BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kocimiętkowy Wir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kocimiętkowy Wir. Pokaż wszystkie posty

19 września 2026

Od Kocimiętkowego Wiru do Iglastej Łapy

Choć cieszyła się z tego, że Ognikowa Słota została Matką Kultu i wspinała się w hierarchii, to niekiedy, a zwłaszcza teraz, czuła się samotna. Żłobek przepełniony był kociętami, a tak właściwie to całą ich jedenastką. Zjawa, Bryzka, Skowronek, Nicość, Ślepowron, Noc, Niedźwiedź, Wodnik, Smuklik, Agrest i Aronia — oni wszyscy musieli zostać wychowani w wierze w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Szylkretowa mistrzyni miała łapy pełne roboty, próbując każdemu kociakowi z osobna wpoić, jak cudowną liderką jest Zalotna Gwiazda i jak ważna jest wiara w Mrocznych Przodków. I choć Kocimiętkowy Wir wiedziała, że jej partnerka świetnie odnajduje się w swojej roli i cieszy się z dzielenia się swoimi wierzeniami, to powoli zaczynało jej brakować ich wspólnych spacerów i polowań. Już dawno nie śmiała się wraz z mistrzynią, trzymając w zębach tłustego królika. Kiedyś ich wypady były niemal codziennością, a teraz Ognikowa Słota wieczory spędzała na opowiadaniu młodzikom bajek o potężnych przodkach.
Przecież powinna się cieszyć, prawda? Była zachwycona, że Klan Wilka rósł w siłę i zyskiwał obiecujących członków, lecz czy musiał robić to kosztem miłości dwóch kotek? Ciekawe, czy Słota również tęskniła za częstymi spotkaniami ze swoją partnerką, czy może była zbyt zajęta jedenastką szkrabów, które kleiły jej się do łap. Rudofutra bardzo chciałaby ją o to spytać, lecz żeby to zrobić, musiałyby się najpierw jakoś złapać, a szylkretka niemalże nie wychodziła z kociarni.
Z drugiej strony to Kocimiętka mogłaby ją odwiedzić, ale czy na pewno chciała to robić? W żłobku pewnie nawet nie było tyle miejsca, by się w nim zmieściła! Pszczeli Rój, Kwaśna Kocanka, Jesionowa Szadź, Miodowy Ul i Ognikowa Słota pewnie dyszeli sobie nawzajem na karki, będąc ściśniętymi tak blisko siebie! Choć może nie było tam aż tak źle. W końcu w legowisku wojowników jakoś wszyscy na spokojnie się mieścili. W takim razie Kocimiętka może faktycznie mogłaby złożyć wizytę swojej ukochanej? A może powinna czekać, aż Ognikowa Słota sama wyjdzie z inicjatywą, by zabrać ją na jakiś spacer i porozmawiać? Ciekawe, jak długo zajmie jej przypomnienie sobie o tym, że ma partnerkę, bo jak na razie chyba wydawało jej się, że świata poza uczeniem kociąt o wilczackich zwyczajach i tradycjach nie było. Zastanawiała się tylko, czy nie była okrutna, wystawiając kocicę na takie próby. Może jednak nie powinna testować tego, jak długo zajmie kotce, by do niej zagadać? Były w końcu partnerkami, więc jeśli Kocimiętka miała jakiś problem ze Słotą, powinna jej to zakomunikować.
Nieważne. Sama przecież miała teraz dużo na głowie. Może dobrze im zrobi chwila przerwy od siebie nawzajem. Musiała się skupić przede wszystkim na tym, by wyśmienicie wyszkolić swojego syna i ucznia zarazem — Iglastą Łapę. Dymny nie mógł lepiej trafić w życiu. Przyszedł na świat jako wnuk przywódczyni, a także syn dwóch mistrzyń i Matki Kultu jednocześnie. W dodatku za mentorkę otrzymał jedną ze swoich mam. Czy mogłoby być lepiej? Choć… to niesprawiedliwe, że Iglak pławił się w takich luksusach, podczas gdy koty takie jak Garbata Łapa były tylko pośmiewiskami. Czekoladowy kocur nie urodził się słaby z wyboru. Czy tak powinno to wyglądać? Czy coś, na co nikt nie ma wpływu, powinno decydować o reszcie życia kota? Kocimiętkowy Wir uważała, że zarówno Iglak, jak i Garbatek powinni mieć równe szanse na to, by stać się kimś ważniejszym. Ale żyła przecież w Klanie Wilka. Tu nie było miejsca na takie przemyślenia.
By odciągnąć swoją uwagę od tego, co działo się w Klanie Wilka, postanowiła do kogoś zagadać. Nie musiała się długo zastanawiać, z kim mogłaby zamienić kilka zdań, gdyż jej oczom ukazała się ruda sylwetka kota, który był Kocimiętce bardzo znajomy. Nie była to jednak Makowa Iluzja. Znajoma sylwetka była masywna, a to właśnie Dynia była znacznie bardziej umięśniona niż jej córka.
— Mamo! — zawołała mistrzyni, podchodząc do kotki szybkim krokiem. — Co powiesz na jakiś krótki spacer? — zaproponowała, zbliżając się do starszej. Teraz starała się nieco odnowić z nią kontakt, ponieważ ostatnimi czasy nie zdarzało jej się z nią często rozmawiać. Co prawda udało jej się z nią pokonwersować jakiś czas temu, a także wkręcić w tę rozmowę Koszmarną Łapę, lecz przedtem rozmawiały ze sobą jedynie sporadycznie.
— Hej, Kocimiętko — przywitała się wpierw rudofutra. — Byłabym głupia, gdybym własnej córce odmówiła spaceru! Tym bardziej że kości już nie te same, a pysk coraz to siwszy. Kto wie, za ile księżyców Zalotna Gwiazda pośle mnie do legowiska starszyzny… — zażartowała, na co mistrzyni zrobiła nadąsaną minę.
— Nawet tak nie mów! Jesteś dopiero w kwiecie wieku, mamo. Nigdzie się nie wybierasz! — uparła się, pewna swoich słów.
Dyniowa Skórka przewróciła oczami i powolnym krokiem skierowała się w stronę wyjścia z azylu. No tak. Przecież miały iść na spacer.
— Daj spokój — odparła w końcu starsza. — Kiedyś w końcu trzeba jakoś odejść, prawda? Ja już wychowałam dwie wspaniałe córki, doczekałam się nawet wnuków! Powiedz mi, Kocimiętko, czego tu chcieć więcej od życia? — kontynuowała, wcale nie uspokajając swojej córki.
— Nie! Jeszcze nie zemściłyśmy się na ojcu, więc nie możesz umierać — mówiła dalej. — Razem go odnajdziemy, gdziekolwiek jest, i tak go poturbujemy, że go własna matka nie pozna! Co ty na to, mamo? — rzuciła żartobliwie, próbując jakoś zmienić temat.
— Czy ja wiem, czy to konieczne? Myślę, że on żałuje tego, jak się zachował. I myślę, że poczucie winy, które go zżera, jest dla niego większą karą niż rany zadane przez pazury czy kły — stwierdziła, co dla Kocimiętki zabrzmiało bardzo mądrze. Jej matka zawsze miała rację — poza momentami, w których twierdziła, że jest już gotowa na odejście — więc może naprawdę Królik męczył się teraz przez to, jak zachował się w przeszłości?
— Mam nadzieję! Chyba bym go udusiła, gdyby teraz żył sobie w spokoju po tym wszystkim, co zrobił — odparła, strzepując ogonem. — Choć to nie tak, że jego głupota jakoś bardzo na nas wpłynęła, prawda? Co nas interesuje jakiś mysi móżdżek! To jego strata, że nie mógł obserwować, jak ja i Mak dorastamy, a potem jak zostajemy wojowniczkami, a ja mistrzynią… — westchnęła, lecz po chwili pokręciła głową.
Ta rozmowa schodziła na złą drogę.
— Nieważne! Może porozmawiamy o czymś… pogodniejszym? No, mogę się na przykład pochwalić, że całkiem dobrze mi idzie trening z Iglastą Łapą. Lepszego ucznia nie mogłam dostać! — oznajmiła, uśmiechając się szeroko. — Musisz go w końcu poznać, bo jeszcze z nim chyba nie rozmawiałaś… Ale na to przyjdzie jeszcze czas. Zamroczoną Łapę też ci muszę przedstawić, koniecznie! — oznajmiła. Podczas poprzedniego spotkania również o tym rozmawiały, lecz co począć. Kocimiętka odczuwała potrzebę zmiany tematu, a to była pierwsza rzecz, która przyszła jej do głowy.
— Oj, wiem, Kocimiętko. Już to mówiłaś — zaśmiała się Dynia. — Ale w tym tempie to faktycznie nigdy nie zorganizujemy tego spotkania rodzinnego — dodała, po czym zamilkła na chwilę. — W takim razie może jutro? Jak Koszmarna Łapa i Zamroczona Łapa wrócą już z treningu — zaproponowała.
Mistrzyni poruszyła wąsami z zadowolenia.
— No pewnie! Im szybciej, tym lepiej — mruknęła. — Ach, nie mogę się już doczekać!
Starsza zaśmiała się cicho pod nosem.
— Tak, ja również.

