BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barszczowa Łodyga x Księżyc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barszczowa Łodyga x Księżyc. Pokaż wszystkie posty

10 grudnia 2025

Od Księżycowej Łapy CD. Barszczowej Łodygi

dawno, dawno temu 

Drgnął, słysząc nowy głos. Co, jak? Dopiero po chwili rozpoznał Barszcza, uspokajając się nieco, zainteresowany zabawkami. W końcu jakie kocię nie lubi nowych rzeczy które w dodatku dostaje za darmo? I jeszcze sensorycznie ładnie się sprawdzają? 
— Jakich? — całkowicie pochłonięty zapomniał się aż przywitać, niewiele myśląc. Ale kto by się tym przejmował? Miał teraz tyle ważniejszych spraw na głowie! Jak chociażby ta, którą właśnie musiał rozwikłać. Barszcz podszedł do niego dużo bliżej, kładąc przed nim oba przedmioty. 
— Tuż przed sobą masz wiewiórczy ogon, a za nim jest kawałek kłody. Wydaje mi się że będzie świetny do zabawy!
— Puchata —  uśmiechnął się, tuląc do siebie rudy ogon. Lubił puchate rzeczy, były takie przyjemne w dotyku... — Jak wygląda wiewiórka? Trochę szkoda, że straciła ogon... 
— Wiewiórki są chude, bardzo szybkie i puchate. Mieszkają na drzewach. — wyjaśnił starszy, w momencie w którym Księżyc pochłaniał każde jego słowo jak najświętszą wiedzę. — Wiesz, ktoś ją zjadł sobie na obiad, a ja zabrałem dla Ciebie ogonek. Wiewiórka zjada owady, a my wiewiórki. Tak to już jest.
— A, to tak jak Kołysanek — zauważył na wzmiankę o ogonie. Tylko, że ogon brata był większy i bardziej puchaty. —  Tylko, że on nie mieszka na drzewach. A koty mogą zjeść owady?
— Ależ oczywiście! — entuzjastyczne miauknięcie obiło mu się o uszy — Są bardzo smaczne. Niektóre są chrupiące, inne obślizgłe, a na przykład motyle są bardzo delikatne i malutkie i ledwo czuć smak.
— Fuuu — zaśmiał się podczas napadu obrzydzenia, gdy wyobraził sobie obślizgłego robaka na języku. Jedno go tylko martwiło — Ale nie można jeść owadów... pewnie im jest smutno bo może mają rodziny a tak to zje się czyjegoś brata.
— Robaki nie mają uczuć bo nie myślą — wyjaśnił. — Tak jak my czy nasza zwierzyna. Możesz je śmiało chrupać. Przynieść Ci kilka?
— A skąd wiesz — spytał, a w jego tonie dało się wyczuć nutkę sprzeciwu. Nie podobało mu się to stwierdzenie, zaraz pokręcił więc głową na odmowę. To bardzo niesprawiedliwe by tak zakładać. To, że nie znają języka ani nie wkręcają się w świat owadów, nie studiują ich zachowania i nie myślą wiele nad ich istnieniem, nie koniecznie oznaczało, że robaki nie myślą. Bo niby skąd taka pewność? Tylko dlatego, że tak to wygląda przez pryzmat "wyższego organizmu"? — Znaczy, my też nie myślimy? Zwierzyna też? Ale ja myślę, króliki pewnie też bo my też.
— Nie, nie! — odparł — My myślimy, ale robaki już nie. Widziałeś kiedyś owada? Ma za małą głowę żeby myśleć! A zające pewnie mają jakieś swoje myśli, bo w końcu umieją robić tunele i wiedzą, że przed drapieżnikiem trzeba uciekać.
— Chodzi o to, że my myślimy dużo i często, a zające nie. One mają proste życie, jeść, uciekać przed drapieżnikiem i wychować potomstwo. A robaki? Schować się pod kamieniem. Jest różnica, prawda?
— A skąd wiesz — upierał się przy swoim, coraz bardziej niezadowolony z braku spojrzenia przez starszego na drugą perspektywę. Może Księżyc ją rozumiał, bo sam przez swój ubytek na wzroku czuł się często jak zwierzyna? ,,Jakieś swoje myśli" na pewno nie były wystarczające i pewnie zające myślały podobnie do nich. W końcu nawet nie różniły się aż tak wielkością, więc nie było jak odwołać się nawet do małych umysłów! Otworzył więc zaraz pysk, by zaoponować. — Króliki mają tylko inny kształt ciała ale widziałem jusz jednego i wcale nie są bardzo mniejsze od nas i mają mniej więcej takie same głowy i na pewno mają swoje rodziny i plany, tylko po prostu o nich nie wiemy. Tak samo jak oni nie wiedzą o naszych bo muszą ciągle uciekać. I to trochę nie miłe że ich jemy.
Barszcz uśmiechnął się troszkę zakłopotany, jakby złapany na gorącym uczynku. 
— Ah...Może masz rację Księżycu. Jednak więksi zjadają mniejszych, tak jak my zjadamy zające, tak niektóre koty padają ofiarą borsuków czy lisów. A zające są pyszne, prawda? I mają takie fajne futerko! Idealne na zabawkę.
Z jednej strony się zgadzał, ale z drugiej...? Jeśli było coś już martwe to fajnie jest sobie wziąć futerko albo pióra... albo jeśli skończyło jako jedzenie. Ale przez myśl kocurka przeszła jeszcze wizja, w której zabija się takiego królika tylko dla futra.... i jakoś mu się przykro zrobiło. Sfrustrował się do końca! A frustracja kocięca naprawdę nie zna granic. 
— Smutno trochę — przyznał w końcu — Fajne ale smutne. Na pewno inne wiewiórki też są smutne, że mamy teraz ogon jej siostry... Ale jest milutkie. Ja bym nie chciał, żeby jakiś inny kot miał jako zabawkę ogon mojego brata. 

