BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzwonkowy Świst. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzwonkowy Świst. Pokaż wszystkie posty

14 lipca 2026

Od Dzwonkowego Świstu CD. Pożarowej Łapy (Ostatniego Pożaru)

Początkowo sądził, że to z jej strony to jakiś ponury żart. Natomiast poważny wyraz jej pyska nie pozostawiał miejsca na takie przypuszczania. Przełknął gulę, która urosła mu w gardle, a sierść na karku zjeżyła mu się mimowolnie. Serce waliło mu jak oszalałe, a wzrok nerwowo uciekał od niej ku podłożu, by po chwili znów na niej spocząć. Każdy oddech tylko potęgował suchość na języku.
– Odchodzisz, tak po prostu? Porzucasz mnie, nasze dzieci, bo jesteś zmęczona? – Nie wierzył w to, co mu powiedziała, tym bardziej przez fakt na to, z jaką łatwością jej to przyszło. Zabrzmiał ostro, nawet dla siebie samego, ale nie zamierzał w tym przypadku udawać, że wszystko było w porządku. – Czy ja mam cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie?
Kotka nie drgnęła. Jej pomarańczowe oczy, zwykle bystre i czujne, teraz były matowe i obojętne. Wolno liznęła łapę, jakby próbowała zmyć z siebie resztki wspomnień z ich krótkiego, wspólnego życia, po czym spojrzała na niego z góry.
Oceniała go. Nawet teraz, w tak dramatycznym momencie. Zdawało mu się, że próbowała odgadnąć co dokładnie siedziało mu teraz w głowie. Tego akurat sam nie był w stanie na ten moment stwierdzić.
– Tak – miauknęła cicho, bez wahania. – Odchodzę z tej relacji. Ty i kocięta dacie sobie radę. Masz w sobie dość siły, by się nimi zająć, widzę, że sprawia ci to jakąkolwiek radość. To nie dla mnie.
Rudy chyba po raz pierwszy w życiu poczuł prawdziwy, pulsujący w nim gniew, zmieszany z rozpaczą. Nie chciał pokazać przy niej słabości.
Stał nieruchomo, czując, jak wściekłość rozpala mu skórę pod gęstym, rudym futrem. Każdy mięsień w jego ciele był napięty do granic możliwości. To uczucie było mu zupełnie obce, co by się w życiu nie działo, kogo by nie stracił, nigdy nie zdzierało mu to uśmiechu z pyska, nie gasiło jego wiecznego optymizmu.
Chciał rzucić się naprzód, fuknąć jej prosto w pysk, zmusić ją, by spojrzała na niego i zrozumiała, co właśnie zrobiła. Nie mu, przede wszystkim ich dwójce pociech, na których w tym momencie mu najbardziej zależało.
Chciał, by zobaczyła strach w jego oczach. Ten sam, który jednocześnie tak desperacko próbował w tej chwili ukryć.
Pożar jednak nie dała mu tej satysfakcji. Odwróciła się płynnym, niemal leniwym ruchem. Jej ogon drgnął lekko na pożegnanie, gdy bez słowa ruszyła w stronę wyjścia.
Przesunęła się cieniem wzdłuż ściany i zniknęła w wąskiej szczelinie okna, pozostawiając po sobie jedynie zapach deszczu i chłodu, który natychmiast wdarł się do ciepłego jak dotąd kąta.
Został sam.
W ciszy, jaka zapadła, jedynym dźwiękiem był jego drżący oddech. Czuł, jak łzy gromadzą mu się w kącikach oczu, tylko po to, by po chwili opaść swobodnie po polikach. Skapywały na ziemię, a każde kolejne uderzenie powodowało w Dzwonku rozczarowanie, zawód.
Już sam nie był pewny co czuje. Oślepiała go silna złość, a jednocześnie czuł się słaby przez złamane serce. On naprawdę coś do niej czuł. Coś więcej, niż jedynie tylko przelotne uczucie. Przez większosć życia nie przejawiła mu się ani jedna relacja romantyczna, więc gdy bliżej starości po raz pierwszy coś poruszyło jego sercem, uznał, że to była prawdziwa miłość, prawdziwe uczucie, które zostało teraz w taki bestialski sposób złamane i porzucone. Zupełnie jak on.
Rudy powoli opuścił zjeżoną sierść. Napięcie opuściło jego mięśnie, pozostawiając jedynie paraliżujące poczucie pustki. W tym wszystkim jego jedyną radością pozostawało to, że doczekał się dzieci. Przeszył go strach i seria czarnych myśli. W tym momencie nie przypominał w żadnym stopniu samego siebie, tego wiecznie radosnego i pogodnego kocura. Jakby odebrała mu kociaki…
Nie mógł tak rozmyślać. Zostawiła je. Zrzekła się nich. On postara się ze wszystkich sił, by niczego im nie brakowało, aby pustka w życiu po matce nie była zbyt bolesna.
Wpatrywał się na wpół otwartymi oczami w ziemię. Dopiero teraz masa myśli zaczęła układać mu się w spójną całość. Znaki, że coś w ich relacji zmierzało w złą stronę, były z pewnością widoczne od dawna. Dlaczego więc tak długo ślepota trzymała się jego oczu?

wspomnienia

Nadchodzący dzień od samego początku zapowiadał się ciężko.
Pożar ani myślała spędzać kolejnego dnia zamknięta w żłobku. Nawet kiedy Dzwonek ostrożnie zasugerował, że nic nie stoi na przeszkodzie, by zabrała kocięta na nasłonecznioną część obozu i pozwoliła im pobiegać pod czujnym okiem innych wojowników, tylko pokręciła głową.
Nie nalegał. Doskonale rozumiał, że nieustanna opieka nad dwójką ciekawskich maluchów potrafi wyczerpać bardziej niż całodniowy patrol. Oboje byli ich rodzicami, stąd nie widział powodu, dla którego to właśnie ona miałaby brać na siebie cały ciężar wychowania. Jeśli potrzebowała chwili dla siebie, zamierzał jej ją dać.
O tej porze Pożar zazwyczaj leżała już przy wejściu do żłobka, z ogonem owiniętym wokół łap.
Tego ranka jej posłanie pozostawało puste. Musiała je opuścić skoro tylko nadała się ku temu okazja, zapewne z myślą o rozprostowaniu łap, zdrętwiałych od braku większego ruchu.
W panującej wewnątrz ciszy pierwsza poruszyła się Żywica. Ziewnęła szeroko, aż pokazały się maleńkie kły, po czym przeciągnęła się tak mocno, że jej drobne łapki niemal rozjechały się na miękkim mchu. Chwilę później zaspany Bursztyn wtulił pyszczek w posłanie i zmarszczył nos, jakby dopiero teraz zorientował się, że nie czuje znajomego zapachu.
– Tato? A gdzie jest mama? – zapytała jaśniejsza koteczka, przecierając pyszczek łapką. Jej spojrzenie zielonych ślepi powędrowało ku wejściu do żłobka, gdzie między liśćmi migotały pierwsze promienie słońca. – Zazwyczaj już dawno myła mi futerko...
Dzwonek poczuł lekkie ukłucie w piersi.
Uśmiechnął się jednak najcieplej, jak potrafił, obserwując, jak oboje niezgrabnie drepczą w jego stronę. Ich krótkie ogonki sterczały pionowo, a spojrzenia pełne były dziecięcej ufności.
– Mama... musiała pilnie wyjść – odparł spokojnie. – Ma dziś sporo obowiązków dla klanu.
Nie miał serca powiedzieć prawdy. Kocięta nie zrozumiałyby, że nawet najbardziej kochający rodzic czasem potrzebuje chwili oddechu.
– Tak wcześnie? – prychnął Bursztyn, uderzając ogonkiem o ziemię. – Przecież obiecała, że pokaże nam dzisiaj, jak skradać się do myszy. Mieliśmy ćwiczyć razem! Dlaczego poszła bez nas?
– Bo sprawy klanu bywają bardzo skomplikowane, maluchu – odparł Dzwonek, przyciągając syna do siebie miękkim ruchem ogona. – Ale nic straconego. Dzisiaj to ja będę waszym “mentorem”. Co wy na to?
Żywica, która dotąd siedziała spokojniej, zbliżyła się gwałtownie do ojca i delikatnie trąciła nosem jego rude futro. Zadowolona zamruczała cichutko.
Dzwonek odwzajemnił gest.
– No dobrze. To zobaczmy, czy potraficie skradać się równie cicho jak wojownicy.


Ten sam dzień, wieczór


Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, rozlewając po niebie pasma głębokiej czerwieni i pomarańczu. Barwy boleśnie przypominały Dzwonkowi płomienne oczy Pożar, która wciąż nie wróciła, chociaż zapewniała, że pojawi się przed zachodem.
Coraz częściej zerkał w stronę wejścia do żłobka. Za każdym razem serce podskakiwało mu z nadzieją, tylko po to, by po chwili opaść ciężko, gdy dostrzegał kolejnego wojownika mijającego wejście, zamiast niej.
– Tato, patrz! Dobrze? – zawołał Bursztyn.
Przykucnął nisko przy ziemi, łopatki wyraźnie odznaczały się pod miękkim futerkiem, a jego mały ogonek drżał z przejęcia.
Dzwonek zmusił się do ciepłego mruknięcia.
– Bardzo dobrze. Tylko trzymaj ogon niżej. Jeśli będzie tak podskakiwał, każda mysz usłyszy cię z kilku długości ogona.
Bursztyn natychmiast przycisnął ogonek do ziemi.
– A tak? – zapytała Żywica, naśladując brata z ogromnym skupieniem.
– Jeszcze odrobinę niżej...
Kotka poprawiła postawę z taką powagą, jakby od tego zależał los całego klanu.
Dzwonkowi ścisnęło się serce.
Kiedy był w ich wieku, całymi dniami bawił się w polowanie. Głównie sam, bo Skowronek od zawsze wolał zbierać zioła, a Knieja... Knieja była po prostu Knieją. Nigdy nie potrafił przewidzieć, co zrobi za chwilę.
– Idealnie, skarbie – wymruczał.
Po chwili Żywica dumnie przyniosła mu niewielki kamyk, najwyraźniej uznając go za upolowaną zdobycz. Zaśmiał się cicho.
– Prawdziwa łowczyni z ciebie rośnie.
Delikatnie musnął czubkiem nosa jej czoło. Kotka zamruczała z zadowolenia.
Patrząc na błyszczące z dumy oczy swoich dzieci, poczuł kolejne ukłucie niepokoju.
Jak długo jeszcze będzie umiał tłumaczyć ich matkę?
Zmęczone całym dniem zabaw kocięta jedno po drugim zaczęły ziewać. Żywica pierwsza wtuliła pyszczek w mech, a Bursztyn odruchowo przesunął się na miejsce, gdzie zwykle spała Pożar.
Zatrzymał się i pociągnął nosem.
– Tato... Mama jeszcze nie wróciła?
– Jeszcze nie – odpowiedział cicho. Przyciągnął oboje do siebie i owinął ich ogonem.– Ale wiecie co? Dzisiaj to ja zostanę z wami na noc.
Dwa drobne pyszczki natychmiast rozjaśniły się uśmiechami. Bursztyn wtulił się w jego bok, a Żywica ułożyła głowę na jego łapie, mrucząc cichutko. Dzwonek zamknął oczy.
Nie wiedział, gdzie była Pożar. Nie wiedział nawet, kiedy wróci.
Jedno wiedział na pewno.
Dopóki oddychał, jego dzieci nie miały prawa poczuć się opuszczone.


