BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niebiańska Poświata X Ziewny Mak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niebiańska Poświata X Ziewny Mak. Pokaż wszystkie posty

03 maja 2026

Od Zwiewnego Maku CD. Niebiańskiej Poświaty

Przeszłość

Zwiewny Mak zmrużyła oczy. Czy ta kocurzyca właśnie nazwała ją… Makowa Szkapa?
— Nie jestem Makowa Łapa. Jestem Zwiewny Mak — odparła chłodno, lecz majestatycznie mała kotka — Witaj, Niebiańska Łapo. Jak tam? Jak ci się podobają uczniowskie obowiązki? — rzekła z wyższością, nie wiedząc, że Klifiaczka jest już wojowniczką.
— Nie nazywam się już Niebiańska Łapa, tylko Niebiańska Poświata — odmiauknęła równie chłodno kotka.
Zwiewny Mak obnażyła zęby, ukazując swoją frustrację i odeszła, trzymając ogon wysoko. Nie chciała rozmawiać z tą przemądrzałą kocurzycą. I tak nie miały sobie nic do powiedzenia!

* * *
Dalej przeszłość

Zwiewny Mak szła samotnie przy granicy z Klanem Klifu. Myślała o Kołysankowej Łapie, jej niedawno zmarłym przyjacielu. Wciąż ubolewała po jego stracie. Nagle do jej nozdrzy trafił ostry zapach kotki z Klanu Klifu. Szybko odwróciła głowę, by ujrzeć Niebiańską Poświatę, młodą wojowniczkę Klanu Klifu.
— Och. Witaj — miauknęła Zwiewny Mak.
Nie wiedziała, czemu, ale poczuła chęć powiedzenia Klifiaczce o śmierci bengala. Nie była na zgromadzeniu, przez co nie miała pojęcia o tym, że Niebo już o tym wie.
— Słuchaj… nie mamy dobrych relacji, wiem to. Ale muszę ci coś powiedzieć. Kołysankowa Łapa…umarł.
Mak spuściła wzrok. Jej serce zabolało, gdy pomyślała o Kołysanku.
“Teraz jest szczęśliwy ze swoimi kompanami w Klanie Gwiazdy” — pocieszyła się w myślach, oczekując odpowiedzi od Niebiańskiej Poświaty.

* * *
Terażniejszość

Zwiewny Mak samotnie siedziała w zacienionym kąciku obozu. Gdy tak siedziała, rozmyślała nad tym, jaka głupia była, że tak bardzo znienawidziła Niebiańską Poświatę. Przecież Klifiaczka nigdy nic jej nie zrobiła. To po prostu zazdrość sprawiła, że Burzaczka nie lubiła Niebiańskiej Poświaty. Jednak teraz…teraz nawet zaczynała ją lubić. Może i kiedyś staną się koleżankami? Albo i przyjaciółkami…?

<Niebiańska Poświato?>

08 marca 2026

Od Niebiańskiej Poświaty CD. Zwiewnego Maku

Przełknęła ślinę powoli, jak gdyby każdy, najmniejszy nawet ruch gardła miał rozdrapywać w niej świeżo zabliźnioną ranę, po czym posłała Zwiewnemu Makowi spojrzenie tak przepełnione intensywną, palącą goryczą, iż zdawało się, że samo powietrze pomiędzy nimi gęstnieje i drży pod jego ciężarem. W tym spojrzeniu nie było już jednak ani iskry dawnej zadziorności, ani cichej obietnicy walki — nie czaiła się w nim gotowość do kąśliwej odzywki, do drwiącego zmrużenia oczu, do ostrego jak cierń sprzeciwu. Była jedynie cisza. Cicha, rozpaczliwa pustka, która rozlewała się w jej piersi niczym mroźna woda wypełniająca pęknięcia skalnej groty.
Las wokół nich zdawał się milczeć w posępnym skupieniu, jakby sam był świadkiem tragedii, której nie potrafił pojąć. Wysokie trawy, kołysane niespokojnym wiatrem, szumiały przeciągle, a ich gęste źdźbła szeptały przy głowach kotek niczym złowrogie proroctwo. Nad granicą unosił się zapach wilgotnej ziemi i rozgniecionych liści, a gdzieś w oddali kruk wydał z siebie ochrypły, przeciągły krzyk, który przeszył powietrze jak ostrze. Nawet promienie zachodzącego słońca, zwykle ciepłe i kojące, teraz zdawały się przybierać barwę rozlanej krwi, rozciągając długie, drżące cienie pomiędzy odległymi korzeniami drzew.
Już wcześniej wiedziała o losie, jaki spotkał Kołysankową Łapę, i od chwili, gdy ta wieść dotarła do jej uszu, coś w niej nieodwracalnie pękło — jakby cienka tafla lodu, po której stąpała z pozorną pewnością, roztrzaskała się pod jej ciężarem, wciągając ją w lodowatą toń rozpaczy. Od tamtej pory pełnienie wojowniczych obowiązków stało się jedynie pustym rytuałem, bezbarwnym echem dawnej dumy, która kiedyś rozpierała jej pierś. Każde polowanie, każda straż przy granicy, każdy patrol przez gęstwinę paproci były jedynie krótkim i nieskutecznym odciągnięciem od tego, co czuła
Zdawało się, że wszystko, co żyło i poruszało się w lesie, sprzysięgło się, by przypominać jej o jego istnieniu. Każdy wschód słońca, którego złote światło muskające korony drzew przywodziło na myśl ciepło jego spojrzenia; każdy napotkany kwiat, rozchylający płatki w nieśmiałym geście, jakby powtarzał jego imię; każdy szum wiatru wśród liści, który niósł ze sobą echo jego śmiechu — wszystko to było jak nieustanny szept przeszłości, niepozwalający jej zapomnieć. Wspomnienie jego cudownego futra, miękkiego i lśniącego w blasku księżyca, oraz wspaniałego charakteru, w którym szczerość splatała się z łagodnością, powracało do niej falami, rozbijając się o brzegi jej świadomości z bolesną, bezlitosną regularnością.
Poczuła nagle, jak jej łapy uginają się pod ciężarem ciała, które wydało jej się obce i zbyt ciężkie, jakby dźwigała nie tylko własną sylwetkę, lecz i cały ogrom niesprawiedliwości, jaki na nią spadł. Ziemia pod jej opuszkami była chłodna i wilgotna, a drobne kamyki wbiły się w delikatną skórę, kiedy bezwiednie padła na grunt. Z jej gardła wyrwał się głuchy, zdławiony krzyk — dźwięk tak surowy i bezradny, że nawet wiatr zdawał się na moment ucichnąć, niby przerażony jego szczerością.
— Przecież to nie miało tak wyglądać… Mieliśmy być razem… — stęknęła, bardziej do siebie, niż do ciemnej kotki. — Dlaczego akurat on? Dlaczego akurat jedyny kot, jakiego byłam w stanie pokochać..?
Los ograł ją w sposób bezlitosny i podstępny, jak drapieżnik czający się w wysokiej trawie; nie wiedziała, dlaczego musiało się tak stać, lecz ta niewiedza była jedynie dodatkowym cierniem wbitym w jej serce. Rozpacz rozrywała ją wpół, rozciągała jej duszę między tym, co było, a tym, co nigdy już nie nastąpi. Pragnęła znów go zobaczyć — choćby przez jedno uderzenie serca — być przy nim, porozmawiać, ostatni raz spojrzeć mu w oczy…
Syknęła głośno, jakby chciała w ten sposób odpędzić od siebie widmo wspomnień, po czym z wysiłkiem podniosła się z ziemi, czując, jak mięśnie drżą jej z napięcia i wyczerpania. Gdy jej wzrok ponownie spoczął na Zwiewnym Maku, w jej spojrzeniu pojawił się cień czegoś ostrzejszego — nie tyle gniewu, ile bolesnej pretensji do świata, który pozwolił, by to właśnie ta kotka stanęła dziś przy granicy. Pomyśleć, że to akurat ona, ze wszystkich Burzaków musiała się tam pojawić…
— Mogę przynajmniej, jak do tego doszło..? — podniosła się, po czym na moment wbiła w nią wzrok, by następnie przenieść go ku jakiemuś odległemu punktowi na niebie.


<Zwiewny Maku?>

27 lutego 2026

Od Zwiewnego Maku CD. Niebiańskiej Poświaty

Przeszłość

Zwiewny Mak zmrużyła oczy. Czy ta kocurzyca właśnie nazwała ją… Makowa Szkapa?
— Nie jestem Makowa Łapa. Jestem Zwiewny Mak — odparła chłodno, lecz majestatycznie mała kotka — Witaj, Niebiańska Łapo. Jak tam? Jak ci się podobają uczniowskie obowiązki? — rzekła z wyższością, nie wiedząc, że Klifiaczka jest już wojowniczką.
— Nie nazywam się już Niebiańska Łapa, tylko Niebiańska Poświata — odmiauknęła równie chłodno kotka.
Zwiewny Mak obnażyła zęby, ukazując swoją frustrację i odeszła, trzymając ogon wysoko. Nie chciała rozmawiać z tą przemądrzałą kocurzycą. I tak nie miały sobie nic do powiedzenia!

* * *
Teraźniejszość

Zwiewny Mak szła samotnie przy granicy z Klanem Klifu. Myślała o Kołysankowej Łapie; jej niedawno zmarłym przyjacielu. Wciąż ubolewała po jego stracie. Nagle do jej nozdrzy trafił ostry zapach kotki znad morza. Szybko odwróciła głowę, by ujrzeć Niebiańską Poświatę, młodą wojowniczkę Klanu Klifu.
— Och. Witaj — miauknęła Zwiewny Mak.
Nie wiedziała czemu, ale poczuła chęć powiedzenia Klifiaczce o śmierci bengala. Nie była na zgromadzeniu, przez co nie miała pojęcia o tym, że Niebo już o tym wie.
— Słuchaj… nie mamy dobrych relacji, wiem to. Ale muszę ci coś powiedzieć. Kołysankowa Łapa… umarł.
Mak spuściła wzrok. Jej serce zabolało, gdy pomyślała o Kołysanku.
"Teraz jest szczęśliwy ze swoimi kompanami w Klanie Gwiazdy" — pocieszyła się w myślach, oczekując odpowiedzi od Niebiańskiej Poświaty.

<Niebiańska Poświato?>

21 stycznia 2026

Od Niebiańskiej Poświaty do Zwiewnego Maku

Chmury przelatywały leniwie po rozległym niebie, sunąc niczym blade, rozciągnięte pióra nad linią horyzontu, gdzie morze spotykało się ze światłem gasnącego dnia. Słona bryza muskająca futro niosła ze sobą chłód oraz jednostajny szum fal, które z niezmienną cierpliwością rozbijały się o brzeg. Niebiańska Poświata siedziała nieruchomo na wilgotnym piasku, wpatrując się w taflę wody, która mieniła się barwami bursztynu i purpury, jakby sam Klan Gwiazdy rozlał po niej resztki dnia.
Już od dłuższego czasu na swoim karku nosiła nie tylko nowe imię, lecz także ciężar odpowiedzialności — obowiązki, zadania oraz przywileje, które przyszły wraz z nim i których nie sposób było zignorować. A jednak… cieszyło ją to. Cieszyło ją to, że jest już wojowniczką, a jeszcze bardziej cieszyła ją świadomość, że w tej jednej, cichej chwili może odejść od obozowiska, pozostawić za sobą szepty i spojrzenia, by usiąść na plaży, wziąć głęboki oddech i pozwolić, by zachód słońca ukoił myśli.
Każdy taki widok był dla niej jak obietnica — moment, w którym nie musiała już unosić głowy wysoko, by utwierdzać wszystkich w swojej wyższości czy nieomylności. Mogła pozwolić sobie na słabość, na ciszę i samotność, na bycie jedynie kotką zapatrzoną w świat. Choć… cisza ta byłaby pełniejsza, gdyby Kołysankowa Łapa siedział obok niej. Gdyby mogła obserwować, jak jego rude futro płonie ciepłym blaskiem zachodzącego słońca, jakby sam był częścią tego krajobrazu, czymś oczywistym i niezbywalnym.
Odkąd poruszyła temat bengala podczas zgromadzenia, wszystko uległo zmianie. Jej świat zawirował, jakby grunt pod łapami stał się nagle niepewny, a ona sama poczuła się nieważka, unoszona kapryśnym wiatrem losu. Kochała go — miłością cichą, lecz intensywną, w której mieściło się uwielbienie dla jego cudownego, zdobionego pręgami futra, dla jego dobroci, lojalności i gotowości do poświęceń. A jednak księżyce mijały nieubłaganie, a ona wciąż go nie widziała. Z każdym dniem nadzieja na ponowne spotkanie kruszyła się niczym wyschnięta muszla pod naciskiem łapy, choć wbrew rozsądkowi wciąż się łudziła i wciąż przywoływała w myślach jego sylwetkę. Być może tak właśnie działała tęsknota — trzymała serce w ciągłym napięciu, napełniając je jednocześnie smutkiem i marzeniami, których nie sposób było się wyrzec.
Z jej pyska wyrwało się ciche westchnienie, przepełnione rezygnacją, gdy dotarła do niej myśl, że być może będzie musiała pogodzić się z tym, iż nigdy więcej go nie ujrzy. Że tak jak na poprzednim zgromadzeniu, rozpłynie się w tłumie obcych zapachów i sylwetek, aż w końcu stanie się jedynie wspomnieniem. Futro na jej karku nastroszyło się na samą myśl o tym, że kot, którego sekretnie adorowała, mógłby po prostu zniknąć, pochłonięty przez mgłę czasu i granic.
Strzepnęła ogonem, czując, jak w piersi rodzi się bunt, po czym syknęła cicho pod nosem, jakby sama do siebie. Nie. Nie dziś. Nie jutro. Nigdy. Nie będzie dłużej karmić się smutkiem ani biernie czekać, aż los zdecyduje za nią. Złapie go na granicy — tak jak zrobiła to ostatnim razem. I choćby miała czekać dniami i nocami, nie ustąpi, dopóki ponownie go nie ujrzy.
Wypełniona nagłym przypływem energii poderwała się na łapy, strząsając z futra drobne okruszki piasku, które przyczepiły się do niej niczym resztki wahania. Ruszyła w stronę granicy z Klanem Burzy krokiem pewnym, twardym i zdecydowanym, a w jej uszach buzowała cicha radość — myśl o tym, że znów może go spotkać, że choćby na krótką chwilę świat zacznie wirować tylko wokół niej.
Choć jej węch był dużo słabszy niż u większości wojowników, nauczyła się już rozpoznawać, gdzie mniej więcej przebiega niewidzialna bariera oddzielająca jej klan od Klanu Burzy. Ziemia zdawała się tam inna, zapachy bardziej ostre i wyraźne, a cisza — czujna. Była przekonana, że nic nie zdoła jej zaskoczyć, lecz myliła się. Jej mięśnie napięły się instynktownie, gdy zza jednego z gęstych krzewów wyłoniła się smukła koteczka o futrze ciemnym niczym bezgwiezdna noc, splamiona jedynie odłamkami bieli. Ta sama, która wtrąciła się w jej rozmowę podczas jednego ze zgromadzeń, pozostawiając po sobie nieprzyjemne wrażenie.
— O. To ty… Makowa Szkapa… znaczy się Łapa — odezwała się Niebiańska Poświata, a w jej głosie pobrzmiewała chłodna rezerwa, podszyta czujnością, która w jednej chwili przyćmiła wszystkie wcześniejsze marzenia.

