Poranna Łapa strikes once again
Mijały kolejne dni. Wędrówka nadal dawała nam się we znaki, ale zajmowałem się ją jakby mniej – moje myśli częściej kierowały się ku treningowi i karze, jaka mnie spotkała. Słowa Sokolego Skrzydła bynajmniej się nie ziściły i z Szybującym nadal miałem ostro na pieńku. Nie widziałem zresztą ani powodu, ani sposobu, żeby to zmienić. Jakiekolwiek cieplejsze stosunki z taką osobistością skończyłyby się dla mnie psychicznym uszczerbkiem.
Nie mogłem jednak zaprzeczyć, że coś się nie poprawiło. O ile wykorzystywanie dozwolonej odległości w do maksimum dawało pewną satysfakcję, sztywne siedzenie w milczeniu psuło mi (jak mogę się domyślać, nam obojgu) nastrój na całą resztę nocy – bądź dnia, w zależności od tego, o jakim etapie wędrówki mówimy, ponieważ nasze wspólne wysiłki doczekały się w końcu stopnienia upałów. Wracając jednak do rzeczy, nie ma nic dziwnego w tym, że po długim czasie uporczywego napięcia pozwoliliśmy sobie na pewne rozluźnienie. Szybująca Mewa mruknął coś nawet czasem pod nosem.
Nie był bardzo rozmowny, nie przeszkadzało mi to jednak; do chęci rozmowy z nim było mi nadal daleko, a i na brak zajęć przestałem już wkrótce cierpieć. Zadbało o to pewne kolorowe towarzystwo, swoją głośną obecnością dobitnie przypominając mi o tym, o czym zdarzało mi się już czasem zapomnieć – Szybujący miał braci. I to całą trójkę.
Z początku było widać wyraźnie, że przychodzili do niego samego. Wiedzieli o nakazie Sokolego Skrzydła – najwyraźniej Szybek powiedział im o nim gdzieś na osobności – i pojawiali się dosyć często, czasem przelotem, czasem zostając z nami na dłużej, by poprawić nieco humor swojemu bratu mało wyrafinowanym żartem. Do mnie podchodzili z rezerwą lub wcale, co z pewnością także było sprawką mojego kochanego kolegi – i, o ironio, również za jego przyczyną się zmieniło.
– Zorza i tak nie ma do powiedzenia nic ciekawego – stwierdził bowiem lekceważąco pewnego razu, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. Odniosło to skutek odwrotny do zamierzonego, bo Kasztanowa Łuska (albo Żołądź? Nie rozróżniałem ich wtedy) zastrzygł uszami.
– Czemu właściwie Zorza, hm? To twoje przezwisko? – zwrócił się do mnie, zaintrygowany.
– Stare imię. Matka mnie tak nazwała, chociaż… – zamrugałem, nagle zdając sobie sprawę z logicznych braków całej tej sytuacji – nie wiem właściwie, dlaczego. Powinna była wiedzieć, że nie będzie się dało tego odmienić.
– “Powinna”? Kim ona była?
– Samotniczką. Zostawiła mnie na skraju starych terenów i przyniosła mnie tu Sroczy Żar.
– A, to ma sens. Wyglądasz całkiem jak taki odmieniec, nawet kolor oczu masz dziwny… Bez urazy, nie? – dodał szybko drugi z burych braci. – My też nie jesteśmy tak do końca z klanu, nasz “niebiański” ojczulek poszedł w krzaki z jakąś dziwną babą, no i tak to się skończyło – oboje zaśmiali się głośno, po czym na pysk pierwszego wstąpił poważniejszy wyraz.
– Mieliśmy jeszcze siostrę – odezwał się raz jeszcze, głosem nieco nostalgicznym, niepodobnym do tego, który słyszałem przez te kilka dni. – Ale matka zgubiła ją, kiedy zabierała nas do klanu….
– ...Och. Okropnie – zająknąłem się, niezupełnie wiedząc, co odpowiedzieć. Pocieszanie nie było nigdy moją mocną stroną – ale tym razem nie okazało się to problemem. Nie tego chciał już przecież Kasztan po tych trzydziestu księżycach z hakiem; potrząsnął łbem na znak, żebym się nie przejmował. Poczułem się nieco pewniej. Właściwie podobało mi się ich towarzystwo – potrafili być nawet zabawni, a otwartością zdecydowanie przewyższali swojego braciszka. Polubiłem ich.
– Et, stare dzieje, prawda? W każdym razie, witaj w klubie nieklifiaków, kamracie.
Moich uszu dobiegł cichy szmer. Obejrzałem się; to Szybująca Mewa zwinął się łbem w drugą stronę, pod nosem mamrocząc coś zupełnie niezrozumiałego.
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.W Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poranna Zorza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poranna Zorza. Pokaż wszystkie posty
03 kwietnia 2020
Od Porannej Łapy
Do pewnego stopnia cieszyłem się z tej kary.
Sokole Skrzydło przejął większość mojego szczątkowego nauczania, by mieć pewność, że rzeczywiście zdobywam jakąkolwiek wiedzę. Uczył o niebo lepiej, niż Szybująca Mewa; po raz pierwszy miałem okazję zapamiętać kilka nowych ziół i sposobów opatrywania ran w przyjemnej atmosferze, i chyba pierwszy raz rzeczywiście poczułem się jak medyk. Często rozmawiałem z Sokolikiem i na inne tematy. Nie rozumieliśmy się do końca, ale było w porządku. Z pewnością lepiej, niż nie mówić z nikim.
Olbrzymia zmiana zaszła również w moich stosunkach z Szybującą Mewą. Nienawidził mnie, przynajmniej na początku, chyba bardziej niż wcześniej – ale śledzony czujnym okiem Sokoła nie mógł już okazywać tego w inny sposób, niż naburmuszonym grymasem. Wreszcie byłem w stanie przeżyć dzień bez usłyszenia wyzwiska, kpiącego syczenia, i to niejeden. Jeżeli wziąć pod uwagę to wszystko, tortura, w jaką przeszło dzielenie języków, nie zdawała się więcej niż błahostką.
Dlatego wolałem nie brać.
Za pierwszym razem nie zrobiliśmy nic poza upartym leżeniem w ciszy. Ogon trzymałem spleciony ciasno wokół łap, dbając o to, by włoskiem nawet nie dotknąć delikwenta obok; on zresztą robił to samo. Powietrze wokół świdrowało od napięcia i nieskrywanej złości. W ten sposób upłynął nam czas, który tradycja poświęcała braterskiej miłości i rozluźnieniu.
Powtarzało się to przez dwa kolejne dni, aż trzeciego Sokole Skrzydło, dotąd obserwujący nas bacznie z drugiego końca obozowiska, pojawił się nagle tuż przed nami.
– Okres próbny zaliczony – oznajmił, siadając obok. – Teraz czas na prawdziwe dzielenie języków.
– To znaczy? – spytałem z resztką żałosnej nadziei, że nie mówił o tym, czego nie chciałem najbardziej. Szybek zresztą też nie chciał; nawet przez dzielący nas dystans mogłem wyczuć, jak sierść na jego grzbiecie staje na sztorc.
– Co to za pytanie? Przecież wiesz, jak to się robi. Już, proszę się dzielić, albo nigdy się to nie skończy.
Spojrzałem zimno na swojego współcierpiętnika. Szybująca Mewa nawet nie drgnął, coś w jego wyglądzie wyrażało jednak otwartą groźbę i zniechęcało wyraźnie do dotknięcia go choćby koniuszkiem wąsa.
– Prędzej odgryzłby mi język – skwitowałem, odwracając się z powrotem do Sokoła z pewną satysfakcją. – Nie da się.
– Oj tam. Nie odgryzie. Prawda, Szybek? – Kocur wstał i przeniósł się bliżej swojego asystenta, przecząc jednocześnie pewności w swoim głosie. – Nie mówi nie. Dawaj.
Byłem przekonany, że Szybkowe milczenie oznaczało coś zgoła innego. Jego oczy pociemniały aż od nagromadzonego gniewu i frustracji, a końcówka ogona podskakiwała niebezpiecznie. Odpychał mnie całą swoją osobą. Lizanie go było w tym momencie ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę, ale Sokole Skrzydło czekał…
Przesunąłem mu dwa razy językiem po grzbiecie dla świętego spokoju. Gdybym cieszył się wygodą prostych łap, przetarłbym sobie nimi pysk z obrzydzeniem, choćby dla samego przekazu.
– Świetnie. Teraz Szybek Zorzę i będziecie mogli iść.
Kocur wahał się jeszcze, ale perspektywa końca kary wygrała z nienawiścią do mnie. Poruszył łbem tak, jakby chciał się na mnie rzucić – dlatego wzdrygnąłem się w pierwszej chwili; ostatecznie jednak poczułem tylko coś szorstkiego na swoim barku i uderzenie serca później Szybująca Mewa zniknął już z mojego pola widzenia.
– Ale prędkość! – zaśmiał się Sokole Skrzydło, również podnosząc się z miejsca. – Jutro lekcja o zajmowaniu się maluchami. Pamiętasz, co stosujemy na kocięcy kaszel?
Sokole Skrzydło przejął większość mojego szczątkowego nauczania, by mieć pewność, że rzeczywiście zdobywam jakąkolwiek wiedzę. Uczył o niebo lepiej, niż Szybująca Mewa; po raz pierwszy miałem okazję zapamiętać kilka nowych ziół i sposobów opatrywania ran w przyjemnej atmosferze, i chyba pierwszy raz rzeczywiście poczułem się jak medyk. Często rozmawiałem z Sokolikiem i na inne tematy. Nie rozumieliśmy się do końca, ale było w porządku. Z pewnością lepiej, niż nie mówić z nikim.
Olbrzymia zmiana zaszła również w moich stosunkach z Szybującą Mewą. Nienawidził mnie, przynajmniej na początku, chyba bardziej niż wcześniej – ale śledzony czujnym okiem Sokoła nie mógł już okazywać tego w inny sposób, niż naburmuszonym grymasem. Wreszcie byłem w stanie przeżyć dzień bez usłyszenia wyzwiska, kpiącego syczenia, i to niejeden. Jeżeli wziąć pod uwagę to wszystko, tortura, w jaką przeszło dzielenie języków, nie zdawała się więcej niż błahostką.
Dlatego wolałem nie brać.
Za pierwszym razem nie zrobiliśmy nic poza upartym leżeniem w ciszy. Ogon trzymałem spleciony ciasno wokół łap, dbając o to, by włoskiem nawet nie dotknąć delikwenta obok; on zresztą robił to samo. Powietrze wokół świdrowało od napięcia i nieskrywanej złości. W ten sposób upłynął nam czas, który tradycja poświęcała braterskiej miłości i rozluźnieniu.
Powtarzało się to przez dwa kolejne dni, aż trzeciego Sokole Skrzydło, dotąd obserwujący nas bacznie z drugiego końca obozowiska, pojawił się nagle tuż przed nami.
– Okres próbny zaliczony – oznajmił, siadając obok. – Teraz czas na prawdziwe dzielenie języków.
– To znaczy? – spytałem z resztką żałosnej nadziei, że nie mówił o tym, czego nie chciałem najbardziej. Szybek zresztą też nie chciał; nawet przez dzielący nas dystans mogłem wyczuć, jak sierść na jego grzbiecie staje na sztorc.
– Co to za pytanie? Przecież wiesz, jak to się robi. Już, proszę się dzielić, albo nigdy się to nie skończy.
Spojrzałem zimno na swojego współcierpiętnika. Szybująca Mewa nawet nie drgnął, coś w jego wyglądzie wyrażało jednak otwartą groźbę i zniechęcało wyraźnie do dotknięcia go choćby koniuszkiem wąsa.
– Prędzej odgryzłby mi język – skwitowałem, odwracając się z powrotem do Sokoła z pewną satysfakcją. – Nie da się.
– Oj tam. Nie odgryzie. Prawda, Szybek? – Kocur wstał i przeniósł się bliżej swojego asystenta, przecząc jednocześnie pewności w swoim głosie. – Nie mówi nie. Dawaj.
Byłem przekonany, że Szybkowe milczenie oznaczało coś zgoła innego. Jego oczy pociemniały aż od nagromadzonego gniewu i frustracji, a końcówka ogona podskakiwała niebezpiecznie. Odpychał mnie całą swoją osobą. Lizanie go było w tym momencie ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę, ale Sokole Skrzydło czekał…
Przesunąłem mu dwa razy językiem po grzbiecie dla świętego spokoju. Gdybym cieszył się wygodą prostych łap, przetarłbym sobie nimi pysk z obrzydzeniem, choćby dla samego przekazu.
– Świetnie. Teraz Szybek Zorzę i będziecie mogli iść.
Kocur wahał się jeszcze, ale perspektywa końca kary wygrała z nienawiścią do mnie. Poruszył łbem tak, jakby chciał się na mnie rzucić – dlatego wzdrygnąłem się w pierwszej chwili; ostatecznie jednak poczułem tylko coś szorstkiego na swoim barku i uderzenie serca później Szybująca Mewa zniknął już z mojego pola widzenia.
– Ale prędkość! – zaśmiał się Sokole Skrzydło, również podnosząc się z miejsca. – Jutro lekcja o zajmowaniu się maluchami. Pamiętasz, co stosujemy na kocięcy kaszel?
Od Porannej Łapy
według wszelkich kalkulacji najbardziej zacofany kot na blogu nadrabia czasoprzestrzeń!
czas akcji: znów bardzo, bardzo dawno
Udało mi się przespać jeszcze jeden dzień i przemaszerować całą noc, zanim Sokole Skrzydło wezwał mnie do siebie głębokim i dziwnie poważnym tonem.
Szybująca Mewa już tam był. Tam – to znaczy w spowitym jeszcze mrokiem liściastym zakątku w pobliżu naszego prowizorycznego obozu, oddalonym jednak na tyle, by rozmowa nie dotarła łatwo do uszu przypadkowych członków klanu. O ile, oczywiście, ktoś nie zdecyduje się prowadzić jej za pomocą krzyku, co, sądząc ze spojrzenia, jakim przy wejściu obrzucił mnie “mentor”, było całkiem prawdopodobne.
– Dobrze. – Sokole Skrzydło, idący dotąd tuż za mną, wysunął się gładko spomiędzy gałązek i usiadł prosto przed nami; z niepokojem zauważyłem, że srogość nie zniknęła z jego oczu, przeciwnie – Sokolik, ten sam stary, dobry Sokolik, mierzył nas wzrokiem tak ostrym, jak borsucze pazury. – Mogę wiedzieć, co robiliście wczoraj o tej porze?
A więc o to chodziło. Wiedział.
Myślałem, że zapadnie teraz nowy rodzaj milczenia – w zachowaniu medyka wyczuwałem już nasz wyrok, jaki sens miałoby kłamstwo? – ale Szybujący odezwał się niespodziewanie:
– Byliśmy na treningu, jak powiedziałeś. Poranna Łapa przewrócił się w pewnym momencie i wpadł w głóg, ale wyciągnąłem go stamtąd jakoś. – Prychnął z udawaną nonszalancją. – Co miało się stać, Sokole Skrzydło? Dlatego nas tu zabrałeś?
– Ach, tak. A powiesz mi, co jeszcze działo się w tym głogu, że przyszedłeś sam i zły jak osa, a Zorza wrócił do legowiska osobno, bardziej zadowolony niż przez ostatnie kilka księżyców? I ze śladami pazurów pod okiem, chyba że spróbujesz mi jeszcze wcisnąć, że to – podszedł do mnie gwałtownie i nie zdążyłem zaprotestować, a obrócił mój łeb policzkiem w stronę Szybującej Mewy – też jest od głogowych kolców?
Puścił mnie; potrząsnąłem głową, nadal milcząc. Widziałem, jak Szybujący zaciska szczęki ze złości, jednak nawet on nie odważył się już powiedzieć nic więcej.
Sokole Skrzydło westchnął.
– Dobrze wiecie przecież, jaka jest rola medyka w klanie, tak? Jako jedni z niewielu kroczymy świętymi ścieżkami Klanu Gwiazdy, a cały nasz trening to jedna wielka nauka niesienia pomocy innym. I jak wy, przepraszam, chcecie robić cokolwiek z tego, wyzywając się nawzajem i tłukąc po krzakach? Wcześniej nie chciałem interweniować, bo – spojrzał gniewnie na mnie – wracałeś do sił, i myślałem, że Szybek ma tyle rozumu w głowie, żeby przestać pluć na ciebie jak rozkapryszony dzieciak, ale nie. Zamiast rozwiązać to jak dwa dorosłe koty, odstawiacie jakąś szopkę i myślicie, że nie zauważę. Zawiedliście klan. Zawiedliście mnie.
Spuściłem głowę, by nie wystawiać się na ten okropny widok – rozzłoszczonego Sokoła. Bolało. Argument z rozczarowaniem był skuteczny jak zawsze, mimo że – tu na nowo zapłonęła we mnie złość – nie widziałem swojej winy. Przecież to Szybująca Mewa zaczynał każdą sprzeczkę. To on się na mnie rzucił! Ja się tylko broniłem. Za plecami rzeczywiście mogłem obgadywać go z każdym, kto tylko chciał słuchać, ale to też była jego wina. Mógł nie być takim idiotą i wszystko byłoby w porządku.
– Nie mogę was puścić bez kary – kontynuował Sokole Skrzydło, a ja, odłożywszy na moment wyrzuty wobec mentora na dalszy plan, przygotowałem się w myślach na swój los. Nie mógł cofnąć mnie do kociarni, a więc… zmienianie mchu? Wyciąganie kleszczy? To wszystko już kiedyś robiłem, co gorszego mogłoby się… – Ponieważ nie umiecie sami się pogodzić, zmuszę was do tego. Od tej pory oboje macie w porze dzielenia języków zakaz przebywania dalej od siebie niż na długość ogona. Jeżeli chcecie iść do znajomych, to tylko we dwójkę. Macie rozmawiać normalnie i wylizywać sobie futra jak rodzeni bracia, zrozumiano? Będę was obserwował. I jeszcze jedna kłótnia więcej, a zaostrzę te zasady i powiem Lisiej Gwieździe, że nie wypełniacie swoich obowiązków. Słyszeliście?
Przez dłuższą chwilę nie odpowiadaliśmy. Z niedowierzania głosy uwięzły nam w gardle.
czas akcji: znów bardzo, bardzo dawno
Udało mi się przespać jeszcze jeden dzień i przemaszerować całą noc, zanim Sokole Skrzydło wezwał mnie do siebie głębokim i dziwnie poważnym tonem.
Szybująca Mewa już tam był. Tam – to znaczy w spowitym jeszcze mrokiem liściastym zakątku w pobliżu naszego prowizorycznego obozu, oddalonym jednak na tyle, by rozmowa nie dotarła łatwo do uszu przypadkowych członków klanu. O ile, oczywiście, ktoś nie zdecyduje się prowadzić jej za pomocą krzyku, co, sądząc ze spojrzenia, jakim przy wejściu obrzucił mnie “mentor”, było całkiem prawdopodobne.
– Dobrze. – Sokole Skrzydło, idący dotąd tuż za mną, wysunął się gładko spomiędzy gałązek i usiadł prosto przed nami; z niepokojem zauważyłem, że srogość nie zniknęła z jego oczu, przeciwnie – Sokolik, ten sam stary, dobry Sokolik, mierzył nas wzrokiem tak ostrym, jak borsucze pazury. – Mogę wiedzieć, co robiliście wczoraj o tej porze?
A więc o to chodziło. Wiedział.
Myślałem, że zapadnie teraz nowy rodzaj milczenia – w zachowaniu medyka wyczuwałem już nasz wyrok, jaki sens miałoby kłamstwo? – ale Szybujący odezwał się niespodziewanie:
– Byliśmy na treningu, jak powiedziałeś. Poranna Łapa przewrócił się w pewnym momencie i wpadł w głóg, ale wyciągnąłem go stamtąd jakoś. – Prychnął z udawaną nonszalancją. – Co miało się stać, Sokole Skrzydło? Dlatego nas tu zabrałeś?
– Ach, tak. A powiesz mi, co jeszcze działo się w tym głogu, że przyszedłeś sam i zły jak osa, a Zorza wrócił do legowiska osobno, bardziej zadowolony niż przez ostatnie kilka księżyców? I ze śladami pazurów pod okiem, chyba że spróbujesz mi jeszcze wcisnąć, że to – podszedł do mnie gwałtownie i nie zdążyłem zaprotestować, a obrócił mój łeb policzkiem w stronę Szybującej Mewy – też jest od głogowych kolców?
Puścił mnie; potrząsnąłem głową, nadal milcząc. Widziałem, jak Szybujący zaciska szczęki ze złości, jednak nawet on nie odważył się już powiedzieć nic więcej.
Sokole Skrzydło westchnął.
– Dobrze wiecie przecież, jaka jest rola medyka w klanie, tak? Jako jedni z niewielu kroczymy świętymi ścieżkami Klanu Gwiazdy, a cały nasz trening to jedna wielka nauka niesienia pomocy innym. I jak wy, przepraszam, chcecie robić cokolwiek z tego, wyzywając się nawzajem i tłukąc po krzakach? Wcześniej nie chciałem interweniować, bo – spojrzał gniewnie na mnie – wracałeś do sił, i myślałem, że Szybek ma tyle rozumu w głowie, żeby przestać pluć na ciebie jak rozkapryszony dzieciak, ale nie. Zamiast rozwiązać to jak dwa dorosłe koty, odstawiacie jakąś szopkę i myślicie, że nie zauważę. Zawiedliście klan. Zawiedliście mnie.
Spuściłem głowę, by nie wystawiać się na ten okropny widok – rozzłoszczonego Sokoła. Bolało. Argument z rozczarowaniem był skuteczny jak zawsze, mimo że – tu na nowo zapłonęła we mnie złość – nie widziałem swojej winy. Przecież to Szybująca Mewa zaczynał każdą sprzeczkę. To on się na mnie rzucił! Ja się tylko broniłem. Za plecami rzeczywiście mogłem obgadywać go z każdym, kto tylko chciał słuchać, ale to też była jego wina. Mógł nie być takim idiotą i wszystko byłoby w porządku.
– Nie mogę was puścić bez kary – kontynuował Sokole Skrzydło, a ja, odłożywszy na moment wyrzuty wobec mentora na dalszy plan, przygotowałem się w myślach na swój los. Nie mógł cofnąć mnie do kociarni, a więc… zmienianie mchu? Wyciąganie kleszczy? To wszystko już kiedyś robiłem, co gorszego mogłoby się… – Ponieważ nie umiecie sami się pogodzić, zmuszę was do tego. Od tej pory oboje macie w porze dzielenia języków zakaz przebywania dalej od siebie niż na długość ogona. Jeżeli chcecie iść do znajomych, to tylko we dwójkę. Macie rozmawiać normalnie i wylizywać sobie futra jak rodzeni bracia, zrozumiano? Będę was obserwował. I jeszcze jedna kłótnia więcej, a zaostrzę te zasady i powiem Lisiej Gwieździe, że nie wypełniacie swoich obowiązków. Słyszeliście?
Przez dłuższą chwilę nie odpowiadaliśmy. Z niedowierzania głosy uwięzły nam w gardle.
02 kwietnia 2020
Od Porannej Łapy
remake poprzedniego opowiadania, które najwyraźniej nie istnieje czy coś, idk ale było głupie
also to wciąż bardzo dawne czasy
Wędrówka przeciągała się w nieskończony, upalny koszmar. Czas, płynący bezszelestnie po spalonych łąkach, zdawał zakrzywiać się i wirować, gdy natrafiał na naszą znękaną grupkę – niczym woda w rzece, gdy napływa na kamień. Prażące popołudnia nie miały końca, świty ciągnęły się i lepiły na podobieństwo żółtej żywicy – inne dni natomiast zanikały i kurczyły się tak, że wczoraj przechodziło w jutro w ciągu kilkunastu uderzeń chorego serca. Wszelkie zdarzenia straciły zakotwiczenie w tej dziwnej przestrzeni i nie sposób było stwierdzić, ile czasu goi się rana na łapie rozciętej kamieniem – trzy wschody słońca? A może dwanaście? W takich warunkach trudno było mówić wiele. Nie mogąc pozwolić sobie na wszczęcie poszukiwań – rodzeństwa lub Perły, choć ciężko to przyznać, w cieknącym z nieba żarze było mi wszystko jedno – szedłem powoli, nie zwracając większej uwagi na drogę przede mną, a zamiast tego kierując ją w głąb siebie. Niewiele tam jednak znalazłem.
Na Szybującą Mewę, jak i na całą resztę, również oddziaływał upał. Odzywał się rzadziej, rzadziej zawracał mi również głowę – za to gdy już to robił, wyładowywał więcej emocji i jego przytyki stały się bardziej dotkliwe; nie miałem na nie siły. Wyczuwałem jego frustrację, zmęczenie, znudzenie. Nie wiem, czy on wyczuwał moje; jeśli tak, to swoim zwyczajem nie przejmował się nimi.
Wielokrotnie pytałem Gwiezdnych, czemu właściwie muszę się z nim użerać; ostatecznie uczył mnie bardzo niewiele, a temat samych przodków zawsze ucinał pogardliwym prychnięciem. Nie uzyskałem odpowiedzi. Być może to arogancka aura Szybującej Mewy zakłóciła komunikację. Może to oni zdecydowali się nas porzucić, nie wiedziałem.
Miałem już dosyć.
* * *
Dniało. Wraz z błękitem nieba przez las pełzła już pierwsza nadwyżka ciepła, które wkrótce miało zamienić ziemię w niewiele ponad sparzoną słońcem skorupę; tymczasem w powietrzu unosił się żrący pył, mgłą zasnuwając pole widzenia. Klan osiadł na skraju lasu, by przeczekać dzień, a Sokole Skrzydło nakazał nam wykorzystać ten czas na trening.
– Wiesz, co to jest?
Szybująca Mewa podsunął mi pod nos kolczastą gałązkę o krągłych, granatowych owocach. Było to niedługo po większym postoju dla odzyskania sił i czułem się nieco lepiej.
– Skoro trzymasz to tak blisko mojego pyska, to pewnie trucizna.
Parsknął krótkim, charpliwym śmiechem.
– Nieźle – stwierdził, puszczając gałązkę; w tym momencie zrozumiałem, że lekcja się skończyła. Coś trzasnęło cicho, jak łamane drewno – to jego pysk wykrzywił się w suchym uśmiechu. Oczy, zmrużone szelmowsko, raz jeszcze patrzyły na mnie z ciekawością godną bardziej egzotycznego gatunku myszy, niż żywego kota. – Odzywaj się tak częściej, już prawie zapomniałem, że w ogóle umiesz.
– Hm? – odmruknąłem niewyraźnie, jednocześnie z irytacją machając ogonem. Nie miałem ochoty marnować czasu względnego chłodu na jego fanaberie.