 Po rozstaniu

Był dumny. Chociaż to i tak zbyt mało w porównaniu z tym co czuł. Jego dzieci niedawno weszły w kolejny etap w drodze rozwoju i stania się aktywną częścią klanu. Pamiętał swój etap szkolenia na wojownika. Te wszystkie nowe umiejętności, które nabył podczas treningów, przydały mu się aż do teraz. I mógł dzięki temu nieco poduczyć swoje dzieci. W jego piersi zbierała się fala wzruszenia, której już dłużej nie potrafił w sobie dusić. Patrzył teraz dumnym wzrokiem na dwójkę uczniów, czując radość. Nawet na krótką chwilę, zapomniał o złej relacji z Pożar i na moment wydawało mu się, że jest jak dawniej.
Że są kompletną rodziną.
Niespodziewanie naszły go czarne myśli. Niestety, nie zostało mu zbyt dużo czasu. Był już w podeszłym wieku. Żałował, że gdy nie był młodszy, nie pragnął założyć rodziny. Chociaż tak naprawdę z Pożar wyszło nieco przypadkiem, lecz pokochał te dwie małe rude kulki całym swoim sercem.
Da z siebie wszystko, będzie je wychowywał do ostatniego tchnienia. Nie mógł się poddać, dopóki zdrowie mu pozwalało, będzie przy nich, wspierając je w każdej trudnej chwili, jaką przyniesie im przyszłe życie.
Westchnął ciężko. Każdy kolejny księżyc przybliżał go ku końcowi. Dokuczliwy ból odezwał się nagle w stawach przypominając o upływającym czasie. Ilekroć spoglądał na swoje dzieci, widok ich rozwoju napawał go błogim spokojem. Gdzieś w nim tliła się nadzieja, że może jakimś cudem, odbuduje relację z kotką. Naiwnie sądził w duchu, że może przemyślała to wszystko i ponownie do siebie wrócą. On był jeszcze w stanie jej przebaczyć te słowa, które wciąż rozbrzmiewały mu w głowie.
Westchnął cicho, gdyż takie samo oszukiwanie siebie nie przynosiło mu nic dobrego. Niepotrzebnie nakręcał się i wierzyl w to, że ich ścieżki ponownie się ze sobą splotą.




< Koniec sesji >

31 maja 2026

Od Dzwonkowego Świstu CD. Pożarowej Łapy

*Czasy, gdy Bursztyn i Żywica są kociętami*

Napadły go ostatnimi czasy nieustanne wątpliwości. Oczywiście nie chodziło mu o dzieci, one były dla niego oczkiem w głowie, niezależnie od tego, jak się zachowywały. Kwestie sporne dotyczyły jego partnerki, jeśli mógł ją w ogóle tak nazwać. Ich relacja była dość skomplikowana. Pomimo że mieli razem dzieci, a on darzył Pożar uczuciem, to miewał dylemat, czy nie za szybko się to wszystko potoczyło. Pokochał szczerze kotkę, a wspólne chwile zawsze miło wspominał, nawet jeśli charakterami byli od siebie totalnie różni.
Westchnął ciężko i spojrzał w stronę legowiska, gdzie odpoczywała Pożar. Jej ogniste futro lśniło w blasku księżyca. Była silna, niezależna i dumna. Cechy, które na początku tak bardzo go fascynowały i na dłużej zatrzymały go u jej boku. Jednak tempo, w jakim ich losy się splotły, wciąż budziło w nim niepokój. Czy to była prawdziwa miłość, zrodzona z głębokiego uczucia, czy może jedynie wynik chwilowego zauroczenia? Nie był przecież już od dawna młodzieńcem którym szargały emocje, powinien być bardziej stabilny w kwestii swoich uczuć.
Nadal pamiętał ich pierwsze spotkania, pełne napięcia i niepewności, a potem nagły zwrot akcji, który rzucił ich w wir wspólnych obowiązków. Narodziny kociąt zmieniły wszystko. Od tamtej pory nie był już tylko wolnym kocurem odpowiedzialnym za samego siebie. Stał się filarem rodziny. Rodziny, której już prawie sam nie miał.
Wydawało mu się, że to, co z reguły łączy i zbliża, ich oddalało coraz to bardziej od siebie z dnia na dzień. Zauważył, że to mu zdarza się spędzać więcej czasu z dziećmi niż jej. Wpierw zrzucał to na zmęczenie po porodzie, jednak gdy maluchy rosły, jej obecność zdawała się coraz to rzadsza. Może tak niefortunnie się mijali, choć w to szczerze wątpił.
Zauważył ruch po swojej lewej stronie. Pożar uniosła głowę i spojrzała prosto na niego. Przez dłuższą chwilę milczeli, wpatrzeni w siebie. Dzwonek przełknął ślinę, czując jak serce zaczyna mu szybciej bić.
— Nie śpisz? — zapytał cicho, starając się, by w jego głosie nie brzmiał żal, a jedynie troska. Tamta westchnęła cicho, poruszając powoli ogonem.
— Słyszałam, jak kręcisz się po okolicy. Obserwowałam cię jakiś czas. O czym myślisz?
Zawahał się. Przywołał w głowie obraz małych, wtulonych w siebie kociąt. Wiedział, że jeśli teraz nie powie prawdy, będzie go to zżerać do końca życia.
— O nas, Pożar — zaczął, zniżając głos do szeptu. — O tym, jak szybko to wszystko się potoczyło. I o tym, że coraz mniej cię tu widzę. Maluchy rosną, potrzebują cię, a ty ciągle gdzieś znikasz. Czasami mam wrażenie, że uciekasz. Od nich... albo ode mnie — wyznał.

< Pożar?>


30 kwietnia 2026

Od Dzwonkowego Świstu

Nie mógł nacieszyć się swoimi dziećmi. Choć córka nie sprawiała zbyt wiele problemów, syn to była inna bajka. Dzwonkowy Świst był oczywiście dumny z bycia ojcem dwójki kociaków, nawet jeśli były one nieplanowane. Nie mógł jednak zawczasu przewidzieć, że zachowanie Bursztyna będzie stawało się coraz to gorsze. Kocurek był niesforny na najgorszy możliwy sposób, a przy tym wszędzie było go pełno. Wręcz za pełno. Gdzie coś dało się zniszczyć, on to zazwyczaj, zapewne niecelowo, ale jednak, niszczył. Jego ciekawość świata nie znała żadnych granic. Żywica przy tym stanowiła jego zupełny kontrast - była delikatna, spokojna i uważna. Patrzyła na to wszystko z lekkim zdziwieniem, jakby nie do końca rozumiała, skąd u jej brata tyle energii. Często siadała obok ojca i marudziła mu nieco na rudego kocurka. Wywoływało to lekki uśmiech na pyszczku Dzwonka.
Słuchał jej cierpliwie, czasem kiwając głową, a innym razem zapewniając jej, że Bursztynowi przejdzie wraz z upływem księżyców. A przynajmniej miał taką nadzieję.
— Wiesz dobrze, że twój brat jest dosyć… — Zawahał się, szukając odpowiedniego słowa — porywisty. Z wiekiem powinno mu to przejść, albo chociaż nieco się uspokoi. — Zapewniał swoją córkę, lecz sam w to do końca nie wierzył. W końcu w nim samym została ta młodzieńcza iskra, która mimo sędziwego wieku, nie zniknęła i ciągle gdzieś się w nim tliła. Mimo że jego ciało nie mogło w pełni cieszyć się biegiem, to miał w głowie tą samą lekkość, co kiedyś. Patrzył na Bursztyna, który w tej chwili próbował złapać jednego z liści z kolekcji Żywicy. Dzwonek westchnął cicho, ale w jego spojrzeniu kryło się coś więcej niż zmęczenie. Zrozumienie, a nawet odrobina dumy.
— On po prostu jeszcze nie wie, gdzie są granice — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Ruda przekrzywiła głowę, przyglądając się bratu z mieszaniną ciekawości i przerażenia.
— Niszczy mi kolekcje — odparła smętnie.
— O to się nie martw. Jestem pewny, że gdy zostaniesz uczennicą, to będziesz miała całe legowisko wypełnione przeróżnymi skarbami. — Na te słowa poczuł ukłucie smutku. Owszem, dożyje tego momentu, ale co dalej? Nie łudził się, że zobaczy swoje wnuki, nawet nie wiedział, czy powstaną. Nie zobaczy nawet swoich dzieci, pełnego obrazu tego, jak dorastają i jak dumnie służą klanu jako dzielni wojownicy. A może wybraliby różne drogi? Dopóki żyliby sami ze sobą w zgodzie i szczęśliwie, czułby spokój. To było dla niego najważniejsze.

28 marca 2026

Od Dzwonkowego Świstu CD. Żywicy

Zaśmiał się cicho, nie chcąc budzić Bursztynu leżącego przy mamie.
— O tej porze rośnie wiele takich pięknych i kolorowych kwiatów na łące — odparł, wzdychając cicho. Oczami wyobraźni widział młodszą wersję siebie biegnącą niczym strzała. Wysokie trawy nigdy nie były przeszkodą, a z każdym kolejnym krokiem tylko nabierał tempa. — Nie, większość kotów nie bije się o takie rzeczy, skarbie. Jeśli mowa o pojedynkach, to urządzamy, szczególnie jako uczniowie, chociaż niektórzy wojownicy też, małe zawody w polowaniu na zwierzynę.
Jej nagła zmiana spojrzenia stanowiła dla niego pierwsze ostrzeżenie, że coś jest nie tak.
— Polowaniu? — powtórzyła z pewnym wahaniem. — I na czym to polega? Gonicie zwierzątka i potem, jak je doganiacie, to co? Pozwalacie im biec dalej, tak? — zapytała, na nowo pełna nadziei.
Jego uśmiech drgnął nieznacznie. Czy to była odpowiednia pora na powiedzenie prawdy? Mógł również utrzymywać córkę w błogiej nieświadomości, ale nic dobrego by z tego nie wyszło. W przyszłości, gdyby dowiedziała się, że została oszukana przez własnego ojca, pękło by jej serce. Jemu zresztą też.
— Niezupełnie. Gonisz zwierzę, a potem je łapiesz i zabierasz do obozu. Jako… pożywienie dla pozostałych kotów.
— Uh. — Tylko tyle umknęło jej z pyszczka, gdy obejrzała się ze zniesmaczeniem za siebie. Wyglądała, jakby przez dłuższy moment kwestionowała wszystko, w co tej pory wierzyła w swoim krótkim życiu. — Myślałam, że to, co je mama, to już jest znajdowane... Nieruchome. Czy ja też będę musiała... Bić zwierzątka do nieprzytomności? — wykrztusiła w końcu z siebie, drżącym głosem.
Zawahał się. Trochę żałował, że powiedział to jej wprost. Rzucił nerwowy uśmiech, zastanawiając się, czy nie dostanie reprymendy od Pożar. Chociaż nie można było okłamywać dzieci, prawda? Wcześniej czy później i tak by to odkryła. Szczególnie przed wejściem w uczniowski okres życia.
— Tak. W większym bądź mniejszym stopniu. Wiesz, bez tych zwierzątek, nie mielibyśmy co jeść. Może się wydawać to okrutne, lecz tak działa natura... Oczywiście, na przykład ja, zawsze przed oddaniem końcowego ciosu, dziękuję w myślach za ich poświęcenie dla naszego przeżycia — wyjaśnił, potakując. — Hej, nie miej takiej ponury miny. Patrz, co zaplątało mi się w futrze. — Chcąc poprawić humor małej kotce, złapał w pysk kolorowy liść, który znalazł wcześniej. Położył go obok niej, mając nadzieję, że odwróci to jej myśli od odbytej przed chwilą rozmowy.
Przez pierwszą chwilę zdawała się go zignorować, spoglądając gdzieś w bok bez większych emocji w spojrzeniu. Dopiero gdy zerknęła, jak gdyby od niechcenia, na nowy prezent, lekko się rozpromieniła.
— Ojeju, jaki śliczny. — Uciekło z niej te kilka słów. — A czy to prawda, że liście zmieniają kolory? Bo... Bo tak słyszałam…
— Tak, w zależności od pory. Teraz mamy Porę Opadających Liści, więc liście są różnokolorowe. Pomarańczowe, żółte, czerwone… Porą Nowych Liści, to jak sama dobrze wiesz, bo przynosiłem ci, są najbardziej zielone — wytłumaczył.
Westchnął z wyraźną ulgą, widząc, że Żywica posłała mu ciepły uśmiech.
Być może był już w podeszłym wieku, lecz wciąż czuł się młodo. Mimo że czasem ciało nie pozwalało na to, co podpowiadało serce, to jednak nie brakowało mu chęci. Jednak to, jak patrzyła na niego Żywica, sprawiło, że gdzieś głęboko w środku znów czuł się lekki, niemal jak za dawnych lat. Kąciki pyska uniosły się nieznacznie do góry. Wspomnienia z młodości były wyjątkowe. Wciąż nie raz widział na rozległych łąkach, jakby ścigał się z Skowronim Odłamkiem, bądź Kwiecistą Knieją. Obrazy jego mamy i ojca, wspierających go od pierwszych dni życia, ciągle zdawały się żywe, jakby nigdy nie odeszły wraz z upływem mijających księżyców. Wierzył, że są razem w Klanie Gwiazd i patrzą z dumą i radością na swych wnuków. Słyszał ich głosy w szumie wiatru i czuł ich obecność w ciepłych promieniach słońca. Na moment przymknął oczy, a potem zamrugał parę razy, nie chcąc płakać przy swoich dzieciach. Musiał być silny. Dla siebie, a w szczególności dla nich.
— Wszystko w porządku, tato? — Z zamyśleń wyrwał go głos Żywicy. Brzmiała na lekko zmartwioną.
— Oczywiście. To co, poszukać ci jeszcze skarbów? O tej porze można znaleźć naprawdę wiele pięknych zdobyczy.

