BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarenka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarenka. Pokaż wszystkie posty

01 czerwca 2018

Od Sarenki

Miętus zmarła.
Nie było jej od dawna.
Bardzo dawna.
Ale nadal nocami koszmary, a dniami brak sił.
Ostatnie dni nie były dla Sarenki, a co za tym idzie również dla Klanu Lisa zbyt owocne. Wczorajszy dzień zakończyła ostrą kłótnią z Jasiem, po której czuje się teraz dziwnie. Nie jest to jednak to ukłucie żalu, który następuje po czymś złym. Porównać, by to się mogło do jakiejś pustki w sercu, która powstaje, kiedy straci się coś, co wpisało się w codzienną rutynę. Nie było czymś szczególnie niezbędnym dla serca, ale... było. I wpisało się jako coś, co występuje na porządku dziennym.
- Wiesz co, liczyłam, że będziesz lepszym ojcem. - Splunęła Sarenka swojemu partnerowi prosto w pysk, a następnie wyciągnęła się dumnie jak struna. Wydawała się dwa razy większa niż faktycznie była, a w dodatku jej futro było nastroszone.
- Ach tak? Jakoś Mały Synek jest dobrym uczniem medyka, a to ja w przeciwieństwie do ciebie się nim interesowałem.
- Interesowałeś? Chyba, f-a-w-o-r-y-z-o-w-a-ł-e-ś! - łaciata przeliterowała wtedy dokładnie to słowo przy okazji plując wokół. No co? Wystukiwała każdą literę swoją drewnianą nogą, przez co słychać było szuranie wpół zepsutej deski. 
Swoją drogą przywódczyni strasznie nie lubiła tej starej rudery, która praktycznie się powoli zawalała. Z każdym księżycem było coraz gorzej, te zmiany nie były zbyt znaczące... ale były. Z resztą w tamtym momencie nie było to takie ważne. Ta kłótnia była jednym z niewielu momentów, kiedy nie kierowała wzroku na zepsute ściany stodoły, które sprawiały wrażenie, jakby byli uwięzieni w Siedlisku Dwunogów, jako (uchrońcie!) pieszczoszki. Coraz częstsze krzyki były również momentami, kiedy Sarna była o wiele za bardzo wytrącona z równowagi. Zapominała o swoich obowiązkach, a co gorsza tym razem mogło dojść nawet do rękoczynów, gdyby nie fakt, że nagle do góry wparowała Srebrna. Jaś odszedł z miną godną podkówki, ale nie uraczył matki swoich dzieci spojrzeniem. Kiwnął jedynie głową jej starszej siostrze, co piartka godnie zignorowała, całkowicie skupiając się na swojej odpowiedzi. Prawie całkowicie, gdyż w jej środku nadal buzowały emocje.
Rozmowa z wojowniczką była krótka i całkowicie formalna. Od co, prosiła jedynie o mianowanie dzieci. Zapomniała o nich? W pewnym sensie tak, ale była po prostu zbyt skupiona na planach i innych obowiązkach. W planach miała mianować ich już dawno, ale odłożyła go łatwo po tym wszakże irytującym pytaniu ze strony Czereśni. Mogła czekać w ciszy, prawda? Jednakże miało to być tylko trochę, ale jakoś zniknęło z jej planów magicznie.

W następny dzień szukała tych kotów, jakie zostaną mentorami. Jedni byli na patrolu, inni szwendali się po terenach. W końcu jednak wszystkich ich znalazła. Czuli się w obowiązku w końcu wrócić do stodoły, w przeciwieństwie do jej syna. Na każde wspomnienie o nim czuła tęsknotę, mieszającą się z mroczną goryczą.

Dlatego też z samego rana, kiedy pierwsze promyki słońca dopiero wlatywały do ich obozu, Sarenka wskoczyła na stos siana, jeszcze w locie chrząkając głośno i znacząco. Była wyprostowana, z podbródkiem delikatnie uniesionym do góry i napiętym ciałem. Nikt nie mógł odkryć, że było jej wstyd - z resztą, nie miała ochoty dopuszczać do siebie myśli, że zawiodła. Mimo tego, że tak było. Nie pamiętała momentu, kiedy to Sowa, jej matka opóźniała tak mianowanie. Potęga klanu była na pierwszym miejscu. Przeczesała wzrokiem po zebranych i z zadowoleniem dostrzegła te sylwetki, te spojrzenie, i główki, których szukała.
- Jak dobrze wiemy w naszym gronie jest trójka kotów, które czekają na mianowanie. Wystąpcie, ci, których zaraz wymienię. Czereśnia, długo czekałaś na mianowanie, ale teraz ci się to wynagrodzi. To ja zostanę twoją mentorką. Płomykówko, ty też długo czekałaś, a twoim mentorem zostanie Zając. Za to ty Oście... twoim treningiem zajmie się osobiście twoja matka, Jemioła. - Uniosła delikatnie brwi do góry spoglądając na uczniów, a do jej uszu dolatywały różne szepty. Byli najwyraźniej zadowoleni z wyboru, chociaż dostrzegła kilka niepewnych spojrzeń skierowanych na równie niepewnego Zająca. Jej brat nie był zbyt dobrym wojownikiem to fakt, ale ze swoją siostrzenicą powinien sobie poradzić. Po chwili jednak chrząknęła głośno "Jednakże!-" co szybko uciszyło Klan Lisa. - Mamy do mianowania jeszcze dwa koty. Wisienko i Krogulcu, wystąpcie. Nauczyliście się już większość koniecznych rzeczy, ale pamiętajcie, że swoje umiejętności szlifuje się całe życie. Mam nadzieję, że dobrze wykorzystacie tytuły "wojowników", które wam zaraz nadam. Czy jednak najpierw przyrzekacie wierność naszemu klanowi i prowadzenie go do potęgi?
- Przyrzekamy!
- A więc od dzisiaj zostajecie wojownikami. To jednak nie wszystko, co miałam wam dzisiaj do przekazania. Jak niektórzy z was wiedzą, koty z klanów zbierają się co pełnię do Czterech Drzew. To właśnie wtedy zabiorę kilkoro z was, aby zaproponować klanom coś, co z pewnością wyjdzie nam na korzyść. Tymi szczęśliwcami będą Jemioła i... - Przywódczyni zamilkła na chwilę kierując wzrok na Jasia. Oddalili się od siebie, ale to nie zmieniało faktu, że był jej zastępcą. - Jaś. Możecie się rozejść.

Jeszcze tego samego dnia, ale kiedy już słońce zachodziło przedzierała się przez wysoką trawę, która porastała tereny poza siedliskiem owiec. Z reguły, tam gdzie buszowały te białe, puchate zwierzęta nie było tyle zieleniny, w której można było się ukryć, więc bez sensu było tam w ogóle przychodzić z Czereśnią - jej własną uczennicą. Ta rozglądała się z zaciekawieniem, ale wydawało się, że jest rozsądna. Sarna skierowała nos w stronę, z której dochodził szelest. Wiatr wiał w takim kierunku, że niemożliwym było wyczuć dosyć odległej zdobyczy, dlatego zaczęła powoli przesuwać się do przodu. Młodsza starała się naśladować każdy jej ruch. Przed praktyką była krótka teoria, ale nie była zbyt dokładna, gdyż jej zdaniem teoria to tylko słowa, które z pamięci ucznia wyparują szybciej, niż się zdaje. Były już blisko zdobyczy, gdy... ukazało się, że to nie zdobycz. Intruz, obcy kot. Pachnący zwierzyną, którą upolował najpewniej na ICH terenie. Spojrzała znacząco na Czereśnię, a następnie skoczyła na samotnika, który najwyraźniej ich nie zauważył. Po dłuższej chwili walki zdała sobie sprawę, że to nie samotnik, a SAMOTNICZKA, co dostrzegła, kiedy odleciała w tył. Bynajmniej nie wyrządziła tego ta młoda kotka, która co prawda była zdeterminowana, ale nie miała taktyki, tylko jakaś jej sojuszniczka. Sarenka odepchnęła obie kotki i mimo tego, że z odsieczą przybył jakiś kocur to miała nad nimi przewagę. Lata praktyki i te sprawy. W końcu przywódczyni przerwała walkę, a za jej przykładem poszła też trójka nieznajomych. Z trawy wyszła Czereśnia, ale nie odzywała się. Za to głos zabrała najstarsza:
- Jesteście bardzo waleczni, ale mam nad wami przewagę. Mimo to, nie mam zamiaru was wyganiać. Nie macie wrogich zamiarów, jeżeli nie będziecie dalej polować na naszych terenach to opatrzymy waszą przyjaciółkę.
- Kto opatrzy, ona? - Spytała szylkretowa kotka spoglądając z ukosa na Czereśnię.
- Nie. Znajdujecie się na terenach Klanu Lisa i to nasza medyczka was opatrzy. Rozumiecie, hmy?
- Ustąp. - Wyszeptał jedyny kocur w tym towarzystwie do ucha tamtej kotki, a ta na jego słowa skinęła głową i ruszyła za córką Sowy. Stąpali powoli, gdyż trójka cały czas się rozglądała.

- Opatrzyłam ją, mogą iść. - Powiedziała Trujący Bluszcz i machnęła ogonem w stronę kotki, która jak przed chwilą się dowiedziały nazywała się Cis. Za to jej sprzymierzeńcy - Konwalia i Świerszcz. Szaro-biała popchnęła nieco w bok medyczkę, z dala od trójki nieznajomych i wymruczała do niej:
- Idziemy w tą pełnię prosić o dobrowolne oddanie skrawka lasu. Wiesz, że jest duża szansa, że się to nie powiedzie.
- Przecież już dłuższy czas sprawdzałaś razem z Jemiołą okolice klanów i wiesz, jak tego dokonać, czyż nie?
Bura przygryzła delikatnie wargę wpatrując się ostrym wzrokiem w Sarnę. Nie była dobrą rozmówczynią, to było pewne.
- Oczywiście, ale nadal nie znamy do końca tego, co dzieje się w ich środku. Znamy tylko plotki, kilka urywek zdań od niczego niespodziewających się kotów. Co z tego? Jeżeli się nie powiedzie, zaczną coś podejrzewać.
- I co w związku z tym?
- Agh, potrzebujemy więcej kotów - Warknęła już ostrzej piratka i zaraz zmarszczyła brwi. - A oni nie wyglądają na ciamajdy.
Przejechała szybko wyniosłym spojrzeniem po Trującym Bluszczu, a następnie zrobiła większy krok, podobny do skoku królika. Wylądowała gładko niedaleko dalej, słysząc jedynie delikatne puknięcie drewna o podłoże. Szybko znalazła się obok Cis, przy której siedział Świerszcz. Konwalia wylizywała się niedaleko dalej.
- Mam dla was propozycję. Widzę, że jesteście wychudzeni i marnujecie swój potencjał. Zostańcie z nami, a osiągniecie potęgę.
Uwielbiała wręcz to słowo. Potęga. Potęga. P o t ę g a.
- Co ci z tego przyjdzie? - Spytała od razu Konwalia patrząc na nią spod zmrużonych brwi. Jej pobratymcy patrzyli jednie niepewnie, ta jednak wykazywała bardziej wrogość, jak gdyby mogła się spodziewać ataku w każdej chwili. I faktycznie, mogła, ale to byłoby bez sensu. Po co mieliby ich atakować, skoro przed chwilą zużyli ważne zioła na jej puchatą przyjaciółkę?
- To, moja droga, że moja matka założyła ten klan, żeby pełnił ważną rolę, przeważał nad innymi klanami, które zamieszkują las. Czy to ci starczy, jako wytłumaczenie?
Najstarsza spojrzała porozumiewawczo na resztę, a następnie skierowała na Sarenkę powątpiewające spojrzenie. Mimo to, nie było w nim już tej żywej wrogości.
- Zgadzamy się.

<Ktoś może chce dokończyć?>

26 kwietnia 2018

Od Sarenki C.D Jaś

Dzieje się podczas narodzin Oseta/kiedy dzieci Sarny miały 6 ks.

Sarenka przeciągnęła językiem po łapie, aby później delikatnie przetrzeć nią mordkę. Powtórzyła tą czynność kilka razy i już miała zamiar zabrać się do czyszczenia innych części ciała, kiedy nagle usłyszała trzask starych, spróchniałych desek i szelest suchego, złotawego sianka. Przywódczyni poderwała się i wyszła zza sterty ususzonej trawy i zobaczyła Trujący Bluszcz, która wydawała się niepewna w porównaniu z tym, że zazwyczaj przemierza ich obóz z ogonem i głową uniesioną wysoko do góry. Łaciata podeszła do niej, a następnie zaczęła spoglądać raz na nią, a raz na zejście, które prowadziło na dół.
- Natrafiłam na nią podczas szukania maków razem z Rudzikiem - Powiedziała szybko medyczka i zmarszczył brwi od razu idąc przed siebie i wskakując na deski. Szaro-biała od razu intuicyjnie pobiegła za nią robiąc niepewne susy. Od razu wyczuła unoszący się odór choroby, który drażnił jej nos. Zobaczyła prawie od razu w samym kącie stodoły, nieopodal legowiska medyka białą jak iskrzący się śnieg kotkę, która była zwinięta w kłębek.
- Witaj - Wymamrotała przywódczyni oglądając ją z każdej strony. Nigdy nie widziała tak mizernie i słabo wyglądającego kota. Była tak wychudzona, że mogła widzieć jej wszystkie kości. Jej futro było matowe, posklejane i gdzieniegdzie poplątane, co wskazywało na to, że nie potrafiła sama o siebie zadbać. Nie jednak to najbardziej przestraszyło piratkę. Jej oczy były zamglone, jak gdyby była już jedną łapą w świecie, do którego trafiają koty po śmierci, a jedną tutaj. W dodatku była cała załzawiona i kaszlała tak głośno, że praktycznie się dusiła. Nie musiała być medykiem, aby stwierdzić, że jest w strasznym stanie. Jej przemyślenia zza przymrużonych powiek przerwała Bluszcz prychając pod nosem:
- Dawałam jej gwiazdnicę, miód, mak, jaskółcze ziele, wrotycz, jagody... wszystko! Nic nie działa, w dodatku Rudzik zaczął kasłać. Dałam mu gwiazdnicę i przeszło, ale zdaje się, że to coś jest zaraźliwe.
Sarenka pokiwała głową, a następnie wsunęła i wysunęła pazury, które zalśniły w porannym słońcu wpadającym do obozu. Piękny dzień, niektóre ptaki śpiewały gdzieś w oddali. Niektóre kwiaty zakwitły w dziurach stodoły i teraz otwierały swoje kolorowe łebki. Większość kotów jeszcze spała, ale chore takie jak ta znajda musiały zginąć. Dla dobra nas wszystkich. Uniosła łapę i wycelowała nią w trzęsącą się kotkę. Na jej boku pojawiła się głęboka, szkarłatna rana. Bezbronna jedynie zadrżała jeszcze bardziej i cofnęła się o mysią długość praktycznie przylegając do ściany. Przywódczyni powtórzyła ruch, a kotka pisnęła i najzwyczajniej w świecie wyzionęła ducha.
Medyczka zmarszczyła brwi przyglądając się martwe kotce w skupieniu, aż w końcu spojrzała na córkę Sowy, która patrzyła na swoją łapę całą w krwi białej. Sarna przygryzła wargę i dopiero po kilku biciach serca odkaszlnęła, aby stwierdzić ponurym tonem:
- Trzeba ją pochować, najlepiej jak najdalej od obozu. Nie możemy dopuścić, aby ktoś stąd zaniemógł. Nie teraz.
Bura kiwnęła głową i zaraz chwyciła zakrwawioną za kark, a następnie wyszła ze stodoły i ruszyła w nieznanym łaciatej kierunki. Nie jest pewnym ile czasu patrzyła się na starą medyczkę, która odchodziła szybko, aż całkowicie zniknęła z jej pola widzenia. Dopiero po dłuższym czasie obok niej pojawił się Mały Synek. Uśmiechał się delikatnie, kiedy ocierał się o jej krótkie, matowe futerko.
- Cześć, mamusiu! - Powiedział mrucząc cicho, a mama odpowiedziała mu krótkim kiwnięciem głowy. - Miętus pobiła mnie, bo za głośno chrapałem, a wydaje mi się, że to ona była o wiele głośniejsza.
- I nic ci nie jest?
- Nie, czuję się dobrze. - Powiedział wesoło, ale zaraz uśmiech zszedł z jego pyska, gdyż najwyraźniej o czymś sobie przypomniał. Pogrzebał łapą w ziemi jak gdyby zastanawiając się czy o tym powiedzieć, a w dodatku jego spojrzenie błądziło gdzieś, co zdążyła zauważyć jego czujna matka. - Mmm, a kiedy będziemy mieć ceremonię?
- Lepiej nie wsadzać łapki tam gdzie nie trzeba, bo ukąsi pająk, kochanie. - Delikatnie pacnęła go łapą po główce uśmiechając się z rozbawieniem, a następnie przeciągnęła się i podniosła. Musiała korzystać z dnia, póki był czas. - Idę na polowanie i wrócę pod wieczór, ale kiedy jeszcze słońce będzie jaśnieć na niebie, dobrze?
- Dobrze, mamusiu.