– Odcinaj się – wyjaśnił protekcjonalnie, ogon unosząc do góry, jakby chciał mnie nim puknąć w nos. – Inaczej nie ma z tobą zabawy.
Zabawy.
Przed oczyma mignął mi obraz dawnych dni, kiedy wraz z Perłą, Jarzębinką i Tęczą nurkowaliśmy w liściach. Teraz natomiast stałem przed Szybującą Mewą, jak w obrzydłym śnie, strudzony i obolały, i czułem, jak pęka we mnie coś, co chyba miało nie pęknąć nigdy.
– Wiesz co? – Wyprostowałem się chwiejnie, tak, by nasze spojrzenia się wyrównały. Nie był to kres moich możliwości i gdybym zechciał, mógłbym unieść łeb dużo wyżej; nie chciałem jednak odsłaniać brzucha przed kimś takim. Spojrzał na mnie wyzywająco, mącąc mi mowę. Jeszcze chwilę starałem się ułożyć godną ripostę, ale ostatecznie złość wzięła górę i obdarzyłem kocura tylko krótkim, ale na tyle, ile mogłem z siebie wydobyć, stanowczym: – Wal się.
Kolejne parsknięcie. Jego odgłos tylko coraz mocniej mnie drażnił.
– Uważaj, co mówisz – ostrzegł z ironiczną słodyczą, na pokaz wysuwając pazury – bo jeszcze ktoś inny dostanie w pysk.
– Wal się – powtórzyłem z naciskiem, niemal wypluwając kolejne słowa. Promień słońca, który przebił się przez korony drzew, wiercił dziurę w mojej czaszce. Krew szumiała mi w uszach. Tak, widziałem, jak w tamtym momencie spina mięśnie tylnych łap; zaszedłem jednak za daleko, by mogło mnie to powstrzymać. – Wal się, Szybujące Ścierwo, ty nędzna podróbo medyka, ty chory powaleńcu, umiejący się tylko–
Buro-biała masa uderzyła we mnie z porażającą siłą; w następnej sekundzie mój grzbiet uderzał już o suchą ziemię. Poczułem, jak skóra na moim policzku otwiera się w kilku miejscach, wyrzucając w powietrze wąską fontannę krwi – przynajmniej taki obraz wypełnił ciemność pod moimi powiekami. Jeżeli do tej chwili rzeczywiście tak się nie stało, było to jedynie kwestią czasu.
Nie miałem wątpliwości co do tego, że kocur nie będzie się powstrzymywał. Ledwie nabrałem powietrza, już czułem pieczenie kolejnych uderzeń. Tak szybko, na ile pozwalał mi ziejący wokół chaos, odturlałem się nieco przybrałem obronną postawę; zęby obnażone, przednie łapy opuszczone na brzuch, tylne w powietrzu, gotowe do przyjęcia ataku. Zdawało mi się się, że Szybujący chwilę się zawahał.
Ale niedługo. Cios spadł pod kątem, ostre jak ciernie pazury przebiły sierść i zatopiły się w mojej skórze. Jednocześnie sam wyskoczyłem do góry i zwinąłem się, by, jak nauczyła mnie dawno Mglista Ścieżka, zamknąć oprawcę w kleszczach. Cokolwiek tylko mogłem wbić, wbiłem, i gryzłem najmocniej, jak tylko się dało; coś w środku rozsadzało moje zszargane upałem ciało, by czynić jak najwięcej krzywdy. Chciałem się rzucać, chciałem zgnieść go jak robaka, rozpłaszczyć i przebić jak kleszcza, żeby wylała się krew, cała nędzna krew, żeby nigdy nie poruszył już choćby jedną nogą.
Gdyby dodać mi w tamtej chwili potrzebnej siły, wybiłbym cały obóz bez mrugnięcia okiem. Właściwie było to potworne.
Walka skończyła się dosyć szybko. Nie byłem pewien, jak to się stało, ale w chwili, gdy dobiegała końca, znajdowałem się na ziemi, leżąc niemal płasko, z trudem łapiąc dech. Szybujaca Mewa, o ile mogłem stwierdzić, podzielał podobny los. Zaczynał się gdzieś daleko, w białym punkcie na peryferiach mojego pola widzenia; potem rozszerzał się, by przejść w górę tułowia o potarganej sierści, unoszonej rytmicznie przez ruchy płuc. Łeb leżał z drugiej strony, z zaciśniętą szczęką; mogłem wyczuć napięcie jej mięśni pod swoim policzkiem.
Jego szyja znajdowała się zaś idealnie pośrodku. Trzymałem ją w zębach.
– Mhhhh – wypuścił powietrze z cichym sapnięciem. Poruszył się lekko, starając się wyszarpnąć – zastygł jednak od razu, kiedy zorientowawszy się, co się dzieje, ostrzegawczo zacieśniłem chwyt. Mój oddech, blokowany przez kudły jego sierści, powoli się normował.
Chwilę leżeliśmy tak bez ruchu. Gdzieś ponad nami krótko zagwizdał kos, po czym odfrunął z furkotem w głąb lasu. Szybująca Mewa również się uspokajał; rozluźnił nieco mięśnie, oddychał gładko. Nie puszczałem go. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, co powinienem z nim zrobić; chyba wyczuł moje wahanie, bo w końcu odkaszlnął z wysiłkiem, co wstrząsnęło także mną, uczepionym jego gardła, i rzekł cicho:
– No to co… Co teraz zrobisz?
Najbardziej w tym głosie zadziwiło mnie to, że pomimo ochrypłego brzmienia, pomimo tego, że do przebicia jego szyi brakowało mi jedynie drobnego wysiłku, wciąż potrafił zabarwić go kpiną.
Nadal oszołomiony walką i nagłym zwycięstwem, nie umiałem myśleć jasno.
Puściłem go.
Podniósł się wolno, ostrożnie, jakby musiał się upewnić, czy wszystko jest na swoim miejscu. Obserwowałem go bacznie, usadowiwszy się z boku. Kępki jego futra utkwiły mi w pysku i nijak nie mogłem się ich jeszcze stamtąd pozbyć; nie to było jednak w tamtym momencie moim priorytetem.
Wreszcie otrzepał się, skończył, stanął pewniej. Futro pod brodą wciąż miał jednak zmierzwione, kiedy podnosił głowę, by wbić we mnie wzrok pałający zimną nienawiścią. Nie spuściłem oczu. Na grzbiecie poczułem coś na kształt mrowienia; chwilę później wrażenie spłynęło niżej, do przodu, wypalając gdzieś we wnętrzu lodową ścieżkę. Zdałem sobie sprawę, że było to dokładnie to samo uczucie, które tliło się w jego oczach. Dobrze było wiedzieć, że myślimy podobnie.
Zapał do bitwy został jednak wyczerpany i choć widziałem, jak łapy Szybującej Mewy drżą, by na nowo zatopić pazury w moim ciele, nie mógłby już tego zrobić. Z ledwie słyszalnym prychnięciem odwrócił się, by zniknąć w gąszczu. Chwilę później jedynym śladem jego obecności był już tylko odległy szelest gałązek i siatka drobnych ran, które pozostawił mi na pamiątkę. Któraś z nich wciąż krwawiła. Nie przejąłem się jednak; mój umysł przejęła już jedna, pełna gorączkowego blasku myśl:
Pokonałem Szybka.
Las stawał się coraz bardziej upalny; z liści ulatywała już para. Nie umiałem się tym martwić.
byo Zorza trzymaj się
also to wciąż bardzo dawne czasy
Wędrówka przeciągała się w nieskończony, upalny koszmar. Czas, płynący bezszelestnie po spalonych łąkach, zdawał zakrzywiać się i wirować, gdy natrafiał na naszą znękaną grupkę – niczym woda w rzece, gdy napływa na kamień. Prażące popołudnia nie miały końca, świty ciągnęły się i lepiły na podobieństwo żółtej żywicy – inne dni natomiast zanikały i kurczyły się tak, że wczoraj przechodziło w jutro w ciągu kilkunastu uderzeń chorego serca. Wszelkie zdarzenia straciły zakotwiczenie w tej dziwnej przestrzeni i nie sposób było stwierdzić, ile czasu goi się rana na łapie rozciętej kamieniem – trzy wschody słońca? A może dwanaście? W takich warunkach trudno było mówić wiele. Nie mogąc pozwolić sobie na wszczęcie poszukiwań – rodzeństwa lub Perły, choć ciężko to przyznać, w cieknącym z nieba żarze było mi wszystko jedno – szedłem powoli, nie zwracając większej uwagi na drogę przede mną, a zamiast tego kierując ją w głąb siebie. Niewiele tam jednak znalazłem.
Na Szybującą Mewę, jak i na całą resztę, również oddziaływał upał. Odzywał się rzadziej, rzadziej zawracał mi również głowę – za to gdy już to robił, wyładowywał więcej emocji i jego przytyki stały się bardziej dotkliwe; nie miałem na nie siły. Wyczuwałem jego frustrację, zmęczenie, znudzenie. Nie wiem, czy on wyczuwał moje; jeśli tak, to swoim zwyczajem nie przejmował się nimi.
Wielokrotnie pytałem Gwiezdnych, czemu właściwie muszę się z nim użerać; ostatecznie uczył mnie bardzo niewiele, a temat samych przodków zawsze ucinał pogardliwym prychnięciem. Nie uzyskałem odpowiedzi. Być może to arogancka aura Szybującej Mewy zakłóciła komunikację. Może to oni zdecydowali się nas porzucić, nie wiedziałem.
Miałem już dosyć.
* * *
Dniało. Wraz z błękitem nieba przez las pełzła już pierwsza nadwyżka ciepła, które wkrótce miało zamienić ziemię w niewiele ponad sparzoną słońcem skorupę; tymczasem w powietrzu unosił się żrący pył, mgłą zasnuwając pole widzenia. Klan osiadł na skraju lasu, by przeczekać dzień, a Sokole Skrzydło nakazał nam wykorzystać ten czas na trening.
– Wiesz, co to jest?
Szybująca Mewa podsunął mi pod nos kolczastą gałązkę o krągłych, granatowych owocach. Było to niedługo po większym postoju dla odzyskania sił i czułem się nieco lepiej.
– Skoro trzymasz to tak blisko mojego pyska, to pewnie trucizna.
Parsknął krótkim, charpliwym śmiechem.
– Nieźle – stwierdził, puszczając gałązkę; w tym momencie zrozumiałem, że lekcja się skończyła. Coś trzasnęło cicho, jak łamane drewno – to jego pysk wykrzywił się w suchym uśmiechu. Oczy, zmrużone szelmowsko, raz jeszcze patrzyły na mnie z ciekawością godną bardziej egzotycznego gatunku myszy, niż żywego kota. – Odzywaj się tak częściej, już prawie zapomniałem, że w ogóle umiesz.
– Hm? – odmruknąłem niewyraźnie, jednocześnie z irytacją machając ogonem. Nie miałem ochoty marnować czasu względnego chłodu na jego fanaberie.
– Odcinaj się – wyjaśnił protekcjonalnie, ogon unosząc do góry, jakby chciał mnie nim puknąć w nos. – Inaczej nie ma z tobą zabawy.
Zabawy.
Przed oczyma mignął mi obraz dawnych dni, kiedy wraz z Perłą, Jarzębinką i Tęczą nurkowaliśmy w liściach. Teraz natomiast stałem przed Szybującą Mewą, jak w obrzydłym śnie, strudzony i obolały, i czułem, jak pęka we mnie coś, co chyba miało nie pęknąć nigdy.
– Wiesz co? – Wyprostowałem się chwiejnie, tak, by nasze spojrzenia się wyrównały. Nie był to kres moich możliwości i gdybym zechciał, mógłbym unieść łeb dużo wyżej; nie chciałem jednak odsłaniać brzucha przed kimś takim. Spojrzał na mnie wyzywająco, mącąc mi mowę. Jeszcze chwilę starałem się ułożyć godną ripostę, ale ostatecznie złość wzięła górę i obdarzyłem kocura tylko krótkim, ale na tyle, ile mogłem z siebie wydobyć, stanowczym: – Wal się.
Kolejne parsknięcie. Jego odgłos tylko coraz mocniej mnie drażnił.
– Uważaj, co mówisz – ostrzegł z ironiczną słodyczą, na pokaz wysuwając pazury – bo jeszcze ktoś inny dostanie w pysk.
– Wal się – powtórzyłem z naciskiem, niemal wypluwając kolejne słowa. Promień słońca, który przebił się przez korony drzew, wiercił dziurę w mojej czaszce. Krew szumiała mi w uszach. Tak, widziałem, jak w tamtym momencie spina mięśnie tylnych łap; zaszedłem jednak za daleko, by mogło mnie to powstrzymać. – Wal się, Szybujące Ścierwo, ty nędzna podróbo medyka, ty chory powaleńcu, umiejący się tylko–
Buro-biała masa uderzyła we mnie z porażającą siłą; w następnej sekundzie mój grzbiet uderzał już o suchą ziemię. Poczułem, jak skóra na moim policzku otwiera się w kilku miejscach, wyrzucając w powietrze wąską fontannę krwi – przynajmniej taki obraz wypełnił ciemność pod moimi powiekami. Jeżeli do tej chwili rzeczywiście tak się nie stało, było to jedynie kwestią czasu.
Nie miałem wątpliwości co do tego, że kocur nie będzie się powstrzymywał. Ledwie nabrałem powietrza, już czułem pieczenie kolejnych uderzeń. Tak szybko, na ile pozwalał mi ziejący wokół chaos, odturlałem się nieco przybrałem obronną postawę; zęby obnażone, przednie łapy opuszczone na brzuch, tylne w powietrzu, gotowe do przyjęcia ataku. Zdawało mi się się, że Szybujący chwilę się zawahał.
Ale niedługo. Cios spadł pod kątem, ostre jak ciernie pazury przebiły sierść i zatopiły się w mojej skórze. Jednocześnie sam wyskoczyłem do góry i zwinąłem się, by, jak nauczyła mnie dawno Mglista Ścieżka, zamknąć oprawcę w kleszczach. Cokolwiek tylko mogłem wbić, wbiłem, i gryzłem najmocniej, jak tylko się dało; coś w środku rozsadzało moje zszargane upałem ciało, by czynić jak najwięcej krzywdy. Chciałem się rzucać, chciałem zgnieść go jak robaka, rozpłaszczyć i przebić jak kleszcza, żeby wylała się krew, cała nędzna krew, żeby nigdy nie poruszył już choćby jedną nogą.
Gdyby dodać mi w tamtej chwili potrzebnej siły, wybiłbym cały obóz bez mrugnięcia okiem. Właściwie było to potworne.
Walka skończyła się dosyć szybko. Nie byłem pewien, jak to się stało, ale w chwili, gdy dobiegała końca, znajdowałem się na ziemi, leżąc niemal płasko, z trudem łapiąc dech. Szybujaca Mewa, o ile mogłem stwierdzić, podzielał podobny los. Zaczynał się gdzieś daleko, w białym punkcie na peryferiach mojego pola widzenia; potem rozszerzał się, by przejść w górę tułowia o potarganej sierści, unoszonej rytmicznie przez ruchy płuc. Łeb leżał z drugiej strony, z zaciśniętą szczęką; mogłem wyczuć napięcie jej mięśni pod swoim policzkiem.
Jego szyja znajdowała się zaś idealnie pośrodku. Trzymałem ją w zębach.
– Mhhhh – wypuścił powietrze z cichym sapnięciem. Poruszył się lekko, starając się wyszarpnąć – zastygł jednak od razu, kiedy zorientowawszy się, co się dzieje, ostrzegawczo zacieśniłem chwyt. Mój oddech, blokowany przez kudły jego sierści, powoli się normował.
Chwilę leżeliśmy tak bez ruchu. Gdzieś ponad nami krótko zagwizdał kos, po czym odfrunął z furkotem w głąb lasu. Szybująca Mewa również się uspokajał; rozluźnił nieco mięśnie, oddychał gładko. Nie puszczałem go. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, co powinienem z nim zrobić; chyba wyczuł moje wahanie, bo w końcu odkaszlnął z wysiłkiem, co wstrząsnęło także mną, uczepionym jego gardła, i rzekł cicho:
– No to co… Co teraz zrobisz?
Najbardziej w tym głosie zadziwiło mnie to, że pomimo ochrypłego brzmienia, pomimo tego, że do przebicia jego szyi brakowało mi jedynie drobnego wysiłku, wciąż potrafił zabarwić go kpiną.
Nadal oszołomiony walką i nagłym zwycięstwem, nie umiałem myśleć jasno.
Puściłem go.
Podniósł się wolno, ostrożnie, jakby musiał się upewnić, czy wszystko jest na swoim miejscu. Obserwowałem go bacznie, usadowiwszy się z boku. Kępki jego futra utkwiły mi w pysku i nijak nie mogłem się ich jeszcze stamtąd pozbyć; nie to było jednak w tamtym momencie moim priorytetem.
Wreszcie otrzepał się, skończył, stanął pewniej. Futro pod brodą wciąż miał jednak zmierzwione, kiedy podnosił głowę, by wbić we mnie wzrok pałający zimną nienawiścią. Nie spuściłem oczu. Na grzbiecie poczułem coś na kształt mrowienia; chwilę później wrażenie spłynęło niżej, do przodu, wypalając gdzieś we wnętrzu lodową ścieżkę. Zdałem sobie sprawę, że było to dokładnie to samo uczucie, które tliło się w jego oczach. Dobrze było wiedzieć, że myślimy podobnie.
Zapał do bitwy został jednak wyczerpany i choć widziałem, jak łapy Szybującej Mewy drżą, by na nowo zatopić pazury w moim ciele, nie mógłby już tego zrobić. Z ledwie słyszalnym prychnięciem odwrócił się, by zniknąć w gąszczu. Chwilę później jedynym śladem jego obecności był już tylko odległy szelest gałązek i siatka drobnych ran, które pozostawił mi na pamiątkę. Któraś z nich wciąż krwawiła. Nie przejąłem się jednak; mój umysł przejęła już jedna, pełna gorączkowego blasku myśl:
Pokonałem Szybka.
Las stawał się coraz bardziej upalny; z liści ulatywała już para. Nie umiałem się tym martwić.
byo Zorza trzymaj się
07 marca 2020
Od Porannej Łapy
Dniało. Wraz z błękitem nieba przez las pełzła już pierwsza nadwyżka ciepła. Przystanek w wędrówce mieliśmy wykorzystać na trening.
– Wiesz, co to jest?
Szybująca Mewa podsunął mi pod nos kolczastą gałązkę o krągłych, granatowych owocach.
– Skoro trzymasz ją tak blisko mojego pyska, to pewnie trucizna.
Zajęło mi chwilę, żeby zorientować się, że mój mentor od siedmiu boleści stoi dziwnie cicho. Podniosłem na niego wzrok; pysk rozciągał mu się głupawo, a w oczach niemal błyskały iskierki. Zbity z tropu, ledwie wydusiłem zagubione:
– ...Co?
– Wreszcie się odcinasz! Nareszcie! – Puścił gałąź, która z trzaskiem wróciła na swoje miejsce. – Już myślałem, że na zawsze taki zostaniesz. Taki smutny i uległy, wiesz, jak nieprzyjemnie się nabijać z kogoś takiego? To się robiło nudne. Ale nigdy nie przestałem wierzyć, że wciąż masz w sobie to coś, jak dawniej. Teraz dopiero będzie fajnie.
Stanąłem w bezruchu i przez kilkanaście uderzeń serca nie spuszczałem z niego wzroku.
– To jest chore. Jesteś chory. Odejdź stąd, tylko daleko.
– Sam do mnie przyszedłeś, może nie? – Powiedział słodko i strzepnął ogonem. – No dalej, nie kul się tak i nie trzęś, co ci się znowu dzieje… Weź, Poranek, odpowiadaj mi! Podrocz się ze mną! Ty się umiesz tak śmiesznie zdenerwować, kiedy tylko…
– Przestań, do cholery. Nie jesteś sadystą.
Uśmiech znikł z jego pyska. Dla odmiany teraz to on wyglądał na zagubionego.
– Tak? A skąd ty niby… – spróbował raz jeszcze, ale nie pozwoliłem mu dokończyć. Widok jego wahania napełnił mnie dziwną satysfakcją i rozjaśnił nieco umysł, dotąd przyćmiony najwyraźniej trudem drogi.
– Nie, nigdy nie byłeś, chociaż na każdym kroku próbujesz mnie zgnębić. Teraz widzę. Za to wiesz, czym jesteś? Mogę ci powiedzieć. Zwykłym dzieciakiem z problemami, który nie umie już nawiązywać normalnych kontaktów, i obrzuca innych gnojem, żeby zaspokoić swoje potrzeby. Tym jesteś, wiesz? Dokładnie tym. A ja mam za sobą rzeczy, które są tak trudne, że nawet sobie nie wyobrażasz, i chcę tylko spokoju. Jednej rzeczy, rozumiesz?! Czy to jest takie ciężkie do zrozumienia?! W innym świecie może nawet bylibyśmy przyjaciółmi, ale nie! Rozpuszczony bachor, musisz się zachowywać jak pochrzaniony…
Nie zdążyłem się uchylić – nawet gdybym miał dwa razy więcej czasu, nie zdołałbym uniknąć ciosu ostrych pazurów, które rozryły mi skórę na policzku. Z głuchym dźwiękiem upadliśmy na trawę; w płucach zabrakło mi powietrza. Kopałem na oślep.
Potem często zastanawiałem się, jak wiele brakowało mu tego dnia, żeby mnie zabić.
Walka nie trwała długo, szybko straciliśmy siły. Skończyłem na ziemi, dysząc ciężko – on zresztą podobnie, chociaż podniósł się szybciej. Przyglądałem się mu, jak wstaje niezgrabnie, odciążając jedną z nóg. On też na mnie spojrzał. Nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek wcześniej widział w jego wzroku aż tyle wściekłości.
Utykając lekko, odwrócił się w kierunku tymczasowego obozu.
– Płakałeś jeszcze przed tym, jak cię uderzyłem.
***
Świat rozmywał się w zielono-szare plamy; niepewne mruganie oczami nie przynosiło upragnionej poprawy.
– Zorza? Zorza, żyjesz?
Wreszcie udało mi się wyostrzyć obraz na tyle, by móc rozeznać się w sytuacji – i pojąłem tyle, że wisi nade mną wielki, czarny kształt. Zamarłem w bezruchu.
– Halo? To ja, Sój…
– S-Sójka? – wyjąkałem, stając na nogi. On też uniósł głowę, światło słoneczne padło na jego pysk – i chociaż zmienił się, Klanie Gwiazdy, bardzo się zmienił, to nie sposób było odmówić tym rysom znajomości. – Sójka! Aaaa, skąd ty się tu wziąłeś?
– Przed odejściem spotkałem Kiełka na zgromadzeniu i doszliśmy do wniosku, że może wy też gdzieś jesteście… No i rzeczywiście. Cieszę się, że żyjesz – wymruczał, ocierając się o mnie łbem. Odwzajemniłem gest.
– Też się cieszę. I dobrze wiedzieć, że Kiełek też żyje, musimy się kiedyś wszyscy spotkać. Jak wy się właściwie teraz nazywacie?
– Sójcze Gniazdo, a on Biały Kieł. Chyba nie jest źle, prawda? – Nagle poczułem, jak spina się nieco. Odsuwając się, zmierzył mnie zatroskanym wzrokiem. – Przepraszam, że zapytam, ale… co ci się właściwie stało? Czemu nie jesteś razem ze swoim klanem…?
Starałem się utrzymać uśmiech.
– Miałem… miałem małą sprzeczkę ze swoim mentorem. Nie lubimy się teraz za bardzo, zresztą i tak wolę spać na powietrzu, wiesz? Nie śmierdzi tak tymi wszystkimi kotami. Jest okej. Żyję – zapewniłem go ciepło, chociaż wyrwana sierść i całkiem świeże bruzdki pod moim okiem najpewniej nie wyglądały przekonująco.
– Klanie Gwiazdy… Czekaj, twoim mentorem? Dalej się uczysz?
– Tak, zmieniałem ścieżki i dlatego długo to trwa. Będę medykiem, przynajmniej taką mam nadzieję. Tylko jeszcze nie zaśmierdłem ziołami.
– A, to super… Właściwie to całkiem logiczne, prawda? Dobrze, że masz co robić, tylko, no… Ten mentor nie brzmi za ciekawie, nie potrzebujesz może pomocy?
Z krzaków tuż za moimi plecami dobiegł nietypowy szelest. Wsłuchiwałem się w niego chwilę, aż musiałem gwałtownie nabrać powietrza. Znałem ten odgłos.
– Zorza…?
– On nie ma na imię Zorza.
Odwróciłem głowę. Z gąszczu właśnie wychodził Szybująca Mewa, sztywno, niemal manierycznie – i chociaż mówił jeszcze do mojego brata, lodowate spojrzenie utkwił już we mnie.
– Wracasz do obozu.
Narażanie się w tamtej chwili Szybującemu nie stało zbyt wysoko na liście moich priorytetów – zresztą nawet gdybym chciał, nie jestem pewien, czy cokolwiek udałoby mi się powiedzieć; chłód jego obecności, jakiego jeszcze nie widziałem, robił porażające wrażenie. Niepewnie skinąłem głową Sójce, który, przykulony, obserwował zajście szeroko otwartymi oczami, i zniknąłem w gęstwinie, prowadzony widokiem podskakującej końcówki ogona Szybującej Mewy. Kolczaste gałązki czepiały się mojego futra, drażniąc świeże rany.
Wreszcie wyszliśmy na przecinkę, na której Klan Klifu rozbił swój tymczasowy obóz. Szybujący przystanął, by prześledzić wzrokiem otoczenie, po czym zwrócił się do mnie raz jeszcze – dużo cichszym, lecz nadal ostrym jak borsuczy pazur głosem.
– Wczoraj drapałem się z psem. Wymyśl coś sobie albo i nie, nie obchodzi mnie to, ale wczoraj nic się nie stało, kapujesz? I nie chcę więcej widzieć żadnej zdrady klanu.
– To był mój brat – odparłem odruchowo, z irytacją uderzając ogonem o ziemię.
Szybująca Mewa zdążył już się tymczasem oddalić i nie dane mi było zobaczyć jego reakcji.
– Wiesz, co to jest?
Szybująca Mewa podsunął mi pod nos kolczastą gałązkę o krągłych, granatowych owocach.
– Skoro trzymasz ją tak blisko mojego pyska, to pewnie trucizna.
Zajęło mi chwilę, żeby zorientować się, że mój mentor od siedmiu boleści stoi dziwnie cicho. Podniosłem na niego wzrok; pysk rozciągał mu się głupawo, a w oczach niemal błyskały iskierki. Zbity z tropu, ledwie wydusiłem zagubione:
– ...Co?