* * *

W nocy

Kocimiętkowy Wir została wybrana na wartę, lecz wiedziała dobrze, że nie przyjdzie jej spędzić całej nocy na pilnowaniu obozu. Tej nocy miało się odbyć polowanie na samotników, a ona nie zamierzała go przegapić. Była w końcu częścią kultu i musiała uczestniczyć w jego obrzędach. Szkoda tylko, że jej partnerka musiała pilnować kociąt w żłobku i nie była w stanie udać się na polowanie wraz z Kocimiętką. Gdyby tak się stało, może wspólnie udałoby im się zwabić jakiegoś samotnika, tak jak robiły to już nieraz! Rudofutra doceniała te chwile spędzone w towarzystwie drugiej mistrzyni. To było takie zabawne, gdy wspólnie przekonywały nieznajomego kota o tym, że są w stanie dać mu lepsze życie. Kocimiętka czuła się wtedy, jakby się bawiły. Jakby ten samotnik wcale nie był żywym, czującym kotem, a jedynie pionkiem.
Uszy mistrzyni nagle stanęły na sztorc. Jej uwagę skupiły szmery dobiegające z azylu, prędko rozpraszając jej myśli. Pręgowana szybko wzrokiem przemierzyła skąpaną w świetle księżyca polanę, w końcu dostrzegając na niej nikłe zarysy kocich sylwetek. Było ich coraz więcej. Niemal bezszelestnie przemieszczały się w jej stronę, instynktownie wzbudzając w niej niepokój. Wiedziała jednak, że to kultyści, których była częścią, i że nie zrobią jej krzywdy. Odetchnęła z ulgą, po czym odczekała, aż ostatni członek sekretnej społeczności opuści azyl. Dopiero wtedy podniosła się z miejsca i zaczęła podążać za nimi na miejsce, w którym zazwyczaj się rozdzielali, by wytropić samotników, którzy tej nocy nieszczęśliwie błąkali się na terenach łowów.
Z racji nieobecności Ognikowej Słoty rudofutra postanowiła zapolować na bezklanowca bez niczyjej pomocy. Wolała, rzecz jasna, robić to u boku partnerki, lecz skoro jej nie było, mogła zrobić to i samodzielnie. Zresztą, to właśnie tak zazwyczaj polowali kultyści. Łowy w parach zdarzały się trochę rzadziej, mimo że były równie akceptowalne. Nieważne. Zielonooka musiała się teraz skupić na tym, by wytropić jakąś ofiarę. Była w końcu jedną z najbardziej zaufanych członkiń kultu, toteż przyniosłaby sobie wstyd, gdyby niczego, a właściwie to nikogo, nie złapała.
Na szczęście nie musiała węszyć zbyt długo. Już po kilku uderzeniach serca do jej nozdrzy dotarł świeży zapach samotnika. Był jeszcze nieświadomy tego, że właśnie stał się celem Kocimiętkowego Wiru, która nie zamierzała puszczać go wolno… Od tej chwili był już ofiarą. Czekała go nieuchronna śmierć z łap kultystki. Nieważne, jak szybko będzie biegł i jak sprawne uniki będzie robił, i tak skończy jako podarek dla Mrocznych Przodków.
Kocimiętkowy Wir zaczęła podążać jego tropem, przedzierając się przez krzewy i lawirując między gęsto rozłożonymi pniami iglaków. W końcu zatrzymała się przed jednym z krzaków, gdy do jej uszu dotarło czyjeś ciche podśpiewywanie. Ostrożnie wysunęła pysk zza ukrycia, w ciemności próbując namierzyć samotnika. Szybko spostrzegła, że był to kocur. Nadzwyczaj nieostrożny. Pałętał się samotnie w lesie, a w dodatku strasznie hałasował. Miał półdługie, lejące się futro w brązowym kolorze, poprzecinane tygrysimi pręgami. Jego łapy, brzuch i szyja splamione były bielą, a pomarańczowe oczy lśniły w mroku. Kocimiętka musiała przyznać, że był całkiem urodziwy, a ponadto w podobnym wieku co ona. Szkoda, że już za moment przyjdzie mu umrzeć.
Wyprostowała się i przywdziała zmartwiony wyraz pyska. Starała się wyglądać najłagodniej, jak tylko potrafiła. Nie zamierzała w końcu uciekać się do przemocy, tak jak wtedy, gdy przyszło jej zapolować na samotnika po raz pierwszy. Nie chodziło o to, by ofiarę zmusić tylko i wyłącznie siłą. Równie dobrze było spróbować przekonać ją samymi słowami, by podszkolić się w sztuce perswazji.
— Hej… — przywitała się nieśmiało, podchodząc do kocura.
Ten wzdrygnął się na dźwięk jej głosu i od razu przestał nucić. Stanął w bezruchu, jeżąc futro i wlepiając wyłupiaste oczy w rudofutrą.
— Wybacz, nie chciałam cię przestraszyć! — dodała szybko, nieznacznie chyląc przed nim głowę. — Poszłam tylko na nocny spacer i… przypadkiem wpadłam na twój trop. Trochę mnie zmartwiło to, że jakiś kot błąka się sam po lesie w nocy — wyjaśniła spokojnie. — To niebezpieczne, wiesz?
Czekoladowy odwrócił od niej wzrok, trochę skołowany.
— Przepraszam… Zaraz stąd pójdę — odparł, już wykonując krok w tył.
— Nie, nie! — miauknęła Kocimiętka, nie chcąc, by ofiara uciekła jej sprzed nosa. — Nie musisz odchodzić. Właściwie to… myślałam, żeby zaoferować ci schronienie u mnie — dodała, znowu uśmiechając się do kocura troskliwie. — Tak jak mówiłam, w nocy po lesie błąka się dużo drapieżników. Na twoim miejscu dałabym sobie pomóc… — wyjaśniła.
Widać było, że samotnik wciąż się waha, co trochę frustrowało mistrzynię. Chciała mieć to już za sobą.
— No nie wiem… A co z moim bratem? Nie chcę go zostawiać — zauważył.
Kocimiętka przez chwilę myślała nad odpowiedzią, aż w końcu machnęła łapą.
— Nie martw się. Rano po niego pójdziesz, a ja mogę zrobić to razem z tobą. Wiesz, wydajesz się… całkiem silny — przyznała, podchodząc do niego bliżej i uważnie obserwując jego pysk. — Myślę, że ty i twój brat znajdziecie u mnie swoje miejsce. Wiesz, żyję jeszcze z kilkoma innymi kotami. Wspólnie dla siebie polujemy, pomagamy sobie. Chyba nie wiesz nic o ziołach, prawda? — spytała, przekręcając głowę.
— Nie, nie… — wydusił z siebie czekoladowy. — Nie znam się na roślinach i, no… chorobach… — wyjaśnił, wciąż trochę zmieszany.
— W takim razie co zrobisz, jeśli twój brat zachoruje? — spytała, po czym zamilkła na moment.
Kocur nie odpowiedział. Wlepił jedynie wzrok w swoje własne łapy.
— Moja skromna grupa posiada w swoich szeregach aż dwójkę kotów, którzy potrafią leczyć. Gdybyś do nas dołączył wraz ze swoim bratem, nie musiałbyś się więcej martwić o to, że kiedyś złapie was zielony kaszel i będziecie skazani na rychłą śmierć — przekonywała go dalej.
Nieznajomy prychnął.
— Na pewno jest jakiś haczyk — odparł, ponownie odsuwając się od Kocimiętki. — Nie ma szans, że chcesz mi udzielić schronienia tak zupełnie za darmo, prawda…?
Rudofutra zaśmiała się cicho pod nosem. Jej śmiech poniósł się po lesie niczym lekki podmuch wiatru.
— Oczekuję od was tylko tego, że będziecie sumiennie wykonywać swoje obowiązki. Będziecie codziennie wychodzić na patrole, by złapać kilka piszczek. Czy to naprawdę tak dużo? Ponadto byłabym bardziej niż zachwycona, gdybym mogła poznać cię nieco bliżej… — oznajmiła. — Nie daj się prosić… To może być jedyna taka szansa dla ciebie i twojego brata. No, chyba że wolicie codziennie ryzykować własnym zdrowiem, żyjąc na własną łapę.
Po postawie samotnika i jego wyrazie pyska można było wywnioskować, że powoli przekonywał się do propozycji rudofutrej. Jego futro powoli przylegało do ciała, a mięśnie się rozluźniały.
— Cóż… jedna noc spędzona u was chyba mi nie zaszkodzi. Ale obiecaj, że nie będziesz mnie zatrzymywać, jeśli rano zechcę odejść i nie dołączę do was — miauknął, poruszając nerwowo ogonem.
— Obiecuję. Jeśli uznasz, że wraz z bratem nie jesteście stworzeni do takiego życia, to droga wolna. Będziecie mogli odejść, kiedy tylko chcecie, choć… wolałabym, byś dał mi — a także nam — szansę.
Czekoladowy uniósł jedną brew, przenosząc wzrok na zielonooką.
— Nam? — dopytał.
— Nam, to znaczy mi i mojej grupie, oczywiście — odrzekła, po czym puściła kocurowi oczko. — W takim razie nie ma na co czekać! Chodź za mną, zaprowadzę cię do naszego obozu. Zaraz jeszcze znajdą nas jakieś lisy czy wilki, a tego byśmy przecież nie chcieli… — wyjaśniła, żwawym krokiem ruszając w stronę miejsca zbiórki kultystów.
— Tak, tak. A tak w ogóle… jak masz na imię? — zagaił czekoladowy, doganiając kotkę.
— Kocimiętka! — odparła wesoło. — A ty?
— Kocimiętka? Ładne imię — odparł, powoli przekonując się do pręgowanej. — Ja nazywam się Daniel.
Mistrzyni przez moment dreptała w ciszy, aż w końcu przypomniało jej się, że kocur wspominał o bracie. Z grzeczności wypadałoby dopytać również o niego.
— A twój brat? Jak on się nazywa? — zapytała, zgrywając szczerze zainteresowaną.
— Łosiek! I… mieliśmy też siostrę, nazywała się Sarna. Tylko pewnej nocy… chyba od nas uciekła. Opuściła naszą norę i już nie wróciła. Zastanawiam się, czy to jacyś drapieżnicy zrobili jej krzywdę, czy może planowała to od dawna… — rozgadał się, co nawet trochę zdziwiło mistrzynię.
Tak łatwo jej zaufał, nie wiedząc, że za niedługo tego pożałuje. Przez chwilę zrobiło jej się go żal, ale nie mogła zapomnieć o tym, że robiła to dla Mrocznych Przodków. Było już za późno, by się wycofać i puścić go wolno. Teraz już musiał umrzeć.
W końcu Kocimiętka wraz z Danielem dotarli na miejsce spotkania kultu. Członkowie już zataczali ciasne koło, oczekując tylko momentu, w którym Kocimiętka zaciągnie do niego swoją ofiarę.
— Kim… Kim oni są? — szepnął pręgowany, zatrzymując się w miejscu. Zmrużył oczy i wyciągnął szyję do przodu, próbując lepiej zrozumieć to, na co patrzył. — To… to ta twoja grupa? Co… co oni robią? — wydukał zdumiony, lecz Kocimiętka milczała.
Dopiero gdy samotnik wzdrygnął się i wyprostował, rudofutra napięła mięśnie i skoczyła na niego. Była silniejsza. Wyczuła to od razu. Miała masywne, umięśnione łapy, w przeciwieństwie do Daniela, który był raczej szczupły. Z łatwością udało jej się powalić go na ziemię. Głowa kocura uderzyła ciężko o glebę, co oszołomiło go na kilka uderzeń serca. W międzyczasie mistrzyni zdążyła złapać go za kark i zaciągnąć do środka kręgu.
Dołączyła do szeregu Wilczaków, patrząc, jak Daniel powoli wraca do siebie i zdaje sobie sprawę z tego, co go czeka. Po jakimś czasie nawiązała z nim nawet kontakt wzrokowy i miała okazję zatopić się w tych jego ogromnych, pomarańczowych ślepiach, w których lśnił niepokój. Kocimiętka posłała mu tylko delikatny, wręcz pokrzepiający uśmiech.
Krucze Pióro zgłosił się jako ochotnik do zamordowania Daniela, toteż już po kilku uderzeniach serca czekoladowe ciało spoczywało na ziemi, podczas gdy powoli uchodziło z niego życie. Zastępca wciąż, jak widać, był w całkiem dobrej formie. Podczas ich walki mistrzyni wznosiła modły do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, lecz nawet nie zdążyło zaschnąć jej w gardle przez to, jak szybko Kruk uporał się z czekoladowym. Może to i lepiej. Kocimiętka nawet polubiła Daniela, a tak przynajmniej nie musiał męczyć się zbyt długo.
Kolejny kultysta już miał wyruszać na polowanie na kolejnego samotnika, gdy nagle do uszu zgromadzonych dotarł niespodziewany szelest. Zbyt głośny, by jego źródłem mógł być wiatr. Zbyt cichy, by był sprawką jakiejś pędzącej myszy. Pysk każdego ze zgromadzonych Wilczaków od razu zwrócił się w stronę źródła dźwięku, a tam wszyscy — łącznie z Kocimiętkowym Wirem — spostrzegli między krzewami parę zielonych oczu osadzonych na rudym, pręgowanym pyszczku. Mistrzyni znała te oczy aż zbyt dobrze.
— To Dyniowa Skórka! — krzyknął ktoś z tłumu, a wtedy wojowniczka odwróciła się na pięcie i zaczęła uciekać.
— Łapcie ją! — wrzasnęła gniewnie Zalotna Gwiazda, cała się jeżąc. Nim Kocimiętka zdążyła się ocknąć i jakkolwiek zareagować, Tropiąca Łaska wyrwała się naprzód i ruszyła w pogoń za Dynią.
“Nie, nie, nie!” — pomyślała mistrzyni, w szoku wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą skrywała się jej matka. “Oni ją zabiją! Zabiją ją!” — powtarzała, czując, jak jej serce zaczyna bić coraz szybciej. To koniec! Jeśli to naprawdę była jej matka, to była już martwa. Nie było szans na to, żeby przeżyła spotkanie z kultystami, skoro do nich nie należała. Nie wolno jej było znać mrocznych sekretów Klanu Wilka. Każdego, kto o nich wiedział, a nie powinien, prędzej czy później czekała śmierć!
Mistrzyni wciąż stała w bezruchu, podczas gdy koty wokół niej szeptały. Ich głosy zlewały się w jedność, doprowadzając Kocimiętkę do szału. Chciała biec, jakoś ratować Dyniową Skórkę, powstrzymać Tropiącą Łaskę, ale… była sparaliżowana. Nie wiedziała, czy ważniejsza była dla niej własna matka, czy własne miejsce w klanie. Gdyby próbowała sprzeciwić się rozkazom Zalotnej Gwiazdy, nie skończyłoby się to zbyt dobrze. Uznaliby ją za zdrajczynię. Za słabeusza. Przestałaby być tak bardzo szanowana w oczach liderki, kultystów, a nawet swojej partnerki — co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Ognikowa Słota zostawiłaby ją, gdyby tylko rudofutra zawiodła kult.
Kocimiętka przełknęła ślinę, modląc się tylko o to, by ta noc szybko się skończyła.

* * *

Dyniowa Skórka naprawdę została zabita. Tropiąca Łaska dopadła ją podczas ucieczki i zabiła bez najmniejszych skrupułów. Szylkretka obserwowała, jak z ciała rudej wojowniczki ulatnia się życie. Potem chwyciła je za kark i zaciągnęła na miejsce spotkania kultystów, zupełnie tak, jakby starsza była jednym z obcych samotników, a nie kimś, z kim jeszcze tej nocy dzieliła legowisko. Na miejscu kultyści postanowili wrzucić truchło Dyniowej Skórki do rzeki, by się go pozbyć. Uznali, że kopanie dla niej grobu będzie zbyt czasochłonne. Chcieli zbezcześcić ciało swojej pobratymczyni tylko dlatego, że weszła im w drogę. Czy teraz już nie zasługiwała na należyty pochówek tak jak każdy inny kot? Czy naprawdę musiała zostać puszczona z nurtem rzeki, który najpewniej zaprowadzi ją wprost do morza? Najwyraźniej.
Kocimiętkowy Wir stała wśród innych kultystów, patrząc, jak w zupełnej ciszy jeden z nich chwyta skórę na karku Dyniowej Skórki i zaciąga ją wprost do strumienia. Miała ochotę krzyknąć, powstrzymać ich, lecz za każdym razem, gdy wrzask chciał wyrwać się jej z gardła, gryzła się w język. Musiała zachować kamienny wyraz pyska i zachowywać się tak, jakby śmierć jej matki wcale nie wywarła na niej wrażenia. W końcu tak zachowywali się kultyści, prawda?
Po chwili, gdy rudofutre ciało zaczęło płynąć z prądem w stronę terenów Klanu Klifu, kultyści zaczęli wracać na miejsce swoich spotkań. Kocimiętka przez dłuższy czas stała jednak w miejscu, wpatrując się w miejsce, w którym przed chwilą zniknęła jej matka. Nie wiedziała nawet, że wraz z nią została również Zalotna Gwiazda, dopóki liderka nie postanowiła się odezwać:
— Kocimiętkowy Wirze — zaczęła poważnym głosem, na co mistrzyni się wzdrygnęła. — Pełniłaś tej nocy wartę, tak? — zapytała.
Rudofutra przełknęła ślinę, odwracając pysk w stronę szylkretki. Czy przywódczyni była na nią zła? Czy spotka ją jakaś kara? Miała nadzieję, że jednak nie. Nie zniosłaby śmierci swojej matki i gniewu Zalotnej Gwiazdy na raz.
— Tak… — odparła, nieznacznie się wahając. Mimo wszystko nie było co okłamywać liderki. Musiała odpowiadać zgodnie z prawdą i liczyć na litość szylkretki.
Zalotna Gwiazda przez moment wpatrywała się w mistrzynię, jakby się nad czymś zastanawiała. Kocimiętce zaczęło się robić gorąco z tych wszystkich nerwów. Wciąż nie potrafiła uwierzyć w to, jak wiele wydarzyło się w jedną noc. Nie potrafiła tego przełknąć ani tym bardziej przetrawić. Chyba nawet śmierć Dyniowej Skórki jeszcze do niej nie dotarła, choć może to dobrze. Sprawiało to, że zamiast mazgaić się przed kultystami, mogła oderwać się od rzeczywistości, zachowując neutralny wyraz pyska.
— Z rana przyjdziesz do mnie do legowiska i opowiesz mi, że Dyniowa Skórka wyszła w nocy z obozu za potrzebą i nie wróciła. Wtedy ja wyślę patrol poszukiwawczy. Jeśli natrafi na jakieś ślady krwi czy walki, wina zostanie zrzucona na samotników — wyjaśniła przywódczyni.
Kocimiętkowy Wir spodziewała się wszystkiego, tylko nie tego. Mimo wszystko posłusznie przytaknęła głową, nie mając innego wyboru. Cała ta sytuacja była dla niej absurdalna i wręcz ją brzydziła. Nigdy wcześniej nie myślała, że to, co robią kultyści, tak naprawdę jest złe, lecz teraz… czuła się nimi wręcz zawiedziona. Spodziewała się, że Dyniowa Skórka, będąc jej matką, otrzyma z ich strony nieco więcej szacunku — a jednak potraktowali ją jedynie jak przeszkodę, którą trzeba było usunąć.