Sarna weszła powoli do obozu niosąc w swoim mocnych szczękach tłuste dwie nornice, dlatego pochylała się pod ich ciężarem co każdy krok. Rzuciła je na stos zdobyczy, a te z nieprzyjemnym dla ucha zgrzytem uderzyły w słomę ledwo mysią długość od miejsca, gdzie powinny leżeć. Aghh - mruknęła w duchu przywódczyni, gdyż kolejny raz jej się nie udało. Nie to jednak zaprzątało jej głowę. Po słowach jej synka cały czas myślała o tej ceremonii. Doszła do wniosku, że faktycznie powinna wreszcie rozdać im mentorów. I to właśnie zrobi. Ruszyła w kierunku legowiska Jasia, żeby zasięgnąć jego rady, ale drogę przerwała jej własny brat, Zając. Uśmiechnął się delikatnie i dopiero po kilku bić serca ciszy odezwał się bardzo szczęśliwy:
- Jemioła urodziła mi synka.
- I jak się nazywa? - Spytała zaciekawiona łaciata, a i jej wargi uniosły się w jakby uśmiechu. Kolejne kocię, kolejna przyszłość ich grupy, była z pewnością dla niej dobrą wieścią. Pragnęła, aby Klan Lisa się rozwijał. Jej największym celem było dokończyć dzieło matki i doprowadzić to co zaczęła do całkowitego końca. Potęgi i sławy wśród prawdziwych klanów. Bardzo gryzło ją do określenie, ale wiedziała, że dopóki nie rozrośnie się i nie zamieszka wśród nich będą jedynie paprochami pod pazurami, które chowają się i są całkowicie niepotrzebne. Nie. Tak nie może pozostać.
Dla niej była to dłuższa chwila poświęcona rozmyślaniu, ale dla innych najpewniej tylko jedno bicie serca. Może więcej, może mniej. Najważniejsze, że szybko dostała odpowiedź Zająca:
- Jeszcze go nie ma, siostro.
- Imienia? Hańba temu. I jak się będziesz do niego zwracał? "Maluszku" czy "Kochanie"? Trzeba to jak najszybciej zmienić - Stwierdziła lekko rozgoryczona przywódczyni i od razu ruszyła w stronę przyjemnego zapachu matczynego mleka. Świeży ojciec szybko ją dogonił i wziął głębszy wdech jednocześnie mówiąc:
- Tak się martwisz o mojego własnego synka, Sarenko?
- To w końcu przyszłość mego klanu.
- Kh, kh - Jej brat odkaszlnął znacząco, spoglądając raz na nią, a raz w dal nerwowo poruszając ogonem. - A o swoje dzieci jakoś się tak nie martwisz.
- Co masz na myśli?
- Srebrny... nie ma go od dłuższego czasu. Chciałem prosić cię o to, abym został jego mentorem, ale... nie ma go. - Słowa dobierał ostrożnie jak gdyby obawiał się napadu gniewu ze strony swojej młodszej siostry. Słusznie, gdyż zganiła go wzrokiem słysząc same imię Srebrny. Według niej pewnym było, że jak zwykle wybrał się na jakąś swoją wyprawę zamiast spędzać czas w bardziej pożyteczny sposób.
- Tak jak zawsze. Raz jest, raz nie ma.
- Nie, nie. Długo go nie widziałe... oh, witaj kochana! - Zając przerwał swoją wypowiedź widząc Jemiołę, która wylizywała swojego syna z dużą dokładnością. Ten piszczał, ale raz po raz przerywał, aby napić się mleka.
- Cześć, Sarenko. To mój jedyny syn. Wiem, że będzie wspaniałym wojownikiem! Nie wiem tylko jak go nazwać. Zając proponował mi Skowronka, ale brzmi za bardzo... delikatnie. Chciałam jakieś mocne, ale i fikuśne...
Przywódczyni uśmiechnęła się ponownie, ale tym razem o wiele widoczniej. Lubiła Jemiołę, można nawet powiedzieć, że była jedną z bliższych jej kotek. Była pewna, że z jej krwi i z krwi Zająca, a co za tym idzie Sowy, Szramy i Wilczej Gwiazdy wyrośnie coś dobrego. Odchrząknęła więc i po dłuższej chwili ciszy przerywaniem mlaskaniem malutkiego pyszczka kocurka Sarna wyszła z propozycją:
- Niech nazywa się Oset. Kłuje jak diabli, ale po dłuższym czasie zamienia się w cudownego, pięknego kwiatka.
- Idealnie! - Wymruczeli razem Zając i Jemioła, a następnie spojrzeli się po sobie z rozbawieniem. Ich dziecku chyba udzieliło się ich szczęście, gdyż przestał piszczeć i skupił się w całości w zaspokajaniu swojego pragnienia. Szaro-biała patrzyła się jeszcze dłuższy czas na najmłodszego członka klanu. Dopiero później odeszła powoli.

Minął dłuższy czas od chwili, kiedy była u Jemioły. Od tamtego momentu leżała wśród miękkiego siana rozmyślając nad różnymi rzeczami. Wiedziała, że nie może opóźniać treningu Krogulca i dać mu nowego mentora. Stwierdziła, że może zabrać go pod swoje skrzydła, gdyż wydawał się po dłuższym przemyśleniach dobrym materiałem na wojownika, ale potrzebował kogoś, kto da radę go wytrenować. Mały Synek dostanie Jasia, a Miętus... mmm, Miętus. Nie zastanawiała się nad nią. Musiała jednak jak najszybciej zrobić ceremonię, aby wszystkiego nie opóźniać. Podniosła się i wskoczyła na stertę siana pod, którą leżała. Wydała z siebie głośny dźwięk i zaczęła obserwować jak klan zaczął się schodzić. Szybko pojawiły się jej dzieci i Krogulec, który pokazał język Miętusi. Niedoczekanie, trzeba będzie go dobrze wyszkolić.
- Klanie Lisa! Zebraliśmy się tutaj, aby wyznaczyć terminatorom mentorów. Mały Sy...  - Przerwała, gdyż obok niej pojawiła się Bluszcz. Wyszeptała jej na ucho kilka słów i zaraz zeszła, aby ponownie znaleźć się na dole. Sarna zmarszczyła brwi, a później wzięła wdech i spojrzała niepewnie na swojego syna. - Czy naprawdę chcesz zostać uczniem medyka, na rzecz pomagania kotom, zamiast zostać wojownikiem i przyczynić się do potęgi Klanu Lisa?
- Tak, mamo.
- A więc zostajesz od tej chwili uczniem medyka i zmieniasz imię na Małego, a twoim mentorem zostanie Bluszcz, za to ty Miętus będziesz mieć jako mentora Zająca. Jednakże to nie koniec. Jemioła urodziła, dlatego ktoś musi przejąć trening jej terminatora, Krogulca. Tym kimś będę ja.

- Co tak się nim interesujesz? Wystarczy, że mamy Małego Synka. - Parsknął Jasiu słysząc słowa swojej partnerki, która powtórzyła wszystko od Zająca. Uzasadnione było, że się martwi, skoro jak powiedział chciał być mentorem. Łaciata cały czas trzymała się wersji, że łazi sobie spokojnie po ich terenach, ale ta teza brata dała jej dużo do myślenia. Nie było go księżyc. Przygryzła wargę spoglądając spod zmarszczonego czoła na Jaśka. - Zawsze się gdzieś włóczy.
- No co ty nie powiesz, durniu. Zawsze zależało ci tylko na Małym, wiesz?!
- Pfff...! A tobie nie, hmy?!
- Ja chociaż próbowałam nawiązać z nim relację, kiedy zdałam sobie sprawę jak bardzo faworyzujemy część dzieci w przeciwieństwie do ciebie! - Wytknęła mu zdenerwowana Sarna i zaraz podniosła się, aby robić zestresowana kółka w te i wewte. Stali razem w oddali, na polanach gdzie pasły się owce. Aktualnie ich nie było, a wokół panował ten rodzaj ciszy, które przerywany był jedynie przez odgłosy przyrody. Szum wiatru, śpiew ptaków, szelest trawy. A przynajmniej byłoby tak, gdyby nie fakt, że właśnie dwójka kotów wrzeszczała na siebie. Był to koniec dnia, słońce chyliło się ku zachodowi. Przywódczyni grupy czuła się co najmniej koszmarnie. Z rana zabiła bezradną, chorą kotkę. Później rozmawiała z Małym Synkiem, który wytknął jej, że jeszcze ich nie mianowała. A teraz jeszcze ta rozmowa, ba! kłótnia o to co stało się ze Srebrnym. Dobrze, że urodził się Oset, który był w tej chwili jedyną rzeczą, która przynosiła jej pewnego rodzaju ukojenie i odpoczynek od ciągłego stresu. - ...to rodzicielstwo mnie zmieniło, ciebie też. Chciałabym, żeby było tak jak dawniej. Droczylibyśmy się, wybieraliśmy na wyprawy. Teraz wydaje mi się to tak dawno, a upłynęło ledwie kilka księżyców!
Jej oczy zaszkliły się, a pod koniec swojej wypowiedzi zaśmiała się słabo i teatralnie. Głos urywał jej się, a na pyszczku nadal kwitł wyraz zwątpienia i goryczy, która roznosiła się po jej całym ciele. Jasiu otworzył nieco szerzej oczy i przygryzł wargi, aby skamieniałym krokiem podejść niepewnie do Sarny i polizać ją po uchu. Ta zamknęła oczy i pochyliła głowę. Miała teraz ochotę jedynie położyć się i zasnąć, aby obudzić się w lepszy dzień.

<Jasiu?>

29 marca 2018

Od Sarenki C.D Srebrnego

Przyglądała się Srebrnemu w zastanowieniu widząc, że naprawdę bardzo przeżył to co do niego powiedziała. Nie była pewna czy do niego dotarło, ale ciągnęła dalej. Musiała przecież wytłumaczyć mu ważne kwestie, bo kiedy zauważyła łzy, które zabłysły w jego oczach czuła bolesne ukłucie w sercu, którego już nigdy nie chce zaznać.
- Z Klanu Burzy. - Westchnęła, a widząc jak Srebrny się zamyśla dodała zaraz - Nie znam do końca tego klanu, no wiesz... nigdy mnie to nie interesowało. Dla mnie jedynym ważnym klanem był Klan Wilka i... Nocy.
Przygryzła mocno wargę czując, że po jej pyszczku spływa strużka krwi. Nie chciała o tym wspominać, po prostu nie chciała. Wolała nie okazywać otwarcie swojej największej słabości. Matki. To dla niej starała się zostać najlepszą wojowniczką. Kochała ją całym sercem, a w dodatku traktowała jako kogoś kogo nie da się pokonać. Ale nie była niezniszczalna. W końcu i ją spotkał koniec.
- Dlaczego akurat te dwa klany?
- Klan Wilka, Srebrny to nasza rodzina. Moim pradziadkiem, a twoim prapradziadkiem był jego założyciel. Wilcza Gwiazda. Niepokonany, niezwyciężony. Teraz jednak rządzi nim Milcząca Gwiazda, która nam nie ufa.
- A Klan Nocy? - Spytał Srebrny patrząc jej prosto w oczy, ale Sarna odwróciła wzrok i przydusiła go bardziej do siebie otulając puchatym, acz krótkim ogonem.
- Mordercy, lisie łajno, ścierwy. Zabili Sowę. Uprowadzili Kryształową Rosę, moją starszą siostrę. To im zawdzięczam to drewniane coś, co ma emitować łapę i kikut.
Spojrzała w ziemię, a przed oczami zobaczyła te wszystkie sceny z pamiętnego wydarzenia. Metaliczny zapach krwi i odór śmierci unoszący się w powietrzu.
- A ten ostatni? Są cztery klany, prawda?
- Pięć, Srebrny. My też jesteśmy klanem, pamiętaj. To do tego dążyła Sowa, a teraz dążę też ja. Z tym, ze my doceniamy każdą łapę. Oni mają kodeks i jeżeli się do niego nie dostosujesz to czeka się gorzka śmierć.
- Ale w końcu jaki jest ten...
- Czekaj. Wiesz jaka jest zasada w kodeksie? Medyk nie może mieć potomstwa. Brednie, przecież w pracy to mu nie przeszkadza. A później nikt nie chce nim być, a koty umierają na choroby. Ten ostatni klan to Klan Klifu - odosobniony, upada w ciszy. W nic się nie miesza, bo wie, że jest słaby.
- Mhm. - Wymruczał Srebrny ponownie wtulając głowę w bok łaciatej. Trwali w ciszy nie wiadomo jak długo. Na niebie jaśniały już gwiazdy, a trawa kołysała się ze spokojnym, nocnym wiatrem. Sarenka nachyliła się ku jego uchu i wyszeptała cicho:
- Wiesz dlaczego masz tak na imię? Srebrny? Bo możesz dosięgnąć do gwiazd, ale musisz szlifować swoje umiejętności. Nie mamy takich zasad jak klany, mogę mieć kilku uczniów. Mogę cię uczyć wszystkiego co najważniejsze, kiedy będziesz miał 6 księżyców. Ciebie i Miętus, wiesz? Muszę mieć ją na oku, a później skopiemy tyłki klanom, które uważają nas tylko za bandę samotników. Mały chyba będzie chciał zostać medykiem.

