rosnącą frustracje na ów zdarzenie. Kocurki teraz bawili się bez nich. Widziało, jak trenowali razem, czy rozmawiali o treningach. Spali bez nich. Wszystko robili bez nich. Nie mieli czas dla niego. To było potworne uczucie. Kuło boleśnie w serduszku. A potem Siwek. Umysł kocięcia coraz bardziej denerwował się na ich liderkę. Zabierała mu wszystkich kolegów. Była paskudna i zła. Nie lubiło jej! Tak bardzo bardzo.
Jak ślimaków bez domków. 
Paskudna!
Nie spodziewało się jednak najgorszego. Pani lider zabrała im mamę! To było nie pojęte. Nie umiało tego przepracować. Jak i dlaczego. Nie mogła Kotewki? Wolało mamę niż ją. Starsza kotka ciągle spała! Nie chciała się bawić w chowanego. Zasypiała zamiast ich szukać. 
Była jak kulka mchu, która uczepiła się mu do łapy. Zbędna! 
— Mamo!!!— ucieszyło się na widok kotki i popędziło w jej stronę. 
Przebiegła kulka mchu nasłana przez samą Kotewka niemal zakończyła ich żywot na tej nieszczęsnej planecie. Szczerzyło się radośnie do kotki, ciesząc się każdą ich wspólną chwilą. Wciąż było bardzo złe, że przebiegła liderka tak chamsko ukradła im mamę. Barbarzyńca. 
— I co ty na to? – mruknęła Mżawka. – Myślisz, że tak będzie okej? Niestety to nie moja decyzja, też bym chciała tu z tobą zostać. 
Bagietkowe oczka zaświeciły się mocniej. Miało plan. Bardzo mądry i sprytny. 
— Ja znam rozwiązanie. — podzieliło się tym dumne. 
Kotka była zaskoczona. Uniosła brew i nachyliła się nad kocięciem. 
— Czego rozwiązanie? — zapytała nieco zdezorientowana nagłą zmianą zachowania Bagietki.
Kocię zrobiło dumnie krok do przodu i spojrzało na matkę. Uśmiech nie znikał z pysia. Uratuje ich rodzinę. Pierw mamę, a potem Iskrę i Kijankę. Będą znów żyć razem i szczęśliwie. Na zawsze!!
— Chodź, chodź. — zachęciło, kierując się w stronę śpiącej kotki. 
Mina Mżawki wskazywała na to, że miała coraz więcej wątpliwości do planu adoptowanego kociaka. Biała łapka wskazała na wieczną karmicielkę. 
— Schowasz się za Kotewką i pani lider cię nie znajdzie! — wypaliło podekscytowane, budząc tym samym staruszkę. 
— Bagietko, słoneczko, to nie wyjdzie. — zaczęła Mżawka, ale bagietkowa łepetynka totalnie zlała ten sprzeciw. 
— Będzie dobrze. Będę ci przynosić jedzonko. I rybki. I muszelki. A w nocy będziemy chodzić na spacerki. — przekonywało kotkę. 
Uczennica westchnęła, szukając odpowiednych słów. Do rozmowy wtryniła się Kotewka. Zupełnie niepotrzebnie. Kocię spojrzało na nią złowrogo, ale bicolorka chyba się tym nie przyjęła. 
— Bagietko, to nie wyjdzie. Mżawka ma teraz obowiązki. Gdyby zniknęła to wszyscy by się martwili. — próbowała im wytłumaczyć, wstając powoli. 
Bagietka pokręcił łebkiem, pokazując, jak w głębokim poważaniu ma jej słowa. Aż tupnęło łapką. Starsza uniosła zdziwiona brew. W końcu pojęła skale ich gniewu. 
— Wcale nie! Nie! Nikt się nie będzie martwić. Powiem Iskrze i Kijance, że tu są. Albo też się tu schowają. I będzie dobrze. Będzie bardzo fajnie. Jak dawniej... — wbiło smutne ślipka w mamę. 