< Córciu?>

28 lutego 2026

Od Dzwonkowego Świstu CD. Pożarowej Łapy

Zaskoczony jej nagłą propozycją przez pierwszą chwilę wpatrywał się w nią z szeroko otwartymi oczami. Uśmiech zawitał natychmiastowo na jego pysku.
— Nie licz na wygraną tak łatwo!
Nie spodziewał się, że raptem parę księżyców temu, Pożar która wpierw nie była zbytnio zainteresowana bliższą znajomością, teraz sama będzie proponować wspólny bieg.
Widział kątem oka jak ruda pędziła przez obóz. Kilka kotów podniosło głowy znad świeżej zdobyczy, gdy przemknęła obok.
Nie czekając chwili dłużej, pędem ruszył za nią. Czuł, jak ekscytacja miesza się z rosnącym szczęściem, z każdym przebiegniętym metrem. Mimo wieku, był jeszcze dość sprawy i ku uldze, potrafił jeszcze szybko biec.
Wypadli z obozu, przemierzając łąki. Słońce przyjemnie świeciło w futro, a Dzwonek poczuł, że żyje.
Po paru chwilach dorównał jej wreszcie kroku. Nie zamierzał poddawać się tak łatwo.
— Nie licz na fory! — zawołał.
— W życiu! Wygram jedynie uczciwie!
Upadły Potwór wyłonił się przed nimi. Kocur chciał przyspieszyć, ale na moment zabrakło mu tchu. Wiedział, że przegrał, gdy kotka z pewnością nabrała rozpędu na ostatnich metrach.
— Wygrałam! — wydyszała triumfalnie.
Sekundę później Dzwonkowy Świst wpadł na nią z impetem. Oboje potoczyli się po ziemi. Przez chwilę leżeli spleceni, a rudy spoglądał na nią przepraszającym wzrokiem.
Był skończony, myślał już o tym, co kotka mu powie i jaką dostanie od niej pogadankę.
Ku jemu zdziwieniu, Pożar jedynie cicho się zaśmiała, a on do niej dołączył.
Kotka pierwsza oprzytomniała. Wstała, otrzepała się i przysiadła niedaleko. Poszedł w jej ślady. Przez moment między nimi zapadła niezręczna cisza.
Postanowił ją przerwać.
— Wiesz… — odezwał się. — Lubię, kiedy się tak śmiejesz.
Serce zabiło mu mocniej. Był przekonany, że rzuci jak zwykle, jakąś ripostę, jak to miała w zwyczaju. Jednak ku jemu zdziwieniu tego nie zrobiła.
Zamiast tego uniosła podbródek.
— To przyzwyczajaj się — mruknęła.
— Naprawdę? Co w ciebie wstąpiło? — zapytał szczerze zaskoczony jej zachowaniem.


< Pożar?>

15 grudnia 2025

Od Dzwonkowego Świstu do Pożarowej Łapy

Od zawsze był optymistą i starał się podchodzić do każdej sytuacji, nawet tej najtrudniejszej, z uśmiechem. Jednak pogrzeb Skowroniego Odłamku zupełnie zatracił w nim jakiekolwiek poczucie szczęścia. Ból po stracie brata, z którym spędził całe swoje dzieciństwo, ich wspólne zabawy, rozmowy do późnej nocy i marzenia o przyszłości, stały się ciężarem, którego nie potrafił unieść. Każda myśl o nim wbijała mu się w serce, tworząc w nim coraz większą dziurę, której w żaden sposób nie można było załatać. Nie potrafił odnaleźć jeszcze nie tak dawnego optymizmu. Uśmiech, kiedyś ten szczery, w tej chwili przychodził mu z wielkim trudem i czuł, że na siłę jest teraz u niego wymuszany.
Świat jakby nagle stracił wszystkie barwy. Każdym porankiem instynktownie spoglądał w stronę legowiska medyków, mając cichą nadzieję, że zaraz ujrzy tam swojego brata. Niestety odpowiadała mu tylko bolesna cisza.
Nieświadomie wstrzymywał oddech, jakby liczył, że może za moment usłyszy znajomy krok, śmiech albo choćby syk irytacji, którym Skowroni Odłamek zwykł komentować poranne pobudki. Nic takiego jednak nie nastąpiło i zamiast jak zwykle radosnych wschodów słońca były one ponure. Czasem miał wrażenie, że jeśli pozwoli sobie, choć na sekundę zapomnieć o bólu, to zdradzi w ten sposób pamięć o Skowronim Odłamku. A jednocześnie wiedział, że nie mógł żyć zbyt długo w takim zawieszeniu. Obowiązki wojownika wzywały i nie mógł ich zaniedbać nawet przez taką ogromną stratę.
Wiedział, że nie może pozwolić sobie na całkowite zatracenie w żałobie. Wojownik, nawet złamany, nadal musiał żyć dalej i wypełniać swoje podstawowe zadania.
Przeciągnął się powoli, przygotowując do swych obowiązków. Najchętniej zostałby w obozie, lecz nie mógł zawieść klanu. Wyszedł z legowiska i przez ułamek sekundy zatrzymał się w wejściu, zastanawiając się, czy to aby na pewno dobry pomysł, by opuszczać bezpieczną przestrzeń. Obóz, zawsze dla niego tętniący życiem, teraz wydawał mu się nienaturalnie cichy i patrzył na niego bez wyraźnego entuzjazmu. Nawet wyjście z obozowiska, gdzie zazwyczaj mógł wybiegać swoją zbyt nadmierną energię, aktualnie brzmiało jak kara niż przyjemność.
Wziął głęboki wdech, czując jak świeże powietrze dostaje się do jego nozdrzy i wypełnia płuca.
W końcu zmusił łapy do ruchu, a każdy kolejny krok przynosił za sobą ból. Czuł, jakby zdradzał brata samym faktem, że wykonuje swoje obowiązki, że wciąż żyje. Miał nadzieję, że chociaż trafił do Klanu Gwiazd i obserwował go z góry. Spojrzał na błękitne niebo i uśmiechnął się smutno. Wiara była tym, co jeszcze trzymało go przy jakiejkolwiek równowadze. Już sama myśl tym, że duch Skowroniego Odłamka unosi się gdzieś między gwiazdami, napawała go dziwnym ciepłem.
Spostrzegł, że dotarł pod stos ze zwierzyną. Kątem oka spostrzegł siedzącą nieopodal kotkę. Doszło do jego uszu, że niedawno wróciła do klanu, uciekając od dwunożnych, ale nie miał jeszcze okazji z nią porozmawiać. Może teraz był dobry moment? Przynajmniej nie rozmyślałby choć przez chwilę o swoim tragicznie zmarłym bracie.
Podszedł do niej i przysiadł obok.
— Cześć, jestem Dzwonkowy Świst. Słyszałem, że wróciłaś niedawno do klanu. A poza tym, jak się trzymasz? Musiało cię to dużo kosztować.
Chwila ciszy, która nastąpiła po jego słowach była bardzo niezręczna. Wbił na moment wzrok w podłoże, udając nagłe zainteresowanie własnymi łapami.
— Zawsze zastanawiałem się, jak wygląda życie poza obozem.— Spróbował ponownie podjąć rozmowę. Tak szybko się nie podda. To nie w jego naturze.— Jeśli to nie problem, mogłabyś mi nieco opowiedzieć o zewnętrznym świecie?



<Pożar?>

31 października 2025

Od Dzwonkowego Świstu do Ognika (Oskrzydlonego Ognika)

Bardzo dawno temu

Ze znużeniem kręcił się po obozowisku, szukając sobie jakiegokolwiek zajęcia. Nie, żeby nie miał swych wojowniczych obowiązków, ale chwila przerwy dłużyła mu się teraz w nieskończoność. Zajrzał do legowiska medyków, tylko po to by odkryć, że jego rodzeństwo było w pełni zajęte swoimi sprawami. Nie chcąc im przeszkadzać w pracy, udał się w drugą stronę. Nawet nie wiedział kiedy znalazł się pod żłobkiem. Uśmiech od razu zawitał na jego pysku, a cała nuda zamieniła się w pewnego rodzaju ekscytację. Zamachał radośnie ogonem, po czym bez większego zastanowienia wszedł do środka.
Jego oczom ukazały się znajome, drobne sylwetki kociąt, baraszkujących radośnie po całym żłobku. Kilkoro z nich tarmosiło się wzajemnie w kłębowisku futer, inne natomiast z zafascynowaniem goniły liść przetaczany po podłożu przez delikatny powiew wiatru, który zdołał wpaść tu przez wejście. Kątem oka dostrzegł jednego kociaka, który natychmiastowo przypominał mu jego samego. Ganiał za innym młodym, a jego spojrzenie było pełne determinacji i dzikiej radości. Łapki ledwo nadążały za zwinnością ciała, które z każdą chwilą zbliżało się do celu. Gdy tylko ruda kulka futra minęła go, Dzwonek postąpił o krok bliżej.
— Cześć, mały — mruknął łagodnie, siadając tuż obok niego. — Widzę, że masz niezły zapał. Biegłeś tak szybko, niemalże jak prawdziwy wojownik!
Tamten zatrzymał się nagle, hamując może zbyt gwałtownie. Kociak zerknął na niego, przypatrując się mu dłuższą chwilę.
— Dzień dobry. — Przywitał się we wręcz wyuczony, grzeczny sposób. — Oczywiście, już teraz chcę trenować. Dzięki temu będę w przyszłości dobrym wojownikiem dla klanu.
Kocur kiwnął lekko głową i posłał mu lekki uśmiech.
— To dobra postawa. Jak masz na imię? Ja jestem Dzwonkowy Świst. — Przedstawił się młodemu. — Wiesz, w twoim wieku też rwałem się do jak najszybszych treningów — dodał.
— Ognik — mruknął. — Mam jeszcze dwie siostry, Płomykówkę i Rudzik, są o tam. — Wskazał głową na dwie przemieszczające się rude kulki.
Dzwonek zerknął w ich kierunku, próbując pojąć, jak niesamowicie podobna była do siebie cała trójka.
— Też mam rodzeństwo — oświadczył spokojnie. — Mam siostrę, z którą często się ścigam na polowaniach. Pozostała dwójka jest medykami i mimo że ich praca jest zupełnie inna niż moja, zawsze mogę na nich liczyć, gdy coś się stanie. — Zastanawiał się czy powinien jeszcze napomnieć o Pierwomrówczej Gracji. Pomimo pamięci o kotce, ostatecznie przemilczał jej temat.
— Podzieliliście się — zauważył młodszy. — A to jak pan ocenia pracę medyka? W końcu musi pan być jakoś blisko swojego rodzeństwa, prawda? To znaczy też, że bliżej ich pracy.
Wręcz rozczulało go, jak kociak się do niego zwracał. Naprawdę był już tak stary, że zasługiwał na taki zwrot?
— Owszem — potwierdził z lekkim uśmiechem — Dla mnie medycy mają ciężką pracę, pełną poświęceń i odpowiedzialności. Ciężko tego nie doceniać, zwłaszcza jako ich brat. — Zamilkł na moment, spoglądając w bok, jakby na chwilę zagubił się we wspomnieniach. — Będąc szczerym, wątpię, czy umiałbym unieść ich obowiązki. A tak w ogóle nie musisz się do mnie zwracać tak formalnie. Pan brzmi trochę sztywno, nie sądzisz?
— Wypada mówić Pan do kotów, których się bliżej nie zna — wyjaśnił. — Może kiedyś przestanę mówić panu na pan — dodał z lekkim uśmiechem. — No, a z tą pracą medyka, znaczy, medycy są najważniejsi zaraz po liderze, prawda? Bo bez wiedzy medyków, bylibyśmy wszyscy chorzy.
— Zgadza się. Bez nich na pewno bylibyśmy w o wiele gorszym stanie — przyznał. Kocię jak na młody wiek bardzo przejmowało się poważnymi sprawami. Dla Dzwonka w jego wieku liczyło się tylko popchnięcie jak najdalej kulki mchu, a nie dorosłość. — A jak u ciebie to będzie wyglądać? Twoje rodzeństwo będzie się szkoliło na wojowników czy jednak im bliżej do medyków? — zapytał z zaciekawieniem.
— Będziemy dumnymi wojownikami, żeby potem zostać wspaniałymi liderami — rzekł pewnie. — Chociaż nie wiem, czy może być trzech liderów, ale zawsze można to zmienić. Czasami może dojść przez podział władzy do chaosu, ale myślę też, że będzie bardziej stabilnie — wyjawił swój tok myślenia. — Chociaż na pewno ciocia Lilia by się zgodziła kogoś z nas wziąć za swojego ucznia!
Rudzielec zamrugał zaskoczony. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał.
— O to bardzo ambitnie. Życzę, aby spełniło się wasze marzenie — rzekł, choć nie bardzo widział szansę na taki układ.
— Dziękuję — Ognik uśmiechnął się promiennie — A pan nigdy nie chciał być liderem?
— Nie myślałem o tym szczerze mówiąc. Dobrze mi jest na pozycji wojownika. Lider to jest jednak bardzo odpowiedzialne stanowiska i wątpię, żebym poradził sobie w tej roli — odparł.
Na chwilę zapadła cisza. Spojrzał gdzieś w dal, jakby szukał odpowiedzi. Westchnął cicho, rozmyślając o czekających go obowiązkach.

