BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Owocowy Albert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Owocowy Albert. Pokaż wszystkie posty

27 maja 2018

Od Owocowego Alberta

Biegł.
Biegł najszybciej jak potrafił, ledwie łapał oddech, nogi bolały go od wysiłku, czuł, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi, ale nie mógł, nie mógł się zatrzymać!
W ślad za nim pędziła rozwścieczona, cynamonowa kotka z żądzą mordu błyszczącą w żółtych oczach - dawna partnerka Alberta, Kukułka.
Mimo, że sfinks był od Kukułki o wiele szybszy, to tamta była bardziej wytrzymała, a do tego poganiało ją nienawistne uczucie jakie żywiła do kocura. Złapanie Alberta było tylko kwestią czasu, a kiedy już to się stanie...
Sfinks z trwogą poczuł, że plączą mu się nogi. Z rozpaczliwym wrzaskiem przewrócił się na twardą powierzchnię, a następnie przeturlał, uderzając ciałem w kosz na śmieci. W tym momencie zdał sobie sprawę, że już nie ma dla niego ratunku. Nie próbował się nawet podnieść, bo gdy tylko ta myśl przebiegła mu przez głowę, poczuł żelazny uścisk szczęk Kukułki na swoim karku. Rozsierdzona kotka szarpnęła brutalnie sfinksem parę razy, po czym uderzyła nim o ziemię. Albert jęknął półprzytomnie, czując okropny ból rozchodzący się po całym jego ciele. Jego serce biło jak oszalałe.
- Albert... - wysyczała Kukułka, a kocur mógł przysiąc, że gdy po kilkunastu miesiącach znowu usłyszał jej głos, miał wrażenie, że tysiące igieł wbiły mu się głęboko w uszy. - Po takim czasie... mogłam się domyślić, że schowasz się przede mną u Wąsa, pieprzony tchórzu. - Głos kotki był nasączony wszystkim co najgorsze - nienawiścią, pogardą, żalem, wstrętem.
- Zamknij pysk - wydyszał Albert, z trudem przezwyciężając kujący ból w klatce piersiowej i suchość w gardle. - Nic dla mnie nie znaczysz, myślisz, że twoje słowa robią na mnie jakiekolwiek wrażenie? - ostatkiem sił odwrócił głowę w stronę Kukułki, a na jego pysk wpłynął podły uśmiech.
Oczy cynamonowej płonęły wściekłością, jej pazury były wysunięte, a ogon zamiatał gniewnie podłoże. Oddychała ciężko i chrapliwie, przez kilka uderzeń serca milczała.
- Ależ kochanie - warknęła, uśmiechając się sadystycznie - przecież byłam dla ciebie całym światem... Czyżby coś się stało? - zamruczała Kukułka.
- Rdzawa się stała - miauknął Albert, a wymówienie imienia ukochanej było w tej chwili najprzyjemniejszym momentem. - Żałuję, że kiedykolwiek cię poznałem, Kuku. Żałuję, że przystałem wtedy, w lesie, na twoją propozycję. Nienawidzę twoich dzieci - mówił sfinks. - Za to całym sercem kocham Rdzawą i... i nasze kocięta, mimo, że pewnie nigdy ich nie zobaczę - zakończył, patrząc cynamonce prosto w oczy.
Kukułka otwierała pyszczek coraz szczerzej, a gniew malujący się na jej twarzy rósł z każdą sekundą.
- Ta wywłoka... - wycedziła. Po chwili dopadła go gardła Alberta i zaczęła szarpać kocurem. Czerwona posoka rozlała się na chodniku, ale kotka nie zamierzała odpuścić. Chciała go zniszczyć. Każdą część jego ciała naznaczyć krwistym śladem. Zaczęła drapać martwego już kocura, a jej  syki po chwili przeobraziły się w sadystyczny śmiech, który niósł się pomiędzy budynkami:
- Och, zobaczysz swoją rodzinę, Albert! Już niedługo będą tam gdzie ty!

16 maja 2018

Od Owocowego Alberta C.D. Rdzawego Ogona

Kiedy poczuł na swojej piersi ciepły dotyk Rdzawej, po jego grzbiecie przeszedł dreszcz.
- Rdzawa... Kocham cię, bardzo mocno, uwierz mi... Ale czy koty takie jak ty przyjmą mnie z otwartymi łapami? Znaczy, nie zrozum mnie źle, ale kiedy za pierwszym razem cię spotkałem... Szczerze powiedziawszy, myślałem, że mnie zabijesz. Sporo czasu zajęło nam dogadanie się, a to głównie twoja zasługa. Jeśli twój klan pełen jest kotów takich jak ty na początku... Nie przeżyję tam ani jednego dnia - zaśmiał się smutno Albert. Naprawdę mocno chciał wrócić razem z Rdzawą, ale był świadom, że wojowniczka może spotkać się z dużą dezaprobatą ze strony swoich przyjaciół. - Chcę twojego szczęścia, ale czy będziesz szczęśliwa, jeśli zostanę tam zabity?
Spoglądał głęboko w oczy szylkretowej kotki, które błyszczały blaskiem gwiazd. Z troską zauważył, że przemknął przez nie cień smutku.
- Zaufaj mi. Będę cię chronić przed niebezpieczeństwami, przekonam wszystkich, że zasługujesz na ich szacunek i że nie jesteś typowym pieszczochem. - Mówiąc to przysunęła się bliżej kocura i wtuliła pyszczek pod jego ramię. Albert czuł jej ciepło, słyszał jej pomrukiwania. Przełknął ślinę, wziął głęboki oddech, a następnie otworzył pyszczek, z którego padło te jedno krótkie, ale jednocześnie tak ogromnie ważne słowo.
- Wrócę.
<Rdzawox?>
Przepraszam ciebie bbb że tak krótko i ogólnie wyszło jak sernik z rodzynkami ale nie wiedziałam kompletnie jak to dalej rozwinąć, plox wybacz :'( <3

03 maja 2018

Od Owocowego Alberta C.D. Rdzawego Ogona

- Nie. To Artur, brat bliźniak Alberta - uśmiechnął się cwaniacko kocur, ale mimo to w środku ucieszył się na widok kotki. Ucieszył? To mało powiedziane. On po prostu poczuł, że fala radości, szczęścia i wszystkiego innego co dobre go zalała. Nie potrafił długo trzymać tych uczuć w sobie, bowiem już po chwili doskoczył do ukochanej i wtulił się w jej futro z rozkoszą. Przez moment kotka nie reagowała i sfinks już zaniepokoił się, że zareagował trochę zbyt gwałtownie, ale wtedy poczuł ciepłą wilgoć języka Rdzawej na swoim uchu.
- Tęskniłem za tobą, najdroższa - zamruczał ciepło, z upojeniem wdychając zapach jej sierści.
- Ja za tobą też. Troszkę. - Zaśmiała się ciepło szylkretka. - W ogóle, to co się z tobą stało? - Rdzawa odsunęła się od sfinksa, a w jej żółtych oczach błysnęła niepewność. - Gdzie są twoi Dwunożni? Czemu tak wychudłeś? Ten twój strój jest całkowicie zniszczony, masz tyle blizn... I na ciernie i osty, Albert, co się stało z twoim okiem?! - wykrzyknęła ze zgrozą Rdzawa.
- Wszystko ci wyjaśnię, ale później - zamruczał Albert spokojnie. - Jesteś może głodna? Co prawda, nie mamy tutaj nic poza szczurami i resztkami ludzkiego jedzenia, ale jestem pewien, że coś przypadnie ci do gustu - miauknął sfinks, ruszając w głąb jednej z uliczek.
- Mamy? Jest was tutaj więcej? - Rdzawa zmarszczyła brwi mrużąc oczy.
Albert przeklął w myślach. To też będzie musiał jej wyjaśnić. Może najlepiej po kolei?
- Dobra, więc... zacznijmy od początku. - Westchnął Albert, wiedząc, że czeka go dużo gadania. - Pamiętasz może Kukułkę? Swego czasu trochę się... pokłóciliśmy. Ona była na mnie na tyle zła, że rzuciła się na mnie i wydrapała mi oko. Do tego moi ludzie wzięli do naszego domu jakąś okropną pannicę. Morda jak klin, nos jak deska, a uszy wielkie i tak daleko od siebie, że można by stracić sporo kilogramów, jakby pieszo przejść odległość między nimi! Gdyby chociaż była tylko brzydka, ale nie, ona uważała się za boginię i każdy ją tak miał traktować! Nie zamierzałem do końca życia znosić uwag tej tępaczki, poza tym okropnie się bałem, że ta wariatka, Kukułka nie poprzestanie na oku i pewnego dnia przyjdzie do mnie raz na zawsze ze mną skończyć. Chcąc nie chcąc, musiałem uciec z domu.
Na całe szczęście, mój znajomy, Wąsik, którego też już kiedyś poznałaś, miał na tyle dobre serce, że postanowił mi pomóc. Nauczył mnie podstaw walki i polowania, chociaż muszę przyznać, dalej jestem w tym okropny... Mniejsza, po jakimś czasie uznałem, że nie mogę tak dalej żerować na jego dobroci, bo Wąsik opiekuje się jeszcze sporą grupą innych kotów, a pomaga mu w tym tylko ten tuman, Adam, który jest jeszcze większym problemem. No więc uznałem, że ja też będę mu pomagać. Jak na razie to jedynie poluję i znajduję jedzenie, co jest całkiem trudnym zadaniem tutaj, w mieście, ale jakoś daję radę. Taki styl życia nieco odbił się na moim wyglądzie, ale przyznaj, kochana, że dalej wyglądam porywająco i epicko! - zakończył Albert.
Przez chwilę szli w milczeniu, jakby Rdzawa analizowała to wszystko.
- Kiedy ostatnim razem cię spotkałam - odezwała się w końcu kotka - byłeś grubym, wrednym pieszczochem, który na samą myśl o walce trząsł się ze strachu. A teraz... teraz umiesz walczyć i polować, a do tego pomagasz innym, mimo, że tak właściwie nic z tego nie masz. - Rzekła szylkretka, a jej głos nie wyrażał żadnych emocji. - Zaczynam wierzyć, że rzeczywiście jesteś bratem bliźniakiem Alberta, Arnoldem! - zaśmiała się Rdzawa.
- Arturem - poprawił ją sfinks.
- No mówię, Adrianem - zachichotała jego ukochana w odpowiedzi.
Szli dalej alejkami przekomarzając się i żartując, aż w końcu doszli do starego, rozpadającego się budynku.
- To jest Dom. - miauknął Albert.
- Dom?
- No, Dom.
- Ale... tak po prostu zwykły dom?
- Nie, nazywamy ten dom Domem.
- Czyli to po prostu dom.
- Nie, to Dom.
- Dobra, nieważne! - rzuciła kotka szybko, ucinając dyskusję. - Tutaj trzymasz jedzenie? Bo jestem odrobinę głodna.
- Tak, to tu- - Albert już zamierzał odpowiedzieć, ale nagle coś rzuciło się na niego z boku i przygwoździło go do ziemi.
- Albert, pierdoło! - wykrzyknęła Aśka wesoło. - Szukałam cię, no bo... Czekaj, kto to jest? - uwagę różanej kotki natychmiast przykuła Rdzawa. - Na słodkie morele, ładna jesteś! - Aśka doskoczyła do szylkretki i skocznym chodem zaczęła ją okrążać. - Ładnie pachniesz, tak nietypowo! Lasem trochę. Nie widziałam cię tutaj wcześniej, skąd jesteś? Uciekłaś z samochodu? Porzucili cię tutaj? Ej, a może się tutaj z tobą przeprowadzili! Właśnie, masz właścicieli, czy jesteś bezdomna?
- Tak. - Wymamrotała tylko Rdzawa, a Albert wręcz mógł poczuć, jak przygnieciona tym natłokiem pytań jest kotka.
Jednak Aśka nie była usatysfakcjonowana tą odpowiedzią. Już otworzyła pyszczek, żeby zalać Rdzawą kolejnymi pytaniami, ale Albert położył jej łapę na mordce i szybko wycofał się wraz z przyjaciółką do Domu.
W środku jak zwykle było ciemno i nieco duszno. W miejscach, gdzie światło padało na podłogę oraz w kątach wylegiwały się koty najróżniejszej maści. W większości były to młode kocury i kotki bądź starcy, którzy nie mieli nawet siły się ruszać, jednak pod zniszczonym, pozbawionym nogi krzesłem spała ciężarna kotka w kwiecie wieku. Mniej więcej na środku pomieszczenia leżał niewielki stosik zdobyczy, składający się głównie ze szczurów.
- Przytulnie tu całkiem - mruknęła Rdzawa, a na jej pysk wpłynął szyderczy uśmieszek.
- Dobra, wiem, w tym twoim lesie pewnie jest o wiele lepiej, ale nie możemy sobie pozwolić na nic innego - westchnął sfinks.
- Przecież możecie... - zaczęła kotka, ale zaraz potem ucięła i przygryzła wargę. - Nieważne.
<Rdzawox śmierdziawox? nie wiem mogą sobie jeszcze o czymś pogadac......>