– Wreszcie się odcinasz! Nareszcie! – Puścił gałąź, która z trzaskiem wróciła na swoje miejsce. – Już myślałem, że na zawsze taki zostaniesz. Taki smutny i uległy, wiesz, jak nieprzyjemnie się nabijać z kogoś takiego? To się robiło nudne. Ale nigdy nie przestałem wierzyć, że wciąż masz w sobie to coś, jak dawniej. Teraz dopiero będzie fajnie.
Stanąłem w bezruchu i przez kilkanaście uderzeń serca nie spuszczałem z niego wzroku.
– To jest chore. Jesteś chory. Odejdź stąd, tylko daleko.
– Sam do mnie przyszedłeś, może nie? – Powiedział słodko i strzepnął ogonem. – No dalej, nie kul się tak i nie trzęś, co ci się znowu dzieje… Weź, Poranek, odpowiadaj mi! Podrocz się ze mną! Ty się umiesz tak śmiesznie zdenerwować, kiedy tylko…
– Przestań, do cholery. Nie jesteś sadystą.
Uśmiech znikł z jego pyska. Dla odmiany teraz to on wyglądał na zagubionego.
– Tak? A skąd ty niby… – spróbował raz jeszcze, ale nie pozwoliłem mu dokończyć. Widok jego wahania napełnił mnie dziwną satysfakcją i rozjaśnił nieco umysł, dotąd przyćmiony najwyraźniej trudem drogi.
– Nie, nigdy nie byłeś, chociaż na każdym kroku próbujesz mnie zgnębić. Teraz widzę. Za to wiesz, czym jesteś? Mogę ci powiedzieć. Zwykłym dzieciakiem z problemami, który nie umie już nawiązywać normalnych kontaktów, i obrzuca innych gnojem, żeby zaspokoić swoje potrzeby. Tym jesteś, wiesz? Dokładnie tym. A ja mam za sobą rzeczy, które są tak trudne, że nawet sobie nie wyobrażasz, i chcę tylko spokoju. Jednej rzeczy, rozumiesz?! Czy to jest takie ciężkie do zrozumienia?! W innym świecie może nawet bylibyśmy przyjaciółmi, ale nie! Rozpuszczony bachor, musisz się zachowywać jak pochrzaniony…
Nie zdążyłem się uchylić – nawet gdybym miał dwa razy więcej czasu, nie zdołałbym uniknąć ciosu ostrych pazurów, które rozryły mi skórę na policzku. Z głuchym dźwiękiem upadliśmy na trawę; w płucach zabrakło mi powietrza. Kopałem na oślep.
Potem często zastanawiałem się, jak wiele brakowało mu tego dnia, żeby mnie zabić.
Walka nie trwała długo, szybko straciliśmy siły. Skończyłem na ziemi, dysząc ciężko – on zresztą podobnie, chociaż podniósł się szybciej. Przyglądałem się mu, jak wstaje niezgrabnie, odciążając jedną z nóg. On też na mnie spojrzał. Nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek wcześniej widział w jego wzroku aż tyle wściekłości.
Utykając lekko, odwrócił się w kierunku tymczasowego obozu.
– Płakałeś jeszcze przed tym, jak cię uderzyłem.
***
Świat rozmywał się w zielono-szare plamy; niepewne mruganie oczami nie przynosiło upragnionej poprawy.
– Zorza? Zorza, żyjesz?
Wreszcie udało mi się wyostrzyć obraz na tyle, by móc rozeznać się w sytuacji – i pojąłem tyle, że wisi nade mną wielki, czarny kształt. Zamarłem w bezruchu.
– Halo? To ja, Sój…
– S-Sójka? – wyjąkałem, stając na nogi. On też uniósł głowę, światło słoneczne padło na jego pysk – i chociaż zmienił się, Klanie Gwiazdy, bardzo się zmienił, to nie sposób było odmówić tym rysom znajomości. – Sójka! Aaaa, skąd ty się tu wziąłeś?
– Przed odejściem spotkałem Kiełka na zgromadzeniu i doszliśmy do wniosku, że może wy też gdzieś jesteście… No i rzeczywiście. Cieszę się, że żyjesz – wymruczał, ocierając się o mnie łbem. Odwzajemniłem gest.
– Też się cieszę. I dobrze wiedzieć, że Kiełek też żyje, musimy się kiedyś wszyscy spotkać. Jak wy się właściwie teraz nazywacie?
– Sójcze Gniazdo, a on Biały Kieł. Chyba nie jest źle, prawda? – Nagle poczułem, jak spina się nieco. Odsuwając się, zmierzył mnie zatroskanym wzrokiem. – Przepraszam, że zapytam, ale… co ci się właściwie stało? Czemu nie jesteś razem ze swoim klanem…?
Starałem się utrzymać uśmiech.
– Miałem… miałem małą sprzeczkę ze swoim mentorem. Nie lubimy się teraz za bardzo, zresztą i tak wolę spać na powietrzu, wiesz? Nie śmierdzi tak tymi wszystkimi kotami. Jest okej. Żyję – zapewniłem go ciepło, chociaż wyrwana sierść i całkiem świeże bruzdki pod moim okiem najpewniej nie wyglądały przekonująco.
– Klanie Gwiazdy… Czekaj, twoim mentorem? Dalej się uczysz?
– Tak, zmieniałem ścieżki i dlatego długo to trwa. Będę medykiem, przynajmniej taką mam nadzieję. Tylko jeszcze nie zaśmierdłem ziołami.
– A, to super… Właściwie to całkiem logiczne, prawda? Dobrze, że masz co robić, tylko, no… Ten mentor nie brzmi za ciekawie, nie potrzebujesz może pomocy?
Z krzaków tuż za moimi plecami dobiegł nietypowy szelest. Wsłuchiwałem się w niego chwilę, aż musiałem gwałtownie nabrać powietrza. Znałem ten odgłos.
– Zorza…?
– On nie ma na imię Zorza.
Odwróciłem głowę. Z gąszczu właśnie wychodził Szybująca Mewa, sztywno, niemal manierycznie – i chociaż mówił jeszcze do mojego brata, lodowate spojrzenie utkwił już we mnie.
– Wracasz do obozu.
Narażanie się w tamtej chwili Szybującemu nie stało zbyt wysoko na liście moich priorytetów – zresztą nawet gdybym chciał, nie jestem pewien, czy cokolwiek udałoby mi się powiedzieć; chłód jego obecności, jakiego jeszcze nie widziałem, robił porażające wrażenie. Niepewnie skinąłem głową Sójce, który, przykulony, obserwował zajście szeroko otwartymi oczami, i zniknąłem w gęstwinie, prowadzony widokiem podskakującej końcówki ogona Szybującej Mewy. Kolczaste gałązki czepiały się mojego futra, drażniąc świeże rany.
Wreszcie wyszliśmy na przecinkę, na której Klan Klifu rozbił swój tymczasowy obóz. Szybujący przystanął, by prześledzić wzrokiem otoczenie, po czym zwrócił się do mnie raz jeszcze – dużo cichszym, lecz nadal ostrym jak borsuczy pazur głosem.
– Wczoraj drapałem się z psem. Wymyśl coś sobie albo i nie, nie obchodzi mnie to, ale wczoraj nic się nie stało, kapujesz? I nie chcę więcej widzieć żadnej zdrady klanu.
– To był mój brat – odparłem odruchowo, z irytacją uderzając ogonem o ziemię.
Szybująca Mewa zdążył już się tymczasem oddalić i nie dane mi było zobaczyć jego reakcji.
Od Porannej Łapy
hehe to też jeszcze z podróży, trochę tego może być
Wędrówka nie miała końca.
Szli zwartą grupą, złączeni wyczerpaniem – obawa, która wcześniej towarzyszyła ich krokom, ulotniła się wraz z nastaniem upałów. Wcześniej ich uszy podrywały się na każdy drobny szelest dobiegający z przydrożnych zarośli (co to było? na pewno było tam trochę głogu, ale co poza tym?...); teraz ledwie znajdowali siłę, by raz na jakiś czas unieść ciężko łeb i zmierzyć wzrokiem rozległą równinę, w której z rzadka jedynie tkwiły wyschnięte krzewy o zwiotczałych liściach nierzucających cienia. Dokąd szli, jaki los mógł ich czekać w tak nieprzyjaznej krainie? Nie mogli wiedzieć, a mimo to nie bali się. Gorące powietrze zabrało im strach, zamieniając wojowników w nieywraźne, piaskowe figury, z sierścią podobną do kurzu – który uleci w niebo z kolejnym podmuchem nieznośnego wiatru, i ostatecznie odsłoni to, co do tej pory uchodzić miało za żywą istotę: ramę z poszarzałych kości.
– No teraz to już robisz to specjalnie!
Może i robię, co ci do tego?
Zaczekałem, aż do mnie podbiegnie. Wciąż tkwiła we mnie szalona nadzieja, że za którymś razem w połowie drogi zwyczajnie się rozmyśli.
– Halo! Ogłuchłeś czy co? Aż stamtąd widać, jak się beznadziejnie ślimaczysz. Rusz się, miałeś nie zostawać bardzo z tyłu.
– Szybująca Mewo, jeszcze raz ci powtarzam, że nie mogę iść szybciej. I zejdź z naszych obowiązków, bo ty z kolei miałeś iść razem ze mną i ja jakoś nie wrzeszczę na ciebie za to, że mnie zostawiłeś.
– Ty i tak nie możesz wrzeszczeć, chyba, że chcesz wylądować u Liska. – W powietrzu rozniosły się drgania, odruchowo rzuciłem się na ziemię; pół uderzenia serca później szczęki kłapnęły głośno tuż obok mojej szyi. Szybujący zaśmiał się perfidnie. Nie znosiłem go, Klanie Gwiazdy, jak bardzo go nie znosiłem; w piersi aż mnie od tego paliło. – A teraz to jakoś umiesz ruszać się szybciej! Jak wystraszony królik. Jazda, bo dostanę ochrzan i dla ciebie to się na pewno dobrze nie skończy.
Posłałem mu wrogie spojrzenie, choć nie wyszło chyba tak, jak zamierzałem; parsknął sucho po raz kolejny. Chciałem coś odpowiedzieć, ale nie czułem się na siłach, i coś mówiło mi, że sprawcą są nie tylko okrutne opary upału, od których zresztą kręciło mi się w głowie. Posłusznie, jak pupilek Dwunożnych, ruszyłem szybciej.
***
Lisia Gwiazda szybko zmienił taktykę; teraz grupa podróżowała nocą, czas szczytowych temperatur przeznaczając na odpoczynek. Jego pora właśnie nadeszła i wyjątkowo nikt nie zgłaszał się po pomoc do legowiska medyka, przynajmniej na razie.
– Sokole Skrzydło – miauknąłem cicho, podciągając bliżej tylne łapy, by nie wystawały poza śmiesznie ciasny krąg cienia – znowu mam otarte nadgarstki.
Niebieski kocur nachylił się z niewyraźnym “pokaż”, przyjrzał się moim łapom, aż wreszcie wypuścił je z bezradnym westchnieniem – jakby uchodziło z niego powietrze.
– Nie wygląda to dobrze, ale teraz nic nie zrobimy. Gdybyśmy mieli czyściec, albo trochę szczawiu… ale tutaj ciężko o cokolwiek. Wyliż to dobrze. Jak coś znajdziemy, to spróbujemy coś poradzić, okej? Wytrzymasz?
– Tak… Dobrze, Sokole Skrzydło. Dam radę.
Nie miałem pojęcia, czy rzeczywiście tak będzie. Zniekształcone nadgarstki piekły za każdym razem, kiedy opierałem je o ziemię – nic dziwnego, skoro nie do tego zostały stworzone, ale bynajmniej nie ułatwiało mi to walki z wyczerpaniem, wyzywaniem Szybującej Mewy i pustką, która wisiała wokół, od kiedy Perła zniknęła.
Wciąż nie potrafiłem się otrząsnąć. Byłem coraz słabszy, nerwowy, działo się ze mną coś złego. Czułem to. Bałem się. Chciałem zająć myśli poszukiwaniem braci, przecież pozostałe klany widziałem czasem w oddali, może udałoby mi się do nich dotrzeć… Ale wtedy wracała szara rzeczywistość, w której ból kończyn nigdy nie pozwoliłby mi niepostrzeżenie przebyć takiego dystansu, i znów drżałem bezsilnie, ogarnięty jakimś chorobliwym zdenerwowaniem, w bezsensownej plątaninie dźwięków i kolorowych plam.
– Wszystko z nim w porządku?...
Nie, nie, i jeszcze raz nie. Zabierzcie mnie stąd i dajcie mi święty spokój.
Wędrówka nie miała końca.
Szli zwartą grupą, złączeni wyczerpaniem – obawa, która wcześniej towarzyszyła ich krokom, ulotniła się wraz z nastaniem upałów. Wcześniej ich uszy podrywały się na każdy drobny szelest dobiegający z przydrożnych zarośli (co to było? na pewno było tam trochę głogu, ale co poza tym?...); teraz ledwie znajdowali siłę, by raz na jakiś czas unieść ciężko łeb i zmierzyć wzrokiem rozległą równinę, w której z rzadka jedynie tkwiły wyschnięte krzewy o zwiotczałych liściach nierzucających cienia. Dokąd szli, jaki los mógł ich czekać w tak nieprzyjaznej krainie? Nie mogli wiedzieć, a mimo to nie bali się. Gorące powietrze zabrało im strach, zamieniając wojowników w nieywraźne, piaskowe figury, z sierścią podobną do kurzu – który uleci w niebo z kolejnym podmuchem nieznośnego wiatru, i ostatecznie odsłoni to, co do tej pory uchodzić miało za żywą istotę: ramę z poszarzałych kości.
– No teraz to już robisz to specjalnie!
Może i robię, co ci do tego?
Zaczekałem, aż do mnie podbiegnie. Wciąż tkwiła we mnie szalona nadzieja, że za którymś razem w połowie drogi zwyczajnie się rozmyśli.
– Halo! Ogłuchłeś czy co? Aż stamtąd widać, jak się beznadziejnie ślimaczysz. Rusz się, miałeś nie zostawać bardzo z tyłu.
– Szybująca Mewo, jeszcze raz ci powtarzam, że nie mogę iść szybciej. I zejdź z naszych obowiązków, bo ty z kolei miałeś iść razem ze mną i ja jakoś nie wrzeszczę na ciebie za to, że mnie zostawiłeś.
– Ty i tak nie możesz wrzeszczeć, chyba, że chcesz wylądować u Liska. – W powietrzu rozniosły się drgania, odruchowo rzuciłem się na ziemię; pół uderzenia serca później szczęki kłapnęły głośno tuż obok mojej szyi. Szybujący zaśmiał się perfidnie. Nie znosiłem go, Klanie Gwiazdy, jak bardzo go nie znosiłem; w piersi aż mnie od tego paliło. – A teraz to jakoś umiesz ruszać się szybciej! Jak wystraszony królik. Jazda, bo dostanę ochrzan i dla ciebie to się na pewno dobrze nie skończy.
Posłałem mu wrogie spojrzenie, choć nie wyszło chyba tak, jak zamierzałem; parsknął sucho po raz kolejny. Chciałem coś odpowiedzieć, ale nie czułem się na siłach, i coś mówiło mi, że sprawcą są nie tylko okrutne opary upału, od których zresztą kręciło mi się w głowie. Posłusznie, jak pupilek Dwunożnych, ruszyłem szybciej.
***
Lisia Gwiazda szybko zmienił taktykę; teraz grupa podróżowała nocą, czas szczytowych temperatur przeznaczając na odpoczynek. Jego pora właśnie nadeszła i wyjątkowo nikt nie zgłaszał się po pomoc do legowiska medyka, przynajmniej na razie.
– Sokole Skrzydło – miauknąłem cicho, podciągając bliżej tylne łapy, by nie wystawały poza śmiesznie ciasny krąg cienia – znowu mam otarte nadgarstki.
Niebieski kocur nachylił się z niewyraźnym “pokaż”, przyjrzał się moim łapom, aż wreszcie wypuścił je z bezradnym westchnieniem – jakby uchodziło z niego powietrze.
– Nie wygląda to dobrze, ale teraz nic nie zrobimy. Gdybyśmy mieli czyściec, albo trochę szczawiu… ale tutaj ciężko o cokolwiek. Wyliż to dobrze. Jak coś znajdziemy, to spróbujemy coś poradzić, okej? Wytrzymasz?
– Tak… Dobrze, Sokole Skrzydło. Dam radę.
Nie miałem pojęcia, czy rzeczywiście tak będzie. Zniekształcone nadgarstki piekły za każdym razem, kiedy opierałem je o ziemię – nic dziwnego, skoro nie do tego zostały stworzone, ale bynajmniej nie ułatwiało mi to walki z wyczerpaniem, wyzywaniem Szybującej Mewy i pustką, która wisiała wokół, od kiedy Perła zniknęła.
Wciąż nie potrafiłem się otrząsnąć. Byłem coraz słabszy, nerwowy, działo się ze mną coś złego. Czułem to. Bałem się. Chciałem zająć myśli poszukiwaniem braci, przecież pozostałe klany widziałem czasem w oddali, może udałoby mi się do nich dotrzeć… Ale wtedy wracała szara rzeczywistość, w której ból kończyn nigdy nie pozwoliłby mi niepostrzeżenie przebyć takiego dystansu, i znów drżałem bezsilnie, ogarnięty jakimś chorobliwym zdenerwowaniem, w bezsensownej plątaninie dźwięków i kolorowych plam.
– Wszystko z nim w porządku?...
Nie, nie, i jeszcze raz nie. Zabierzcie mnie stąd i dajcie mi święty spokój.
18 lutego 2020
Od Porannej Łapy
*dzień przed wyprowadzką, idk po co ja to piszę właściwie*
Nad klifem zapadał już wieczór. Wiatr nabrzmiał wodą i chłodem. Różowy poblask słońca mieszał się z cieniem na pyskach zgromadzonych kotów, których tłumek w milczeniu okrążył środek polany. Stał tam Poranna Łapa, prostując grzbiet, by przednie łapy nie musiały dotykać ziemi; głowę trzymał wysoko, jak nakazywał szacunek, ale wzrok, zamiast utkwiony ze skupieniem na obliczu lidera, błądził coś tam coś tam nie chce mi się tego pisać tak szczerze pomińmy to
– Szybująca Mewo, wzorowo ukończyłeś szkolenie na medyka. Od dzisiaj Poranna Łapa będzie twoim uczniem. Dopilnuj, żeby na coś jeszcze się przydał.
To… zabolało. Jednak nie bardzo, a nowo mianowany pamiętał już wystarczająco wiele bólu, by nie drgnąć nawet na dźwięk słów Lisiej Gwiazdy. Niczego innego nie spodziewał się zresztą po rudym liderze, którego pysk znaczyły już chyba dziesiątki blizn z osobiście wywołanych walk. “Bez sensu”, pomyślał kocur machinalnie, nie odnosząc się do niczego w szczególności.
Zetknął się nosami z Szybującą Mewą, a ponad ich głowami już rozbrzmiewały kolejne słowa Lisiej Gwiazdy, niskie i gardłowe, jakby za każdą sylabą krył się tłumiony głęboko warkot:
– Jak wiecie, nie możemy dłużej zostać na tym terytorium. Klan Klifu opuści obóz jutro o świcie. Wszyscy mają być gotowi do drogi, żadnego ociągania…
Dalej Zorza już nie słuchał; możliwe nawet, że było to wszystko, co przywódca miał tego dnia do powiedzenia. Tuż za nowym mentorem udał się w stronę legowiska medyka, które spowijał już półmrok.
Swoją drogą, “za mentorem”... Względem Szybującej Mewy, młodszego od niego samego, jeśli dobrze liczył, o co najmniej kilka sezonów, nie czuł się wcale jak uczeń, nie tylko ze względu na ledwie kilkuminutowy staż w tej roli. Nie, on w ogóle nie chciał być jego uczniem. Od samego swojego przybycia do klanu kocur, wtedy jeszcze kocię, nieprzyjemnie dawał się we znaki każdemu, z kim wszedł w kontakt, także i Porannej Łapie, kiedy zjawiał się w jego legowisku w potrzebie. Jedynym kotem, który nie stawał się nigdy (a przynajmniej jak Zorza sięgał pamięcią) celem jego bluźnierstwa, był Sokole Skrzydło – Jarzębinowy Strumień za życia żartowała czasem, że bury się w nim zakochał. Odsunął od siebie wspomnienie liliowej, kiedy tylko się pojawiło, i skupił z powrotem na postaci Szybującej Mewy. Nigdy nie chciał, żeby był jego mentorem, to miał być właśnie Sokół, ale system przydzielania uczniów u medyków okazał się działać inaczej, niż sobie założył, dowiedział się kwartę temu, zmiana zdania oznaczałaby śmierć…
– No więc? – W uszach zazgrzytał mu głos kocura. W tonie Szybującej Mewy pobrzmiewalo zniecierpliwienie, jakby cały ten czas oczekiwał, że Zorza odezwie się sam z siebie. – Czemu nagle chcesz zostać medykiem, co?
Przestąpili próg legowiska. Wyrwany ze swoich rozmyślań Poranna Łapa zauważył, że młody medyk kroczy nieco nierówno – nie z powodu urazu, a czegoś bardziej wewnętrznego. “Jakby stąpał po granicy ciekawości i braku kultury”, podsumował w myślach, samemu trochę się przy tym dziwiąc. “Pewnie ciężko tam utrzymać równowagę, co?”.
– A miałem inne wyjście? – odparł, nie patrząc na niego. Cofnął się nieco w kąt, uważając, by nie strącić na ziemię pęczków ziół. Nie było tu wiele miejsca. Zanim Szybująca Mewa zdążył powiedzieć coś jeszcze (zaskoczył go nieco brak jadu w jego głosie, choć nie był na tyle naiwny, by łudzić się, że tak już zostanie), w wejściu pojawił się też Sokole Skrzydło.
– No, to witamy w naszym gronie! – Przyjaźnie trącił Zorzę nosem w bark. Uczeń uśmiechnął się słabo. – Nie przejmuj się tym, co mówi Lisia Gwiazda, okej? Dasz sobie świetnie radę.
– Żeby jeszcze spróbował nie dać. – Głos Szybującej Mewy dobiegł go już z odnogi sypialnej.
– Szybek, kupo futra! Nie próbuj nawet na niego pluć. I tak chłopak ma już w życiu ciężko.
– Dobrze, Sokole Skrzydło – odpowiedział kocur, choć nie brzmiało to szczerze. Wychylił łeb zza rogu i szybko otaksował Zorzę spojrzeniem. – Fajnie, że nie jesteś duży. Jak się ściśniesz, to może nawet mnie nie będziesz dotykał.
Starszy medyk wymruczał pod nosem wezwanie do Klanu Gwiazdy, szepnął ciche “przejdzie mu, zobaczysz”, puknął Zorzę pokrzepiająco końcówką ogona i opuścił legowisko. Poranną Łapę zdziwiło to trochę, po czym uświadomił sobie, że może to lider wzywa Sokole Skrzydło na coś w rodzaju narady.
Jakkolwiek by się sprawy miały, został z Szybującą Mewą sam.
– Aha, czyli nie lubisz gadać – stwierdził tamten ni stąd, ni zowąd, po kilku chwilach milczenia. – Mam nadzieję, że przynajmniej rozumiesz, co się do ciebie mówi.
– O to się nie bój – mruknął Zorza. Nie powiedział już nic więcej, czego z kolei nie spodziewał się jego mentor, bo po tych słowach znów zapadła niezręczna cisza.
– Hm. – Wnioskując z odgłosu, Szybujący zaczął bawić się którymś z zawiniątek. – Wiesz, że nie jesteś jeszcze prawdziwym uczniem, prawda? Musiałbyś pójść do Zatoczki, a ona utraciła kontakt z Gwiezdnymi.
– Próbujesz mnie zirytować? – uderzył nagle płowy prosto z mostu.
Podniósł głowę, by zaobserwować, jak spojrzenie Szybującej Mewy wyostrza się.
– Ja, ciebie? To ty siedzisz w kącie i smęcisz jak przydybany kret. I denerwujesz mnie tym okropnie, wiesz? – syknął kocur, odtrącając swoją małą zabawkę. – Tutaj nikt ci nie będzie dawał forów za te twoje łapy.
– Nie spodziewałem się tego.
– Spróbowałbyś tylko.
Powracał najeżony asystent medyka, jakim widywał go wcześniej.
– Jeśli rzeczywiście tak ci przeszkadzam, pójdę się przewietrzyć.
Nie czekając na odpowiedź nowego mentora, podniósł się i opuścił legowisko, wychodząc prosto w rześki półmrok. Prawdę mówiąc, miał zamiar zrobić to już wcześniej, bez względu na to, jak zachowywałby się kocur.
Trzymając się obozowej bariery, prześlizgnął się w stronę klifu, skąd wąską ścieżką zsunął się do niewielkiego zagłębienia. Tam spojrzał w gwiazdy, błyszczące na niebie dokładnie tak, jak zawsze, i odetchnął głęboko.
Szybująca Mewa nie wiedział, jak przeżył śmierć Jarzębinowego Strumienia i zniknięcie Perłowej Łapy. Nie wiedział o jego braciach, rozdzielonych granicami klanów, a może martwych – tego nie mógł stwierdzić i sam Poranna Łapa. Nie wiedział, ale zakładał, że nic takiego się nie wydarzyło… Zacisnął zęby ze złości na myśl o jego ignorancji.
Nie, nie może się teraz rozklejać. Jutro wyruszają. Dokąd…?
Jeżeli inne klany zrobią to równocześnie, to czy mogłyby spotkać się po drodze? Gwiezdni, miał wielką nadzieję, że tak; to byłaby niepowtarzalna szansa na znalezienie Sójki czy Kiełka, zakładając, że z nimi matka postąpiła tak samo.
Sójka, Kiełek, Orzech, Szakłak, a może i...
– Hej tam, Klanie Gwiazdy – uniósł nieco wilgotny pyszczek w kierunku nocnego nieba – to jest możliwe, żeby Perła poszła z nami?...
Nad klifem zapadał już wieczór. Wiatr nabrzmiał wodą i chłodem. Różowy poblask słońca mieszał się z cieniem na pyskach zgromadzonych kotów, których tłumek w milczeniu okrążył środek polany. Stał tam Poranna Łapa, prostując grzbiet, by przednie łapy nie musiały dotykać ziemi; głowę trzymał wysoko, jak nakazywał szacunek, ale wzrok, zamiast utkwiony ze skupieniem na obliczu lidera, błądził coś tam coś tam nie chce mi się tego pisać tak szczerze pomińmy to
– Szybująca Mewo, wzorowo ukończyłeś szkolenie na medyka. Od dzisiaj Poranna Łapa będzie twoim uczniem. Dopilnuj, żeby na coś jeszcze się przydał.