<Ogniku?>

27 lipca 2025

Od Dzwonkowego Świstu

Silniejszy podmuch wiatru omal nie przewrócił go z łap na ziemię. Pora Opadających Liści nie była dla Burzaków łaskawa w szczególności silny wiatr, który zmuszał nawet najsilniejszych wojowników do walki z nim.
Dzwonkowy Świst jednak z uśmiechem wbił mocniej pazury w trawę. Czuł, jak jego futro, zmierzwione od panujących warunków, gdzieniegdzie miało w sobie zaplątane liście i drobne gałązki. Nie dbał jednak teraz o to. Stanowiło to dla niego pewnego rodzaju wyzwanie.
Zmrużył nieco oczy, gdy napotkał na swej drodze kolejne silne szarpnięcie wiatru.
Za sobą usłyszał ciche pomruki niezadowolenia, uchodzące z pyska jego siostry.
Zatrzymał się na chwilę, rzucając jej pytające spojrzenie.
— Naprawdę musiałeś uprzeć się na polowanie w najgorszą pogodę? — westchnęła ciężko Kwiecista Knieja.
Rudy nieco skrzywił się na jej zapytanie. Fakt, mogli trochę przeczekać w obozie i wyruszyć wieczorem, ale… Nie potrafiłby już tyle tam wytrzymać.
— Nie przesadzaj, nie ma aż takiej tragedii… prawda? — Posłał w jej stronę delikatny uśmiech. Niestety, nie złagodził on rozdrażnienia kotki.
Dzwonek zauważył, jak Kwiecista Knieja przewróciła oczami i strzepnęła łapą mokre liście, które przykleiły się do jej futra.
— Wiem, że masz niewiadomego pochodzenia niepohamowany nadmiar energii, ale czy już naprawdę nie mogłeś przeczekać tych paru chwil? — rzuciła cicho.
Wzruszył ramionami. Przez chwilę żałował swej decyzji, ale kątem oka dostrzegł jakiś ruch w wysokich trawach.
— Widziałaś? Jest tu jakaś zwierzyna. Musimy przynieść chociażby mysz, wiesz, że są dość ciężkie czasy.
— Ślepa nie jestem, Dzwonku. Prowadź, tylko proszę, miej na uwadze, żebyśmy przypadkiem nie odlecieli — mruknęła, a wojownik zauważył na jej pysku lekki uśmieszek.
— Spokojnie, siostro. Ze mną nic ci się nie stanie — odparł pewnie. — Raczej — dodał tym razem z lekko słyszalnym zwątpieniem.
Przykucnął nieco wpatrując się uważnie w przesuwające się między źdźbłami cienie. Wiatr przynosił ze sobą zapach lekko wilgotnej ziemi i mokrych liści, ale też coś innego — subtelny, ledwo wyczuwalny ruch, który zdradzał obecność zwierzyny.
Powoli, niemal bezszelestnie, przesunął się w stronę wyższe trawy. Miał teraz jeden cel. Upolować zwierzę.
Jego wszystkie zmysły były wyostrzone do granic możliwości. Kotka podążyła za nim, trzymając się cicho tuż za jego bokiem. Przez moment łąka wokół nich zdawała się zamilknąć jakby czekała na dalszy rozwój wydarzeń.
Nagle, między trawami błysnęła mała sylwetka. Dzwonkowy Świst wydał z siebie cichy okrzyk ekscytacji i w tym samym momencie jednym, szybkim skoku złapał zdobycz. Trzymał pod swoimi łapami martwą mysz.
Obrócił się do siostry, a w jego oczach błysnęła satysfakcja.
— Widzisz? I po co to całe marudz…— Nie zdążył dokończyć, bo nagle z pobliskich zarośli dobiegł szelest, zbyt głośny jak na wiatr. Kotka zniknęła z jego pola widzenia, a on instynktownie przykucnął, wyczekując.
Po kilku uderzeniach serca zobaczył jak Kwiecista Knieja wynurzyła się z traw.
Z królikiem w pysku.
Dzwonkowy Świst aż uniósł brwi.
— Żartujesz sobie?! — parsknął, ale miało to bardziej rozbawiony ton niż poważny.
Siostra rzuciła zdobycz przed jego łapy i spojrzała w niego z triumfem. Mimo, że byli już wojownikami to lubili urządzać między sobą zawody z polowania. Za ich uczniowskich czasów po każdym treningu porównywali kto zdobył lepszą i większą zdobycz.
Popatrzył na królika, potem na swoją mysz, a potem znowu na siostrę. Jego wibrysy drgnęły w rozbawieniu.
— No dobra, wygrałaś… tym razem — mruknął, szturchając łapą zdobycz Kwiecistej Kniei. — Ale tylko dlatego, że dałem ci fory.
— Mhm, jasne. Pogódź się z porażką.
— No weź! Nie bądź już taka okrutna! — rzucił żartobliwie.
— Tylko cię motywuję, Dzwonku — odparła z udawaną powagą, unosząc brodę. W jej oczach zauważył jednak błysk rozbawienia. — Może następnym razem zdołasz upolować coś większego niż mysia przekąska.
Wybuchnął śmiechem.
— Kolejnym razem nie dam ci już szans. Sama zobaczysz! — odparł natychmiast — Dobra, wracajmy nim nas naprawdę gdzieś zdmuchnie.
Kwiecista Knieja skinęła głową i schyliła się, by ponownie chwycić królika w zęby. On zrobił to samo ze swoją zdobyczą, a potem oboje ruszyli przez trawy w kierunku obozu. Wiatr wciąż dął z siłą, targał im futra i przeganiał nad głowami ciemniejące chmury, ale oboje zdawali się już nie zważać na warunki.

30 czerwca 2025

Od Dzwonkowego Świstu CD. Skowroniego Odłamku

Spojrzał na niego z ciekawością, posyłając mu jednocześnie lekki uśmiech. Kątem oka dostrzegł pozostawione na ziemi opatrunki, a następnie zabandażowaną łapę swego brata. Nieco zmarszczył brwi, ale widocznie skoro dał radę samemu się opatrzyć, to nie mogło być nic groźnego, prawda? Wszedł do środka, a do jego nozdrzy dostał się specyficzny, a zarazem tak znajomy zapach mieszaniny różnych ziół.
— Co się stało? — zapytał, siadając obok niego. W jego głosie dało się wyczuć lekką nutę zaniepokojenia.
Brat rudego jedynie cicho prychnął w odpowiedzi, jakby nie było to nic ważnego.
— Nic poważnego. Sam dobrze wiesz, jak to jest o tej porze. Te małe pszczoły potrafią być bardziej zawzięte niż niejeden kot z klanu — mruknął z lekką irytacją, poprawiając opatrunek.
Dzwonkowy Świst roześmiał się cicho, mimo nieco napiętej miny, która widniała na pysku jego brata. Westchnął cicho, patrząc na liliowego, który uparcie trzymał łapę jak najbliżej siebie, jakby próbował ukryć nie tylko ranę, ale i to, że w ogóle ją odniósł. To było dla niego dość typowe. Bywał czasem niemal samowystarczalny, jakby przyjęcie jakiejkolwiek pomocy było dla niego oznaką słabości. Choć wojownik sam wiedział, że w tej sytuacji, on zachowałby się podobnie i ukryłby wszystko za swoim szerokim uśmiechem.
— Cieszę się, że tego nie zlekceważyłeś. Wiesz co by się działo, gdybyś na to zmarł? Byłbyś pierwszym kotem, który przeszedłby do historii klanu z tak spektakularnym końcem — rzucił, tym razem śmiejąc się już głośno, nie kryjąc swojego rozbawienia. Po chwili jednak spoważniał i spojrzał bratu w oczy. — Ale na poważnie... Wszystko w porządku?
Tamten jedynie przewrócił oczami, nie mogąc powstrzymać jednak tego jak jego kąciki pyska wędrują ku górze.
— Tak, dziękuje za troskę, Dzwonku — odparł cicho.
Kocur spędził jeszcze chwile w towarzystwie Skowronka, a następnie pożegnał się ze względu na zbliżający się patrol. Wychodząc z legowiska, rudy zatrzymał się jeszcze w przejściu, rzucając ostatnie spojrzenie w stronę brata. Skowroni Odłamek zdążył już zająć się układaniem ziół. Uśmiechnął się pod nosem i bez słowa wyszedł na zewnątrz. Słońce przebijało swe promienie przez liście krzewów, dając tym przyjemne ciepło, które czuł na swoim miękkim futrze. Starał się skupić na obowiązkach i nadchodzącym patrolu, lecz w głowie wciąż miał obraz zmartwionej miny swego brata.

***
Ekscytacja mieszała się z lekkim niepokojem na wieść o tym, że jego mama została wybrana na zastępcę klanu. Po ostatnich niezbyt przyjemnych zdarzeniach martwił się o nią. Nie chciał jej stracić. Wiedział, że kiedyś starość i choroba mu ją odbiorą, ale póki trzymała się dobrze, a nawet bardzo dobrze na swój obecny wiek, nie zamierzał, aby cokolwiek innego ją odebrało — ani walka, ani żadne intrygi.
Obserwował ją teraz, jak z godnością przyjmowała nowe obowiązki, jakby noszenie tej całej nowej odpowiedzialności na swych barkach było dla niej czymś wręcz naturalnym.
Przeciągnął się nieco w swoim legowisku, przygotowując się powoli do porannego polowania. Uśmiech nie schodził z jego pyska, ale był w nim zawarty ukryty, delikatny smutek. Mimo tej dumy nie potrafił pozbyć się uczucia, że coś się właśnie zmienia. Nie wiedział tylko w którą stronę, czy pozytywną, czy jednak negatywną.
Westchnął, kierując swe kroki ku wyjściu. Gdy tylko jego głowa wyjrzała ze środka, dostrzegł w oddali Skowronka. Bez większego namysłu podbiegł do niego. Nie miał żadnej, z góry zaplanowanego powodu. Po prostu czuł, że musi podzielić się z kimś swoimi odczuciami co do tego wszystkiego.
— Hej! — Przywitał się, stając kocurowi niemal przed jego przednimi łapami. Ostatnio rzadziej ze sobą rozmawiali ze względu na swoje obowiązki. On wojowniczymi, a jego brat niemal prawie całe dnie spędzał w legowisku medyków. W głębi serca brakowało mu tych beztroskich, kocięcych czasów, gdzie cieszyli się wolnością bez żadnych zobowiązań. — Masz chwilę, by porozmawiać?