<Barszcz?>

[728 słów]
[przyznano 15%]

19 października 2025

Od Barszczowej Łodygi CD. Księżyca (Księżycowej Łapy)

Dawno, dawno temu, kiedy Księżyc był jeszcze mały…

Wojownik zachichotał.
– A jakże! Wujków nigdy za wiele! – Odpowiedział z uśmiechem. – Mogę się z Tobą pobawić?
– A w co się pan umie bawić? ... Pan wujek..? – spytał lekko zmieszany.
– Możesz mówić do mnie wujku Barszczu – podpowiedział widząc, że kocurek ma problemy ze zwracaniem się do niego.
Rozejrzał się po kociarni. Niewiele tu było zabawek, chociaż Barszcz dostrzegł kulkę mchu bez właściciela. Leżała w kącie, sama i smutna, tak więc wstałby ją wziąć. Rzucił ją w stronę jasnego kocurka.
– Łap, Księżycu! – miauknął wesoło.
– Dobra – odparł twierdząco.
Gdy poleciała w jego stronę kulka mchu, ten zdołał jedynie unieść skonfundowany łapę, gdy zielony kłębek odbił mu się o czoło
– Uch, przepraszam – mruknął nieco zawstydzony, że nie potrafił jej złapać, chociaż wcale nie ze swojej winy. Zaraz spróbował też łapą wymacać kawałek mchu, żeby go poturlać w stronę kocura.
– Na Klan Gwiazd! Przepraszam, KOMPLETNIE ZAPOMNIAŁEM, ŻE JESTEŚ NIEWIDOMY! – miauknął przejęty starszy, podbiegając do kocurka. Sprawdził, czy ta kulka mchu nic mu nie zrobiła.
– Wszystko w porządku? Nic się nie stało! To moja wina – oznajmił. Przysunął kocurkowi kulkę mchu pod łapki. – Możemy ją pokulać do siebie nawzajem, okej?
– Ow. Po...co? – Otrzepał się, nie zmiatając z czoła żadnych resztek ani nic. – Nie, nic się nie stało. – Zaraz spróbował starszego kocura uspokoić. – To tylko mech... – dodał nieśmiało, wciąż zawstydzony. – I takie popychanie go ku sobie będzie ok, myślę…
Barszcz posłał młodemu łagodny uśmiech, ale on i tak nie będzie mógł go zobaczyć.
– Uśmiecham się teraz do Ciebie – oznajmił wojownik.
Odszedł krok w tył i przyjął pozycję do zabawy, by przyjąć kulkę mchu od jasnego.
– Dalej, śmiało, popchnij kulkę do mnie!
Księżyc popchnął, uśmiechając się pod nosem, żeby ów uśmiech oddać. Barszcz złapał mech łapką. Poleciał ciut zbyt w bok, więc doskoczył do zabawki.
– Świetnie! – pochwalił kocurka. – Łap!
I popchnął kulkę z powrotem.
Kocur na słowo "łap" wzdrygnął się nieco i spodziewając się kolejnego rzutu mchem w czoło, wyciągnął łapki w górę, próbując zrobić zamach chroniący jego czoło.
Barszcz zachichotał, widząc starania kociaka.
– Tym razem pamiętam i kulka toczy się po ziemi – zaśmiał się. – Możesz położyć łapki na spokojnie.
– Ach... – Znów nieco zawstydzony położył łapy na ziemi, wymacując kulkę, która wcale nie była szczególnie daleko, by popchnąć ją znów w stronę Barszcza.
Bawili się tak dłuższą chwilę, kiedy to Barszcz zauważył, że futerko kociaka jest brudne po wcześniejszym upadku.
– Hej, pomóc Ci wyczyścić futerko? Bo zostało troszkę trawy i mchu z wcześniej – zaproponował łagodnie, wchodząc w rolę opiekuńczego wujaszka.
– Nie, nie tszeba – Pokręcił głową – Dam sobie radę.