* * *

Z rana Kocimiętkowy Wir wykonała polecenie, jakie wydała jej Zalotna Gwiazda. Oczekując na powrót patrolu poszukiwawczego złożonego z Tropiącej Łaski, Sowiego Zmierzchu i Nadciągającego Pomroku, przez moment jakby zapomniała, że jej matka nie żyje. Siedząc przy wyjściu z legowiska wojowników, w jej sercu pojawił się promyczek nadziei na to, że już za chwilę trójka kultystów wróci z rudofutrą kotką u boku, jednak tak szybko, jak się pojawił, tak prędko i zgasł. Dyniowa Skórka już dawno znajdowała się daleko poza terenami Klanu Wilka, a może i nawet wszystkich klanów. Być może dryfowała już teraz w morzu — Kocimiętka zakładała, że to właśnie tam wypchnęła ją rzeka. Mogła jedynie czekać na powrót swoich pobratymców, a potem na ogłoszenie ze strony Zalotnej Gwiazdy, które pozwoli jej rozpocząć opłakiwanie Dyni. Teraz w końcu jeszcze istniała szansa, że rudofutra kotka żyje, więc nie mogła się smucić, czyż nie?
W pewnym momencie do jej uszu dotarł dźwięk kroków. Dobiegł ją od strony wejścia do obozu, toteż Kocimiętkowy Wir od razu założyła, że należały one do patrolu poszukiwawczego. Nim w ogóle podniosła wzrok na trójkę kotów, poczuła, jak na jej żołądku zaciska się supeł. Nie chciała, by ta chwila, w której liderka ogłosi wszystkim, że samotnicy odebrali Dyni życie, wreszcie nadeszła. Wiedziała, że czasu już nie cofnie, a jej matka mimo wszystko już nie wróci, ale wciąż nie potrafiła się z tym pogodzić. Przemowa Zalotnej Gwiazdy będzie w pewnym sensie potwierdzeniem tego wszystkiego. Po niej śmierć Dyniowej Skórki nie będzie już sekretem i domysłami, lecz jawnym faktem.
Mistrzyni siedziała w miejscu przez długą chwilę po tym, jak patrol powrócił do azylu. Przesiedziała również całą przemowę Zalotki i niewiele z niej wyniosła, gdyż słowa jak na złość wpadały jej do głowy jednym uchem, a wychodziły drugim. W ogóle nie potrafiła się na nich skupić, mimo iż dobrze wiedziała, jaki niosą za sobą przekaz. Zalotna Gwiazda wszystko jej powiedziała tej nocy.
Po zakończonym zebraniu wszystkie koty zaczęły się rozchodzić i wracać do wykonywania swoich codziennych obowiązków. Dla większości był to dzień jak każdy inny. Samotnicy w końcu już nieraz okazywali się zagrożeniem dla Wilczaków, toteż kolejna śmierć z ich łap nie była niczym nadzwyczajnym. Tak samo odszedł również Cienista Zjawa.
Mistrzyni przełknęła ślinę na myśl o burym kocurze. Czy w takim razie on naprawdę zmarł przez samotników, czy może również okazał się przeszkodą dla kultu? Nie, to niemożliwe. Zalotna Gwiazda nie skrzywdziłaby i nie zatuszowałaby śmierci swojego syna, prawda? Mimo wszystko samotnicy często grasowali po wilczackich terenach. W przeciwnym razie Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd nie otrzymywałoby żadnych ofiar! Rudofutrej musiało już odbijać do głowy, że wysnuwała takie wnioski. Ale czy na pewno? Kultyści, jak się przekonała, byli bestiami. Nie powstrzymaliby się przed usunięciem jednego ze swoich, gdyby ten okazał się dla nich niewygodny. Ale niby w czym miałby im przeszkadzać Cienista Zjawa? Był przecież bohaterem i wzorem dla reszty Wilczaków — a przynajmniej jako takiego przedstawiła go Zalotna Gwiazda. Był niezwykle szanowany i nigdy wcześniej nie sprawiał nikomu problemów. Przynależał do kultu i z pozoru dogadywał się ze swoją rodziną i resztą kultystów. Jego śmierć musiała być więc przypadkiem, prawda?
Nim jednak Kocimiętkowy Wir zdążyła popaść w wir myśli, do jej uszu doszedł czyjś głos. Cienki, wciąż młodzieńczy. Nie mógł należeć do nikogo innego niż do Iglastej Łapy. Rudofutra nie usłyszała jednak jego słów. Zamiast tego podniosła głowę, by na niego spojrzeć. Czyżby dymny kocurek domagał się treningu? Zapewne tak. Mistrzyni nie miała nawet najmniejszych chęci na to, by wyjść teraz poza obóz i zgrywać przykładną mentorkę, ale wiedziała, że musi być silna.
— Zaraz wychodzimy z obozu, Iglasta Łapo — odezwała się płaskim głosem. — Co powiesz na wspólny trening z Pyzatą Łapą i jej mentorką, Brukselkową Zadrą? Nauczylibyście się podczas niego walki — dodała, mając nadzieję, że jeśli udałaby się wraz z liliową wojowniczką na trening, to mogłaby zrzucić na nią obowiązek zajmowania się dwójką uczniów.

<Iglasta Łapo?>

[4146 słów]

[41%]

25 sierpnia 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Koszmaru (Koszmarnej Łapy)

Przeszłość

Gdy Kocimiętkowy Wir skończyła opowiadać kocurkowi historyjkę, ten ziewnął, zamienił się w kulkę i zapadł w głęboki sen. Rudofutra jeszcze przez moment wpatrywała się w bure futerko Koszmaru, czując, jak rozpiera ją duma. Nie mogła uwierzyć w to, że nareszcie doczekała się kociąt ze swoją ukochaną partnerką — Ognikową Słotą — a teraz wyrastały one na przyszłych, ambitnych wojowników Klanu Wilka. Mistrzyni nie mogła się doczekać, aż jej pociechy wrócą do azylu po nocy spędzonej poza nim i staną przed Zalotną Gwiazdą, gotowe na otrzymanie nowych mian i mentorów. Kocimiętka wierzyła, że przywódczyni przydzieli im odpowiednich nauczycieli. Nie musiała się o to martwić. W końcu Iglak, Zamroczka i Koszmar byli jej wnukami, więc to oczywiste, że szylkretka zadba o ich szkolenie.
Zielonooka miała już w głowie kilkoro kotów, po których spodziewałaby się, że niedługo otrzymają nowych wychowanków. Z całą pewnością szansę miała dwójka zastępców, a oprócz tego Kwaśna Kocanka, Pszczeli Rój, Tropiąca Łaska, Tygrysia Noc, Nadciągający Pomrok, a może i nawet Cętkowany Tęgosz lub Seradelowy Nektar. Nie trzeba było być bardzo uważnym, by dostrzec, że wymienione koty były przez Zalotną Gwiazdę lubiane. Kocimiętka również mogła się pochwalić dobrą opinią u liderki, lecz powątpiewała w to, że Zalotka przydzieliłaby jej jedno z kociąt na ucznia, bo przecież mimo wszystko była ich matką. Choć jeśli oczywiście dostanie któregoś z maluszków pod opiekę, nie będzie narzekać i postara się być dla niego najlepszą mentorką pod słońcem!
Po chwili Kocimiętka polizała Koszmar kilka razy po łebku, a następnie podniosła się z miejsca. Uśmiech zszedł z jej twarzy i kotka przybrała poważną minę. Zaczęła zmierzać w stronę wyjścia z kociarni, lecz nim postawiła krok poza nią, obejrzała się jeszcze przez ramię. Jej wzrok spoczął na śpiącej Ognikowej Słocie, a serce od razu wypełniło się ciepłem. Gdy wpatrywała się w swoją rodzinę i myślała o tym, jak dużo osiągnęła w Klanie Wilka, dochodziła do wniosku, że nigdy nie zamieniłaby tego życia na żadne inne. Mając tak wspaniałą partnerkę i kocięta, czuła się w pełni spełniona, mimo że jej życie z początku nie zapowiadało się zbyt dobrze. Gdyby Dyniowa Skórka nie zdecydowała się odejść od tego zdradzieckiego Królika, Kocimiętkę ominęłoby wiele przyjemności w życiu. Nie wyobrażała sobie wciąż żyć w Betonowym Mieście i nie być częścią Klanu Wilka, a także nigdy nie spotkać Ognikowej Słoty.
W pewnym momencie stwierdziła jednak, że to koniec wspominek, i ruszyła w stronę legowiska wojowników. Czasem zdarzało jej się usypiać w żłobku, przy swojej partnerce, lecz tym razem została wybrana na poranny patrol i nie chciała obudzić swoich bliskich, wybierając się na niego o świcie.

* * *

Teraźniejszość

Kocimiętkowy Wir cieszyła się z tego, jak prężnie rozwijał się Klan Wilka. Żłobek wręcz pękał w szwach! Ostatnio na świat przyszli Bryzka i Skowronek, kocięta Pszczelego Roju i Nocnego Śpiewaka. Rudofutra wiedziała, że Pszczoła był jednym z ulubieńców Zalotki, a także jej byłym uczniem, podczas gdy Noc często spędzał czas w towarzystwie Słoty. Był to więc niezwykle udany miot, choć Kocimiętkę trochę smucił fakt, że Iglak, Zamroczka i Koszmar nie mieli okazji zbyt długo pobawić się z tymi porządnymi kociętami. Oprócz tego Klan Nocy podrzucił im też dwójkę maluszków — Pyzę i Bzyczka. Oni również zapowiadali się obiecująco, mimo iż nie pochodzili z żadnej szanowanej rodziny w Klanie Wilka. Kocimiętka widziała jednak, jak Ognikowa Słota opowiada im o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd, więc zakładała, że dwójka rodzeństwa już wkrótce znajdzie się na właściwej ścieżce. No i nie można też zapomnieć o tym, że Kwaśna Kocanka, Miodowy Ul i Jesionowa Szadź również spodziewały się kociąt. Za niedługo trzeba będzie pomyśleć o rozbudowie żłobka, gdyż nie wiadomo, czy wytrzyma on tyle puchatych kulek naraz! Przynajmniej Kocimiętka mogła być pewna, że już za niedługo jej ukochany klan wzbogaci się o kilku silnych wojowników.
Oprócz tego po azylu niedawno rozeszła się wieść, że Cykoriowy Cykor i Wilgowa Gorycz dokądś uciekli. Ich trop podobno urywał się przy rzece, co najpewniej oznaczało, że przekroczyli ją, by zacząć nowe życie jako samotnicy. Rudofutrą irytowało to szczególnie mocno, gdyż wciąż współczuła Garbatej Łapie i widziała w nim potencjał. Teraz jednak czekoladowy został bez mentorki, a nie zapowiadało się na to, by Zalotna Gwiazda chciała przydzielić mu kogoś nowego. Raczej już do końca zostanie uczniem bez mentora, dopóki liderka nie zdecyduje się go wygnać. Kocimiętce robiło się smutno, gdy o tym myślała, lecz wiedziała, że sama nic na to nie poradzi. Taka już była kolej rzeczy w Klanie Wilka. Słabe ogniwa były poniżane, nie traktowano ich równo, aż w końcu cudem rozpływały się w powietrzu. Ciekawe, czy Garbatka również spotka ten sam los.
Postanowiła jednak nie rozczulać się za długo nad przyszłością czekoladowego kocura. Teraz musiała skupić się na sprawach, które były naprawdę istotne. Okazało się, że Zalotna Gwiazda jednak przydzieliła jej jedno z kociąt na ucznia, toteż Kocimiętkowy Wir miała teraz Iglastą Łapę do wyszkolenia. Kocurek był z całej trójki najstarszy, więc rudofutra czuła się szczególnie uhonorowana decyzją liderki, która najwyraźniej ufała jej na tyle, by powierzyć jej pierworodnego syna swojej córki. To sprawiało, że Kocimiętka jeszcze bardziej doceniała wszystko, co udało jej się osiągnąć, ciesząc się uznaniem i sukcesem.
Jednocześnie z przygnębieniem wpatrywała się w swoją siostrę — Makową Iluzję — która nie była aż tak lubiana w klanie. Nie była też co prawda jakoś szczególnie znienawidzona przez wszystkich, lecz mimo wszystko Kocimiętkowy Wir chciałaby, by jej siostra była z nią na równi. To samo tyczyło się Dyniowej Skórki, choć ona była starsza i trudniej byłoby ją wznieść na wyżyny hierarchii. Kocimiętce zależało jedynie na tym, by jej matka żyła jeszcze długo, a ostatnie księżyce swojego życia spędziła spokojnie w legowisku starszyzny, ciesząc się z sukcesów swoich córek.
Podczas gdy rudofutra tak nad tym rozmyślała, zebrało jej się na rozmowę z Dyniową Skórką. Dawno nie wymieniały się nowinkami, a teraz, gdy w życiu Kocimiętki tak dużo się działo, przydałoby się jej o tym wszystkim opowiedzieć. Na szczęście znalezienie starszej wojowniczki nie było trudne. Kocimiętka spostrzegła ją w kącie obozu, gdzie wylizywała swoje futro. Bez wahania ruszyła w jej stronę niemal skocznym krokiem, z szerokim uśmiechem wymalowanym na pysku. W pewnym momencie Dynia podniosła głowę, łapiąc kontakt wzrokowy z córką.
— Mamo! Hej! — mruknęła mistrzyni, podchodząc do kotki. Bez wahania rozsiadła się obok niej, poruszając wibrysami z ekscytacji. — Pewnie już słyszałaś, że doczekałam się kociąt, co nie? Iglak, Zamroczka i Koszmar, choć teraz właściwie są już uczniami! — zaczęła opowiadać.
Dynia odwzajemniła jej uśmiech.
— No! Już myślałam, że nigdy mi o nich nie opowiesz — zażartowała, przewracając oczami.
Sześć księżyców minęło w mgnieniu oka. Kocimiętkowy Wir faktycznie zapomniała wcześniej wspomnieć matce o swoich maluchach.
— Ach, wybacz, zapomniałam! Szkoda, że nie miały okazji spotkać się w żłobku ze swoją superową babcią! Jestem pewna, że byście się polubili… — westchnęła mistrzyni, kręcąc powoli głową. — Ale mimo wszystko nic jeszcze nie jest stracone! Wciąż mogę cię z nimi poznać, skoro są już starsi. Musimy kiedyś zorganizować rodzinny spacer! Ciekawe, czy Zalotna Gwiazda również da się na niego skusić… — zaczęła się zastanawiać.
Dyniowa Skórka wzruszyła ramionami.
— Chyba fajnie by było, co? Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że udało ci się związać z samą córką liderki! — odparła wojowniczka.
— Tak! Ale oprócz bycia córką liderki jest też najlepszą partnerką, jaką mogłam sobie wymarzyć! — oznajmiła, zadzierając nieznacznie brodę. — Nieważne, czyją córką by nie była, i tak bym ją pokochała i doczekała się z nią gromadki uroczych kulek — upierała się.
Starsza kotka skinęła głową kilka razy.
— Tak, tak. Oczywiście — mruknęła, po czym odwróciła wzrok od swojej córki. — Ciekawe, czy Mak sobie kogoś znajdzie… Nie chciałabym, by do końca życia była samotna i nigdy nie zaznała miłości — dodała, grzebiąc pazurem w ziemi.
— Przecież zaznała miłości! Od ciebie i ode mnie! Może ona po prostu nie chce mieć partnera ani partnerki? Przecież do niczego jej nie zmusimy — miauknęła Kocimiętkowy Wir. — Niemniej każdemu życzę, by zaznał tego samego uczucia co ja, gdy Ognikowa Słota wyznała mi miłość. To była najpiękniejsza chwila w moim życiu! Szkoda, że cię przy niej nie było — mówiła dalej, jednak Dynia pokręciła łebkiem na jej słowa.
— No coś ty! To dobrze, że ta chwila była tylko i wyłącznie wasza. Czemu miałabym się tam wciskać ze swoim nosem? — spytała, strzepując końcówką ogona.
Nim jednak Kocimiętka zdążyła jej odpowiedzieć, zauważyła w azylu jednego ze swoich synów — Koszmarną Łapę. Kocur wrócił właśnie z treningu z Nadciągającym Pomrokiem i kierował się w stronę legowiska uczniów, lecz ruda krzyknęła:
— Koszmarze!
Na jej słowa bury postawił uszy do góry i zwrócił pysk w jej stronę. Wtedy ruda machnęła łapą, zapraszając go do siebie. Może nie będzie to spotkanie całej rodziny, ale chciała, by Dyniowa Skórka miała już okazję poznać choćby jednego ze swoich wnuków.