<mamuś?>



npc: Ikrowa Łapa, Kijankowa Łapa, Kotewkowy Powiew

08 października 2024

Od Mżawki (Mżącej Łapy) CD. Bagietki

— Bagietkowe oczka – kocię wpatrywało się w nią zafascynowane – A ty jak ziemia. Ziemne oczka... A co to Bagietka?
Mżawka prychnęła ze śmiechem. Ziemne oczka? To dopiero coś.
— Już Ci mówiłam, co to Bagietka – mruknęła.
Łaciate przechyliło główkę ze zdezorientowaniem. Za jego żółtymi ślepiami nie kręciła się żadna myśl, a pyszczek wisiał otwarty, jakby to tamtędy uciekała cała wiedza.
— Aaa… A powtórzysz jeszcze raz?
Niebieska strzepnęła ogonem, kładąc mordkę na ziemi, aby zniżyć się do poziomu kociaka. Puchate rozszerzyło swoje “bagietkowe” oczęta, wysuwając łapki do przodu, łapiąc przy tym wąsa karmicielki.
— Bagietka to takie jedzenie – westchnęła – Ale, my nie możemy go jeść, bo nie ma go w Klanie Nocy.
— A kto może je jeść?
— Hmm… Dwunożni mogą je jeść. My nie możemy, bo jest to wbrew zasadom.
Dymka skuliła się w cieniu śmietnika, obserwując przechodzących dwunożnych. Spojrzenie jednego z nich wbiło się w małą koteczkę. Widząc swoją szansę, wybiegła z ukrycia i zaczęła ocierać się o jego nogi, miaucząc głośno. Łysa łapa pogłaskała niebieską po łepku, chwilę później grzebiąc w kieszeni. Na ziemi przed kotką pojawił się ciepły, miękki kawałek żółtawego czegoś. Jej wybawca wydał z siebie parę dziwnych dźwięków, po czym zaczęła się oddalać.
Wbiła wzrok w zostawiony przed nią, zachęcająco pachnący kawałek. Co to było?
— Co się tak na to patrzysz? – prychnął zachrypnięty głos, należący do burego, masywnego kocura – Jak będziesz się tak ociągać, to ktoś Ci ją zje.
Wystraszona położyła po sobie uszy, spoglądając kątem oka na nieznajomego, który pojawił się znikąd.
— A co to jest? – zapytała łamiącym się głosem.
— Bagietka – mruknął, odchodząc w drugą stronę – Skąd ty się urwałaś, dzieciaku?

Potrząsnęła głową, odpychając od siebie wspomnienie.
— A co to dwunożni?
— Dwunożni to takie wysokie, łyse istoty, które mieszkają w mieście – miauknęła – Czasami przychodzą też do lasu. Zazwyczaj są źli, nie powinno się od nich przyjmować pomocy. No…. I są strasznie brzydcy. I krzyczą bardzo dużo!

***

Siedziała przed żłobkiem, usilnie próbując utrzymać rozentuzjazmowanego Bagietkę obok siebie, jednocześnie przysłuchując się słowom Sroczej Gwiazdy. Mały kocurek u jej boku patrzył swoimi ogromnymi oczkami na zebrane w obozie koty, przydeptując przy tym jej ogon.
— Siwku, od tej pory, aż do momentu, w którym otrzymasz imię wojownika, będziesz zwał się Siwa Łapa – miauknęła liderka, a mały kocurek przed nią rozmarzony wpatrywał się w jej pysk pomarańczowym ślipiem – Twoim mentorem zostanie Wodnikowe Wzgórze.
Już po chwili nowo mianowany uczeń zetknął się nosem że swoim nauczycielem - a zarazem tatą, wręcz podskakując z radości. Młodego od razu otoczyła reszta uczniów.
— Mżawko, wystąp.
Karmicielka podniosła spojrzenie, a jej wąsy zadrżały. Ona? Co się miało stać? Pod ponaglającym spojrzeniem Kotewkowego Powiewu wstała z miejsca i wyszła na środek, a piastunka przysunęła do siebie wcześniej przyczepionego do łapy niebieskiej kociaka.
— Mżawko, nadszedł czas, abyś ty też zaczęła swój trening – mruknęła łaciata.
Od razu się wyprostowała. W końcu! Wkrótce stanie się pełnoprawną wojowniczką!
— Od tego dnia, aż do otrzymania przez ciebie tytułu wojownika, będziesz zwana Mżącą Łapą, a twoim mentorem zostanie Nimfie Zwierciadło.
Podniosła wyżej brwi. Czy liderce chodziło o tą samą Nimfę? Spojrzała zaskoczona na koleżankę. Tego się nie spodziewała… Ale na pewno będzie miło.
— Nimfie Zwierciadło, jesteś gotowa do wyszkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojej mentorki, Tuptajacej Gęsi, świetne wyszkolenie i mam nadzieję, że całą swoją wiedzę przekażesz Mżącej Łapie.
Uśmiechnięta, podeszła o krok bliżej do orienatalki i styknęła z nią nosy. Chwilę później pojawił się przy niej Ikra, a potem Kijanka, miaucząc przeraźliwie. Z jego paplaniny udało jej się tylko wyciągnąć fakt, że strasznie się cieszy, że znowu będą dzielić legowisko. Westchnęła, liżąc syna po głowie. Żeby tylko szybko to minęło.