17 marca 2018

Od Owocowego Alberta CD. Orła

Delikatny zapach ziół zmieszał się z typowym, miejskim smrodem, kiey Albert zbliżał się do rzekomej uzdrowicielki. W momencie, gdy zobaczył ją po raz pierwszy, na myśl przyszła mu jego "znajoma" Jagódka, która wiele miesięcy temu porządnie przetrzepała mu skórę, a raczej sweter. Zrobiło mu się gorąco, kiedy przypomniał sobie jak jego dawna właścicielka tak bardzo rozczulała się nad tą chędożoną w rzyć szują. Zdusił w sobie nieprzyjemne wspomnienie i skupił wzrok na kotce.
- Uzdrowicielka, tak? - spytał lekceważąco, po czym nie czekając na odpowiedź dodał. - Mam do ciebie sprawę.
Kocica spojrzała na Alberta z błyskiem niechęci, ale też i zainteresowania w oczach. Kiedy uciekł z domu, te spojrzenia były wyjątkowo przytłaczające, lecz teraz się do nich przyzwyczaił. Zrozumiał, że dla ulicznych kotów jest czymś nowym, że nie na co dzień spotyka się łysego kota bez uszu, oka i w poszarpanym, brudnym stroju dinozaura.
Sfinks utykając zbliżył się do uzdrowicielki, po czym uniósł wysoko ranną łapę.
- Ugryzienie szczura. - Rzekł krótko przymknąwszy oczy.
- Ach, tak, ugryzienie szczura. Bez leczenia może się wdać poważna infekcja... - miauknęła kotka niedbale, ale agresywne spojrzenie szmaragdowych ślepi dalej miała utkwione w Albercie.
Teraz, kiedy dokładniej się jej przyjrzał, wcale nie była tak podobna do Jagódki. Owszem, obie były wysokie, ale teraz kocur dostrzegł liczne różnice. Podczas kiedy jego stara znajoma była zwyczajnie smukła, ta tutaj kocica była wręcz wychudzona. Jej futro było wyraźnie gęstsze, spływało białymi kaskadami po jej ciele wprost na zabrudzony chodnik. Najbardziej w oczy rzucała się blizna, ciągnąca się od głowy, aż do barku.
<Orzeł? W końcu odpisałam, wybacz za ten gniot. :c>

03 marca 2018

Od Owocowego Alberta

Sfinks zakręcił biodrami, po czym wybił się silnymi, tylnymi nogami, wyciągając przednie łapy przed siebie. Wbił pazury w niczego nie spodziewającego się szczura, gryzoń jednak nie poddał się bez walki - jego zwinne ciałko obróciło się akurat tak, że z łatwością wbił kły w palec Alberta. Kocur zdusił w sobie pisk, po czym chwycił szczura zębami za kark i zaczął szarpać gwałtownie. Już po chwili jego ofiara bezwładnie zwisała z jego pyska. Kusiło go, żeby zjeść zwierzątko, ale wiedział, że musi dostarczyć najpierw jedzenie kotom z Domu. Ach, gdyby tylko Wąsik postanowił nauczyć wszystkich polowania, byłoby mu o wiele łatwiej!
Kulejąc, ruszył w stronę Domu, czyli starej, rozpadającej się rudery. Gdy dotarł, przeskoczył dwa niskie schodki i wkroczył do środka. Niska, niebieskooka kotka o rudo-różanej sierści podniosła głowę, a gdy zobaczyła, kto przyszedł, zamruczała. Albert skierował się w najbardziej zacieniony kąt Domu i odłożył szczura na stertę zwierzyny. Była niepokojąco mała.
- Lew ci kreci? - zagadnęła Aśka pojawiając się nagle za Albertem, nawet nie zdając sobie sprawę z tego, że pomyliła litery.
Sfinks podskoczył zaskoczony.
- Tak, szczur mnie dziabnął... - miauknął od niechcenia.
Różowa kotka powąchała ranę, po czym zmarszczyła nos.
- To niedobrze. Możesz dostać zakażenia, wiesz? - rzekła Aśka.
- I tak nie mamy tutaj żadnego medyka, kochana - odpowiedział sfinks, chociaż tak naprawdę słowa przyjaciółki napełniły go obawą.
Kotka parsknęła śmiechem.
- Podobno ostatnio, w zachodniej części miasta, kręciła się jakaś zielarka. Jastrząb, czy jak jej tam - Aśka usiadła, po czym zaczęła czyścić sobie futerko na piersi.
Albert przypomniał sobie, że rzeczywiście, słyszał plotki o uzdrowicielce, która pojawiła się w mieście. Bez słowa zwrócił się w kierunku wyjścia.
- Zachodnia część?
- Zachodnia część. - Odpowiedziała Aśka.
<Orzeł? Możesz napisac, jak nagle wbija do ciebie jakiś śmieszny koti z raną>