<Synku?>

04 sierpnia 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Księżycowej Łapy (Rozbitego Księżyca)

Przeszłość

— Dobrze… Garbata Łapo, musisz jeszcze poćwiczyć, ale cieszę się, że chociaż próbujesz! — mruknęła Kocimiętka, a Księżycowa Łapa uśmiechnął się radośnie. — To co, jeszcze raz? — zapytała, a biały pokiwał ochoczo głową na tak.
Walczyli tak jeszcze przez pewien czas, a Księżycek miał z tego wyraźną satysfakcję. Kocimiętka też była całkiem zadowolona. Nie sądziła, że jej uczeń mógł być tak dobry w walce!
— Myślę, że na razie to wszystko — miauknęła po jakimś czasie. — Dam wam odpocząć i zaraz spróbujemy jeszcze zapolować.
Nie chciała przecież, by dwaj uczniowie pozabijali się na jej oczach. Tym bardziej że Garbatek wyglądał już na zmęczonego i poobijanego. Rudofutra nie chciała, by nabawił się jakiejś kontuzji, ponieważ mogłoby to odbić się na jego treningach, z których musiał czerpać jak najwięcej, jeśli naprawdę chciał kiedyś zostać wojownikiem.
To było takie przykre, że od swoich pobratymców nie dostawał ani wsparcia, ani uwagi, a zamiast tego pozostawiano go samemu sobie. Przecież był żywym kotem z uczuciami, a nie jakimś popychadłem. Zasługiwał na to, by ktoś się nim zainteresował i pomógł mu sprawić, by jego życie nie było jedynie serią niepowodzeń i porażek.
Kocimiętkowy Wir poprzysięgła sobie, że zrobi wszystko, by go wspomóc. Wiedziała jednak, że przez to może spotkać się z krzywymi spojrzeniami ze strony kotów, które kochała najbardziej. Nie rozumiała, dlaczego Ognikowa Słota i Zalotna Gwiazda tak bardzo szkalowały Garbatą Łapę i czemu aż tak zależało im na tym, by szeregi Klanu Wilka wypełniały wyłącznie silne i zdrowe koty. Przecież powinno znaleźć się w nich miejsce również dla nieco słabszych jednostek, nawet jeśli podczas wojny czy innych kryzysów nie przyniosłyby klanowi zbyt wielu korzyści.
Wiedziała, że liderce zależało na uczynieniu z Klanu Wilka klanu idealnego, lecz nie sądziła, że trzeba posuwać się do takich kroków. Przecież nic by nie stracili, gdyby w obozie żył kot mający niewielkie trudności z walką i polowaniem. Kocimiętkowy Wir uważała, że zabicie go byłoby niemoralne, lecz życie w ciągłej dyskryminacji również nie brzmiało zbyt pięknie.
Doszła więc do wniosku, że najlepiej byłoby, gdyby przeniósł się do innego klanu, w którym zaakceptowano by go takim, jakim jest. Tylko czy istniała na świecie taka przynależność, która zechciałaby go przyjąć? Zapewne Zalotna Gwiazda nie była jedyną głową klanu, której zależało na tym, by mieć w swoich szeregach wyłącznie wzorowych członków.
Mistrzyni westchnęła, spoglądając smutno na Garbatą Łapę. Nawet nie zauważyła chwili, w której podszedł do niej Księżycek.
— Czy coś się stało, pani mentorko? — zapytał, przekrzywiając lekko głowę.
Zielonooka ocknęła się z zamyślenia i spojrzała na swojego ucznia. Cieszyła się, że przynajmniej on miał szansę wyrosnąć na zwykłego wojownika Klanu Wilka, który nie będzie musiał każdego dnia mierzyć się z nieprzychylnymi komentarzami i pełnymi obrzydzenia spojrzeniami.
— Nie, nie. Możemy już iść na coś zapolować! — odparła, starając się zabrzmieć na tyle entuzjastycznie, by Księżycowa Łapa nie drążył już tematu.

* * *

Zgromadzenie

Siedziała na zgromadzeniu, starając się skupić na pyskach kotów z pozostałych klanów i może wetknąć gdzieś nos, lecz myślami wciąż wracała do Ognikowej Słoty i jej trójki kociąt. Właściwie to ich kociąt, bo rudofutra była dla nich niczym druga matka. Uwielbiała je odwiedzać, bawić się z nimi kulkami mchu albo ganiać w berka. Nie mogła się doczekać chwili, gdy te trzy puchate kuleczki zostaną uczniami i po raz pierwszy pojawią się na zgromadzeniu. Kto wie, może Kocimiętkowy Wir dostanie któregoś z nich na swojego ucznia? Byłaby przeszczęśliwa, gdyby mogła wyszkolić jedno ze swoich kociąt!
Gdy tak rozmyślała o całym tym rodzicielstwie, podszedł do niej obcy kocur. Pachniał rybami i glonami, więc najpewniej należał do Klanu Nocy. Kiedy się odezwał, rozwiał wszelkie jej wątpliwości co do swojego pochodzenia:
— Cześć, czy może jesteś z Klanu Wilka? Bo ja z Klanu Nocy.
Rudofutra uśmiechnęła się, ucieszona faktem, że wreszcie ktoś do niej zagadał.
— Hejka! Tak, jestem z Klanu Wilka. Nazywam się Kocimiętkowy Wir, a ty? — zapytała z uśmiechem, lekko przechylając głowę.
— Jestem Ulewny Szkwał — odparł krótko, przyglądając się nieznajomej. — Byłbym zawstydzony, gdybym choć raz w swoim życiu nie poznał choć jednego kota z Klanu Wilka. Słyszałem, że jesteście naszymi sojusznikami, tylko szkoda, że jesteście trochę daleko i nie mamy wspólnej granicy — przyznał.
Zielonooka skinęła głową, zgadzając się ze słowami niebieskiego. Naprawdę nie rozumiała, po co ich przynależności potrzebny był sojusz z kotami mieszkającymi tak daleko. Mimo wszystko cieszyła się, że w razie wojny albo jakiegoś kryzysu mogli liczyć na czyjąś pomoc.
— Oj, święte słowa, Szkwale! — mruknęła, po czym zbliżyła pysk do jego ucha. — Gdybym to ja była liderką, już dawno zaatakowałabym Klan Klifu albo Klan Burzy, żeby zrobić nam ładną granicę... — szepnęła, a następnie odsunęła się od kocura i zachichotała.
— Klifiaki brzmią jak lepsza opcja, średnio za nimi przepadam. — Ulewny Szkwał z uśmiechem na pysku przybliżył się do ucha Kocimiętki. — A gdybym ja był zaufanym kotem mojego klanu, przekonałbym rodzinę królewską do tego pomysłu. Jestem pewny, że z chęcią poparliby pomysł Kocimiętkowej Gwiazdy i równie zaatakowali Klan Klifu od tyłu, tak by było najwygodniej iść prosto, i od razu mieć sąsiadów na wyłączność. — Odsunął się do kotki, wciąż się szczerząc.
Gdy mistrzyni usłyszała swoje imię jako liderki, futro aż stanęło jej dęba z ekscytacji.
— Kocimiętkowa Gwiazda! Czy nie brzmi to wspaniale? — zaczęła się zastanawiać, a w jej oczach pojawiły się iskierki zachwytu. — Oczywiście nie życzę niczego złego naszej obecnej liderce, Zalotnej Gwieździe. Uważam, że dobrze opiekuje się klanem i sprawuje swoją funkcję.
Na chwilę zamyśliła się, po czym spojrzała na rozmówcę z zaciekawieniem.
— A ty? Co sądzisz o Mandarynkowej Gwieździe? Wydaje się całkiem porządną kotką, prawda? — zapytała.
Oczy Nocniaka nagle zaiskrzyły.
— I to bardzo, nie znam kogoś innego, kto nie daje sobie wchodzić na głowę. Jest bardzo stanowcza i opanowana, a gdy dochodzi do czegoś, to wie jak opanować sytuację! Nie wyobrażam sobie lepszej przywódczyni od niej. Niestety ma trochę na karku, aż bym musiał kiedyś powiedzieć, że będę za nią tęsknił — odparł.
— Och, widzę, że chętnie byś się przy niej zakręcił! Nie martw się, ja miałam tak samo. Też bardzo doceniałam Zalotną Gwiazdę, aż w końcu zaprzyjaźniłam się z dwiema jej córkami i zyskałam trochę w jej oczach.
Uśmiechnęła się szerzej, wyraźnie zadowolona z własnych osiągnięć.
— Wiesz, że u nas istnieje ranga mistrzów? To taki wojownik, ale trochę lepszy. Zalotna Gwiazda mi ją nadała! Bardzo mi ufa, odkąd jedna z jej córek została dodatkowo moją partnerką! — pochwaliła się, spoglądając dumnie na Ulewnego Szkwała.
Po chwili jednak uniosła paluch, jakby chciała uprzedzić jego ewentualne myśli.
— Oczywiście nie wystarczył sam fakt, że mam dobre relacje z rodziną liderki. Naprawdę się starałam podczas swoich treningów i byłam wzorową uczennicą, a później także wojowniczką! — zapewniła. — Jeśli ty również będziesz przykładnym członkiem Klanu Nocy, to prędzej czy później Mandarynkowa Gwiazda na pewno cię za to doceni!

* * *

Wychodziła właśnie ze żłobka po odwiedzeniu swojej partnerki i jej kociąt, gdy jej oczom rzuciła się pewna parka. Cykoriowy Cykor siedziała u boku Wilgowej Goryczy, dzieląc się z nim językami. Kocimiętka niby powinna się cieszyć, że w jej ukochanej przynależności przybywa nowych par, a jednak widok czekoladowej kotki u boku burego kocura wywołał w niej złość. Nie dlatego, że była o nich zazdrosna — co to, to nie. Miała przecież Ognikową Słotę, którą bardzo kochała! Chodziło raczej o to, że Cykoria zaniedbywała treningi ze swoim uczniem, ale zawsze znajdowała czas na mizianie się ze swoim chłoptasiem na środku azylu. To był skandal! Mogłaby chociaż raz okazać się obowiązkowa i zająć Garbatą Łapą, a zamiast tego po raz kolejny pokazywała wszystkim, jaka jest ignorancka i leniwa. Wiedziała, że większość klanu ma o niej kiepskie zdanie po tym, jak tak długo pozostawała uczennicą, a mimo to sama nie robiła nic, by tę opinię zmienić. To już był szczyt głupoty.
Kocimiętkowy Wir westchnęła ciężko. Sama również nie miała teraz czasu, by szkolić Garbatą Łapę. Większość dni wypełniały jej patrole, a każdą wolną chwilę spędzała z partnerką i kociętami. Były dla niej oczkiem w głowie i nie wyobrażała sobie, by nie odwiedzić ich choć na kilka uderzeń serca każdego dnia. Uwielbiała bawić się z nimi kulką mchu albo zabierać je na krótkie spacery po obozie, by Ognikowa Słota mogła choć trochę odpocząć. Równie wielką radość sprawiało jej opowiadanie maluchom historii — tych prawdziwych i tych nieco mniej. Czasem pokazywała im też, jak skrada się wojownik albo jak należy ustawić łapy podczas walki. Nie mogła się doczekać, aż w końcu zostaną uczniami. Była pewna, że zrobią wszystko, by nie zawieść ani swojej biologicznej matki, ani jej.
Nagle, gdy przemknął obok niej Rozbity Księżyc, w jej głowie zrodził się pewien pomysł. Szybko dogoniła swojego byłego ucznia, a na jej pysku zagościł ciepły uśmiech.
— Księżycku! — zawołała, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.
Białofutry zatrzymał się i odwrócił w jej stronę.
— Wiem, że tak nagle, ale miałabym do ciebie pewną prośbę… — zaczęła z nutką nadziei w głosie. — Pamiętasz, jak zabierałam na treningi z tobą Garbatą Łapę, prawda? Walczyliście ze sobą, ćwiczyliście różne techniki… Zależało mi na tym, żeby Garbatek miał szansę zostać wojownikiem, dlatego to robiłam. Teraz jednak nie mam już tyle czasu, by się nim zajmować… Wiesz, w końcu mam kocięta do wychowania i partnerkę do rozpieszczania! — zaśmiała się cicho, nieco zakłopotana. — I pomyślałam sobie… czy nie mógłbyś od czasu do czasu zabrać Garbatą Łapę na spacer albo pozwolić mu zapolować razem z tobą? Sam nie może opuszczać obozu, a Cykoriowy Cykor prawie w ogóle się nim nie interesuje. Ja… naprawdę widzę w nim determinację. Myślę, że gdyby tylko dostał szansę wychodzić poza azyl, dobrze by ją wykorzystał.

<Rozbity Księżycu?>

05 czerwca 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Ognikowej Słoty

Po skończonej rozmowie Ognikowa Słota wróciła do znajomej kotki, a następnie obie udały się na spacer poza obóz. Kocimiętka doceniała każdą chwilę spędzoną w towarzystwie swojej przyjaciółki, dlatego na jej pysku przez cały czas gościł delikatny uśmiech. Zastanawiała się, co tym razem będą robić. Czy ich spacer okaże się spokojniejszy? Może przejdą się nad jezioro i wytarzają w trawie… a może znów spędzą cały czas na polowaniu?
Ptaki i króliki często wpadały im w łapy, gdy były poza azylem. Ich spotkania nie tylko napawały je pozytywną energią, ale także przynosiły korzyści całemu klanowi. Nic, tylko pogratulować im tego, jak dobrze się dogadują i jak świetnie sprawdzają się jako członkinie Klanu Wilka! Według Kocimiętki każdy wojownik powinien znaleźć sobie bliskiego znajomego i wychodzić z nim na polowania. W końcu nic tak nie motywuje, jak przyjacielska rywalizacja.
W końcu mistrzynie dotarły do Potwornej Przełęczy, znajdującej się nieopodal granicy z Klanem Burzy. To właśnie tutaj najczęściej udawało im się znaleźć jakiegoś smacznego uszaka, który tylko czekał, aż zostanie złapany. Tym razem nie było inaczej — gdy tylko Kocimiętka wyczuła woń zwierzyny, od razu nastawiła uszy, a jej wibrysy zadrżały z ekscytacji. Mimo że w swoim życiu upolowała już wiele królików, każde kolejne łowy były dla niej równie emocjonujące. Nigdy przecież nie wiadomo, jaką drogę obierze uszak, jak szybko będzie biegł i jak zaciekle będzie się wyrywał, gdy już zostanie schwytany.
Posłała Słocie porozumiewawcze spojrzenie, po czym przywarła brzuchem do ziemi, gotowa zakraść się do ofiary. Każdy ruch wykonywała bardzo ostrożnie — nie chciała przecież spłoszyć swojego, albo czyjegoś, obiadu. Nawet jeśli zwierzyny było pod dostatkiem, dodatkowa sztuka na stosie nigdy nikomu nie zaszkodziła. A już na pewno nie Kocimiętce, która właśnie zaczynała robić się głodna.
Na myśl o tłustym króliku pociekła jej ślinka. Musiała jednak skupić się na polowaniu, więc szybko potrząsnęła głową i ponownie skoncentrowała się na uszaku, który znajdował się już bardzo blisko. Wtedy znieruchomiała, przygotowując się do skoku. Minęło kilka uderzeń serca, po czym wybiła się z ziemi i poszybowała prosto na swoją ofiarę. Udało jej się zahaczyć ją łapą, niemal przygważdżając do podłoża, jednak królik zdołał się wywinąć i rzucił się do ucieczki.
Kocimiętka fuknęła i natychmiast ruszyła za nim w pogoń. Ognikowa Słota pobiegła tuż obok niej, lecz futrzak zdążył przemknąć za granicę Klanu Burzy.
Mistrzynie zatrzymały się przed oznaczeniem zapachowym Burzaków, nie chcąc wywoływać niepotrzebnej awantury. Gdyby jakiś patrol zobaczył, że ścigają zwierzynę na cudzym terenie, raczej nie wyniknęłoby z tego nic dobrego.
— Ach, to ci pech! — mruknęła ruda, kładąc po sobie uszy. — To przez to, że źle wyskoczyłam! — dodała, powoli kręcąc głową. Najwyraźniej w ostatniej chwili omsknęła jej się łapa. — Teraz pewnie nie ma tu już czego szukać, bo każdy królik w okolicy zdążył uciec. Ale… możemy spróbować zapolować na coś innego! — zaproponowała, spoglądając na towarzyszkę.
Ognikowa Słota skinęła głową, wciąż wpatrując się w tereny po drugiej stronie granicy.
— Tak, możemy — odparła. Westchnęła, po czym przeniosła wzrok na drugą mistrzynię. — W takim razie przejdźmy się do Opuszczonego Obozowiska. Może tam uda nam się wytropić coś dobrego.
Głos szylkretki był stanowczy. Jej słowa nie zabrzmiały jak propozycja, lecz jak rozkaz, co w jej przypadku nie było niczym niezwykłym. Zielonooka uśmiechnęła się pod nosem i mruknęła:
— Jasne! Na pewno będzie tam mnóstwo myszy i wiewiórek... — stwierdziła, drepcząc tuż za Ognikową Słotą, która już ruszyła w stronę celu.