To… zabolało. Jednak nie bardzo, a nowo mianowany pamiętał już wystarczająco wiele bólu, by nie drgnąć nawet na dźwięk słów Lisiej Gwiazdy. Niczego innego nie spodziewał się zresztą po rudym liderze, którego pysk znaczyły już chyba dziesiątki blizn z osobiście wywołanych walk. “Bez sensu”, pomyślał kocur machinalnie, nie odnosząc się do niczego w szczególności.
Zetknął się nosami z Szybującą Mewą, a ponad ich głowami już rozbrzmiewały kolejne słowa Lisiej Gwiazdy, niskie i gardłowe, jakby za każdą sylabą krył się tłumiony głęboko warkot:
– Jak wiecie, nie możemy dłużej zostać na tym terytorium. Klan Klifu opuści obóz jutro o świcie. Wszyscy mają być gotowi do drogi, żadnego ociągania…
Dalej Zorza już nie słuchał; możliwe nawet, że było to wszystko, co przywódca miał tego dnia do powiedzenia. Tuż za nowym mentorem udał się w stronę legowiska medyka, które spowijał już półmrok.
Swoją drogą, “za mentorem”... Względem Szybującej Mewy, młodszego od niego samego, jeśli dobrze liczył, o co najmniej kilka sezonów, nie czuł się wcale jak uczeń, nie tylko ze względu na ledwie kilkuminutowy staż w tej roli. Nie, on w ogóle nie chciał być jego uczniem. Od samego swojego przybycia do klanu kocur, wtedy jeszcze kocię, nieprzyjemnie dawał się we znaki każdemu, z kim wszedł w kontakt, także i Porannej Łapie, kiedy zjawiał się w jego legowisku w potrzebie. Jedynym kotem, który nie stawał się nigdy (a przynajmniej jak Zorza sięgał pamięcią) celem jego bluźnierstwa, był Sokole Skrzydło – Jarzębinowy Strumień za życia żartowała czasem, że bury się w nim zakochał. Odsunął od siebie wspomnienie liliowej, kiedy tylko się pojawiło, i skupił z powrotem na postaci Szybującej Mewy. Nigdy nie chciał, żeby był jego mentorem, to miał być właśnie Sokół, ale system przydzielania uczniów u medyków okazał się działać inaczej, niż sobie założył, dowiedział się kwartę temu, zmiana zdania oznaczałaby śmierć…
– No więc? – W uszach zazgrzytał mu głos kocura. W tonie Szybującej Mewy pobrzmiewalo zniecierpliwienie, jakby cały ten czas oczekiwał, że Zorza odezwie się sam z siebie. – Czemu nagle chcesz zostać medykiem, co?
Przestąpili próg legowiska. Wyrwany ze swoich rozmyślań Poranna Łapa zauważył, że młody medyk kroczy nieco nierówno – nie z powodu urazu, a czegoś bardziej wewnętrznego. “Jakby stąpał po granicy ciekawości i braku kultury”, podsumował w myślach, samemu trochę się przy tym dziwiąc. “Pewnie ciężko tam utrzymać równowagę, co?”.
– A miałem inne wyjście? – odparł, nie patrząc na niego. Cofnął się nieco w kąt, uważając, by nie strącić na ziemię pęczków ziół. Nie było tu wiele miejsca. Zanim Szybująca Mewa zdążył powiedzieć coś jeszcze (zaskoczył go nieco brak jadu w jego głosie, choć nie był na tyle naiwny, by łudzić się, że tak już zostanie), w wejściu pojawił się też Sokole Skrzydło.
– No, to witamy w naszym gronie! – Przyjaźnie trącił Zorzę nosem w bark. Uczeń uśmiechnął się słabo. – Nie przejmuj się tym, co mówi Lisia Gwiazda, okej? Dasz sobie świetnie radę.
– Żeby jeszcze spróbował nie dać. – Głos Szybującej Mewy dobiegł go już z odnogi sypialnej.
– Szybek, kupo futra! Nie próbuj nawet na niego pluć. I tak chłopak ma już w życiu ciężko.
– Dobrze, Sokole Skrzydło – odpowiedział kocur, choć nie brzmiało to szczerze. Wychylił łeb zza rogu i szybko otaksował Zorzę spojrzeniem. – Fajnie, że nie jesteś duży. Jak się ściśniesz, to może nawet mnie nie będziesz dotykał.
Starszy medyk wymruczał pod nosem wezwanie do Klanu Gwiazdy, szepnął ciche “przejdzie mu, zobaczysz”, puknął Zorzę pokrzepiająco końcówką ogona i opuścił legowisko. Poranną Łapę zdziwiło to trochę, po czym uświadomił sobie, że może to lider wzywa Sokole Skrzydło na coś w rodzaju narady.
Jakkolwiek by się sprawy miały, został z Szybującą Mewą sam.
– Aha, czyli nie lubisz gadać – stwierdził tamten ni stąd, ni zowąd, po kilku chwilach milczenia. – Mam nadzieję, że przynajmniej rozumiesz, co się do ciebie mówi.
– O to się nie bój – mruknął Zorza. Nie powiedział już nic więcej, czego z kolei nie spodziewał się jego mentor, bo po tych słowach znów zapadła niezręczna cisza.
– Hm. – Wnioskując z odgłosu, Szybujący zaczął bawić się którymś z zawiniątek. – Wiesz, że nie jesteś jeszcze prawdziwym uczniem, prawda? Musiałbyś pójść do Zatoczki, a ona utraciła kontakt z Gwiezdnymi.
– Próbujesz mnie zirytować? – uderzył nagle płowy prosto z mostu.
Podniósł głowę, by zaobserwować, jak spojrzenie Szybującej Mewy wyostrza się.
– Ja, ciebie? To ty siedzisz w kącie i smęcisz jak przydybany kret. I denerwujesz mnie tym okropnie, wiesz? – syknął kocur, odtrącając swoją małą zabawkę. – Tutaj nikt ci nie będzie dawał forów za te twoje łapy.
– Nie spodziewałem się tego.
– Spróbowałbyś tylko.
Powracał najeżony asystent medyka, jakim widywał go wcześniej.
– Jeśli rzeczywiście tak ci przeszkadzam, pójdę się przewietrzyć.
Nie czekając na odpowiedź nowego mentora, podniósł się i opuścił legowisko, wychodząc prosto w rześki półmrok. Prawdę mówiąc, miał zamiar zrobić to już wcześniej, bez względu na to, jak zachowywałby się kocur.
Trzymając się obozowej bariery, prześlizgnął się w stronę klifu, skąd wąską ścieżką zsunął się do niewielkiego zagłębienia. Tam spojrzał w gwiazdy, błyszczące na niebie dokładnie tak, jak zawsze, i odetchnął głęboko.
Szybująca Mewa nie wiedział, jak przeżył śmierć Jarzębinowego Strumienia i zniknięcie Perłowej Łapy. Nie wiedział o jego braciach, rozdzielonych granicami klanów, a może martwych – tego nie mógł stwierdzić i sam Poranna Łapa. Nie wiedział, ale zakładał, że nic takiego się nie wydarzyło… Zacisnął zęby ze złości na myśl o jego ignorancji.
Nie, nie może się teraz rozklejać. Jutro wyruszają. Dokąd…?
Jeżeli inne klany zrobią to równocześnie, to czy mogłyby spotkać się po drodze? Gwiezdni, miał wielką nadzieję, że tak; to byłaby niepowtarzalna szansa na znalezienie Sójki czy Kiełka, zakładając, że z nimi matka postąpiła tak samo.
Sójka, Kiełek, Orzech, Szakłak, a może i...
– Hej tam, Klanie Gwiazdy – uniósł nieco wilgotny pyszczek w kierunku nocnego nieba – to jest możliwe, żeby Perła poszła z nami?...
06 lutego 2020
Od Porannej Łapy cd. Iskry
oficjalnie najkrótsze opko od niego start
– Znowu mam iść po zioła? – prychnął Zorza, niechętnie podchodząc do Szybującej Mewy, który zawołał go z drugiego końca grupy. – Przecież i tak nie wiemy, co do czego służy. Jak tak dalej pójdzie, zatoniemy w bezużytecznych listkach, zanim gdziekolwiek dojdziemy.
– Dlatego właśnie nikt nie chce, żebyś szedł po zioła, Klanie Gwiazdyyy… Znając życie, i tak byś je przypadkiem połknął.
– Nie prędzej, niż doprawiłbym ci nimi śniadanie – wymamrotał, miotając ogonem. Nie bał się burego, co nie oznaczało, że dobrze znosił takie nieprzyjemne traktowanie. – To o co chodzi?
– Pójdziesz i poszukasz wody.
Na widok najwyraźniej rozdrażnionego wyrazu pyska swojego ucznia Szybujący zaśmiał się krótko. I złośliwie. Uszy Zorzy miały już tego śmiechu po koniuszki.
– No co? Nie patrz się tak na mnie.
– Wybacz, mentorze od siedmiu boleści, nie wiedziałem, że od dziś rano jesteś święty. Skąd ja mam niby wziąć wodę?
– Może zatańczysz? – zasugerował niewinnie medyk, szturchając Poranną Łapę w bok. Odgryzł się mu ostrym machnięciem łbem.
– Sam sobie tańcz… Nie masz lepszych pomysłów?
Pysk Szybującej Mewy rozciągnął się w niedbałym uśmieszku.
– Dasz radę. Ostatecznie, ślepej kurze ziarno.
Chwile później point odłączał się już od grupy; jeżeli poszukiwanie wody miało oznaczać wolność od tego buca, mógł poświęcić i całe popołudnie temu zadaniu.
Powietrze lepiło się od gorąca. Stąpając ostrożnie po polnych ścieżkach, by nie skaleczyć sobie łap – z pewnością wyłączyłoby go to z wędrówki, a kto wie, czy Lisia Gwiazda, miast czekać, nie wolałby pozbyć się takiego balastu – słyszał niemal, jak łąki trzeszczą suchymi źdźbłami jeszcze na długo przed tym, jak ktokolwiek miał szansę ich dotknąć. Nieprzyjemnie szło się w takim upale, a i na wodę zapewne nie było tu co liczyć – dlatego, gdy tylko przed kocurem zarysował się ciemny kształt lasu, nie zastanawiał się wcale, czy powinien iść w jego stronę.
Pod koronami drzew znalazł nieco ochłody. Odpoczął chwilę i ruszył w dalszą wędrówkę, coraz szybciej stawiając kolejne kroki. Na krzewach widział zmizerniałe owoce (czuł, że nie wygląda od nich wiele lepiej), w głębi słyszał leniwy ruch zwierzyny – wyostrzenie słuchu z nieukończonego nigdy treningu na wojownika. Nie poświęcał tym bodźcom wiele uwagi, główną jej część skupiając na wyczuwanych zapachach. Gdyby tylko natrafił na odrobinę wilgoci, strumyczek, nawet kępka mchu, który nie wysechłby jeszcze na wiór – tymczasem nic podobnego nie docierało do jego czułego nosa. Zamiast woni wody czuł tylko, jak zapach jego własnego klanu słabnie i wietrzeje. Zaszedł całkiem daleko, a nikt nie będzie na niego czekał. Czy w ogóle uda mu się wrócić do grupy? Zagubi się (jak Perłowa Łapa…), być może, na wieczność w tym wypalonym słońcem lasku, zostanie, zdziczeje, straci pamięć, zginie…
Cichy szelest, inny, niż wszystkie wokoło. Stanął na baczność, nasłuchując. Kiedy wzrok, ogarnięty nagle jasnym światłem, które przebiło się w tym miejscu przez baldachim liści, przyzwyczaił się do nowych warunków, przed sobą dostrzegł obcego kota. Sierść na jego karku zjeżyła się nieco; pochylił głowę, chcąc zbadać tubylca na odległość. W razie ewentualnej walki nie miał żadnych szans, przemknęło mu przez myśl, nieco przyspieszając bicie jego serca. Uchylił pysk, by lepiej wychwycić nieznany zapach, i wtedy…
...No tak. Kojarzył ten odór. Obcy okazał się ledwie kotką z Klanu Lisa, grupy, która niegdyś zamieszkiwała bagna po drugiej stronie leśnych terytoriów. Samo to nie oznaczało oczywiście, że nie mogłaby okazać się agresywna, ale – po uważniejszym spojrzeniu Poranna Łapa stwierdził, że nie wyglądała na taką. Odprężył się. Odrobinkę.
– Hej, niech Klan Gwiazdy przyświeca – mruknął, podchodząc nieco bliżej, ciałem pokazując, że nie ma złych intencji – i dopiero wtedy przypomniał sobie, że członkowie najmłodszego z klanów nie podzielali jego wiary. Upsik. Gwiezdni z pewnością nie pogniewają się na niego za szerzenie ich kultu, ale jak zareaguje kotka? Stwierdziwszy, że skoro do tego momentu nie został zjedzony, nie jest to również prawdopodobne w najbliższej przyszłości, wyprostował się. – Wiesz może, czy da się tu gdzieś znaleźć wodę?
Na moment zawiesił spojrzenie na jej oczach. Pfe, radość i ciekawość świata. Czemu tak się z nimi obnosi, co? Niewiele czasu minie, nim ktoś, kto swoje własne zagubił mile stąd, wydłubie jej te pełne figlarnych iskierek ślepka i spożyje w jakimś pogańskim rytuale, żeby…
Sam nie wiedział, po co. Właściwie chciał tylko wody.
<Iskra? Przepraszam, że tak długo, miałam pewne problemy fabularne>
– Znowu mam iść po zioła? – prychnął Zorza, niechętnie podchodząc do Szybującej Mewy, który zawołał go z drugiego końca grupy. – Przecież i tak nie wiemy, co do czego służy. Jak tak dalej pójdzie, zatoniemy w bezużytecznych listkach, zanim gdziekolwiek dojdziemy.
– Dlatego właśnie nikt nie chce, żebyś szedł po zioła, Klanie Gwiazdyyy… Znając życie, i tak byś je przypadkiem połknął.
– Nie prędzej, niż doprawiłbym ci nimi śniadanie – wymamrotał, miotając ogonem. Nie bał się burego, co nie oznaczało, że dobrze znosił takie nieprzyjemne traktowanie. – To o co chodzi?
– Pójdziesz i poszukasz wody.
Na widok najwyraźniej rozdrażnionego wyrazu pyska swojego ucznia Szybujący zaśmiał się krótko. I złośliwie. Uszy Zorzy miały już tego śmiechu po koniuszki.
– No co? Nie patrz się tak na mnie.
– Wybacz, mentorze od siedmiu boleści, nie wiedziałem, że od dziś rano jesteś święty. Skąd ja mam niby wziąć wodę?
– Może zatańczysz? – zasugerował niewinnie medyk, szturchając Poranną Łapę w bok. Odgryzł się mu ostrym machnięciem łbem.
– Sam sobie tańcz… Nie masz lepszych pomysłów?
Pysk Szybującej Mewy rozciągnął się w niedbałym uśmieszku.
– Dasz radę. Ostatecznie, ślepej kurze ziarno.
Chwile później point odłączał się już od grupy; jeżeli poszukiwanie wody miało oznaczać wolność od tego buca, mógł poświęcić i całe popołudnie temu zadaniu.
Powietrze lepiło się od gorąca. Stąpając ostrożnie po polnych ścieżkach, by nie skaleczyć sobie łap – z pewnością wyłączyłoby go to z wędrówki, a kto wie, czy Lisia Gwiazda, miast czekać, nie wolałby pozbyć się takiego balastu – słyszał niemal, jak łąki trzeszczą suchymi źdźbłami jeszcze na długo przed tym, jak ktokolwiek miał szansę ich dotknąć. Nieprzyjemnie szło się w takim upale, a i na wodę zapewne nie było tu co liczyć – dlatego, gdy tylko przed kocurem zarysował się ciemny kształt lasu, nie zastanawiał się wcale, czy powinien iść w jego stronę.
Pod koronami drzew znalazł nieco ochłody. Odpoczął chwilę i ruszył w dalszą wędrówkę, coraz szybciej stawiając kolejne kroki. Na krzewach widział zmizerniałe owoce (czuł, że nie wygląda od nich wiele lepiej), w głębi słyszał leniwy ruch zwierzyny – wyostrzenie słuchu z nieukończonego nigdy treningu na wojownika. Nie poświęcał tym bodźcom wiele uwagi, główną jej część skupiając na wyczuwanych zapachach. Gdyby tylko natrafił na odrobinę wilgoci, strumyczek, nawet kępka mchu, który nie wysechłby jeszcze na wiór – tymczasem nic podobnego nie docierało do jego czułego nosa. Zamiast woni wody czuł tylko, jak zapach jego własnego klanu słabnie i wietrzeje. Zaszedł całkiem daleko, a nikt nie będzie na niego czekał. Czy w ogóle uda mu się wrócić do grupy? Zagubi się (jak Perłowa Łapa…), być może, na wieczność w tym wypalonym słońcem lasku, zostanie, zdziczeje, straci pamięć, zginie…
Cichy szelest, inny, niż wszystkie wokoło. Stanął na baczność, nasłuchując. Kiedy wzrok, ogarnięty nagle jasnym światłem, które przebiło się w tym miejscu przez baldachim liści, przyzwyczaił się do nowych warunków, przed sobą dostrzegł obcego kota. Sierść na jego karku zjeżyła się nieco; pochylił głowę, chcąc zbadać tubylca na odległość. W razie ewentualnej walki nie miał żadnych szans, przemknęło mu przez myśl, nieco przyspieszając bicie jego serca. Uchylił pysk, by lepiej wychwycić nieznany zapach, i wtedy…
...No tak. Kojarzył ten odór. Obcy okazał się ledwie kotką z Klanu Lisa, grupy, która niegdyś zamieszkiwała bagna po drugiej stronie leśnych terytoriów. Samo to nie oznaczało oczywiście, że nie mogłaby okazać się agresywna, ale – po uważniejszym spojrzeniu Poranna Łapa stwierdził, że nie wyglądała na taką. Odprężył się. Odrobinkę.
– Hej, niech Klan Gwiazdy przyświeca – mruknął, podchodząc nieco bliżej, ciałem pokazując, że nie ma złych intencji – i dopiero wtedy przypomniał sobie, że członkowie najmłodszego z klanów nie podzielali jego wiary. Upsik. Gwiezdni z pewnością nie pogniewają się na niego za szerzenie ich kultu, ale jak zareaguje kotka? Stwierdziwszy, że skoro do tego momentu nie został zjedzony, nie jest to również prawdopodobne w najbliższej przyszłości, wyprostował się. – Wiesz może, czy da się tu gdzieś znaleźć wodę?
Na moment zawiesił spojrzenie na jej oczach. Pfe, radość i ciekawość świata. Czemu tak się z nimi obnosi, co? Niewiele czasu minie, nim ktoś, kto swoje własne zagubił mile stąd, wydłubie jej te pełne figlarnych iskierek ślepka i spożyje w jakimś pogańskim rytuale, żeby…
Sam nie wiedział, po co. Właściwie chciał tylko wody.
<Iskra? Przepraszam, że tak długo, miałam pewne problemy fabularne>
Od Porannej Łapy
*tak trochę bardzo dawno*
Kiedy pewnego dnia wyjątkowo postanowił stawić się na treningu, Mglista Ścieżka, zamiast dawniej rozpocząć sesję, odciągnęła go na bok. Z początku, zerkając co jakiś czas na jej wyjątkowo poważny wyraz pyska, zastanawiał się z pewną obawą, czy nie zamierza zamordować go za opuszczanie ćwiczeń – ale gdy echem rozbrzmiały jej pierwsze słowa, rozluźnił się zupełnie.
– Poranna Łapo – jej głos był cichy, niemal dramatyczny – nie zostaniesz wojownikiem.
Rzecz jasna, point wiedział to już od dawna, więc wszelkie zawiedzione pociągnięcia nosem, które wydał z siebie tamtego ranka, były niczym więcej, jak misternie odegraną farsą (trenował nawet!), konieczną, by uniknąć gniewu mentorki za marnowanie jej cennego czasu. Nadal nie przepadał za kotką, ale nie potrzebował kolejnego wroga w swoim własnym klanie. Mglista Ścieżka polizała go współczująco za uchem – fuj! – po czym, mrucząc pod nosem coś o tym, że ktoś powinien to stwierdzić już dużo wcześniej, przystąpiła do omawiania kolejnej delikatnej jej zdaniem sprawy, a mianowicie tego, co Zorza powinien zrobić teraz.
– Wymyślę coś – wydukał wtedy wymijająco, i, wciąż jeszcze z opuszczonym żałośnie ogonem, uciekł kotce przy pierwszej lepszej okazji. Nie zamierzał omawiać z nią tej kwestii; była ona wystarczająco trudna do przemyślenia w samotności. Szczerze mówiąc, tamtego dnia sam wątpił, czy uda mu się znaleźć jakiekolwiek rozwiązanie, i to przydało jego grze aktorskiej odrobinę smutnego realizmu.
To się zmieniło.
Żałował, że tego samego nie można powiedzieć o stanie Perłowej Łapy, która pomimo jego starań wciąż nie zdawała się wydobrzeć po stracie kolejnego członka rodziny. Bolało go to; nie chciał patrzeć na nią w tym ponurym stanie, ale nie potrafił mu zaradzić. Jedyne, co mógł zrobić – jak stwierdził po pewnym czasie, powoli na powrót oswajając się z samotnością – to pozwolić jej wrócić do ładu we własnym tempie. Później miał uznać to za swój największy błąd.
Jak gdyby mało było im zmartwień, przyszła noc, którą Klan Klifu miał zapamiętać na długo – zaprószony podczas zgromadzenia pożar strawił olbrzymią część ich terenów, wypalając ogniste piętno nie tylko na bezużytecznych teraz ziemiach, ale i w umysłach kotów, które jeszcze niedawno je zamieszkiwały. Zginął Barani Łeb. Podobno przed śmiercią wiele krzyczał. Poranna Łapa nie słyszał tego, nie było go na zgromadzeniu – pamiętał tylko niewyraźnie chwile grozy, gdy wypadł niezgrabnie w ciemność, zbudzony przeraźliwym hałasem ognia i tłumu przerażonych kotów. Choć był środek nocy, niebo nad lasem ogarniała rdzawa łuna. Płomienie.
Swąd był okropny, nie pozwalał mu zasnąć na dłużej niż kilkanaście minut. Nad ranem umył się niedbale i udał wraz z garstką innych kotów na skraj ocalałych terenów. Widok go poraził. Osmolone pnie, wznoszące się co kilka kroków niczym słupy czarnego dymu, bezlistne korony drzew, opadłe na ziemię, sadza, czarno-brunatna maź, przykrywająca wszystko wokół. Pokryła też łapy płowego kocura, gdy w milczeniu wracał do obozu. W wejściu przystanął na chwilę; gdy patrzył na osowiałą polankę, zyskiwał coraz silniejsze wrażenie, że i ona powoli staje się dla nich obca. Na grzbiecie poczuł dotyk kręconej sierści; Perłowa Łapa otarła się łbem o jego bok. Zanim jednak zdążył się do niej odezwać, minęła go i zniknęła w gąszczu liści.
Wibrująca cisza, zaległa na leśnym cmentarzysku, zakorzeniła się w jego słuchu i wróciła wraz z nim. Miała tam zostać już na zawsze, nawet wtedy, kiedy opuści już te tereny, w trudnych chwilach odzywając się w jego myśli cichym brzęczeniem.
Minęło kilka dni.
Wspominał moment, w którym pierwszy raz zobaczył spalony las, także wtedy, kiedy wieczór później siedział samotnie w zagłębieniu klifu, słuchając szumu fal i niepewnych pisków mew. Fizyczna linia, za którą była jedynie martwa pożoga. Nigdy wcześniej nie dostrzegał tak wyraźnie granicy pomiędzy życiem a śmiercią. To również wtedy, gdy patrzył w osłupieniu na ciągnące dymem spalone krzewy i truchła zwierząt, które nie zdążyły z ucieczką na czas – to wtedy zdał sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nigdy nie chciał umierać.
Uniósł wzrok – i zamarł na chwilę. Zamiast gwiazd, z nocnego firmamentu patrzyły na niego niezliczone ślepia każdego prawego kota, jaki kiedykolwiek zakończył życie na terenie lasu, teraz w połowie strawionego przez ogień. Otrząsnął się i stanął pewniej, by obserwować to zjawisko.
No tak, wierzył w Gwiezdnych. Tak przedstawiały się fakty; pożar, błyskawice, przepowiednie – zbyt wiele stało się jednej nocy, by winę można było zrzucić na zbieg okoliczności. Dotąd wychowanemu poza klanem Porannej Łapie daleko było do religijności, ale nikt nigdy nie powiedział, że nie mogło się to zmienić – a więc mistyczny klan przodków istniał, czy mu się to podobało, czy nie. W widoku gwiazd czuł, że jego podświadomość już przyjęła tą wiadomość jako fakt bez większego wysiłku, i z początku mocno go to rozgniewało. Nie lubił, kiedy ktoś mu coś narzucał, a już szczególnie nie znosił sytuacji, w której tym kimś okazywał się sam wszechświat...
Jeszcze raz wpatrzył się w jarzące się jasno oczy przodków. Istnieli. Czy opiekowali się nim? Po pożarze lasu miał pełne prawo wątpić. Przypominali mu bardziej jakąś destrukcyjną siłę. Zabijali koty. To było przerażające i czuł, że będzie musiał to głębiej rozważyć. A jednak gdyby chcieli wyrżnąć ich wszystkich, czy zatrzymaliby pożar w połowie drogi do obozu? Czy osuwający się klif nie zabrałby ze sobą całego klanu...?
Według tego, co wiedział, Gwiezdni byli okropni. Przewrażliwieni. Agresywni. Wybierali swoje cele, jak gdyby życia kotów znaczyły dla nich nie więcej, niż kulki mchu. Ale mieli też plan, to znaczy, że nie skazali ich na całkowitą zagładę. Mógł się uratować.
Nie popierał ich moralności. Jednak wyglądało na to, że w tym świecie, pozostawiony bez żadnych wyborów, jego przeznaczeniem było z nimi współpracować.
Zastanowił się.
– Będziecie mnie chronić? – Z jego pyska popłynęło ciche pytanie. Jego dźwięk zabrała nocna bryza i poniosła wysoko na nieboskłon. Odprowadził je ostrożnym spojrzeniem, zanim odezwał się znowu.