~*~

Minęło trochę czasu, nim Barszczowa Łodyga odwiedził ponownie żłobek. Tym razem jednak niósł prezenty. Coś ciekawego dla swojego niewidomego kolegi. Ogon wiewiórki oraz fajny (na Barszczowe oko) kawałek kłody. Zajrzał do środka, szukając wzrokiem Księżyca.
Kocię bawiło się w tym czasie resztką barwników, które pozostały, robiąc gęstą papkę ze wszystkiego, co się dało, maczając w tym łapy i robiąc ślady. Barszcz dojrzał kocurka, który ubrudził sobie piękne jasne łapki. Westchnął cicho, pokręcił głową z uśmiechem i podszedł do niego. Jaki słodki widok, kociak, który cieszy się życiem. Taki beztroski.
– Dzień dobry! – miauknął. – Mam dla Ciebie kilka zabawek, które pomyślałem, że będą fajne.

<Księżycu?>

18 września 2025

Od Księżyca do Barszczowej Łodygi


 – Dzień dobry  – Gdzieś w tle odezwał się nowy głos, którego nigdy wcześniej nie dane było Księżycowi słyszeć.  – Czy jest tutaj ktoś?
Nie odezwał się, a jedynie "słuchał" przybysza. Jego kroki, ciężar, nawet oddech. Jeśli tu po coś przyszedł, to pewnie żeby odwiedzić starsze, gwiezdne kociaki albo zadać pytania mamie. Siedział więc cicho, wracając do swojego rozrywania suchych liści pazurami. Wydawały przy tym naprawdę przyjemny dźwięk.
– No dzień dobry! Piękny dzień dzisiaj, prawda? – Nowy głos zjawił się bardzo blisko, zapalając w głowie malca czerwoną lampkę. Same kroki też się zbliżały i dzięki temu kociak mógł się bardziej im wsłuchać i zapamiętać jak brzmią. Brzmiały... żywo. Tylko trochę staro. 
– ... Że... że ja? – Kocię wydawało się być nieco zdezorientowane, odpowiadając dopiero po chwili, gdy nikt inny wojownikowi nie odpowiedział. Z resztą, głos zdawał się być wystarczająco blisko, by uznać, że zwracał się do Księżyca. Chyba, że ktoś siedział jeszcze obok, Księżyc go nie wyczuł i przez to teraz wyszedł na idiotę. 
– Tak, dokładnie Ty! - Odpowiedział czekolad z entuzjazmem, siadając obok kociaka. – Jak masz na imię?
– Księżyc – Przedstawił się, przełykając niezręczne uczucie. Zazwyczaj to mama mówiła innym, jak mieli na imię. Jakie to było głupio krępujące! I to całkiem bez powodu! 
– Oh, jakie ładne imię! - Skomplementował kocurka. – Takie bardzo dźwięczne. Ja jestem Barszczowa Łodyga! Miło mi Cię poznać, Księżycu! Posłał mu łagodny uśmiech.
– Dzień dobly – Skinął głową, chociaż nie całkiem w kierunku Barszcza, a w jakimś losowym, najbliższym źródła dźwięku – A czemu ma pan takie imię?
– Czemu pytasz...? - Spytał tamten, jakby zaskoczony. – Cóż, nadali mi takie imię tutaj w Klanie. Tobie Twoje nadała mamusia, prawda? – Nie było to wyjaśnienie, a jedynie wprowadzenia kocięcia w jeszcze większe zmieszanie. Co ma jedno do drugiego?
– Ale co to Barszcz... – wymamrotał nieco ciszej, pytająco.
Wojownik wydał z siebie zdziwione "aaaaaah!", zdaje się, że orientując się, o co chodziło kociakowi w pierwszej kolejności. 
– To taka roślinka zielona. Można ją znaleźć niedaleko siedlisk dwunożnych, wiesz? Podobno jest jadalna, ale nigdy nie próbowałem. 