* * *

Teraźniejszość

Gdy Księżycowa Łapa stał się Rozbitym Księżycem, a Kocimiętka nie musiała już zabierać go na treningi, straciła pretekst do szkolenia Garbatej Łapy. Wciąż było jej go szkoda, tym bardziej że widziała w nim zapał i determinację, jakich nie dostrzegła jeszcze u żadnego innego ucznia. Za każdym razem, gdy zabierała go na szkolenie razem z białofutrym kocurem, starał się zapamiętać jak najwięcej z jej słów, a także nauczyć się jej ruchów oraz ruchów Księżyca.
Jednocześnie trochę obawiała się, że jeśli poprosi Zalotną Gwiazdę o przydzielenie Garbatej Łapie nowego mentora, liderka ją wyśmieje. Kocimiętka wiedziała, jaką opinię miał wśród innych Wilczaków czekoladowy uczeń. Bała się, że jeśli zaczną ją z nim widywać, uznają, że postradała zmysły. W końcu dla większości był jedynie balastem, dla którego nie było już ratunku. Było jej z tego powodu niezmiernie przykro, ponieważ sama dostrzegała w nim potencjał, którego nie widział nikt poza nią.
Wahała się. Jednak gdy podczas przechadzki po obozie ujrzała Garbatą Łapę, który smutnym wzrokiem wpatrywał się w wyjście z azylu, zrozumiała, co musi zrobić. Przestały ją obchodzić krzywe spojrzenia, na które będzie musiała się przygotować. Wiedziała, że ktoś w końcu musi dać temu kocurowi szansę, a jeśli nie zrobi tego ona, nie zrobi tego nikt.
Właśnie dlatego spojrzała w stronę legowiska przywódczyni i natychmiast ruszyła w jego kierunku.
Gdy weszła do środka, owiała ją złowroga aura. Po chwili Zalotna Gwiazda uniosła wzrok na mistrzynię. Nie wyglądała, jakby odczuwała jakiekolwiek emocje. Jej pysk pozostawał niemal kamienny, przynajmniej przez kilka uderzeń serca, zanim rozjaśnił go ledwie widoczny uśmiech.
— Witaj, Kocimiętkowy Wirze. Co cię tutaj sprowadza? Jak mniemam, nie przyszłabyś tu bez powodu, więc słucham — mruknęła liderka, podnosząc się do pozycji siedzącej i owijając ogon wokół łap.
Rudofutra przełknęła ślinę i na moment odwróciła wzrok od szylkretki.
— Witaj... — zaczęła, po czym zmusiła się, by spojrzeć Zalotce w oczy. — Ja... tak sobie myślałam, że może... mogłabyś zmienić mentora Garbatej Łapie? — dodała.
Pysk przywódczyni natychmiast przybrał chłodniejszy wyraz, jakby już zdążyła negatywnie ocenić zarówno Kocimiętkę, jak i jej pomysł, zanim padły dalsze wyjaśnienia.
— Wiem, wiem... brzmi to szalenie! Ale pomyślałam, że może mogłabym spróbować go... naprawić? Widzę w nim zapał. Myślę, że gdyby dostał szansę, mógłby wyrosnąć na lojalnego wojownika Klanu Wilka! Może niekoniecznie najsilniejszego i najzwinniejszego, ale przynajmniej takiego, który nie będzie marnował naszych zapasów! — mówiła, początkowo spięta, lecz z każdym kolejnym słowem coraz bardziej pewna siebie. — Jeśli Cykoria będzie dalej go szkolić, Garbata Łapa pozostanie dla nas tylko balastem i kolejną gębą do wykarmienia. Jeśli natomiast uda mi się sprowadzić go na dobrą drogę, stanie się znacznie bardziej użyteczny dla klanu! — zakończyła.
Na jej słowa Zalotna Gwiazda ciężko westchnęła.
— Czy naprawdę chcesz marnować swój czas na kogoś takiego jak Garbata Łapa? — zapytała, patrząc na Kocimiętkę z mieszaniną politowania i współczucia. — Jeśli uda ci się zrobić z niego pożytek, to chyba pomyślę o zdegradowaniu Pustułkowego Szponu i Kruczego Pióra, żeby cię awansować. Albo od razu oddam ci swoją posadę, bo wyszkolenie tej mysiej strawy graniczy z cudem — zakpiła.
Przez chwilę obie kotki wpatrywały się w siebie w milczeniu, aż w końcu Zalotka odezwała się ponownie:
— Mimo wszystko nie zamierzam ci tego zabraniać. Możesz zabierać go poza obóz, możesz udawać jego mentorkę, ale nie liczyłabym na zbyt wiele. Garbata Łapa w ogóle nie powinien przeżyć tamtej nocy w lesie. To, że jego serce wciąż bije, jest sprzeczne z prawami natury.
Choć słowa liderki nie brzmiały zachęcająco, Kocimiętka podziękowała jej i, wciąż zdeterminowana, by wyszkolić Garbatą Łapę, opuściła legowisko.
Jeszcze wszystkim udowodni, że się mylą… O ile oczywiście czekoladowy kocur będzie chciał z nią współpracować. Jednak, pamiętając jego zachowanie podczas treningów z Księżycową Łapą, pokładała w nim spore nadzieje. Wierzyła, że jej nie zawiedzie.

* * *

Następnego dnia po rozmowie z Zalotną Gwiazdą postanowiła zabrać się za Garbatą Łapę. Wstała wyjątkowo wcześnie i nie zamierzała się ociągać, tak jak często robiła to wtedy, gdy jeszcze szkoliła Księżyca. Ale to nie była jej wina! Znaczy, może trochę była, bo jej późne wstawanie wynikało głównie z lenistwa… Nieważne. Tym razem postanowiła włożyć w tego ucznia całą swoją energię i zaangażowanie, by uczynić z niego prawdziwego Wilczaka. W końcu nie mogła oczekiwać, że same starania Garbatka wystarczą, by się czegoś nauczył. Ona sama musiała stać się idealną nauczycielką.
Gdy wsadziła łeb do legowiska uczniów, Seradelowa Łapa, Cętkowana Łapa i wszyscy inni jeszcze spali. Idealnie. Powolnym krokiem, najciszej jak potrafiła, zakradła się do Garbatej Łapy i delikatnie trąciła go łapą w bark. Po chwili kocur otworzył jedno ze swoich zielonych ślepi, wyraźnie zakłopotany. Już otwierał pysk, by coś powiedzieć, jednak Kocimiętka szybko mu przerwała:
— Cicho...! Chodź, prędko. Zabieram cię poza obóz — mruknęła, po czym rozejrzała się po wnętrzu legowiska i, nie czekając na odpowiedź Garbatka, wyszła na środek azylu.
To już samo w sobie było pewnego rodzaju testem. Jeśli młodszy zdecyduje się wstać i za nią pójść, to znaczy, że wciąż jest co ratować.
Jak się okazało, Kocimiętka nie musiała długo czekać. Garbata Łapa wyszedł z legowiska ze zmierzwionym futrem i oczami przymkniętymi ze zmęczenia. Raczej nie przykładał większej uwagi do swojego wyglądu, zapewne myśląc, że i tak nic nie jest w stanie go upiększyć.
— Świetnie! Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz — oznajmiła, poruszając radośnie wibrysami. — Naprawdę nie mogę patrzeć na to, jak całymi dniami gnijesz w swoim posłaniu, dlatego postanowiłam przejąć rolę Cykorii! Może nie oficjalnie, ale rozumiesz... — wyjaśniła, uśmiechając się przyjacielsko do zielonookiego.
— Mhm... — odparł, odwracając od niej wzrok.
Jednak w tej krótkiej chwili, gdy Kocimiętka złapała z nim kontakt wzrokowy, dostrzegła w jego spojrzeniu mnóstwo pytań. Jakby nie rozumiał, dlaczego chciała poświęcać mu swój czas.
— Wiem, że się tego nie spodziewałeś, ale widzę w tobie wojownika! Prawdziwego wilczackiego wojownika, który mierzy się z wieloma trudnościami. Ale przecież ty już wiesz, że wzorowy Wilczak nigdy się nie poddaje! — zaczęła, a w jej oczach błysnęła determinacja.
Nie mówiąc nic więcej, szybko ruszyła w stronę wyjścia z obozu. Już po chwili do jej uszu dobiegł odgłos kroków Garbatej Łapy. Uśmiechnęła się pod nosem i poczekała, aż oddalą się nieco od azylu.
Gdy zagłębili się w las, postanowiła zapytać:
— Powiedz mi, zupełnie szczerze. Czy Cykoriowy Cykor zabrała cię choćby na jeden trening? Nigdy nie widziałam, żebyście razem opuszczali azyl Klanu Wilka.
Po jej słowach zapanowała cisza. Zresztą, bardzo wymowna. Kocimiętkowy Wir nie potrzebowała słownego potwierdzenia, by zrozumieć, że czekoladowa wojowniczka ani razu nie pofatygowała się, by przejść z Garbatkiem po terenach Klanu Wilka.
— To przesada! Tobie próbują wmówić, że jesteś bezużyteczny i do niczego się nie nadajesz, a tak naprawdę Cykoria jest jeszcze większym balastem dla klanu! Po co nam taki rybi flak, który ani razu nie włożył w swoje obowiązki choćby kropli wysiłku? Jestem zaskoczona, że w ogóle udało jej się wygrać z Ognikową Słotą. Chyba Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd było tego dnia wyjątkowo po jej stronie. W innym przypadku Słota rozgniotłaby ją jak żałosnego robaczka! — zaśmiała się.
Na samą myśl o szylkretce zrobiło jej się cieplej na sercu. Była taka silna, taka inteligentna... Prawdziwy wzór do naśladowania. Szkoda tylko, że Cykoria najwyraźniej tego nie dostrzegała.

* * *

Przyszedł czas na kolejny trening Garbatej Łapy. Tym razem Kocimiętkowy Wir pomyślała nawet o tym, by zaangażować w niego Ognikową Słotę! W końcu była taka zwinna i tak dobrze walczyła, że czekoladowy uczeń na pewno wyciągnąłby coś z obserwowania jej ruchów. A skoro były przyjaciółkami, to czemu Słota nie miałaby wyświadczyć Kocimiętce drobnej przysługi? Na pewno zrozumie chęć rudofutrej do naprostowania Garbatka.
Właśnie dlatego, gdy tylko mistrzyni dostrzegła znajomy pysk w azylu, postanowiła niezwłocznie do niego podejść.
— Słoto, hej! — mruknęła na przywitanie, krocząc w stronę szylkretki. — Nie chciałabyś pójść ze mną i Garbatą Łapą poza obóz? Pokazałybyśmy mu, jak polować na króliki, żeby się do czegoś przydał, dobrze mówię? — zaśmiała się.
Spostrzegła jednak, że jej towarzyszka nie podzielała jej entuzjazmu.
— No co? Lepiej, żeby trochę podszkolił się w podstawach — dodała, jednak widząc brak zmian w wyrazie pyska Słoty, postanowiła porzucić ten temat. — Ach, nieważne! Nie musimy nigdzie iść — oznajmiła, robiąc krok w tył. — Ja już... udam się na swoje posłanie, wiesz, żeby trochę się jeszcze zdrzemnąć.
Jednak gdy miała już odejść, Słota w końcu się odezwała:
— Zaczekaj — miauknęła, na co Kocimiętka zamarła. — Chętnie pójdę z tobą na spacer. Zresztą, mam ci coś ważnego do powiedzenia. Tylko nie zabieraj ze sobą Garbatej Łapy — dodała, a ruda natychmiast uniosła uszy.
— Cóż, skoro nalegasz... — zachichotała.
Wspólnie opuściły obóz, kierując się w stronę Potwornej Przełęczy, gdzie zwykle chodziły polować na uszaki. Kocimiętka nie była jednak w stanie skupić się na wywęszeniu zwierzyny, ponieważ przez cały czas zastanawiała się nad tym, co jej przyjaciółka chciała jej przekazać. Nie miała żadnego pomysłu — w jej głowie panowała kompletna pustka.
Dlatego, gdy tylko dotarły na teren, na którym zwykle rozpoczynały swoje łowy, ruda postanowiła się odezwać. Wiedziała, że z polowania będą nici, jeśli nie dowie się, co takiego chce jej powiedzieć druga mistrzyni.
— Więc... co takiego masz mi do powiedzenia? Oby to było coś ważnego! — zaśmiała się, wpatrując się zielonymi ślepiami w przyjaciółkę.

<Ognikowa Słoto?>

31 maja 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Mrocznej Wizji

Mroczna Wizja podniosła wzrok na Kocimiętkę, czekając na jej reakcję.
— A… a co, jeśli mi się nie uda? Jeżeli zawiodę wszystkich? — zapytała niepewnie rudofutra.
— Pracuj nie dla innych, lecz dla Klanu Wilka. Niby to samo, ale twoje nastawienie się zmieni. Zamiast naprawiać porywczego ucznia, pomyśl, że kształtujesz przyszłego wojownika, który będzie bronił godności klanu.
Kocimiętkowy Wir pokiwała niepewnie głową.
— Mroczna Wizjo… Wcześniej wspomniałaś o pewnej kotce. Co się z nią stało?
Starsza przeciągnęła się z zadowoleniem. Zapowiadało się na długą opowieść…