<Srebrny?>

Od Sarenki

niby nie było c.d ale napiszę to po prostu z jej perspektywy xD

- Dobrze, Sarenko. Zabiorę na patrol Zająca, dobrze? - Powiedziała zadowolona Jemioła, spoglądając z drwiącym uśmiechem na łaciatego kocura, który spal w najlepsze. Wczorajszego dnia spędził mnóstwo czasu na polowaniu, więc przywódczyni nie miała mu tego za złe, ale nie czuła się w obowiązku, aby go bronić przed spacerem. Tym bardziej jeżeli widziała, że spędzają ze sobą dosyć dużo czasu. Ich relacja przypominała jej trochę siebie i Jasia. Przymrużyła oczy, czując nagłe ukłucie gdzieś w okolicach serca. Z tym, że ona jedynie udawała, że go kocha. Chciała, aby Mały Synek i Miętus byli szczęśliwi. Nie zważała jednak na swoje szczęście i czuła się coraz bardziej w tym zagubiona. Nigdy nie chciała być matką. 
Kiedy leżała w słomie przygotowując się do snu czasem rozmyślała jak wyglądałoby jej życie, gdyby nie ta gówniana podróż. Nigdy nie byłaby w tamtym Siedlisku Dwunożnych, nigdy nie trafiłaby do ogrodu, nigdy nie wpadłaby do kocimiętki i... nigdy nie urodziłaby kociaków. Nagle poczuła miły pyszczek, na którym futerko było miękkie jak meszek, a do jej uszu dotarł głosik Srebrnego. Mamo!  - to słowo odbijało się jak echo w jej głowie. Z tej całej frustracji, jaka zebrała się w niej przez te przemyślenia nie wiedziała do końca co robi. A może wiedziała? Nikt tego nie wie, po prostu potok słów wypłynął z jej pyszczka: 
-  Srebrny, widzisz chyba, że rozmawiam?
Odepchnęła go delikatnie i zerknęła na niego kątem oka. Łzy zebrały się w kącikach jego oczu, a następnie kocurek odwrócił się na pięcie i po prostu odbiegł. Przywódczyni poczuła, że zrobiło jej się gorąco, ale po prostu zamknęła oczy i wzięła głębszy wdech. Po kilku biciach serca zamrugała kilka razy i spojrzała ponownie w stronę kotki.
- To ja już idę. - Wymruczała szylkretowa i zaraz odwróciła się, aby ruszyć w stronę brata Sarenki. Ta odprowadziła ją wzrokiem przygryzając wargi.

Piratka siedziała obok swojej starszej siostry patrząc jak ta z czułością liże po główce Płomykówkę, która wyrzucała swoim małym ciałkiem w każdą stronę, byleby się wyrwać. Przywódczyni patrzyła na to w ciszy. Normalny kot zapewne uśmiechnąłby się na widok takiego rozkosznego maleństwa, ale nie ona. Po prostu patrząc na to czuła smutek, który przepełniał jej całe ciało. Jedynie gdzieś w głębi cieszyła się z radości siostry, co było sprzeczne z innymi odczuciami.
- Szybko rosną, wiesz? - Wymruczała niebieska kocica pomiędzy liźnięciami. Na jej pyszczku gościł szczery uśmiech, a kiedy wymawiała kolejne zdania śmiała się nawet radośnie - Już dorastają do twoich dzieci!
- Nee, Srebrny jest taki duuuuzy! I Mały tes - Pokręciła głową Płomykówka, a Czereśnia kiwnęła jedynie głową. Najwyraźniej bała się, że jeżeli powie coś głośno to mama zaraz zajmie się też jej pielęgnacją. Srebro jednak jedynie zmrużyła oczy spoglądając na Sarnę, a po kilku biciach serca odezwała się niepewnie.
- Wiesz może gdzie jest Srebrny? Tylko się pytam, widziałam ostatnio jak uciekał urażony.
- Srebrny... nie. Nie wiem. - Wymamrotała zdezorientowana łaciata. Nie było go długo, ale była pewna, że nie umarł. Czuła złość na małego rozbójnika, ale z drugiej strony nie wiedziała, dlaczego czuła, że sobie poradził. Jako jedyny z rodzeństwa był taki niezależny. Gdyby jednak ktokolwiek ją o to zapytał ta zaprzeczyłaby. 
  
Słońce już chyliło się ku zachodowi, a ten nadal nie przychodził. Wyszła ze stodoły pod pretekstem polowania - wolała, aby nikt o tym nie wiedział. Nie wiedziała dlaczego tak postąpiła, ale długo nad tym nie myślała. Wyruszyła na poszukiwania. Postawiała pewne kroki w trawie rozglądając się za szaro-białym kształtem. Żadne z jej dzieci nie było podobne do Jasia pod względem wyglądu, wszystkie miały szare łatki na białym futerku. Sama oszukiwała siebie, że jest jedynie na polowaniu, ale z pewnością tak nie było. Była tak rozkojarzona, że czarna myszka, która przemknęła w trawie nawet nie zdobyła jej uwagi. Aż w końcu zauważyła. Srebrny był na tyle daleko, że jej nie widział i czaił się na mysz, która mu umknęła. Skoczył na nią i uderzył łapką, a ta pisnęła i zakończyła swój marny żywot.
- Powinieneś nie szurać brzuchem po ziemi, wiesz? - Przywódczyni uniosła brew do góry i podeszła do niego, a ten spojrzał na nią z markotnym wyrazem pyszczka. 
- Źle to, źle tamto. A oni wszystko robią dobrze, prawda?! 
W jego oczach zalśniły łzy, które słynęła po chwili po jego pyszczku, a później spadły na ziemię i zmieszały się ze zmarzniętą ziemią.
- Zawsze oczekiwałam od ciebie więcej niż od nich. Naprawdę tak to odebrałeś? Oni nie upolowaliby myszy.
- Na-naprawdę? - Wymamrotał Srebrny, a po chwili przetarł łapą łzy i spojrzał na mysz, która leżała u jego łap. Na niebie pojawiały się niewyraźne gwiazdy, wokół nastawał mrok. - Ale to ich zawsze chwaliłaś... mamo.
- Bo chciałam, aby wyrośli na dobrych wojowników mimo swoich niedociągnięć. A ty już jesteś dobrym wojownikiem, wiesz? Dlatego cię doskonaliłam. Ale jestem złą matką. Właściwie... chcesz, żebym opowiedziała ci o mojej wyprawie z Jasiem? O tym, co wiąże nas z Klanem Burzy? To wytłumaczy, dlaczego... jestem taka inna od Srebro i innych matek. Kocham cię, ale nadal nie mogę się pogodzić.- Przysunęła go do siebie, a ten wtulił głowę w jej szorstkie futerko. Należy mu się.

<Srebrny? Czekałam na ten moment 8)> 

20 marca 2018

Od Sarenki

Sarenka już dawno temu znienawidziła życie matki, ale z każdym kolejnym dniem było coraz gorzej. Tęskniła za bieganiem bez ograniczeń po okolicach. Przemykanie wśród kłosów, czajenie się w mroku pojedynczych brzóz i atakowanie z ukrycia niewinne myszy. Co prawda czasem udawało jej się wymknąć ze stodoły zostawiając kociaki pod opieką Jasia, ale to nie to samo uczucie co kiedyś.
Tego ranka również wymknęła się ze stodoły, dopóki Miętus i Mały spali. Chodziła w pobliżu starej stodoły, ale na tyle daleko, aby było sporo zwierzyny. Nieopodal pasły się owce, ale nie zwracała na nie uwagi. Skupiona była na każdym, cichym dźwięku i najmniejszym ruchu w pobliżu. Aż zauważyła to co szukała. Mysz. Przylgnęła do ziemi i zaczęła posuwać się na przód kiedy...
Nagle kątem oka dostrzegła ruch w trawie i przez chwilę przez myśl przemknęło jej, że to jedno z jej dzieci. Srebrny cały czas się wymykał z obozu i nie widziała powodu, aby go karcić, bo nie miała na to czasu, ale teraz dostałby prawdziwy wrzask w prezencie. Szybko jednak skierowała wzrok z powrotem na mysz, ale dostrzegła jedynie ogonek znikający w trawie.
Mlasnęła zdenerwowana i już miała zamiar ruszyć przed siebie, kiedy kątem oka znowu zobaczyła jak trawa się porusza, a do jej ucha dotarł szelest. Napięła mięśnie gotowa do ucieczki, aż nagle ktoś na nią skoczył. Przeturlała się trochę dalej i uśmiechnęła się pod nosem patrząc w oczy kota. Krogulec, no tak. Młodzik przyduszał ją, ale był o wiele za mało doświadczony, aby pokonać przywódczynię, która kopnęła go w brzuch bez wysuniętych pazurów, a ten odleciał lisią długość dalej.
Po chwili z trawy wyszła Wiśnia spoglądając spod przymrużonych powiek na brata, a za nią niepewnie stąpała Kora, która przysiadła nie chcąc wchodzić w środek zamieszania. Krogulec wypiął dumnie pierś, na co córka Sowy podniosła jedną brew do góry.
- Krogulec twierdził, że uda mu się zaskoczyć cie-ciebie, Biegnąca Sarno. - Wymamrotała Kora grzebiąc łapą w ziemi, na co starsza pokiwała głową, spoglądając z ukosa na syna Jagódki. Puszył się z dumy, na co przywódczyni uniosła wargi w rozbawieniu. Po chwili kocur spojrzał prosto w oczy Sarence i powiedział:
- Ha! A Wiśnia mówiła, że mi się nie uda.
Biała kotka z oburzeniem zmarszczyła nosek.
- Fakt faktem, musisz jeszcze poćwiczysz. Nogi postawiasz delikatnie na ziemi, przemykając pomiędzy trawą. Wystarczy, że muśniesz o nią za mocno i poruszy się, a cel dowie się, że ktoś się czai. - Po tych słowach przylgnęła do ziemi i zaczęła sunąć przy podłożu możliwe jak najciszej. - Przekładasz cały swój ciężar na łydki, nie unosisz dupy do góry. Nie masz robić kupy, tylko upolować coś do żarcia. Z resztą, mentor cię wszystkiego nauczy, ale taktykę masz niezłą. Jak potrenujesz i nauczysz się, jakich czułych miejsc trzeba bronić, aby nie skończyć z wyprutymi flakami to poćwiczymy może na poważnie.
- A kiedy dostaniemy swoich własnych mentorów? - Wtrącił się Krogulec idąc obok Sarenki, która skierowała się ku stodole. Ta odpowiedziała mu prawie od razu:
- Cierpliwość i rozwaga nie szkodzi. No co? Przecież mogę was trzymać tak długo jak chcę w stodole. Chyba, że mówimy o walce. Zamach, cios. Nie możemy dopuścić, aby przeciwnik wykorzystał chwilę wahania.
Łaciaty wymruczał coś pod nosem, a później wyprzedził dorosłą kotkę i skierował się ku stodole zostawiając ją z uśmiechem zadowolenia na pyszczku. Pewnym było, że mianuje ich wieczorem, ale po co mu taka informacja? Niech cię boczy.

Jeszcze tego samego wieczoru, kiedy blade gwiazdy już zaczynały się pojawiać na niebie Sarenka wskoczyła na stóg siana i wydała z siebie okrzyk, po którym jak zwykle wszystkie koty z Klanu Lisa gromadziły się na środku stodoły. Jako pierwsza pojawiła się Trujący Bluszcz, która z niezadowoloną miną mamrotała głośno, że właśnie miała segregować zioła, a później Zając z Jemiołą, która szeptała mu coś na ucho z rozbawieniem, na co szary kocur uniósł wargi w delikatnym uśmiechu. Był jednak zbyt skupiony na gapieniu się na swoją siostrę, dlatego nic jak wydawało się nie odpowiedział o czym świadczyło prawie niewidoczne niezadowolenie Jemioły. Po chwili z góry po stosie drewna zszedł Jaś, prowadzący Małego. Miętus i Srebrny również zeszli, ale mniej zgrabnie, gdyż pręgowany kocur nie poprawiał ich jak mają stawać, w przeciwieństwie do brata. Dopiero po chwili od stosu zwierzyny odszedł Szerszeń, który odkładał tam bażanta, a do niego przyłączyła się Kropelka, która coś stamtąd jadła. Na końcu przyszła Jagódka z dziećmi, która usadowiła się na przodzie. Przywódczyni odchrząknęła, zdając sobie sprawę, że wszyscy się zebrali. Srebrna leżała zmęczona z nowo narodzonymi kociakami, więc pewnym było, że nie przyjdzie.
- Po pierwsze, zdecydowałam, że potrzebny nam jest zastępca, który będzie wierny mi i klanowi, a także będzie podejmował rozsądne decyzje. Zostanie nim Jaś! - Przerwała czekając, aż koty uspokoją się. Tylko Trujący Bluszcz z drżącym ogonem patrzyła z zamyśleniem i niechęcią na przyjaciela Sarenki. Łaciata, która stała na stogu dopiero po chwili uciszyła klan. - Stwierdziłam również, że od dzisiaj każdy będzie nosił jednoczłonowe imię. Bluszcz, Zając, Srebro, Kropla, Gęś i... Sarna. Tak.
Koty spojrzały się po sobie i nikt nie wyrażał aprobaty, ani dezaprobaty, dlatego przywódczyni stwierdziła, że nie ma sensu tego przedłużać i mówiła dalej:
- Zebraliśmy się tutaj nie tylko w celach informacyjnych, ale też po to, aby mianować czwórkę kociaków na uczniów. Krogulcu, Wiśnio i Koro wystąpcie. Od dzisiaj dostajecie własne obowiązki i mentorów, którzy wyszkolą was na wojowników. Krogulcu na mentora dostaniesz Jemiołę, Wiśnio ty dostaniesz Jasia, a ty Koro... Jagódkę. Rudzik za to zdecydował obrać się drogę medyka. Jego mentorką zostanie Trujący Bluszcz, która nauczy go wszystkich niezbędnych rzeczy. Rośniemy w siłę! Jesteśmy na szlaku, który prowadzi nas do potęgi.