<Zwiewny Maku?>

19 stycznia 2026

Od Niebiańskiej Łapy (Niebiańskiej Poświaty)

Dzień zgromadzenia 10.01...

Sama myśl o nim — o Kołysankowej Łapie — rozpalała w jej piersi ciepło intensywniejsze niż najłagodniejszy, letni powiew wiatru muskający futro. To nie było uczucie gwałtowne ani oszałamiające, lecz drobne, jasne jak iskra, a przy tym zaskakująco szczere, jakby ktoś na moment uchylił ciężką zasłonę codziennych trosk i wpuścił do jej wnętrza odrobinę światła. Dawno nie czuła się w ten sposób — lekko, niemal dziecięco podekscytowana — i choć nie pozwoliłaby sobie głośno tego przyznać, ta jedna perspektywa potrafiła dodać jej energii bardziej niż jakikolwiek odpoczynek po długim dniu obowiązków.
Jej kroki były płynne, niemal bezszelestne, niosły w sobie typową dla niej grację oraz precyzję, wypracowaną przez księżyce treningów i nieustannej samokontroli. Zmierzała w stronę Bursztynowej Wyspy, a nocne powietrze wypełniało się wielogłosem rozmów — podekscytowanych uczniów, dumnych wojowników oraz medyczek. Mimo to Niebiańska Łapa nie obracała głowy, nie szukała spojrzeń ani nie zatrzymywała się, by zanurzyć się w rozmowie z kimkolwiek z własnego klanu. Dlaczego miałaby poświęcać swój czas tym mysim móżdżkom? Żaden z nich nie był wart jej uwagi, a już na pewno nie jej towarzystwa…
Na horyzoncie zaczynał malować się cel jej podróży. Bursztynowa Wyspa jaśniała w blasku księżyca, jakby była skarbem sprowadzonym na ziemię przez sam Klan Gwiazdy — kamienna, dumna, opleciona srebrzystym światłem, które podkreślało każdy jej kant i szczelinę. Gdy tylko zasiadła na chłodnym, twardym podłożu wraz z resztą Klanu Klifu, na jej pysku niemal mimowolnie pojawił się uśmieszek, delikatny, lecz pełen cichej satysfakcji.
Zdawało się, że nie dotarli na zgromadzenie jako pierwsi. Na skale przywódców widziała już lidera Klanu Wilka — Nikłą Gwiazdę, którego sylwetka rysowała się wyraźnie na tle nocnego nieba. Nie dostrzegła jednak Króliczej Gwiazdy. Czyżby Klan Burzy się spóźniał?
Odruchowo przejechała języczkiem po futrze na piersi, wygładzając je z drobiazgową troską, po czym westchnęła cicho, zirytowana samą sobą. Była zmęczona własną głupotą — tym nieustannym napięciem, oczekiwaniem, które czaiło się gdzieś pod skórą. Przecież zobaczy się z Kołysankiem prędzej czy później… a jednak nie potrafiła powstrzymać lekkiego drżenia niepokoju, które przebiegało jej po kręgosłupie na samą myśl, że bengal mógłby nie pojawić się na zgromadzeniu.
Parsknęła pod nosem, bardziej rozbawiona własnym rozgoryczeniem niż naprawdę zła.
Czekała więc, a gdy na wyspie pojawił się już dymny lider Klanu Burzy, podniosła się z miejsca, by rozejrzeć się za rudym uczniem.
Westchnęła ponownie, tym razem z rosnącą niecierpliwością, stukając ogonem o ziemię w nierównym rytmie. Cały czas żywiła nadzieję, że Kołysanek zaraz wyłoni się spomiędzy kotów, podejdzie do niej, zamieni z nią kilka słów — może nawet się uśmiechnie. Tym razem specjalnie wplotła sobie kwiaty w futerko… No tak. Typowe. Raz spotkasz kogoś, kto wydaje się tak idealnie dopasowany, że aż trudno w to uwierzyć, a potem los postanawia odebrać ci go bez ostrzeżenia, jakby był jedynie krótką, przypadkową chwilą, której nie wolno zatrzymać. Nie zdążyła jednak oddalić się zbyt daleko od reszty klanu, gdy nagle… uderzyła w coś małego.
Niemal natychmiast cofnęła się o kilka kroków, a z jej pyska wyrwało się ciche syknięcie, gdy dostrzegła, że przed nią stoi drobne, szylkretowe kocię, o oczach pełnych energii i spojrzeniu tak chytrym oraz wyzywającym, jakby wcale nie zamierzało ustąpić.
— Ej, ty! Patrz jak chodzisz! — wyburczała, choć doskonale wiedziała, że ta wpadka była stuprocentowo jej winą.
Niebo przez krótką chwilę milczała, mierząc kociaka spojrzeniem. Naprawdę? Ten dzieciak chciał się z nią kłócić? Komedia…
— Och, kochana, wybacz, ale jesteś takim krasnalem, że trudno w ciebie nie wpaść… — miauknęła z wyraźnie wyczuwalną wyższością. — Swoją drogą, ciekawe, że wpuścili jakiegoś kociaka na zgromadzenie. Nie powinnaś siedzieć teraz w żłobku?
— Kociakiem? Kochana — powtórzyła jej zwrot piskliwym, przedrzeźniającym tonem — mam już całe CZTERY księżyce, więc zastanów się, kogo tutaj nazywasz kociakiem.
Niebiańska Łapa parsknęła cicho, unosząc kącik pyska w półuśmiechu, w którym pobrzmiewała jawna kpina. Spojrzała na drobną sylwetkę stojącą przed nią, na zbyt krótkie łapy, miękkie jeszcze rysy pyszczka i futerko, które wciąż nosiło w sobie dziecięcą puszystość.
— Złotko, popatrz tylko na siebie. Jeśli ty masz cztery księżyce, to ja jestem władczynią wszechświata — prychnęła, potrząsając lekko głową, jakby sama myśl o tym była zbyt absurdalna, by ją traktować poważnie.
Pochyliła się niżej, aż jej pysk znalazł się na wysokości oczu kociaka, a srebrzyste światło księżyca osiadło na jej futrze niczym delikatny pył.
— Daję ci góra dwa księżyce — dodała.
— Phi! Dwa księżyce to ma ten niedojda Lisek! On się nawet na łapach nie umie równo utrzymać… To ty ile masz? Z dziesięć?
Uniesienie brwi Niebiańskiej Łapy było niemal teatralne, a w jej spojrzeniu błysnęła rozbawiona drwina.
— Dziesięć? Doprawdy? — mruknęła. — Prawie dwadzieścia — poprawiła z wyraźną satysfakcją. — I uwierz mi, przeżyłam więcej, niż ty i twój Lisek razem wzięci.
Jej ogon poruszył się leniwie, kreśląc w powietrzu spokojny, niemal obojętny łuk, gdy przyglądała się kociakowi. Dopiero teraz uderzyło ją, jak dawno temu sama była w podobnym wieku — jak szybko ten czas rozpłynął się w treningach, ambicjach i cichych rozczarowaniach.
— Masz dwadzieścia księżyców? Powiem ci, że też nie wyglądasz — mruknęła szylkretka, przewracając oczami. — To co? Jesteś teraz wojowniczką czy coś w ten deseń?
Pytanie uderzyło w nią niespodziewanie, niczym zimny podmuch wiatru. Przełknęła ślinę, czując, jak w jej wnętrzu coś nieprzyjemnie się zaciska. Wojowniczką… Nie. Wciąż była tylko uczennicą, pomimo tego, że była juź nieco za stara, by nosić ten tytuł. Zdawała sobie sprawę z tego, że jej rówieśnikom idzie dużo lepiej — że oni z pewnością są dużo bliżej uzyskania imienia, niż ona sama. Lecz… Przynajmniej jej siostry nie były lepsze, racja? A ten mikrob stojący przed nią nie musiał znać prawdy o jej jakże imponującej “karierze” — nie zasługiwał na nią.
— No, jestem. A kim mam być? — prychnęła, unosząc podbródek z udawaną pewnością.
Przejechała języczkiem po futrze na piersi, gestem tak dobrze wyćwiczonym, że niemal automatycznym, jakby chciała dać do zrozumienia, że ma znacznie ważniejsze sprawy na głowie. Na Klan Gwiazdy… gdyby nie ten tłum, mogłaby teraz rozmawiać z Kołysankową Łapą, słuchać jego głosu, przyglądać się cudnym wzorom jego futra, wymieniać się lekkimi, niemal słodkimi komplementami. Tymczasem nie była w stanie dostrzec nawet końcówki jego ogona.
— Coś jeszcze chcesz wiedzieć?
— Po co się tak wystroiłaś? — mruknęła kociaczka. — Z chłopakiem się spotykasz?
Niebiańska Łapa burknęła coś pod nosem, po czym wypuściła z siebie długie, zrezygnowane westchnięcie. Tego się nie spodziewała — a już na pewno nie od kociaka, który jeszcze przed chwilą próbował z nią wojować na słowa. Sama nie znała odpowiedzi na to pytanie… bo który rozsądny kot wplata sobie kwiaty w futro z powodu kogoś, kogo widział zaledwie dwa razy? Tak, chyba tylko miłość doprowadza do tego typu zachowań.
— Powiedzmy — mruknęła w końcu, wybierając najbezpieczniejszą, najbardziej wymijającą odpowiedź. — Masz jeszcze jakieś pytania?
Szylkretka przechyliła głowę, a jej zielone oczy zalśniły żywym, niemal iskrzącym się zainteresowaniem.
— Czekaj, naprawdę? Masz chłopaka? Z jakiego klanu? Kto to jest?
Niebiańska Łapa zamilkła na moment, zaskoczona tym, jak łatwo rozmowa zeszła na tory, których wcale nie planowała. Przecież nie zamierzała się zwierzać… a jednak słowa, jakby napędzane ciepłem tłumionych uczuć, same zaczęły wydostawać się z jej pyska.
— Wiesz, to dość skomplikowane… — zaczęła ostrożnie, mrużąc oczy. — I właśnie dlatego musi to pozostać naszą tajemnicą.
Zawahała się ułamek chwili, po czym westchnęła cicho, jakby poddawała się czemuś, co i tak było silniejsze od niej.
— Ale… och, nie masz pojęcia, jaki on jest cudowny — mruknęła, a jej głos zmiękł, nabierając rzadko używanej przez nią łagodności. — Ma takie ładne futro, pełne kwiatków i innych dekoracji. Jakby cały był jedną wielką ozdobą. Chyba nigdy nie spotkałam kota, który miałby gust tak podobny do mojego…
Na jej pysku pojawił się cień uśmiechu, ulotny jak blask księżyca na wodzie, który szybko jednak ustąpił irytacji.
— Ale ma też najbardziej denerwującą koleżaneczkę na świecie!
Szylkretka zdawała się zupełnie zapomnieć o wcześniejszym konflikcie. Słuchała z zapartym tchem, jej ogonek drgał lekko, zdradzając narastające emocje.
— Jaką koleżankę? Jakieś łasicze serce próbuje ci go odbić? — dopytała. — Powinnaś porozmawiać z moją mamą, ona ukradła swojej koleżance chłopaka i ten nigdy się za swoją pierwszą kotką nie obejrzał! Serio! A, no i nie martw się, nikomu nie wygadam, słowo honoru.
— Odbić? Coś ty! Ona nie jest żadną konkurencją..! — prychnęła Niebiańska Łapa, machając ogonem z wyraźnym zniecierpliwieniem. — To raczej coś jak młodsza siostra, która nie potrafi się od niego odkleić.
Westchnęła ciężko, czując, jak frustracja znów zbiera się pod jej skórą.
— Wiesz, jak to jest — mruknęła. — Siedzisz sobie, spokojnie z kimś gawędzisz, wszystko idzie świetnie, a tu nagle ona wpada jak burza i zaczyna się wtrącać! Bez zaproszenia, bez wyczucia… Po prostu chodzący kleszcz.
— O tak, rozumiem, to musi być takie irytujące… — miauknęła szylkretka. — Weź ty się nie martw. Może kiedyś się odczepi. Albo inaczej, ten typek przejrzy na oczy i sam zda sobie sprawę, że to tylko rzep na ogonie i ją spławi. A właśnie, skoro tu już jesteśmy… to czemu z nim teraz nie gadasz?
Niebiańska Łapa przesunęła spojrzeniem po Bursztynowej Wyspie. Kamienie lśniły w świetle księżyca, a sylwetki kotów splatały się w gęstą, poruszającą się masę. W jej oczach mignął cień smutku, zaraz potem rozczarowanie.
— Sama nie wiem… — mruknęła cicho. — Po prostu… nie zauważyłam go tutaj.
— Ahaaa. No cóż. Może się jeszcze spotkacie niedługo, na granicy na przykład! Nie martw się — jak kocha, to wróci.
“Och, oby tak było…” przemknęło przez myśli Niebiańskiej Łapy.
Zastrzygła uszami, gdy głos jednego z liderów uniósł się ponad szmer zgromadzonych kotów, czysty i donośny, niosąc się echem po Bursztynowej Wyspie. Rozmowy zaczęły cichnąć jedna po drugiej, jakby noc sama wstrzymała oddech, a Niebiańska Łapa skupiła spojrzenie na skale przywódców, starając się odsunąć na bok własne myśli.