* * *

TW: Krew, brutalność

Mistrzyni wzięła sobie do serca opowieść o Nocnym Kwiecie, którą opowiedziała jej czarnofutra starsza Klanu Wilka. Najwyraźniej wyszło jej to na dobre, bo Księżycowa Łapa radził sobie coraz lepiej na treningach i wszystko wskazywało na to, że wkrótce Kocimiętka pójdzie do Zalotnej Gwiazdy i ogłosi, że jej uczeń jest już gotowy, by zawalczyć o swój nowy tytuł. Niezmiernie cieszyło to zielonooką. Gdy po raz pierwszy ujrzała tego płaczliwego, wątłego kocurka, nie sądziła, że uda jej się tak dobrze go wyszkolić!
Była jednak ciekawa, kogo liderka wybierze do walki z Księżycową Łapą. Mistrzyni modliła się, by przeciwnik białofutrego ucznia nie przewyższał go umiejętnościami i żeby Księżyc z łatwością wygrał. Pokazał już swoje techniki podczas walki z Garbatą Łapą, przez co Kocimiętka pokładała w nim duże nadzieje. Byłaby wręcz wniebowzięta, gdyby jej pierwszy w życiu uczeń przyniósł jej dumę i zwyciężył w swojej pierwszej walce! Nawet Ognikowej Słocie nie udało się tego dokonać, choć nie znaczyło to, że pręgowana ją za to winiła. W końcu Cykoriowy Cykor była dosyć ciężkim przypadkiem i żaden mentor nie potrafiłby sobie z nią poradzić. Chyba nawet sama Zalotna Gwiazda miałaby problem z poskromieniem tej krnąbrnej kocicy!
Kocimiętkowy Wir siedziała właśnie w kącie obozu, wylizując swoje futro. Był już wieczór, a trening z Księżycową Łapą miała na ten dzień za sobą. Zamierzała podejść do któregoś z pobratymców — może Nadciągającego Pomroku albo Ognikowej Słoty — i jeszcze chwilę porozmawiać przed snem, gdy nagle okrył ją cień.
Podniosła głowę, a jej oczom ukazała się starsza Klanu Wilka — Mroczna Wizja. Dawniej kotka była mistrzynią, co skłoniło Kocimiętkę do skinienia głową na znak szacunku.
— Dobry wieczór, Kocimiętkowy Wirze — przywitała się czarnofutra, uśmiechając się nieznacznie do młodszej.
— Dobry wieczór! Czy coś się stało, że opuściłaś legowisko starszych? — zapytała z przejęciem, przekręcając głowę.
— Czy musi się coś dziać, bym chciała przejść się po obozie? — odparła Mroczna Wizja.
Rudofutra od razu energicznie pokręciła głową.
— Ależ nie! Po prostu... trochę się zdziwiłam — przyznała, szczerząc się niezręcznie.
Starsza przez moment milczała, wpatrując się w mistrzynię, jakby nad czymś intensywnie rozmyślała. W końcu zapytała:
— Nie chciałabyś przejść się ze mną poza obóz?
Kocimiętkowy Wir zamrugała kilkakrotnie. Czy to nie było przypadkiem niebezpieczne? Gdy ostatnim razem starsza opuściła obóz, już do niego nie wróciła — została porwana przez Dwunożnych...
— Jesteś pewna, że to bezpieczne? Borsucza Pu-
Mroczna Wizja zmrużyła ślepia, jakby miała zaraz wyśmiać zielonooką za tę odpowiedź.
— Daj spokój. Mam już ponad sto księżyców na karku. Nawet jeśli Dwunożni zechcieliby mnie porwać, nie byłaby to wielka strata — zaśmiała się, po czym strzepnęła ogonem i bez dalszych wyjaśnień ruszyła w stronę wyjścia z azylu.
Kocimiętka oczywiście podążyła tuż za nią, zachwycona faktem, że Mroczna Wizja zaszczyciła ją wspólnym spacerem.
Kotki zmierzały w stronę Ciernistego Drzewa. Choć szły w ciszy, czarnofutra raz po raz spoglądała na młodszą mistrzynię, jakby analizowała każdy jej ruch. Ruda była tym zachowaniem nieco zdezorientowana, ale mimo wszystko starała się zachowywać naturalnie. Szła dumnie, chcąc sprawiać wrażenie porządnej członkini Klanu Wilka.
— A więc... jak idzie ci trening z Księżycową Łapą? — zapytała w końcu starsza.
Zielonooka odetchnęła i nieco się rozluźniła.
— Świetnie! Twoje słowa bardzo mi pomogły, a Księżyc spisuje się znakomicie. Walczy i poluje jak prawdziwy mistrz! Jestem pewna, że już niedługo wstąpi w szeregi wojowników — zaczęła chwalić ucznia, poruszając wibrysami z ekscytacji.
— No widzisz — odrzekła Mroczna Wizja, uśmiechając się lekko. — Wiedziałam, że ci się uda.
Zamilkła na chwilę, po czym mruknęła:
— A powiedz mi, jak u niego z wiarą?
Pręgowana zawahała się.
— Wierzy w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, oczywiście! Gdyby było inaczej, nie mogłabym go nazywać swoim uczniem — zażartowała, przewracając oczami. — Ma przecież dobrą matkę. Naprawdę polubiłam Jaskółcze Ziele! Na pewno opowiadała mu o Mrocznej Puszczy, gdy siedziała z nim w żłobku.
Czarnofutra skinęła głową ze zrozumieniem.
Kocimiętkowy Wir nie wiedziała, dlaczego starsza tak ją wypytuje, ale uznała, że może to jedynie próba nawiązania rozmowy albo zwykła chęć upewnienia się, że ruda nadaje się na stanowisko mistrzyni.
— A jak wygląda to u ciebie? Zakładam, że również wierzysz w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, ale czy zamierzasz szerzyć tę wiarę wśród młodszych pokoleń? — Mroczna Wizja zdawała się zdeterminowana, by dowiedzieć się o Kocimiętce jak najwięcej. — I czy sama zamierzasz kiedyś mieć kocięta, by umocnić Klan Wilka?
— Cóż, jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. Nie mam partnera, ale gdybym kiedyś go miała, to chętnie sprawiłabym sobie kilka puchatych kuleczek! — mruknęła szczerze. Choć nigdy nie podobał jej się żaden osobnik płci przeciwnej, myślała, że może miłość przyjdzie do niej z czasem. — No i to oczywiste, że opowiadałabym im o Mrocznej Puszczy! Zresztą pewnie nie tylko ja! Jestem bardziej niż pewna, że Ognikowa Słota często przychodziłaby w odwiedziny. Nie mogłabym się doczekać, aż zostaną uczniami i pokazałybyśmy im, jak polować na króliki! — zachwyciła się, już wyobrażając sobie, jak wraz z szylkretką szkoli swoje latorośle.
— Czyli mam rozumieć, że Ognikowa Słota jest ci bliska? — miauknęła nagle Mroczna Wizja.
Kocimiętka zachichotała i odwróciła wzrok.
— No tak, przyjaźnimy się jeszcze od czasów uczniowskich! Bardzo cenię jej towarzystwo. Często razem wychodzimy na polowania, a poza tym wiem, że Słota lubi czasem odwiedzać kocięta, by upewnić się, że są na dobrej drodze — wyjaśniła.
— Więc skoro tak ją lubisz, jak zareagowałabyś na jej śmierć?
Ruda przełknęła ślinę, wyraźnie zbita z tropu. Dlaczego Ognikowa Słota miałaby umierać? Pytania Mrocznej Wizji robiły się coraz dziwniejsze...
— Nie wiem... Na pewno byłoby mi smutno, bo jest w końcu dosyć ważna zarówno dla mnie, jak i dla Klanu Wilka, ale starałabym się dalej wykonywać swoje obowiązki jako mistrzyni! — odparła, wciąż przekonana, że starsza jedynie sprawdza, czy nadaje się na swoje stanowisko. — Wojownicy w końcu sami się nie podszkolą, prawda? Byłoby słabo, gdyby po śmierci Słoty Klan Wilka stracił aż dwie mistrzynie!

* * *

Gdy Mroczna Wizja skończyła już zadawać te dziwne pytania Kocimiętce, skierowały się w stronę granicy z Klanem Klifu. Ruda zastanawiała się, jak długo jeszcze będą tak chodzić. Musiała przyznać, że choć starsza miała już sporo księżyców na karku, wciąż miała energii za dwóch! Nie potrzebowała żadnych przerw na odetchnięcie podczas tego długiego spaceru, co dziwiło mistrzynię, która najchętniej przysiadłaby teraz w ciepłym świetle słońca i odpoczęła. Nie mogła jednak wyjść na słabą przed tak ważną osobistością, dlatego za każdym razem, gdy chciała ponarzekać na ból łap, gryzła się w język.
— Kocimiętko — mruknęła nagle Mroczna Wizja, chcąc zwrócić uwagę młodszej.
— Tak? — odparła od razu, a jej ucho drgnęło.
— Gdy ostatnio tędy przechodziłam podczas spaceru, wyczułam coś dziwnego. Pójdziesz ze mną to sprawdzić? — dodała, przyjmując zmartwioną minę.
— No pewnie! — Kocimiętka nawet się nie zawahała. Co takiego mogło zaniepokoić byłą mistrzynię? Zielonooka liczyła na to, że nie będzie to nic wielkiego, ale możliwości było sporo. Wiele rzeczy mogło pachnieć “dziwnie”.
— Wydaje mi się, że zapach dochodził z tuneli... — kontynuowała czarnofutra, skręcając w stronę wejścia do jednego z nich.
Czyżby jakaś mysz się w nich zgubiła, umarła, a potem zgniła? A może utknął w nich jakiś Klifiak? Kocimiętka słyszała, że niektóre podziemne ścieżki prowadzą aż do terenów drugiego klanu! Oby tylko w tych ciasnych korytarzach nie spotkała swojego głupiego ojca — Króliczej Prawdy. Choć tak właściwie nawet nie było na to szans! Podobno zwiał z Klanu Klifu, a także okazał się niebezpieczny i niezrównoważony psychicznie. Kocimiętka nie wiedziała, co wcześniej widziała w swoim tacie i dlaczego wydawał jej się taki miły i zabawny. Był zupełnym przeciwieństwem! Był zdrajcą, oszustem!
Tak bardzo sfrustrowała się na myśl o kremowym kocurze, że nawet nie zauważyła, kiedy dokładnie znalazła się pod ziemią, a w jej nozdrza uderzył wręcz paraliżujący smród. Miała ochotę jak najszybciej stąd zwiać, nim ta woń sprawi, że zwróci ostatnio zjedzony posiłek. Widząc jednak, jak Mroczna Wizja brnie przed siebie, postanowiła zachować wszelkie komentarze dla siebie.
Po dłuższym czasie błądzenia po śmierdzących tunelach czarna kotka gwałtownie się zatrzymała, a mistrzyni niemal na nią nie wpadła.
— Na Mroczną Puszczę! Spójrz, Kocimiętko...! — westchnęła zaskoczona, odsuwając się, by zielonooka mogła spojrzeć na to, co znajdowało się na podłożu tunelu.
Z początku młodsza wpatrywała się w to coś z konsternacją wymalowaną na pysku, niepewna, czemu właściwie się przygląda. Gdy już chciała spytać o to Mroczną Wizję, nagle zaczęła dostrzegać zarysy kości. Były oblepione mięsem, splamione krwią. Wyglądały tak, jakby ich właściciel został brutalnie rozszarpany przez... niedźwiedzia!
— To... jakiegoś kota? Ciężko stwierdzić... — mruknęła rudofutra, odsuwając się od resztek, by stanąć obok starszej. — Jak myślisz, do kogo należą? Chyba nie do żadnego Wilczaka, prawda? Może to jakiś Klifiak się tu zabłąkał... — zaczęła się zastanawiać, mrużąc ślepia i przechylając głowę.
— Nie wiem, Kocimiętko... To może być wszystko! — odparła Mroczna Wizja.
Mistrzyni przeniosła wzrok na starszą.
— Co z nimi robimy? Chyba nie pozwolimy, żeby tak sobie tu leżały i gniły, prawda? — miauknęła, delikatnie krzywiąc się od smrodu gnijącego mięsa. — Na pewno żadnego ucznia nie zachęciłoby do treningu znalezienie takiej... niespodzianki — dodała, lecz zaraz potem zdała sobie sprawę, że jeśli będą chciały się tego stąd pozbyć, będą musiały zrobić to własnołapnie.

* * *

Kilka dni później

Od tego dziwnego spaceru z Mroczną Wizją minęło już kilka dni. Kocimiętkowy Wir zdążyła o nim zapomnieć i skupić się na teraźniejszości. W końcu to wszystko, co się wydarzyło, było tylko zwykłym przypadkiem, prawda? A ona nieraz widziała już szczątki jakiegoś zwierzęcia, więc to, co wtedy zobaczyła, nie wywarło na niej zbyt dużego wrażenia. Zawsze mógł to być jakiś martwy kot… czyż nie?
Czyż... nie?
Ale raczej tak nie było! Więc po co się tym przejmować? Śmierć tego stworzenia zapewne była jedynie przypadkiem. Z całą pewnością codziennie w tych okolicach umierało przynajmniej jedno zwierzę, więc zobaczenie trupa nie powinno być czymś nadzwyczajnym.
Tego dnia Kocimiętka ponownie została zaczepiona przez Mroczną Wizję, której tym razem towarzyszyła Ognikowa Słota.
— Masz chwilę na spacer, Kocimiętko? Tym razem pomyślałam, że może przejdziemy się wraz ze Słotą, skoro tak się lubicie — mruknęła czarnofutra, niewinnie uśmiechając się do rudej mistrzyni.
— Nie widzę ku temu żadnych przeszkód! — odparła zielonooka. — Czy tym razem też chcesz mnie wykorzystać do sprawdzenia czegoś podejrzanego? — zażartowała po chwili, gdy Mroczna Wizja wraz z szylkretową kocicą zaczęły kierować się ku wyjściu z azylu.
— Tego nie wiem, Kocimiętko. Jednak gdybyśmy faktycznie znalazły kolejnego trupa, chyba zaczęłoby to wyglądać podejrzanie, prawda? Wtedy musiałybyśmy się zastanowić, czy po terenach Klanu Wilka nie zaczęły grasować lisy albo inne dzikie zwierzęta...
Mistrzyni skinęła głową, zgadzając się ze słowami starszej.
— Tak, tak! Ale nawet jeśli jakieś groźne drapieżniki postanowiły się tu rozgościć, to Zalotna Gwiazda z całą pewnością skutecznie je stąd przegoni! — miauknęła pewnie.
Resztę drogi spędziły w ciszy, przysłuchując się jedynie ćwierkotowi ptaków. Atmosfera zmieniła się dopiero wtedy, gdy do nozdrzy kotek zaczął docierać silny, metaliczny zapach krwi. Kocimiętce od razu futro stanęło dęba, co Ognikowa Słota musiała zauważyć. Szylkretowa mistrzyni dała swojej towarzyszce kuksańca, po czym szepnęła jej do ucha:
— Weź się w garść, Kocimiętko.
Ruda ze zdziwienia zamrugała kilka razy, po czym westchnęła, starając się rozluźnić. Nie było jednak wątpliwości, że zmierzały w stronę źródła tego zapachu.
W końcu do niego dotarły. Okazało się, że między krzewami spoczywało martwe ciało. Tym razem bez wątpienia należało do kota, choć było nie mniej poturbowane. Całe oblepione zaschniętą krwią i niemal przykryte kocem składającym się z much i innych owadów.
Kocimiętka instynktownie przylgnęła ciałem do swojej przyjaciółki, jednak ta odepchnęła ją od siebie, mierząc ją chłodnym, niemal morderczym wzrokiem. Wtedy też w ich stronę odwróciła się Mroczna Wizja.
— To niemożliwe! — wydukała zdumiona. — Kocimiętko, chyba jakimś dziwnym trafem przyciągasz do siebie śmierć... — dodała, po czym jej wzrok spoczął na pysku rudej, dokładnie go analizując.
Kocimiętka stała w bezruchu, wciąż zastanawiając się nad dziwnym zachowaniem Ognikowej Słoty. Kotka nigdy wcześniej nie była wobec niej tak surowa. Co się stało, że nagle stała się tak twarda i zdystansowana?
— Najwyraźniej... — odparła pręgowana, po czym spojrzała na stojącą obok mistrzynię, bardziej przejęta nią niż truchłem leżącego przed nimi kota.