<Klan Lisa?>

19 marca 2018

Od Sarenki C.D Jasia

Szerszeń pokiwał głową i zaraz wstał, rozglądając się wokół. Sarenka przyglądała mu się uważnie, kiedy postawiał pewne kroki kierując się w węższą uliczkę. Wyglądał, jakby od razu wykalkulował sobie w głowie gdzie mają iść i to, że dojdą do celu podróży jest potwierdzone, ale co chwila rzucał niepewne spojrzenie ku łaciatej jak gdyby bojąc się, że zaraz ta znowu rzuci się na niego i zacznie dusić. Co prawda kotka nadal buzowała ze złości, ale nie była mysim móżdżkiem. Wiedziała, że nigdy nie znajdą wielkiego drzewa samotnie. Chowali się w cieniu budynków, który cały czas rósł. Co kolejne mrugnięcie oka miejski krajobraz chował się bardziej w mroku, a blask zachodzącego słońca już nie odbijał się w oknach siedlisk dwunogów. W końcu wyszli z mrocznego zaułku i stanęli na większej przestrzeni. Przed nimi rozciągały się drzewa, równo obcięte krzaczki i trawa. W ich stronę szli spokojnym krokiem para starszych dwunogów razem z małym, łaciatym psem ze związanym pyskiem. Sarna odruchowo zjeżyła się i już miała zamiar skoczyć pomiędzy brzozy, kiedy Szerszeń powstrzymał ją. Kotka zmierzyła go wzrokiem i parsknęła:
- Jeszcze nas nie zauważył. Znowu masz zamiar wprowadzić nas w pułapkę, mysi móżdżku?!
- On jest na smyczy, a w dodatku ma kaganiec. Nic nam nie zrobi. - Powiedział pewnie rudy kocur i ruszył dalej przed siebie. Z początku córka Sowy podążała za nim niepewnie, ale w końcu dorównała mu krokiem. Jaś za to mimo tego, co uprzednio zrobił mu włóczęga posłuchał go od razu. I faktycznie, pies spojrzał na nich jak gdyby miał zamiar podejść, ale zaraz zawołali go właściciele, dlatego odszedł. Przywódczyni zamrugała kilka razy, a później jedynie wydęła wargi i przyśpieszyła. Dziwnie czuła się z tym, że to ktoś ją prowadzi, a nie ona kogoś. Zazwyczaj to ona rządziła i była do tego przyzwyczajona.
Minęło nieco czasu zanim doszli do centrum wielkiego podwórka. Szerszeń nazywał to miejsce parkiem, ale według Sarny była to na tyle głupia nazwa, że nie było sensu jej używać.W końcu zatrzymali się w miejscu, a Szerszeń zaczął się rozglądać nastawiając uszy. Na niebie jaśniały gwiazdy, wokół panowała cisza. Nastała noc, większość dwunogów już zasypiała w swoich legowiskach.
- Wejdźmy pod ten żywopłot, tam będziemy bezpieczny. - Zdecydowała szybko Sarna nie chcąc, aby włóczęga znowu wymyślił coś przed nią. Zostanie tam sporo miejsca nawet jeżeli wejdzie pod niego trójka masywnych kotów, gdyż wysoki krzew był dosyć gruby i ładnie przystrzyżony. Mimo wszystko jednak był na tyle gęsty, że jeżeli wsuną się w jego głąb to nie będzie ich widać. Kocury kiwnęły głową, ale piratka nie czekała na ich aprobatę i już siedziała wewnątrz. Szerszeń usadowił się obok niej, za to Jasiu odwrócił się z uśmiechem i powiedział:
- Będę w okolicy i na coś zapoluję.
Łaciata kiwnęła na to głową i położyła głowę na łap. Nie zamykała jednak oczu, aby czujnie wszystko obserwować.
- Noc jest ładna, z pewnością będzie w parku mnóstwo zwierzyny. - Szerszeń wyszeptał, a kotka skierowała od razu na niego wzrok. On też się na nią patrzył. Dopiero po kilku biciach serca skierowała wzrok z powrotem na łapy i wymamrotała pod nosem:
- ...zimna noc, mam nadzieję, że nie ścierpną mi wszystkie łapy do poranka.
Rudy kocur przysunął się powoli do Sarny, dlatego teraz stykali się bokami. Już miała zamiar się odsunąć, ale czując kojące ciepło nie zrobiła tego.
- Widzisz te gwiazdy? Tamta jaśnieje jak twoje oczy.
Łaciata zamrugała kilka razy czując jak Szerszeń nachyla się nad nią niebezpiecznie bliską, jak gdyby chciał polizać ją po barku. Stop. Przywódczyni Klanu Lisa odepchnęła go delikatnie i położyła głowę na łapach. Miała zamiar czuwać, aż do powrotu Jasia, ale jej powieki opadły ciężko. Czuła bliskość kocura i miała ochotę się odsunąć, ale sen zbliżał się tak szybko, że nie zdążyła zareagować i zasnęła.

~~~ W poszukiwaniu przeszłości ~~~
Odcinek 3 - tropem przyjaciół

Obudziła się wczesnym rankiem. Nie widziała jeszcze słońca wychylającego się zza budynków, ale niebo już jaśniało powoli. Podniosła się i przeciągnęła, spoglądając na towarzyszy. Jaś zjadał puchatą wiewiórkę, a Szerszeń oblizywał się najwyraźniej już kończąc posiłek. Sarenka również bez słowa wzięła się za jedzenie gołębia.
- No świetnie, chyba przejdę na dietę z bezmózgów. - Parsknęła zabierając się za pałaszowanie swojego śniadania. Po chwili odezwał się Jaś, który skończył już rude stworzonko:
- I kto to mówi? Ja będę musiał przez księżyc wybierać spomiędzy zębów futro. 
Po tych słowach kocurek wyszczerzył się, a Szerszeń zmarszczył brwi. 
- Nie narzekaj. Ważne, że było jedzenie. A teraz wybaczcie, ale nie mam zamiaru sterczeć tu pół ranka.
- Tak. Idźmy dalej, dopóki nie ma za dużo dwunogów - Potwierdziła szybko kotka przełykając ostatni kęs ptaka. Podniosła się i wyszła spod żywopłotu, a zaraz obok niej stanęła również dwójka kocurów. Szerszeń wyszedł na przód i ruszył przed siebie szybkim krokiem. Park już się kończył i weszli na normalną ścieżkę dwunogów. Niebo zaczynało już zmieniać barwy, kiedy zmierzali do podwórza z wielkim drzewem.
Długi czas panowała cisza. Sarenka zastanawiała się kogo zastają w miejscu, gdzie prawdopodobnie mieszkał kiedyś Jaś. Miała nadzieję, że wreszcie dowiedzą się tego czego chcieli i wrócą do klanu. Bała się, że nie powinna go zostawiać. Najgorzej będzie, jeżeli po powrocie zastają jedynie kłęby futra i krew. Jej przemyślenia przerwał dopiero rudy włóczęga:
- A czym jest właściwie ten Klan Lisa?
- To klan, założony przez moją matkę Sowę i ojca Szramę. Żyjemy jedynie ze zwierzyny zamieszkującej tereny bliskie naszego obozu.
- Obozu?
- To miejsce, w którym mieszkamy. Mamy tam mnóstwo siana, potrzebne medykamenty, którymi się leczymy i stos zwierzyny. - Tym razem na pytanie odpowiedział Jaś, a Sarenka zaraz dopełniła jego wypowiedź:
- Musimy być zawsze przygotowani na atak, dlatego mamy członków wyszkolonych do walki.
Szerszeń pokiwał głową i wyglądał, jakby miał o coś jeszcze zapytać, ale nagle coś zauważył kątem oka. Jaś również to zauważył i stanął osłupiały. Mały, ceglany płot otaczał duży domek z porównaniu do niego małym podwórkiem, w którego rogu rósł wielki, wysoki dąb. Sarenka od razu pognała do płotu razem z Jaśkiem, a za nimi Szerszeń. Wszyscy wskoczyli do góry.
- To... to ten dom! - Przyjaciel Sarenki uśmiechnął się ze szczęścia i satysfakcji, a dwukolorowa od razu polizała go kilka razy po uchu. Była zmęczona, strasznie zmęczona podróżą, ale to było bez znaczenia. Zaraz skoczyła za kolegą na podwórko, nie zwracając uwagi na to, że Szerzeń zeskoczył w drugą stronę i zniknął za płotem. Najważniejsze było to, że im się udało. Miała nadzieję, że uda im się wyciągnąć potrzebne informacje z pieszczochów tu mieszkających. Ogród bezwłosych był zadbany i mimo wielkości pełny przestrzeni. Na dębie były zawieszone dwa koszyki wysłane kocem, a na jednym z nich leżał mały kocurek. Zeskoczył na trawę i podniósł wyżej głowę, patrząc z ukosa na zgromadzonych.
- Co was tu sprowadza, włóczędzy? Nie mam nic, co mogłoby się wam przydać. - Mlasnął kilka razy, podchodząc bliżej. Poruszał się lekko i z gracją. Nie wyglądał jak typowy pieszczoch, gdyż był zgrabnej sylwetki i wyprężał z dumą ciało. Mimo wszystko jednak, widziała niepewność malującą się w jego oczach i ogon drgający z pewnością nie od delikatnego wiatru, a strachu, który wypełniał go od środka.

<Jaś?>

09 marca 2018

Od Sarenki C.D Jasia

- Na przyjacielski sposób - Wymamrotała Sarenka nadal nieco zła i oszołomiona po tym co się wydarzyło. Trudno jej było teraz patrzeć na Jasia, dlatego nadal wlepiała wzrok w swoje łapy mimo tego, że rozmawiała z nim raczej normalnie.
- Przyjacielski sposób?
- Tak i to dokładnie opisuje wszystko co dla ciebie robię. Z przyjaźni.
Jasiu pokiwał głową jakby z potwierdzeniem jej słów. Zapadła krępująca cisza przerywana jedynie hałasem potworów, które przejeżdżały niedaleko. Łaciata nadal gapiła się na łapy tak, jak gdyby nie mogła spojrzeć od niczego innego. W jej głowie kłębiło się wiele myśli, ale jej pyszczek wyrażał więcej zażenowania całą sytuacją niż chociażby cienia zamyślenia. Było to być może spowodowane tym, że praktycznie nigdy się nad niczym nie zastanawiała. Zawsze robiła wszystko na zasadzie raz kozie śmierć. W tym momencie jednak zdawała sobie sprawę, że spokojnie nie ruszy dalej, zanim wszystkiego sobie nie poukłada.
Liczyła, że nie będzie żadnych skutków, chociaż w duszy czuła, że ją mdli. Ciążę przywódcy uważała w pewnym sensie za słabość, której ona, by nie podołała. Jaś trafnie zauważył, że Sowa urodziła w swoim życiu, aż dwa mioty i nic sobie z tego nie zrobiła, ale szaro-biała twierdziła, że to dzięki jej... umiejętnościom przywódczym. Umiała dobrze i z sensem władać Klanem Lisa nawet mimo wielkiego brzucha, a nawet chodziła potajemnie na zgromadzenia, a nikt jej nie zauważał. Zawsze uważała matkę za wzór do naśladowania, ale w tamtym momencie stała się kimś więcej - doceniła ją jako matkę, nie przywódczynię. Sarna zamrugała kilka razy chcąc odgonić wściekłość, a następnie wstała powoli i mruknęła cicho:
- Idziemy dalej.
- ...już nie jesteś zła? - Zapytał cicho Jaś idąc obok niej. Zdawało się, że chciał ukrywać skruchę, którą odczuwał, ale niezbyt mu się nie udawało. Łaciata uśmiechnęła się krzywo, a po kilku biciach serca prychnęła pod nosem.
- Oczywiście, że jestem zła ty durniu, idioto, wypłoszu i wszystko razem wzięte.
Sarenka zauważyła, że kocur połyka ciężko ślinę, jak gdyby była wymieszana z mysią żółcią. Sama również drżała w środku, ale starała się tego nie okazywać tak otwarcie. Zbliżali się do płotu, kiedy nagle kątem oka zauważyła gołębia czyszczącego piórka nieopodal. Jakież głupie musiało być to stworzenie, skoro myślało, że koty go po prostu wyminą. Szaro-biała odwróciła się szybko w jego stronę i skoczyła na niczego niespodziewającego się ptaka. Ten już wzbił się w górę, ale ona zamachnęła się na niego dwoma łapami z wysuniętymi pazurami i zdążyła złapać go, zanim odleciał. Spadł na ziemię martwy, a w między czasie przywódczyni zbliżyła do pyszczka pazury, aby wyciągnąć spomiędzy nich piórka zafarbowane szkarłatną krwią. Zabrała się do jedzenia upolowanej zdobyczy, a następnie odeszła nieco dalej zostawiając połowę jedzenia dla kompana. Ten niepewnie podszedł do mięsa, jak gdyby obawiał się, że Sarenka zaraz wróci i będzie domagała się reszty. Kiedy skończył jeść z uśmiechem wstał, udając ociężałego:
- Ale się najadłem! Jakbyśmy jedli takie tłuste gołębie, to każdy wojownik z Klanu Lisa byłby kulką tłuszczu - Zaśmiał się wesoło. Piratka doskonale wiedziała, że zamierzał rozluźnić atmosferę, ale ona tego nie łyknęła. Spojrzała na niego tylko spod przymrużonych oczu, a później ruszyła dalej. Przecisnęła się pod płotem, a zaraz obok niej stanął Jasiek. Między nimi rozciągały się wielkie polany, które otoczone były porządnym płotem. Z tego miejsca doskonale widziała, że słońce chyli się ku ziemi, a niebo również zaczynało się farbować na różne kolory. Za płotem rozciągały się jednak kolejne domy, tak jakby ktoś wyciął kawałek siedliska i wstawił trawę. Była równo przycięta, a zadowolone, wielkie stworzenia pasły się na niej. Wyglądały jak wyrośnięte owce bez swojego puszystego, miękkiego futerka. Każde z nich miało inny kolor. Jeden cały brązowy, drugi łaciaty, a jeszcze inny cały w ciapkach. Po dłuższej chwili ciszy córka Sowy prychnęła, a słychać było w tym prychnięciu nutkę rozbawienia:
- Wyglądają jak wyrośnięte owce bez futra.
- Są ogromne!
- Bardzo... - Dodała przyglądając się wielkiemu cielsku stworzenia. Już miała zamiar się odwrócić, kiedy obok niej stanął z udawanym wyrazem zdenerwowania Szerszeń.
- Oh, szukałem was, a wy włóczycie się po pastwisku razem z końmi.
Zdziwiony Jaś jeszcze raz zerknął na łaciate stworzenia, a później na rudego kocura.
- To są konie? Mi wyglądają jak duże, gołe owce.
- Ja to bym je porównał bardziej do krów. - Westchnął samotnik, a następnie wskoczył na płot. Zaraz po nim skok wykonał kocur. Sarenka również postanowiła tam doskoczyć, dlatego wybiła się mocno. Zahaczyła wszystkimi pazurami o drewniany murek i podsadziły się używając całej swojej siły. Zaczęli iść po nim niepewnym, ale szybkim tempem. W końcu zeskoczyli w dół, a samotnik przyśpieszył, aż w końcu wszedł do uliczki. Na jej końcu były domy i nigdzie nie było widać płotu. Rudy rozglądał się niepewnie, aż w końcu odwrócił się i ruszył w przeciwnym kierunku. Jedyna kotka w tym towarzystwie zmarszczyła nos, który przedzierała blizna.
- Już za raz będzie podwórko z wielkim drzewem? - Zapytał z ciekawością i zniecierpliwieniem Jasiek, a nastepnie spojrzał prosto w oczy samotnika, który unikał jego wzroku. Rozglądał się jedynie uważnie, a następnie odpowiedział:
- Spokojnie...!
Przez całą rozmowę nie odzywała się, ale teraz czuła narastające wątpliwości, dlatego spytała się:
- Na pewno wiesz, gdzie zmierzamy?
- Tak. Idziemy do drewnianej chatki, przed którą rośnie drzewo - Odparł szybko Szerszeń, tym razem spokojniej, gdyż znalazł najpewniej jakiś punkt orientacyjny w postaci kolejnego placu zabaw. Sarna zjeżyła się widząc go, ale jej futerko opadło widząc, że kocięta dwunogów najwyraźniej już poszły do swoich siedlisk, gdyż robiło się coraz ciemniej.

<Jaś?>

08 marca 2018

Od Sarenki

Czasoprzestrzeń oficjalnie umarła :^

Minęło już trochę od ich powrotu, a jej brzuch cały czas rósł i rósł. Z początku okłamywała samą siebie, że za dużo je i musi przestać tyle zabierać ze stosu. Zabierała mniej, zdarzało się nawet, że na cały dzień jadła ledwo wychudzonego królika, ale to nic nie dawało. Jej oczy szkliły się, kiedy w samotności leżała wśród siana, a od środka buzowała ze złości. Nagle zobaczyła jak pazury Jasia wbijają się w spróchniałe deski, a później cały zwinnie podsadza się do góry. Piratka zgromiła go wzrokiem, kiedy ten podszedł do niej bliżej. Uśmiechnął się do niej ciepło, a jego oczy zabłysły troską, kiedy usiadł i nachylił się ku jej wielkiemu brzuchowi. Minęło kilka bić serca ciszy, zanim odezwał się:
- Cześć, Sarenko. Mam bażanta dla ciebie.
- Co, teraz będziesz rzucać mi jakąś ciepłą gadkę, głupku? Odebrało ci już rozum to całe rodzicielstwo czy jak je nazywasz.
Kocur przygryzł wargę i spojrzał na swoje łapy. Wyglądał na zamyślanego, z resztą w głowie Sarenki też kłębiło się mnóstwo myśli. Nie była na to przygotowana, z resztą nigdy nie marzyła, aby wychowywać kilka małych kulek. Miała ochotę rzucić to wszystko, ale wiedziała, że już tego nie cofnie. Szczerze mówiąc w głębi liczyła, aby urodziły się martwe, ale... nie była zła, więc sama nie wiedziała czego oczekuje. Właściwie, nadal chciała, aby to nigdy się nie zdarzyło. Wtedy najpewniej nadal włóczyłaby się z Jasiem po lesie, a teraz musiała sterczeć w tej zamglonej dziurze.
- Słuchaj, jeśli faktycznie urodzisz moje dzieci to chcę, aby miały szczęśliwe dzieciństwo.
- Bierzesz to zbyt na poważnie - Prychnęła łaciata prawie od razu, praktycznie nie analizując słów przyjaciela - Chcesz wywrócić całe swoje życie do góry nogami, dla bachorów, który powiedzmy sobie szczerze. Były wpadką.
- Dokładnie, to właśnie mam zamiar zrobić. Myślałaś, że zawsze będziemy zachowywać się jak dzieciaki i ganiać za własnym ogonem?
Sarenka zmrużyła oczy i podniosła się na równe łapy mierząc ostrym spojrzeniem Jasia. Wysunęła pazury, ale wsunęła je z powrotem pod wpływem nagłego bólu, który przeszył jej ciało. Upadła na siano i zacisnęła mocniej powieki, a następnie jęknęła z bólu. Otworzyła powoli oczy dopiero wtedy, kiedy usłyszała krzyki Jasia. Przygryzła mocniej język, aż poczuła jak mała struga metalicznej krwi spływa jej po pyszczku. Oddech miała przyśpieszony, a ból nie ustawał. Po chwili obok niej pojawiła się Trujący Bluszcz z ziarenkami maku na liściu dębu.
- Chy-chyba, żartujesz! Nie-nie, będziesz mar-marnować maku na mnie.
- Zlizuj! - rozkazała medyczka ostrzejszym tonem, a przywódczyni już miała się sprzeciwić, kiedy poczuła kolejny, tym razem jeszcze mocniejszy ból. Szybko zlizała ziarenka i położyła się ponownie.
***
Lizała delikatnie swoje kociaki. Wszystkie były podobne do niej, dlatego szczerzyła do Jasia kły w drwiącym uśmieszku.
- A taki z ciebie miał być tatuś idealny, a nawet dzieci wolały wyglądać jak skromna szaro-biały kot, niż walić bielą i dziwnymi prążkami po oczach każdego drapieżnika w lesie. - Parsknęła prosto w jego pysk, ale ten jedynie gapił się na jednego z kociaków. Wyszeptał liżąc go po łebku.
- Mój synek...
- No wiesz, masz jeszcze drugiego synka. I cudną córeczkę, o! Jak dobrze, że jakaś kotka w tym towarzystwie się znalazła. Jak na moje, to ten będzie nazywał się Srebrny, bo jest prawie cały srebrny, - Wskazała na kocurka, wtulającego się w jej szorstkie futerko, a później skierowała wzrok w stronę łaciatej kotki - a ta Miętus, bo jest jak błyszcząca rybka w wodzie. 
- A ten będzie Synkiem.
- On już jest synkiem, durniu.
- Czyli może się tak nazywać? - Spytał z nadzieją w oczach samiec, a Sarenka parsknęła gromkim śmiechem. Jasio zmarszczył brwi w wyrazie urażenia.
- Jakiś dziwny jesteś, przecież to najgłupsze imię, o jakim słyszałam. I co, jak go później nazwę? No chyba nie Słodki Synek czy coś takiego. Idealnie będzie pasowało do niego imię Mały, no bo nie jest mały. Otóż to!
- Mały? To głupie imię, przecież jest duży. Lepiej dać Synek.
- Mały!
- Synek!
Kocica warknęła w stronę Jasia i zaczęła lizać dokładnie jej Małego. Nagle przyszła do nich Jagódka z bananem na pyski i nachyliła się nad kociakami każdego z nich liżąc po główce. Świeżo upieczona matka patrzyła na nią spod przymrużonych oczu.
- Macie takiego słodkiego małego synka, piękną córeczkę i jeszcze tego przystojnego młodzieńca. - Zachichotała wesoło, a zaraz równie wesołym tonem Jasiek zaćwierkał:
- Mały Synek, tak! To idealne imię.
- Wypchałeś sobie chyba głowę sianem, to brzmi jak imię terminatora. - Stwierdziła od razu łaciata i przygarnęła do siebie bardziej kociaki, jak gdyby bojąc się, że reszcie również nada najgłupsze imiona świata.
- Pfff, a ja jestem Jaś, a jakoś nadal mam takie imię.
- Nie jesteś Jaś, tylko Urwane Skrzydło Gęsi, durniu. Tak po prostu na ciebie mówią i tak samo obojętnie jak będziesz mówić na MAŁEGO to i tak będzie miał na imię MAŁY.

<Rodzinka? Jagódka? Ogólnie nie poruszajcie tematów podróży i wgl, bo wtedy czasoprzestrzeń odejdzie w niepamięć>

21 lutego 2018

Od Sarenki C.D Jasia

Ruszyli za rudym kotem, który szedł dla Sarenki strasznie szybko. Jego pewne kroki przyprawiały ją o niepewność, gdyż wyglądało jakby już dawno zaplanował całą trasę. Zamiast obwąchać kamień czy słup, aby sprawdzić czy nie zabłądzili nadal patrzył jedynie przed siebie. A może to tylko przywódczyni Klanu Lisa miała zakodowane, że nie powinno się ufać żadnemu nieznajomemu? Nawet kiedy przyjmowała kota do klanu to następne kilka księżyców miała go na oku i nie pozwalała wymykać się samemu ze stodoły.
- Jaś, coś mi się nie podoba w tym kocurze. - Wyszeptała z przekąsem do przyjaciela, który zerknął na nią ze zdziwieniem.
- No co ty, Sarenko... ale musimy iść za nim, bo zdaje się, że dobrze wie, gdzie iść.
Odwrócił pyszczek i znowu przyśpieszył dorównując kroku temu całemu Szerszeniowi. Już miała zaprotestować, ale wtedy zerknęła na Jasia, który cały w skowronkach kroczył przed siebie z wysoko uniesionym ogonem. Westchnęła i też postarała się, aby przyśpieszyć mimo swojej drewnianej nogi. Przemykali w cieniu płotów, aby żaden dwunożny ich nie zauważył. Było jednak stosunkowo wcześnie, dlatego nie było zbyt tłoczno. W końcu kocur zatrzymał się i zmarszczył czoło. Szaro-biała, która dogoniła ich dopiero po biciu serca spytała niezadowolona:
- Po co się zatrzymujesz?
- A no panno kapryśnico, głodny się zrobiłem - Wskazał na swój brzuch i pokręcił głową z zażenowaniem - Proponuję, abyśmy wrócili tu o południu, a teraz się rozdzielmy. Do zobaczenia!
Nie czekając na odpowiedź wskoczył na płot i po chwili już go nie było. Sarna spojrzała na Jasia z niedowierzaniem. Jasiu westchnął:
- Nie wiem jak ty, ale ja nie jestem zbyt głodny.
- Mimo wszystko idźmy coś upolować. Czuję, że nie będziemy mieli później czasu.- Spojrzała przed siebie, a następnie rozglądnęła się wokół. - Nie mam tylko pojęcia co upolujemy. Myszy, gołębie? No nie wiem.
- Nie wybrzydzaj.
Sarna skrzywiła się, ale zaraz wskoczyła na kubeł od śmieci dwunożnych, a później na płot. Zaraz obok niej usiadł o wiele szybszy pręgowany towarzysz. Wokół rozciągały się domy i drogi, po których przejeżdżały hałaśliwe potwory wydające dźwięki podobne do grzmotów. Widziała też wielki budynek, który wydał straszny dźwięk, które wydawało chyba metalowe coś, które uderzało raz w lewo, a raz w prawo. Zauważyła grupkę kotów, które przemknęły w cieniu, a także psa, który szczekał na gołębie. Gołębie?
Zaczęła zastanawiać się jak głupie muszą być te ptaki, skoro nic sobie nie robiły z otaczających je głośnych dźwięków i spokojnie wydłubywały coś z ziemi na podwórzu. Nie chciała zaburzyć ich spokoju, dlatego pokazała cicho głową stado szarych ptaków. Jaś kiwnął głową i zaczął iść wzdłuż płotu. Sarna niepewnie również szła jego śladem chcąc utrzymać równowagę. W końcu jednak straciła ją i spadła na jakieś inne podwórze. Pręgowany wskoczył za nią.
- Sar... - Nagle przerwał wciągając nosem zapach kocimiętki, a na jego pyszczek wstąpił dziarski uśmieszek. - Ale cudne te kwiatki, takie zieloneee...
- Jasiu, co ci się... ooo, faktycznie. Mięciutkie są takie.
Położyła się na zielsku i zaczęła się tarzać, aż nie wpadła na Jasia, który upadł prosto na nią. Przygniótł ją do ziemi.
- Trochę dziwna sytuacja, hehehe - Zaśmiał się dziwnie.

<Jaś?>

14 lutego 2018

Od Sarenki C.D Tequili

 Po słowach Sarenki nastała cisza tak głęboka, a jednocześnie tak niepewna, że nikt nie miał ochoty jej przerwać. Oby dwie mierzyły się wzrokiem z nieukrywaną odrazą, jednak w wzroku szarej kryła się ciekawość i żal tego, że ponownie jej głowę zaprzątały myśli o zabitej matce.
- Obiecałam sobie, że o niej zapomnę - Wymamrotała w końcu Kukułka, a jej słowa były twarde, jak gdyby nie tęskniła za swoją siostrą. - Umarła, prawda? Tak myślałam. Żaden dobry los nie jest pisany kotom, które uciekają od rodziny. Żaden!