11 stycznia 2026

Od Niebiańskiej Łapy (Niebiańskiej Poświaty)

Poranek był chłodny i cichy, jakby sam las wstrzymywał oddech. Mgła snuła się nisko nad ziemią, oplatając korzenie drzew i kamienie cienkimi palcami, gdy Niebiańska Łapa stanęła przed swoją mentorką na skraju obozowiska. Serce biło jej szybciej, niż chciałaby się do tego przyznać, a ogon drżał lekko, zdradzając napięcie, którego nie potrafiła już ukryć.
— Niebiańska Łapo — odezwała się mentorka, jej głos był spokojny, lecz podszyty typową dla niej, dziecięcą radością — chciałabym, abyś dzisiaj udała się na polowanie. Sama, w pojedynkę.
Słowa te zapadły między nimi niczym ciężki kamień. Przez krótką chwilę świat zdawał się zwęzić — do szumu krwi w uszach uczennicy, do napięcia w łapach i do spojrzenia mentorki, które przenikało ją na wskroś. Niebiańska Łapa skinęła głową, choć w jej wnętrzu coś się ścisnęło. Samotne polowanie nie było zwykłym zadaniem. Było próbą. I ona doskonale o tym wiedziała.
Każdy krok stawiała ostrożnie, czując pod opuszkami łap chłodną ziemię, wilgotne liście i zdradliwe gałązki, które aż prosiły się, by trzaskiem zdradzić jej obecność. Słońce przedzierało się przez korony drzew w wąskich smugach światła, rysując na ściółce złamane wzory, w których łatwo było zgubić orientację.
Zatrzymała się, gdy dostrzegła delikatne poruszenie w trawie. Serce podskoczyło jej do gardła. Przykucnęła, niemal stapiając się z cieniem, przypominając sobie słowa mentorki, każde ćwiczenie, każdy błąd, za który była karcona. Jej oddech zwolnił, a mięśnie napięły się jak cięciwa.
Skok był szybki. Cichy. Perfekcyjny.
Gdy wreszcie uniosła głowę, a ciepło świeżo upolowanej zdobyczy przeniknęło jej pysk, poczuła coś więcej niż ulgę. Poczuła dumę — nieśmiałą, lecz prawdziwą. Udało się. Sama. Bez niczyjej pomocy.

***

Powrót do obozu był jak wyjście z mroku w światło. Spojrzenia innych kotów spoczęły na niej, gdy przekraczała granicę obozowiska z uniesioną głową i zdobyczą w pysku. Mentorka podeszła powoli, mierząc ją uważnym wzrokiem, w którym czaiło się napięcie.
— To był test na wojownika — miauknęła w końcu, a w jej głosie po raz pierwszy zabrzmiała wyraźna nuta dumy. — Zdałaś.
Te dwa słowa uderzyły w Niebiańską Łapę z siłą, jakiej się nie spodziewała. Świat nagle wydał się jaśniejszy, a ciężar, który nosiła w sobie od księżyców, choć na moment stał się lżejszy.


***

— Ja, Judaszowcowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika.
Niebiańska Łapa spoglądała na niego przez dłuższą chwilę, czekając z niecierpliwością, aż w końcu wypowie słowa, na które czekała już od wielu księżyców.
— Niebiańska Łapo czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— A zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Niebiańska Łapo, od tej pory będziesz znana będziesz jako Niebiańska Poświata. Klan Gwiazdy ceni twoją odwagę i determinacje, oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Klifu.


[451 słów]

[Przyznano 9%]

02 stycznia 2026

Od Niebiańskiej Łapy

— Cześć, Niebiańska Łapo! — zaświergotała Przepiórcza Wichura głosem lekkim jak poranna bryza, w którym brzmiał entuzjazm niemal zbyt jasny jak na tak wczesną porę. — Dziś chciałabym pokazać ci, jak wspinać się na drzewa… a jeśli starczy nam czasu, być może pokażę ci nawet, jak otwierać kraby.
Obóz powoli budził się do życia. Koty zbierały się na patrole, a z legowiska starszych wydobywały się pierwsze, niepozbawione ospania ziewy. Niebiańska Łapa, skulona nad resztkami śniadania, delektowała się każdym kęsem wróbla z niemal pedantyczną uwagą — pióra były starannie odrzucone na bok, a samo mięso zjadane powoli, jakby rytuał ten miał ją uchronić przed nadmiarem bodźców, które niosło ze sobą nowe przedpołudnie.
— Podekscytowana? — zapytała mentorka, pochylając się nieco bliżej.
Uczennica przełknęła ostatni kawałek, czując jeszcze ciepły smak krwi na języku, po czym uniosła wzrok tylko na tyle, by spojrzeć na Przepiórczą Wichurę kątem oka. Szeroki, szczery uśmiech cynamonowej wojowniczki — ten sam, który zdawał się nie gasnąć nawet w najbardziej ponurych chwilach — był dla Niebiańskiej Łapy niemal najbardziej irytującą rzeczą, z jaką przyszło jej się mierzyć. A irytowało ją naprawdę wiele: zbyt głośne rozmowy, zbyt szybkie decyzje, zbyt łatwe zadowolenie, zbyt durne pytania…
— Tak… mhm. — wymruczała cicho, pozwalając sobie na ledwie zauważalne przewrócenie oczami. W jej piersi wezbrało znajome ukłucie zniecierpliwienia, ostre niczym cierń. Ile jeszcze księżyców? — przemknęło jej przez myśl. Ile jeszcze poranków spędzonych na słuchaniu entuzjastycznych zapowiedzi, ile ćwiczeń, które — w jej mniemaniu — już dawno powinna mieć opanowane? Kiedy Judaszowcowa Gwiazda w końcu uzna, że nadszedł właściwy moment na mianowanie?
Westchnęła krótko i przeciągnęła językiem po zmierzwionym futerku na piersi, wygładzając je z drobiazgową starannością. Nie rozumiała, dlaczego Przepiórcza Wichura w ostatnim czasie stała się taka… towarzyska. Mentorka coraz częściej próbowała nawiązać z nią cieplejszą, bardziej osobistą relację, jakby sama bliskość miała wypełnić dystans, który Niebiańska Łapa pielęgnowała w sobie z niemal artystyczną precyzją. Ostatnio Przepiórka przechodziła samą siebie — żartowała, zachęcała, mówiła o „radości nauki”, jakby to była rzecz oczywista.
— Więc… gotowa? — zamiauczała cynamonka, gdy tylko upewniła się, że uczennica skończyła posiłek. Jej ogon poruszał się energicznie, zdradzając niecierpliwe oczekiwanie. — Obiecuję ci, wspinaczka będzie najstraszniejszą rzeczą, jaka ci się przydarzy… ale też i najfajniejszą.
Niebiańska Łapa podniosła się powoli, prostując łapy z godnością, jakby każdy jej ruch był częścią starannie zaplanowanego obrazu. Szczerze? Wolałaby po prostu mieć ten dzień za sobą. Przejść przez kolejne, głupie szkolenie, nauczyć się kolejnej rzeczy i po prostu zanurzyć się w ciepłym poslaniu przez resztę dnia…
Przepiórcza Wichura ruszyła ku wyjściu z obozowiska lekkim, sprężystym krokiem, jakby ziemia sama uginała się pod jej łapami z uprzejmą gotowością. Co kilka chwil zerkała przez ramię na swoją uczennicę — nie badawczo, nie z zawodową czujnością mentorki, lecz z niemal dziecięcą radością, która zdawała się rozświetlać jej spojrzenie jaśniej niż poranne słońce. Ten widok działał na Niebiańską Łapę niczym drobny cierń wbity tuż pod skórę: niewielki, a jednak uporczywy.
Uczennica podążała za nią wolno, z uniesioną głową i starannie wyprostowaną sylwetką, jakby każdy krok był świadomym wyborem, a nie podążaniem za czyimś przewodnictwem. Jej ruchy miały w sobie chłodną powściągliwość, podszytą dumą, której nie zamierzała ani ukrywać, ani łagodzić. Wiedziała przecież, że była gwiazdą, celebrytką dla tych wszystkich szarych, zwyczajnych kotów…
Gdy tylko Przepiórka odwracała wzrok, Niebiańska Łapa posyłała jej krótkie, nieprzychylne spojrzenia — ostre, niemal oskarżycielskie, jakby samą myślą chciała przebić radosną aurę mentorki. Było w tym coś osobliwie satysfakcjonującego: świadomość, że Przepiórcza Wichura nie ma najmniejszego pojęcia o niechęci, a może nawet o zniesmaczeniu, jakim Niebo ją darzyła. Ta niewiedza była cichym triumfem, sekretem pielęgnowanym z niemal nabożną starannością.
Minęły tunel prowadzący ku wyjściu z obozowiska; echo porannych rozmów stopniowo milkło za ich plecami. Po drugiej stronie świat zdawał się oddychać pełniej. Łąki zdawały ciągnąć się, co jakiś czas ustępując drzewom oraz krzakom, a wiatr, delikatny, lecz odczuwalny i wszechobecny, poruszał trawami oraz drgał liśćmi.
Wkroczyły w bardziej zalesioną część terenów klanu, gdzie drzewa stały bliżej siebie, a światło słońca opadało na ziemię w porozrywanych smugach, tańczących między liśćmi. Powietrze było chłodniejsze, kłując Niebo w futro i przesiąkając pod opuszki łap.
Przepiórcza Wichura zwolniła, a następnie zaczęła krążyć między drzewami, unosząc głowę i badając pnie z widocznym namysłem. Zatrzymywała się co kilka kroków, oceniając ich wysokość, grubość, rozstaw gałęzi; jej spojrzenie ślizgało się po korze, jakby szukało odpowiedzi na pytanie, którego nie wypowiadała na głos. Zastanawiała się długo — czy drzewo będzie wystarczająco stabilne, by unieść ciężar dwóch kotów; czy gałęzie nie okażą się zdradliwie kruche; czy pień pozwoli na pewny chwyt łap. Niebiańska Łapa obserwowała ją z rosnącym zniecierpliwieniem, nie mogąc oprzeć się myśli, że cały ten namysł jest przesadny — ona sama już dawno dokonałaby wyboru.
W końcu Przepiórka zatrzymała się przy jednym ze starych dębów. Jego pień był masywny, popękany wiekiem, a nisko osadzone, solidne gałęzie rozpościerały się niczym zaproszenie — lub wyzwanie.
— No dobrze..! — zamiauczała mentorka, odwracając się w stronę uczennicy z ożywieniem, które ani na chwilę nie straciło swojej intensywności. — Słuchaj mnie uważnie, w porządku? To, co teraz powiem, będzie bardzo ważne, jeśli chcesz się wspinać na drzewa.
Niebiańska Łapa uniosła lekko podbródek i skierowała spojrzenie na dąb, a nie na Przepiórkę, jakby już sam widok drzewa był ważniejszy od słów, które miały paść. W jej wnętrzu poruszyła się jednak czujność — cicha, skupiona, gotowa wychwycić każdy szczegół. Jeśli miała się uczyć, zrobi to dokładnie. Jeśli miała słuchać, zapamięta każde słowo. A jeśli miała wspiąć się na najwyższą gałąź to… las jeszcze się przekona, jak wysoko potrafi sięgnąć Niebiańska Łapa.
— Pamiętaj, by pazury zatopić głęboko w korze, bo ta potrafi czasem… Po prostu odpaść. Zwykle zaczynamy od zatopienia przednich łap; sięgamy jak najdalej potrafimy, a potem dołączamy tylne łapy — zaczęła tłumaczyć Przepiórka. — Pamiętaj, by nie odrywać wszystkich łap na raz… Nawet nie wiesz, ile ta rada oszczędziłaby mi wstydu, gdy ja zaczynałam!
Niebo kiwnęła krótko głową, po czym przeniosła wzrok na mentorkę, tym razem uważnie przypatrując się jej, jak gdyby ta skrywała w swoich oczach klucz do najgłębszych sekretów.
— Z początku wszystko może ci iść powoli i uciążliwie. Jednak z odrobiną ćwiczeń zaczniesz wspinać się szybciej i szybciej. Chcesz spróbować?
Niebiańska Łapa nie odpowiedziała od razu. Przez krótką chwilę trwała w bezruchu, jakby rozważała nie samo pytanie, lecz wszystkie możliwości, które kryły się w jego cieniu. Jej spojrzenie powróciło do pnia dębu — chropowatego, pooranego bruzdami, noszącego ślady czasu i burz — a w jej piersi odezwało się znajome napięcie, nie tyle strach, co ambicja domagająca się ujścia. Skoro przyszło jej stanąć u stóp drzewa, nie zamierzała traktować tego jak zwykłego ćwiczenia.
— Oczywiście — odparła w końcu, spokojnie, niemal chłodno, choć w jej głosie pobrzmiewała nuta determinacji, której nie próbowała ukrywać.
Uniosła przednie łapy i przez ułamek chwili zawahała się — nie z niepewności, lecz z potrzeby precyzji. Dopiero gdy znalazła odpowiednie miejsce, zatopiła pazury głęboko w korze, pozwalając, by ich czubki wczepiły się w drewno z cichym, satysfakcjonującym trzaskiem. Chłód pnia przeszył jej opuszki, a szorstkość powierzchni zmusiła ją do skupienia się na każdym, nawet najmniejszym ruchu.
— Spokojnie… — mruknęła Przepiórka zza jej pleców, tonem łagodnym, lecz czujnym. — Daj drzewu poznać twój ciężar.
Niebiańska Łapa przesunęła jedną z tylnych łap, szukając stabilnego oparcia, a następnie drugą, uważając, by nie oderwać wszystkich naraz. Jej ciało napięło się w harmonijnym wysiłku, mięśnie pracowały równo, jakby od dawna czekały na taką próbę.
Pierwszy odcinek pnia okazał się trudniejszy, niż przewidywała. Kora miejscami kruszyła się pod naciskiem pazurów, zmuszając ją do szybkich poprawek, drobnych korekt, które wytrącały ją z rytmu. Zatrzymała się na moment, przyciskając pierś do drewna, by uspokoić oddech i zebrać myśli. Wstyd nie miał tu miejsca — był tylko cel. Perfekcja. Albo osiągnie szczyt, albo będzie wąchać glebę.
— Dobrze — odezwała się Przepiórka, w jej głosie zabrzmiała szczera aprobata. — Nie spiesz się. Poczuj, gdzie pień jest pewniejszy.
Niebiańska Łapa uniosła głowę. Z tej wysokości ziemia wydawała się już nieco dalsza, a świat — odrobinę mniejszy. Coś w niej drgnęło: cicha satysfakcja, szybka i ostra jak błysk światła między liśćmi. Ruszyła dalej, tym razem płynniej, pozwalając, by instynkt zaczął współpracować z wyuczonym ruchem. Jej pazury odnajdywały szczeliny niemal same, a ciało stopniowo przestawało drżeć, zamiast tego wykonując pewne ruchy.
Dotarła do pierwszej, grubej gałęzi i zawisła na niej przez moment, po czym sprawnie podciągnęła się, lądując na stabilnym konarze. Przystanęła, ogonem równoważąc ciężar, i spojrzała w dół.
Przepiórcza Wichura patrzyła na nią z dołu, z tym samym rozjaśnionym spojrzeniem, które Niebiańska Łapa tak uparcie ignorowała — lecz tym razem nie odwróciła wzroku. W jej oczach nie było już irytacji, a jedynie skupienie i coś jeszcze… poczucie, że odniosła sukces.
— No dobra… Nieźle! Szczerze? Gdy ja byłam uczennicą, szło mi to dużo dłużej! Dobra w to jesteś! — uśmiechnęła się Przepiórka. — Poczekaj. Dołączę do ciebie, a potem wspólnie wejdziemy jeszcze wyżej, gotowa?