– Od razu mówię, że nie zgadzam się z wami w pełni. Ale wasz kodeks nie wydaje się zły, chociaż kilka punktów raczej bym zmienił – ciągnął półgłosem, a jego słowa odbijały się echem po ścianach groty, w której stał. W miarę, jak rozwijał swoją myśl, mówił nieco głośniej i głośniej. – Mogę go przestrzegać. Nie będę za niego mordować i kaleczyć innych. To niemoralne. Ale mogę go przyjąć jako swój własny. W zamian za to… obiecajcie, że będziecie mnie chronić, jak podobno chronicie całej reszty. Będziecie osłaniać mnie, i Perłową Łapę, Jarzębinowy Strumień, Tęczową Zatoczkę, jeszcze raz Perłę – proszę, to jest tak bardzo potrzebne… – i moją rodzinę, gdziekolwiek mi ją wywaliliście, i… wszystkich innych, jeżeli kiedykolwiek się z kimś zaprzyjaźnię, ha. – Przeszukując pamięć w poszukiwaniu bliskich mu osób, przypomniał sobie o Łabędziu, który ze swoją strachliwością miał małe szanse przeżycia tego okresu w jednym kawałku; zamknął na chwilę oczy, po czym westchnął.
– I Łabędzi Plusk. Szkoda by było, jakby Lisia Gwiazda go rozszarpał. Lisiej Gwiazdy nie musicie bronić, chyba nawet nie powinniście, jak tam sobie chcecie. Już więcej nie potrzebuję.
Z nieba nie rozległa się grzmotem żadna przepowiednia; fale nie ułożyły się w dziwne wzory, gwiazdy nie pokazały żadnych znaków. Mimo to Poranna Łapa czuł, że jego słowa zostały usłyszane. Przez kogo dokładnie – nie wiedział, ale tak właśnie podpowiadał mu nowy głos, kolorowe wibracje podświadomości, płynące z wnętrza. Zaciągnął się świeżym, morskim powietrzem i z zaskoczeniem stwierdził, że wie, co robić. Decyzja została wreszcie podjęta. Zastanawiał się już tylko uderzenie serca.
– Prowadźcie mnie.
Tego samego wieczoru, nieco powyżej, bo już na wyżynie klifu, Sokole Skrzydło przyjął w swoim legowisku niespodziewanego gościa.
– Jak to – wymamrotał, podnosząc wzrok znad łap Zorzy, o których ból zazwyczaj chodziło pointowi podczas jego wizyt – Naprawdę chcesz…?
– Tak – kiwnął głową pewnie, ale nie rezygnując z czujności. Na pysku kocura wypatrywał wszelkich oznak oporu, choć ledwie widział go w mdłym księżycowym świetle. – Z tymi łapami nie mogę zostać wojownikiem. Oni tego chcą. Ja chcę. Chcę zostać medykiem. Mogę, prawda?
****
Wyszedł na zewnątrz i skrył się w cieniu obozowej bariery, upojony rześkością nocy. Odetchnął kilka razy, by dać uczuciom odpłynąć.
Jeśli Lisia Gwiazda nie postanowi dokonać na nim egzekucji, wreszcie wyjdzie na prostą.
Odejdą z tych terenów, to prawda. Niektórzy mawiali, że pozostawią wszystko, co kiedykolwiek znali, ale… czy tak było naprawdę? Ostatecznie klan wyruszy razem. Chociaż nigdy nie odczuwał co do niego przesadnej lojalności, każdy kolejny powiew słonej bryzy uświadamiał mu, że w pewnym sensie stał się on jego domem. Domem, w którym wreszcie będzie mógł pełnoprawnie zamieszkać.
Będzie medykiem. Klan Gwiazdy będzie z nim. Będzie z nim Perła. Nie odbiorą mu tego nawet najgorsze bluźnierstwa Bluszczowego Poranka czy Szybującej Mewy.
Podekscytowany (kiedy ostatnio tak biło mu serce?), chciał od razu przekazać wieść przyjaciółce – ale nie dostrzegł jej wśród spowitych księżycowym światłem uśpionych klanowiczów. “Mniejsza”, zganił się w myślach, ostrożnie przemykając na swój własny fragment wygniecionego mchu. Ile jeszcze razy będzie mu dane zasnąć na tej ziemi? Nie miał pojęcia. “nawet, gdyby tu była, budzenie jej dla czegoś takiego zupełnie nie miałoby sensu”.
Będzie medykiem...
Rano. Trzeba poczekać do rana.
***
Rano Perłowej Łapy nadal nie było w obozie.
Nie pojawiła się również w południe. Gdy zachodziło słońce, wciąż nie było po niej śladu; zamiast tego ponad lasem poniosła się żałobna pieśń. Wysokie sosny w milczeniu słuchały jęku, który wydzierał się ze zdradzonych serc; poniósł się nad ich gałęziami wprost na spalone pola. Pustkę raz jeszcze wypełnił ból i przelatującemu ponad pogorzeliskiem słowikowi zdało się, że zimny ogień na nowo zapłonął w trzewiach martwych konarów. Wypuścił z siebie niski, świszczący ton, odpływając na niebo.
Oczywiście nikt w Klanie Klifu nie miał szansy tego wiedzieć.
– Na co się gapisz, gnoju? – W polu widzenia płowego kocura, dotąd ograniczonego bezwiednie do jednego punktu w przestrzeni, pojawił się wielki kształt. Cień Bluszczowego Poranka, wydłużony przez późną pozycję słońca, w kilku krokach połknął zarówno bezwładne ciało Jarzębinowego Strumienia, jak i całą przygarbioną postać Porannej Łapy. W jego rozszerzonych, ślepych jakby źrenicach błyszczał bezgraniczny przestrach. Wojownik stanął nad nim, odsłaniając kły. – Gdyby nie ta twoja zrąbana przyjaciółeczka, nic by się nie stało, rozumiesz? Rozumiesz!? Zjeżdżaj stąd!
Ledwie zrozumiał. Przesunął się; mimo to na jego grzbiet i tak spadł z góry wściekły kopniak.
Mięśnie na karku kocura, który już odwrócił się od niego, drżały lekko. Nie znalazł w sobie siły, by choćby syknąć. Nie potrafił.
Około księżyc później Klan Klifu opuścił swoje dotychczasowe terytoria w poszukiwaniu nowych ziem.
28 stycznia 2020
Od Porannej Łapy CD Łabędziego Plusku
ja nawet nie do końca pamiętam, co napisałam w pierwszej części tego opka, więc przepraszam w razie czego ok
W miarę, jak szli, pogoda zepsuła się zupełnie; wicher wiał tak mocno, że Porannej Łapie ledwo udawało się ustać na łapach. Na dodatek, jakby nic sobie nie robił z przeszywającego mrozu, przeciw któremu nawet zimowa sierść mogła zdziałać niewiele więcej niż pojedynczy listek naprzeciw huraganu, rozpadał się śnieg. Nastrój pointa, już wcześniej co najmniej zły, teraz został przez nie zupełnie zszargany.
Czarne widoki na przyszłość, rozdarte więzi, stosunki z Perłą – miał czym zajmować myśli na tym ponurym patrolu, a jednak ciężko było mu się skupić na jednej sprawie na dłuższy czas. Jego świadomość skakała z tematu na temat, błądziła to po rachitycznych gałązkach przyziemnych krzewów, to po łysych koronach drzew na tle pochmurnego nieba, w niczym nie znajdując satysfakcji. To, że odciągnięto go od tworzenia sztuki, napawało go złością i urazą; kiedy z kolei zdawał sobie sprawę z tych uczuć, zżymał się ze wstrętu do nich i tego żałosnego siebie, który z goryczą przeżywał rozstanie z kałużą bagna. Miał serdecznie dosyć wszystkiego – tych myśli, odczuć, rozterek, niepełnosprawności, życia, tej cholernej pogody – chciał to odrzucić gdzieś daleko stąd, za klif, za Miejsce, Gdzie Zachodzi Słońce. Paliło go to wszystko jak diabli. Nieznośnie. Mógłby krzyknąć… Ale czy coś by to dało? Szedł przed siebie, powoli, ze wzrokiem utkwionym w wirujących płatkach śniegu, ale nie widział niczego. Tylko iluzje. Cały świat wokół był tylko jedną wielką, toksyczną iluzją; tak naprawdę nie mógł nawet krzyczeć, mógł tylko iść do przodu, łapa za łapą w zabójczym zimnie, i tak bez końca.
Z tego, że Łabędzi Plusk zmierza w jego stronę, zdał sobie sprawę dopiero wtedy, gdy wojownik znalazł się w odległości dwóch króliczych skoków.
– N-no da-dalej Poranna Łapo. M-musimy s-się pospieszyć, b-bo za-zaraz m-może s-się po-porządnie ro-rozpadać. – Zawahał się, po czym wyjąkał coś jeszcze, z czego Zorza zarejestrował jedynie ostatnie: – P-proszę, cho-chodźmy już!
– Jak chcesz, to się śpiesz. Idź sobie z Niebiańskim Lotem, ja tu zostanę i sobie zamarznę. No idź, no! – warknął, kołysząc głową. Potem ściszył głos.– Przynajmniej skończą się te wszystkie idiotyczne problemy.
Wolno idąc dalej, słyszał, jak Łabędź przystaje. Niejasno uświadomił sobie, że bez odgłosu jego kroków las brzmi dziwnie cicho.
– A-ale… – Ledwie docierały do niego jego słowa, prawie piskliwe, niepewne, jakby spod ziemi, gdzie pewnie chciał zapaść się wojownik. Zorza mógł sobie wręcz wyobrazić, jak z przerastającej go bezradności Łabędzi Plusk zmniejsza się odrobinę z każdym wydanym dźwiękiem. – Ś-śnieg…
Coś w tym głosie niespodziewanie prześlizgnęło się pod warstewką złości i zmęczenia, żeby cienką szpilką przeszyć jego serce. Zakłuło, ale… W tej chwili nie chciał poczucia winy, nie miało mu być przykro z powodu takiego potraktowania kolegi – jeszcze raz, nie, nie miał na to siły. Wyrzucił z głowy empatię; teraz chciał być zły, na tyle, ile zapragnął. W końcu z tak ciężkim życiem miał do tego pełne prawo, do diaska! Jeszcze się ten durny Łabędź musiał napatoczyć z tym swoim jąkaniem!
– Tak, ś-ś-śnieg. Widzę go. Super. – Nie zauważył nawet, jak podświadomie wyrwał do przodu. Pod łapy wpadł mu jakiś kamyk; kopnął go bezmyślnie, o mało przy tym nie upadając. Z pyska wyrwało mu się pełne frustracji przekleństwo. – No sio!
Wojownik wahał się już tylko chwilę; wreszcie posłusznie poszedł do przodu, ogon trzymając nisko, a sierść podstroszoną. Stąpał na sztywnych łapach, nie oglądając się; tylko gdy wyprzedził już milczącego Poranną Łapę o kilka lisich długości, przystanął i obejrzał się na niego płochliwie. Tak się złożyło, że wzrok płowego przyciągnął w tamtym momencie stojacy na uboczu ścieżki pniak, przyprószony białym pyłkiem, który przydawał jego kształtom groteski.
Szedł szybciej, niż wcześniej. Jego myśli wyciszyły się, a chociaż starał się nawet być zadowolonym z odprawienia Łabędzia, który wykazał się wyraźnym brakiem taktu i zburzył jego delikatny spokój, jakaś część jego świadomości wiedziała, że to z powodu wyrządzonej krzywdy, która wciąż drżała w leśnej ciszy jak skrzydła zranionego motyla. Został sam – z jakiegoś powodu był pewien, że Łabędzi Plusk wraz z Niebiańskim Lotem nie pozostawili go zupełnie na pastwę losu, jednak odeszli na tyle daleko, że w rozpoczynającej się zawierusze już ich nie dostrzegał – i w tej samotności szpilka dała sobie znać na nowo, z siłą, o jaką wcześniej jej nie podejrzewał.
– Cicho – mruknął, nie wiedzieć, do kogo. Gdzieś nad głową zaskrzeczała mu sójka.
Niezależnie od tego, jak bardzo się starał, głos igiełki stawał się coraz głośniejszy, a wywoływany nią ból bardziej dotkliwy – aż doszedł do wniosku, że nawet krzycząc w swojej własnej głowie nie zdołałby jej zagłuszyć. Rozdrażniony, postanowił posłuchać tego, co miała do powiedzenia – a raczej tak sobie pomyślał, ponieważ wszystko to wiedział tak naprawdę od bardzo dawna.
Chodziło o Łabędzia, o cóż by innego? Miał świadomość, że nie powinien był się tak do niego odzywać. Nie podobała mu się ona; wolałby wyłączyć poczucie moralności, ale szpileczka nie dawała mu spokoju. Nie wolno tak. Ha. Czemu życiu było wolno traktować go jak śmiecia, a jemu innych nie? Bez sensu. Wcale nie bez sensu. Oczywiście, to też wiedział... Mogłaby się ta szpilka zamknąć, przez nią zrobiło mu się przykro, i zaraz miał się na nowo przez to zezłościć. Błędne koło negatywnych emocji. Trzeba było się uspokoić na samym początku. Życie to nie tylko denerwujące czynniki zewnętrzne. To też koty wokół. Niektórzy to dla ciebie lisie łajno? Ty też istniejesz w życiach innych. Masz na nie swój wpływ. Zastanów się, skoro tak nie znosisz, kiedy inni cię prześladują, czy ty sam nie znalazłeś sobie kogoś słabszego, żeby się na nim-
Kryształki śniegu topniały z wolna, osadziwszy się na nastroszonej sierści Porannej Łapy, który wpatrywał się w przestrzeń przed sobą szeroko otwartymi oczami. Jego nozdrza drgały niespokojnie przy każdym wdechu. “Odczep się!”, chciał do niej wrzasnąć, ale wtedy cofnęła się z jego serca i z rosnącym strachem zrozumiał, że od początku nie było żadnej igiełki, że to wszystko był jego głos, jego samego, wcześniej uśpiony, teraz podchodził mu do gardła – a od samego siebie nie miał szans uciekać. Przez uderzenia serca stał tak, sparaliżowany, ledwie łapiąc oddech, pośród wirujących niewinnie płatków śniegu.
A niechby to wszystko…
Z wolna ruszył przed siebie, zapadając się już po pięty w sypkim, zimnym śniegu.
*****
Od tamtego czasu zdążyło wydarzyć się wiele rzeczy. Ich moralna ocena nie jest zadaniem przeznaczonym dla zwykłego śmiertelnika, jednak z subiektywnego punktu widzenia Zorzy ciężko byłoby spośród nich wyłonić choćby jedno szczęśliwe zdarzenie. Ani brak większej poprawy stanu psychicznego Perłowej Łapy, ani jej nagłe zniknięcie, poprzedzone jeszcze – trudno o tym zapomnieć – spłonięciem połowy znanego kocurowi świata, ani prześladowanie ze strony Bluszczowrgo Poranka, które wzmogło się do czystej nienawiści po śmierci jego siostry, ani konieczność opuszczenia zamieszkiwanych dotąd terenów, by oddać się pełnej trudów i niepewności wędrówce – nikt chyba nie będzie miał w tym momencie wątpliwości, że wszystko to nie mogło na Poranną Łapę wpłynąć pozytywnie. Sytuacji wcale nie poprawiała pogoda, która, chyba uparłszy się, by trudne momenty jego życia uczynić najtrudniejszymi, każdego kolejnego dnia piekła mu grzbiet nieznośnym skwarem.
Chociaż, po namyśle… Może w tym nieszczęsnym padole znalazłoby się trochę światła. Ostatecznie wiedział, że ktoś nad nim czuwa; miał Gwiezdnych. A może to oni mieli jego? – nie był pewien, przeczuwał jedynie, że gdyby nie ta świadomość, niewiele powstrzymywałoby go od nieco zbyt bliskiego spotkania z podnóżem klifu w dniu odejścia z terenów.
Teraz uczył się, by zostać medykiem; zważywszy na to, że stale znajdowali się w drodze, nie szło mu to łatwo. Pomijając już nieufność, jaką darzył nowego mentora – nie raz i nie dwa wrócił do tymczasowego obozu z nieznaną sobie rośliną tylko po to, by zobaczyć, jak Sokole Skrzydło bezradnie kręci nad nią głową. Napotykali wiele z ziół, które zbierali wcześniej na swoich terenach, jednak nierzadko nie mieli czasu wyzbierać ich dostatecznie dużo – a nawet, jeśli udało im się uzbierać zapasy, pojawiał się przed nimi problem transportowy. Zbiorek medykamentów wahał się stale pomiędzy obfitością a wyczerpaniem. Jedynym, co pozostawało niezmienne, były urazy. Tylko ich liczba zwiększała się w miarę postępu wędrówki.
Kiedy nadszedł pamiętny dzień porodu Sroczego Żaru, Poranna Łapa wcale nie był gotowy. W myślach nie szczędził przekleństw na niebieską kotkę, na zewnątrz starając się utrzymać ciało we względnym porządku. Co jakiś czas ogonowi udawało wyrwać się spod tej kontroli i drgał nerwowo, zdradzając wewnętrzny chaos.
Sam proces był okropny. Około połowy Zorza poczuł, że nie potrafi już dłużej wytrzymać widoku, i cicho, acz pośpiesznie, umknął z centrum wydarzeń, żeby zaczerpnąć powietrza. Szybująca Mewa mógł go potem znieważać, ile tylko chciał. Nic nie będzie gorsze od zakrwawionych kociaków wydobywających się z… stamtąd, skąd się wydobywały. To, że on też przyszedł na świat w ten sposób, jedynie wzmagało jego odruch wymiotny.
Błękitne niebo. Połacie niezbadanych łąk od jego łap aż po horyzont. Za wszelką cenę musiał uspokoić myśli, więc zawiesił wzrok na samotnym drzewie w oddali, jednocześnie biorąc głęboki wdech. Chwilę zatrzymał powietrze w płucach, po czym wypuścił je z westchnieniem. Powrót do akceptowalnego stanu zajął mu jeszcze kilka takich prób.
Nie zapowiadało się na to, by mieli prędko ruszyć w dalszą podróż – kocięta Sroczego Żaru będą potrzebować dłuższej chwili na transformację ze swojej obecnej, łysawej postaci w coś, co może samodzielnie przebyć przeciągające się dystanse. Już miał się skierować w nieznane, by wykorzystać swoją nikłą wiedzę medyczną do wyszukania w niej kilku potencjalnie przydatnych roślin, kiedy przypomniał sobie o wydanym jakiś czas temu zarządzeniu: w czasie postojów medycy mieli sprawdzić stan każdego członka klanu, by uniknąć niespodzianek w postaci zbagatelizowanych otarć czy odcisków, które mogłyby potem rozwinąć się w coś dużo gorszego, tymczasem opóźniając wędrówkę całego klanu. Cel był zaiste chwalebny – nie zmieniało to jednak faktu, że Poranna Łapa nie przepadał za tym obowiązkiem. Ciągła interakcja z kotami zwyczajnie nie leżała w sferze jego upodobań.
Zamiast na połów ziół, wyruszył więc na poszukiwanie potencjalnie uszkodzonych współczłonków klanu. Pech chciał, że kogokolwiek napotkał, szybko rozpoznawał w nim osobę, z którą akurat tego dnia wolałby się bliżej nie zadawać; wodząc wzrokiem po kotach i krzywiąc się lekko za każdym z nich, przemknął już przez połowę polanki, kiedy wreszcie przypadek skierował go w stronę Łabędziego Plusku.
Szczerze mówiąc, z nim też nie miał wielkiej ochoty rozmawiać, i byłby go najpewniej ominął, gdyby nie Szybująca Mewa, powracający właśnie z pomocy w prowizorycznym żłobku:
– Co tak łazisz bez sensu? Rób coś, a nie! Jest pełno roboty! – warknął na niego, już oddalając się szybkim krokiem do następnego zadania, odprowadzany przez rozzłoszczone spojrzenie Zorzy. Coś we wnętrzu kusiło go, by zlekceważyć nakaz, ale niestety! Gdyby bury doniósł o tym Lisiej Gwieździe, płowy mógłby pożegnać się z legowiskiem, a kto wie, może nawet i z życiem. Na to oczywiście nie mógł sobie pozwolić. Gdyby jego zabrakło, kto błagałby Gwiezdnych o opiekę dla Perły?...
Czując, jak żałość ściska jego już i tak nadszarpnięte serce, podszedł bez większego entuzjazmu do strachliwego wojownika, który na jego widok poruszył niespokojnie wąsami.
– Hej – mruknął, a niejasne wspomnienia z Pory Nagich Drzew wróciły mimo jego woli. No nie. Czy żądając świętego spokoju we własnej głowie naprawdę prosił o tak wiele?... – Nic cię nie boli, czy coś? Nie obtarłeś sobie łap? Słońce cię za bardzo nie przyprażyło?
Kiedy ostatnio swobodnie z kimś rozmawiał? Nie pamiętał tego. Na dźwięk jego własnych, niedbałych słów zakłuło go znienacka poczucie samotności.
<Łabędzi Plusku?>
W miarę, jak szli, pogoda zepsuła się zupełnie; wicher wiał tak mocno, że Porannej Łapie ledwo udawało się ustać na łapach. Na dodatek, jakby nic sobie nie robił z przeszywającego mrozu, przeciw któremu nawet zimowa sierść mogła zdziałać niewiele więcej niż pojedynczy listek naprzeciw huraganu, rozpadał się śnieg. Nastrój pointa, już wcześniej co najmniej zły, teraz został przez nie zupełnie zszargany.
Czarne widoki na przyszłość, rozdarte więzi, stosunki z Perłą – miał czym zajmować myśli na tym ponurym patrolu, a jednak ciężko było mu się skupić na jednej sprawie na dłuższy czas. Jego świadomość skakała z tematu na temat, błądziła to po rachitycznych gałązkach przyziemnych krzewów, to po łysych koronach drzew na tle pochmurnego nieba, w niczym nie znajdując satysfakcji. To, że odciągnięto go od tworzenia sztuki, napawało go złością i urazą; kiedy z kolei zdawał sobie sprawę z tych uczuć, zżymał się ze wstrętu do nich i tego żałosnego siebie, który z goryczą przeżywał rozstanie z kałużą bagna. Miał serdecznie dosyć wszystkiego – tych myśli, odczuć, rozterek, niepełnosprawności, życia, tej cholernej pogody – chciał to odrzucić gdzieś daleko stąd, za klif, za Miejsce, Gdzie Zachodzi Słońce. Paliło go to wszystko jak diabli. Nieznośnie. Mógłby krzyknąć… Ale czy coś by to dało? Szedł przed siebie, powoli, ze wzrokiem utkwionym w wirujących płatkach śniegu, ale nie widział niczego. Tylko iluzje. Cały świat wokół był tylko jedną wielką, toksyczną iluzją; tak naprawdę nie mógł nawet krzyczeć, mógł tylko iść do przodu, łapa za łapą w zabójczym zimnie, i tak bez końca.
Z tego, że Łabędzi Plusk zmierza w jego stronę, zdał sobie sprawę dopiero wtedy, gdy wojownik znalazł się w odległości dwóch króliczych skoków.
– N-no da-dalej Poranna Łapo. M-musimy s-się pospieszyć, b-bo za-zaraz m-może s-się po-porządnie ro-rozpadać. – Zawahał się, po czym wyjąkał coś jeszcze, z czego Zorza zarejestrował jedynie ostatnie: – P-proszę, cho-chodźmy już!
– Jak chcesz, to się śpiesz. Idź sobie z Niebiańskim Lotem, ja tu zostanę i sobie zamarznę. No idź, no! – warknął, kołysząc głową. Potem ściszył głos.– Przynajmniej skończą się te wszystkie idiotyczne problemy.
Wolno idąc dalej, słyszał, jak Łabędź przystaje. Niejasno uświadomił sobie, że bez odgłosu jego kroków las brzmi dziwnie cicho.
– A-ale… – Ledwie docierały do niego jego słowa, prawie piskliwe, niepewne, jakby spod ziemi, gdzie pewnie chciał zapaść się wojownik. Zorza mógł sobie wręcz wyobrazić, jak z przerastającej go bezradności Łabędzi Plusk zmniejsza się odrobinę z każdym wydanym dźwiękiem. – Ś-śnieg…
Coś w tym głosie niespodziewanie prześlizgnęło się pod warstewką złości i zmęczenia, żeby cienką szpilką przeszyć jego serce. Zakłuło, ale… W tej chwili nie chciał poczucia winy, nie miało mu być przykro z powodu takiego potraktowania kolegi – jeszcze raz, nie, nie miał na to siły. Wyrzucił z głowy empatię; teraz chciał być zły, na tyle, ile zapragnął. W końcu z tak ciężkim życiem miał do tego pełne prawo, do diaska! Jeszcze się ten durny Łabędź musiał napatoczyć z tym swoim jąkaniem!
– Tak, ś-ś-śnieg. Widzę go. Super. – Nie zauważył nawet, jak podświadomie wyrwał do przodu. Pod łapy wpadł mu jakiś kamyk; kopnął go bezmyślnie, o mało przy tym nie upadając. Z pyska wyrwało mu się pełne frustracji przekleństwo. – No sio!
Wojownik wahał się już tylko chwilę; wreszcie posłusznie poszedł do przodu, ogon trzymając nisko, a sierść podstroszoną. Stąpał na sztywnych łapach, nie oglądając się; tylko gdy wyprzedził już milczącego Poranną Łapę o kilka lisich długości, przystanął i obejrzał się na niego płochliwie. Tak się złożyło, że wzrok płowego przyciągnął w tamtym momencie stojacy na uboczu ścieżki pniak, przyprószony białym pyłkiem, który przydawał jego kształtom groteski.
Szedł szybciej, niż wcześniej. Jego myśli wyciszyły się, a chociaż starał się nawet być zadowolonym z odprawienia Łabędzia, który wykazał się wyraźnym brakiem taktu i zburzył jego delikatny spokój, jakaś część jego świadomości wiedziała, że to z powodu wyrządzonej krzywdy, która wciąż drżała w leśnej ciszy jak skrzydła zranionego motyla. Został sam – z jakiegoś powodu był pewien, że Łabędzi Plusk wraz z Niebiańskim Lotem nie pozostawili go zupełnie na pastwę losu, jednak odeszli na tyle daleko, że w rozpoczynającej się zawierusze już ich nie dostrzegał – i w tej samotności szpilka dała sobie znać na nowo, z siłą, o jaką wcześniej jej nie podejrzewał.
– Cicho – mruknął, nie wiedzieć, do kogo. Gdzieś nad głową zaskrzeczała mu sójka.
Niezależnie od tego, jak bardzo się starał, głos igiełki stawał się coraz głośniejszy, a wywoływany nią ból bardziej dotkliwy – aż doszedł do wniosku, że nawet krzycząc w swojej własnej głowie nie zdołałby jej zagłuszyć. Rozdrażniony, postanowił posłuchać tego, co miała do powiedzenia – a raczej tak sobie pomyślał, ponieważ wszystko to wiedział tak naprawdę od bardzo dawna.