19 lutego 2018

Od Owocowego Alberta

W sumie, pogodził się z tym.
Pogodził się z tym, że jego była próbowała go zamordować, a do tego wydrapała mu oko. To tylko bardziej zrobiło z niego wrednego, zamkniętego na wszystkich drania. Lodowy kolor jego tęczówki zdawał się odzwierciedlać stan jego serca - diabelsko zimne. Wyraźnie stwardniał, a jego wizyty u Mruczka i Zeldy były coraz rzadsze, bowiem wolał spożytkować ten czas na włóczenie się z Wąsikiem oraz Adamem. Po prostu frajerskie zachowanie starszej kotki i przybranego brata zaczęło go irytować.
Zmarszczył nos, gdy nadepnął na mokrą, zabrudzoną gazetę. Przyjrzał się jej dokładnie, mając nadzieję, że może jednak tym razem uda mu się odczytać zapisane na niej, tajemnicze znaki. Jednak, tak jak się spodziewał, nie dostał żadnego magicznego olśnienia czy nagłego przypływu wiedzy. Dalej był tym samym Albertem, wpatrującym się tępo w przemoczony skrawek papieru. Uniósł nieco lewą wargę, po czym poszedł dalej zimnym chodnikiem.
Wysokie budynki zasłaniające ostatnie już promienie zachodzącego słońca rzucały mroczny cień na wąskie, szare alejki, a fioletowy strój Alberta okropnie nie pasował do kolorów dookoła. Miasto wydawało się dziwnie ciche - oczywiście, kiedy robiło się ciepło, ludzie opuszczali swoje domy na pewien czas, a potem, gdy temperatura spadała, wracali. Może to jakiś rodzaj migracji? Nie, sporo z nich zostawało.
Czasami drogą przejeżdżał z warkotem jakiś samochód, zostawiając za sobą ślad śmierdzącego gazu, czasem przechodziły obok niego grupki ludzkich podrostków patrzących na niego dziwnie. Człowiek powiedziałby, że ulica jest niemalże pusta.
Jak bardzo by się mylił! Przecież wystarczyło powęszyć lub wsłuchać się nieco dokładnej, by usłyszeć, jak toczy się życie wąsatej, bezdomnej części mieszkańców, którą Albert miał w zwyczaju nazywać Haremem Wąsika, co nie było do końca prawdą - kotki nie stanowiły nawet połowy podopiecznych czarnego kocura, a do tego wiele kotów potrafiło samodzielnie przeżyć na ulicy i nie życzyło sobie, żeby ktokolwiek uznawał ich za jednego z tych wyrzuconych na ulicę piecuchów czy życiowych nieudaczników, którzy powinni paść ofiarą selekcji naturalnej.
Czasami sfinks uważał, że Wąsik jest zbyt dobroduszny. Czarny kocur musiał wraz z dwoma innymi kompanami zapewnić jedzenie i dach nad głową niemalże dwudziestu kotom, ale nie otrzymywał w zamian nic, oprócz "dziękuję". Włóczęga doskonale zdawał sobie sprawę, że wszyscy w mieście go kochają i podziwiają, w najgorszym wypadku darzą niechętnym szacunkiem, ale czy zmęczenie oraz głód mógł zaspokoić uwielbieniem?
Albert nie chciał się do tego przyznawać, ale Wąsik był jego niezastąpionym autorytetem i wierzył, że w końcu kiedyś, pewnego dnia, stanie się jak on.
Sfinks nagle skręcił gwałtownie w z pozoru ślepy zaułek. Kończył się on starym, rozpadającym się dziurawym płotem. Albert prześlizgnął się pod nim, narzekając i klnąc za każdym razem, kostium dinozaura zaczepiał o ogrodzenie. Gdy w końcu przedostał się na drugą stronę, jego oczom ukazał się mały, rozklekotany dom, wyglądający, jakby pochodził jeszcze z ubiegłego stulecia. Na spróchniałym ganku walały się rozbite butelki i wypalone papierosy, natomiast drzwi były wyłamane, a wszystkie okna wybite. Cały budynek był brudny, obskurny i wyblakły. Ludzie zazwyczaj się tutaj nie zapuszczali, nie licząc nastoletnich samców w dresach. Albert im się nie dziwił, bowiem w nim samym budził się niepokój oraz lęk za każdym razem, gdy widział dom.
Albert wziąwszy głęboki oddech, truchtem podszedł do budynku i wskoczył na ganek. Deski zaskrzypiały pod jego ciężarem, dając mu do zrozumienia, że jest spasłym grubasem, a kocur wkroczył do środka.
Żaden człowiek by nie przypuszczał, że w środku tego tego opuszczonego budynku urządziła sobie siedzibę wielka gromada kotów. Ludzie są tacy dziwni. Nie dostrzegają mnóstwa rzeczy widzianych gołym okiem. Czasami było mu nawet ich szkoda - biedne stworzenia o upośledzonych zmysłach.
- Albercie! - usłyszał wesoły okrzyk, a z cienia wyłonił się przystojny, wysoki czarny kocur o półdługiej, zmierzwionej sierści. Jego ładne, złociste oczy błysnęły serdecznie na widok sfinksa. Zaraz obok Wąsika pojawił się też duży, jasnorudy kocur o puszystym, sterczącym na wszystkie strony kręconym futrze. Jego brązowe ślepia ładnie komponowały się z kolorem pręg, a na pyszczku kremowego kocura malował się szeroki uśmiech. Za Adamem jak zwykle unosił się smród zgniłego jedzenia, ale Albert chyba już do tego przywykł.
- Kopę lat! - Adam śmiejąc się basowo przyłożył nos do czoła sfinksa, a Albert poczuł, że ten gest nieco go speszył, ale mimo to zmusił się do lekkiego uśmiechu. - Niech mnie, brachu, ileż to czasu minęło, kiedyśmy się ostatnio widzieli? Jak mnie pamięć nie myli, miałeś wtedy oko! - dodał rudy kocur.
- Właśnie, Albercie, kto ci to zrobił? Czyżby w okolicy kręcił się jakiś szaleniec? Może stanowić zagrożenie... - zaniepokoił się Wąsik, dokładnie oglądając bliznę po lewej stronie pyska w miejscu, gdzie kiedyś było oko.
Sfinks usiadł, czując narastające zakłopotanie i zawstydzenie.
- Zgubiłem dziecko mojej teraz już ex, Kukułki - wyjaśnił krótko.
Wąsik, zmartwiwszy się jeszcze bardziej, usiadł owijając nogi ogonem, ale do Adama jakby to nie dotarło, bo ryknął potężnym śmiechem. Kilka drzemiących kotów poderwawszy głowy spojrzało w kierunku potężnego kocura - w oczach większości tliła się złość lub przestrach. Nikt nie zwrócił uwagi na Alberta poza małym kociątkiem, które wbiło w sfinksa spojrzenie na nieco dłużej, tak jakby łyse koty w fioletowych ubrankach dinozaura były tutaj czymś najnormalniejszym.
- Przestań się śmiać - zganił Adama Wąsik, trzepnąwszy go długim ogonem w nos. - To poważna sprawa. Kukułka to wspaniały sojusznik, ale też przerażający wróg. Nie odpuści tak łatwo Albertowi - myślał na głos czarny kocur, po czym zwrócił się do Alberta. - Czy Kukułka wie, gdzie mieszkasz?
Sfinks skinął głową.
- Do diabła! - zaklął. - Albercie, przykro mi, ale nie możesz wrócić do domu. Widziałem Kuku w akcji, to naprawdę mściwa kotka i nie zawaha się przed niczym. To tylko kwestia czasu, kiedy postanowi dokończyć to, co zaczęła.
- Czyli... nie mogę wracać do domu? - spytał się zszokowany Albert.
- Nie możesz wracać do domu.
- Przyyyypał... - wypalił Adam.
Tego samego zdania był Albert.
~dwa tygodnie później~

Życie na ulicy było o wiele trudniejsze, niż mu się wydawało.
Oczywiście, mógł przecież cały dzień wylegiwać się, włóczyć lub wyjść do lasu, a potem, na koniec dnia, otrzymać jedzenie od Wąsika, jednak on nie zamierzał być pasożytem jak reszta kotów pod opieką czarnego kocura.
Wymusił na Wąsiku naukę polowania i walki, pod groźbą, że jeśli się nie zgodzi, to pójdzie zobaczyć, jak miewa się Kukułka. Jego nauczyciel początkowo się ociągał, ale teraz Albert musiał wstawać bardzo wcześnie rano, żeby przejść trening walki. Po nim od razu szedł z Wąsikiem na polowanie. Jak na razie jego udział w łowach ograniczał się do obserwacji.
Według Adama, Albert robił bardzo duże postępy w walce, ale sfinksowi trudno było w to uwierzyć. Nie ważne, jaką taktykę podjął, Wąsik zawsze go pokonywał. Czarny kocur był silny, ale i szybki, natomiast Albert nie wyróżniał się żadną umiejętnością - ot, przeciętniak.
- Przestań ciągle unikać ataków! - warknął na niego Wąsik surowo, ale w jego złotych oczach tliła się iskierka podekscytowania. Dla niego to nie była prawdziwa walka, lecz zwykła rozgrzewka, która poprawiała mu humor i podnosiła na duchu. Nie można było powiedzieć tego samego o Albercie. Dziękował w duchu, że ma na sobie chroniący przed zadrapaniami kostium dinozaura, ale i jego zbroja była coraz bardziej poharatana.
- To odruch! - jęknął Albert. - W ogóle nie mam pojęcia, jak cię zaatakować! Jesteś zbyt szybki!
Wąsik zachichotał.
- Na początku pomysł nie jak, ale gdzie atakować? Brzuch, gardło, narządy zmysłu, czyli delikatne części ciała. Je powinieneś atakować. Zapamiętaj to sobie, a teraz precz mi z oczu! - rzekł tonem złego profesora Wąsik.
- Nie idę dziś z tobą na polowanie? - spytał z niedowierzaniem Albert.
- Nie. Masz za to czas do zmierzchu, by zapamiętać, gdzie najlepiej atakować. Idź, pożartuj sobie z kimś, zdejmij te okropne ubranko z siebie czy coś - rzucił Wąs i już go nie było.
Sfinks stał odwrócony tyłem do rozpadającego się budynku i wpatrywał się zdziwiony w dziurę w płocie, w której zniknęła kita Wąsika.
Jest wolny do końca dnia?
Przez chwilę nie miał pojęcia, co ze sobą zrobić, ale potem zdał sobie sprawę, że właśnie ma okazję zapoznać się z podopiecznymi jego nauczyciela! Może to nie było jego największe marzenie, ale zawsze lepiej jest mieć znajomości. Wbiegł szybko do rudery, którą tutejsze koty zwykły nazywać po prostu Domem, po czym rozejrzał się w poszukiwaniu kogoś, kto nie spał. Niestety, ci mieszkańcy Domu, którzy nie spali, nie mieli tu raczej nic do roboty, więc poza chrapiącymi, skołtunionymi kulkami futra nikogo tu nie dostrzegł.
Już miał wrócić z powrotem na zewnątrz, ale wtedy usłyszał za sobą tupot łap wraz ze skrzypieniem desek. Nie zdążył nawet zareagować, gdy ktoś na niego wpadł. Albert przeturlał się po podłodze, a od strony wejścia usłyszał "Przepraszam!". Gdy tylko poczuł, że przestał się turlać, podniósł się na nogi i spiorunował kota, który na niego wpadł, wściekłym spojrzeniem.
- Patrz gdzie biegasz, bo możesz kiedyś kogoś stratować! - ofuknął go, strzelając ogonem.
W drzwiach stała niższa od niego kotka o jasnej, ładnej sierści, której kolor przywodził na myśl rudy zmieszany z różanym. Futro kotki ozdobione było grubymi, ciemnymi zawijasami i pręgami, a spod zmarszczonych brwi spoglądały na niego prześliczne, błękitne oczy, których koloru nie mógł dokładnie opisać. Między ślepiami miała białą plamkę, a od nosa biel rozciągała się aż po klatkę piersiową, do połowy brzucha. Kotka miała również białe palce.
- Wycziluj fasolki ziom, przecież przeprosiłam! - fuknęła nieznajoma, ale w jej głosie powiewała nutka radości.
Albert burknął rozsierdzony, ale złość powoli z niego uchodziła. Nim zdążył się zorientować, pręgowana kotka podeszła do niego i spojrzała mu w oczy.
- Kim jesteś? - spytała, przekrzywiając głowę. - Ja jestem Pustułka, ale możesz mnie nazywać Aśka!
Pustułka.
Pustułka.
Kukułka.
- Halo? - Pustułka pomachała mu łapą przed nosem, a on potrząsnął głową, wracając do rzeczywistości. - Ziemia do Alberta!
- Znasz moje imię? - zdumiał się sfinks.
- Ależ oczywiście! - oznajmiła kotka ze śmiechem. - Dzięki Adamowi i Wąsikowi znają cię już prawie wszystkie koty na osiedlu! Nigdy nie widziałam, żeby pupilek ludzi cieszył się taką, hm, popularnością! - wykrzyknęła Aśka, a jeden ze śpiących kotów przekręcił się mamrocząc coś przez sen.
- Naprawdę? - Albert nigdy w życiu nie przypuszczał, że będzie kiedykolwiek i gdziekolwiek znany, ale po chwili dotarło do niego, że to znaczy, że musi starać się jeszcze bardziej. Nie dość, że musi zabłysnąć w oczach Wąsika, to jeszcze w oczach wszystkich innych kotów.
- Mhm - mruknęła. - Rany, w ogóle nie wiesz, co się wokół ciebie dzieje! Wychodzisz ty w ogóle poza obręb Domu? Wiesz co, nieważne, chodź, oprowadzę cię po mieście! - zaproponowała Aśka i śmiejąc się serdecznie wypchnęła go na zewnątrz.
Zdał sobie sprawę, że nie zadawała żadnych pytań na temat jego sierści, czy może raczej jej braku. Nie zwracała uwagi na wydrapane oko czy poharatane uszy. Nie wyśmiała nawet jego upokarzającego stroju dinozaura.
Dotarło do niego, że tutaj nie będzie oceniany za swój wygląd, ale za swoje czyny. Dla kotów ulicy blizny różnego rodzaju były czymś najnormalniejszym w świecie i nie zamierzały go wyśmiewać za jego ubytki.
Zawsze wyobrażał sobie zdziczałe, bezpańskie koty jako krwiożercze, bezwzględne bestie, walczące o najmniejszy nawet kawałek pożywienia. Nie przypuszczał, że zostanie tutaj powitany jak widywany na co dzień przyjaciel. Może to Wąsik tak wpłynął na serca bezdomnych kociaków?
Nie obchodziło go to teraz. Teraz cieszył się obecnością Aśki, która cały czas trajkotała i zdawało się, że zna na pamięć historię każdej pojedynczej kostki brukowej w mieście. Cieszył się słońcem grzejącym go miło w grzbiet i delikatnym, aczkolwiek przyjemnym bólem w nogach.
Pierwszy raz w życiu miał pewność, że jest we właściwym miejscu, we właściwym czasie.