Łaciata otworzyła szerzej pyszczek, a pazury wysunęły jej się same z siebie. W oczach zabłysła nagła wrogość, ale nagle jakby załamała się i wzięła głębszy oddech. Większa i bardziej napuszona od niej kotka patrzyła na nią nieco z góry mimo tego, że przywódczyni Klanu Lisa była nieco wyższa, to wydawało się, jakby uginała ciało pod ciężarem jej wzroku.
- Miała dwa mioty i partnera. Naprawdę nigdy nie marzyłaś o tym, aby ją spotkać? Naprawdę jesteś takim ścierwem, aby teraz obrażać ją w żywe oczy jej córki?!
Jej nos zadrżał pod wpływem nerwów, kiedy starała się unikać wzroku pieszczoszki, aby nie okazywać smutku, który zabłysł w jej oczach. Skierowała wzrok w bok, gdzie stała trójka kociaków patrzących z zainteresowaniem na rozmowę obu kotek. Szybko odgadła, że były to dzieci Kukułki, gdyż po chwili ten największy wyskoczył przed długowłosą. Jego sierść napuszyła się i wyglądał dosyć imponująco, ale w porównaniu do trójki starszych był tylko nędznym paprochem. Po kilku biciach poczuła szturchnięcie Jasia i jego głos:
- Sarna... 
Zignorowała go jednak całą uwagę skupiając na cynamonowo-białym kocurku. Na jej pyszczek wstąpił kpiący uśmiech.
- Kochanie, gdybym miała zamiar rozszarpać twoją mamuśkę to już dawno bym to zrobiła. - Zaśmiała się nerwowo, raz patrząc na kotkę, a raz na kocura. Trzeźwo zauważyła, że musi trzymać nerwy na wodzy, bo jakby rzuciła się na Kukułkę toi nawet jeśli wyszliby z tego cało to najpewniej z delikatnymi uszczerbkami, a nikt tego nie chciał. Po kilku biciach serca poświęconych przemyśleniom ponownie odezwała się do młodego, tym razem mówiąc już bardziej twardo, ale z cichą ironią. - Widzisz, rozmawiamy sobie o ważnych  rzeczach z pannicą Kukułką, która niestety połknęła coś strasznie kwaśnego i teraz papla straszne rzeczy. Strasznie rzeczy, doprawdy! Aż szkoda, ze taka krew spłynęła na takie kociaki...
- Sarna, musimy iść...!
- Nie musimy! Musimy tylko coś wyjaśnić. Jesteś jej siostrą, nieprawdaż? Widać podobieństwo, z tym, że ona nigdy nie śmiała brudzić sobie godności oczerniając własną krew.
- Nie mów tak o mamie! - Wyrwał się nagle kocurek i skoczył na Sarenkę, która co prawda nie była przygotowana, ale kiedy przeturlali się obok szybko przydusiła do ziemi cynamonowego. Już miała zamiar z niego zejść, ale ten zaczął ją kopać. Przydusiła mu brzuch łapą, a ten kaszlnął. Poczuła nagle jak ta cała Kukułka atakuje ją od boku i przydusza do ziemi. Poczuła ból w boku i szybko zdała sobie sprawę, że dosyć mocno go obiła.
- Hej, hej! Spokojnie! - Powiedziała i zrzuciła natarczywą kotkę, która parsknęła upadając zgrabnie na ziemię. Kiedy ruszyła szybko w stronę Jasia mruknęła jeszcze do kocura, z którym walczyła - Widzę potencjał, młody! Jeśli tego nie zmarnujesz, to może jeszcze się spotkamy.

<Jaś?>

10 lutego 2018

Od Sarenki C.D Jasia

- Oh, na wszystkie bóstwa w które wierzą koty! Przydałyby się nam skrzydła - Powiedziała ze śmiechem, ale tak naprawdę mówiła dosyć poważnie. Sarence niezbyt widziało się biegać od podwórka do podwórka tym bardziej z tą drewnianą nogą, która tylko utrudniała jej życie. Czasem żałowała tego, że wtedy zaatakowała swoją siostrę. Już zdążyła wyrosnąć z tej całej fascynacji własną matką i czasem myślała o tym, że kiedy wtedy, by się jej sprzeciwiła to może byłaby cała i zdrowa, ale wątpliwym byłoby wtedy jej stanowisko przywódcy. Nie była typem, który pragnie jedynie władzy, ale nie wyobrażała sobie Klanu Lisa, gdyby władał nim ktokolwiek inny niż ona sama. Na przykład z takim Zającem na czele wszystko runęłoby po połowie księżyca. Pokręciła głową, chcąc skupić się na zadaniu, gdyż jej towarzysz już ruszył powoli przed siebie. Sarna przyśpieszyła, żeby dorównać mu tempem, co zauważył, gdyż zwolnił. Spojrzał na nią z ekscytacją wymalowaną w oczach. Zauważyła jednak też iskierkę współczucia, gdy spojrzał na to jak męczy się ze swoją łapą. W końcu aby umilić dotarcie pod domostwo, co dla Jasia było łatwe, ale dla Sarenki nie tak mocno wymruczał podekscytowany:
- Tak się cieszę, że spotkanie z rodziną może stać się rzeczywistością!
- Ja za to myślę sobie o Klanie Lisa
- No co ty, naprawdę? Myślisz, że jak wrócisz to stodoła będzie pusta czy jak? - Zapytał unosząc brew.
- No co... w... no nie! Albo trochę. Ale o wiele bardziej zastanawia mnie za kogo uważa mnie ta banda przygłupów. Wreszcie możemy o tym porozmawiać, bo nikt nam się nie wtrąci.
- Jak to za kogo? Za Sarnę Biegnącą Przez Las! - Po chwili zmienił nieco głos na bardziej gruby i poważny, ale była prawie pewna, że mówi to dla ubawu. - Córkę Sowy i Szramy, potomkinię wielkiego Wilczej Gwiazdy!
Szaro-biała zatrzymała się z oburzeniem, a kocur razem z nią. Najwyraźniej dopiero teraz zrozumiał, że mówiła całkowicie poważnie i wyglądał na strasznie speszonego.
- No właśnie Sarna Biegnąca Przez Las to brednie, skoro i tak każdy mówi na mnie Biegnąca Sarna. W dodatku Sowa na pewno nie jest ze mnie dumna. Przerwałam tradycję z dwoma przywódcami.
- Przeeeeestań - Przerwał jej z uśmieszkiem Jasiu i pokrzepiająco zderzył się z nią barkiem, ponownie ruszając przed siebie. Łaciata chciała jeszcze coś oddać, ale kiedy już otworzyła pyszczek to po jednym biciu serca zamknęła go z chłapnięciem, bez słowa. Przed nimi rozciągały się rzędy domostw dwunożnych, a prawie każdy z nich miał ładne, zadbane podwórze otoczone stosownym płotkiem. Przywódczyni Klanu Lisa wypuściła powietrze przez nos. Doskonale wiedziała, że nie było mowy, aby czekać tu, aż Jasiu znajdzie jakieś wskazówki, gdyż znała go od dawna. Pójdzie tam albo sama albo zaciągnie ją tam siłą i wielkim uśmiechem na mordzie. - No to idziemy co?
Sarenka pokiwała głową i zaczęła kuśtykać żwawo przed siebie, aż w końcu doszli do pierwszego domu. Zmarszczyła nos widząc wysoki, biały płot przed sobą, ale na szczęście Jaś zasugerował, aby przecisnąć się pod furtką. Szybko wcielili plan w życie i już po chwili byli po drugiej stronie. Podwórko nie było zbyt duże, a w dodatku wysokie kwiaty posadzone pod płotem sprawiały, że wydawało się jakby było tu ciaśniej niż naprawdę jest. Nie było jednak nigdzie żadnego dużego drzewa i Jaś już miał zamiar odwrócić się na pięcie i wyjść, ale Sarenka stała wlepiając wzrok w czekoladową kotkę, która wpatrywała się z nich z płotu. Dopiero kilka bić serca temu ją zobaczyła i ogarnęło ją jakieś zaciekawienie jej osobą, gdyż wydawała się być... jakoś dziwnie znana. Jak gdyby już kiedyś ją widziała. Wrzasnęła do tej postaci mimo tego, że była ledwie po drugiej stronie małego podwórza:
- Hej, ty tam! Tak, ty!
Kotka zeskoczyła na ziemię i ruszyła twardo w ich kierunku.
- Sowa...? - Wyszeptała cicho łaciata i spojrzała na swoje łapy otwierając szerzej oczy. Przez chwilę widziała w czekoladowej swoją matkę, a ukłucie bólu, które poczuła w tamtym momencie było najgorszym co przeżyło od śmierci Sowy. Jej oczy zaszkliły się, kiedy podniosła na nieznajomą wzrok, ale jej poważny pysk wyrażał o wiele mniej rzeczy, niż tłoczyły się w jej środku.
- Co powiedziałaś?
- Kim jesteś? Powiedz od razu. Kim jesteś!
- Ona nas zostawiła dla jakiegoś lasu. Gówniane wypłosze, które w nim żyją nam ją zabrały!
- Znałaś ją, tak? To była moja matka.
- Jestem Kukułka, moja droga, a ty jesteś na moim terenie i to ja decyduję o tym o czym gadamy. - Długowłosa zbliżyła się do niej na tyle blisko, że prawie stykały się nosami i oby dwie czuły oddech drugiej na pyszczku. Ostatnią część wymamrotała z pogardą i niechęcią. - I nie gadamy o Sowie, rozumiesz?
- Nie! Kim jesteś?! Kim jesteś dla mnie? Dla niej?

<Tequila? Możesz wbić do ogrodu, bo nas słyszałeś czy coś>

03 lutego 2018

Od Sarenki C.D Jasia

Jej krótkie futerko nastroszyło się delikatnie, gdy zdała sobie sprawę, że tym bardziej zbliżali się do Drogi Grzmotu tym bardziej piski narastały. Mimo przejeżdżających potworów było słychać je bardzo wyraźne - a co jak to pułapka nastawiona przez dwunożnych, aby dzikie koty nie zbliżały się do siedliska? Przecież nikt z rozumem nie bawi się tak blisko Grzmiącej Ścieżki pełnej niebezpieczeństw, a przynajmniej tak twierdziła Sarenka. W końcu wyszli zza krzewów i wysokiej trawy, a ich oczom ukazało się czarne pasmo, które lśniło w blasku porannego słońca. Spojrzała w dal skąd nadjeżdżało kilka wielkich, hałaśliwych potworów. Po kilku biciach serca po tym jak ze świstem przejechały przed nimi szaro-biała mruknęła:
- Na octy i ciernie! Nawet upośledzona wiewiórka stwierdziłaby, że nie mamy szans by dwoje w całości dotrzeć na drugą stronę
Po tych słowach podniosła drewnianą łapę, aby zrobić nią kilka mniejszych, powolnych ruchów zaraz przed pyskiem Jasia. Kocurek westchnęła cicho i wychylił się niebezpiecznie blisko drogi, aby wypatrywać zbliżających się potworów, których niestety cały czas przybywało.
- Musimy poczekać do tego idealnego momentu... - Przerwał swoją wypowiedź, aby w pełni oddać się obserwacją, gdy w końcu przejechał potwór, a po nim nie było widać już żadnego. - Szybko!
Na dwa, może trzy bicia serca zawahała się, aż w końcu wystrzeliła niczym strzała przed siebie. Ale ta chwila zawahania sprawiła, że kiedy szybko kuśtykała przez obszar do pokonania w jej stronę zaczęło jechać wielkie monstrum. Instynktownie odskoczyła mimo tego, że widziała iż wymija ją. Przywódczyni Klanu Lisa upadła na twarde podłoże pod wpływem mocnego powiewu powietrza. Nie czekając dłużej dodatkowo napędzona strachem dobiegła na pobocza i wzięła kilka głębokich wdechów. Po chwili poczuła jak jej towarzysz cały i zdrowy się o nią ociera. Nachylił się ku jej uchu, jakby miał zamiar coś wyszeptać, ale zamiast tego wykrzyknął:
- Upośledzona wiewiórka nie miała racji!
- Ale chwila i jej przypuszczenia, by się sprawdziły. Już się tak nie wymiguj! - Zawtórowała mu Sarna, która również pochylona ku jemu uchu wykrzyknęła donośnie. I tak zaczęła się fala bezsensownego wykrzykiwania sobie do uszu, co wyglądało zapewne śmiesznie z punktu widzenia postronnych obserwatorów, którymi okazały się kocięta dwunogów. O tym, że są obserwowani członkowie Klanu Lisa skapnęli się dopiero wtedy, kiedy mała dziewczynka zawołała radośnie:
- Ale te koteczki ładnie sobie miauczą!
Z początku zdezorientowani rozglądali się wokół, aż w końcu zobaczyli sztuczny las, po którym biegały dzieci. Były miniaturowe potwory dwunogów, nieruszające się zwierzęta i różne inne śmieszne rzeczy. Niektóre kocięta dwunogów zawieszały się na tym i śmiały na całe gardło, ale w tym momencie prawie wszyscy wytykali palcami brzydką kotkę "piratkę" i ładnego, pręgowanego kocurka.

<Jasio? Wybacz za gniot>

27 stycznia 2018

Od Sarenki C.D Jasia

Położyła głowę na swoje łapy wpatrując się w dal. Nie było jej zbyt wygodnie w norze, dlatego postanowiła wysunąć się bardziej do przodu, aby obserować gwiazdy. Zastanawiała się czy faktycznie każda z nich to Gwiezdni, jak czasem mówiła Sowa. Sama jednak nie do końca wierzyła w te brednie, ale pewnym było to, że nocne niebo, nawet takie nieco przychmurzone wygląda pięknie. Po kilkunastu biciach serca powieki Sarenki powoli zaczęły opadać, aż w końcu wpadła w błogi sen.