Chodziło o Łabędzia, o cóż by innego? Miał świadomość, że nie powinien był się tak do niego odzywać. Nie podobała mu się ona; wolałby wyłączyć poczucie moralności, ale szpileczka nie dawała mu spokoju. Nie wolno tak. Ha. Czemu życiu było wolno traktować go jak śmiecia, a jemu innych nie? Bez sensu. Wcale nie bez sensu. Oczywiście, to też wiedział... Mogłaby się ta szpilka zamknąć, przez nią zrobiło mu się przykro, i zaraz miał się na nowo przez to zezłościć. Błędne koło negatywnych emocji. Trzeba było się uspokoić na samym początku. Życie to nie tylko denerwujące czynniki zewnętrzne. To też koty wokół. Niektórzy to dla ciebie lisie łajno? Ty też istniejesz w życiach innych. Masz na nie swój wpływ. Zastanów się, skoro tak nie znosisz, kiedy inni cię prześladują, czy ty sam nie znalazłeś sobie kogoś słabszego, żeby się na nim-
Kryształki śniegu topniały z wolna, osadziwszy się na nastroszonej sierści Porannej Łapy, który wpatrywał się w przestrzeń przed sobą szeroko otwartymi oczami. Jego nozdrza drgały niespokojnie przy każdym wdechu. “Odczep się!”, chciał do niej wrzasnąć, ale wtedy cofnęła się z jego serca i z rosnącym strachem zrozumiał, że od początku nie było żadnej igiełki, że to wszystko był jego głos, jego samego, wcześniej uśpiony, teraz podchodził mu do gardła – a od samego siebie nie miał szans uciekać. Przez uderzenia serca stał tak, sparaliżowany, ledwie łapiąc oddech, pośród wirujących niewinnie płatków śniegu.
A niechby to wszystko…
Z wolna ruszył przed siebie, zapadając się już po pięty w sypkim, zimnym śniegu.
*****
Od tamtego czasu zdążyło wydarzyć się wiele rzeczy. Ich moralna ocena nie jest zadaniem przeznaczonym dla zwykłego śmiertelnika, jednak z subiektywnego punktu widzenia Zorzy ciężko byłoby spośród nich wyłonić choćby jedno szczęśliwe zdarzenie. Ani brak większej poprawy stanu psychicznego Perłowej Łapy, ani jej nagłe zniknięcie, poprzedzone jeszcze – trudno o tym zapomnieć – spłonięciem połowy znanego kocurowi świata, ani prześladowanie ze strony Bluszczowrgo Poranka, które wzmogło się do czystej nienawiści po śmierci jego siostry, ani konieczność opuszczenia zamieszkiwanych dotąd terenów, by oddać się pełnej trudów i niepewności wędrówce – nikt chyba nie będzie miał w tym momencie wątpliwości, że wszystko to nie mogło na Poranną Łapę wpłynąć pozytywnie. Sytuacji wcale nie poprawiała pogoda, która, chyba uparłszy się, by trudne momenty jego życia uczynić najtrudniejszymi, każdego kolejnego dnia piekła mu grzbiet nieznośnym skwarem.
Chociaż, po namyśle… Może w tym nieszczęsnym padole znalazłoby się trochę światła. Ostatecznie wiedział, że ktoś nad nim czuwa; miał Gwiezdnych. A może to oni mieli jego? – nie był pewien, przeczuwał jedynie, że gdyby nie ta świadomość, niewiele powstrzymywałoby go od nieco zbyt bliskiego spotkania z podnóżem klifu w dniu odejścia z terenów.
Teraz uczył się, by zostać medykiem; zważywszy na to, że stale znajdowali się w drodze, nie szło mu to łatwo. Pomijając już nieufność, jaką darzył nowego mentora – nie raz i nie dwa wrócił do tymczasowego obozu z nieznaną sobie rośliną tylko po to, by zobaczyć, jak Sokole Skrzydło bezradnie kręci nad nią głową. Napotykali wiele z ziół, które zbierali wcześniej na swoich terenach, jednak nierzadko nie mieli czasu wyzbierać ich dostatecznie dużo – a nawet, jeśli udało im się uzbierać zapasy, pojawiał się przed nimi problem transportowy. Zbiorek medykamentów wahał się stale pomiędzy obfitością a wyczerpaniem. Jedynym, co pozostawało niezmienne, były urazy. Tylko ich liczba zwiększała się w miarę postępu wędrówki.
Kiedy nadszedł pamiętny dzień porodu Sroczego Żaru, Poranna Łapa wcale nie był gotowy. W myślach nie szczędził przekleństw na niebieską kotkę, na zewnątrz starając się utrzymać ciało we względnym porządku. Co jakiś czas ogonowi udawało wyrwać się spod tej kontroli i drgał nerwowo, zdradzając wewnętrzny chaos.
Sam proces był okropny. Około połowy Zorza poczuł, że nie potrafi już dłużej wytrzymać widoku, i cicho, acz pośpiesznie, umknął z centrum wydarzeń, żeby zaczerpnąć powietrza. Szybująca Mewa mógł go potem znieważać, ile tylko chciał. Nic nie będzie gorsze od zakrwawionych kociaków wydobywających się z… stamtąd, skąd się wydobywały. To, że on też przyszedł na świat w ten sposób, jedynie wzmagało jego odruch wymiotny.
Błękitne niebo. Połacie niezbadanych łąk od jego łap aż po horyzont. Za wszelką cenę musiał uspokoić myśli, więc zawiesił wzrok na samotnym drzewie w oddali, jednocześnie biorąc głęboki wdech. Chwilę zatrzymał powietrze w płucach, po czym wypuścił je z westchnieniem. Powrót do akceptowalnego stanu zajął mu jeszcze kilka takich prób.
Nie zapowiadało się na to, by mieli prędko ruszyć w dalszą podróż – kocięta Sroczego Żaru będą potrzebować dłuższej chwili na transformację ze swojej obecnej, łysawej postaci w coś, co może samodzielnie przebyć przeciągające się dystanse. Już miał się skierować w nieznane, by wykorzystać swoją nikłą wiedzę medyczną do wyszukania w niej kilku potencjalnie przydatnych roślin, kiedy przypomniał sobie o wydanym jakiś czas temu zarządzeniu: w czasie postojów medycy mieli sprawdzić stan każdego członka klanu, by uniknąć niespodzianek w postaci zbagatelizowanych otarć czy odcisków, które mogłyby potem rozwinąć się w coś dużo gorszego, tymczasem opóźniając wędrówkę całego klanu. Cel był zaiste chwalebny – nie zmieniało to jednak faktu, że Poranna Łapa nie przepadał za tym obowiązkiem. Ciągła interakcja z kotami zwyczajnie nie leżała w sferze jego upodobań.
Zamiast na połów ziół, wyruszył więc na poszukiwanie potencjalnie uszkodzonych współczłonków klanu. Pech chciał, że kogokolwiek napotkał, szybko rozpoznawał w nim osobę, z którą akurat tego dnia wolałby się bliżej nie zadawać; wodząc wzrokiem po kotach i krzywiąc się lekko za każdym z nich, przemknął już przez połowę polanki, kiedy wreszcie przypadek skierował go w stronę Łabędziego Plusku.
Szczerze mówiąc, z nim też nie miał wielkiej ochoty rozmawiać, i byłby go najpewniej ominął, gdyby nie Szybująca Mewa, powracający właśnie z pomocy w prowizorycznym żłobku:
– Co tak łazisz bez sensu? Rób coś, a nie! Jest pełno roboty! – warknął na niego, już oddalając się szybkim krokiem do następnego zadania, odprowadzany przez rozzłoszczone spojrzenie Zorzy. Coś we wnętrzu kusiło go, by zlekceważyć nakaz, ale niestety! Gdyby bury doniósł o tym Lisiej Gwieździe, płowy mógłby pożegnać się z legowiskiem, a kto wie, może nawet i z życiem. Na to oczywiście nie mógł sobie pozwolić. Gdyby jego zabrakło, kto błagałby Gwiezdnych o opiekę dla Perły?...
Czując, jak żałość ściska jego już i tak nadszarpnięte serce, podszedł bez większego entuzjazmu do strachliwego wojownika, który na jego widok poruszył niespokojnie wąsami.
– Hej – mruknął, a niejasne wspomnienia z Pory Nagich Drzew wróciły mimo jego woli. No nie. Czy żądając świętego spokoju we własnej głowie naprawdę prosił o tak wiele?... – Nic cię nie boli, czy coś? Nie obtarłeś sobie łap? Słońce cię za bardzo nie przyprażyło?
Kiedy ostatnio swobodnie z kimś rozmawiał? Nie pamiętał tego. Na dźwięk jego własnych, niedbałych słów zakłuło go znienacka poczucie samotności.
<Łabędzi Plusku?>
27 grudnia 2019
Od Porannej Łapy
*po osunięciu się Klifu, ale przed ostatnim zgromadzeniem*
Czasami ciężko było mu znaleźć słowa, by choćby nazwać to, co ostatnio działo się w lesie. Nastroje pogarszały się z każdym dniem. Klif, który uważali za dom, osunął się nagle spod ich łap, jak gdyby nawet natura chciała im przekazać, że nie są tu mile widziani. To było okropne. Nie umiał powiedzieć wiele więcej. Ilekroć wspomnienie tamtego dnia sączyło się do jego myśli, obrazy z życia kotów, które wtedy zginęły, przetaczały mu się przed oczami jak błyski pioruna – a potem następowała, nie, nawet nie ciemność, coś jeszcze gorszego, co stawiało każdy włosek na jego ciele na sztorc, i tym sposobem każdy żywot dochodził do końca jakby cięciem noża. Dalej nie było już nic. Odbywało się to wszystko tak nagle, że pomimo powtarzalności zachłystywał się tym wrażeniem za każdym razem, stając na moment w bezruchu; a kiedy wreszcie mijało, mógł tylko kręcić machinalnie głową i powtarzać cicho pod nosem, jak zaklęcie: okropne, okropne…
Nie mogło to jednak trwać wiecznie. O ile on sam jakimś cudem ocalał (szczerze mówiąc, miał tych “cudów” już serdecznie dosyć) i w katastrofie nie zginął żaden z jego bliskich, to Perłowa Łapa straciła przecież swoją siostrę, Bodziszek. Nie znał kotki zbyt dobrze; ciężko właściwie powiedzieć, żeby jakkolwiek się nią interesował, ale gdy jej śmierć rozdarła serce czekoladowej, nie potrafił pozostać obojętny. Najlepiej świadczył o tym fakt, że, podczas gdy niegdyś mógł wytrzymać i trzy wschody słońca w samotności, beznamiętnie wpatrując się w nieciekawe elementy przyrody, teraz nawet i godzina wystarczała, by jego łapy zaczynały poruszać się niecierpliwie, a serce niczym zimny głaz obciążały wyrzuty sumienia. “Nie wstyd ci użalać się nad sobą, kiedy Perła cierpi?”, szeptał mu do ucha głosik podświadomości, jednocześnie powtarzając wszystko, co kotka kiedykolwiek dla niego zrobiła, aż do znudzenia. Na to nie było już rady i Zorza ostatecznie wracał do obozu za każdym razem.
Pocieszanie okazało się jednak niełatwe i na Poranną Łapę, który przywykł do tego, że to jemu inni okazują współczucie, a nie na odwrót, często oczekiwała na tym polu sromotna porażka.
– Hej, Perłowa Łapo – zawołał cicho pewnego razu, stając w wejściu do legowiska uczniów – przyniosłem ci wróbla.
Mimowolnie spojrzał na ptaka; wydało mu się, na mizernym ciałku już przed śmiercią zaczynało brakować piór.
– Dzięki, nie jestem głodna.
– Na pewno? Nie widziałem cię dzisiaj przy stosie. – Przełknął ślinę. – Wiesz. Przykro mi z powodu…
– Mógłbyś zostawić go gdzieś tutaj? – Przerwała mu, unosząc głowę. W półmroku ogołoconych gałęzi jej oczy nie lśniły; w głosie pobrzmiewało zmęczenie, które z trudem starała się maskować. – Dzięki za gest. Ale proszę, pójdziesz już?...
– J-jasne – mruknął, upuszczając piszczkę. Każda myśl, jaką miał w tamtej chwili w głowie, wydała mu się dziwna i niezrozumiała.
Przez jakiś czas tak mniej więcej wyglądały ich rozmowy. Kocur, któremu już wcześniej daleko było do radości, na co dzień błąkał się po lesie przygnębiony i zły. Treningi nie obchodziły go wcale lub bardzo słabo; na nielicznych, które jednak się odbywały, Mglista Ścieżka o dziwo nie karała go zbyt dotkliwie. Być może jej też dawała się we znaki gorycz, jaka zawładnęła obozem Klanu Klifu. Nie przestawał go gnębić jedynie Bluszczowy Poranek, co jakiś czas pozwalając sobie przezwać go “niedorozwiniętym wiewiórem” albo przesyconym jadem tonem zapytać, jak tam układają mu się “romanse z tym drugim dziwolągiem”.
Co do tego ostatniego, to drażniło Zorzę szczególnie. Po pierwsze dlatego, że Perłowa Łapa nie była dziwolągiem i nie godziło się w żadnym razie jej tak nazywać, po drugie dlatego, że nie kochał się w Perłowej Łapie, a po trzecie… Po trzecie dlatego, że właściwie nie wiedział, czy się w niej kocha, czy nie, więc był na tym punkcie trochę wrażliwy. Bo też skąd miał wiedzieć? Nie miał tego z czym porównać, bo nigdy wcześniej za nikim nie latał (i teraz też nie! no, raczej nie), matka wcześnie go osierociła, nie przeprowadziwszy z nim wcześniej rozmowy o kwiatkach, pszczółkach i całej reszcie tej przebrzydłej zgrai – przez co teraz pozostał sam na uczuciowym lodzie, pamiętając jedynie, że ponoć kiedyś zakocha się i będzie miał kocięta, ale bez zielonego pojęcia jak, i dlaczego. Teraz nie miał też już o to kogo zapytać, więc ostatecznie stwierdził po prostu to, co jednak wiedział – że jest Perłowej Łapie wdzięczny za jej wsparcie i istnienie oraz szanuje ją jako osobę, a więc należy jej pomóc – i postanowił czekać. Nie, żeby miał jakieś inne wyjście.
W ten sposób płynęły mu dni. Rano jakiś patrol, może później sesje z Mglistą Ścieżką, do których już dawno stracił zapał i poczucie sensu, po południu starał się jakoś dotrzeć do Perły (czy to nie zabawne, jak odwróciły się ich role?), czasem zamienić słowo z Jarzębinowym Strumieniem, do której wciąż nie odzyskał pełni zaufania. Później zaszywał się samotnie w lesie lub zagajniku nad brzegiem klifu i patrzył na niebo i zachodzące słońce, z rezygnacją rozmyślając nad sytuacją, w jakiej się znalazł.
Tym większe było jego zaskoczenie, kiedy jednego z takich wieczorów usłyszał za sobą czyjeś ciche kroki.
– Hej.
Perła stanęła o długość lisa za nim; wyczuł w jej postawie smutek i jakąś niepewność.
– Hej. – Przesunął się nieco, żeby zrobić jej miejsce, ale zaraz się zawahał. – Chcesz tutaj zostać, czy…?
– Zostanę – odparła szeptem, siadając obok. Przez następną chwilę nic nie mówiła; siedzieli w ciszy, wsłuchując się w odgłosy lasu i morza uderzającego o brzeg. Biło głośno i rytmicznie, nie dając zapomnieć, że w chwili gniewu jego kaprys może pozbawić ich domu. Szu, szu, szum… Wreszcie kotka podniosła głowę, a jej głos zlał się w jedno z kołysaniem fal.
– Przemyślałam kilka rzeczy.
– Na przykład? – spytał ostrożnie, spoglądając na nią z ukosa.
– Właściwie to wszystko.
Odchyliła się nieco do tyłu, żeby zmienić pozycję na bardziej komfortową. Przyglądał się jej w milczeniu.
– Po pierwsze… Wracam, jeśli mogę tak powiedzieć. Już.. Już mi lepiej. Dzięki za wszystko.
– Nie dziękuj, proszę… No i, to nie tak, że nie chcę, żebyś- no wiesz, ale… – zastrzygł wąsami z troską – dalej nie wyglądasz najlepiej. Na pewno nie chcesz porozmawiać o tamtym?
– Nie trzeba. Zresztą, bez urazy, ale nie bardzo nadajesz się na podnoszące na duchu rozmowy. – Szturchnęła go w bark, ale jakoś mało energicznie. – Naprawdę, jest dobrze.
– Tak?... Dobra, okej. – Perła rzuciła mu spojrzenie mówiące, że gdyby jeszcze raz zapytał o coś podobnego, zapewne dwa uderzenia serca później zawisłby nad skrajem klifu. Trochę go to zmieszało, zwłaszcza, że w głębi duszy wciąż nie był przekonany o jej dobrym stanie. – W takim razie, o czym jeszcze myślałaś?
– A, to… – Odetchnęła głębiej. – Zastanawiałam się nad tym, jakie masz opcje.
Sierść na karku Zorzy stanęła, zaalarmowana.
– Perłowa Łapo – zaczął głębokim głosem, na co adresatka parsknęła cicho. Jak zawsze upierał się, żeby nie używać zdrobnień, a ją najwyraźniej dalej to śmieszyło. – Chcesz powiedzieć, że zamiast zajmować się pożytecznymi rzeczami i pracą na rzecz naszego ukochanego klanu trwoniłaś czas na rozważanie spraw twojego ciapowatego towarzysza?
– Oczywiście.
– No cóż, hm, w takim razie… Mów dalej, przepraszam. I dziękuję, za…
– Csii, ciapowaty towarzyszu. – Uśmiechnęła się słabo, żeby po chwili znów spoważnieć. – Pewnie wiesz, że masz dwie opcje. Przynajmniej tylko tyle udało mi się wymyślić, chociaż może sam doszedłeś jeszcze do czegoś. Nie wiem…
Ton jej głosu przywrócił go do realności; przypomniał mu o ciążącej nad nim nierozwiązanej sprawie. Przygarbił się nieco.
– ...nie wiem, czy w ogóle ci o tym mówić? Pewnie sam i tak wiesz. Dobra, Klanie Gwiazdy, to wszystko jest bez sensu, mogę–
– Nie, nie. Powiedz. Oczywiście, nie to, że musisz mi powiedzieć, ale…
– Tak? No to… Pomijając rzeczy typu ucieczka do innego klanu, b-bo… to chyba i tak by niczego nie zmieniło, to możesz – nagle spojrzała mu prosto w oczy, jak gdyby chciała z nich wyczytać, co pomyśli – możesz zostać medykiem.
Chwila, dlaczego tak go to zaskoczyło? Przecież sam rozmyślał nad tym wiele razy. To nic nowego. W ostatniej chwili powstrzymał krzywy uśmiech, nie chcąc czymś takim skwitować słów przyjaciółki, i tylko odwrócił głowę w kierunku morza.
– To nie wypali. Sokole Skrzydło ma już ucznia. Zresztą nawet gdyby Szybująca Łapa został jutro mianowany, nie mógłbym tam trenować, on przecież by mnie zjadł. Nie mówiąc już o tym, że potrzebujemy silnych, zdrowych medyków, a nie…
– Nie przesadzasz trochę? Zlepiona Łapa uczył się na medyka, a nie miał jednej... łapy. – Chciał posępnie wtrącić, że koniec końców Zlepka nigdy nie mianowano, ale najwyraźniej Perła przewidziała to, bo nie dała mu otworzyć pyska. – Nadajesz się. Do leczenia nie potrzeba tak bardzo sprawnych szybkich łap, a Klan Gwiazdy też nie ma na tym punkcie wymagań. I gdybyś ty był medykiem, przestałabym się wahać co do chodzenia tam, bo teraz zawsze się boję, że Szybek mnie otruje…
– Nie mów tak, bo cię usłyszy i zapamięta na przyszłość – szepnął Poranna Łapa, a barki kotki zatrzęsły się delikatnie. Też się uśmiechnął, chociaż już bolały go jego następne słowa. – Ale… Naprawdę wątpię, żeby to się udało.
– A mógłbyś chociaż to przemyśleć? Proszę – dodała cicho. Zdziwiło go, jaki wydźwięk miała ta prośba: niemal błagalny.
– Hm, no tak, jasne, że tak, a… wspominałaś o drugim wyjściu.
Tylko mu się zdawało, czy Perła jakby oklapła?
– Tak, jest jeszcze drugie. Możesz zwiać do Dwunogów.
Powtórzył to sobie pod nosem. Od strony morza zawiał chłodniejszy wiatr, niosąc zapach soli, na który już prawie zdążył się uodpornić.
– To… To nie jest złe rozwiązanie. Zajęliby się tobą. Nie musiałbyś się męczyć. Chociaż pewnie zabraliby cię do Obcinacza.
– Mam się pozwolić kaleczyć jakimś łysym bestiom?
– A więc tego nie zrobisz? – Końcówka ogona czekoladowej zadrgała.
– No… nie wiem. – Spochmurniał trochę, a kotka wraz z nim. – Tutaj… Tutaj naprawdę ciężko przeżyć, jeśli się nie jest w pełni sił, a ja…
Chociaż na to liczył, nie przerwała mu. Czekała, aż dokończy wypowiedź, w nieodgadnionej ciszy; z jakiejś przyczyny nagle zdało mu się, że nadszedł czas ostatecznej decyzji. Zamyślił się. Czy naprawdę byłby w stanie uciec?
– Ja… myślę, że nie. Raczej nie. – Podniósł spojrzenie na jej pysk, na którym malowała się ostrożność. Ubodło go to nieco, ale i dodało przekonania. – Zostawić was tutaj, a już szczególnie, no – szczególnie ciebie, to wydaje się głupie. Złe. Nie dałbym rady.
– “Szczególnie ciebie”?
– Tak, śmiej się. Bo na pewno mam trzydziestu innych znajomych, wiesz? Ale zaszczyt cię kopnął.
– Okej, ale… to miłe. Nawet więcej niż miłe, że nie mógłbyś żyć bezpiecznie, gdyby mi dalej mogło coś grozić.
– Hej! Wcale takiego czegoś… – Zorza zaciął się na chwilę, a trybiki w jego głowie zaczęły się z wysiłkiem obracać, by wreszcie wyprodukować wniosek: to było dokładnie to, co chciał powiedzieć, tylko ubrane w bardziej odważne słowa. Odwrót! – Dobra, niech ci będzie. Proszę. Ciesz się tym, że- Czekaj, czy ty…
W zaskoczeniu wpatrywał się w kotkę, której łzy spływały już na miękką trawę. Z pochyloną głową i wygiętym, drżącym leciutko grzbietem wyglądała krucho jak nigdy wcześniej.
– T-to nic – wydusiła z siebie pomiędzy jednym urywanym oddechem a drugim. – P-po prostu… Bałam s-się, że…
Przysunął się bliżej, by pomóc jej się uspokoić.
– Czego się bałaś?
– N-nie o-obrazisz się? – ledwie udało jej się zapytać. W odpowiedzi polizał ją tylko za uchem. – N-no bo… Ja wiem, ż-że chcesz po-pomóc, i proszę, n-nie bierz tego do sie-siebie, ale… – pociągnęła nosem – n-nie byłam pewna, czy nie przychodzisz ty-tylko dla tego, że wiesz, że jest mi źle po śmierci... Bo-Bodziszkowej Łapy, i inaczej by cię nie było, i t-to było o-okropne, n-nie wiem, dlaczego, a-ale ty.... I… Przeprasza-am...
– Nie przepraszaj. Nie przepraszaj, proszę. – Nachylił się nad nią bliżej. Nagle wezbrały w nim pokłady współczucia i dobroci, o jakie wcześniej się nie podejrzewał. Gdyby w tamtej chwili ktoś postawił przed nim na szali życie jego i Perłowej Łapy, bez wahania rzuciłby się z klifu. – Jestem durniem. Głupi dureń. Nie przejmuj się mną tak. Nie… Nie mogę poświadczyć za przeszłego siebie, ale… możesz na mnie liczyć, okej? – Każde kolejne słowo brzmiało gorzej; nie miał pojęcia, jak przekazać jej wsparcie. – Jestem z tobą, Perła…
– N-nie nazywaj się durniem – odparła cicho, nieudolnie starając się otrzeć z oczu łzy. Wzięła kilka głośnych, głębokich oddechów. – Nie musisz mi mówić. Nie po-powinnam była tak reagować, w ogóle tak myśleć, Kla-Klanie Gwiazdy... Przepraszam, nie wiem, co się ze mną dzieje, może to ten klif, zapomnij... – Zanim zdążył sprzeciwić się jej słowom, wyprostowała się i spojrzała na niego. Gdzieś za jej źrenicami znowu czaiła się dziwna siła. Twarda, silna, zasmarkana wojowniczka. – Wiesz, może… Może jednak nie wszystko jest dobrze.
– Czyli jednak chcesz porozmawiać o tamtym?
Chwila wahania.
– Tak. Chyba tak.
Nad lasem powoli zapadał już zmrok.
Czasami ciężko było mu znaleźć słowa, by choćby nazwać to, co ostatnio działo się w lesie. Nastroje pogarszały się z każdym dniem. Klif, który uważali za dom, osunął się nagle spod ich łap, jak gdyby nawet natura chciała im przekazać, że nie są tu mile widziani. To było okropne. Nie umiał powiedzieć wiele więcej. Ilekroć wspomnienie tamtego dnia sączyło się do jego myśli, obrazy z życia kotów, które wtedy zginęły, przetaczały mu się przed oczami jak błyski pioruna – a potem następowała, nie, nawet nie ciemność, coś jeszcze gorszego, co stawiało każdy włosek na jego ciele na sztorc, i tym sposobem każdy żywot dochodził do końca jakby cięciem noża. Dalej nie było już nic. Odbywało się to wszystko tak nagle, że pomimo powtarzalności zachłystywał się tym wrażeniem za każdym razem, stając na moment w bezruchu; a kiedy wreszcie mijało, mógł tylko kręcić machinalnie głową i powtarzać cicho pod nosem, jak zaklęcie: okropne, okropne…
Nie mogło to jednak trwać wiecznie. O ile on sam jakimś cudem ocalał (szczerze mówiąc, miał tych “cudów” już serdecznie dosyć) i w katastrofie nie zginął żaden z jego bliskich, to Perłowa Łapa straciła przecież swoją siostrę, Bodziszek. Nie znał kotki zbyt dobrze; ciężko właściwie powiedzieć, żeby jakkolwiek się nią interesował, ale gdy jej śmierć rozdarła serce czekoladowej, nie potrafił pozostać obojętny. Najlepiej świadczył o tym fakt, że, podczas gdy niegdyś mógł wytrzymać i trzy wschody słońca w samotności, beznamiętnie wpatrując się w nieciekawe elementy przyrody, teraz nawet i godzina wystarczała, by jego łapy zaczynały poruszać się niecierpliwie, a serce niczym zimny głaz obciążały wyrzuty sumienia. “Nie wstyd ci użalać się nad sobą, kiedy Perła cierpi?”, szeptał mu do ucha głosik podświadomości, jednocześnie powtarzając wszystko, co kotka kiedykolwiek dla niego zrobiła, aż do znudzenia. Na to nie było już rady i Zorza ostatecznie wracał do obozu za każdym razem.