***


Wieczór nadchodził powoli, z niemal demonstracyjną niechęcią, jakby dzień nie chciał jeszcze ustąpić miejsca nocy. Cienie wydłużały się niepostrzeżenie, osiadając na futrach kotów niczym chłodna, poranna mgiełka, która zamiast wilgoci niosła ze sobą ciszę i ukojenie. Nad linią drzew niebo przygasało, przechodząc od bladego błękitu w głębokie granaty, a pierwsze gwiazdy — nieśmiałe, lecz czujne — zaczynały wyłaniać się z mroku niczym rozsypane okruchy światła.
Księżyc unosił się wysoko, ogromny i jasny, przypominając wszechwidzące oko gwiezdnych przodków, zawieszone nad światem żywych w niemym czuwaniu. Jego blask był zimny, biały jak śnieg pory Nagich Drzew, a jednak łagodny — spływał na ziemię i na koty wszystkich klanów, otulając ich sylwetki srebrzystą poświatą, niby obietnicą opieki.
Niebiańska Łapa trwała w milczeniu, przypatrując się Przepiórczej Wichurze, która zbliżała się w jej stronę miękkim krokiem. Jej własne myśli krążyły spokojnie, ułożone w równych liniach, jakby zmęczenie dnia wygładziło ostre krawędzie emocji. Mentorka zatrzymała się tuż przed nią i spojrzała na liliową uczennicę ciepłym, niemal rozczulonym wzrokiem, w którym nie było ani krzty oceny — jedynie szczera radość. Uśmiechnęła się szeroko, od ucha do ucha, po czym skinęła głową z entuzjazmem, który zdawał się nie gasnąć nawet pod ciężarem zapadającej nocy.
— Więc… gotowa na otwieranie krabów? — zapytała głosem typowym dla siebie, lekkim i pełnym ekscytacji. — Nie mogę się już doczekać, aż w końcu ci to pokażę! Będzie super, obiecuję. Nawet jeśli rozłupywanie skorupiaków nie brzmi tak fajnie, jak myślisz.
Niebiańska Łapa nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego przejechała starannie językiem po zmierzwionym futerku na jednej z łap, wygładzając je z pedantyczną dokładnością, jakby ten drobny gest miał przywrócić jej wewnętrzny porządek. Westchnęła cicho, niemal niesłyszalnie. W jej oczach pojawiła się wyraźna niechęć, zmieszana z delikatnym, ledwie skrywanym obrzydzeniem — uczuciem, które skrzywiło jej pyszczek w subtelnym grymasie.
Wciągnęła powietrze nosem, ostrożnie, jakby spodziewała się, że już teraz dotrze do niej ciężki, słonawy smród krabów. Rozsądek podpowiadał jej jednak, że to niemożliwe; doskonale wiedziała, że los poskąpił jej zdolności węchu. A mimo to wyobraźnia, podsuwając obrazy pękających skorup i wilgotnego piasku, sprawiła, że poczuła na języku niemal wyimaginowany posmak morza.
— Czy… Będę musiała się przy tym brudzić..? — spytała. — Niedawno skończyłam pielęgnacje futra i…
— Zapewniam cię, brudne futro będzie tego warte! To będzie wyborna zabawa! — przerwała jej mentorka, po czym żywo machnęła ogonem. — No już, nie marudź! Chodź.
Westchnęła krótko. No tak. Jeśli miała się tego nauczyć, nauczy się. Nawet jeśli oznaczało to brudne łapy, pękające pancerze i doświadczenie, które z całą pewnością nie znajdzie się wysoko na liście jej ulubionych zajęć.


***


— Najważniejsze to cierpliwość — zaczęła mentorka, jakby wygłaszała prawdę równie starą co sam las. — Kraby są twarde. I z tego powodu nie zawsze są łatwe do rozbicia.
Niebiańska Łapa zmrużyła lekko oczy. Już sam widok skorupiaka wywoływał w niej nieprzyjemne napięcie — coś pomiędzy niechęcią a głębokim dyskomfortem. Jego pancerz połyskiwał chłodno, obco, a drobne odnóża poruszały się nerwowo, wydając ciche, irytujące dźwięki. “Nieeleganckie stworzenia” — pomyślała z przekąsem.
Przepiórka jednym, pewnym ruchem przycisnęła kraba łapą, a następnie uderzyła w pancerz ostrym kamieniem. Skorupa pękła z suchym trzaskiem, bez zbędnego hałasu czy zamieszania.
— Widzisz? — rzuciła wesoło. — Nie siła, a dokładność. Teraz ty.
Uczennica podeszła wolno, z wyraźnym namysłem. Jej kroki były ostrożne, niemal ceremonialne. Przez chwilę stała nieruchomo, wpatrując się w kraba, jakby próbowała zrozumieć dlaczego akurat ona musi teraz pochylać się nad jakimś durnym, martwym kawałkiem zwierzyny. Na moment zastanawiała się, jak właściwie powinna rozbić zwierzę, dokładnie analizując przy tym jego kształt oraz wygląd. Potem sięgnęła po kamień, obracając go w łapie, testując jego ciężar i krawędzie.
“Skup się. To tylko kolejna umiejętność. Nic więcej.” — powiedziała sobie w myślach.
Przycisnęła skorupiaka łapą, starając się nie dopuścić do drżenia mięśni. Pierwsze uderzenie było zbyt lekkie — kamień ześlizgnął się po pancerzu.
— Spokojnie — odezwała się Przepiórcza Wichura, łagodnie. — Znajdź miejsce, gdzie skorupa jest najsłabsza.
Niebiańska Łapa zacisnęła szczęki. Poprawiła ułożenie łapy, uniosła kamień wyżej i tym razem uderzyła z większą precyzją. Rozległ się cichy trzask — pancerz ustąpił, pękając wzdłuż cienkiej linii. Uczennica cofnęła się odruchowo o pół kroku, po czym ponownie nachyliła się nad zdobyczą.
W jej oczach nie było triumfu, lecz skupiona ulga. Udało się. Nie elegancko, nie idealnie — ale skutecznie.
— Widzisz? — Przepiórka uśmiechnęła się szeroko. — Każdy krab uczy czegoś nowego.
Niebiańska Łapa spojrzała na rozłupaną skorupę, potem na swoje łapy, pobrudzone piaskiem i wodą. Skrzywiła pyszczek, ale tym razem w geście bliższym rezygnacji niż obrzydzeniu.
— Nie powiem, że to… przyjemne — mruknęła cicho. — Ale rozumiem sens.

[2141 słów, otwieranie krabów + wspinaczka na drzewa]

[Przyznano 43% + 5% + 5%]

29 grudnia 2025

Od Niebiańskiej Łapy

Słońce z cichą łagodnością zdobiło swym złocistym blaskiem terytoria Klanu Klifu, jakby chciało choć na krótką chwilę wynagrodzić wojownikom długie, wyczerpujące księżyce Pory Nagich Drzew. Światło sączyło się pomiędzy nagimi jeszcze konarami, osiadało na kamieniach i trawach, rozgrzewając ziemię oraz serca kotów spragnionych spokoju. Delikatny wietrzyk, ledwie wyczuwalny, czasami szarpał futrami patrolujących — niby silny i wojowniczy, a w rzeczywistości niemal iluzoryczny, jakby tylko udawał, że potrafi coś więcej, niż musnąć sierść i zniknąć.
Niebiańska Łapa szła spokojnym krokiem, kilka długości ogona przed swoją mentorką, z podniesioną głową i uważnym spojrzeniem. Liliowe futro uczennicy połyskiwało w promieniach słońca, migocząc subtelnie przy każdym ruchu, przez co wyglądała niemal jak zjawa zesłana przez sam Klan Gwiazdy — eteryczna, tajemnicza, o pysku, z którego trudno było wyczytać prawdziwe myśli. Mentorka pragnęła pokazać jej, jak należy wspinać się na drzewa i bezpiecznie poruszać wśród stromych zboczy, dlatego obie rozglądały się teraz za rośliną o odpowiedniej grubości pnia, zdolną utrzymać ciężar kota.
Nagle Niebiańska Łapa zatrzymała się tak gwałtownie, że niemal wrosła łapami w ziemię.
— Co to właściwie jest? — zapytała, wpatrując się w coś, co leżało u ich stóp i przypominało resztki niewielkiego gryzonia.
Widok był odrażający. Czerwienią splamione futerko, bezładnie porozrzucane fragmenty, zapach krwi, zdeformowany pyszczek... Źrenice liliowej uczennicy rozszerzyły się niemal natychmiast, gdy próbowała pojąć, co robi na ich terenach tak brutalnie potraktowany trup.
— Przepiórcza Wichuro? — zwróciła się do mentorki, a w jej głosie pobrzmiewała niepewność.
Starsza kotka podeszła bliżej, pochyliła się i dokładnie obwąchała zwierzynę. Po chwili sturchnęła pozostałości myszy łapą, a jej pyszczek skrzywił się w wyraźnym, choć powściągliwym niesmaku. Uszy drgnęły nerwowo, jakby w odpowiedzi na niepokojącą myśl, która właśnie pojawiła się w jej umyśle.
— Ktokolwiek upolował tę mysz, nie był wojownikiem… — szepnęła w końcu, a jej głos stał się cichy i napięty. — To zalatuje mewą. — Uniosła wzrok, mimowolnie spoglądając ku niebu. — Nie sądziłam, że kiedykolwiek wrócą na nasze tereny. Przez tak długi czas był przecież spokój…
Niebiańska Łapa milczała przez dłuższą chwilę. W jej głowie pojawiły się wspomnienia, których wolałaby nie przywoływać — obraz siostry atakowanej przez mewę, krzyk, trzepot ogromnych skrzydeł i bezradność, jaką czuła wtedy jako mały, przerażony kociak. Nie spodziewała się, że to zagrożenie wciąż może krążyć gdzieś nad jej głową, cierpliwe i gotowe, by znów uderzyć.
Jej ogon poruszył się niespokojnie, lecz pysk pozostał spokojny, niemal opanowany.
— To zdecydowanie nie jest dobry widok — odezwała się w końcu, powoli dobierając słowa. — Ale… być może to tylko czysty przypadek. Jedna mewa, jeden niefortunny łup. — Przerwała na moment, po czym dodała ciszej: — Myślę, że nie warto jeszcze mówić o tym Pikującej Jaskółce. Przynajmniej dopóki ta mysz jest jedyną rzeczą, jaką po sobie zostawiły.
Choć jej głos brzmiał rozsądnie, w głębi serca czuła niepokój, który nie chciał ucichnąć — jak cień przemykający po skałach, zapowiadający, że spokój może być jedynie złudzeniem.