*pod wieczór, tego samego dnia*

Jej łapy zapadały się w miękki mech posłania w nowym legowisku. Rozejrzała się po ozdobionych kolorami, trzcinowych ścianach. Zachodzące słońce wpadało do środka przez luki w liściach, rozświetlając piórka na uczniowskich posłaniach. Przysunęła swoje bliżej tego Kijankowej Łapy, aby nie leżeć tuż przy wejściu. Poprawiła jeszcze parę rzeczy, udeptując mech i suchą trawę.
— Mżawko? – odwróciła się na głos Baśniowej Stokrotki – Idziesz ze mną zjeść?
Uśmiechnęła się w stronę wojowniczki, od razu wychodząc za nią na zewnątrz. Kremowa wzięła że stosu zwierzyny małego karpia, sadowiąc się na wilgotnym piasku. Ona sama wzięła pierwszą lepszą jaszczurkę.
— I jak? Co myślisz o byciu uczniem?
— Jestem strasznie podekscytowana – miauknęła, kładąc przed sobą posiłek – Niedługo zostanę wojowniczką!
Stokrotka zaśmiała się, zabierając się za jedzenie.
— Napewno trening pójdzie Ci łatwo – miauknęła między kęsami – Ja później idę na spacer z Dryfującą Bulwą, ale jeszcze trochę mogę z tobą posiedzieć.
Zastrzygła uszami. Łaciata nie została poinformowana o jakichkolwiek romansach, ale wiedziała, że coś się między wojownikami dzieje.
— To bardzo miło – mruknęła – Ehh, też bym chciała żeby ktoś mnie zabrał na taki romantyczny spacer… Długo już się przyjaźnicie?
Zanim zdążyła uzyskać odpowiedź, do jej uszu dobiegły głosne piski. Odwróciła się w stronę żłobka, skąd wybiegł Bagietka, z przyczepioną do jednej z łapek kulką mchu.
— Mamo!!! – pisnęło kocię, prawie wywijając fikołka – To nie chce mnie puścić!
Uczennica parsknęła śmiechem, zatrzymując przybranego syna, zanim wbiegł prosto na pień spełniający funkcję stosu na zwierzynę. Zniżyła mordkę do przyczepionej zabawki i delikatnie ją zdjęła, kładąc obok zdezorientowanego dziecka.
— Łaaaaał – wyszczerzył małe ząbki – Dziękuję!!
Polizała łaciatego po główce, odsuwając resztę swojej jaszczurki w kierunku Baśniowej Stokrotki.
— Jak chcesz, to możesz ją dokończyć – mruknęła, łapiąc kociaka za kark – Idę się zająć tym małym rozrabiaką.
Pożegnała się z przyjaciółką i zabrała Bagietkę z powrotem do żłobka. Dzieciak otwierał i zamykał swój łaciaty pyszczek, opowiadając o jakiejś zabawie z Kotewkowym Powiewem. Zrozumiała tylko, że starszej chyba nie chciało się z nim bawić. Zmarszczyła brwi, wchodząc do legowiska. Ale była piastunką właśnie po to, aby zajmować się kociakami?
Postawiła syna na ziemi, rzucając kątem oka spojrzenie na Kotewkę. Miała nadzieję, że przez następne 4 księżyce dobrze zajmie się malcem. Bardzo cieszyła się na rozpoczęcie treningu, ale mimo to czuła się odpowiedzialna za dobrobyt Bagietki. Nie przepadała za kociakami, ich głośnym stylem bycia czy zabawami. Ale ciągnęło ją do tego małego kociaka; nie chciała zostawiać go samego w żłobku (pomimo tego, że nadal miałby kogoś, kto nim by się opiekował). Położyła po sobie uszy. To nadal nie było jej dziecko. Nie mogła lubić go bardziej niż własnych kociąt!
— Mamooo? – mruknęła puchata kulka pod jej łapami – A dlaczego tak długo cię dzisiaj nie było?
— Pani Kotewka Ci nie wytłumaczyła? – zapytała, spoglądając to na Bagietkę, to na piastunkę.
— Noooo… Wytłumaczyła – bąknął z głupiutkim uśmiechem na pyszczku – Ale nie pamiętam.
Westchnęła cicho, siadając. Gdzie zniknęła pamięć tego dzieciaka?
— M- Mama – zająknęła się lekko – Została uczennicą i miała dużo rzeczy do zrobienia.
Kociak przekręcił główkę.
— Tak jak Siwek?
— Tak, dokładnie tak.
Po tej odpowiedzi mina mu zrzedła i spojrzał się na nią z wyrzutem.
— Ale to znaczy, że nie będziesz już tu mieszkać! – pisnął.
Serce ją ścisnęło, patrząc na łaciatego. Owinęła go ogonem i polizała po łebku.
— No ja wiem, Bagietko – westchnęła – Ale taka kolej rzeczy. Będę codziennie przychodzić i się z tobą bawić! I opowiadać historie na dobranoc. A jak nauczę się czego na treningach, to może pokaże ci nawet parę fajnych ruchów!
Bardzo nie chciała zostawiać tu go samego, bo gdyby była na jego miejscu, bardzo by się to jej nie podobało. Zerknęła na Kotewkowy Powiew, która przysypiała na swoim posłaniu.
— I co ty na to? – mruknęła – Myślisz, że tak będzie okej? Niestety to nie moja decyzja, też bym chciała tu z tobą zostać – skłamała. Miała już tego żłobka zdecydowanie dość, ale nie kociaka.