<Skowronku?>

30 kwietnia 2025

Od Dzwonkowego Świstu

Dzwonkowy Świst był dumny z tego, że w końcu przyszło mu zostać czyimś mentorem. Rumiankowa Łapa nie był na szczęście z tych młodych, którzy by buntowali się na każde jego polecenie bądź kwestionowali jego wszelkie decyzje. Wręcz przeciwnie, Rumiankowa Łapa chłonął każde jego słowo i niczego nie utrudniał. Rudy często łapał się na tym, że mówi więcej, niż zamierzał, bo młody uczeń patrzył na niego w ciszy i w ogóle mu nie przerywał, nie próbował się o nic dopytać, jak to na przykład miał w zwyczaju Dzwonek gdy był w jego wieku. Choć Rumiankowa Łapa zdawał się z ospałym zapałem słuchać każdego słowa, jakie padało z jego pyska, to z wprowadzaniem ich w życie bywało różnie. Bez kilku zdecydowanych szturchnięć ze strony rudego wojownika i wyraźnego polecenia, młody nawet nie ruszył łapą, by poćwiczyć daną pozycję. Sam z siebie rzadko kiedy podejmował inicjatywę, jakby teoria w zupełności mu wystarczała. Wojownik w takich chwilach wzdychał ciężko i powtarzał sobie w myślach, że cierpliwość to też część bycia mentorem. Nie tracił przy tym swojego optymistycznego nastawienia i wręcz z uśmiechem zachęcał swojego ucznia do podjęcia jakichkolwiek prób. W końcu całe szkolenie nie mogło pójść na marne i czuł się zobowiązany, aby w przyszłości wyrósł z Rumianka dobry i lojalny klanowi wojownik.
Dzwonkowy Świst coraz częściej zastanawiał się, czy to zwykłe lenistwo, czy może nieśmiałość. Bo chociaż Rumiankowa Łapa wydawał się rozmarzony, to miał w sobie jednak coś łagodnego, coś, co nie pozwalało być wobec niego surowym.
— Jeżeli na bitwie zaczniesz się zbyt długo zastanawiać, jakby to zrobił Twój mentor, zanim ruszysz do jakiejkolwiek akcji, to w najlżejszym przypadku możesz wrócić ranny do obozu... — mruknął Dzwonek, gdy we dwójkę ćwiczyli walkę. Starał się delikatnie wskazać powagę sytuacji.
— Chcę, aby wyszło to dobrze — odparł Rumiankowa Łapa, brzmiąc dość niepewnie.
Rudy przez chwilę milczał, wpatrując się w młodego kota. Może nie brakowało mu chęci, tylko odwagi. A może po prostu potrzebował więcej czasu na przyswojenie niektórych rzeczy. Nie urodził się przecież w klanie, przyszedł do niego z zewnątrz, więc może i to wpływało na jego podejście.
— W porządku — powiedział w końcu, posyłając ku uczniowi zachęcający uśmiech. — To jeszcze raz. Powoli. Pokaż mi, co zapamiętałeś. Rumiankowa Łapa skinął głową i przyjął pozycję, a jego wzrok zdawał się wyraźnie skupiony na jednym punkcie. Tym razem jego ruch był bardziej precyzyjny. — O, właśnie tak! Dobrze. Teraz dodaj do tego siłę z tylnych łap.
Młody skoczył zgodnie z jego wskazówkami. Niezgrabnie, ale z pasją. I kiedy wylądował, Dzwonkowy Świst poczuł promieniującą dumę. Udało mu się i musiał przyznać, że była to dobrze wykonana pozycja. Póki co wolał nie zastanawiać się nad tym, jak to będzie z ruchomym celem bądź przeciwnikiem. .
— Widzisz? — mruknął z satysfakcją, podchodząc do ucznia. — Mówiłem, że potrafisz, wystarczy jedynie więcej zaangażowania i od razu widoczne są efekty.
Zauważył z zadowoleniem, jak na pyszczku młodego maluje się delikatny uśmiech. Na tym zakończyli trening, bo wolał by po dobrze wykonanej robocie na młodego przyszła nagroda w postaci odpoczynku.

23 lutego 2025

Od Dzwonkowego Świstu CD. Firletki(Firletkowej Łapy)

Dzwonkowy Świst uśmiechnął się do niej szeroko. Cieszyła go wieść na to, że jego młodsza siostra dobrze radziła sobie w swoim szkoleniu na przyszłego medyka. Ciężko mu było czasem zrozumieć, że dla kogoś siedzenie wśród roślin może być ciekawsze od ciągłych polowań i biegania po otwartych polach, ale uzdrowiciele byli im potrzebni i doceniał, że niektórzy decydują się na te opcje pomimo (jego zdaniem) ciekawszej alternatywy.
— To świetnie. Skowronek wspominał mi kiedyś, że masz do tego smykałkę i widzę, że miał całkowitą rację — odparł, patrząc z ciekawością na to, co teraz robiła ze stosem liści. Domyślał się, że w gronie medyków zbrodnią byłoby nazwać jakikolwiek rodzaj medykamentów "zwykłą rośliną", ale w życiu nie byłby w stanie nauczyć się tych wszystkich nazw, pomimo tego, że brat nieraz mu o wielu opowiadał.
— Dziękuje za miłe słowa. Skowronek też dobrze tłumaczy mi to, czego nie rozumiem. Jest też cierpliwy. Jeszcze jednak muszę się wiele nauczyć.
Rudy kiwnął lekko głową na znak zgody.
— Pamiętam, jak on się szkolił. Bywało mu ciężko, ale teraz wiem, że było warto. Jest naprawdę bardzo dobrym medykiem i ty też również takim będziesz — rzucił motywująco do Firletki. Chciał jej dodać pewności siebie. Musiała w siebie wierzyć i nie poddawać się.
— Naprawdę tak sądzisz? — zapytała zaskoczona, wbijając w niego zaintrygowane spojrzenie.
— Oczywiście! Już teraz świetnie sobie radzisz, słyszałem nawet sporo dobrych słów o tobie w wojowniczym legowisku — pochwalił swoją młodszą siostrę. Radował go widok, gdy Firletka z uśmiechem przyjęła jego słowa. Klan Burzy miał według niego naprawdę świetnych medyków, był niemalże pewien, że najlepszych ze wszystkich klanów. Szylkretka zamrugała, próbując ukryć zawstydzenie.
— Chciałabym kiedyś być tak dobra jak Skowronek. Albo nawet jak Pajęcza Lilia! Podziwiam jej wielką wiedzę i to, że zawsze jest w stanie nauczyć mnie czegoś nowego.
Dzwonkowy Świst nie wiedział zbyt wiele o rudej medyczce, ale z uwagi na jej doświadczenie na pewno była dobrym materiałem na autorytet dla młodej uczennicy.
— Z takim zapałem na pewno ci się uda. A może nawet będziesz jeszcze lepsza, co? Uczeń przerośnie mistrza — mruknął, nie kryjąc przy tym swojego lekkiego rozbawienia.
Do jego uszu dobiegł jej cichy śmiech. Widząc jednak chwilę potem, jak Firletka kiwa przecząco głową, nieco się zmartwił.
— To raczej niemożliwe! Pajęcza Lilia zna się na wszystkim. Czasem mam wrażenie, że potrafi czytać w myślach kotów i stwierdzić, na co chorują, nim nawet ich przebada.
Kocur momentalnie odzyskał swój optymizm.
— To tylko kwestia doświadczenia. Jeśli będziesz się pilnie uczyć, kiedyś to ty będziesz medykiem, którego inni będą podziwiać. W tym ja.
Szylkreta zamyśliła się na chwilę, po czym zebrała ostatnie liście do swojego worka z ziołami.
— Mam nadzieję… — powiedziała ciszej, jakby bardziej do siebie niż do niego.
— Nie będę ci więcej zabierać czasu, zresztą zaraz idę na patrol. Trzymaj się! — Pożegnał się z nią i udał do wyjścia. Rzucił jeszcze ostatnie spojrzenie na Firletkę, posyłając jej promienisty uśmiech.
Był dumny ze swojego całego rodzeństwa. Każde z nich miało swoją drogę i każdemu z nich równie świetnie szło.


***


Czas mijał mu dość szybko, głównie podczas rutynowych patroli i polowań. Właśnie wracał do obozu po kolejnym obchodzie granic, a zerknięcie na legowisku uzdrowicieli przypomniało mu o siostrze. Wiedział, że miała talent, a jej determinacja była godna podziwu. Medycy byli filarem ich klanu, to oni czuwali nad zdrowiem i życiem każdego kota. Może właśnie dlatego czuł wobec niej nie tylko dumę, ale i troskę. Miał nadzieję, że się nie przemęcza na swoim stanowisku.
Zaszedł do legowiska wspomnianej grupy kotów, gdzie na starcie zauważył Firetkową Łapę, która segregowała różne lecznicze rośliny. Pracowała w skupieniu, jej ogon lekko drżał. Przyglądał się jej przez chwilę, zauważając cień zmęczenia na jej pyszczku.
— Hej, jak ci idzie? — zapytał znienacka, wychylając się zza jej grzbietu i patrząc z góry na wspomniane medykamenty.



<Siostro?>

31 grudnia 2024

Od Dzwonkowego Świstu

Ciepły wiatr zmierzwił mu futro na grzbiecie. Wziął głęboki wdech, przygotowując się do skoku w kierunku przemieszczającego się nieopodal zająca. Dzięki polowaniom jego szalejące myśli nieco zwalniały. W Klanie Burzy ostatnimi czasy dużo się wydarzyło, a sam Dzwonkowy Świst nieraz nie nadążał za tempem tych wydarzeń.
Odczekał na odpowiedni moment, nie spuszczając wzroku z szarego futerka swojej ofiary. Westchnął z ulgą, gdy w końcu zatopił swoje ostre pazury w długouchym ssaku. Puchate ciało przestało się ruszać, a kocur po raz pierwszy od dawna poczuł, że coś jest pod jego kontrolą.
Spojrzał w górę na chmury wolno przesuwające się po niebie. W trwającej teraz ciszy było coś uspokajającego. Przymknął na moment oczy, wsłuchując się dokładniej w cichy śpiew ptaków i szum wiatru.
Mógł chociaż na moment zapomnieć o wszystkich przykrych zdarzeniach i przez parę sekund, poczuł się znowu niczym jak uczeń. Na samą myśl o jego przeszłym już szkoleniu, uśmiechnął się szeroko. Bardzo dobrze wspominał całą swoją naukę, a lepszej mentorki od Bajkowej Stokrotki nie mógł sobie wyobrazić. Ruda kotka zawsze miała dla niego czas i cierpliwie pokazywała mu, jak śledzić zwierzynę, robić jak najmniejszy hałas przy polowaniu i najskuteczniej wbijać pazury w swoją zdobycz. Przypomniał sobie jej kojący głos. To właśnie dzięki niej, miał teraz przed sobą skutecznie upolowanego zająca.
Niedługo musiał wracać do obozu. Chętnie spędziłby jeszcze trochę czasu na tutejszych łąkach, ale obowiązki wojownika wzywały. Wziął piszczkę w zęby i ruszył w stronę obozu, krocząc przez wysoką trawę.

13 listopada 2024

Od Dzwonkowego Świstu do Firletki

Jakiś czas temu, kocur miał okazję po raz pierwszy ujrzeć swoje nowo narodzone siostry. Pamiętał, jak kręcił się przez dobre parę chwil przy żłobku, zwlekając z wejściem do środka. Radość, którą powinien jedynie czuć w tamtym momencie, została skutecznie zasłonięta przez strach i niepewność. Nawet nie miał pojęcia, dlaczego odczuwał strach. Przecież to byli nowi członkowie jego rodziny.
Oczywiste było, że będzie musiał przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Wziął się w garść i ruszył do żłobka.
Na sam widok małych, wtulonych w miękkie futro jego matki kociaków, uśmiechnął się lekko. Wypytał szeptem kotkę o nadane przez nią imiona.
Firletka i Pierwomrówka.
Z całych sił starał się ustać w miejscu, gdy tylko jedna z sióstr delikatnie poruszyła się i przekręciła na bok. Musiał zachować ciszę, by nie obudzić żadnej z młodszego miotu.
Po pierwszym spotkaniu nastąpiło drugie, które przyniosło mu znacznie więcej uciechy. Już widziały otaczający ich świat i zaczęły bombardować go różnymi pytaniami, a Dzwonkowy Świst odpowiadał na każde z nich z anielską cierpliwością.
Kolejna wizyta w żłobku rozpoczęła się od cichej obserwacji poczynań dwóch kotek. Uśmiechnął się delikatnie do Przepiórczego Puchu, która siedziała przy jego młodszych siostrach.
Małe, zielone ślepka, wpatrywały się w niego z zainteresowaniem. Dzwonkowy Świst niemal od razu przypomniał sobie swoje czasy kociaka i czuł, że Firletka będzie równie ciekawskim kotem, co on sam.
Posłał jej uśmiech, a następnie ostrożnie usiadł obok niej, spoglądając kątem oka na drugie z rodzeństwa. Pierwomrówka spała, a rudy nie zamierzał jeszcze przypadkiem jej obudzić.
— Cześć, Firletko. Co tam u ciebie? Wszystko w porządku? Mam tylko nadzieję, że nie kłócisz się z siostrą — rzucił na wstępie.
Widział jej zawahanie, zwlekała z odpowiedzią. Przez parę sekund stali w całkowitym milczeniu, a jedynym dźwiękiem dochodzącym z kociarni, był równomierny oddech śpiącej Pierwomrówki.
— Coś nie tak? — zagadnął Dzwonek, nie zamierzając tak łatwo odpuścić. Firletka z dwójki nowego rodzeństwa była tą nieśmiałą. Zupełnie jakby on i Skowronek po raz drugi pojawili się w żłobku. Zatopił się w kocięcych wspomnieniach, co nie umknęło uwadze liliowej.
— Nad czym tak myślisz? — Wreszcie spytała zaciekawiona, co wytrąciło rudego na moment z zamyśleń.
— Wspominam swoje własne młodzieńcze czasy. Nieraz chciałbym do nich powrócić. Do tego całego beztroskiego życia, bez obowiązków i odpowiedzialności za swe czyny — wyznał szczerze, cicho wzdychając.
Po chwili posłał jej szeroki uśmiech. Nie chciał być kojarzony z kimś, kto jest ponury.
— Moja rada jest dla ciebie prosta. Korzystaj z uroków dzieciństwa tyle, ile dasz radę — rzucił, puszczając jej oczko. — Potem też będzie fajnie, ale mniej czasu na zabawę.