12 lutego 2018

Od Owocowego Alberta C.D. Tuni

- JAK TO ZGUBIŁEŚ POLEWKĘ PRZY BAGNACH?! - ryknęła Kukułka, a Albert mógł przysiąc, że nigdy w życiu nie widział tak rozsierdzonego kota.
Pioruny biły z płonących żywym ogniem, żółtych ślepi cynamonowej kotki. Gruby, napuszony ogon uderzał o podłogę z taką siłą, że Albert miał wrażenie, że zaraz się zawali. Futro na całym jej ciele było tak nastroszone, że i tak już wielka Kukułka wyglądała na trzykrotnie większą. Skulony u jej łap sfinks wyglądał w swoim kostiumie dinozaura po prostu śmiesznie i żałośnie.
- Ona prosiła, żeby ją zabrać na spacer, a kiedy przy bagnach chciałem zawracać, to po prostu zniknęła... - wymamrotał Albert łamiącym się głosem
Furia bijąca od jego partnerki była wręcz namacalna, a z każdą sekundą, z każdym uderzeniem serca rosła. Widział, jak Kukułka co chwila wysuwa i chowa pazury.
- A więc zgubiłeś nasze... MOJE dziecko. - Zaczęła cynamonowa kotka, zamykając oczy. - I mówisz mi o tym tydzień po, kiedy zdążyłam już przeszukać wszystkie zakamarki na osiedlu, rozerwać mojego pluszaka i wypłakać całe oceany łez... - Kukułka powoli uniosła powieki, a jej twarde spojrzenie utkwione było w drżącym sfinksie.
- Tak - pisnął kocur.
Przez niesamowicie długą chwilę panowała między nimi cisza.
A potem Kukułka wrzasnąwszy skoczyła na Alberta, przewracając go i przygniatając swoim ciężarem.
Zacisnęła mocno szczęki na gardle kocura, a oszołomiony nagłym atakiem sfinks jęknął głucho. Wiedział, że nie ma szans w walce z jego ukochaną, a nawet jeśli, to nigdy nie odważyłby się jej skrzywdzić. Powinien się poddać, pozwolić, by Kukułka zmiażdżyła mu tchawicę, rozdarła brzuch, wyrwała ogon.
Głowa Alberta już miała bezwładnie opaść, kiedy dotarło do niego co się dzieje.
Jest duszony.
Świadomość, że zaraz może zdechnąć, uderzyła w niego niczym pędzący samochód. Wrzasnąwszy rozpaczliwie kopnął Kukułkę z całej siły w brzuch. Kotce zabrakło na moment tchu, a Albert dalej atakował ją tylnymi nogami, starając się włożyć w każde kopnięcie i każde drapnięcie jak najwięcej mocy. Zdezorientowana Kukułka wypuściła szyję kocura i ryknęła, zarzucając łeb do tyłu. Sfinks najszybciej jak umiał wyślizgnął się spod kotki, dziękując w duchu, że była na tyle pewna swojego zwycięstwa, że nie pomyślała o przytrzymaniu Alberta pazurami. Kilkoma susami dopadł do drzwi, ale zanim wyszedł przez klapkę na zewnątrz, obejrzał się do tyłu, by po raz ostatni rzucić okiem na dom Kukułki.
Natychmiast tego pożałował.
Poczuł, jak ostre pazury goniącej go kotki zatapiają się w skórze obok oka, a potem wędrują w bok.
Ból, kiedy Kukułka wydrapywała mu oko, był niewyobrażalny. Albert wrzasnął głośno, po czym wypadł przez klapkę w drzwiach na zewnątrz.
- Jesteś świruską! - ryknął uciekając. - A Rdzawa jest o wiele seksowniejsza od ciebie, płaskomorda dupodajko!
* * *
Ile czasu minęło, odkąd stracił oko?
Szczerze powiedziawszy, nie tak sobie wyobrażał ostatnie spotkanie jego i Kukułki. Przede wszystkim nawet nie myślał, że będą walczyć.
Albert leżał skulony na swoim legowisku, a obok, na jedwabnej, lawendowej poduszeczce, wylegiwała się Adelajda. Nie zareagowała, kiedy sfinks przyszedł do domu ze zmasakrowanym pyskiem, ale kiedy kocur już wrócił od weterynarza, nie oszczędziła mu kilku złośliwych uwag.
Och, jak bardzo jej nienawidził!
Albert uniósł głowę, gdy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Leżąca obok kotka ziewnęła szeroko, przeciągnęła się i powoli, ale dostojnie ruszyła do przedpokoju.
- Chodź, ktoś do nas przyszedł. Może znalazł twoje oko, jak myślisz? - zamruczała złośliwie, nawet nie spoglądając na kocura.
Sfinks nie ruszył się z posłania. Był zbyt załamany, by cokolwiek robić. Ból egzystencjalny, czy coś.
Po kilku minutach do pokoju weszła jego właścicielka razem z inną, nieznaną mu kobietą. Za ludźmi podążała Adelajda z nowiutką, ładną obróżką na szyi i...
Albert podniósł gwałtownie głowę, a źrenica rozszerzyła mu się.
- Tunia...? - wymamrotał niewyraźnie, wbijając wzrok w krótkonogą, łaciatą kotkę człapiącą radośnie obok wysokiej Adelajdy.
<Tunia? Ogólnie Albertini jest smutny, ból duszy, pociesz go jakoś or smth>