Pocieszanie okazało się jednak niełatwe i na Poranną Łapę, który przywykł do tego, że to jemu inni okazują współczucie, a nie na odwrót, często oczekiwała na tym polu sromotna porażka.
– Hej, Perłowa Łapo – zawołał cicho pewnego razu, stając w wejściu do legowiska uczniów – przyniosłem ci wróbla.
Mimowolnie spojrzał na ptaka; wydało mu się, na mizernym ciałku już przed śmiercią zaczynało brakować piór.
– Dzięki, nie jestem głodna.
– Na pewno? Nie widziałem cię dzisiaj przy stosie. – Przełknął ślinę. – Wiesz. Przykro mi z powodu…
– Mógłbyś zostawić go gdzieś tutaj? – Przerwała mu, unosząc głowę. W półmroku ogołoconych gałęzi jej oczy nie lśniły; w głosie pobrzmiewało zmęczenie, które z trudem starała się maskować. – Dzięki za gest. Ale proszę, pójdziesz już?...
– J-jasne – mruknął, upuszczając piszczkę. Każda myśl, jaką miał w tamtej chwili w głowie, wydała mu się dziwna i niezrozumiała.
Przez jakiś czas tak mniej więcej wyglądały ich rozmowy. Kocur, któremu już wcześniej daleko było do radości, na co dzień błąkał się po lesie przygnębiony i zły. Treningi nie obchodziły go wcale lub bardzo słabo; na nielicznych, które jednak się odbywały, Mglista Ścieżka o dziwo nie karała go zbyt dotkliwie. Być może jej też dawała się we znaki gorycz, jaka zawładnęła obozem Klanu Klifu. Nie przestawał go gnębić jedynie Bluszczowy Poranek, co jakiś czas pozwalając sobie przezwać go “niedorozwiniętym wiewiórem” albo przesyconym jadem tonem zapytać, jak tam układają mu się “romanse z tym drugim dziwolągiem”.
Co do tego ostatniego, to drażniło Zorzę szczególnie. Po pierwsze dlatego, że Perłowa Łapa nie była dziwolągiem i nie godziło się w żadnym razie jej tak nazywać, po drugie dlatego, że nie kochał się w Perłowej Łapie, a po trzecie… Po trzecie dlatego, że właściwie nie wiedział, czy się w niej kocha, czy nie, więc był na tym punkcie trochę wrażliwy. Bo też skąd miał wiedzieć? Nie miał tego z czym porównać, bo nigdy wcześniej za nikim nie latał (i teraz też nie! no, raczej nie), matka wcześnie go osierociła, nie przeprowadziwszy z nim wcześniej rozmowy o kwiatkach, pszczółkach i całej reszcie tej przebrzydłej zgrai – przez co teraz pozostał sam na uczuciowym lodzie, pamiętając jedynie, że ponoć kiedyś zakocha się i będzie miał kocięta, ale bez zielonego pojęcia jak, i dlaczego. Teraz nie miał też już o to kogo zapytać, więc ostatecznie stwierdził po prostu to, co jednak wiedział – że jest Perłowej Łapie wdzięczny za jej wsparcie i istnienie oraz szanuje ją jako osobę, a więc należy jej pomóc – i postanowił czekać. Nie, żeby miał jakieś inne wyjście.
W ten sposób płynęły mu dni. Rano jakiś patrol, może później sesje z Mglistą Ścieżką, do których już dawno stracił zapał i poczucie sensu, po południu starał się jakoś dotrzeć do Perły (czy to nie zabawne, jak odwróciły się ich role?), czasem zamienić słowo z Jarzębinowym Strumieniem, do której wciąż nie odzyskał pełni zaufania. Później zaszywał się samotnie w lesie lub zagajniku nad brzegiem klifu i patrzył na niebo i zachodzące słońce, z rezygnacją rozmyślając nad sytuacją, w jakiej się znalazł.
Tym większe było jego zaskoczenie, kiedy jednego z takich wieczorów usłyszał za sobą czyjeś ciche kroki.
– Hej.
Perła stanęła o długość lisa za nim; wyczuł w jej postawie smutek i jakąś niepewność.
– Hej. – Przesunął się nieco, żeby zrobić jej miejsce, ale zaraz się zawahał. – Chcesz tutaj zostać, czy…?
– Zostanę – odparła szeptem, siadając obok. Przez następną chwilę nic nie mówiła; siedzieli w ciszy, wsłuchując się w odgłosy lasu i morza uderzającego o brzeg. Biło głośno i rytmicznie, nie dając zapomnieć, że w chwili gniewu jego kaprys może pozbawić ich domu. Szu, szu, szum… Wreszcie kotka podniosła głowę, a jej głos zlał się w jedno z kołysaniem fal.
– Przemyślałam kilka rzeczy.
– Na przykład? – spytał ostrożnie, spoglądając na nią z ukosa.
– Właściwie to wszystko.
Odchyliła się nieco do tyłu, żeby zmienić pozycję na bardziej komfortową. Przyglądał się jej w milczeniu.
– Po pierwsze… Wracam, jeśli mogę tak powiedzieć. Już.. Już mi lepiej. Dzięki za wszystko.
– Nie dziękuj, proszę… No i, to nie tak, że nie chcę, żebyś- no wiesz, ale… – zastrzygł wąsami z troską – dalej nie wyglądasz najlepiej. Na pewno nie chcesz porozmawiać o tamtym?
– Nie trzeba. Zresztą, bez urazy, ale nie bardzo nadajesz się na podnoszące na duchu rozmowy. – Szturchnęła go w bark, ale jakoś mało energicznie. – Naprawdę, jest dobrze.
– Tak?... Dobra, okej. – Perła rzuciła mu spojrzenie mówiące, że gdyby jeszcze raz zapytał o coś podobnego, zapewne dwa uderzenia serca później zawisłby nad skrajem klifu. Trochę go to zmieszało, zwłaszcza, że w głębi duszy wciąż nie był przekonany o jej dobrym stanie. – W takim razie, o czym jeszcze myślałaś?
– A, to… – Odetchnęła głębiej. – Zastanawiałam się nad tym, jakie masz opcje.
Sierść na karku Zorzy stanęła, zaalarmowana.
– Perłowa Łapo – zaczął głębokim głosem, na co adresatka parsknęła cicho. Jak zawsze upierał się, żeby nie używać zdrobnień, a ją najwyraźniej dalej to śmieszyło. – Chcesz powiedzieć, że zamiast zajmować się pożytecznymi rzeczami i pracą na rzecz naszego ukochanego klanu trwoniłaś czas na rozważanie spraw twojego ciapowatego towarzysza?
– Oczywiście.
– No cóż, hm, w takim razie… Mów dalej, przepraszam. I dziękuję, za…
– Csii, ciapowaty towarzyszu. – Uśmiechnęła się słabo, żeby po chwili znów spoważnieć. – Pewnie wiesz, że masz dwie opcje. Przynajmniej tylko tyle udało mi się wymyślić, chociaż może sam doszedłeś jeszcze do czegoś. Nie wiem…
Ton jej głosu przywrócił go do realności; przypomniał mu o ciążącej nad nim nierozwiązanej sprawie. Przygarbił się nieco.
– ...nie wiem, czy w ogóle ci o tym mówić? Pewnie sam i tak wiesz. Dobra, Klanie Gwiazdy, to wszystko jest bez sensu, mogę–
– Nie, nie. Powiedz. Oczywiście, nie to, że musisz mi powiedzieć, ale…
– Tak? No to… Pomijając rzeczy typu ucieczka do innego klanu, b-bo… to chyba i tak by niczego nie zmieniło, to możesz – nagle spojrzała mu prosto w oczy, jak gdyby chciała z nich wyczytać, co pomyśli – możesz zostać medykiem.
Chwila, dlaczego tak go to zaskoczyło? Przecież sam rozmyślał nad tym wiele razy. To nic nowego. W ostatniej chwili powstrzymał krzywy uśmiech, nie chcąc czymś takim skwitować słów przyjaciółki, i tylko odwrócił głowę w kierunku morza.
– To nie wypali. Sokole Skrzydło ma już ucznia. Zresztą nawet gdyby Szybująca Łapa został jutro mianowany, nie mógłbym tam trenować, on przecież by mnie zjadł. Nie mówiąc już o tym, że potrzebujemy silnych, zdrowych medyków, a nie…
– Nie przesadzasz trochę? Zlepiona Łapa uczył się na medyka, a nie miał jednej... łapy. – Chciał posępnie wtrącić, że koniec końców Zlepka nigdy nie mianowano, ale najwyraźniej Perła przewidziała to, bo nie dała mu otworzyć pyska. – Nadajesz się. Do leczenia nie potrzeba tak bardzo sprawnych szybkich łap, a Klan Gwiazdy też nie ma na tym punkcie wymagań. I gdybyś ty był medykiem, przestałabym się wahać co do chodzenia tam, bo teraz zawsze się boję, że Szybek mnie otruje…
– Nie mów tak, bo cię usłyszy i zapamięta na przyszłość – szepnął Poranna Łapa, a barki kotki zatrzęsły się delikatnie. Też się uśmiechnął, chociaż już bolały go jego następne słowa. – Ale… Naprawdę wątpię, żeby to się udało.
– A mógłbyś chociaż to przemyśleć? Proszę – dodała cicho. Zdziwiło go, jaki wydźwięk miała ta prośba: niemal błagalny.
– Hm, no tak, jasne, że tak, a… wspominałaś o drugim wyjściu.
Tylko mu się zdawało, czy Perła jakby oklapła?
– Tak, jest jeszcze drugie. Możesz zwiać do Dwunogów.
Powtórzył to sobie pod nosem. Od strony morza zawiał chłodniejszy wiatr, niosąc zapach soli, na który już prawie zdążył się uodpornić.
– To… To nie jest złe rozwiązanie. Zajęliby się tobą. Nie musiałbyś się męczyć. Chociaż pewnie zabraliby cię do Obcinacza.
– Mam się pozwolić kaleczyć jakimś łysym bestiom?
– A więc tego nie zrobisz? – Końcówka ogona czekoladowej zadrgała.
– No… nie wiem. – Spochmurniał trochę, a kotka wraz z nim. – Tutaj… Tutaj naprawdę ciężko przeżyć, jeśli się nie jest w pełni sił, a ja…
Chociaż na to liczył, nie przerwała mu. Czekała, aż dokończy wypowiedź, w nieodgadnionej ciszy; z jakiejś przyczyny nagle zdało mu się, że nadszedł czas ostatecznej decyzji. Zamyślił się. Czy naprawdę byłby w stanie uciec?
– Ja… myślę, że nie. Raczej nie. – Podniósł spojrzenie na jej pysk, na którym malowała się ostrożność. Ubodło go to nieco, ale i dodało przekonania. – Zostawić was tutaj, a już szczególnie, no – szczególnie ciebie, to wydaje się głupie. Złe. Nie dałbym rady.
– “Szczególnie ciebie”?
– Tak, śmiej się. Bo na pewno mam trzydziestu innych znajomych, wiesz? Ale zaszczyt cię kopnął.
– Okej, ale… to miłe. Nawet więcej niż miłe, że nie mógłbyś żyć bezpiecznie, gdyby mi dalej mogło coś grozić.
– Hej! Wcale takiego czegoś… – Zorza zaciął się na chwilę, a trybiki w jego głowie zaczęły się z wysiłkiem obracać, by wreszcie wyprodukować wniosek: to było dokładnie to, co chciał powiedzieć, tylko ubrane w bardziej odważne słowa. Odwrót! – Dobra, niech ci będzie. Proszę. Ciesz się tym, że- Czekaj, czy ty…
W zaskoczeniu wpatrywał się w kotkę, której łzy spływały już na miękką trawę. Z pochyloną głową i wygiętym, drżącym leciutko grzbietem wyglądała krucho jak nigdy wcześniej.
– T-to nic – wydusiła z siebie pomiędzy jednym urywanym oddechem a drugim. – P-po prostu… Bałam s-się, że…
Przysunął się bliżej, by pomóc jej się uspokoić.
– Czego się bałaś?
– N-nie o-obrazisz się? – ledwie udało jej się zapytać. W odpowiedzi polizał ją tylko za uchem. – N-no bo… Ja wiem, ż-że chcesz po-pomóc, i proszę, n-nie bierz tego do sie-siebie, ale… – pociągnęła nosem – n-nie byłam pewna, czy nie przychodzisz ty-tylko dla tego, że wiesz, że jest mi źle po śmierci... Bo-Bodziszkowej Łapy, i inaczej by cię nie było, i t-to było o-okropne, n-nie wiem, dlaczego, a-ale ty.... I… Przeprasza-am...
– Nie przepraszaj. Nie przepraszaj, proszę. – Nachylił się nad nią bliżej. Nagle wezbrały w nim pokłady współczucia i dobroci, o jakie wcześniej się nie podejrzewał. Gdyby w tamtej chwili ktoś postawił przed nim na szali życie jego i Perłowej Łapy, bez wahania rzuciłby się z klifu. – Jestem durniem. Głupi dureń. Nie przejmuj się mną tak. Nie… Nie mogę poświadczyć za przeszłego siebie, ale… możesz na mnie liczyć, okej? – Każde kolejne słowo brzmiało gorzej; nie miał pojęcia, jak przekazać jej wsparcie. – Jestem z tobą, Perła…
– N-nie nazywaj się durniem – odparła cicho, nieudolnie starając się otrzeć z oczu łzy. Wzięła kilka głośnych, głębokich oddechów. – Nie musisz mi mówić. Nie po-powinnam była tak reagować, w ogóle tak myśleć, Kla-Klanie Gwiazdy... Przepraszam, nie wiem, co się ze mną dzieje, może to ten klif, zapomnij... – Zanim zdążył sprzeciwić się jej słowom, wyprostowała się i spojrzała na niego. Gdzieś za jej źrenicami znowu czaiła się dziwna siła. Twarda, silna, zasmarkana wojowniczka. – Wiesz, może… Może jednak nie wszystko jest dobrze.
– Czyli jednak chcesz porozmawiać o tamtym?
Chwila wahania.
– Tak. Chyba tak.
Nad lasem powoli zapadał już zmrok.
01 grudnia 2019
Od Porannej Łapy cd. Łabędziego Plusku
Na przestrzeni ostatnich księżyców w życiu Zorzy wiele się zmieniło. Zacznijmy od tego, że Jarzębinowa Łapa okazała się zaskakująco stała w poświęcanej mu uwadze i nijak nie mógł jej odwieść od celu, jaki sobie postawiła, a którym najwyraźniej było naprowadzenie go na lepszą drogę życiową, cokolwiek miałoby to oznaczać. Nie minęło wiele czasu, a nawet treningi, które, chociaż okrutnie męczące, zaczął z wolna postrzegać jako formę uwolnienia się od ciągłej przesłodzonej paplaniny, ta wszędobylska panienka zdołała skupić wokół siebie. Tworząc jakieś tajemne układy ze swoim wujkiem, na mocy których łączył on treningi Porannej Łapy i Jarzębinki o wiele częściej, niż wypadałoby to przy zwykłym przypadku, zyskiwała jakże wspaniałą okazję, by jeszcze raz dziennie zmotywować pointa do pracy – zazwyczaj poprzez ustawiczne przypominanie mu, oczywiście nie bez popisowej urażonej minki, że swoim brakiem zapału do ćwiczeń popełnia potępienia godną zbrodnię obrazy jej dumy i majestatu – i w obliczu takiego gadania biedaczkowi nie pozostawało nic innego, jak się postarać. Przez jakiś czas liczył nawet na Mglistą Ścieżkę w wyratowaniu go z opresji, i rzeczywiście: wojowniczka wydawała się co najmniej zirytowana takim stanem rzeczy, najwyraźniej jednak, kiedy zauważyła, że niecodzienna metoda dydaktyczna Jarzębinowej Łapy daje wymierne rezultaty, niechętnie się z nim pogodziła, tym samym gasząc już i tak wątły płomyczek Zorzowej nadziei.
W obliczu takiego stanu rzeczy trudno by oczekiwać od rozeźlonego kocura jakiejkolwiek sympatii w stosunku do koleżanki – a jednak po około księżycu cierpiętniczego znoszenia jej optymizmu przestał mu on zawadzać. Nauczywszy się, by przy Jarzębince nie narzekać zbyt głośno na los (co niechybnie skończyłoby się kolejną godziną litanii na temat wiary w siebie i tym podobnych bzdur), doszedł do wniosku, że w chwilach nudy da się z nią poprowadzić całkiem przyjemną rozmowę – co ostatecznie doprowadziło do stwierdzenia, że może kotka wcale nie musiała być dla niego utrapieniem.
Przebywanie w towarzystwie Jarzębinowej Łapy wiązało się, za sprawą jej przebojowego charakteru, z dużo większą liczbą kontaktów ze współklanowiczami, niż wcześniej uważał za stosowną; chociaż przysporzyło mu to wiele irytacji i niezręcznych momentów do przetrawienia, to zaowocowało również nawiązaniem kolejnych trwałych znajomości. Zaprzyjaźnił się mianowicie z Tęczową Łapą oraz Perłą – i ta druga szybko stała się mu szczególnie bliska. Futerko kotki, skręcone niczym młode pędy paproci, oraz króciutki ogon odróżniały ją, podobnie jak Poranną Łapę, od reszty rówieśników, co pozwoliło dwójce łatwo odnaleźć wspólne tematy. W końcu kocur związał się z nimi tak mocno, że skrócił dzienny czas przeznaczony na samotne rozmyślania na rzecz spędzania z nimi czasu, czy to w obozie, czy gdzieś w jego pobliżu. Chociaż nie pozbył się całkiem swojej chłodnej maniery, dla przyjaciół robił wyjątek; razem rozmawiali, czasem się śmiali, czasem nie, kiedy udało im się znaleźć dłuższą chwilę, wychodzili na spacer, żeby tylko być razem, i Porannej Łapa orientował się, że jest mu całkiem przyjemnie. Jarzębinka nie musiała już przekonywać go o niczym, nie potrzebował więcej jej pomocy, i wszyscy zadawali się ze sobą jak równy z równym. Energia, której kiedyś mu brakowało, teraz napędzała go do zdobywania wiedzy, choćby dzięki Perłowej Łapie i jej opowieściach o ziołach, do których miała ciche zamiłowanie. Zdobył się nawet na to, by ignorować docinki Bluszczowej Łapy, który od czasu, gdy Zorza zaczął częściej pojawiać się gdzieś w pobliżu jego siostry, lubił zaczynać swój dzień od kpiącego “co tam, wiewióro?”.
Wobec radosnego spokoju, jaki dawało posiadanie w tym dziwnym, dzikim świecie bliskich sobie osób, nawet i prześladowanie ze strony niebieskiego było ledwie pomniejszym kłaczkiem w sierści; życie płowego, choć trudno powiedzieć, by zmierzało w konkretnym kierunku, zapowiadało się dobrze i zapewne wszystko tak właśnie by się ułożyło, gdyby nie pewna noc zgromadzenia.
Samo w sobie zgromadzenie nie było zresztą złe – to prawda, podniosło się nieco krzyku, jednak wciąż nie było to nic w porównaniu z gradobiciem, którego kiedyś doświadczył. Ważniejsze było to, co przyniósł sam jego koniec. Po tylu księżycach odosobnienia odnalazł wreszcie jednego ze swych braci, i chociaż czasu nie wystarczyło im na to, by ustalić datę kolejnego spotkania, Zorza nie wątpił ani przez chwilę, że musiało ono nastąpić. Następne noce spędzał sam, pisząc dla przyszłości coraz to nowsze scenariusze i ponownie spotykając się w nich z Orzechem na tysiąc różnych sposobów. Nie można było oczywiście poprzestać tylko na tym: nie minęło nawet kilka wschodów słońca, by po treningu z Mglistą Ścieżką płowy skierował swe kroki w stronę Wielkiego Drzewa, by stamtąd wypatrywać brata pośród traw Klanu Burzy. Wędrówka okazała się jednak fiaskiem – zmęczonego kocura po kilkunastu minutach przyłapał wieczorny patrol i zmuszony był porzucić swoje plany – tak samo, jak, ku niepomiernej frustracji Zorzy, dwa następne wypady (odpowiednio z powodu deszczu i samej jego mentorki, która szczególnie ostro go za nie zrugała, zapewne przyjmując, że poszedł umawiać się z panienkami zza granicy), po których zmuszony był porzucić swój plan. Obrażony na wszystko i wszystkich, przyobiecał sobie, że nie dadzą rady go powstrzymać. Jeżeli nie jako uczeń, którego każdy ruch poza obozem w nieobecności mentora powodował podejrzenia, odnajdzie swoich braci jako wojownik…
Odpoczywał wtedy w niewielkiej szczelinie pod klifem. Lubił tam zaglądać; niewielu o niej wiedziało, jak zresztą o wielu innych odosobnionych miejscach, które przed kocim wzrokiem chroniły ostre, wyrzeźbione żywiołami kontury skał, a do których jeszcze ciężej było dotrzeć – tym bardziej poczytywał sobie regularne odwiedziny za podziwu godny wyczyn. Siedział tam, swoim zwyczajem chłonąc huk fal pod łapami i przyjemny zapach morskiej soli, kiedy ta myśl nagle wmieszała się między inne, niczym czarny kamień wrzucony do czystej i spokojnej wody.
Na ten cholerny Klan Gwiazdy, przecież on nigdy nie będzie wojownikiem.
Jego mięśnie stężały. Odwrócił się i wbił beznamiętny wzrok w kamienną ścianę, zimną i szorstką jak nigdy wcześniej. To nie był nowy wniosek. Przecież był tego pewien, odkąd tylko dowiedział się, jak działają klany. Powtarzał to w myślach każdego wieczoru, wyobrażając sobie, jak pewnego dnia, po kolejnej uwadze co do jakiejś pozycji łowieckiej, dla niego zupełnie nieprzydatnej, rzuca to Mglistej Ścieżce prosto w pysk; oznajmił to ze złością Jarzębinowej Łapie na samym początku znajomości, mamrotał pod nosem niezliczoną razy, wpatrując się w kołujące na niebie ptaki dla ukojenia nerwów… A więc czemu, dlaczego teraz czuł tą przebrzydłą pustkę?
Z nagłym uczuciem mdłości zdał sobie sprawę, jak bardzo się zatracił. Przypomniał sobie każdy moment, w którym liliowa kotka zbywała prychnięciem jego pełne złości stwierdzenia, każde jej pocieszenie, słodki głos, jakim zapewniała go, że wszystko mu się uda; wszystkie słowa współklanowiczów, którzy kazali mu iść naprzód z podniesionym łbem, nawet mimo przeciwności losu, dzień swojego mianowania; przed oczyma przemknęły mu wszystkie szczęśliwe chwile spędzone w towarzystwie znajomych, kiedy czuł się doceniony, kiedy podświadomie myślał, że może zrobić wszystko, kiedy – dopiero teraz widział wyraźnie – naprawdę im uwierzył.
To wszystko było iluzją. Całe to życie było jednym, wielkim kłamstwem, a on wziął je w objęcia, jak zwierzyna wchodząca ślepo prosto w paszczę łowcy.
Gdyby nie silny wiatr, niemal przypierający do skały jego kruche ciało, czy coś powstrzymałoby go przed runięciem w dół?
***
Od tamtego czasu zmienił się zauważalnie, choć ze względu na to, że rzadko pojawiał się już w obozie, obok postronnego obserwatora przemiana ta mogła przejść niezauważona. Zaniedbywał treningi; Mglista Ścieżka urządzała mu długie i ostre rozmowy na ten temat, ilekroć jej się nawinął, ale jedynie potakiwał głową i przyjmował przydzieloną karę. Rzadko brał udział w patrolach, niewiele mówił. Nawet, jeżeli ktoś zorientował się, że jednego z uczniów brakuje, szybko tracił tym zainteresowanie; bywało tak, że po Zorzy nawet po kilku godzinach nie było ani śladu – w czasie samotnych wędrówek nauczył się wspinać na trzy pierwsze gałęzie pewnego świerku, wspomagając się zębami, i często przesiadywał tam, gdzie nikt się go przecież nie spodziewał, obojętnie wychładzając swój organizm – czasem zdarzało się i tak, że w ogóle nie wracał na noc do legowiska. Próżno było szukać go też wśród dawnych znajomych. Jedynie Perłowa Łapa zdołała wyuczyć się jego ścieżek i starała się jakoś do niego dotrzeć, ale z miernym skutkiem jedynie od czasu do czasu pozwalał wyciągnąć się z nory, w której aktualnie siedział, i odpowiadał na kilka pytań. Lubił myśleć, że nienawidził Perły, tak samo, jak każdego innego kota, który tak perfidnie go oszukał – ale ilekroć przychodziła, musiał godzić się z tym, że to nieprawda. Widział wtedy dobrze jej ból i strach, kiedy patrzyła na niego, a on nie reagował, i jego serce odbijało te emocje w dwukrotnym natężeniu; czuł się jednak zbyt zraniony, żeby im zaradzić, więc tylko tkwił, zły i zrozpaczony, w swoim własnym towarzystwie, wyklinając cały świat i siebie, z krótkimi przerwami na posiłek, którego sam nie potrafił – bo nigdy nie miał – zdobyć.
Dlatego, kiedy u kresu pewnego dnia, którego pogoda okazała się zbyt brutalna, by mógł samotnie odpędzić od siebie hipotermię, podszedł do niego jakiś kot, by jąkającym się głosem Łabędziego Plusku zapytać, c-co u niego, mógł otrzymać tylko jedną odpowiedź.
– Źle – odparł, gorzko i całkiem niegramatycznie, po czym zmierzył syjama przeciągłym, zmęczonym spojrzeniem. – Masz do mnie jakąś sprawę, czy chcesz po prostu – gdy wymawiał te słowa, kącik jego pyska zadrżał dziwnie – ...pogadać?
Efekt swojego pytania mógł zaobserwować od razu; Łabędź przygarbił się, co dało się zauważyć nawet pomimo zapadającej szybko ciemności, a na jego pysku zalśniła odrobina paniki.
– Ra-raczej to d-drugie – powiedział niepewnie, chociaż wyglądał, jakby lada chwila miał się rozmyślić.
Zastanowił się. Nie przypominał sobie, żeby Łabędzi Plusk kiedykolwiek starał się go zmieniać czy wpływać na jego zachowanie; wszystko wskazywało na to, że pod tym względem był czysty. W dodatku jego inicjatywa i zainteresowanie, które okazał mimo tego, że ostatnio praktycznie wcale ze sobą nie rozmawiali, odrobinę rozgrzały Zorzę od środka, chociaż szybko tę myśl odgonił.
– Więc… hm, okej? – mruknął niewyraźnie. Jego głos brzmiał jakoś głucho po długim okresie nieużywania, więc odkaszlnął, by przywrócić go do normy. – To jak tam u ciebie? Fajnie się robi... te wszystkie wojownicze rzeczy, i tak dalej?