* * *

Znalazła się w lesie. Nie była tu sama. Oprócz niej gdzieś niedaleko znajdowała się grupa Wilczaków, a także Tygrysia Noc. Nie była tu bez powodu. Zabrali ją tutaj w środku nocy, by wytropiła samotnika i przyprowadziła go w wyznaczone miejsce. Dlaczego? Tego jeszcze nie wiedziała, ale czuła, że nie ma miejsca na sprzeciw. Musiała znaleźć jakąś ofiarę, musiała być posłuszna kotom, które wydały jej rozkaz. Było ich naprawdę sporo, choć nie był to cały Klan Wilka. Wśród nich znajdowała się między innymi Zalotna Gwiazda, a także Ognikowa Słota i Nadciągający Pomrok. Ciekawe, jaki miały z tym związek…
W końcu do jej nosa dotarł zapach obcego kota, innego niż Tygrysek czy pozostałe koty, które znała. To musiał być ktoś obcy — jakiś samotnik. Od razu jej serce przyspieszyło, a zmysły się wyostrzyły. To była jej szansa! Koniecznie musiała odnaleźć tego włóczęgę i na niego zapolować, nim ucieknie, a ona zostanie z pustymi łapami. Nie wiedziała, co się stanie, gdyby do wschodu słońca nie przyprowadziła Wilczakom samotnika, ale wolała nie ryzykować. Bała się gniewu Mrocznej Wizji, liderki i swoich przyjaciółek, a domyślała się, że nie byłyby zachwycone, gdyby Kocimiętka nie podołała powierzonemu jej zadaniu.
Kocimiętkowy Wir mknęła wśród krzewów, próbując odnaleźć samotnika. W końcu, gdy wyjrzała zza jednego z nich, dostrzegła średniej wielkości, kremowego kota o bursztynowych oczach. Wyglądał uderzająco podobnie do jej ojca, co dodatkowo wzbudziło w niej gniew i pragnienie rozlewu krwi. Lepiej trafić nie mogła. Gdyby znalazła jakiegoś niewinnego kota, mogłaby mieć większe opory przed zabiciem go, ale skoro trafił jej się ktoś taki, mogła bez trudu wyobrazić sobie, że na jego miejscu stoi Królicza Prawda.
Zmarszczyła brwi, napinając mięśnie łap. Nie będzie miała ani grama litości wobec tego kocura. Bezszelestnie wybiła się od ziemi, szybując wprost na samotnika, który aż do momentu zderzenia z rudofutrą nie miał pojęcia, że przebywa ona w pobliżu. Kremowy wydał z siebie parsknięcie, przetaczając się wraz z mistrzynią po ziemi.
— Co to ma być?! — krzyknął, w końcu zatrzymując się i spychając z siebie Kocimiętkę. — Co ty wyprawiasz? Przecież nic nie zrobiłem! — dodał, patrząc na kotkę w zdumieniu. — Jest środek nocy, na litość! — kontynuował zdenerwowanym głosem, mrużąc oczy.
Ruda jednak nie odpowiedziała. Jedynie syknęła i ponownie ruszyła do ataku. Uderzyła w niego z impetem, powalając go na ziemię, po czym zamachnęła się łapą i przeorała mu pysk. Przez cały ten czas wyobrażała sobie, że na jego miejscu leży jej zdradziecki ojczulek, który tak szybko porzucił ją, jej siostrę i matkę.
— Wariatka! Mysie łajno! — warknął samotnik, próbując się oswobodzić z uścisku Kocimiętki. Treningi z Lodowym Omenem wiele jednak dały, bo ruda wyrosła na silnego kota, którego nie dało się tak łatwo pokonać.
Mistrzyni ponownie zamachnęła się łapą i uderzyła kremowego w pysk. Potem jeszcze raz. I kolejny. Rozchlapywała wokół siebie krew, kierowana czystą złością i żądzą zemsty. Nie zauważyła nawet momentu, w którym samotnik przestał się wierzgać i wreszcie pogodził się ze swoim losem. Gdy w końcu ocknęła się z transu, szybko z niego zeszła i stanęła obok, zdając sobie sprawę z tego, że miała przyprowadzić go na miejsce kultu raczej żywego…
Szybko przypadła do ziemi, a wtedy zauważyła, że jego klatka piersiowa wciąż się unosi. Kremowy zaczął wydawać z siebie pełne bólu stęknięcia, na co zielonooka odetchnęła z ulgą.
— Wstawaj, szczurzy bobku! — syknęła, trącając obcego łapą.
Ten drgnął i przewrócił się na bok, kaszląc mocno. Kocimiętka prychnęła, po czym złapała kremowego za kark i zaczęła ciągnąć go w stronę czekających na nią Wilczaków.
Gdy dotarła na miejsce, nie było tam jeszcze Tygrysiej Nocy. Zapewne wciąż nie znalazł żadnej ofiary, co oznaczało, że Kocimiętka jako pierwsza wytropiła samotnika.
Kiedy wypuściła kremowego z pyska, podeszła do niej Mroczna Wizja.
— Co mu się stało? — spytała, mierząc zwijającego się z bólu kocura chłodnym wzrokiem.
Zielonooka zawahała się na moment.
— Nie chciał za mną iść, więc musiałam go do tego zmusić — odparła, strzepując uchem. Nie wiedziała, czy czarnofutra przyjmie takie wyjaśnienie, ale nie miała w zanadrzu niczego lepszego.
— A czy jesteś w stanie go dobić? — dodała starsza, wycofując się w tłum kotów otaczających Kocimiętkę ciasnym okręgiem.
Zielonooka przeniosła wzrok z Mrocznej Wizji na kremowego kocura, który wciąż zdezorientowany wił się po ziemi i mamrotał coś niezrozumiałego pod nosem. Potem zmarszczyła nos i podeszła do niego, patrząc wprost na jego szyję. Szybkim ruchem nachyliła się nad nim i zacisnęła szczęki na delikatnej skórze okalającej jego gardło. Jej podniebienie szybko zalało się krwią, ale nie przestała, póki ciało kremowego nie zwiotczało. Dopiero wtedy podniosła brudny od posoki pysk, a krople szkarłatnej cieczy zaczęły rytmicznie spływać z jej brody, uderzając o ziemię.
— Kocimiętkowy Wir pokazała nam tej nocy, że jest godna wstąpienia do kultu! Jej ceremonia przebiegła pomyślnie, a ja doceniam jej bezwzględność i brak skruchy. Właśnie takie cechy cenimy zarówno w obecnych kultystach, jak i w przyszłych! — wygłosiła Mroczna Wizja, ponownie wysuwając się z tłumu.
Kocimiętka zrobiła krok w jej stronę, stając naprzeciw starszej. Nim zdążyła jakkolwiek zareagować, czarnofutra kontynuowała:
— Ja, Mroczna Wizja, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotowa przyjąć na siebie nasze znamię jako dowód inicjacji?
Rudofutra nie miała czasu się zastanowić.
— Tak — palnęła instynktownie, czując, że to jedyna właściwa odpowiedź.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu.
W mgnieniu oka starsza dosięgła zębami lewego ucha mistrzyni i szybkim ruchem oderwała jego fragment, który następnie z głuchym dźwiękiem upadł na splamione krwią podłoże.
— Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy. Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli — zakończyła przemowę.
Po tych słowach Mroczna Wizja podeszła do martwego ciała samotnika, zamoczyła palce w jego krwi i odcisnęła szkarłatny znak na czole Kocimiętkowego Wiru. W tej samej chwili rozległy się wiwaty.
— Kocimiętkowy Wir! Kocimiętkowy Wir! Kocimiętkowy Wir! — krzyczały koty.
A więc te zwierzęta, które grasowały po terenach Klanu Wilka i o których opowiadała jej Jaskółcze Ziele… tak naprawdę były kotami. Przez cały ten czas to kultyści urywali uszy innym, a ona głupia myślała, że to sprawka jakichś kun!

Koniec sesji

14 maja 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Księżycowej Łapy

— Gdzie ty… — zaczęła kotka, ale widząc wystraszony pysk ucznia, zmarszczyła brwi.
— A… Aa… Pani Wirek… — zaczął drżącym głosem. — Tam… — szepnął, wskazując na przygniecione ciało. — Tam jest… kotka. Pani mentorko, tam chyba jest Barczatkowy Świt! Ona… chyba nie żyje! — zawył żałośnie, a ruda kotka ruszyła we wskazaną przez ucznia stronę.
Przyjrzała się ciału, stwierdzając, że kotka faktycznie była martwa.
— Masz rację. Musimy zgłosić to Zalotnej Gwieździe — mruknęła kotka, wzdychając przeciągle.
Nie znała zbyt dobrze Barczatki, właściwie nie znała jej prawie wcale. Nie były blisko i odkąd tylko Kocimiętka dołączyła do Klanu Wilka, rozmawiała z nią nie więcej niż pięć razy. Mimo wszystko widok ciała pozbawionego życia wciąż nie był niczym przyjemnym i ścisnął zielonooką za serce.
Barczatkowy Świt nie zasługiwała na taki los. Nie zasługiwała na to, by zostać przygniecioną przez Dwunożnych, którzy panoszyli się na terenie nienależącym do nich! Powinni stąd zniknąć jak najszybciej, zanim ich poczynania pociągną za sobą więcej śmierci wśród Wilczaków. Kocimiętka nie wyobrażała sobie, co by było, gdyby to Dyniowa Skórka, Makowa Iluzja czy Ognikowa Słota miały zostać przygniecione przez pień, który został na nie zrzucony przez te wyprostowane bestie!
Poza tym Barczatka miała w Klanie Wilka rodzinę. Miała partnera, dwójkę dzieci. Jak Tropiąca Łaska i Tygrysia Noc zareagują na śmierć swojej matki? To na pewno będzie dla nich chociaż trochę wstrząsające — w końcu nikt nie chciał tracić swoich rodziców. Kocimiętka dobrze wiedziała, jak to jest żyć tylko z jednym rodzicem i jak to jest odczuwać tęsknotę za kimś, kto już nie istnieje… Może i jej ojciec nie umarł, ale na pewno nie był już tą wersją siebie, jaką ceniła rudofutra. Był kimś innym, kimś obcym. Gdyby naprawdę był sobą i kochał mamę, nigdy nie znalazłby sobie jakiejś innej partnerki!
Mistrzyni jeszcze raz obejrzała ciało Barczatkowego Świtu, po czym mruknęła:
— Nie wyciągniemy jej stamtąd. To takie przykre, że jej rodzina nawet nie będzie mogła odbyć czuwania przy jej ciele… — przerwała, by spojrzeć w stronę swojego ucznia. — Jeśli zauważysz kiedyś Dwunożnego, to uciekaj od niego jak najdalej! Nie ma po co ryzykować. No, a ponadto nie zbliżaj się do żadnych ich wynalazków, bo widzisz, jak to się kończy! — prychnęła, po czym jej wzrok posmutniał. — Biedna Barczatkowy Świt… Może wystraszyła się tego hałasu i wspięła się na to drzewo, które akurat było przewracane przez te potwory? — zaczęła zastanawiać się na głos, lecz już po chwili głową wskazała Księżycowej Łapie, by się stąd zbierał.
Razem zaczęli zmierzać w stronę obozu, a Kocimiętkowy Wir już zastanawiała się nad tym, co powie Zalotnej Gwieździe. Na pewno nie będzie zadowolona z faktu, że Dwunożni stanowią teraz zagrożenie dla jej klanu — ale na pewno coś wykombinuje, by się ich pozbyć! Rudofutra ufała liderce i była pewna, że uda jej się wymyślić jakiś plan, dzięki któremu przegoni tę zarazę.

* * *

Teraźniejszość

Przez Dwunożnych zniknął kolejny kot — Borsucza Puszcza. Zalotna Gwiazda wciąż nie wymyśliła żadnego planu, a przynajmniej nie podzieliła się nim ze swoimi pobratymcami. Obiecała jednak, że w końcu zajmie się tą sprawą i Dwunożni jeszcze pożałują, że tak zaczęli się tu panoszyć, a Kocimiętka nie miała powodów, by jej nie ufać. Pozostało tylko czekać i modlić się do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd o to, by nikt z jej bliskich nie ucierpiał w międzyczasie.
Jeśli chodzi o bliskich, rudofutra zauważyła ostatnio, że Nadciągający Pomrok straciła czubek lewego ucha. Chciała zapytać, skąd wzięła się ta rana, ale jakoś nie miała do tego głowy. Dostrzegła jednak, że Ognikowa Słota, Zalotna Gwiazda i kilka innych kotów także miało identyczne oznaczenia na uchu. Czy wynikało to z jakiejś wilczackiej tradycji, z którą Kocimiętka była niezaznajomiona, czy może był to zwykły przypadek? Może po terenach Klanu Wilka grasowały jakieś kuny, które miały wyjątkową chrapkę na lewe uszy kotów. Ciekawe, kiedy przyjdzie czas na Kocimiętkę i jej jakieś dzikie zwierzę zeżre kawałek ucha…
No, ale po co gdybać, skoro można było od razu zapytać któregoś z gagatków bez ucha, co mu się właściwie przytrafiło. Ofiarą padła Jaskółcze Ziele, która akurat przechodziła obok rudofutrej.
— Hej, hej, Jaskółko, Jaskółeczko! — mruknęła Kocimiętka, podnosząc się z miejsca.
Starsza zatrzymała się, wyraźnie zdziwiona tym, że prawie obca wojowniczka chciała z nią tak pilnie porozmawiać.
— Nie martw się, rozmowa nie potrwa długo! Chciałam cię tylko o coś spytać — oznajmiła, podchodząc do czarnofutrej. Gdy była już wystarczająco blisko, wpierw wlepiła wzrok w jej postrzępione ucho, a dopiero potem spojrzała jej prosto w oczy. — Chodzi o to, że dużo Wilczaków ma takie nacięcia! Ostatnio identyczne pojawiło się u Nadciągającego Pomroku i zaczęło mnie to zastanawiać — zaczęła, na co Jaskółka wyraźnie zbladła. — Skąd je macie?
Wojowniczka przełknęła ślinę, uśmiechnęła się niezręcznie i zrobiła krok w tył.
— To nic. P-przypadek — odparła. Kocimiętka spostrzegła, że starsza napięła mięśnie, jakby była gotowa do ucieczki.
— Ja ci nie wierzę! — uparła się rudofutra, marszcząc brwi. — No proszę, powiedz mi, czemu macie te na-
— Dobra, dobra! Wyjdźmy poza obóz, tylko nie krzycz więcej — burknęła w końcu wojowniczka, strzepując gniewnie ogonem.
Kocimiętkowy Wir uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach błysnęły triumfalne iskierki.
— Świetnie! W takim razie chodźmy — poleciła, żwawym krokiem kierując się w stronę wyjścia.
Jaskółka, nieco mniej chętnie, podążyła za pręgowaną kotką, widocznie w złym humorze.