11 lutego 2018

Od Owocowego Alberta C.D. Polewki

- Koty z klanów nie są fajne. Zabijają inne koty takie jak ty - mruknął Albert, po czym złapał Polewkę za kark, podniósł i zaczął iść z kociakiem w stronę drzwi. Gdy do kotki dotarło, co się dzieje, pisnęła głośno.
- N-nie! Ja nie ćiem! Plosę, plosę, zabierz mnie na spacel! - lamentowała, a Albert zrozumiał, że nie może znieść tych wrzasków. Serce mu miękło, gdy słyszał sprzeciwy Polewki, więc skręcił szybko i z kocięciem w pysku przeskoczył murek. Gładko wylądował na trawie, po czym położył koteczkę na ziemi.
- Zabiorę cię na spacer, ale piśnij słówkiem matce, to zabiorę cię na następny i utopię! - wysyczał do kociaka i ruszył w stronę lasu wolno, tak, by Polewka nie zostawała zbyt daleko w tyle. Podekscytowana koteczka pisnąwszy pędem popędziła za ojcem. Albert obserwował, jak jej drobne łapki bezlitośnie gniotą młodą, zieloną trawę.
Co za potworna, mała bestia.
Właściwie, zastanawiał się Albert, czy z nią wszystko jest w porządku? Jest już całkiem duża, a dalej sepleni. I jeszcze ciągnie ją do lasu! Może jest upośledzona? Jeśli jest, to nie będzie się do niej przyznawał.
Ojciec i córka szli razem w stronę lasu, a Polewka co chwilę zatrzymywała się, żeby coś powąchać, dotknąć, obejrzeć, polizać. Te podekscytowanie wydawało się Albertowi mocno przesadzone. Chwasty, robactwo i kamienie, czym tu się zachwycać?
* * *
- Jesteśmy colas blizej lasu! - wykrzyknęła rozochocona Polewka, wyrywając Alberta z zamyślenia.
Sfinks wzdrygnął się, piorunując kocię wzrokiem.
- Tak, i dlatego tutaj zawrócimy. Idziemy do domu, hura - mruknął ojciec kotki.
Koteczka stanąwszy jak wyryta wbiła w Alberta zawiedzione i zasmucone spojrzenie.
- A-ale... Ja cem do lasu... - wymamrotała, a cała radość z wycieczki zniknęła jakby za jednym pstryknięciem.
- Słuchaj do, mała! - warknął Albert siadając prosto. Uniósł wysoko łeb i zamknął oczy, by wyglądać dostojnie oraz majestatycznie. - Jestem twoim ojcem, więc masz robić co ci każę, a ja mówię, że wracamy! Ten las, który widzisz przed nami, to tak naprawdę bagna, gdzie jest pełno wody. Jeśli tam pójdziemy utoniemy. Twoja matka wyrwie mi wąsy jak się dowie, że zabrałem cię tak daleko od domu, więc wolę nawet nie myśleć co mi wyrwie, gdy wrócę bez ciebie, bo zostaniesz gdzieś tutaj pod wodą! Mam nadzieję, że zrozumiałaś mnie młoda damo! - zakończył przemowę Albert. Po chwili ciszy przerywanej tylko szumem wiatru i szelestem traw, machnął ogonem. - Zadałam ci pytanie i żądam na nie odpowiedzi - syknął, otwierając oczy.
Cholera.
W miejscu, gdzie powinna siedzieć Polewka, było tylko małe kółeczko ugniecionej trawy.
<Polewka?>

06 lutego 2018

Od Owocowego Alberta C.D. Mafii

Kocur kręcił się po zbrudzonej, szarej uliczce, szukając swoich przyjaciół, Wąsika i Adama. Jednakich tu nie było.
- Niech to szlag! - warknął, kopiąc z całej siły puszkę leżącą obok niego. - Gdzie są ci kretyni, kiedy naprawdę ich potrzebuję!
W rzeczywistości wcale, ale to wcale ich nie potrzebował, po prostu chciał poprosić Wąsika, by ten poduczył go nieco walki. Może dzisiaj się zgodzi...
Nagle Albert zastrzygł uszami. Był niemal pewien, że słyszał czyjeś kroki oraz ciężki oddech za zakrętem. Czy ten ktoś był ranny? Nie powinien się przejmować przypadkowo napotkanymi kotami, bo przez to miałby na karku nie tylko swoje problemy, ale też innych! Nie potrzebował wdzięcznych spojrzeń podczas przechodzenia przez ulicę, kotek padających mu do łap czy kociąt wskazujących go palcami i mówiącymi, że kiedyś będą takie jak on. Może taki tryb życia odpowiadał jego przyjacielowi, Wąsowi, ale Albert cieszył się spokojem w zaciszu domu.
Jednak w sumie, warto wiedzieć, czy nie dzieje się tam coś naprawdę złego. Sfinks przypierając się do budynku z boku zaczął kierować się w stronę dźwięku, a szorstka ściana ocierała mu nagą skórę i zaczepiała o różowy materiał jego kostiumu. Miauknął głośno, mając nadzieję na odpowiedź, ale do jego uszu dotarły tylko ciężkie oddechy i kroki. Powoli wyjrzał zza zakrętu, a jego oczom ukazała się śnieżnobiała, całkiem wysoka kotka o intensywnie żółtych oczach, których barwa wpadała nieco w kolor złota. Wyglądała na roztrzęsioną i wściekłą. Natychmiast wbiła piorunujące spojrzenie w Owocowego Alberta, a sierść na jej grzbiecie nastroszyła się.
- Czego chcesz, łysy szczurze?! - wrzasnęła, podchodząc do niego gwałtownie z furią w oczach. - Myślisz... Myślisz że mnie... - wydyszała, uderzając ogonem o pięty.
Albert cofnął się szybko, cofając głowę do tyłu.
- Kobieto, ogarnij się! - warknął, przyjmując pozycję obronną. - Nie zamierzam nic ci robić, uspokój się!
Nieznajoma wyglądała, jakby mogła go w każdej chwili zaatakować, jednak na całe szczęście po kilku długich sekundach rozluźniła się, zamykając oczy.
- Przepraszam... Chyba... Chyba trochę mnie poniosło - mruknęła, unosząc nieco powieki.
<Mafia?>

24 stycznia 2018

Od Owocowego Alberta

Co za piękny, wiosenny dzień.
Ptaszki ćwierkają, resztki śniegu topnieją, owady zaczynają fruwać dookoła.
Albert leżał na parapecie rozwalony i nie przeszkadzał mu nawet jego strój dinozaura. Pozwolił sobie odpłynąć w najdalsze zakamarki morza wytchnienia, zapomniał o całym otaczającym go świecie - o Rdzawej, Kukułce, dzieciach. O wszystkim.
Promienie słońca łagodnie opadały na bezwłosy brzuch sfinksa, głaszcząc go po nagiej skórze, a z gardła kocura wydobywało się głębokie, beztroskie mruczenie. Ach, czemu całe życie nie mogło takie być? Opierać się tylko na cieple, jedzeniu oraz pieszczotach? Zawsze musiały się znaleźć jakieś problemy lub kłopoty.
Ech.
Wtem jego spokojny wypoczynek został przerwany przez znany mu warkot samochodu. Widywał maszynę już setki razy, ale dalej budziła w nim strach i podchodził do niej tylko wtedy, kiedy miał stuprocentową pewność, że jest wyłączona. Sama jej wielkość była przerażająca, nie mówiąc już o tych odgłosach i dziwnym sposobie poruszania się.
Sfinks zaczął uporczywie przyglądać się samochodowi, który zatrzymał się na podjeździe. Powinna z niego wyjść pani, może też ten mniejszy człowiek? Pojazd jednak dalej tylko stał i Albert już miał wrócić do drzemki, gdy usłyszał charakterystyczny dźwięk i z auta wyszła wysoka kobieta o ciemnobrązowych włosach. Niosła na rękach jakieś dziwne, podejrzanie pachnące pudło. Sfinks zmarszczył nos. Co to ma być? Czemu te pudło pachniało... innym kotem? Lekko już poirytowany kocur zeskoczył z parapetu na werandę, wpatrując się urażonym wzrokiem w kobietę. Znudziła się już Albertem? A może jeszcze nie wszystko stracone? Może to po prostu nowe sweterki dla sfinksa?
Jednak gdy pani po prostu przeszła obok niego obojętnie, pojął, że to na nic. Skończy wyrzucony na śmietnik niczym Adam i zostanie kochankiem Wąsika.
Czym sobie zasłużył na taki koszmarny los?! Czym zawinił? Co sprawiło, że ludzie postanowili go wymienić? Tama opanowania pękła jakby była cienkim patyczkiem, a fala smutku i goryczy zalała kocura.
Powłócząc nogami polazł za swoją właścicielką i wszedł do środka. Podreptał do kuchni i skubnął kilka chrupek z miski, jednak jakoś nie miał apetytu. Już miał kontynuować patrol domu przenosząc się do salonu, ale wtedy drogę zagrodziła mu ona. Zdrajczyni. Ta ludzka żmija...
Kobieta położyła pudło na podłodze, a Albert spojrzał na nie z odrazą. Wyraźnie już czuł wydobywający się z niego zapach innego kota, a zniecierpliwione miauknięcie dochodzące ze środka utwierdziło go w przekonaniu, że go wymieniają. Wbił w oczy właścicielki gniewnie spojrzenie. Jak mogłaś ty...
- Albercie, bardzo ciebie kochamy, ale uznaliśmy, że może potrzebujesz koleżanki, która by cię przypilnowała... Ciągle tylko uciekasz i wracasz z ranami, nie chcemy, by coś ci się stało - ton głosu kobiety był spokojny i kojący, ale i tak rozumiał z tylko "Albercie" i "nie".
Albercie, nie chcemy cię tutaj?
Pani chyba nie przejęła się stanem psychicznym kocura, bo ciągnęła dalej.
- Już od dawna rozważaliśmy zakup drugiego kota, ale dopiero dzisiaj pojechaliśmy do hodowli. Albercie, poznaj Adelajdę - wypowiadając ostatnie słowo wyjęła z pudełka kotkę. I to nie byle jaką kotkę!
Mimo, że sfinks przeżywał ogromne załamanie w tej chwili, nie mógł zaprzeczyć, że jego następczyni wyglądała olśniewająco. Kotka była od niego wyższa o głowę, miała półdługie, jedwabiste, białe futerko gdzieniegdzie spływające czarnymi falami. Jej nogi były chude, długie i hm, całkiem zgrabne. Głowa nieznajomej miała kształt trójkąta, nos prosty, a ciemnozielone, skośne oczy natychmiast obdarzyły Alberta oburzonym spojrzeniem. No nie, zaczyna się...
- Kochanie, wpadłeś do kwasu, że tak ci wszystkie włosy wypadły? - miauknęła lekceważącym tonem, ostrożnie obwąchując sfinksa. Albert również zbliżył nos do kotki, wciągając dokładnie powietrze. Hm, całkiem ładnie pachniała.
- Nie słuchałaś, jak mama mówiła, że żelazkiem nie prasuje się mordy, co nie? - odgryzł się kocur i machnął ogonem. Oj, zdecydowanie jej nie polubi.
Kotka zaśmiała się, ale nie był to taki śmiechowy śmiech. Bardziej śmiech dumy i pogardy.
- Adelajda - syknęła, a na jej pyszczku dalej gościł uśmiech.
- Albert - odpowiedział Albert.
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami - łysy szczur i niezwykłej urody orientalka. W końcu Ada odwróciła się i jakoś tak zbyt podejrzanie kołysząc biodrami wyminęła ciągle przyglądającą się im kobietę.
- Przegryw.
- Szmata.
- Och, chyba się polubili! - pisnęła właścicielka kotów klaszcząc w dłonie.