~~~ W poszukiwaniu przeszłości ~~~
Odcinek 2 - Od świtu przez trudy

Otworzyła oczy i mlasnęła kilkukrotnie. Bolało ją doslownie wszystko od przespania całej nocy na twardej, zimnej ziemi. Podniosła się i otrzepała futro, z którego wyleciał pył. Uslyszała z tyłu kaszlnięcie, dlatego spojrzala się w tamtą stronę. Jasiek najwyraźniej obudził się przed nią, gdyż w tym momencie wylizywał się. Zerknął na swoją towarzyszkę z błyskiem w oku, gdy tylko zauważył, że już się wybudzila do tego stopnia, aby wyjść z malej, zakurzonej nory. Mruknął cicho z radosnym uśmiechem:
- Idealnie! Słońce jeszcze się nie wychylilo zza drzew, więc przemknięmy niepostrzeżenie przed patrolem.
Sarenak pokiwala głową.
- Jestem pełna sii... - Nie zdążyła dokończyć zdania, gdyż z jej pyszczka wyrwało się głośne ziewnięcie. Jaś parsknął śmiechem i wyszedł z nory po drodze delikatnie trącając w bok łaciatą.
- No, no! Już widzę. 
Warga Sarny uniosla się w krzywym uśmieszku, podczas gdy wychodziła z norki. Musiała pochylić głowę, aby nie uderzyć w rozrośnięte korzenie. Rozglądnęał się chcąc ocenić kierunek, w którym mają się udać. Nigdy tutaj nie była, ale mniej więcej wiedziała, gdzie leży Siedlisko Dwunożnych, dlatego oceniała to dosyć krótko. Przeczesala wzrokiem okolicę i poniuchala w powietrzu. W końcu stwierdziła, że pójdą środkiem terenów Klanu Nocy.
- Co, co? Jak to? - Spytał nie do końca zdając sobie sprawę z tego na co wpadła Sarenka.
- No tak to. Jak pójdziemy poboczem, to trafimy prosto na poranny patrol. A jak teraz się poąpieszymy, to przejdziemy przez tereny zanim las przykryją promienie świtającego słońca.
Kocur pokiwał bardzo szybko głową i skoczyl w wskazaną stronę. Sarenka nieco mniej zgrabnie podążyła za nim. Biegla ile sil w łapach, a trawa pokryta szronem i odłamkami lodu chrupala pod jej łapami. W końcu dogonila towarzysza, który nieco zwolnił, aż w końcu calkowicie się zatrzymał, a przywódczyni z całego rozpędu wleciala na niego inprzetrulali się kawałek dalej. Kotka szybko go zepchnęła i zmarszczyła podrapany nos. Parsknęła:
- Po co żeś się zatrzymał?
- Wydaje mi się, że bezpieczniej będzie wejść już na bagna. Wiesz, przecież w każdej chwili może przejść tutaj patrol. 
- No dobra.
Powiedziała w końcu i skręciła w lewo. Szli teraz o wiele wolniej niż przedtem, gdyż całkowicie zagłębili się w tereny Klanu Nocy i właściwie przechodzili na ukos przez jego środek. Nie słyszeli żadnego tupotu łap czy głośnych rozmów, ale nie mogli powiedzieć, że wokół panowała cisza. Niektóre ptaszki już o tej porze zawzięcie śpiewały, a niektóre nawet przelatywały nad czubkami drzew. W końcu wyszli na batdziej otwarty teren. Wokół rosły bardzo wysokie, żółte kłębki trawy i widziała też przewrócone drzewa oraz kałuże, ale mimo wszystko teren nie wydawał się niebezpieczny. Postawiła kilka niepewnych kroków, ale widząc, że grunt jest stabilny szła coraz pewniej, aż... wpadła. W pewnym momencie poczuła, jak jej łapy zapadają się w głębokim błocie. Zirytowanie zmieszane ze strachem zawładnęło nad jej zazwyczaj obojętnym pyszczkiem.
- Jaś! - Krzyknęła Sarenka dosyć głośno, a kocur prawie od razu zmaterializowal się przy niej jakby tylko czekał, aż go zawoła. Szamotała się zawzięcie. Nie zagłębiała się już mocniej, ale nadal błoto sięgało jej aż do piersi co sprawiało, że nie mogła się ruszyć. Była tak zajęta próbami wyswobodzenia się, że nawet nie zauważyła jak kocur siłuje się z mniejszym pniem, którego przysuwał w jej stronę.
- Chwyć za tą wystającą z pnia, eee, gałąź!
Tak jak powiedzial, tak też zrobiła Sarna. Wysunęła pysk, aby chwycić zębami o gałąź, a pręgowany pociągnął pień. Wyszła z błota i wskoczyła szybko na owy pieniek. Była cała w błocie, ale nie zwracała na to szczególnej uwagi. Wysunęła pazury, które wbiły się w korę.

<Jaś?>

25 stycznia 2018

Od Sarenki C.D Jasia

- Co nie? - Potwierdził Jaś i sam wskoczył na przewalony pień. Smugi powoli hylącego się ku horyzontowi słońca oświetliły polanę, a cień kocura padał przed niego. Mimo tego, że zostało już nie tak dużo, jak mogłoby się wydawać czasu do zmierzchu, to właśnie o tej porze wszystko wyglądalo najladniej. Niebo rozjaśnił blask, a także żółte, pomarańczowe, różowe i czerwone kolory. Sarenka postukała kilka razy nogą w ziemię, jakby zastanawiając się jak ocenić to co przed chwilą zobaczyła:
- Oh! Nigdy nie mogłam dokładnie przypatrzyć się temu miejscu. Zazwyczaj chowałam się przed wzrokiem klanów.
- A właściwie to od zawsze chodziłaś na zgromadzenia i podglądałas filtrujące kotki? - Spytał pręgowany z zapałem i zeskoczył z pnia. Jego wzrok wędrował po całym miejscu zgromadzeń, od jednego zrudziałego źdźbła trawy do drugiego, jak gdyby przypominal sobie jak ostatnim razem przyglądali się zebranym wojownikom, uczniom i innym członkom czterech klanów.
- Tak! Pierwszy raz przyczołgałam się tutaj, gdy miałam z 3 księżyce. Swoją drogą zawsze odgrywały się podczas pełni śmieszne rzeczy. Niektórzy się zagadują i później ciągną innych w krzaki, a inni udają poważnych, a później śmieja się pod nosem.
Jasio parsknął głośnym śmiechem, ale przerwała mu to Sarenka, która szybko pacnęła go delikatnie z miną mówiącą, że nie powinni jednak tak dłośno się zachowywać. Podniosła głowę wyżej i powąchała wilgotne powietrze. Śnieg roztopił się, a później ponownie zamarzł, dlatego czuła o wiele mniej zapachów niż normalnie, ale była pewna, że coś wyczuła. Zadrżała, gdy od strony Klanu Wilka zawiał mroźniejszy wiatr, razem z którym przyleciał zapach grupy myśliwskiej. Z oddali słychać było niezadowolone głosy.
- Truchło królika! No któż by pomyślał, tak właśnie wojownicy pilnują terenów przed intruzami - Gderał bardzo głośno głos, najpewniej należący do kogoś starszego. Przywódczyni Klanu Lisa szybko stwierdziła, że musiał to być starszy klanu, czyli z pewnością nie wybierał się na polowanie. Czuła też słodki, delikatny zapach kotki, która najwydoczniej pilnowała drugiego, starego kocura. Szaro-biała zerknęła na Jasia i szybko przylgnęła przy ziemi obok pnia. Do jej uszu dotarł drugi, o wiele cichszy i ledwie słyszalny głos:
- To pewnie włóczędzy przemknęli niepostrzeżenie. Zostawili to celowo, nie martwmy się. Jaszczurczy Ogonie, może odpoczniesz tutaj. Zapewne już się zmęczyłeś.
- Brednie! Jestem wytrwały i silny, nie tylko duchowo, ale też fizycznie... - Więcej córka Sowy nie dosłyszała, ale była pewna, że mimo wszystko się zatrzymali i zaprzestali rozmowy. Uśmiechnęła się delikatnie do Jasia, a w jej oczach zabłysły figlarne iskierki. Stanowczo za długo trwała pod przykrywką poważnej, a trzy myszy niuchające nieopodal nasunęły jej pomysł.
- Odpukutujemy tego króliczka. Złap szybko te mysz.
Na te słowa powoli zaczęła przesuwać się w stronę niczego niespodziewającej się piszczki. Stawiała powoli łapy, uważając, aby leśna ściółka, którą przywiał zimowy wietrzyk nie zaszeleściła. Największą uwagę zwracala na drewnianą nóżkę, która zawsze przeszkadzała jej w powolnym, cichym przechodzeniu przez zmrożoną ziemię. W końcu zaczaiła się, a jej tyłek podygotyał z boku na bok, gdy przygotowywała się do skoku i w końcu szybko zakończyła marny żywot wypatrzonej zdobyczy. Poruszyła zamaszyście łapą, aby mysz wpadla jej prosto w zęby, jednakże nie udało to się jej i ta z cichym zgrzytem upadla na glebę. Zawiedzona, a jednocześnie podniecona Sarenka wzięla ją do pyszczka i wrócila do pnia, gdzie stal Jasio z upolowanymi dwoma myszami. Wyamrotał z zamkniętym pyszczkiem:
- I czo teras?
Piratka nie ospowoedziała, tylko podrzucila ponownie piszczkę i odwrócila się, aby wykopnąć ją w stronę terenów Klanu Wilka. Nastała chwila ciszy, a później usłyszala znajomy głos delikatnej kotki:
- A cóż to?
Po kilku biciach serca dało się usłyszeć mamrotanie starszego, który podniósł się z prychnięciem.
- Może jeże spadły z nieba?
- Nie, nie.
Wojowniczka, a może królowa zbliżyła się w stronę dźwięku i zobaczyla mysz na co wskazywały zdziwione, niezrozumiane słowa. W tym momencie Jasio wykopnął swoje dwie myszy, które poleciały w podobnym kierunku. Usłyszeli wyraźny krzyk kocura z Klanu Wilka:
- Na ostry i ciernie! To co prawda nie jeże, ale myszy. Gwiezdny Klan je zesłał. Tak, tak... z pewnością!
Sarna powstrzymała się od parsku śmiechu.

<Jaś?>
Trochę przedłużyłam i nadal jesteśmy w tym samym miejscu. Słońce pewnie już zaszło, ale Sarenka nie zwraca na to uwagi.

24 stycznia 2018

Od Sarenki C.D Jagódki

- No dobra! - Powiedziała poważnym jak na siebie głosem. - Nie oszukujmy się. Jesteś już z nami dosyć długi czas. Obserwuję cię i widzę, że idzie ci całkiem nieźle.
Wlepiła wzrok swoich dwukolorowych oczu w biała kotkę. Dawno zastanawiała się nad tym, aby przetestować jej umiejętności. Musiala być pewna, że nie jest w Klanie Lisa zbędnym ogniwem. Najbardziej martwiła Sarenkę jej... odmienność. Liczyla na to, że podzcas pobytu wśród Trującego Bluszczu, a także rodzeństwa Sarenki nabierze bardziej ciętego języka i trochę twardszego stylu bycia. Już i tak miała na głowie wesołego Jasia, ale on przynajmniej był inteligenty, pewny siebie i w ogóle dosyć podobny do rodziny Sowy, jakby nie patrzeć. Jagódka grzebała łapą w ziemi nie do końca wiedząc czy warto w ogóle patrzeć w oczy szaro-białej. Właściwie to według piratki sam fakt, że starsza kotka czuła się przy niej niezręcznie był... śmieszny. W końcu biała pokiwała głową i zwarszczyła brwi najwyraźniej zastanawiając się o co może chodzić. Sarenka ciągnęła więc dalej:
- Chcę cię o coś zapytać, ale wal szczerze.
- Myhy, no dobrze.
- Wiesz co to klany?
Jagódka zamyśliła się. Jej wzrok wędrował z boku na bok, ale mimo tego córka Szramy cierpliwie czekała, aż się namyśli i odpowie.
- Trochę tak. W lesie mieszka Klan Wilka, Klifu, Nocy i Burzy. W każdym powinien być przywódca, zastępca i medyk. Są też wojownicy, kocięta i matki.
- Czym różnią się klany?
- Klan Nocy poluje na ryby, Klan Burzy mieszka na terenach bez drzew, Klan Klifu mieszka nad klifami, a Klan Wilka...
- Klan Wilka to najsilniejszy z klanów. Szkoda tylko, że Srająca ala Milcząca Gwiada w ogóle nie przyjmuje pomocy od Klanu Lisa. I teraz powiedzmy... musimy zabrać tereny jednemu z klanów, wybucha wojna! Co robisz?!
- Mmm... walczę o tereny!
- Dobrze, odegramy to.
Córka Szramy splunęła na ziemię i ruszyła przed siebie. Jagódka stała w pozycji bojowej bardzo wytrwale - gdy traciła ją z zasięgu wzroku nadal trwała tak samo jak przed chwilą. Minęło kilka, a może kilkanaście bić serca odkąd Sarenka znalazła się za gęstymi drzewami, gdy obok niej pojawiła się biała, niewiele starsza od niej znajoma kotka. Spojrzala przywódczyni Klanu Lisa prosto w oczy z powątpieniem i spytała nieco zaciekawiona:
- Dlaczego poszłaś?
- Bo tak naprawdę najstraszniejszy jest fakt, gdy coś powinno się stać, ale się nie stało.
- Na przykład?
- Kiedy pewna kotka nie powinna się gapić mi prosto w oczy, a jednak do robi - Parsknęła jakby z pogardą, ale przez jej pysk przeszedł cień uśmiechu, który nie bardzo zgrał się z nieco strasznymi bliznami na nosie.

<Jagódka?>

20 stycznia 2018

Od Sarenki

Dzieje się przed wydarzeniami z drugiej części tego *link*, bo nie wiadomo co tam się zdarzy ;D

Wróciła strasznie naburmuszona z siedliska dwunogów. Co chwila prychała, a droga do stodoły zajęła jej więcej czasu niż zwykle. W końcu zatrzymała się po łysym drzewem i usiadła na zmrożonej ziemi, na której na szczęście resztki jeszcze zimniejszego śniegu zdążyły stopnieć. Niektórych ptaków z dnia na dzień było coraz więcej, ale nadal panowała ta tajemnicza, głęboka cisza. Pewnym było to, że Pora Nowych Liści nie nadejdzie tak szybko jak zawsze co widać było po braku jakichkolwiek pąków na drzewach. Sarenka westchnęła - nie ubolewała jednak nad tym, że jakieś zielsko urośnie później, a raczej nad tym jak bardzo przeszkadzała jej drewniana noga. Bez niej już od dawien dawna byłaby w stodole. Już miała się podnieść, aby ruszyć dalej, ale zauważyła nieco znajomą sylwetkę na horyzoncie. Zamrugała kilka razy, aby przypomnieć sobie kogo może być. Nic jednak nie wpadało jej do głowy i przypasowała sobie imię do wyglądu dopiero wtedy, kiedy zobaczyła kota, a dokładniej kocicę w pełnej okazałości. Była ona jasno szylkretowa z widocznymi cętkami i białymi znaczeniami. Wydawało się, że to jedna z córek tej całej mamulki czy tam przyjaciółki Jaśka. 
- Witaj... Sarenko? - Wymamrotała cicho i zdawać by się było, że to miłe i pełne urokliwości słowa, jednakże przepełnione niepewnością, a zarazem wielką nadzieją. No tak, Jemioła. Szaro-biała poznała ją dopiero po głosie. Tylko co mogła chcieć od niej ta młoda? Jej mina momentalnie zamieniła się na nieco rozdrażnioną. Liczyła na to, że w spokoju wybierze się na polowanie. Ale nie! Gwiezdny Klan zawsze coś wymyśli, agh.
 - No hej. Co chcesz?
 - No... ja bym chciała dołączyć do tego klanu!
- Dołączyć? Wybacz mi, ale nie mamy miejsca na tłuste pieszczoszki.
- A Jaś? Mama mówiła, że on też był pieszczochem, ale teraz jest tutaj.
Uśmiechnęła się pod nosem, ale ten uśmiech nie był wesoły tylko nieco krzywy. Litości! Jeszcze będą jej się zlatywać jakieś pieszczochy proszące o dołączenie do klanu. Chociaż z drugiej strony widziała w niej potencjał. Spojrzała na nią podnosząc jedną brew, a po kilku biciach serca parsknęła jakby z przekąsem, ale jej uśmiech powiększył się:
- No dobra... ale pierw to! 
I na te słowa skoczyła prosto na niczego nie spodziewającą się szylkretkę. Przeturlały się kawałek dalej, ale kotce udało się wysunąć. Sarenka pacnęła kilka razy drewnianą łapą w jej stronę, ale ta nadal nie poddawała się mimo tego, że córka Sowy zauważyła jak skrzywiła się na moment. W końcu zaczęła się do niej zbliżać i odczekała moment, aż w końcu bah!, runęła na nią i przygniotła do wcześniej wymienianego, nagiego drzewa. Wyszczerzyła kły i przysunęła je do szyi kotki, która oddychała szybko ze stresu. Gdy mogła by ją już na spokojnie udusić odsunęła  łeb i wypuściła ją z uścisku.
- W normalnych warunkach byłoby już po tobie.
- W normalnych warunkach nie zdążyłabyś powiedzieć słowa. - Mruknęła niezadowolona z porażki i dopiero po chwili skapnęła się o tym jak się odezwała i położyła uszy po sobie. Sarenka zignorowała to i jedynie parsknęła krótkim śmiechem.
- Jesteś zwinna, ale kompletnie nie masz taktyki. Może coś z ciebie wyrośnie. - Przywódczyni Klanu Lisa skierowała się w stronę stodoły i zaczęła iść żwawym krokiem. - No dalej! Idziesz ze mną czy nie?! Od teraz jesteś członkinią Klanu Lisa i ciesz się, że mam wyjątkowo kapryśny humor i nie będę zważać na prawdopodobne protesty ze strony Trującego Bluszczu.