***

Choć nikt nie padł jeszcze ofiarą ptaków, to nie trudno było zrozumieć, że to tylko kwestia czasu nim ktoś wda się w walkę z opierzonym przeciwnikiem. Nie potrzebny był też żaden znawca, by zrozumieć, że wśród pozostawionych przez ptaszory szczątkach zwierzyny kryło się ostrzeżenie. Zapowiedź, że stać może się coś złego, jeśli nie zachowane zostaną środki ostrożności.
Minęło już kilka wschodów słońca od chwili, gdy jej oczy po raz pierwszy dostrzegły ślad pozostawiony przez mewę — krwawy, będący jedynie zdeformowanym kawałkiem wroniej karmy. Od tamtego dnia niepokój ani na moment nie osłabł; przeciwnie, narastał z każdym kolejnym świtem, wpełzając w myśli niczym chłód spływający po kamieniach o poranku. Z dnia na dzień na ziemiach Klanu Klifu coraz wyraźniej rysowały się szczątki zwierzyny, rozrzucone bezładnie wśród traw i kamieni, jak ponure znaki obecności nieproszonych, skrzydlatych gości.
Ich widok mógł w niejednym kocie wzbudzić nie tylko obrzydzenie, lecz także trudny do nazwania dyskomfort, który ściskał wnętrzności i zmuszał do nerwowego unoszenia pyska, jakby w obawie przed kolejnym odkryciem. Poszarpane futerka, odsłonięte kości i zapach starej krwi nijak nie przypominały godziwej zdobyczy. Nie była to w końcu zwierzyna, za którą wojownicy powinni dziękować Klanowi Gwiazdy przed każdym spożytym posiłkiem — brakowało w niej harmonii łowów i szacunku dla życia. To, co pozostawiały po sobie mewy, było jedynie marną, zbezczeszczoną resztką, cichym zaprzeczeniem tego, czym powinien być dar natury.
— Rozświetlona Skóro — odezwała się Pikująca Jaskółka stanowczym, lecz spokojnym głosem, który bez trudu przebił się przez obozowy gwar — poprowadzisz dziś patrol łowiecki. Towarzyszyć będzie ci Kukułczy Wdzięk wraz ze swoją uczennicą, Foczą Łapą. — Na krótką chwilę zawiesiła spojrzenie na jeszcze jednej sylwetce. — Dołączy do was także Niebiańska Łapa. Wyruszajcie.
Słowa przywódczyni wyrwały Niebiańską Łapę z zamyślenia, w którym tkwiła, obserwując obozowisko i kłębiące się w nim myśli. Uniosła pysk i pozwoliła, by jej spojrzenie powędrowało od kota do kota, jakby próbowała już teraz odgadnąć, jak przebiegnie to wyjście. Rozświetlona Skóra sprawiał wrażenie typowego, solidnego wojownika — jego postawa była pewna, ruchy opanowane, a spojrzenie czujne, choć pozbawione przesadnej ostrości. Zupełnie inaczej prezentowała się Focza Łapa, która zdawała się nieustannie napięta, jakby w każdej chwili gotowa do zaczepki lub wybuchu gniewu.
Widok niebieskiej kotki niemal ją rozbawił. W pewnym sensie chciało jej się śmiać, gdy na nią patrzyła — Focza Łapa wydawała się tak ostra, tak pełna ambicji i zadziorności, a jednocześnie jej mianowanie ciągnęło się księżycami, nieubłaganie odsuwając się w czasie.
— Wojowniczka od siedmiu boleści…! — parsknęła w jej stronę Niebiańska Łapa, nie kryjąc drwiny.
Szara kotka natychmiast podeszła bliżej, skracając dzielący je dystans i posyłając młodszej uczennicy spojrzenie ostre jak odłamek lodu. — I co? — kontynuowała Niebo. — Dalej nie odbyło się twoje mianowanie? Po żłobku zawsze chodziłaś z uniesionym ogonem… — jej wargi drgnęły w kpiącym uśmiechu — …a zdaje się, że chyba nieprędko otrzymasz nowe imię.
Focza Łapa prychnęła cicho, prostując się jeszcze bardziej, jakby chciała wyglądać na większą i groźniejszą, po czym zmierzyła swoją rozmówczynię długim, wyzywającym spojrzeniem.
— Nie martw się, Niebiańska Łapo — odparła chłodno. — Otrzymam imię dużo szybciej niż ty. A wtedy zobaczymy, komu będzie do śmiechu.
Niebiańska Łapa uniosła brew, a na jej pysku pojawił się wyraźnie rozbawiony, choć podszyty pogardą uśmieszek.
— Cóż… — zaczęła powoli, z wyraźną satysfakcją w głosie — sądząc po tym, jak niezdrowe podejście masz do… właściwie każdego, raczej wątpię, byś to ty jako pierwsza otrzymała wojownicze imię. — Przechyliła lekko głowę. — A jeśli już jakieś byś dostała, to najpewniej brzmiałoby ono „Foczy Półgłówek”, jeśli nie “Foczy Grymas”.
— Wiesz co? — prychnęła, unosząc pyszczek z wyzywającym błyskiem w oczach. — Założę się, że złowię więcej zwierzyny niż ty, a wtedy będziesz żałować, że wcześniej nie dostrzegłaś, jak wspaniałą wojowniczką jestem.
Niebo zatrzymała się i odwróciła powoli, jakby chciała dać rozmówczyni czas na przemyślenie własnych słów, po czym parsknęła cicho, z nutą rozbawienia podszytego pogardą.
— Niestety, skarbie, obawiam się, że jednak tego nie zobaczę — odparła chłodno. — W końcu nie jesteś jeszcze wojowniczką, prawda? — Jej ogon zadrżał, gdy dodała: — Niezależnie od tego, jak bardzo będziesz się starać, nie złowisz więcej niż jednego marnego szczura.
Wkrótce koty rozpierzchły się w różne strony, znikając pomiędzy skałami, krzewami i drzewami, aż ich sylwetki stopniowo rozpłynęły się w krajobrazie, niczym cienie bezszelestnie wchłaniane przez rozległe terytorium Klanu Klifu.
Niebiańska Łapa, pozostawszy sama i zdana wyłącznie na własne umiejętności oraz kaprysy losu, skierowała się ku Złotym Kłosom — miejscu, które od dawna kojarzyło się z obfitością, a przynajmniej z obietnicą łatwego łupu. Tam, pośród złocistych pędów pszenicy, które falowały delikatnie przy najlżejszym podmuchu wiatru, zwykle plątały się szczury i myszy, nieostrożne i zbyt zajęte własnym żerowaniem, by dostrzec czające się niebezpieczeństwo. Zwierzyna ta rzadko stanowiła większy problem do złapania, a jej obecność niemal zawsze zdradzały ciche szelesty i nerwowe poruszenia kłosów, jakby same pola szeptały o kryjących się w nich stworzeniach.
Często wystarczało wsłuchać się uważnie i pozwolić, by to dźwięki prowadziły łowcę niewidzialnymi ścieżkami, dlatego Niebiańska Łapa nie musiała wkładać ogromnego wysiłku w tropienie — przynajmniej nie w tym miejscu, które zazwyczaj obfitowało w nieostrożną zwierzynę. Wystarczała odrobina cierpliwości oraz, co równie ważne, szczęście — rzecz głupia i kapryśna, a jednak niezbędna nawet najlepszym wojownikom, którzy, mimo wszystkich swych umiejętności i doświadczenia, wciąż pozostawali zależni od woli gwiazd i ich niepojętych decyzji.
Niebiańska Łapa posuwała się naprzód powoli, z brzuchem wiszącym nisko nad ziemią, tak blisko, że niemal muskał zeschnięte łodygi, starając się wypatrzyć pomiędzy gęstymi kłosami choćby najmniejszy ruch zdradzający obecność gryzonia. Jej kroki były ciche i wyważone, a spojrzenie czujne, lecz im dalej szła przez pole, tym bardziej oczywiste stawało się, że nic nie świadczy o tym, by w pobliżu kryła się jakakolwiek piszcząca ofiara. Kłosy falowały spokojnie, poruszane jedynie wiatrem, a cisza, zamiast uspokajać, zaczynała ciążyć coraz mocniej.
W pewnym momencie ogarnęło ją dziwne, trudne do nazwania uczucie niepokoju, jakby samo otoczenie wokół niej drastycznie zmieniło barwy, przybierając chłodne, nieprzyjemne odcienie, które kłuły wzrok i serce zarazem. Coś było nie tak — czuła to wyraźnie, głęboko pod futrem, w samym środku klatki piersiowej, gdzie rodziły się instynkty silniejsze niż rozsądek. To wrażenie czaiło się w niej skrycie, niemal szeptem, jakby sama nie była pewna, czy powinna zaufać własnej intuicji… a jednak nie potrafiła go zignorować.
W ułamku sekundy jej źrenice rozszerzyły się gwałtownie, jakby ktoś nagle zerwał zasłonę z jej spojrzenia, a oczy Niebiańskiej Łapy zabłysły niczym dwa okrągłe brylanty, w których odbiło się czyste, nagie przerażenie. Ciało odmówiło jej posłuszeństwa — zastygła w bladym osłupieniu, z łapami wbitymi w ziemię i oddechem uwięzionym głęboko w piersi, jak gdyby sam strach ścisnął ją niewidzialnymi pazurami.
Centralnie przed nią leżał kot. Nieruchomy. Martwy — niemal kompletnie pozbawiony życia, jak pusta skorupa porzucona przez duszę. Jego sylwetka, ledwie odcinająca się od złocistych kłosów, przypominała cichy cień splamiony czerwienią, która wsiąkała w ziemię i łodygi pszenicy, barwiąc je na kolor tak obcy i brutalny, że aż kłócił się z pozornym spokojem pola. Kłosy wokół zdawały się pochylać ku martwemu ciału, jakby same chciały odwrócić wzrok, a wiatr, dotąd łagodny, nagle ucichł, pozostawiając po sobie ciężką, duszącą ciszę.
Niebiańska Łapa nie wiedziała, jak zareagować ani co powiedzieć — w jej głowie kłębiły się myśli chaotyczne i rwane, rozpadające się szybciej, niż była w stanie je uchwycić. Serce biło jej zbyt szybko, zbyt głośno, jakby chciało wyrwać się z piersi i uciec jak najdalej od tego widoku, podczas gdy żołądek ścisnął się w bolesnym skurczu. Chłód, którego wcześniej nie potrafiła nazwać, teraz objął ją w całości, pełznął pod futrem i wnikał aż do kości, sprawiając, że każdy oddech stawał się wysiłkiem.
Futro na jej karku niemal natychmiast zjeżyło się, stercząc ostrzegawczo, gdy stała tak bez ruchu, próbując pojąć samą scenę i nadać jej sens — sens, który nie chciał się pojawić. Miała wrażenie, że pole wokół niej nagle zwęziło się, jakby świat skupił się wyłącznie na martwym ciele i jej własnym, przerażonym oddechu, a wszystko inne przestało istnieć. W tej chwili Złote Kłosy nie były już miejscem obfitości ani polowania; stały się niemym świadkiem tragedii, który szeptał grozą i ostrzegał, że coś mrocznego czai się tuż poza granicą wzroku.
Przez moment nie była w stanie nawet mrugnąć, jak gdyby ktoś nakazał patrzeć jej na zmarłego, dokładnie spoglądać na poszarpane kończyny oraz praktycznie wydłubane oczy. Nie wiedziała, jak opisać ten widok — lecz jej uwadze nie mogły umknąć pióra, leżące obok zmarłego, bezładnie zawinięte w jego brudnym futrze.
Teraz to wszystko było dziwnie jasne, jak gdyby zagadka, rozwikłana tylko i wyłącznie za pomocą czystego przeczucia oraz przypadku. Wiedziała już, jakie ostrzeżenie miały one stanowić, jakim omenem, zesłanym przez gwiezdnych były. Teraz, gdy z wartkiego potoku powstał jedynie niewielki strumyczek, wszystko było zaskakująco proste do pojęcia.
Pomimo strachu, jaki przez moment zawładnął jej ciałem, wzięła głęboki oddech i powolnym, ostrożnym krokiem ruszyła w stronę trupa. Czuła się dziwnie nieswojo — dotychczas na każdą sytuację potrafiła mieć przygotowany scenariusz… lub przynajmniej jego zarys. Teraz była niczym bezradne kocię, działające jedynie według tego, do czego przystosować zdołał je los.
Nie przypominała sobie, by Judaszowcowa Gwiazda kiedykolwiek wspominał o zniknięciu któregoś z kotów z obozowiska, ani by w jego głosie pobrzmiewał niepokój, który zwykle towarzyszył podobnym wieściom; przywołując w pamięci ostatnie zgromadzenia i narady, nie potrafiła odnaleźć ani jednego słowa, które mogłoby wskazywać na taką stratę. Pikująca Jaskółka również nigdy nie rozsyłała patroli poszukiwawczych, nie nawoływała do wzmożonej czujności i nie ostrzegała przed mewami krążącymi nad terytorium, które — choć groźne — zawsze zapowiadały się krzykiem i cieniem rzucanym na ziemię. A jednak ciało leżące pośród kłosów było niepodważalnym dowodem, że coś wydarzyło się poza ich wiedzą, w ciszy i ukryciu, jakby sam los postanowił ominąć klanowe zwyczaje.
Kim był więc ten kot? Przybłęda, który zapuścił się zbyt daleko? Samotnik? Pieszczoch, który pozostawił swoich dwunogów? Myśli Niebiańskiej Łapy krążyły niespokojnie, splątane i ciężkie, a każda kolejna hipoteza rodziła więcej pytań niż odpowiedzi, pogłębiając uczucie niepokoju, które ściskało jej serce.
Nie wiedziała — i wiedziała, że być może nigdy się nie dowie. Jedno było jednak pewne i jasne niczym gwiazdy przebijające się przez nocne niebo: nie mogła zatrzymać tego odkrycia tylko dla siebie. Musiała powiadomić innych. Nie mogła pozwolić, by ten kot gnił tam bez niczyjej wiedzy.
Niebiańska Łapa cofnęła się jeszcze o krok, jakby obawiała się, że samo pole spróbuje zatrzymać ją przy sobie, po czym odwróciła się gwałtownie i ruszyła przed siebie, pozwalając, by strach nadał tempo jej łapom. Złote Kłosy rozstępowały się niechętnie, szeleszcząc pod jej brzuchem i bokami niczym ciche szepty, które zdawały się wołać jej imię, lecz ona nie oglądała się za siebie, dopóki chłodny zapach skał i znajoma woń klanowych ziem nie przebiły się przez metaliczny posmak grozy, wciąż zalegający jej w pysku.
Gdy wreszcie dostrzegła sylwetki pozostałych członków patrolu, serce zabiło jej jeszcze mocniej — tym razem nie tylko z lęku, lecz i z ciężaru wiedzy, którą niosła. Zatrzymała się przed nimi gwałtownie, zbyt gwałtownie, by nie zwrócić uwagi; oddech rwał się jej w piersi, a futro wciąż miała zjeżone, jakby cień śmierci podążał tuż za nią.
— Tam… — zaczęła, lecz głos odmówił jej posłuszeństwa, zdławiony przez napięcie i wciąż żywe obrazy, które nie chciały opuścić jej myśli. Przełknęła ślinę, zmuszając się do kontynuowania, choć każde kolejne słowo zdawało się drapać gardło niczym suche liście. — W Złotych Kłosach jest… martwy kot.
Szelest ustał. Spojrzenia skierowały się ku niej jednocześnie, a na ich pyskach pojawiło się niedowierzanie, które szybko ustąpiło miejsca czujności i narastającemu niepokojowi. Niebiańska Łapa spuściła wzrok, czując, jak ciężar ich uwagi przygniata ją bardziej niż własny strach.
— Wyglądał, jakby został… rozszarpany — dodała ciszej, a jej ogon drgnął nerwowo. — Były przy nim pióra. Mewie.
To wystarczyło. Wśród patrolu przebiegł cichy pomruk, w którym pobrzmiewała zarówno groza, jak i gniew, a kilka kotów odruchowo rozejrzało się wokół, jakby oczekując, że nad ich głowami w każdej chwili może przemknąć złowrogi cień skrzydeł.
— Nikt nie zgłaszał zaginięcia — ciągnęła, zbierając się w sobie, by powiedzieć to, co nie dawało jej spokoju najbardziej. — Ani Judaszowcowa Gwiazda, ani Pikująca Jaskółka. Nie wiemy, kim był… ale to stało się na naszym terytorium.
Zapadła cisza ciężka i gęsta, w której każde uderzenie serca zdawało się zbyt głośne. W końcu ktoś skinął głową, a decyzja zapadła bez potrzeby dalszych słów — takie wieści nie mogły czekać.
Niebiańska Łapa poczuła, jak lodowaty dreszcz przebiega jej po grzbiecie, gdy patrol ruszył tuż za nią, podążając w głąb Złotych Kłosów z narastającą czujnością i milczącym napięciem. Pszenica zamknęła się wokół nich niczym złocista ściana, a kłosy szeleściły przy każdym kroku, jakby pole próbowało ostrzec ich przed tym, co czekało dalej, lub przeciwnie — ukryć prawdę, którą mieli zaraz ujrzeć. Przez krótką chwilę błądzili wśród gęstych łodyg, krążąc pomiędzy tymi samymi plamami światła i cienia, aż w końcu krajobraz rozstąpił się nieznacznie, odsłaniając miejsce, które na zawsze miało pozostać w pamięci Niebiańskiej Łapy.
Jej oczy znów spoczęły na okrutnym widoku, a serce ścisnęło się boleśnie, gdy dostrzegła martwe ciało leżące bez ruchu pośród zdeptanych kłosów, splamionych krwią, która zdążyła już przyciemnieć i wsiąknąć w ziemię. Obraz ten, choć widziany po raz drugi, wcale nie był łatwiejszy do zniesienia — wręcz przeciwnie, teraz, w obecności innych, wydawał się jeszcze bardziej rzeczywisty, bardziej nieodwracalny.
— Świetnie! — odezwał się nagle głos Foczej Łapy, zbyt głośny i zbyt jasny jak na to miejsce, gdy młoda kotka wysunęła się nieco do przodu, a w jej oczach zalśniła mieszanka zapału i nierozsądnej odwagi. — Gdzie są te mewy? Jeśli pokonanie ich ma sprawić, że zostanę wojowniczką, to—
— Nie — przerwała jej ostro Kukułczy Dźwięk, odwracając się gwałtownie; jej ton był twardszy, niż Niebo mogłaby się spodziewać. Ogon zadrżał jej nerwowo, a spojrzenie, które posłała swojej uczennicy, było pełne nagany i niepokoju. — Nie, Focza Łapo. Nie będziesz walczyć z mewami. — Zawahała się na ułamek sekundy, po czym dodała ciszej, lecz z wyraźnym naciskiem: — Nie zachowuj się jak niedojrzały kociak.
Jej wzrok powędrował z powrotem ku nieruchomemu ciału, a w jej głosie pojawiła się nuta, której nie sposób było pomylić z niczym innym.
— Ten kot jest przecież martwy. Powinniśmy urządzić mu pochówek.