– Aha – Zaakceptował przedstawioną mu prawdę. Nigdy owej roślinki nie widział. Znaczy, no, w ogóle nie widział. Ale też wcale nie słyszał! Znał mak, wrzosy, wrzośce, stokrotki i inne takie, najbardziej popularne, które mógł pomacać i powąchać, szczególnie jeśli chodzi o mlecze, gdyż tych było teraz sporo. Dodatkowo nauczył się, że kiedy za bardzo się w nie wwącha, to zostawiają żółty ślad na pyszczku.  – A co to dwunożni? – Kolejne pytanie opuściło jego głowę. Jaka śmieszna nazwa, wcale mu się nie podobała. Nie brzmiała ładnie w jego głowie. 
– To takie istoty, które mogą być dla nas niebezpieczne. Czasami łapią jakieś koty, innym razem wchodzą na nasze tereny! - Opowiedział. - Raczej rzadko można je spotkać, bo ich Siedlisko jest daleko stąd, więc nie masz się co bać!
– Jak lisy? – Spytał, poruszając uszami. Łapią koty, to okropne. Ciekawe czy po to, by ich potem zjeść. – Ale czemu się nazywają dwunożni?
– Tak, trochę jak lisy! –- Odpowiedział jeszcze starszy na pierwsze pytanie. - Oh, nazywają się dwunożni, ponieważ mają tylko dwie nogi! I na nich chodzą!
– I nie upadają?
– Wygląda na to, że nie. Może u nich inaczej działają te nogi. Jak u ptaków, one też chodzą na dwóch łapkach.
– Tesz potrafią latać jak ptaki? – Skoro chodzą na dwóch nogach…? Kiedyś wymacał ptaka, jak przyniesiono go dla karmicielek a potem wyjaśniono, że te pierzaste części wcale nie służą do chodzenia, tylko do latania. Jak się wtedy zdziwił! I strasznie popadł w zazdrość. On miał tylko cztery łapy i brak skrzydeł i chociaż próbował, okazało się, że machanie łapkami nie zapewni mu wystarczającej siły żeby wzbić się w powietrze. Podobnie jak powtykanie pierza w futro i kocurek nie mógł sobie uzmysłowić, dlaczego jego próby nie działają. 
– Tego nie wiem – odparł. – Masz bardzo ładne futerko, wiesz?
– Nie wiem – Odpowiedział zgodnie z prawdą, niezbyt szczęśliwy ze zmiany tematu, ale obawiał się dopytywać. Nie chciał naciągać cierpliwości kocura, którego nawet nie znał.
– Hmm? Naprawdę? Nie widziałeś go jeszcze? Cóż, może kiedy podrośniesz to zobaczysz swoje urocze pręgi! – Miauknął z entuzjazmem.
– Nie, raczej nie – Pokręcił głową – Nie mogę łapami zobaczyć tekstury pręg, a medycy mówią, że mi mgła pokryła oczy... czy coś takiego. Nie wiem.
– Ojej, wybacz mi – oznajmił czekolad ze skruchą. – Nie wiedziałem, że jesteś niewidomy. Bardzo dobrze sobie radzisz bez wzroku, aż mnie zmyliłeś, haha!
– Tylko siedzę... – Zauważył nieco nieśmiało, speszony, zauważając prawdę. Jak na razie jedynie płaszczył zadek i rozmawiał, a do rozmowy wzrok nie był potrzebny. Nie trzeba było nikomu patrzeć w oczy... z jakiegoś powodu zdawało się być to nieco krempujące, chociaż przecież nie miał prawa tego doświadczyć.
– Ah tam, niczym się nie przejmuj! – Miauknął starszy, pozwalając sobie dotknąć kocurka łapą w plecy. – Wujek Barszcz Ci we wszystkim pomoże!
– Jest pan moim wujkiem? – Spytał, jakby ożywiony. Nigdy o wujku nie słyszał... znaczy podobno miał wujka, nawet dwóch... albo trzech? Chociaż szczerze miał to gdzieś, niezbyt interesowały go koty z rodziny, nawet tej bliższej. Równie dobrze mogły dla niego nie istnieć, nie były w końcu tak blisko jak reszta. 

<Barszcz?>