<Firletko?>

06 listopada 2024

Od Dzwonkowego Świstu CD. Skowronkowej Łapy


Obecnie jego myśli kręciły się wokół wieści o ciąży jego mamy. Nie przypuszczał, że usłyszy taką radosną nowinę. W ogóle nie spodziewał się tego, że zostanie starszym bratem. Na samą myśl o małym kociaku, którego będzie odwiedzał i bawił się z nim, a także uczył go przydatnych rzeczy, cieszył się.
Mimo przepełnienia ekscytacją, w głębi serca czuł też odrobinę niepokoju. Jak to będzie, gdy nowy członek rodziny pojawi się w legowisku? Czy mama nadal będzie miała dla niego tyle uwagi i miłości co dotąd? Nie wątpił w jej miłość do niego, wręcz przeciwnie. Spodziewał się, że będzie zajęta wychowaniem kociaka i już wręcz nie mógł się doczekać, gdy będzie przychodzić z pomocą.
Przypominał sobie, jak mama opowiadała mu historie do spania i czyściła mu futerko, gdy był jeszcze malutki. Uśmiechnął się delikatnie na to wspomnienie. Bycie wojownikiem to było to, o czym marzył, chociaż czasami, szczególnie gdy miał nadmiar obowiązków, pragnął, chociażby na chwilę, ponownie stać się kociakiem.
Westchnął ciężko. Postanowił podejść do sprawy poważnie. "Będę dobrym starszym bratem" obiecał sobie w duchu. Nie mógł zawieść swojego przyszłego, młodszego rodzeństwa. Pokaże im swoją najlepszą wersję. Wizja przyszłej roli odpowiedzialnego brata, sprawiała, że poczuł, jak wyznacza sobie najważniejszy cel – będzie kimś, kto będzie mógł przekazać całą wiedzę, jaką zdobył, zarazem gotów wspierać młodziaka bez względu na wszystko. Wiedział, że nowy kociak będzie potrzebował wzoru do naśladowania, kogoś, na kim mógłby polegać. Może uda mu się go podszkolić w tropieniu i polowaniu zwierzyny, gdy ten podrośnie, albo nauczy rozpoznawać zapachy innych klanów.
Z myśli i planów wyrwał go lekki ból, który poczuł w swoim brzuchu. Delikatnie się skrzywił. Ostatnio zauważył i poczuł, że jest z nim coś nie tak, ale przez obowiązki wojownika i zbyt dużą ilość branych na siebie zadań, nie miał czasu i chęci, aby podejść do medyka. Teraz nastał ten czas.
Wyciągnął się w swoim legowisku, a następnie wystawił z niego głowę w poszukiwaniu Skowronka. Brat zawsze wiedział, jak wyleczyć niemal każdą chorobę. Był z niego dumny i pragnął, by ten wreszcie w siebie i swoje umiejętności bardziej uwierzył.
Przez parę chwil obserwował bacznie otoczenie, aż wreszcie natrafił wzrokiem na brata. Wyszedł z legowiska, udając się wprost do niego.
– Hej! Czy mógłbyś mi pomóc? – zapytał Dzwonkowy Świst, lekko się uśmiechając do brata. – Od jakiegoś czasu dolega mi ból brzucha. Masz może jakieś zioła na tę... dolegliwość? – Miał nadzieję, że Skowronek będzie stanie nieco mu ulżyć i że nic poważnego mu się nie dzieje.
– Cześć. Oczywiście, że tak. Chodź za mną, zaraz dam ci odpowiednie zioła. – Rudy kiwnął głową i widząc nieco zaniepokojony wzrok brata, posłał mu delikatny uśmiech.
– Dziękuję – odparł, wchodząc do nory medyków.
– Nie ma sprawy – odpowiedział Skowronek, prowadząc go w głąb legowiska.
Gdy tylko weszli do środka, Skowronkowa Łapa wyciągnął kilka ziół.
– To powinno ci pomóc. Złagodzą ból i uspokoją twój żołądek. – Skowronek położył zioła przed bratem i wskazał mu, jak ma je przeżuć, by działanie było skuteczniejsze. – Kiedy zaczęły się te bóle? To ważne, żebym wiedział, czy to tylko chwilowe, czy może coś poważniejszego.
Dzwonkowy Świst spojrzał na niego z wdzięcznością i przez chwilę wahał się. Było mu głupio.
– Wiesz, to nie pierwszy raz – zaczął, starając się utrzymać pewny ton. – Od jakiegoś czasu mam sporo na głowie. Obowiązki wojownika, a także teraz doszły zmartwienia z tą całą ciążą matki. Czasami czuję, jakby to wszystko mnie... przytłaczało. – Wyznał szczerze, czując ulgę po tym wyznaniu.
Czekoladowy przyglądał się bratu chwilę w zamyśleniu.
– Dobrze jest również zadbać również o siebie. Wiem, jak dobro innych jest dla ciebie ważne, ale nie możesz zapominać o swoim samopoczuciu.
Dzwonkowy Świst uśmiechnął się lekko, wpatrując się w kocura. Miał absolutną rację.
– Dziękuję, Skowronku – powiedział po chwili ciszy. – Chyba mam słabą pamięć do tak podstawowych rzeczy – dodał w żartobliwym tonie.
Skowronek mrugnął do niego.
– Na tym właśnie polega bycie rodziną. Jesteśmy tutaj dla siebie.
– Tak, zgadza się! Zwłaszcza teraz, gdy nam ta rodzina się powiększy – odparł z zadowoleniem. – Cieszysz się na fakt posiadania młodszego rodzeństwa? Ja bardzo! Będziemy mogli nauczyć go wszystkiego, co sami wiemy. – Zmienił temat, ożywiając się nagle.


  <Skowronku?>



wyleczeni: Dzwonkowy Świst

13 października 2024

Od Dzwonkowej Łapy (Dzwonkowego Świstu) CD. Skowronkowej Łapy

Biegł za swoim bratem z niemałym zadowoleniem na pyszczku. To było niezwykłe uczucie, gdy wyprzedził Skowronka, czując na swojej sierści powiew wiatru. Obejrzał się za siebie, widząc, jak jego brat stara się go dogonić. Musiał przyznać, że kocur był dość szybki, czego nie spodziewał się, biorąc pod uwagę czas, jaki spędzał w legowisku medyka na własnym treningu i leczeniu chorych.
Parę metrów dalej zwolnił nieco tempo, aż wreszcie przystanął, czekając na brata. Rozejrzał się po okolicy. Rzeczywiście było tutaj pięknie.
— I kto teraz kogo gonił? — zaśmiał się rudy, gdy czekoladowy dobiegł na miejsce.
— Dałem ci fory. Następnym razem szykuj się na porażkę! — odparł, łapiąc dech po biegu.
Dzwonkowa Łapa posłał mu szeroki uśmiech. Nie wątpił w swojego brata, było wręcz przeciwnie. Słońce delikatnie wyjrzało zza chmur, rozświetlając polane swoim blaskiem. Przysiadł na chwilę na skąpanej rosą trawie, delektując się porannymi promieniami słońca.
Na jego pyszczku zagościł szczery uśmiech. Zauważył, że ostatnio lubił na chwilę zwolnić nieco swoje energiczne zapędy i posiedzieć chwilę w błogim spokoju. Co było na plus, zważając, że za niedługi czas zostanie prawdziwym wojownikiem. A kto widział, aby wojownik chodził rozkojarzony myślami o wiecznym biegu?
Westchnął cicho, spoglądając na Skowronka. Zazdrościł mu tego, że potrafił tak po prostu siedzieć i cieszyć się otaczającą go naturą. Był od niego o wiele spokojniejszy, a przez to wydawał mu się również dojrzalszy niż on sam.
— Jak to robisz, że potrafisz wytrzymać tyle czasu w jednym miejscu? — Wraz z zadaniem tego pytania, Dzwonek podniósł się z ziemi, przebierając lekko łapami.
Skowronek uniósł brwi, jakby pytanie go zaskoczyło, ale milczał przez chwilę. Spojrzał w dal, na horyzont, a następnie zwrócił się z powrotem do towarzysza.
— Wiesz, jakoś tak samo mi to wychodzi... — mruknął. — Może czasami musisz po prostu zatrzymać się i dostrzec piękno w otaczającym cię świecie — dokończył, wpatrując się w rudego.
Dzwonkowa Łapa nerwowo przystąpił z łapy na łapę. Zatrzymać się? To było sprzeczne z jego naturą. On zawsze był w ruchu, gotowy do działania. Jednak jego brat miał rację i może rzeczywiście powinien częściej podziwiać naturę.
Zapadła chwila ciszy, którą wypełnił śpiew ptaków. Bracia rozkoszowali się tą błogą chwilą. Została ona jednak przerwana przez kocura, który dłużej nie potrafił wytrzymać i rzucił się biegiem w dalszą drogę. Kątem oka spostrzegł jak czekoladowy rusza za nim. To był właśnie jego świat.

***
Po mianowaniu


Od niedawna dumnie nosił imię Dzwonkowy Świst. Jego siostra została z nim wspólnie mianowana, co go uszczęśliwiło. Pomimo tych wszystkich pozytywnych emocji, w głębi serca było mu żal Skowronkowej Łapy. Musiało być to dla niego przygnębiające, widzieć jak jego rodzeństwo zostaje mianowane, kiedy on wciąż nosił uczniowskie imię. Wiedział, że jego trening wymaga czasu i skupienia, ale nadal było mu żal, że nie śpią w tym samym miejscu, a ich ścieżki aż tak bardzo się rozeszły.
Postanowił zajrzeć do niego i zobaczyć, czy wszystko w porządku. Zamierzał wypytać o jego samopoczucie i wesprzeć go miłymi słowami.
Skierował swe kroki ku legowisku medyka, gdzie przy wejściu zauważył czekoladowego kocura.
— Jak się masz? — zapytał, po czym od razu dodał, nie czekając na jego odpowiedź: — Jestem pewny, że niedługo i ty zostaniesz mianowany. Naprawdę, będziesz świetnym, a nawet najlepszym medykiem w historii tego klanu!