***

— Trzeba będzie poinformować o tym Judaszowcową Gwiazdę. Już same szczątki zwierzyny walające się po naszych terenach były niepokojące, ale to? Na Klan Gwiazdy, żyjemy w jakimś obłędzie! — wtrącił Rozświetlona Skóra. — Wracajmy. To nie powinno zwlekać.

[2754 słowa]

[przyznano 55%]

28 grudnia 2025

Od Niebiańskiej Łapy CD. Jagnięcej Łapy

— Ach… przepraszam — wydukała cicho, jakby każde słowo musiało przedrzeć się przez gęstą warstwę niepewności. — Czy… czy potrzebujesz pomocy? — dodała po chwili, zbierając w sobie resztki odwagi. — Pomogę tyle, ile będę w stanie.
Niebiańska Łapa westchnęła niemal bezgłośnie, nim uniosła głowę i skinęła nią krótko, ruchem bardziej wyuczonym niż spontanicznym. Jej brązowe oczy, zwykle czujne i ostre, teraz na moment utkwiły się w delikatnej sylwetce Jagnięcej Łapy, jak gdyby próbowała przeniknąć wzrokiem przez jej futro i odnaleźć tam odpowiedź, której sama nie potrafiła w sobie znaleźć. W jej piersi coś ścisnęło się nieprzyjemnie — uczucie zmęczenia, które od dni, a może nawet księżyców, narastało jak cień wydłużający się o zmierzchu.
— Ostatnio wszystko jest dość monotonne — odezwała się wreszcie, a w jej głosie pobrzmiewała szorstka nuta dystansu, podszyta ledwie skrywanym rozczarowaniem. — Ciągłe treningi z moją mentorką stały się… nieciekawe. — Zawahała się, jakby sama nie była pewna, czy wolno jej tak myśleć. — Zastanawiam się, czy istnieje na to jakieś lekarstwo — dodała ciszej, a w jej spojrzeniu przemknął błysk nadziei, słaby niczym poranna rosa. — Jest?
Starsza kotka odpowiedziała jej delikatnym, nieco zakłopotanym uśmiechem, który tylko podkreślił jej nieśmiałość, po czym wolno, z wyraźnym żalem, pokręciła głową. Jej uszy drgnęły nerwowo, a ogon zwinął się bliżej łap, jakby chciała stać się mniejsza wobec ciężaru cudzych oczekiwań.
— Niestety… to, co opisujesz, wygląda mi na zwykłe znudzenie — wyszeptała Jagnięca Łapa, a jej głos był tak cichy, że niemal ginął w szumie wiatru. — A na to… jeszcze nie ma lekarstwa. — Urwała na moment, spuszczając wzrok na rozsypane u jej stóp liście. — Przykro mi, Niebiańska Łapo, ale chyba nie będę w stanie ci z tym pomóc.
Pysk uczennicy skrzywił się w kwaśnym grymasie, ostrym jak sok z niedojrzałej cytryny, jednak powstrzymała się od kąśliwych uwag. Wiedziała, że Jagnięca Łapa była delikatna niczym źdźbło trawy wystawione na pierwszy przymrozek, a ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, było sprawienie, by ich przyszła medyczka stała się jeszcze większym kłębkiem nerwów, niż dotychczas.
— W porządku — odparła więc po chwili, a jej głos złagodniał, choć w oczach wciąż czaiło się zmęczenie. — Brakuje ci może jakichś ziół? — Zrobiła krok bliżej, jakby gotowa była zaraz wyruszyć w las. — Z chęcią pomogę w poszukiwaniach, jeśli będzie trzeba.


<Jagnięca Łapo?>

[357 słów]