23 stycznia 2018

Od Owocowego Alberta C.D. Rdzawej Łapy

Czekaj, co?
Wyznanie szylkretowej kotki tak bardzo go zszokowało, że nie mógł wydusić z siebie słowa. Ba, nie potrafił się nawet ruszyć, jedynie tępo wpatrywał się w Rdzawą. Nie sądził, że ma u niej jakiekolwiek szanse. Chociaż, ona mogła być po prostu kochliwa. Co, jeśli nie był nikim specjalnym? Jeśli takie słowa wędrowały do każdego kocura w okolicy? Nie. Nawet, jeśli jej nie lubił, nie mógł zaprzeczyć, że Rdzawa ma honor.
Ocknął się, mrugając szybko. Powoli zbliżył głowę do mordki kotki, po czym otworzył pysk. Przez dłuższą chwilę nie wydobyło się z niego nic oprócz pary wodnej.
- Rdzawa... - szepnął w końcu, czując, jak łamie mu się głos. - Ja...
Nie! Nie mógł tego powiedzieć, nie potrafił. Co się z nim dzieje? Szylkretka była dla niego niczym innym jak irytującym komarem ciągle kąsającym i brzęczącym przy uchu. Dla kogoś takiego mógł powiedzieć z łatwością "nie", a nawet o wiele gorsze rzeczy! Czemu więc jego własne ciało powstrzymywało go przed powiedzeniem jednego zdania, które i tak zmieniłoby jego życie tylko na lepsze?
Oczami wyobraźni zobaczył siebie z Rdzawą, przytulonych, szczęśliwych. Gdzieś z tyłu słychać było piski kociąt, na drzewach ćwierkały ptaszki, wszyscy byli zadowoleni. Zaraz jednak uświadomił sobie, że przecież on już wybrał swoją drogę. Zamiast Rdzawej miał Kukułkę, jego ukochaną. Cynamonkę kochał z całym sobą, ale jakie uczucia żywił do szylkretki? Był stuprocentowo pewny, że budziła w nim odrazę, gniew i nienawiść, ale w głębi duszy... czuł się za nią odpowiedzialny i troszczył się o nią, jak o Mruczka, Zeldę, Wąsika i Adama. Jak o swoich przyjaciół, którzy byli ważną częścią jego życia.
Albert liznął Rdzawą w nos, a kotka wzdrygnęła się. Spojrzała głęboko w oczy, sfinksa, a w jej złotych, promiennych ślepiach iskrzyła się nadzieja. To wcale nie pomagała Albertowi.
- Słuchaj... ja... ja myślę że nic z tego nie będzie. Jesteś odważną, szlachetną i piękną kotką, Rdzawa, a ja nawet nie mam sierści. Zasługujesz na kogoś zdecydowanie lepszego - gdy wypowiadał te słowa, na jego pysk wpłynął smutny uśmiech, a do oczu napłynęły mu łzy. - Ja jestem pieszczochem, przyzwyczajonym do wygody, a ty silną, dziką łowczynią. Po prostu nie jesteśmy dla siebie stworzeni - musnął jej policzek nosem, a następnie odwrócił się, prześlizgnął przez klapkę w drzwiach i zniknął w środku.
♥♥♥
Na parapecie domu siedział łysy, szaro-kremowy kot ubrany w różowy strój dinozaura. Miał zamknięte oczy, ale grymas na jego pysku dawał do zrozumienia, że nie życzy sobie żadnych kotów przeszkadzających mu w jego wypoczynku. Świat powoli budził się do życia po srogiej zimie, ale sfinksowi nie robiło to żadnej różnicy. Czuł się tak, jakby cząstka jego została gdzieś tam, na śniegu, i razem ze śniegiem stopniała, znikając na zawsze.
Ile minęło od ich ostatniego spotkania? Kilka tygodni, miesięcy, lat? Albert całkowicie stracił poczucie czasu. Ciągle wmawiał sobie, że to była tylko niepotrzebna świruska, że powinien o niej zapomnieć.
Ale po prostu nie potrafił.

Od Owocowego Alberta C.D. Polewki

Albert zamierzał odwiedzić Kukułkę i kocięta. Zgrabnie przeskoczywszy przez murek otaczający dom jego dulcynei zaczął iść w stronę drzwi, ale wtedy z kociej klapki wypadło kocię. Przez krótką chwilę sfinks patrzył, jak jego dziecko z gracją turla się po trawie, po czym uderza w jego palce. Skrzywiwszy się Albert podniósł łapę i marszcząc brwi spojrzał na kociaka.
- Dzen dobly panie łysy tato - miauknęła grzecznie jego córka, a cała złość natychmiast uszła z Alberta. Nie potrafił się złościć na taką puchatą, uroczą kruszynkę.
- Hej... - W myślach szybko próbował ogarnąć, jak ona ma na imię. Ciemny to Tequila, jasny Szampan, a jasna... Połówka? Nie, Polewka! - Hej, Polewko! - miauknął nerwowo i schylił się by polizać kocię po czole.
Kotka jednak odsunęła łebek marszcząc nos. Albert uniósł brew, zdziwiony tą reakcją. Pamiętał, że w jego dzieciństwie zawsze trwała wieczna wojna o uwagę rodziców, a ta tutaj mała odrzuca dobrowolną oznakę miłości? Dziwne dziecko.
- Um... co tutaj robisz? Nie powinnaś być w środku? - rzekł, zmuszając się na uśmiech.
<Polewaj>

20 stycznia 2018

Od Owocowego Alberta CD Tuni

- Dobra, daj spokój, tylko go tknęłaś, a nie porwałaś, jak pewna kotka z okolicy ma w zwyczaju - mruknął, po czym wszedł do domu zadowolony, że pozbył się zarówno zimna jak i kotki.
* * *
Człowieku, czemu?
Albert leżał na swoim legowisku załamany i zażenowany swoim nowym ubrankiem. Okazało się, że sweter kocura był tak porwany, że do niczego już się nie nadawał i był tylko poszarpanym kawałkiem materiału wiszącym na sfinksie. Dzięki, Rdzawa! Dzięki, Wąsik! Dzięki, puchaty kocie, któremu Albert urwał ucho!
Kobieto, mogłaś dać cokolwiek.
Mogłaś mu dać świąteczny sweter, puchową kurteczkę, płaszcz, bluzę z kapturem.
Ale co tobą kierowało, kiedy wybierałaś tego fioletowego dinozaura?
Sfinks z odrazą do samego siebie podniósł się z legowiska i ruszył w stronę drzwi. Teraz będzie straszył okoliczne kocięta jako fiołkowa gadzina. Wspaniale.
Albert wyszedł z domu przez klapkę i wziął głęboki wdech świeżego, wiosennego powietrza. Zdawało mu się, że zima trwała całą wieczność. Ile się wtedy wydarzyło - poznał Rdzawą, pobił się z Rdzawą, pobił się z wielkim puszystym kotem, a pod koniec nawet został ojcem!
No właśnie, Kukułka! Zorientował się, że od czasu tego spaceru w lesie nie odwiedził jej ani razu! Och, okropny z niego tata. Będzie musiał to zrobić jak najprędzej. Najlepiej teraz. Albert czym prędzej wyskoczył z ogrodu i najszybciej jak tylko umiał pognał w stronę podwórka Kukułki. Przeskoczył ogrodzenie jednym susem. Zatrzymał się na chwilę, żeby złapać oddech i pochwalić siebie w myślach. Ile mu to zajęło? Trzy minuty? Niezły wynik jak na łysego grubasa. Albert szybko wszedł do domu przez klapkę, na całe szczęście dwunożnych nie było w domu. Za to był ktoś inny.
- Kim jeteś! - pisnęło tajemnicze coś, atakując łapę sfinksa. Kocur spojrzał na agresora - małe, puchate i jakieś śmiesznobrązowe. Po chwili przybiegły jeszcze kolejne śmiesznobrązowe, puchate kulki. Serio, żaden kociak nie był jak Albert.
- Albert, cieciu, martwiłam się o ciebie! - usłyszał ryk, a do przedpokoju weszła Kukułka. - Myślałam, że ta zdziczała świruska ciebie zabiła. Dzieci, zostawcie proszę pana - wypowiadając ostatnie zdanie jej głos dziwnie złagodniał a sama cynamonka uśmiechnęła się. O dziwo, kocięta posłusznie zostawiły łapę kocura. Sfinks, kulejąc lekko, podszedł do Kukułki polizał ją po piersi.
- A więc... co tam u ciebie? - mruknął niepewnie.
- Och, całkiem dobrze. To są twoje dzieci, Polewka, Tequila i Szampan.
- Kreatywne imiona.
Kukułka zaśmiała się, po czym musnęła jedno z kociąt - chyba Tequilę - nosem po grzbiecie.
- Słoneczka, to jest wasz tata, Albert.
<HALO GUWNIOKI?>