KONIEC

17 stycznia 2018

Od Sarenki C.D Jasia

Zamrugała kilkokrotnie oczami i położyła uszy po sobie. Nie była pewna co odpowiedzieć na pytania Jasia. Mimo tego, że naprawdę go lubiła, to była już taka... lisia. Patrzyła na większość rzeczy pod pryzmatem chęci walki i nie była stworzona do rozwiązywana tak trudnych i głębokich sytuacji. Przeciągnęła jeszcze parokrotnie językiem po jego uchu.
- Nie zadawaj tak wiele pytań, bo do niczego nie dojdziesz. - Parsknęła, a jej pazury wysunęły się. Przeciągnęła nimi po spróchniałych deskach, które wydały przeraźliwy zgrzyt, który jednak zamilkł w dokładnie tym momencie, gdy wsunęła z powrotem pazury. - Musimy sami znaleźć jakieś ślady.
Kocur spojrzał na nią spod przymrużonych oczu, w których błyszczały iskierki desperacji. Po chwili spytał:
- Chwila, jakie ślady?
- No takie... ślady jak ślady, no. Jak to nie daje ci spokoju to poszukamy tej twojej wesołej rodzinki. A swoją drogą mysi móżdżku, jasne, że powinieneś należeć do Klanu Lisa.
- A co z Klanem Lisa? Tak po prostu go zostawisz?
- Srebrny Szlak się nim zaopiekuje. Raczej nie dopuści, żeby coś się stało, bo wie, że w tym wypadku po powrocie dałabym jej poważny ochrzan.
- Czyli... idziemy, tak?
Kocur ruszył szybkim, pełnym frustracji krokiem ku zejściu, a później zaczął robić szybkie susy po stogach. Sarence zajęło to nieco więcej czasu, ale starała się zejść równie szybko co on. Zbliżali się ku wyjściu do stodoły, a ona rzuciła szybko do swojej starszej siostry:
- Wychodzimy. Może nas nie być do następnego szczytowania księżyca albo dłużej. Miej się na baczności.
Szara kotka rzuciła na nią z lekka zdziwionym spojrzeniem, ale zanim zdążyła coś prychnąć to szaro-biała razem z pręgowanym kocurem była już poza miejscem zamieszkania Klanu Lisa. Nie zerkała na niego, a jej wzrok wlepiony był w dal. Po chwili mruknęła kilka niezbyt wyraźnych, ale twardych słów:
- Nie mam pojęcia od czego mamy zacząć.
- Dwunożni. Domostwo dwunożnych. Nie do końca pamiętam gdzie mieszkałem, ale może kogoś spotkamy.
- Jeśli tak mówisz. Mam tylko nadzieję, że nie zmarnujemy zbyt dużo czasu na niczym. Mam wrażenie, że niezbyt się tam ogarną.

<Jasiek?>

14 stycznia 2018

Od Sarenki C.D Jasia

Zmrużyła oczy wpatrując się w kotkę, która podbiegła do niej i obsypała pytaniami. Przez chwilę Sarenka zastanawiała się czy warto w ogóle odpowiadać, ale stwierdziła, że warto, by rozgłosić trochę na osiedlu temat Klanu Lisa - nie miała powodu, aby martwić się atakiem ze strony klanów, bo wątpiła, aby jakikolwiek pieszczoch poruszał temat klanu, który nie powstał z nakazu Klanu Gwiazdy i z tego powodu kryje się w opuszczonej stodole.
- Co za dużo to nie zdrowo - Mruknęła i usiadła, liżąc swoją łapę. Co chwila jednak kukała na szylkretową kotkę, która wlepiała w nią spojrzenie. Rzuciła spojrzenie na Jasia, które wyraźnie mówiło wynośmy się stąd, ale kiedy ten jedynie parsknął śmiechem i zatuszował to kaszlnięciem, dlatego córka Sowy postanowiła jednak odpowiedzieć chociaż na część pytań. Podniosła swoją drewnianą łapę i postukała nią kilka razy o suche, zmrożone podłoże. Po kilku biciach serca odezwała się:
- To, zrobiło mi pewne ścierwo z Klanu Nocy, gdy jako kotka młodsza od ciebie próbowałam zabić zdrajcę Klanu Lisa na polecenie matki. Z resztą ten kikut to też za winą tego wojownika z Klanu Nocy. - Podniosła jedną brew widząc kotkę, która była nieco przestraszona, ale szybko zastąpiła tą emocję ciekawość, a w jej oczach zabłyszczały wesołe iskierki i zawołała z szeroko otwartymi oczami:
- O jeju, to musiało boleć!
- Bolało, ale dopiero wtedy poczułam się jak członek Klanu Lisa. Z blizną i szacunkiem. Tam możesz być kimś, dopiero wtedy, gdy pokażesz, że masz wartość większą niż zdechły lis.
-...ale nie tylko wtedy! - Wymruczał Jasio, gdy Punia rzuciła na niego zaniepokojone spojrzenie i polizała go po głowie. A przynajmniej Sarence wydawało się, że dopiero pod tym spojrzeniem Jasio stwierdził, że warto coś dodać. Prychnęła w stronę Puni:
- Jaś to nie kociak, nie potrzebuje mamuśki, która się o niego niepokoi. Nie jest miękkim mchem, który się ślamazarzy.
- Pfff! Po prostu się o niego martwię! - Odparła ostro pieszczoszka, a na jej pyszczku zagościł grymas. Co kilka bić serca zerkała z niepokojem na Jasia, który nie bardzo wiedział jak zareagować. Szaro-biała zmarszczyła brwi i ruszyła w stronę wyjścia. Postawiała pewne kroki, a wzrok miała skierowany na przód. Wskoczyła na murek, a pies zaczął szarpać o ściany swojej dziwnej klatki, ale nic nie szczekał.
- Zostawiam was samych razem z tą wyjącą, wielką bestią, a Jaś doskonale będzie wiedział gdzie mnie szukać.
***
Wróciła do stodoły z dwoma nornicami w pysku. Nie wyglądały jednak jak zwykłe upolowane zdobycze, o nie. Były całe we krwi, nosiły głębokie ślady po pazurach Sarenki, a nawet wydawałoby się, że o mały włos i nie byłyby rozdrapane całkowicie. Rzuciła je na stos zwierzyny, a Trujący Bluszcz wymruczała z pogardą coś pod nosem, ale na jej szczęście Sarenka była zbyt zajęta swoimi sprawami, aby ją zaczepić. Zauważyła, że Biegnący Zając szepcze coś do Srebrnego Szlaku Między Gwiazdami, ale nie zwracała na nich zbytnio uwagi. Stwierdziła jednak, że jej starszy brat wyrósł już ze swojej tchórzliwości jak u prawdziwego zająca i będzie mogła wreszcie mianować go wojownikiem. Nie miała jednak chęci, by robić to teraz, więc ruszyła dalej ku wejściu na drugie piętro stodoły. Zrobiła kilka susów na stogi siana, aby dostać się na najwyższy stos stogów. Z tego wszystkiego jednak nie udało jej się doskoczyć na deskę, która oznaczała najwyższe piętro, przez co zawisła nad przepaścią. Zaczęła się natarczywie wdrapywać, aż w końcu dostała się na drugie piętro stodoły. Nie wyglądało tu jak przedtem - na początku pory nagich drzew mróz był tak potężny, że Lisi postanowili zatamować błotem, trawą i inną zieleniną największe dziury, przez co wpadało do tego miejsca nieco mniej światła. Z tego też powodu dopiero kiedy umościła się w gniazdku z siana zobaczyła siedzącego w cieniu Jasia.

<Jasio! zróbmy jakąś rozmowę i ich ruchnijmy, plz XD>

28 grudnia 2017

Od Sarenki C.D Jasia

Przylgnęła do ziemi uważnie przyglądając się orzesznicy, która rozglądała się uważnie za jakimś jedzeniem skacząc po najniższych gałęziach drzew. Sarenka przesuwała się powoli do przodu, stawiając delikatnie łapy na szeleszczącym podłożu, aby potencjalna zdobycz jej nie usłyszała. Zmarszczyła nos, a jej ogon zadrgał, gdy orzesznica nagle zniknęła pomiędzy gałęziami, ale na szczęście po chwili zaczęła szybko iść po korzeniu drzewa, aby po chwili stanąć na ziemi i powąchać powietrze. To jej szansa! Tylko kot z naprawdę bystrym wzrokiem zauważył białe futerko przysłonięte przez wysoką, oszronioną trawę. Wyskoczyła na gryzonia, który nawet nie spodziewał się, że zaraz poczuje jak pazury jednego ze zdziczałych kotów zamieszkujących las wbiją mu się w skórę. Słyszała głośny pisk, ale trwał tylko chwilę, gdyż po chwili brudna od szkarłatnej krwi zdobycz nieruchomo leżała w ziemi. Kotka wylizała ją, by prezentowała się nieco... lepiej, na stosie. Powoli wzięła swoją zdobycz do pyska, mając zamiar wybrać się już w drogę powrotną do stodoły, a po drodze zbierze resztę zdobyczy, gdy zobaczyła Jasia idącego spokojnym krokiem przez las. Nie ruszała się, jej oddech przyśpieszył. Poruszyła nieco drewnianą nogą i odprowadziła wzrokiem kocura, który szybko zniknął w leśnym gąszczu. Dopiero wtedy zerknęła przelotnie na ziemię i rzuciła na nią orzesznicę, którą zasypała piachem wymieszanym z leśnym mchem. Powoli zaczęła przemykać pomiędzy nagimi drzewami i wysoką, zżółkniętą i oszronioną trawą, uważając, aby przypadkiem nie upaść przez swoją drewnianą nogę, na której mimo tego, że nauczyła się chodzić to nadal nie potrafiła nią poruszać tak sprawnie jak zdrową, kocią łapą. Serce jej zabiło szybciej, gdy kocur zbliżył się do niej - przyjaźnili się, mówili sobie o wszystkim... a przynajmniej o większości rzeczy, nie chciała więc, by ją nakrył. Nagle jednak uświadomiła sobie, że Jaś zmierza pewnym krokiem ku Siedlisku Dwunogów. Przez głowę przemknęła jej myśl, że zamierza zapolować, dlatego z nadzieją podążała za nim, aż w końcu wskoczył na mniejszy murek, nie próbując się ukryć. Gdyby zamierzał zapolować nie stałby tak na widoku, aby pies wypłoszył wszystkie szczury wokół. Parsknęła i wyszła z ukrycia, wpatrując się spod zmrużonych powiek na wojownika.
- Mam nadzieję, że pamiętasz co mówiłam - Mruknęła spokojnie i postawiła kilka kroków na przód. Obejrzał się w jej stronę, a w jego oczach zabłysła niepewność. Zeskoczył na suchą, zmrożoną ziemię i spojrzał na Sarenkę.
- Przyszedłem zapolować.
- Kłamiesz mi w żywe oczy.
Parsknęła i postawiła jeszcze jeden krok naprzód, aby otrzeć się o wojownika. Nachyliła się ku jego uchu i wyszeptała:
- Miałam nadzieję, że wybierzesz Klan Lisa, a nie jak im tam... nieważne - Zdawało się, że mówi z troską i zmartwieniem, ale tak naprawdę mówiła z ukrywanym przekąsem. Nigdy nie przepadała za pieszczochami, a tym bardziej taką postawą jaką prezentował Ogryzek. Spaślak jakich wielu, drodzy państwo - Posłuchaj, potrzebujemy cię tutaj, a ty stoisz jedną łapą w lesie, a jedną łapą na podwórzu pełnym psich gówien.
Ostatnie zdanie wymamrotała przez zaciśnięte zęby i mimo tego, że nadal powstrzymywała się od wybuchu wyrzutów i złości. Nagle zza muru wyszła zadbana kotka i rzuciła na nich nieco zdziwione spojrzenie. Po chwili uśmiechnęła się i powiedziała z zadowoleniem, jednakże z ukosa zerkała co chwila na Sarnę:
- Oh, Jaś! Nie spodziewałam się, że ona też tu przyjdzie.
- Przyszłam tu jedynie ze względu na niego, nie po to, żeby odwiedzić... was.
Dawna przyjaciółka Jasia pokiwała powoli na to i zignorowała córkę Sowy, aby skupić swoją całą uwagę na kocurze. Odepchnęła delikatnie biało-szarą i polizała jedynego kocura w tym towarzystwie pomiędzy uszami.
- Moje kociaki są absolutnie cudowne! Jedna kotka mi mocno przypomina ciebie, za to jej siostra jest prawdziwą amazonką. A ich bracia mają nieco cięte języki, jeden większość dnia przesypia, a drugi wybiera się na wyprawy z Ogryzkiem.
- Ciekawe - Burknęła Sarna odsuwając się od tej dwójki. Mogli sobie gadać, ale ona nie miała zamiaru marnować czasu na głupoty. Poczeka, ale byleby nie długo. Miała w planach przed prawdziwym mrozem i wielkimi opadami śniegu zatamować dziury w stodole, upolować coś jeszcze, dopilnować, aby Trujący Bluszcz razem z Zającem poszukali jak najwięcej ziół, a później klapnąć sobie gdzieś w sianie.

<Jasiu?>