* * *

Starsza wojowniczka szła w milczeniu, wpatrując się w swoje łapy, jakby właśnie kwestionowała wszystkie życiowe decyzje, które zaprowadziły ją w to miejsce.
Zielonooka widziała zmianę nastroju u Jaskółczego Ziela, ale nawet nie przywiązała do tego większej uwagi. Zresztą raczej nie miała zwyczaju zaprzątać sobie głowy takimi szczegółami, więc gorzka mina wojowniczki jej nie zniechęciła.
— Więc? Co masz mi do powiedzenia? Czy po terenach Klanu Wilka grasują jakieś dzikie zwierzęta, które polują na wasze uszy? — zaczęła się zastanawiać, na co Jaskółka podniosła głowę w zdziwieniu. W jej żółtych oczach błysnęło coś na kształt nadziei. — Powinnam się jakoś przed nimi chronić? Ja nie chcę stracić ucha!
Starsza zachichotała cicho, po czym odparła:
— Nie grożą ci. Ale faktycznie istnieją. Wychodzą tylko nocą, są zwinne i w mroku niemal niewidoczne! Jedyne, co dostrzeżesz, to ich błyszczące oczy i pyski umazane w krwawych śladach.
Po grzbiecie Kocimiętkowego Wiru przeszedł dreszcz.
— Rany! Brzmią groźnie… ale dlaczego mówisz, że mi nie zagrażają? — mruknęła, unosząc brew.
— No, bo… nie urodziłaś się w Klanie Wilka. Ani ty, ani twoja matka. One polują tylko na czystokrwistych Wilczaków — stwierdziła, kiwając z przekonaniem głową.
— Uff! A czy tylko polują na uszy, czy mogą też odebrać komuś życie? Teraz to się martwię o Nadciągający Pomrok i Ognikową Słotę… Czy im coś grozi? — zaczęła dopytywać, a jej serce przez moment zabiło szybciej. Bardzo nie chciała żyć ze świadomością, że na jej koleżanki polują jakieś dzikie bestie!
— Cóż, nie mogę cię okłamywać… mogą. Ale tylko wtedy, jeśli twoja dusza jest nieczysta, skażona przez Klan Gwiazdy — oznajmiła Jaskółcze Ziele, wpatrując się przed siebie z poważnym wyrazem pyska.
— Ach, w takim razie nic im nie grozi! Dobrze wiedzieć. Dziękuję, Jaskółko — miauknęła rudofutra, lekko trącając starszą wojowniczkę w przyjacielskim geście. — Gdyby nie ty, dalej zastanawiałabym się nad pochodzeniem tych nacięć! Teraz na szczęście wszystko już jest jasne, więc możemy wracać do obozu.
Czarnofutra odetchnęła z ulgą.
— Tak, wracajmy już.

* * *

Na szczęście jej uczeń robił postępy. Może nie jakieś ogromne, ale jednak! Przynajmniej nie był nadzwyczaj uparty ani krnąbrny jak na przykład Cykoriowy Cykor. Z tego, co słyszała od Ognikowej Słoty, ta kotka to prawdziwy koszmar! W ogóle się nie słucha, nie chce się uczyć… ale teraz przynajmniej awansowała i nie musi być już niczyim problemem. No, może poza Garbatą Łapą. Kocur musiał szkolić się pod okiem tak paskudnej wojowniczki! Kocimiętce aż zrobiło się żal młodszego, ale zaraz przypomniała sobie, że on też jest raczej słaby i pewnie nic porządnego i tak by z niego nie wyrosło, nawet gdyby sama Zalotna Gwiazda została jego mentorką. Liderka miała rację — Cykoria i Garbatek pasowali do siebie jak ulał.
Rudofutra przeciągnęła się na swoim legowisku. Leżała i myślała już wystarczająco długo — w końcu nadszedł czas na prawdziwą pobudkę i zajęcie się codziennymi obowiązkami. Nie było ich może dużo, ale nie mogła z nimi zwlekać! Księżycowa Łapa sam się przecież nie wyszkoli a stos zwierzyny nie napełni.
Spokojnym krokiem wyszła z legowiska i skierowała się do tego, w którym drzemali uczniowie Klanu Wilka. Przyszłość klanu leżała właśnie w ich łapach! Jednak gdy wsunęła głowę do środka, dostrzegła jedynie Księżycową Łapę i Garbatą Łapę. Czy to możliwe, że Kocimiętka przyszła po swojego ucznia jako ostatnia? W sumie nic dziwnego — często zdarzało jej się wstawać dosyć późno. Chociaż słońce wciąż nie było jeszcze wysoko.
— Księżycowa Łapo, idziemy na trening! — zawołała, zwracając uwagę białofutrego. Nie spał już, więc przynajmniej nie musiała go budzić.
Gdy uczeń podszedł do niej, a ona miała już wychodzić, nagle zamarła. Jej serce znów ścisnął żal. Biedny Garbata Łapa… taki samotny i smutny leżał w kącie legowiska. Może jednak warto byłoby dać mu szansę? Może jeszcze dałoby się wyprostować jego grzbiet i wyszkolić go na kota godnego miana Wilczaka? Inaczej pozostanie tylko bezużytecznym pasożytem podjadającym im zwierzynę.
Zielonooka nachyliła się do Księżycowej Łapy i szepnęła:
— Może weźmiemy go ze sobą? No popatrz tylko, jaki jest przygnębiony… Cykoriowy Cykor pewnie ani razu nie zabrała go poza obóz!
Białofutry nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Pręgowana, nie czekając na jego reakcję, podeszła do czekoladowego ucznia.
— Hej, Garbata Łapo! Może pójdziesz z nami na trening? — zapytała, uśmiechając się do kocura. — Mój uczeń musi z kimś poćwiczyć walkę, więc może się przydasz.
Początkowo młodszy spiął mięśnie i jeszcze mocniej skulił się w kłębek, ale po chwili uniósł uszy, a w jego oczach pojawiła się iskra determinacji.
— Ja? Z wami? Na trening? — zapytał, jakby nie dowierzał własnym zmysłom.
— No pewnie! — odparła Kocimiętkowy Wir.
W końcu cała trójka wyruszyła poza azyl.

* * *

Kocimiętka zaprowadziła dwóch młodych uczniów do Potwornej Przełęczy. Na miejscu zatrzymała się, pozwalając, by wiatr rozwiał jej futro, a potem zaciągnęła się świeżym powietrzem. Pora Nowych Liści zawitała na wilczackie tereny, barwiąc korony drzew na zielono. Rośliny powoli odżywały, a zwierzyny było coraz więcej.
— Uwielbiam tu polować na króliki razem z Ognikową Słotą! Kiedyś ci pokażę, jak to się robi, Księżycowa Łapo. Tobie może też, Garbata Łapo… ale to zależy od tego, jak będziesz się zachowywał na tym treningu! Muszę widzieć, że się starasz, a nie że jesteś niepotrzebnym balastem dla klanu! — fuknęła, na co czekoladowy skinął głową. — Dobrze, to może zaczniemy od sparingu? Księżycku, wykaż się swoimi dotychczas nabytymi umiejętnościami! — poleciła, spoglądając raz po raz na dwójkę uczniów.
Po chwili odsunęła się od nich i kontynuowała:
— Ustawcie się naprzeciwko siebie! Jak dam znak, rzucicie się na siebie i spróbujecie zawalczyć. Tylko bez pazurów! Wygrywa ten, któremu pierwszemu uda się przygwoździć przeciwnika do ziemi na dłużej niż pięć uderzeń serca!
W duchu modliła się, by biały kocur poradził sobie z przeciwnikiem. Przecież był starszy, bardziej doświadczony i miał prosty kręgosłup. Musiał wygrać!

<Księżycowa Łapo?>

[1760 słów]

[18%]

23 kwietnia 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Ognikowej Słoty

— Zabiorę cię znowu na polowanie na króliki, jak za starych czasów — dodała Ognikowa Słota, układając się wygodnie na kamieniu. — Dostałaś też własnego ucznia, prawda? Księżycową Łapę… — zagadnęła, zwracając wreszcie uwagę rudej mistrzyni z powrotem.
— Tak! Uczy się naprawdę pilnie. Pracujemy wspólnie nad jego płaczliwością i niepewnością. Ma dobre serce — wyjaśniła prędko, poruszając nieznacznie kikutem ogona. Jej wzrok w pewnym momencie uciekł gdzieś za szylkretkę, jakby coś tam w oddali było ciekawsze, niż ona.
— Pod twoim okiem sobie poradzi. Wystarczy, że ktoś pokaże mu, jak zachowywać się jak przykładny Wilczak — odparła brązowooka pewnie, mrużąc na chwilę ślepia, jakby słońce zaświeciło jej prosto w pysk.
Kocimiętka po chwili wróciła spojrzeniem do towarzyszki, chcąc odnieść się do jej poprzednich słów. Przez moment myślała o polowaniu na króliki, aż w końcu doszła do wniosku, że może…
— Nie chcesz zapolować na ptaki? Wystarczająco się uganiałyśmy za tymi uszakami, może czas spróbować czegoś innego — zaśmiała się miękko, patrząc na Słotę z nadzieją i ekscytacją iskrzącymi w jej ślepiach. — Myślisz, że jak zjem wystarczająco takich upierzonych piszczek, to wyrosną mi skrzydła? — zaczęła się zastanawiać, kompletnie zapominając o sensie tej rozmowy. — Och… chciałabym być ptakiem; chciałabym być wolna jak one. O niczym innym nie marzę, oprócz tego, by zatrzepotać rozłożystymi skrzydłami! — mówiła dalej, aż dopóki Ognikowa Słota nie odchrząknęła. Ten cichy dźwięk sprowadził rudofutrą na ziemię — przynajmniej na moment.
— Mi pasuje. Nieważne, na co będziemy polować. Ważne, żeby pod koniec dnia reszta Wilczaków miała czym zapełnić brzuchy — stwierdziła mistrzyni, skinąwszy głową.
Zielonooka na słowa przyjaciółki podniosła się z miejsca, nastawiając uszy w stronę wyjścia.
— W takim razie ruszajmy od razu! Po co mamy marnować czas — oznajmiła, już wykonując pierwszy krok do przodu. Zazwyczaj nie pchała się do niczego z aż takim zapałem, ale dziś uznała, że nie ma nic złego we wspólnym polowaniu z bliskim kotem.
Szylkretka w końcu podążyła za swoją towarzyszką, dorównując jej kroku. Obie żwawo ruszyły przez las, rozglądając się wokół i uważnie węsząc, by odnaleźć trop jakiejś skrzydlatej istoty.

* * *

Siedziała przy Miodowej Łapie, starannie wylizując swoje rude futerko. Niedawno wróciła z patrolu, na którym zabrudziła swoje łapy lepkim błotem. Pogoda w Porze Nagich Drzew im nie dopisywała. Było brudno, ponuro i ulewnie — ale przynajmniej nie zalegały grube warstwy śniegu. Kotom nie doskwierał też przenikliwy chłód, co dla Kocimiętki było dużym plusem. Nie miała za dobrej tolerancji na zimno i drżała z każdym mroźniejszym podmuchem. Choć teraz już sama nie wiedziała, czy wolałaby już to zimno, czy użeranie się z tymi wszechobecnymi kałużami…
— Lubisz Wilczy Skowyt? — zagadnęła nagle Miodowa Łapa, wyrywając rudą z rozmyślań. — Został moim mentorem. Nie znam go jeszcze za dobrze, wiesz? — przyznała, spoglądając w przestrzeń przed sobą.
Zielonooka zmarszczyła nos i prychnęła z poirytowaniem.
— Chyba żartujesz! — fuknęła oburzona Kocimiętka, kręcąc głową. — Nie znoszę go. Rozumiesz, że na jednym ze zgromadzeń zaczął mnie obrażać? Mnie! Mnie obrażać! — oburzyła się jeszcze bardziej, pusząc futro na grzbiecie.
Złocista uczennica zamrugała ze zdziwieniem i trochę się skuliła, jakby nie spodziewając się tak gwałtownej reakcji wojowniczki.
— Och… — odparła po jakimś czasie. — A jeśli mogę spytać… To, czym są te zgromadzenia? — dopytała, powoli odzyskując swój typowy, radosny ton, który wcześniej został zaburzony przez słowa Kocimiętki.
— Nic wielkiego. Znaczy, w sumie… są dosyć ważne. Twój mentor pewnie już ci opowiadał o tym, że wraz z nami żyje jeszcze kilka klanów. Na zgromadzeniach wszystkie koty znad morza spotykają się na wyspie, dzielą nowinkami. To czas pokoju, podczas zgromadzeń nie można się nawzajem atakować ani obrażać — zaczęła wyjaśniać.
— Chwilunia… To na co dzień możecie ze sobą walczyć? — dopytała zdumiona kotka.
Mistrzyni zachichotała pod nosem. Biedna pieszczoszka, trafiła do nieodpowiedniego miejsca… Klan Wilka był niezwykle brutalny. Walki i zagrażające życiu testy były tu codziennością.
— Cóż, z własnymi pobratymcami raczej nie możesz się bić. Przynajmniej nie proszona. Ale jeśli któryś z obcoklanowców wtargnie na tereny Klanu Wilka, masz obowiązek go przegonić. Czasem wystarczą słowa, a czasem trzeba użyć… siły — odparła Kocimiętka beztroskim tonem, jakby to była codzienność.
Złocista uczennica nie wyglądała jednak na zachwyconą takim stanem rzeczy.
— Ale to głupie! Dlaczego musimy się dzielić? Nie możemy wszyscy… stworzyć jednego, wielkiego klanu i razem w nim zamieszkać? — zastanowiła się na głos, na co ruda ponownie parsknęła śmiechem.
— Dobre sobie! Nasze zwyczaje zbyt bardzo się różnią, by nagle wszyscy byli w stanie się ze sobą połączyć. Jest lepiej, gdy żyjemy osobno — stwierdziła zielonooka, jednak Miodowa Łapa wciąż wyglądała na zmieszaną.
— Dla chcącego nic trudnego… Na pewno dałoby się coś wymyślić! — drążyła dalej.
Kocimiętkowy Wir powoli irytowała się podejściem złotej do spraw klanowych. Przybyła tu nie wiadomo skąd i chce zmieniać porządek, który panuje tu od sezonów!
— Może i by się dało, ale po co! Od tylu księżyców żyjemy w taki sposób i nikt nie narzeka. No, może oprócz ciebie. Ale ty jesteś “miastowa”, więc nie oczekuję, że od razu zrozumiesz, jak to wszystko tu funkcjonuje — odparła mistrzyni, może trochę przesadzając z tym aroganckim tonem.
— To, że coś działa, nie znaczy, że nie może być jeszcze lepsze… — mruknęła Miodowa Łapa pod nosem, na co zielonooka nawet nie miała siły zareagować. Co się będzie wykłócać z jakąś paniusią, która świat widzi w różowych kolorach.
— Nieważne. Najpierw się mianuj, a potem dopiero zmieniaj inne koty — podsumowała. — Właściwie… może przejdziesz się ze mną na spacer? — zaproponowała po chwili rudofutra, unosząc uszy do góry. Jakby ten patrol nie wymęczył ją wystarczająco, przejdzie się jeszcze po wilczackich terenach z puchatą pańcią…
— Cóż, chyba nic nie stoi mi na przeszkodzie… — stwierdziła, uśmiechając się do starszej kotki.
— Świetnie! Może weźmiemy jeszcze ze sobą Ognikową Słotę, co? Rozmawiałyście już? W ogóle to może nauczymy cię polować na króliki! Musisz uwierzyć, że jesteśmy w tym świetne. Polujemy na te uszaki lepiej niż niejeden Burzak! — pochwaliła się, wypinając dumnie pierś.
— Nie rozmawiałam nigdy z tą kotką, ale mogę to zmienić — odpowiedziała Miodowa Łapa.
Kocimiętka ruchem głowy nakazała towarzyszce, by poszła za nią. Wspólnie udały się do legowiska wojowników, gdzie odpoczywała szylkretowa kocica.
— Słoto! Co powiesz na polowanie na króliki z gościem specjalnym? — zapytała, odsuwając się, by ukazać stojącą za nią złocistą kotkę. — Ta-da! Miodowej Łapie przyda się mały trening, a kto wyszkoli ją lepiej, niż my? — stwierdziła, przewracając oczami. Po chwili podeszła do mistrzyni i dodała szeptem:
— A ja nie lubię tego Wilczego Skowytu. Pewnie niczego pożytecznego jej nie przekaże!

<Ognikowa Słoto?>