09 stycznia 2018

Od Owocowego Alberta C.D. Mozarta

Siedzisz sobie, wszystko fajnie i spokojnie, a tu nagle sru, wbija ten frajer, z którym wczoraj się naparzałeś i lampi się na ciebie jakby był wielkim panem czy chol era wie czym, a ty rozdeptanym psim gównem na środku jego diamentowej sali tronowej. Nosz kurde mać, masz taką ochotę odnowić relacje twojej pięści z jego twarzą, że aż cię coś swędzi w dupie, ale nie możesz tego zrobić, bo też byś oberwał.
Okropne, ale jednocześnie wspaniałe uczucie.
- Zgubiłeś tu coś
- Wal się na ryj, kołtunie - odwarknął Albert, machając ogonem.
- Chyba ty.
- No chyba ty!
Przez chwilę dwójka kocurów mierzyła się zabójczymi spojrzeniami, a przez szybkie ruchy ich machających się ogonów zaczęli się unosić i po chwili polecieli do nieba i umarli w kosmosie.
- Słuchaj no, ogolona moszno - wysyczał puszysty kocur.
- No słucham, zarośnięta pusio - warknął w odpowiedzi sfinks.
- No to wspaniale, bo mam ci coś do powiedzenia - przeciwnik Alberta zrobił krótką przerwę. - Albo zaraz opuścisz to miejsce wraz z tym swoim obrzydliwym swetrem, albo spuszczę ci taki łomot, że będziesz miał problem z odróżnieniem, gdzie masz dupę, a gdzie ryj.
Albert w myślach parsknął śmiechem. Czy ten wyrzygany kłaczek myśli, że jego puste groźby zrobią na sfinksie jakiekolwiek wrażenie?

< Mozzarella? >

Od Owocowego Alberta C.D Rdzawej Łapy

Zachłysnął się powietrzem, gdy Rdzawa przycisnęła go do ziemi. Właściwie, to trochę bał się o bezpieczeństwo Kukułki i JEGO dzieci. Szylkretowa kotka była nieobliczalna, nie wiedział, co mogłaby zrobić jego ukochanej. A do tego jeszcze dochodziło to, że ona go ewidentnie Lubiła przed duże "L". Musi jakoś ratować sytuację. Szybko wymyślić jakieś kłamstwo.
- Taką jakby miłość życia - pisnął, czując na sobie ostre pazury kotki.
- Obudził się w tobie poeta? - wysyczała Rdzawa pogardliwie, zmrużywszy oczy.
- Mhm, chcesz usłyszeć fraszkę? - wyjąkał nerwowo.
- Nie. Wolałabym usłyszeć coś o tej... hm, miłości życia, jak to określiłeś - kotka zeszła z niego i usiadła obok, jednak dalej wpatrywała się w niego podejrzliwie.
Albert podniósł się ostrożnie i również siadł.
Czy ocalenie Kukułki i miniaturowych Albertów było tego warte? Czy sfinks był gotów na takie poświęcenie? Kłamał już nie raz, ale tu już nie chodziło że ma skłamać, tylko JAK skłamać. A gdyby Rdzawa zachciała dowodów? Musiałby wplątać w to całe zamieszanie osoby trzecie, a tego by już nie zniósł.
- Więc? - głos szylkretki był jednocześnie jadowity jak i przymilny. - Powiesz, czy będziesz tak siedzieć na śniegu?
- Ja... - kocur wziął głęboki wdech. - A więc miłością mojego życia jest uroczy, nieco młodszy ode mnie kocur...
- Co?! - Rdzawa spojrzała na Alberta z szeroko roztwartymi oczami i napuszoną sierścią. - Ty... On... Czekaj, czy ty chcesz mi przekazać, ze lubisz w, no wiesz... Nie, nie, nie, żartujesz sobie ze mnie w tej chwili tak? Proszę, powiedz, że żartujesz! - zawodziła kotka.
- Widzisz, czemu nie chciałem mówić? Zawsze reagują tak samo! - warknął Albert. - Pocałujta w dupę wójta, idę do domu! - z tymi słowami pobiegł najszybciej jak potrafił do siebie, nawet na chwilę nie oglądając się za siebie. Był taki zażenowany tą sytuacją, że chciał po prostu schować się pod kocyk i wykrzyczeć. Nie chcesz zdradzać tożsamości swojej dziewczyny jakiejś wariatce? Powiedz, że jesteś gejem, to załatwi sprawę!
< Rdzererere?>

06 stycznia 2018

Od Owocowego Alberta C.D. Tuni

Zaskoczony spojrzał na kotkę, która pojawiła się nagle pod jego parapetem.
- Albert - mruknął lekceważąco sfinks, zamykając oczy, by powrócić do przerwanego odpoczynku.
- Co tutaj porabiasz? - miauknęła wesoło Tunia i niezrażona reakcją Alberta wskoczyła na parapet, siadając obok kocura.
- Mieszkam - warknął zirytowany, a końcówka ogona kota poczęła drgać.
- Oooch! No bo słuchaj, Albert, tak się składa, że ja też! No, może nie dokładnie tutaj, ale w okolicy, o jakoś tam, ten domek w oddali! - Tunia kiwnęła głową w kierunku skąd przyszła. - Widzisz?
Albert popatrzył w tę samą stronę mrużąc oczy. Domy. Dużo domów.
- Ta, widzę - prychnął, zeskoczył z parapetu na ganek i skierował się w stronę klapki w drzwiach.
- C... Ej, czekaj! - zawołała za nim Tunia. - Gdzie idziesz? To twój dom? Całkiem ładny, ale mój jest ładniejszy. - Kotka dogoniła go, a on zauważył, że ma bardzo krótkie nogi. Pieszczoszka położyła łapę na jego swetrze. - Skąd masz ten sweter? Faaaajny jest, taki miękki! Lubisz go? Jakbym ja miała ten sweter, to bym go lubiła!
Albert odtrącił od siebie Tunię, patrząc na nią wrogo.
- Nie. Dotykaj. Mnie - wycharczał. Kim ona w ogóle jest i za kogo się ma?!

<Tuna?>

30 grudnia 2017

Od Owocowego Alberta C.D Rdzawej Łapy

Po ostatnich wydarzeniach Albert uznał, że powinien poćwiczyć trochę walkę, a kto z jego znajomych najlepiej umiał walczyć? Wąsik, oczywiście!
- Słucham? - czarny dachowiec przysłonił łapą pysk w celu zduszenia śmiechu, kiedy sfinks powiedział mu, w jakim celu tu przyszedł. - Albi, ty po prostu nie nadajesz się do walki. Widziałeś ty kiedyś siebie?
Zdenerwowany Albert zmarszczywszy nos zaczął machać ogonem.
- Po prostu Wąsik miał na myśli, że nie musisz walczyć, bo wszyscy uciekają na sam twój widok - zachichotał Adam, przyjaciel kocurów, który gdzieś z tyłu wygrzebywał coś z kontenera na śmieci.
- Daj mi chociaż spróbować! - krzyknął z desperacją w głosie Owocowy Albert. - Babka z lasu pokonała mnie jednym ruchem, nie chcę, żeby to się powtórzyło...
- Babka z lasu? - Wąsik uniósł brew, odwrócił się i wskoczył do jakiegoś kartonu. - Babki z lasu to niezłe sztuki, ale potrafią przylać. Nie zawracaj mi dupy, bo i tak ci nie pomogę, Albi... - czarny kocur ziewając oparł głowę na krawędzi kartonu.
Sfinks co chwila otwierał pysk, jakby chciał coś powiedzieć, lecz ostatecznie zamilkł, natomiast Adam wygramoliwszy się z kontenera rzucił mu pod nogi do połowy zjedzone opakowanie frytek. Albert z odrazą uniósł łapę.
- Oj tam, Wąs, korona ci z głowy nie spadnie, jeśli pokażesz łysolcowi gdzie raki zimują, a tak to pewnie będzie się tutaj nam kręcił jak szczenię srać... - śmierdząca, skołtuniona kulka futra usiadła obok Alberta i trąciła go łapą. Kiedyś Adam był kochanym i rozpieszczanym selkirk rexem, ale kiedy jego ciężarna właścicielka naczytała się o toksoplazmozie oraz innych chorobach roznoszonych przez koty, wywaliła go na zbity pysk. Pewnie gdyby nie Wąsik i dobre serduszko czarnego kocura, utuczony piecuch nigdy nie przetrwałby na ulicy. Musiał znosić podobne docinki jak Albert, ale nie z powodu braku futra, tylko dlatego, że te było pokręcone jak sam Adam.
Czarny kocur leniwie wygramolił się z pudełka, ale już po chwili był obok Alberta. Wbił ostre zęby kark kota i rzucił nim gdzieś na bok, jakby miał do czynienia z lalką ważącą tyle co nic. Sfinks wziął głęboki wdech, ale nie zdążył nawet się podnieść, gdy poczuł jak staje na nim Wąs i zaczyna szarpać mu sweter.
O nie, tylko nie sweter!
Albertowi nie pozostało nic innego jak wrzasnąć, no to wrzasnął. Wąsik natychmiast puścił kocura i zszedł z niego. Na pysku miał szyderczy uśmiech.
- A niech cię jama zawali, zbiłeś Alberta na kwaśne jabłko z palcem w dupie! - zawołał Adam z uznaniem w głosie. Sfinks dyszał ciężko, leżąc na ziemi. Ile to trwało? Kilka sekund? Z grymasem na pysku podniósł się, ale wtedy poczuł jakiś znajomy zapach. A zaraz po zapachu też i głos.
- Ile razy będę cię jeszcze musiała ratować? - w tonie Rdzawej brzmiała pogarda. Sfinks zwrócił głowę w stronę szylkretowej, a gdy ich spojrzenia się spotkały, Albert zmrużył wrogo oczy.
- Rdzawa.
- Albert.
- Wąsik? - odezwał się niepewnie czarny kocur. - Hm, nie spodziewałem się, że ten oto tutaj osobnik utrzymuje znajomość z taką urodziwą damą jak ty. Rdzawa, tak? Ja jestem Wąs, bom nie jedną kotką trząsł - Wąsik uśmiechnął się zalotnie do szylkretki i stanął między nią a Albertem.
<Rdzawix?>