<Skowronku?>

13 września 2024

Od Dzwonkowej Łapy

Wraz z nadejściem kolejnego dnia, kocur wstał dosyć wcześnie jak na niego. Jak zwykle nie mógł usiedzieć w miejscu, myśląc jedynie o wyjściu poza obóz. Gdy tylko zauważył zmierzającą w jego stronę mentorkę, nie czekał, aż ta dotrze do niego, tylko natychmiast podbiegł do niej, mając w głowie jedno pytanie.
— Co dziś będziemy robić? — zapytał od razu, nie dając rudej nawet się przywitać.
— Witaj, Dzwonkowa Łapo — odparła spokojnie, lekko się do niego uśmiechając. — Zaplanowałam polowanie na króliki. Co ty na to?
Rudy posłał jej zafascynowane spojrzenie. To była istotna umiejętność do opanowania, bo w końcu co by z niego był za Burzak, jeśli nie umiałby złapać królika!
— Brzmi świetnie — odpowiedział, machając radośnie ogonem. — Króliki są szybkie, ale z tobą u boku nie mają żadnych szans!
Bajkowa Stokrotka uśmiechnęła się szerzej.
— W takim razie ruszajmy — odparła, kierując w stronę wrzosowisk, gdzie z wysokiej trawy często wyłaniały się kicające zwierzątka.
Rudy ruszył za nią. Po drodze zastanawiał się, kiedy przypadnie jego ceremonia mianowania na wojownika. W końcu trochę już tym uczniem był, coś tam ponadto zrobić umiał.
Momentalnie poczuł, że nie jest odpowiednio doszkolony, aby w ogóle nim zostać, przez co zwolnił kroku. Fakt, szybko biegał, z czego słynął Klan Burzy, ale co poza tym?
Czy umiałby obronić się, a zwłaszcza kogoś, gdy zajdzie taka potrzeba? W sprawie swojej siostry na zgromadzeniu nie potrafił jej zbyt ochronić, a nawet nie była to prawdziwa walka. Wciąż czuł się winny, mimo że tak naprawdę to on nie zawinił.
Westchnął cicho, starając się rozgonić te negatywne myśli. Doszli na wrzosowiska.
Kocur obserwował delikatne ruchy mentorki. Zawsze podziwiał, jak potrafiła poruszać się tak cicho i lekko.
— Pamiętaj, musisz być cierpliwy — rzuciła przez ramię, gdy oboje zbliżali się do łąki. — Najlepsze króliki to te, które nie wiedzą, że są obserwowane.
Zapamiętał jej słowa, starając się skupić na zadaniu i odgonić złe myśli. Przypadł bliżej ziemi, bacznie obserwując wzrokiem otoczenie.
Jego wadą był zdecydowanie brak cierpliwości, która była tak kluczowa dla tego konkretnego zadania. Nie umiał wytrzymać zbyt długo w jednym miejscu i czuł, że łapy same mu się rwą do biegu. Wziął głęboki wdech, starając się zignorować to uczucie.
Parę dłuższych chwil potem, usłyszał, jak coś szura wśród traw, a następnie ten dźwięk przesuwa się w bok. Nastawił ucho i starał się wyostrzyć swój wzrok, a jak tylko ujrzał przemieszczającego się powoli królika, szybko rzucił się na niego z pazurami, skutecznie przyszpilając do ziemi.
Przez chwilę myślał, że może jest chory, skoro go nie zauważył, jednak gdy dostał z łapy w podbródek, jego teoria od razu została obalona. Użył pazurów i wgryzł się w kark zwierzęcia, czekając, aż ten przestanie się ruszać. W końcu wziął upolowanego królika w pyszczek i przyniósł bliżej mentorki, która pochwaliła go jak zwykle uśmiechem i miłymi słowami.
Spędzili jeszcze trochę czasu na poszukiwaniu królik, nim nie wrócili do obozu. Zarówno on, jak i Bajkowa Stokrotka przynieśli zdobycze i położyli je na stosie w obozie.
Dzwonkowa Łapa pożegnał się z rudą, a następnie podreptał do legowiska. Wciąż nie dawały mu spokoju jego złe myśli. Zaczynał w siebie nieco wątpić, co nie było dobrą cechą wojownika. Czy na pewno był gotów na nowy etap w jego życiu?

[536 słów + polowanie na króliki] 
[przyznano 11%  + 5%]

06 września 2024

Od Dzwonkowej Łapy CD. Bajkowej Stokrotki

Pokiwał głową na zrozumienie, siadając przy mentorce. Poczuł się nagle dość niepewnie. Był szybki, ale czy wytrzymały? Sądził, że w biegach będzie wręcz mistrzem ze swoją szybkością, lecz w tym momencie nie miał tego przekonania.
— Czyli mam biec tak, żeby było to szybkie i abym nie zmęczył się zbyt wcześnie? — dopytał dla upewnienia.
— Zgadza się — odparła Bajkowa Stokrotka.
Dzwonkowa Łapa wstał z ziemi, gotowy do dalszego działania. Nie brzmiało to przecież skomplikowanie, więc powinien sobie poradzić. W końcu był już po tylu treningach, że wydawało mu się, że jest odpowiednio przygotowany na te ćwiczenia.
Bajkowa Stokrotka pokazała mu, jaką ma przyjąć najlepszą pozycję do startu, by nie tracić nawet tych krótkich, cennych chwil. Rudy powtórzył za nią ruchy, omal nie plącząc się o własne łapy. Ruda zdawała się ku jego uldze tego nie zauważyć.
— Jesteś gotów? Zaraz zaczniemy bieg. Pamiętaj, nie skupiaj się jedynie na samej prędkości — rzuciła kotka, a uczeń posłał jej ciepłe spojrzenie.
— Oczywiście! — odparł uradowany na samą myśl o biegu. Niemalże czuł już wiatr w swym futrze, co było najprzyjemniejszą częścią każdego wyjścia poza obóz.
Gdy tylko jego mentorka ruszyła biegiem, on pomknął za nią. Właśnie zaczęły się biegi długodystansowe, z których Burzaki były w końcu znane.
Starał się jej dotrzymać kroku, lecz po jakimś czasie czuł, że Bajkowa Stokrotka nieco go wyprzedziła. Skupił się i nie dał się jednak dać przegonić. Dorównał jej kroku z uśmiechem na pyszczku. Miał w głowie jej rady i pomagało mu to utrzymać dobre tempo. Momentami wydawało mu się, że mentor dosyć dziwnie przebiera łapami w miejscu, jakby celowo zwalniała i dawała mu forów, ale uznał zaraz to, że tylko mu się zdaje.
Dobiegli do Kamiennych Strażników, a Dzwonkowa Łapa po raz pierwszy czuł się wyjątkowo zmęczony biegiem. Zatrzymał się, nieco dysząc.
— Jak się czujesz? — zapytała mentorka. Po niej nie widać było, że właśnie przebiegła sprawnym tempem dosyć spory dystans.
— Jest…dobrze — odpowiedział, biorąc głęboki wdech i siadając na trawie. — Muszę przyznać, że dziś było wyjątkowo wyczerpująco — stwierdził szczerze.
— To twój pierwszy bieg na długi dystans. Masz wszelkie prawo być zmęczony — powiedziała Bajkowa Stokrotka, siadając obok niego. Jej futro lśniło w porannym słońcu, a oczy spoglądały na ucznia z dumą. — Im bardziej się zmęczysz na treningach, tym lepiej. Z każdym kolejnym biegiem będziesz silniejszy. Z każdym dniem będziesz czuł, że możesz osiągnąć więcej.
Dzwonkowa Łapa skinął głową, choć w jego wnętrzu tliła się wątpliwość. Wiedział, że mentorka miała rację, ale dzisiejszy bieg uświadomił mu, jak daleka droga jeszcze przed nim. Pragnął jej dorównać, biegać z taką gracją i wytrzymałością, jak ona. Ale jak miał tego dokonać, skoro tak się męczył?
Musiał zdecydowanie popracować nad swoją techniką. Nie mógł jedynie skupić się na tej czynności. Uświadomiło mu to, że jego zbytnia energiczność bywała czasami… dość uciążliwa. W końcu gdy był aktywny cały czas przed treningami, skąd miał mieć siły na ćwiczenia na nich?
Spojrzał w błękitne niebo, lekko się uśmiechając. Uspokojenie się być może wyjdzie mu na dobre? Musiał to przetestować i sprawdzić, czy taka opcja mu przysłuży, czy wręcz przeciwnie.
— Wierzę w ciebie, Dzwonkowa Łapo — rzuciła nagle ciepło ruda. — A teraz, odpocznijmy chwilę, a potem wrócimy do obozu. Jutro czeka nas kolejny dzień treningu, a ty pokażesz mi wtedy, że masz w sobie jeszcze więcej siły niż dziś.
Z lekkim uśmiechem na pyszczku kocur położył się na miękkiej trawie obok Kamiennych Strażników. Wiedział, że droga przed nim była długa, ale teraz miał pewność, że jest w stanie ją pokonać.
Gdy leżał, wsłuchiwał się w kojący szum wiatru i pozwolił sobie na chwilę przemyśleń. Myśli krążyły wokół dzisiejszego treningu, wokół tego, co go czekało w przyszłości. Czuł w sobie mieszankę ekscytacji i niepewności.
— Bajkowa Stokrotko — odezwał się po chwili, przerywając ciszę — czasami zastanawiam się, czy naprawdę będę kiedyś gotowy na zostanie wojownikiem? To... wydaje się takie poważne...
Mentorka spojrzała na niego z troską.
— Nikt nie rodzi się gotowy, Dzwonkowa Łapo — powiedziała cicho, ale z przekonaniem. — Jak już wspominałam, stajesz się lepszą wersją siebie każdego dnia, o ile tego oczywiście chcesz. Każdy bieg, każde wyzwanie, każda lekcja... to wszystko sprawia, że stajesz się silniejszy i odważniejszy. Ważne, byś nigdy nie przestał wierzyć w siebie.
Jej słowa zapadły Dzwonkowi głęboko w pamięć.Powoli rozumiał, że nie musi być idealny od razu, że każdy dzień jest krokiem ku temu, by stać się lepszym wojownikiem. Przede wszystkim takim, który wierzy w swoje siły oraz samego siebie.
— Dziękuje za wiarę we mnie. To co, wracamy niedługo do obozu? Zrobiłem się głodny po tym bieganiu… — wyznał szczerze.


<Stokrotko?>
[738 słów + biegi długodystansowe]
[przyznano 15% + 5%]

Od Dzwonkowej Łapy CD. Kwiecistej Łapy

Spojrzał na nią nieco zaskoczony jej propozycją. Miał się bić z siostrą w obecności swojej mentorki? Nie, żeby bał się jakiekolwiek przegranej, nawet nie zakładał takiej opcji, a poza tym ich walki nie były zbyt zacięte. Chociaż Kniejka potrafiła mocno zaatakować, gdy tego chciała.
— Pewnie, że tak! — odparł swobodnie. — Przygotuj się na swoją porażkę! — rzucił, czując przypływ adrenalinę krążącej w jego żyłach. Mała walka nikomu nie zaszkodzi, prawda? Tym bardziej w ramach treningu.
— Nie bądź taki pewny. Wygra po prostu lepszy — odparła kotka.
Dzwonkowa Łapa przyjął pozycję do ataku, ukradkiem zerkając na Bajkową Stokrotkę. Nieraz pokazywała mu co robić gdy już przyjdzie mu wziąć udział w jakimś starciu, więc chciał się upewnić, czy robi wszystko dobrze.
Jego siostra zrobiła to samo naprzeciwko niego. Spoglądał na nią, zastanawiając się, czy czuje to samo co on. Trochę się bał. Wiedział, że to jego rodzina i jako kociaki dużo razy bili się dla zabawy, ale teraz, jako uczniowie miał wątpliwości, czy temu podoła. Tu jednak liczyła się taktyka, której on nie zdołał sobie nadal wypracować.
Na pewno był od niej szybszy, ale czy ta cecha mogłaby aż tak pomóc? Zdawał sobie sprawę, że siostra również ciężko ćwiczyła na swoich treningach, więc ich szanse były wyrównane.
Kątem oka spostrzegł, jak szylkretka podbiega do niego i wysunęła pazury wprost na niego. Rudy nie mógł tak łatwo przegrać. Wysunął również pazury, kontratakując. Ledwo co uniknął jednego uderzenia, a zaraz po nim nastąpiło drugie. Poczuł, jak pazury siostry wbijają mu się w skórę pod gęstym futrem. Poderwał się i zepchnął ją delikatnie z siebie. Zauważył delikatny uśmiech na jej pyszczku. Widać było, że dobrze się bawi.
Wziął głęboki wdech. Teraz to on pierwszy rozpoczął atak, jednak kotka sprawnie go uniknęła. Dzwonek nie poddał się i pędem znalazł się przy niej, przyszpilając ją do ziemi, oczywiście nie zbyt mocno, aby jej nie skrzywdzić.
— Poddajesz się? — zapytał z uśmiechem, jednak Kniejka stanowczo pokręciła głową.
— Chyba śnisz, żebym tak łatwo ci odpuściła! — rzuciła, uwalniając się od jego ucisku.
Ich bitwa trwała jeszcze jakiś czas, nim obydwa koty zmęczone opadły na miękką trawę, ciężko oddychając. Słońce chowało się za horyzontem, a na polanę wpadł ciepły blask jego ostatnich promieni. Dzwonek i Kniejka w końcu usiedli bliżej siebie, patrząc na niebo.
— Nieźle się spisałaś — powiedział Dzwonek, przerywając ciszę. Jego głos był spokojny, ale w oczach tańczyły iskierki uznania. — Myślałem, że już cię mam.
Kniejka obróciła do niego głowę, by spojrzeć na niego z lekkim uśmiechem.
— Tobie też nie poszło źle — przyznała z błyskiem w oku.
Dzwonkowa Łapa zaśmiał się cicho, czując, jak napięcie dnia powoli opuszcza jego ciało.
— Następnym razem nie będziesz miała tyle szczęścia. Nie dam ci forów — dodał z rozbawieniem.
Kniejka przewróciła oczami, ale kocur widział, że wcale się na niego nie gniewa. Wręcz przeciwnie.
Ich potyczki niemal zawsze kończyły się w ten sam sposób — bez zwycięzcy, lecz ze znacznie silniejszą więzią między nimi. Siedzieli tak przez dłuższy czas, a rudy dopiero teraz zauważył, że Bajkowa Stokrotka i Szepcząca Pustka przyglądali im się z zaciekawieniem. Posłał im ciepły uśmiech. Rozejrzał się na otaczający ich widok. Mógł zostać w tym miejscu na dłużej, jednak słysząc komunikat od jego mentorki o powrocie, jego plany zostały pokrzyżowane.
— Do zobaczenia w obozie — rzucił do siostry i ruszył w drogę za Bajkową Stokrotką, wprost do obozowiska klanu.