<Bagietko?>

[1210 słów]

[przyznano 24%]

30 września 2024

Od Bagietki CD. Mżawki

Kocie uniosło brewki. Zadane pytanie wprowadziło lekki chaos w młodym umyśle. Dziwne dreszcze na brzuchu miały swoją nazwę.
— Gilgocze.
Niebieska uśmiechnęła się lekko, wzdychając.
—To czeka rybych złodzejaszków.
Nowe słowo zawitało w kocięcym łebku.
— Złodziejaszków? — powtórzyło niepewnie.
Kotka spojrzała na sklepienie kociarni po czym znów na malca. Bagietka usiadło, próbując otrząsnąć się nazbieranej podczas zabawy ziemi. Nie była to łatwa sprawa. Pochłoniete skakaniem by otrzepać kurz, zapomniało słuchać odpowiedzi kotki. Dopiero widząc na sobie jej spojrzenie, połączyło kropki.
— Aaa... — pusty głos wydobył się z puchatego pysia. 
Trzeba było zamaskować niewygodny fakt przegapienia odpowiedzi, stąd też łepetynka zaczęła się głowić nad kolejnym nurtującym go aspektem życia.
— A co to mżawka? Bo inne koty tak mówią na ciebie. A ty przecież jesteś mama.
Mżawka zamilkła na chwilę. Więc kocię przypatrywało się jej uważnie, by usłyszeć odpowiedzieć na ów frustujące zagadnienie.
— Mżawka to taki drobny deszczyk. I moje imię. Każdy kot posiada własne imię, Bagietko.
Szok i niedowierzenie. Więc czy był kot o imieniu Mech? Albo ziemia. Albo legowisko? Tyle nowych zagadnień pojawiło się w drobnej główce. Wybranie kolejnego pytania stawało się coraz trudniejsze.
— Bagietka... Co to? — padło w końcu.
Mżawka uśmiechnęła się lekko, a jej wzrok znów gdzieś uciekł. Bagietka pobiegło w tamtą strone. Niebieska zdawała się być zaskoczona tym posunieciem. Bagietka zresztą też. Myślało, że biegnąc tam uda się złapać którąś z myśli mamy.
— Widzisz, to takie jedzenie, ale...— głos kotki gdzieś uciekł w chwili, gdy pod łapki zaplątała się kuleczka z mchu.
Jaka ona była miękka. Śmieszna. I krucha. Drobne paproszki wylatywały z niej po każdym dotknięciu. Bagietka starało się włożyć je z powrotem, ale kulka wciąż utrudniała to zadanie, gubiąc kolejne. Już chciało się poskarżyć kotce na złośliwość ów kuleczki. Bagietka. Miało dowiedzieć się czym jest bagietka. Wzrok pełen nadziei wylądował na szarym futrze. Szybko pobiegło do mamy.
— Masz oczka w podobnym kolorze.
— Bagietkowe oczka. — powtórzyło zadowolone. — A ty jak ziemia. Ziemne oczka... A co to Bagietka?

<Mżawko powodzenia>