29 grudnia 2017

Od Owocowego Alberta C.D Mozarta

Albert gdy poczuł w pysku smak SWOJEJ krwi, spanikował, odwrócił się i uciekł w kierunku domu Kukułki. Był wściekły na tego kocura, czuł, że powinien mu wydrapać oczy, odgryźć łapy i zjeść ogon, ale nie zamierzał ucierpieć jeszcze bardziej. I tak już nie miał jednego ucha, nie chciał stracić drugiego.
Gdy był młodszy, droga do domu Kukułki wydawała się być ogromnie długa, ale teraz, gdy urósł, przeszedł ją w dziesięć, może piętnaście minut. Wskoczył na szkarłatny płot otaczający ogródek cynamonowej kotki.
- Kuku! Kuku, to ja, Albert! - siadając na płocie zawołał kocur.
Czekał na ogrodzeniu, marznąc, ale dzielnie czekając. W końcu Kukułka wyszła przez klapkę w drzwiach, a gdy dostrzegła sfinksa, uniosła ogon i uśmiechnęła się podejrzanie. Przebiegła przez zaśnieżone podwórko, po czym wskoczyła na płot, by usiąść obok Alberta.
- Znowu ta szylkretowa świruska? - miauknęła ciepło, przybliżając się w celu zlizania krwi z ran kocura.
- Nie. Napuszony bufon, który polował na moim terenie - warknął Albert, aczkolwiek zaraz cała złość z niego uszła, kiedy poczuł na skórze ciepły język kotki. Rozluźnił się, a nawet zaczął mruczeć cicho. Kukułka zachichotała widząc reakcję kocura, po czym przysunęła się jeszcze bardziej, pozwalając, by sfinks wtulił się w jej ciepłe, grube futro. Przez chwilę siedzieli tak na płocie, a zimny wiatr owijał ich, darząc swoim zimnym, nieprzyjemnym dotykiem.
- Chodź, pójdziemy na spacer... - wyszeptała Kukułka zmrużywszy ślepia.
- Ale... - sfinks odsunął się trochę od cynamonowej kotki, żeby mógł spojrzeć jej w oczy, bądź co bądź Kuku była od niego o wiele większa oraz wyższa. - Jest strasznie zimno, przeziębię się, albo natkniemy się na tą całą Rdzawą...
- Nie bój się, ze mną nie przeziębisz się, a ta głupia kretynka może nam najwyżej palce całować. Nie boisz się chyba jakiejś brudnej, leśnej dzikuski z przerostem mięśni?
Albert zaśmiał się nerwowo, a tamta w odpowiedzi trąciła go łapą, po czym zeskoczyła z płotu i kołysząc się NIEZWYKLE PODEJRZANIE skierowała się w stronę pastwiska. Chciał czy nie, sfinks musiał za nią iść, bo nie chciał zostawać tutaj sam.
~~~~~~
W sumie, spacer był nawet dobrym pomysłem. Kukułka najpierw szła przez pastwisko, ale gdzieś w połowie skręciła w stronę lasu. Zapewniała go, że o tej porze roku wygląda przepięknie, ale on jakoś nie był przekonany. Do czasu, aż dotarli.
Nagie gałęzie drzew były oszronione i pokryte śniegiem. Niby tak mało, ale widok zapierał dech w piersiach.
Albert jak zaczarowany oglądał ten krajobraz, aż w końcu Kukułka trąciła go głową, jednocześnie wyrywając z zachwytu.
- Albert.
- Hm?
- Ruchnijmy się!
- Co? - sfinks zmarszczył brwi, patrząc na cynamonkę jak na przejechaną żabę. Owszem, podobała mu się, no i może wolał przebywać w jej obecności bardziej niż w obecności jakiegokolwiek kota... Dobra, po dłuższym zastanowieniu się propozycja Kuku wydała mu się jednak fajna.
- Jesteśmy przyjaciółmi, co nie? - zamruczała kotka. - A przyjaciele wyświadczają sobie przysługi. Ja ostatnio wyświadczyłam tobie przysługę jak uratowałam ci tą łysą dupę przed dzikuską, teraz twoja kolej.
Albert wziął głęboki wdech.
- No ok.
~~~~~~
Po skończonej, uch... akcji, wrócił sobie do domu jakby nigdy nic i zajął się własnymi kocimi sprawami, po czym poszedł spać. Teraz był ranek, a sfinks, najedzony oraz wymyty wyszedł na zewnątrz domu, na ganek. Przypomniał sobie o wczorajszym spotkaniu z tym puchatym gburem. Hm, właśnie, ciekawe, gdzie teraz jest. "Może go poszukam" pomyślał Albert, a następnie podbiegł do płotu i go przeskoczył. Powinien być gdzieś w okolicy, nie wyglądał na dzikiego kota.
<Mozzarella?>

Od Owocowego Alberta C.D Rdzawej Łapy

Albert stał tak przez chwilę, drżąc z zimna.
Czekaj, co? Rdzawa zaproponowała mu wyjście? Takie wyjście nie mogło oznaczać niczego dobrego. No bo w końcu ledwie ją znał. Mogła wciągnąć go w jakąś pułapkę, wrzucić do rzeki... Nagle sfinks zesztywniał. A co... a co jeśli Rdzawa chciała zaciągnąć Alberta w jakieś krzaki? Kocur potrząsnął głową.
- Słuchaj... - zaczął, czując, jak robi mu się gorąco. - Wieczorem jest jeszcze zimniej niż teraz, a ja obecnie zamarzam na twoich oczach... Do tego pewnie będzie ciemno, zgubimy się gdzieś, a moja właścicielka nie pozwoliłaby mi wyjść.
Szylkretowa kotka popatrzyła na niego smutno, jakby uleciało z niej całe powietrze.
- Czyli nie? - miauknęła cicho.
- Nie, elo - mruknął Albert, odwróciwszy się. - Muszę już wracać do domu, miałem razem z Mruczkiem odwiedzić Grubą Zeldę.
~~~~~~
Przez całą wizytę u starszej kotki czuł, że coś jest nie tak. Może potraktował Rdzawą za ostro? Chyba powinien trochę subtelniej jej przekazać te "nie".
- Albertuniu, czy coś cię gryzie, mój kłębuszku? - powiedziała Zelda, wyrywając sfinksa z zamyślenia. Gdy tylko spojrzał na poczciwy uśmiech starszej kotki, zrobiło mu się nieco lżej.
- Nie, babciu, wszystko jest dobrze - skłamał.
- Na pewno? - odezwał się Mruczek, patrząc na kocura zaniepokojony.
Albert westchnął.
- No, niezupełnie... Chyba powinienem już wracać do siebie - i nie czekając na odpowiedź wyszedł szybko na zewnątrz przez klapkę w drzwiach, zostawiając Mruczka i Zeldę samych w domu starszej kotki.
~~~~~~
Kiedy tylko obudził się rano, kichnął.
No super, przeziębienie.
Zaraz uderzyła go też świadomość jak ostatnio potraktował Rdzawą.
Ciężko podniósł się z ciepłego, wygodnego posłania i wyszedł z domu, nawet nie wąchając jedzenia leżącego w misce. Wzdrygnął się, gdy jego łapy zetknęły się z zimnymi deskami ganku. Nosz cholerka, kiedy skończy się ta zima? Ciągle tylko przeszkadzała. Albert siadając na skraju ganku zaczął wpatrywać się w miejsce, gdzie zobaczył Rdzawą po raz pierwszy. Wyglądała wtedy uroczo, ale kiedy przypomniał sobie, że spuściła mu i Kukułce porządny łomot, natychmiast odwołał te myśli.
< Rdzawa?>

28 grudnia 2017

Od Owocowego Alberta C.D Mozarta

Początkowo nie chciał zwracać na siebie uwagi i zamierzał tylko spojrzeć na nieznajomego, ale okazało się, że kot był PUSZYSTY, a Albert miał słabość do puszystych rzeczy. Bezgłośnie zeskoczywszy z płotu najciszej jak potrafił zakradł się od tyłu do obcego. Pacnął łapą ogon kocura i już miał uciekać z powrotem, gdy zorientował się, że nieznajomy go zauważył. Przez chwilę wpatrywali się w siebie w niezręcznej ciszy, aż w końcu Albert się odezwał:
- Co robisz na moim bagnie?
- Co?
- Co?
Sfinks zmarszczył brwi, był nieco zdezorientowany i poirytowany. Nie dość, że jest na posesji Alberta, to jeszcze udaje głupa. Kocur już miał skrzyczeć nieznajomego, ale wtedy ten zabrał głos:
- Mógłbyś się łaskawie odsunąć? Nie chcę się niczym zarazić lub pobrudzić... - mruknął obcy, unosząc lewą przednią łapkę nieco do góry i rzucając zniesmaczone spojrzenie na sweter Alberta.
W szczurku aż się zagotowało. Zamrugał kilka razy, analizując parę razy usłyszane słowa, by upewnić się, że się nie przesłyszał. Pobrudzić? ZARAZIĆ? Owoc, iście rozsierdzony, warknąwszy wstał gwałtownie począł ocierać się brutalnie o kocura, napierając tak mocno, że niemalże go przewrócił.
- Ależ oczywiście, że się odsunę, z pewnością niczym się nie zarazisz! - syknął, czując, jak tama zaraz pęknie i rzeka gniewu z hukiem wypełni go całego.
- C-co ty robisz?! - jęknął puszysty kocur odsuwając się szybko od Alberta. Och, sfinks z pewnością już nie polubi niczego puchatego. A przynajmniej nie puchate koty.
<Mozzarella?>