10 grudnia 2025

Od Niebiańskiej Łapy do Kołysankowej Łapy

Noc zgromadzenia…

Bursztynowa Wyspa pulsowała w świetle księżyca niczym pojedyncze serce, którego rytm wyznaczało ciche szemranie fal rozbijających się o jej skaliste brzegi. Noc była przejrzysta, a powietrze niosło ze sobą subtelny zapach chłodnej wody i wyrzuconych przez morze wodorostów, które schnąc, wydzielały terpentynową nutę. Pośród lekko chropowatych kamieni i rozproszonych smug blasku księżyca gromadziły się sylwetki kotów z różnych klanów, ich futra połyskiwały z każdym ruchem, a cienie splatały się na ziemi jak plątanina gałązek.
W całej tej migotliwej mozaice futer, spojrzeń i subtelnych zmian napięcia Niebiańska Łapa zdawała się poruszać jak ktoś, kto oczy ma niby skierowane na świat, lecz myśli niesie gdzieś daleko poza niego. Jej brązowe oczy ślizgały się po otoczeniu z pozorną uwagą — taką, jakiej oczekiwałaby od niej każda dobrze wychowana uczennica Klanu Klifu, która pragnęłaby uchodzić za skupioną i gotową do nauki — lecz w rzeczywistości jej umysł odpływał tam, gdzie nie sięgał gwar rozmów ani poszczekiwania fal.
Zatrzymała wzrok dopiero wtedy, gdy błysk rudego futra wyłonił się z tłumu, odbijając światło księżyca w sposób tak charakterystyczny, że trudno byłoby go pomylić z kimkolwiek innym. Jego sierść, zdobiona eleganckim wzorem, wyglądała, jakby noc sama postanowiła namalować na niej drobne ślady cienia i światła, oddając hołd kocurowi, który wyróżniał się z pozostałych niczym iskra pośród popiołu.
Niebiańska Łapa poczuła, jak serce wykonuje delikatne, nieco zbyt szybkie drgnienie.
Gdyby tylko ona wyglądała równie pięknie…
Spojrzała na własne futro — jasne, błyszczące, ale wydające jej się teraz zbyt zwyczajne, zbyt proste wobec elegancji rozet, które przyciągały jej uwagę jak magnes. Przejechała prędko językiem po sierści na karku, starając się wygładzić ją do ostatniego włosa, jakby ten drobny gest mógł sprawić, że poczuje się, choć odrobinę bardziej pewnie. Czuła pod palącą łuną księżyca wstydliwy niepokój, delikatne mrowienie biegnące pod skórą, które mówiło jej z równą siłą: idź i nie idź.
W końcu wzięła głęboki oddech, pozwalając chłodnemu powietrzu nocy przepłynąć przez płuca niczym czysta woda nad górskim strumieniem. Ruch jej łap stał się bardziej zdecydowany, choć w środku nadal czuła drżenie, ledwie zauważalne dla kogoś, kto nie przyglądałby się jej uważnie. Ruszyła w stronę kocura, a księżyc odbijał się w jej sierści jak w tafli oswojonej wody.
— Cześć — odezwała się oficjalnym tonem, który miał brzmieć pewnie. — Mogłabym się przysiąść?
Kocur odchylił lekko głowę, mierząc ją wzrokiem, który był jednocześnie oceniający i uprzejmy. W ciszy, jaka zapadła na ledwie kilka uderzeń serca, Niebiańskiej Łapie wydawało się, że słyszy zgrzyt swoich własnych myśli.
— Jeśli sobie życzysz, proszę pani — odpowiedział żartobliwie, jego tonem zamigotała lekkość, która na krótką chwilę rozwiała napięcie. Po ułamku chwili dodał szybko, jakby dopiero teraz ocenił, że jego słowa mogły być nieco zbyt swawolne: — Znaczy, tak możesz.
Niebiańska Łapa wypuściła z siebie króciutkie, niepewne parsknięcie — bardziej odruch nerwowy niż autentyczne rozbawienie — po czym, z wdzięczną ostrożnością, usiadła niedaleko niego. Jej ogon owinął się wokół łap tak starannie, jakby był częścią ceremonialnego gestu. Wiedziała, że ta drobna poza pozwoli jej zyskać czas na to, by uporządkować własne emocje, które tańczyły w niej jak świetliki.
Kołysankowa Łapa wyglądał na uosobienie spokoju — jasne, wyprostowane plecy, ruchy pozbawione pośpiechu, jakby niezależnie od gwaru wokół był w stanie usiąść tak, jakby miał przed sobą całą noc i żaden czas nie naciskał na niego łapą.
— Ależ cudowne są te twoje rozety… — powiedziała w końcu, jej głos był miękki, lecz nosił w sobie nutę ostrożności, a jednak przebijało przez nią szczere zauroczenie. — Z pewnością przykładasz do nich sporą wagę, mam rację?
— A dziękuje, faktycznie przykładam do nich dosyć dużo uwagi — odparł, uśmiechając się z ciepłem, którego nauczyły go chyba same gwiazdy. — A ty pewnie dużo dbasz o swoje futro? Wiesz, tak fajnie się świeci, poza tym, masz bardzo ładny kolor pręg, więc szkoda jak byś o nie nie dbała, czyż nie? Szkoda, że nie mam przy sobie jakichś piór czy innych motyli…
— Uwielbiam wplatać w swoje futro kwiaty, piórka a czasem nawet motyle skrzydła — wyznała, nie kryjąc szczerości. — Ale byłam przekonana, że na zgromadzeniu powinno się wyglądać bardziej… uroczyście. Dlatego zdjęłam wszystkie dodatki.
Kołysankowa Łapa uniósł brwi z wyraźnym zainteresowaniem, a jego ogon wykonał powolny ruch — jakby od niechcenia, lecz pełen niewymuszonej gracji. Migotliwe światło księżyca podkreśliło kształt rozet na jego futrze, które teraz zdawały się drgać lekko przy każdym oddechu. Chłodny wiatr przesunął się pomiędzy nimi, łagodnie poruszając źdźbłami wyschniętej trawy wokół, jakby natura sama wsłuchiwała się w ich rozmowę.
— Och… wybacz mi, zapomniałam się przedstawić — przerwała sobie, otrząsając się lekko. — Mam na imię Niebiańska Łapa. A ty?
— Pamiętaj, ozdóbek nigdy za dużo, nikt ci nie powinien się przyczepić do nich... W końcu dodają tylko uroku noszącemu, czyż nie? — powiedział, po czym rzekł po krótszej chwili: — A i moje imię to Kołysankowa Łapa po zatem muszę przyznać, że Niebiańska Łapa brzmi dosyć ładnie! Nazywałaś się Niebo jako kociak?
Jej brązowe oczy zadrżały lekko na dźwięk jego śmiechu; nie tego głośnego, donośnego, lecz ledwie słyszalnego, ciepłego jak tchnienie porannego wiatru.
— Cóż… tak miałam na imię — odpowiedziała krótko, choć w jej tonie pobrzmiewała nuta nieśmiałości. — Ale to nieważne. Nie mogę się już doczekać, aż otrzymam swoje imię wojowniczki.
Te słowa ponownie rozświetliły jej spojrzenie — niczym daleki płomień odbity na wodzie. W jej wyobraźni pojawiły się wizje, które wypełniały ją dumą, niepewnością i oczekiwaniem jednocześnie. Noc zdawała się tańczyć wokół niej, gdy wypowiadała kolejne marzenia:
— Wyobraź sobie: Niebiański Wir, Niebiańskie Marzenie… albo Niebiański Pocałunek. Mam tylko nadzieję, że Judaszowcowa Gwiazda wybierze coś naprawdę ładnego.
Spojrzała gdzieś ponad ramieniem rozmówcy, znikając myślami w świecie własnych fantazji: widziała siebie na czele patrolu, kroczącą pewnie po skalistych ścieżkach Klanu Klifu, z futrem połyskującym w słońcu niczym obłoki o świcie.
Po chwili mrugnęła, wracając do rzeczywistości i do kocura siedzącego naprzeciw.
— A ty…? — zapytała łagodnie. — Jak chciałbyś mieć na imię, kiedy już zostaniesz mianowany?
— Chciałbym nazywać się Rozkwitająca Kołysanka lub Kołysankowa Szanta... to by wiele dla mnie znaczyło — powiedział, a w głosie jego zabrzmiała tęsknota, po chwili z jego gardła wydostały się kolejne słowa wypełnione jeszcze większą tęsknotą. — Moja matka miała na imię Rozkwitająca Szanta, Niebiańska Łapo, chciałbym, by moje imię mogło do niej nawiązywać, chciałbym nosić kawałek imienia po niej... To byłoby wspaniałe…
Niebiańska Łapa uniosła delikatnie uszy, a jej spojrzenie zmiękło, gdy usłyszała imię matki kocura. Przez moment obserwowała, jak jego głos drży tęsknotą — nie tą nachalną, ale cichą, głęboką, która potrafi zagnieździć się w sercu na całe życie.
— To… naprawdę piękne imiona — powiedziała ciszej niż wcześniej. — I bardzo wyjątkowe.
Nim zdążyła coś dodać, jej uwagę przyciągnęła ciemna sylwetka, niewielka i napięta — nieznajoma Niebu kotka, która stała niedaleko, obserwując ich z wyrazem pyska trudnym do rozszyfrowania. W jej niebieskich oczach czaiła się mieszanina ciekawości i ostrożności, jakby analizowała każdy szczegół, każdy gest.
— To... Twoja koleżanka? — rzuciła Niebiańska Łapa szeptem, zaskoczona jej obecnością.
— Tak, to moja koleżanka. Co prawda nie ze żłobka, ale blisko temu, bo nierzadko tam bywam — powiedział kocur, po czym zwrócił się do małej kotki. — Makowa Łapo, to Niebiańska Łapa. Niebiańska Łapo to Makowa Łapa.
Niebiańska Łapa parsknęła nieznacznie, bardziej z zakłopotania niż rozbawienia, a w następnej chwili spróbowała odzyskać równowagę.
— Przepraszam — rzuciła w końcu, odwracając wzrok w stronę bengalskiego kocura, jakby to jemu należało się wyjaśnienie bardziej niż samej Makowej Łapie. — Wy jesteście z tego samego klanu, wnioskuję — dodała, tym razem już spokojniej, z odrobiną czystej ciekawości w głosie.
— Tak. Kołysankowa Łapa jest moim kolegą z klanu — odezwała się Mak, której oczy niemal automatycznie zmrużyły się, gdy spoglądała na Niebo.
Makowa Łapa krzywiła się delikatnie, ledwie zauważalnie, choć dla wprawnego oka widać było napięcie bijące z całej jej drobnej postaci — zbyt wysoko uniesionych uszu, zbyt mocno zaciśniętej szczęki, zbyt sztywnego ogona.
Te drobne gesty były niemal rozczulające, jakby koteczka próbowała wyglądać poważniej niż była w stanie.
— Czy coś się… stało, Makowa Łapo?
— Wszystko w porządku — powiedziała i spojrzała na księżyc.
Jej ton był chłodny, ostrożny, ale nie wrogi. Bardziej… przyczajony. Jakby Makowa Łapa broniła terytorium, którego sama jeszcze nie rozumiała.
Ciszę przeciął głos Kołysankowej Łapy:
— W każdym razie ładna dziś noc, księżyc świeci tak pięknie...
Niebiańska Łapa uniosła spojrzenie ku niebu. Gwiazdy lśniły jak rozsypane płatki mrozu, a księżyc otaczany był delikatną, jasną aureolą — jak mglista obietnica. W jego blasku futro Kołysankowej Łapy miał bardziej złoty odcień, a jej własne — niemal srebrzysty.
— Wiesz… niebo jest najpiękniejsze właśnie wtedy, gdy świeci na nim księżyc w pełni — powiedziała miękko. Jej głos miał w sobie coś marzycielskiego, jakby wypowiadała słowa nieświadomie. — Niebiański Księżyc… Hm, chyba właśnie wpadło mi do głowy kolejne wojownicze imię!
Makowa Łapa spojrzała na nią uważniej, jakby sama zastanawiała się, czy to imię faktycznie do niej pasuje.
— Ładne imię wymyśliłaś. Ja chciałabym się nazywać po ojcu, jak już wam powiedziałam. Makowy Skok chyba brzmi ładnie, co nie?
Kołysankowa Łapa odwrócił się do niej i uśmiechnął delikatnie — uśmiechem, który łatwo byłoby przeoczyć, gdyby nie jego oczy, pełne troski.
— Pasowałoby ci, Niebiańska Łapo. Twoje futro błyszczy się nieco jak taki księżyc... W sensie wiesz, jest jasne i błyszczące — powiedział, po czym dodał, zwracając się do Makowej Łapy: — Ej, Mak, a czemu chciałabyś nazywać się po ojcu? Bardziej pasowałoby ci imię Makowa Energia czy coś takiego…
Makowa Łapa napięła łapy, a jej wzrok stał się twardszy.
— Ja… Powiem ci w obozie, dobrze, Kołysankowa Łapo? Nie chcę o tym rozmawiać z… nią. Przepraszam.
— Dobrze Mak, powiedz mi w obozie — odparł łagodnie. Następnie zwrócił się znów do Niebiańskiej Łapy, pragnąc zmienić temat: — Masz jakieś rodzeństwo, Niebiańska Łapo? Ja mam dwóch braci.
Niebiańska Łapa mrugnęła lekko, uspokajając oddech.
— Mam dwie siostry… — zaczęła miękko. — Ale… no cóż, raczej nie utrzymuję z nimi szczególnie bliskich relacji. Wiesz, jak to jest… każdy idzie swoją drogą, a ich ścieżki najwyraźniej prowadzą daleko od moich. Ale to nie znaczy, że czasem z nimi nie porozmawiam.
Jej głos nieco zmiękł na końcu, jakby jedno z tych wspomnień — ciche, niewypowiedziane — zadrżało w niej nieproszonym echem.
— A ty? — zapytała łagodnie. — Dogadujesz się ze swoimi braćmi?
— Mam wrażenie, że... Um trudno stwierdzić, ale raczej tak — odparł. — A tak ogólnie to myślisz, że niedługo zostaniesz wojowniczką? Bo ja chyba niedługo, chociaż przyznam, że wolałbym pełnić inną rangę.
Niebiańska Łapa uniosła uszy, zaskoczona i zaciekawiona jednocześnie.
— Na razie nie jestem pewna, kiedy dokładnie nastąpi moje mianowanie… — powiedziała powoli. — Ale z każdym dniem zbliżam się ku mojej ceremonii. Skoro nie pragniesz być wojownikiem… To, kim chciałbyś zostać?
Kiedy odpowiedział, głos Kołysankowej Łapy był pełen czegoś, co można było porównać do dawno skrywanej tęsknoty.
— Karmicielką... W sumie to jest powód, dla którego lubię chodzić do żłobka...
Powiedziawszy to, przeniósł wzrok na Makową Łapę. Jego ton łagodniał, jakby wspomnienia ciążyły, ale też dawały ukojenie.
— Moja matka... Ona była wieczną karmicielką Niebiańska Łapo. Chciałbym móc robić to, co ona, uhonorować ją jeszcze w ten sposób, a nie tylko składaniem kwiatków na miejscu spoczynku jej i ich.
— To… naprawdę piękne… — wyszeptała w odpowiedzi. — Chciałbyś nie tylko opiekować się młodszymi, ale też w ten sposób uczcić swoją matkę. To świadczy o twoim sercu.
Kołysankowa Łapa uśmiechnął się lekko, skromnie.
— Mam nadzieje, że w kolejne zgromadzenie już będę mianowany i kto wie... Może uda mi się jakoś zostać karmicielką.
W jej oczach pojawił się blask — ciepły, łagodny, tak naturalny, jak światło księżyca.
— Uda ci się, po prostu… Uwierz — powiedziała, a jej uśmiech był miękki, delikatny, niosący ze sobą ciepło i spokój. Chciała kontynuować rozmowę, dopytać jeszcze o jego marzenia, o matkę, o plany na przyszłość… lecz nagle usłyszała nawoływanie Przepiórki. Jej mentorka najwyraźniej czegoś od niej potrzebowała.
Westchnęła cicho, a wzrok przeniósł się z powrotem na Kołysanka. W jej oczach pojawił się cień smutku — jakby nagłe oderwanie od tej przyjemnej rozmowy było zbyt bolesne. Och, dlaczego musiała iść właśnie teraz, kiedy rozmowa była tak ciepła, tak pełna serdeczności…
— Kołysankowa Łapo… — zaczęła niepewnie, głos łagodny, z nutą skruchy. — Wiesz… ja muszę już iść. Mentorka mnie wzywa.
Przez moment milczała, patrząc na niego jeszcze jednym spojrzeniem, pełnym nadziei i delikatnego pragnienia, by ich ścieżki kiedyś znów się skrzyżowały.
— Mam nadzieję, że kiedyś znów się spotkamy… tutaj albo… gdziekolwiek indziej.
Machnęła mu ogonem na pożegnanie, następnie ruszyła w stronę głosu swojej mentorki, który dobiegał z oddali, coraz wyraźniejszy w nocnym powietrzu.
Na moment zatrzymała się i odwróciła, rzucając przez ramię ostatnie spojrzenie w stronę Kołysanka. W tamtej chwili jej oczy po raz spoczęły na pięknych „warkoczykach” zdobiących futro rudego kocura…