– T-tak, je-jest w p-porządku – wyjąkał cicho Łabędzi Plusk.
Zorza skinął głową w zamyśleniu. O czym właściwie mieli mówić? Niewiele przychodziło mu do głowy poza śmiechu wartymi sugestiami z odmętów gadziego móżdżku – związanymi mocno z jego własnymi problemami i obecnym stanem . Kiedy cisza utrzymywała się niezręczną chwilę, był niestety zmuszony się im poddać.
– Znalazłeś tam może jakichś znajomych?
– Um… N-nie bardzo, a-ale…
– Nic nie szkodzi. – Płowy podniósł łeb, a w jego oczach nagle błysnęły iskierki, odcinając się wyraźnie od mroku. – Naprawdę nie szkodzi. Może to nawet dobrze? Wszystko zależy od tego, jak się z tym czujesz, ale przyjaciele wcale nie muszą być dobrą sprawą. Wcale nie. Czasami mogą nawet…
Odległy dźwięk zwrócił jego uwagę. Zamilkł i zastrzygł uszami, by słyszeć wyraźniej. To Tęcza i Perła rozmawiały ze sobą na drugim krańcu polany; chociaż były tak daleko, oddzielone kurtyną purpurowej ciemności, mógł wyraźnie poczuć, jak wzrok czekoladowej kotki spoczywa na jego sierści.
Ha…
– Nawet… Wiesz, nieważne. Powinniśmy iść spać. Trzeba być wypoczętym dla dobrej służby klanowi, prawda? – wyrzucił z siebie nieskładnie, podnosząc się z miejsca i tym samym pozostawiając zdezorientowanego Łabądka samego. – Dobranoc.
– Do-dobranoc… – pożegnał się jeszcze tamten, i choć było to ostatnie, co Zorza, oddalający się już w stronę legowiska uczniów, mógł od syjama usłyszeć, ktoś niezwykle uważny mógłby zauważyć, jak jeszcze przez kolejnych kilka uderzeń serca mamrocze pod nosem “miłych snów”.
***
Mógł to przewidzieć. To dosyć oczywiste, że złośliwe siły rządzące Klanem Klifu nie przepuściłyby okazji, żeby dodatkowo go zgnębić i kiedy tylko zmiarkowały, że pojawił się w obozie, postanowiły wysłać go na patrol. Wymęczonemu złością i niepewnością uczniowi kazać wędrować wzdłuż granic o samym świcie – tak, tego właśnie potrzebował klan w tej porze roku.
Nie mógł jednak pozwolić sobie na niedbalstwo. Ostatnio coraz częściej odnosił wrażenie, że zastępca łypie na niego złym okiem. Możliwe kary powoli się wyczerpywały, a on wcale nie miał ochoty sprawdzać, jak smakuje powietrze na wygnaniu – zwłaszcza, że nie miałby nawet szans długo się nim delektować, bo po kilku dniach zginąłby niechybnie z głodu. Dlatego też, choć wbrew własnej woli, podniósł się z posłania bez zbędnego narzekania i ruszył do legowiska wojowników, by tam wykonać nałożony na niego, nie wiedzieć czemu, obowiązek obudzenia reszty.
Z Niebiańskim Lotem poszło szybko; kocur właściwie sam uniósł łeb, zanim Poranna Łapa zdążył się w ogóle odezwać. Ponieważ Rubinowego Kamyka, która również została wyznaczona do udziału w patrolu, nigdzie nie uświadczył, ostrożnie skierował się w stronę pozostałego wyznaczonego, którego jasna sierść nadal unosiła się i opadała wolno w rytm sennego oddechu.
Przez chwilę zastanawiał się, jak postawić go na nogi.
– Klan Gwiazdy postanowił obdarzyć twe życie kolejnym pięknym dniem – szepnął mu wreszcie do ucha, w głębi ducha ciesząc się sposobnością do użycia dziwnych słów. Do tego czasu syjam z pewnością uznał go już za jakiegoś cudaka, a mimo to go nie unikał, więc stwierdził, że nie ma wiele do stracenia. – Nadszedł wyczekiwany czas patrolu, Łabędzi Plusku. Obudź się.
Już przy pierwszym zdaniu płowego Łabędź poruszył się niespokojnie, a do czasu, kiedy skończył mówić, patrzył już na niego wciąż jeszcze nieco zaspanymi, ale szeroko otwartymi oczami. Zorza cofnął się nieco, jak gdyby to przebudzenie naruszyło jego komfort życiowy.
– Reszta… Właściwie to Niebiański Lot czeka na zewnątrz – poinformował go, odwracając się. Przeszedł kilka kroków i nie wiedzieć czemu – point mógł to przecież równie dotkliwie odczuć na własnej skórze – dodał obojętnie: – Jest zimno.
Wyszli z obozu. Trudno powiedzieć, żeby pogoda była przyjemna; błotniste kałuże rozciągały się przypadkowo to tu, to tam, a mdłe światło poranku wcale nie ułatwiało odróżnienia ich zdradliwej powierzchni od bezpiecznego gruntu. Nie minęło kilka chwil, a skarpetki na tylnych łapach Zorzy zmieniły kolor z białego na szarobrązowy, ostatecznie całkowicie zlewając się z tłem, gdy uczeń potknął się na zmurszałej gałązce i wpadł prosto w kolejne muliste jeziorko.
Przynajmniej nie musiał się obawiać, że Łabędzi Plusk zaniesie się śmiechem.
Wędrówka dłużyła mu się niemiłosiernie. Czasami w takich sytuacjach wojownicy postanawiali przetestować skuteczność jego treningu, tym razem się na to jednak nie zapowiadało. Zarówno Łabędź, jak i Niebiański Lot powszechnie znani byli ze swojej małomówności i wątpił, by którykolwiek zechciał pytać go, jakie zwierzę przekroczyło tą i tamtą ścieżkę dwa wschody słońca temu – nie, żeby chciał być pytany. Cały jego trening i tak był jedną wielką farsą.
Patrol toczył się żmudnie, w tym samym marszowym tempie, aż do momentu, w którym Poranna Łapa nie stwierdził, że ma go już serdecznie dość, i poprosił o przerwę. Zatrzymali się w kępie iglastych drzew, których widok nic Zorzy nie mówił. Niebiański Lot przysiadł z boku, nie przerywając milczenia; znudzony płowy kocur rozejrzał się natomiast w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłby chociażby zawiesić wzrok.
Kamień. Szary, całkiem spory i płaski, niepasujący zupełnie do brudnego i dzikiego lasu wokół. Zdesperowany, podszedł do niego, by przyjrzeć mu się bliżej; oparłszy się łapą o jego gładką powierzchnię, zlustrował go wzrokiem. Poznany z mniejszej odległości, przestał wydawać mu się interesujący, odchylił się więc z powrotem i już miał w duchu wysyłać modły do Klanu Gwiazdy, by ten zesłał mu coś do roboty, kiedy zauważył, że pozostawił po sobie ślad.
Mały, brązowy odcisk łapki, dobrze widoczny na bladym kamieniu. Przechylił nieco łeb i niewiele myśląc, zanurzył w błocie kolejną łapę, po czym odcisnął i ją.
Wspaniale, pomyślał, odsuwając się, by ocenić swoje dzieło. Oto moja spuścizna. Teraz nawet jeżeli jutro pożre mnie sokół, las będzie mnie pamiętał. Będą tędy przechodzić wiewiórki i myśleć, “och, tutaj pewnego brzydkiego dnia stanął jakiś równie brzydki zdeformowany kot i przycisnął łapę do kamienia”. Przynajmniej do następnego deszczu.
– C-co ro-robisz? – padło gdzieś zza jego grzbietu, kiedy jeszcze raz zanurzał łapy w mule, szykując się do kolejnego twórczego ataku na głaz.
– Nie wiem – przyznał, nie przerywając swojej roboty.
<sorry for being late ;; wszelkie reklamacje i uwagi proszę kierować do wieczornej mnie, to ona za wszystko odpowiada>
W obliczu takiego stanu rzeczy trudno by oczekiwać od rozeźlonego kocura jakiejkolwiek sympatii w stosunku do koleżanki – a jednak po około księżycu cierpiętniczego znoszenia jej optymizmu przestał mu on zawadzać. Nauczywszy się, by przy Jarzębince nie narzekać zbyt głośno na los (co niechybnie skończyłoby się kolejną godziną litanii na temat wiary w siebie i tym podobnych bzdur), doszedł do wniosku, że w chwilach nudy da się z nią poprowadzić całkiem przyjemną rozmowę – co ostatecznie doprowadziło do stwierdzenia, że może kotka wcale nie musiała być dla niego utrapieniem.
Przebywanie w towarzystwie Jarzębinowej Łapy wiązało się, za sprawą jej przebojowego charakteru, z dużo większą liczbą kontaktów ze współklanowiczami, niż wcześniej uważał za stosowną; chociaż przysporzyło mu to wiele irytacji i niezręcznych momentów do przetrawienia, to zaowocowało również nawiązaniem kolejnych trwałych znajomości. Zaprzyjaźnił się mianowicie z Tęczową Łapą oraz Perłą – i ta druga szybko stała się mu szczególnie bliska. Futerko kotki, skręcone niczym młode pędy paproci, oraz króciutki ogon odróżniały ją, podobnie jak Poranną Łapę, od reszty rówieśników, co pozwoliło dwójce łatwo odnaleźć wspólne tematy. W końcu kocur związał się z nimi tak mocno, że skrócił dzienny czas przeznaczony na samotne rozmyślania na rzecz spędzania z nimi czasu, czy to w obozie, czy gdzieś w jego pobliżu. Chociaż nie pozbył się całkiem swojej chłodnej maniery, dla przyjaciół robił wyjątek; razem rozmawiali, czasem się śmiali, czasem nie, kiedy udało im się znaleźć dłuższą chwilę, wychodzili na spacer, żeby tylko być razem, i Porannej Łapa orientował się, że jest mu całkiem przyjemnie. Jarzębinka nie musiała już przekonywać go o niczym, nie potrzebował więcej jej pomocy, i wszyscy zadawali się ze sobą jak równy z równym. Energia, której kiedyś mu brakowało, teraz napędzała go do zdobywania wiedzy, choćby dzięki Perłowej Łapie i jej opowieściach o ziołach, do których miała ciche zamiłowanie. Zdobył się nawet na to, by ignorować docinki Bluszczowej Łapy, który od czasu, gdy Zorza zaczął częściej pojawiać się gdzieś w pobliżu jego siostry, lubił zaczynać swój dzień od kpiącego “co tam, wiewióro?”.
Wobec radosnego spokoju, jaki dawało posiadanie w tym dziwnym, dzikim świecie bliskich sobie osób, nawet i prześladowanie ze strony niebieskiego było ledwie pomniejszym kłaczkiem w sierści; życie płowego, choć trudno powiedzieć, by zmierzało w konkretnym kierunku, zapowiadało się dobrze i zapewne wszystko tak właśnie by się ułożyło, gdyby nie pewna noc zgromadzenia.
Samo w sobie zgromadzenie nie było zresztą złe – to prawda, podniosło się nieco krzyku, jednak wciąż nie było to nic w porównaniu z gradobiciem, którego kiedyś doświadczył. Ważniejsze było to, co przyniósł sam jego koniec. Po tylu księżycach odosobnienia odnalazł wreszcie jednego ze swych braci, i chociaż czasu nie wystarczyło im na to, by ustalić datę kolejnego spotkania, Zorza nie wątpił ani przez chwilę, że musiało ono nastąpić. Następne noce spędzał sam, pisząc dla przyszłości coraz to nowsze scenariusze i ponownie spotykając się w nich z Orzechem na tysiąc różnych sposobów. Nie można było oczywiście poprzestać tylko na tym: nie minęło nawet kilka wschodów słońca, by po treningu z Mglistą Ścieżką płowy skierował swe kroki w stronę Wielkiego Drzewa, by stamtąd wypatrywać brata pośród traw Klanu Burzy. Wędrówka okazała się jednak fiaskiem – zmęczonego kocura po kilkunastu minutach przyłapał wieczorny patrol i zmuszony był porzucić swoje plany – tak samo, jak, ku niepomiernej frustracji Zorzy, dwa następne wypady (odpowiednio z powodu deszczu i samej jego mentorki, która szczególnie ostro go za nie zrugała, zapewne przyjmując, że poszedł umawiać się z panienkami zza granicy), po których zmuszony był porzucić swój plan. Obrażony na wszystko i wszystkich, przyobiecał sobie, że nie dadzą rady go powstrzymać. Jeżeli nie jako uczeń, którego każdy ruch poza obozem w nieobecności mentora powodował podejrzenia, odnajdzie swoich braci jako wojownik…
Odpoczywał wtedy w niewielkiej szczelinie pod klifem. Lubił tam zaglądać; niewielu o niej wiedziało, jak zresztą o wielu innych odosobnionych miejscach, które przed kocim wzrokiem chroniły ostre, wyrzeźbione żywiołami kontury skał, a do których jeszcze ciężej było dotrzeć – tym bardziej poczytywał sobie regularne odwiedziny za podziwu godny wyczyn. Siedział tam, swoim zwyczajem chłonąc huk fal pod łapami i przyjemny zapach morskiej soli, kiedy ta myśl nagle wmieszała się między inne, niczym czarny kamień wrzucony do czystej i spokojnej wody.
Na ten cholerny Klan Gwiazdy, przecież on nigdy nie będzie wojownikiem.
Jego mięśnie stężały. Odwrócił się i wbił beznamiętny wzrok w kamienną ścianę, zimną i szorstką jak nigdy wcześniej. To nie był nowy wniosek. Przecież był tego pewien, odkąd tylko dowiedział się, jak działają klany. Powtarzał to w myślach każdego wieczoru, wyobrażając sobie, jak pewnego dnia, po kolejnej uwadze co do jakiejś pozycji łowieckiej, dla niego zupełnie nieprzydatnej, rzuca to Mglistej Ścieżce prosto w pysk; oznajmił to ze złością Jarzębinowej Łapie na samym początku znajomości, mamrotał pod nosem niezliczoną razy, wpatrując się w kołujące na niebie ptaki dla ukojenia nerwów… A więc czemu, dlaczego teraz czuł tą przebrzydłą pustkę?
Z nagłym uczuciem mdłości zdał sobie sprawę, jak bardzo się zatracił. Przypomniał sobie każdy moment, w którym liliowa kotka zbywała prychnięciem jego pełne złości stwierdzenia, każde jej pocieszenie, słodki głos, jakim zapewniała go, że wszystko mu się uda; wszystkie słowa współklanowiczów, którzy kazali mu iść naprzód z podniesionym łbem, nawet mimo przeciwności losu, dzień swojego mianowania; przed oczyma przemknęły mu wszystkie szczęśliwe chwile spędzone w towarzystwie znajomych, kiedy czuł się doceniony, kiedy podświadomie myślał, że może zrobić wszystko, kiedy – dopiero teraz widział wyraźnie – naprawdę im uwierzył.
To wszystko było iluzją. Całe to życie było jednym, wielkim kłamstwem, a on wziął je w objęcia, jak zwierzyna wchodząca ślepo prosto w paszczę łowcy.
Gdyby nie silny wiatr, niemal przypierający do skały jego kruche ciało, czy coś powstrzymałoby go przed runięciem w dół?
***
Od tamtego czasu zmienił się zauważalnie, choć ze względu na to, że rzadko pojawiał się już w obozie, obok postronnego obserwatora przemiana ta mogła przejść niezauważona. Zaniedbywał treningi; Mglista Ścieżka urządzała mu długie i ostre rozmowy na ten temat, ilekroć jej się nawinął, ale jedynie potakiwał głową i przyjmował przydzieloną karę. Rzadko brał udział w patrolach, niewiele mówił. Nawet, jeżeli ktoś zorientował się, że jednego z uczniów brakuje, szybko tracił tym zainteresowanie; bywało tak, że po Zorzy nawet po kilku godzinach nie było ani śladu – w czasie samotnych wędrówek nauczył się wspinać na trzy pierwsze gałęzie pewnego świerku, wspomagając się zębami, i często przesiadywał tam, gdzie nikt się go przecież nie spodziewał, obojętnie wychładzając swój organizm – czasem zdarzało się i tak, że w ogóle nie wracał na noc do legowiska. Próżno było szukać go też wśród dawnych znajomych. Jedynie Perłowa Łapa zdołała wyuczyć się jego ścieżek i starała się jakoś do niego dotrzeć, ale z miernym skutkiem jedynie od czasu do czasu pozwalał wyciągnąć się z nory, w której aktualnie siedział, i odpowiadał na kilka pytań. Lubił myśleć, że nienawidził Perły, tak samo, jak każdego innego kota, który tak perfidnie go oszukał – ale ilekroć przychodziła, musiał godzić się z tym, że to nieprawda. Widział wtedy dobrze jej ból i strach, kiedy patrzyła na niego, a on nie reagował, i jego serce odbijało te emocje w dwukrotnym natężeniu; czuł się jednak zbyt zraniony, żeby im zaradzić, więc tylko tkwił, zły i zrozpaczony, w swoim własnym towarzystwie, wyklinając cały świat i siebie, z krótkimi przerwami na posiłek, którego sam nie potrafił – bo nigdy nie miał – zdobyć.
Dlatego, kiedy u kresu pewnego dnia, którego pogoda okazała się zbyt brutalna, by mógł samotnie odpędzić od siebie hipotermię, podszedł do niego jakiś kot, by jąkającym się głosem Łabędziego Plusku zapytać, c-co u niego, mógł otrzymać tylko jedną odpowiedź.
– Źle – odparł, gorzko i całkiem niegramatycznie, po czym zmierzył syjama przeciągłym, zmęczonym spojrzeniem. – Masz do mnie jakąś sprawę, czy chcesz po prostu – gdy wymawiał te słowa, kącik jego pyska zadrżał dziwnie – ...pogadać?
Efekt swojego pytania mógł zaobserwować od razu; Łabędź przygarbił się, co dało się zauważyć nawet pomimo zapadającej szybko ciemności, a na jego pysku zalśniła odrobina paniki.
– Ra-raczej to d-drugie – powiedział niepewnie, chociaż wyglądał, jakby lada chwila miał się rozmyślić.
Zastanowił się. Nie przypominał sobie, żeby Łabędzi Plusk kiedykolwiek starał się go zmieniać czy wpływać na jego zachowanie; wszystko wskazywało na to, że pod tym względem był czysty. W dodatku jego inicjatywa i zainteresowanie, które okazał mimo tego, że ostatnio praktycznie wcale ze sobą nie rozmawiali, odrobinę rozgrzały Zorzę od środka, chociaż szybko tę myśl odgonił.
– Więc… hm, okej? – mruknął niewyraźnie. Jego głos brzmiał jakoś głucho po długim okresie nieużywania, więc odkaszlnął, by przywrócić go do normy. – To jak tam u ciebie? Fajnie się robi... te wszystkie wojownicze rzeczy, i tak dalej?
– T-tak, je-jest w p-porządku – wyjąkał cicho Łabędzi Plusk.
Zorza skinął głową w zamyśleniu. O czym właściwie mieli mówić? Niewiele przychodziło mu do głowy poza śmiechu wartymi sugestiami z odmętów gadziego móżdżku – związanymi mocno z jego własnymi problemami i obecnym stanem . Kiedy cisza utrzymywała się niezręczną chwilę, był niestety zmuszony się im poddać.
– Znalazłeś tam może jakichś znajomych?
– Um… N-nie bardzo, a-ale…
– Nic nie szkodzi. – Płowy podniósł łeb, a w jego oczach nagle błysnęły iskierki, odcinając się wyraźnie od mroku. – Naprawdę nie szkodzi. Może to nawet dobrze? Wszystko zależy od tego, jak się z tym czujesz, ale przyjaciele wcale nie muszą być dobrą sprawą. Wcale nie. Czasami mogą nawet…
Odległy dźwięk zwrócił jego uwagę. Zamilkł i zastrzygł uszami, by słyszeć wyraźniej. To Tęcza i Perła rozmawiały ze sobą na drugim krańcu polany; chociaż były tak daleko, oddzielone kurtyną purpurowej ciemności, mógł wyraźnie poczuć, jak wzrok czekoladowej kotki spoczywa na jego sierści.
Ha…
– Nawet… Wiesz, nieważne. Powinniśmy iść spać. Trzeba być wypoczętym dla dobrej służby klanowi, prawda? – wyrzucił z siebie nieskładnie, podnosząc się z miejsca i tym samym pozostawiając zdezorientowanego Łabądka samego. – Dobranoc.
– Do-dobranoc… – pożegnał się jeszcze tamten, i choć było to ostatnie, co Zorza, oddalający się już w stronę legowiska uczniów, mógł od syjama usłyszeć, ktoś niezwykle uważny mógłby zauważyć, jak jeszcze przez kolejnych kilka uderzeń serca mamrocze pod nosem “miłych snów”.
***
Mógł to przewidzieć. To dosyć oczywiste, że złośliwe siły rządzące Klanem Klifu nie przepuściłyby okazji, żeby dodatkowo go zgnębić i kiedy tylko zmiarkowały, że pojawił się w obozie, postanowiły wysłać go na patrol. Wymęczonemu złością i niepewnością uczniowi kazać wędrować wzdłuż granic o samym świcie – tak, tego właśnie potrzebował klan w tej porze roku.
Nie mógł jednak pozwolić sobie na niedbalstwo. Ostatnio coraz częściej odnosił wrażenie, że zastępca łypie na niego złym okiem. Możliwe kary powoli się wyczerpywały, a on wcale nie miał ochoty sprawdzać, jak smakuje powietrze na wygnaniu – zwłaszcza, że nie miałby nawet szans długo się nim delektować, bo po kilku dniach zginąłby niechybnie z głodu. Dlatego też, choć wbrew własnej woli, podniósł się z posłania bez zbędnego narzekania i ruszył do legowiska wojowników, by tam wykonać nałożony na niego, nie wiedzieć czemu, obowiązek obudzenia reszty.
Z Niebiańskim Lotem poszło szybko; kocur właściwie sam uniósł łeb, zanim Poranna Łapa zdążył się w ogóle odezwać. Ponieważ Rubinowego Kamyka, która również została wyznaczona do udziału w patrolu, nigdzie nie uświadczył, ostrożnie skierował się w stronę pozostałego wyznaczonego, którego jasna sierść nadal unosiła się i opadała wolno w rytm sennego oddechu.
Przez chwilę zastanawiał się, jak postawić go na nogi.
– Klan Gwiazdy postanowił obdarzyć twe życie kolejnym pięknym dniem – szepnął mu wreszcie do ucha, w głębi ducha ciesząc się sposobnością do użycia dziwnych słów. Do tego czasu syjam z pewnością uznał go już za jakiegoś cudaka, a mimo to go nie unikał, więc stwierdził, że nie ma wiele do stracenia. – Nadszedł wyczekiwany czas patrolu, Łabędzi Plusku. Obudź się.
Już przy pierwszym zdaniu płowego Łabędź poruszył się niespokojnie, a do czasu, kiedy skończył mówić, patrzył już na niego wciąż jeszcze nieco zaspanymi, ale szeroko otwartymi oczami. Zorza cofnął się nieco, jak gdyby to przebudzenie naruszyło jego komfort życiowy.
– Reszta… Właściwie to Niebiański Lot czeka na zewnątrz – poinformował go, odwracając się. Przeszedł kilka kroków i nie wiedzieć czemu – point mógł to przecież równie dotkliwie odczuć na własnej skórze – dodał obojętnie: – Jest zimno.
Wyszli z obozu. Trudno powiedzieć, żeby pogoda była przyjemna; błotniste kałuże rozciągały się przypadkowo to tu, to tam, a mdłe światło poranku wcale nie ułatwiało odróżnienia ich zdradliwej powierzchni od bezpiecznego gruntu. Nie minęło kilka chwil, a skarpetki na tylnych łapach Zorzy zmieniły kolor z białego na szarobrązowy, ostatecznie całkowicie zlewając się z tłem, gdy uczeń potknął się na zmurszałej gałązce i wpadł prosto w kolejne muliste jeziorko.
Przynajmniej nie musiał się obawiać, że Łabędzi Plusk zaniesie się śmiechem.
Wędrówka dłużyła mu się niemiłosiernie. Czasami w takich sytuacjach wojownicy postanawiali przetestować skuteczność jego treningu, tym razem się na to jednak nie zapowiadało. Zarówno Łabędź, jak i Niebiański Lot powszechnie znani byli ze swojej małomówności i wątpił, by którykolwiek zechciał pytać go, jakie zwierzę przekroczyło tą i tamtą ścieżkę dwa wschody słońca temu – nie, żeby chciał być pytany. Cały jego trening i tak był jedną wielką farsą.
Patrol toczył się żmudnie, w tym samym marszowym tempie, aż do momentu, w którym Poranna Łapa nie stwierdził, że ma go już serdecznie dość, i poprosił o przerwę. Zatrzymali się w kępie iglastych drzew, których widok nic Zorzy nie mówił. Niebiański Lot przysiadł z boku, nie przerywając milczenia; znudzony płowy kocur rozejrzał się natomiast w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłby chociażby zawiesić wzrok.
Kamień. Szary, całkiem spory i płaski, niepasujący zupełnie do brudnego i dzikiego lasu wokół. Zdesperowany, podszedł do niego, by przyjrzeć mu się bliżej; oparłszy się łapą o jego gładką powierzchnię, zlustrował go wzrokiem. Poznany z mniejszej odległości, przestał wydawać mu się interesujący, odchylił się więc z powrotem i już miał w duchu wysyłać modły do Klanu Gwiazdy, by ten zesłał mu coś do roboty, kiedy zauważył, że pozostawił po sobie ślad.
Mały, brązowy odcisk łapki, dobrze widoczny na bladym kamieniu. Przechylił nieco łeb i niewiele myśląc, zanurzył w błocie kolejną łapę, po czym odcisnął i ją.
Wspaniale, pomyślał, odsuwając się, by ocenić swoje dzieło. Oto moja spuścizna. Teraz nawet jeżeli jutro pożre mnie sokół, las będzie mnie pamiętał. Będą tędy przechodzić wiewiórki i myśleć, “och, tutaj pewnego brzydkiego dnia stanął jakiś równie brzydki zdeformowany kot i przycisnął łapę do kamienia”. Przynajmniej do następnego deszczu.
– C-co ro-robisz? – padło gdzieś zza jego grzbietu, kiedy jeszcze raz zanurzał łapy w mule, szykując się do kolejnego twórczego ataku na głaz.
– Nie wiem – przyznał, nie przerywając swojej roboty.
<sorry for being late ;; wszelkie reklamacje i uwagi proszę kierować do wieczornej mnie, to ona za wszystko odpowiada>
Subskrybuj:
Posty (Atom)