Początek pory zielonych liści…

Żarzące promienie słońca pełzły po skalnych półkach Klanu Klifu niczym drapieżne stworzenia — ostre, natarczywe, przypominające pazury wroga przesuwające się po nagrzanym kamieniu. Wraz z nadejściem nowego dnia świat zdawał się budzić gwałtownie, z siłą, która nie pozostawiała miejsca na senność. Blask wpełzał w każdy zakamarek, odbijając się od jasnych skał, rozświetlając szczeliny, a nawet połyskując w kroplach porannej rosy, które znikły, nim zdążyły w pełni zaistnieć.
Z każdym wschodem słońca natura tylko przybierała na mocy — jakby noc ustępowała jej w milczącym ukłonie, a dzień stawał się coraz bardziej dominujący. Ptaki, dotąd senne i skryte, zaczynały snuć swe melodie tak głośne i radosne, że ich pieśni odbijały się echem pomiędzy stromymi ścianami klifu, brzmiały jak chór zwiastujący kolejną porę obfitości. Lekki wietrzyk, chłodny jeszcze od nocnego powietrza, muskał futra patrolujących kotów, niosąc ze sobą zapach wilgotnych mchów i świeżych ziół, które rosły w cieniu skał. Był delikatny, subtelny, a jednocześnie pełen życia — zdawał się szeptać historię nadchodzącego dnia.
Kwiaty rosnące na wąskich półkach skalnych i wśród rzadkich traw rozkwitły już w pełni, prezentując swoje barwy z dumą właściwą roślinom, które wbrew trudom środowiska przetrwały i zakwitły. Ich płatki rozchylały się ku słońcu, drgając w lekkim powiewie jak skrzydła motyli, a całe ich piękno zdawało się być ofiarowane oczom kotów z Klanu Klifu — niczym dar od samej natury, mający dodawać otuchy i nadziei przed kolejnym dniem obowiązków.
Wśród tych barw, dźwięków i zapachów poranka, Niebiańska Łapa poruszała się z niezwykłą jak na siebie determinacją. Już od dłuższego czasu przykładała znacznie większą wagę do swojego szkolenia — do każdego ruchu, każdej techniki, każdego zadania, które zlecała jej Przepiórka. Wstawała wcześniej, ćwiczyła dłużej, wykonywała polecenia dokładniej niż kiedykolwiek przedtem, jakby każdy dzień był krokiem ku marzeniu, którego nie mogła już dłużej odkładać.
Robiła wszystko, co było w jej mocy — niemal obsesyjnie — by Judaszowcowa Gwiazda wreszcie dostrzegł w niej kotkę godną noszenia tytułu wojowniczki. W jej sercu dojrzewało pragnienie, silniejsze z każdym wschodem słońca: pragnienie, by udowodnić swoją wartość, by zasłużyć na imię, które stanie się świadectwem jej charakteru i umiejętności.
W powietrzu unosił się zapach świeżo upolowanej zwierzyny — ciężki, ciepły, niosący w sobie tę szczególną nutę, którą miało tylko jedzenie przyniesione z dumą przez wojowników — dla jej nozdrzy był on ledwie namacalny, zbyt odległy, by mogla go faktycznie poczuć. Gniazdko ze zdobyczą, osłonięte cieniem skalnego występu, pulsowało życiem: muchy krążyły nad nornicami, skowronkami i królikami, a ich brzęczenie mieszało się z rozmowami kotów szykujących się do patrolu.
To właśnie tam, przy starannie ułożonych ciałkach ofiar, siedziała Przepiórkowa Wichura. Jej sylwetka była napięta, na pysku zabraknąć nie mogło typowego dla niej uśmiechu, a w oczach połyskiwała typowa dla niej radość. Słońce odbijało się od jej futra, wydobywając z niego złociste i piaskowe tony, a cień jednego z kamieni delikatnie podkreślał ostrość jej policzków.
Niebiańska Łapa zatrzymała się na moment. Wzięła głęboki oddech, czując, jak w jej wnętrzu narasta jednocześnie niepokój i determinacja. Wiedziała, że decyzja, którą chciała podjąć, nie była niczym wielkim… ale jednocześnie pragnęła przekonać się, czy jej mentorka miała do niej jakieś zaufanie… I, czy byłaby w stanie je wykorzystać.
— Przepiórkowa Wichuro. — Podeszła do mentorki, znajdującej się przy gniazdku ze zwierzyną. — Mam nadzieję, że nie miałabyś nic przeciwko temu, bym gdzieś się przeszła.
Słowa wyszły z niej miękko, niemal zbyt nieśmiało, jakby bała się, że zabrzmią zbyt bezczelnie w tak pięknie ułożonym poranku. Jej ogon drgnął, a poduszki łap nieznacznie napięły się w kontakcie z nagrzanym kamieniem.
Przepiórkowa Wichura uniosła głowę. Jej oczy — bystre, przenikliwe, ale też niosące w sobie coś ciepłego — podążyły ku uczennicy. Zatrzymała spojrzenie na jej twarzy nieco dłużej, jakby próbowała ocenić, czy kryje w sobie jakąś tajemnicę. Po chwili jednak jej rysy zmiękły, a kąciki pyszczka uniosły się w szerokim, pełnym życzliwości uśmiechu.
Słowa Przepiórkowej Wichury zabrzmiały z pozorną lekkością, lecz niosły w sobie ciężar, którego nie sposób było zignorować — jak głaz spoczywający na dnie wartkiego strumienia. Ciepło, jakie z nich biło, oplatało Niebiańską Łapę niczym miękki mech przytulony do chłodnej skały. Coś w jej piersi rozchyliło się powoli, lękliwie, jak pierwszy, nieśmiały pąk kwiatowy wyczuwający nadejście wiosny. Było to uczucie nieoczekiwane — wdzięczność zlituje się z dumą i układa się w dziwny, lekko niespokojny splot.
— Nie byłoby — miauknęła. — Tylko proszę, nie wracaj zbyt późno. Jesteś rozważna i mam w stosunku do ciebie kredyt zaufania… Więc go nie zmarnuj!
Bo prawda była taka, że Niebiańska Łapa nie przepadała za swoją mentorką. Cynamonowe futro Przepiórkowej Wichury, jej pewność siebie, jej ton zawsze niosący w sobie nutę wyższości… wszystko to sprawiało, że młoda kotka czuła w środku narastającą irytację. A jednak od dawna udawała — zgrabnie, instynktownie — że relacja między nimi jest dokładnie taka, jak być powinna. Uczennica i mentorka. Posłuszeństwo i zaufanie. Podziw i przewodnictwo.
Czy Przepiórkowa Wichura widziała przez ten pozór?
Czy wyczuwała tę skrytą, ostrożną antypatię?
Czy dostrzegała to, co Niebiańska Łapa próbowała tak starannie ukryć?
Wydawało się jednak, że wszystko grało. Że fasada była nienaruszona.
Niebo skinęła głową, czując jednocześnie dziwny ciężar i lekkość — jakby słowa mentorki zapadały w nią głębiej, niż sama chciałaby przyznać, a jednocześnie odbijały się od niej jak krople wody od smukłej trawy. Jej ogon uniósł się wyżej, jakby chciał dodać jej pewności w tej chwili, która zupełnie nieoczekiwanie okazała się dla niej ważna.
Odsunęła się o krok, potem drugi, czując, jak powietrze zmienia się wokół niej — z zapachu obozu, pełnego sierści i zwierzyny, w coś o wiele bardziej czystego, świeżego i niepewnego.
Gdy tylko wyszła na zewnątrz, poczuła delikatne, niezdarne zmieszanie. Zrozumiała już, że Przepiórka nie ma pojęcia o tym, co o niej myśli, a tym bardziej nie ma problemu z zaufaniem swojej uczennicy. Skoro więc wojowniczka bez problemu pozwoliła jej wyjść… to powstawało nowe pytanie.
Co teraz?
Plan, który ułożyła w głowie, był prosty i jednocześnie kompletnie nieprzemyślany: przetestować granicę. Wyjść z obozu. Odetchnąć. Zniknąć na chwilę.
Jednak nie pomyślała o tym, co stanie się dalej, kiedy mentorka już na nią spojrzy, skinie głową i pozwoli jej odejść bez oporu.
Teraz znajdowała się tu — tuż za wejściem do obozu, gdzie wiatr grał własne melodie, a świat był nagle zbyt otwarty i zbyt pełen możliwości.
A nie wypadało wracać po zaledwie paru uderzeniach serca. Wyglądałoby to dziwnie. Dziecinnie.
Nie mogła pojawić się przy wejściu z podkulonym ogonem i powiedzieć: „Właściwie nie wiedziałam, co chcę zrobić”.
Zastanawiała się, gdzie właściwie powinna pójść.
Każda dróżka prowadziła w nieco inną stronę świata, każda wydeptana linia niosła w sobie możliwość odmiennego spotkania, odmiennej myśli, odmiennego oddechu. Przypominały pajęczą sieć — misterną, ale nieco chaotyczną — w której każdy odchodzący promień mógł okazać się początkiem czegoś nowego. Czegoś pozornie nieznanego, a jednak dziwnie znajomego, jak echo dawno zapomnianych wspomnień.
Ścieżki układały się przed nią we własny, ledwie uchwytny wzór: skomplikowany i niejednoznaczny, pełen rozwidleń i delikatnych zakrętów, jakby cała ziemia była wielką mapą, która domagała się od niej odczytania jej na nowo. Każda droga zdawała się szeptać inną historię — jedne pachniały wilgocią od strumienia, inne suchą trawą od pogranicza polan, a jeszcze inne miały zapach kory i mchu, jakby prowadziły w głąb lasu, ku miejscu bardziej osłoniętemu, bardziej intymnemu.
A jednak, mimo całego tego wachlarza możliwości, jej łapy wciąż trwały w miejscu — zawieszone między niepewnością a ciekawością. W głowie Niebiańskiej Łapy tliła się myśl, że każdy kierunek jest jednocześnie dobry i zły, że każde skrzyżowanie ścieżek otwiera przed nią drzwi, za którymi kryją się dziesiątki możliwych wersji przyszłości.
W pewnym momencie po prostu pozwoliła, by zadecydował instynkt — ten cichy, pierwotny głosik, który odzywa się wtedy, gdy rozum przestaje być pomocny.
Finalnie ruszyła przed siebie, ślepo, lekko, bez planu — tam, gdzie poniósł ją wzrok.
Jej łapy poruszyły się milcząco po miękkiej ziemi, a wraz z każdym krokiem wokół niej rozchylał się świat, jakby prowadziło ją coś więcej niż przypadek.
Sama nie wiedziała, dokąd idzie — po prostu szła. Jej łapy stawiały kroki mechanicznie, jakby były odłączone od myśli, jakby kierowało nimi coś starszego niż świadoma decyzja. To nie było coś w jej stylu; Niebiańska Łapa zawsze dbała o to, by każdy ruch był przemyślany, by każdy element dnia układał się w harmonijny plan, tak spójny, jak misternie utkany koszyczek z traw. Zwykle wszystko miała rozpisane w myślach, od drobnego ułożenia futra po popołudniowe ćwiczenia. Każdy szczegół wydawał jej się mieć swoje znaczenie, jakby najmniejszy błąd mógł poruszyć całą konstrukcję jej codzienności.
A tymczasem teraz — szła jakby we mgle. Bez kierunku, bez celu.
I to właśnie sprawiało, że w jej sercu zakiełkowało zdziwienie… i odrobina niepokoju.
Bo jeśli nawet ona, wiecznie opanowana, wiecznie świadoma, mogła stracić orientację… co jeszcze mogło dziś potoczyć się inaczej niż zwykle?
Myśl ta ledwie zdążyła się w niej osadzić, gdy nagle usłyszała głos. Głos tak znajomy, że jej ciało zareagowało szybciej niż świadomość.
— Niebiańska Łapo?
Uszy drgnęły jej gwałtownie, jakby ktoś delikatnie musnął je piórem. Futro na grzbiecie zjeżyło się instynktownie niczym wypłoszone przez nagły podmuch wiatru. Przez krótką chwilę jej serce zatrzymało się w półuderzenia — nie wiedziała, czego ma się spodziewać, kto mógł ją wypowiedzieć właśnie tutaj, na skraju terytoriów, z tak znajomą, a jednak niespodziewaną intonacją.
Dopiero po dłuższym momencie jej wzrok padł na sylwetkę stojącą wśród traw.
A właściwie — na futro.
To piękne, rude futro o ciepłej barwie zachodzącego słońca, usiane ciemniejszymi rozetkami niczym gwiazdami na miedzianym niebie. Delikatne “warkoczyki” na policzkach, które układały się miękko i elegancko. Sylwetka, której nie sposób było pomylić z żadną inną.
Kołysankowa Łapa.
— Co ty tu robisz… Niemal przekroczyłaś swoją granicę!
Słowa te uderzyły w nią jak nagły podmuch ostrego wiatru.
Koniuszki jej uszu zapłonęły jak rozżarzone węgle, a wstyd zakłuł ją w pierś niczym ostre ciernie jeżyny. Była tak zamyślona, tak zagubiona we własnym świecie, że naprawdę mogłaby nie zauważyć, gdyby jej łapy przeniosły ją prosto na tereny Klanu Burzy.
A przecież kodeks wojownika był jasny.
Zakaz był zakazem.
Granica — świętością.
I nagle zdała sobie sprawę, jak blisko była błędu… tak poważnego, że nawet jej mentorka nie zdołałaby go zignorować.
Ale zamiast okazać zakłopotanie czy przyznać się do zaniedbania, od razu weszła w ton, który dawał jej poczucie kontroli. Żart — lekki, szybki, błyszczący jak pióro lecącego skowronka.
— Nie martw się — miauknęła, niemal natychmiast przybierając lekki ton. — Wszystko mam pod kontrolą! Co za spotkanie… Co u ciebie? Jak tam szkolenie?
Słowa te wypłynęły z niej miękko, niemal naturalnie. Trochę dlatego, że chciała rozładować napięcie… a trochę dlatego, że po ostatnim zgromadzeniu w jej głowie zdążyło uzbierać się już tyle pytań, na które pragnęła poznać odpowiedź.
Prawdę mówiąc, nie spodziewała się, że tak prędko uda jej się ponownie natknąć na kocura — nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie brała pod uwagę, że los skrzyżuje ich ścieżki już teraz, tak niespodziewanie, w miejscu, które samo w sobie nie zwiastowało niczego szczególnego…
Jednak cieszyła się, że tak się stało.

<Kołysankowa Łapo?>
[3765 słowa]

[przyznano 75%]