***

Cała sytuacja na zgromadzeniu wciąż do niego nie docierała. Minęło parę dni, a on nie potrafił się otrząsnąć. Dopiero co niedawno szedł zadowolony wprost na nie, a teraz szwendał się pod legowiskiem medyka, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Miał złe przeczucie co do całej tej bitwy, którą wymyśliła jego siostra, ale nie chciał wyjść przy niej na tchórza. Zgodził się i czuł z tego powodu wyrzuty sumienia. Co gdyby powstrzymał Kniejkę? Na pewno nie skończyłaby w takim stanie, w jakim teraz była. Wciąż miał w głowie jej straszny krzyk wprost do niego oraz obraz skulonej kotki. Zdawał sobie sprawę, że bardzo cierpiała i bolało go serce, że nie był w stanie pomóc ulżyć jej w tym bólu.
Nie tak wyobrażał sobie swoje pierwsze zgromadzenie. Sądził, że nie wydarzy się nic złego, a przecież bliska mu kotka ucierpiała, a w dodatku z ich klanu zaginęła Pszeniczna Łapa. Nie rozmawiał z nią zbytnio, ale sprawa wydawała się dosyć poważna.
Westchnął ciężko, widząc, jak niedaleko niego siedzą Przepiórczy Puch i Szepcząca Pustka, również czekając na wejście do legowiska medyka. Nie chcieli teraz przeszkadzać medykowi, gdy sprawdzał stan Kwiecistej Łapy.
Dzwonkowa Łapa nie był nawet pewien, czy chciał tam wchodzić. Bał się, że Knieja będzie się niego gniewać. Nawet nie miała za bardzo za co, ale sam fakt, że doszło do tej sytuacji, powodowało u niego smutek i złość na samego siebie.
Myślał intensywnie, czy mógłby jakoś temu zaradzić, ale na nic sensownego nie wpadł.
Poczuł nagły ł ciężar odpowiedzialności na swoich barkach, mimo że wiedział, że to nie jego wina. Nurtowało go jednak, że gdyby postąpił inaczej, może jego siostra nie znalazłaby się w takim stanie. W głowie przewijały mu się obrazy wcześniejszych chwil, ale wcale nie chciał ich ponownie widzieć. Niepewnie spoglądał w stronę wejścia do legowiska medyka, zastanawiając się, czy powinien wejść razem z rodzicami i zobaczyć Kniejkę, ale jego łapy jakby były przyklejone do ziemi.
Nagle usłyszał kroki. W jego stronę szła Przepiórczy Puch. Jej oczy były pełne troski. Jej spokój zawsze działał na niego kojąco, ale teraz nawet jej obecność wydawała się niewystarczająca, by go uspokoić.
— Dzwonkowa Łapo — zaczęła cicho, siadając obok niego. — Wiem, że się martwisz, ale to nie twoja wina.
Kocur skinął głową, choć słowa mamy nie przyniosły mu ulgi.
— A jeśli coś mogłem zrobić, żeby jej pomóc? Może gdybym był bardziej ostrożny...
— Przestań się obwiniać — przerwała mu. — Każdy z nas podejmuje decyzje, które nie zawsze kończą się tak, jak byśmy chcieli.
Skinął lekko głową.
— Wiem o tym, ale poczucie winy we mnie zostanie — mruknął. — Pójdziemy do niej? — zapytał, zadziwiające samego siebie. Czuł jednak nagłą potrzebę zobaczenia szylkretki i upewnienia się, że nie jest aż tak źle jak sobie wmawia.
Udali się w trójkę do środka legowiska medyka. Widok Kniejki, która miała na pyszczku wymalowane cierpienie, zabolało go. Zauważył Skowronkową Łapę, który siedział przy siostrze. Starał się iść jak najciszej, aby nie nadwrażliwić jej jeszcze bardziej słuchu.
— Hej, jak się dzisiaj czujesz? Już lepiej niż ostatnim razem?— zapytał szeptem.


<Kniejko?>
 [1034 słów]
[przyznano 21%]

25 sierpnia 2024

Od Dzwonkowej Łapy CD. Skowronkowej Łapy

Wciąż nie schodziła z niego ekscytacja po kolejnym treningu. Widział, jak brat siada, jednak on zdecydował się pozostać w ruchu, tuptając to w prawo, to w lewo. Do jego nosa dochodził zapach ziół z wnętrza legowiska medyka. Nie wyobrażał sobie siedzieć tam w zamknięciu, kiedy inni mieli możliwość ciągłego zwiedzania terenów.
— Moje szkolenie jak dotąd jest naprawdę super! — odpowiedział z uśmiechem. — U mnie jest wręcz wyśmienicie. Tyle czasu spędzam poza obozem, biegając i trenując! Jest to takie niesamowite, widzieć ten zewnętrzny świat. Też uważasz, że jest on przepiękny? — zapytał, wbijając w niego swój ciekawski wzrok.
— Oczywiście, że tak — Skowronek zauważył lecącego motyla obok niego i lekko się uśmiechnął. — Szczególnie takie małe istoty są wyjątkowe.
Dzwonkowa Łapa nie do końca podzielał jego entuzjazm wszelkimi owadami. On wolał biegać i złapać zająca czy inne szybko poruszające się zwierzę. Zawsze stanowiło to dla niego pewnego rodzaju wyzwanie. Kto będzie pierwszy i kto komu ucieknie? Czy on będzie wystarczająco szybki i da radę upolować zwierzynę, czy jednak to natura z nim wygra?
— Wiesz, że ostatnio byłem na swoim pierwszym patrolu? — zagadnął do brata. Niby teraz stało się to jego rutyną, ale wciąż miał we wspomnieniach ten amatorski raz. — Pilnowanie granic czy nie idzie nikt obcy, było takie ekscytujące! Trzeba siedzieć cicho i nasłuchiwać każdego szelestu liści, rozglądać się cały czas... — wymamrotał zamyślony. — A jak u ciebie, te twoje treningi na medyka? Ostatnio rzadko się widzimy i nieco się martwiłem — przyznał szczerze.
Rudy prócz przebywania w jednym legowisku z Kniejką, widywał się z nią także dosyć często w czasie treningów, podczas których wspólnie trenowali bądź ze sobą walczyli. Skowronka prawie że nie widywał, co powodowało u niego smutek od dłuższego już czasu. Dzwonkowi samemu z siebie nie spieszyło się odwiedzać medyczne leże, więc nie odwiedzał go zbyt często, ale czuł, że pora było to zmienić.
— U mnie jest w porządku. Szkolę się na medyka i szczerze mówiąc, większość czasu przebywam w legowisku — powiedział, schylając głowę w dół.
Kocur widział, że jest on zawstydzony tym wyznaniem. Tylko dlaczego?
— To nic złego, wiesz? Jestem pewny, że spędzony tam czas przeznaczasz na swoją naukę i pogłębiasz swoją medyczną wiedzę. Dla mnie te wszystkie zioła są prawie takie same, nie rozpoznaję w nich nic przydatnego, więc to niesamowite, że wiesz, które co robi! — Chciał wesprzeć swojego brata na duchu. Rzeczywiście, słowa pomogły, gdy bicolor podniósł głowę, posyłając mu lekki uśmiech. — Wierzę, że będziesz dobrym medykiem w klanie. Znaczy, nie dobrym, a najlepszym! W końcu kiedyś ktoś będzie musiał mnie opatrzeć, gdy Kniejka na poważnie mnie pobije w naszych walkach — zaśmiał się na samą myśl o takiej sytuacji. Życie bywało nieprzewidywalne i musiał być przygotowany na każdy bieg wydarzeń.
Słysząc śmiech brata, Dzwonek nieco się rozluźnił. Czekoladowy wydawał mu się nieco wycofany i odizolowany od reszty, ale po prostu taki miał charakter. Nie mógł i nawet nie potrafił go za to winić, że taki się urodził. On sam według chyba wszystkich kotów w klanie, był zdecydowanie zbyt wielkim wulkanem energii i niektórych ta jego energiczność na pewno irytowała. Bliskich z pewnością poniekąd też
— Doceniam to co mówisz — westchnął cicho Skowronek.
— Trzeba siebie wzajemnie wspierać i pokonywać własne słabości z pomocą bliskich.
W końcu od tego jest rodzina, prawda? — podsunął, na co Skowronek skinął głową, a jego wzrok powędrował ku niebu.
— Masz rację — odpowiedział cicho. — Czasem po prostu czuję… że się od siebie oddalamy, rzadziej się widujemy — Wyznał mu. — Ty i Kniejka widzicie się codziennie. Mam wrażenie, że do was nie pasuję — Jego głos był pełen niepewności, a na jego pysku pojawił się cień smutku.
Rudy przyjrzał się uważnie bratu. Wiedział, że Skowronek jest inny niż on. Zawsze był bardziej zamyślony, bardziej skłonny do refleksji.
— Posłuchaj — zaczął ostrożnie, starając się dobrać odpowiednie słowa. — Każdy z nas ma swoje miejsce w klanie. Ty jesteś wyjątkowy, bo potrafisz dostrzegać to, czego inni nie widzą. Kiedy ja gonię za zającem, ty zauważasz delikatność i piękno motyla. Kiedy inni walczą, ty jesteś tym, który zadba, by nasze rany zostały opatrzone.
Skowronek spojrzał na niego z wdzięcznością, choć w jego oczach rudy wciąż widział zwątpienie.
Dzwonkowa Łapa zamilkł na chwilę. Potem uśmiechnął się szeroko, machając radośnie ogonem.
— Siła nie zawsze tkwi w pazurach. Już nawet teraz pokazujesz ogromną odwagę, podążając swoją własną ścieżką, mimo że jest ona według mnie o wiele trudniejsza. Pamiętaj, nie jesteś sam. Masz mnie, siostrę, rodzinę oraz mentorkę i inne koty w klanie. Jestem wręcz przekonany, że w przyszłości twoja wiedza i dobre serce uratuje niejedno życie.
Brat spojrzał na niego z wdzięcznością.
— Dziękuję, że we mnie wierzysz — powiedział cicho, ale z determinacją w głosie. — Postaram się być najlepszym medykiem, jakim mogę być, dla naszego klanu — dodał dumnie.
Rudy uśmiechnął się szeroko. O to właśnie mu chodziło. Przywrócił wiarę w siebie swojemu bratu, z czego był bardzo zadowolony.
Siedzieli przez chwilę razem w ciszy, obserwując obóz i toczące się w nim życie.

***

Szedł przez obozowisko, a ciepłe promienie słońca padały na jego futro. Jego wzrok przykuł brat, który akurat wyłonił się na chwilę ze swojego legowiska. Nie mieli zbyt dużo okazji do rozmów, także nie mógł przegapić tej szansy. Zresztą, po ich ostatniej wymianie zdań, doszedł do wniosku, że musi częściej odwiedzać brata.
— Hej, co ciekawego porabiasz? — zapytał Skowronka, widząc, że kocur grzebie łapką po ziemi.

<Skowronku?>
[903 słowa]
[przyznano 18%]

Od Dzwonkowej Łapy CD. Przepiórczego Puchu

Spojrzał na swoją mamę z zainteresowaniem.
— Przecież nadal jesteś młoda! Może nie tak jak ja, ale wciąż jesteś — przyznał szczerze rudy. Kotka naprawdę zdawała w jego odczuciu na o wiele młodszą, niż miała w rzeczywistości księżyców, choć sam nie wiedział, ile to było. Nie miała jednak nigdzie siwych włosków, by uważać się za nie wiadomo jak starą. — Skoro jesteś w stanie polować i być dobrym wojownikiem... — wywnioskował, opierając się na tym, co jego zdaniem było najważniejsze.
Przepiórczy Puch wydawała się lekko zaskoczona na jego komplement.
— Dziękuje za miłe słowa — odparła z uśmiechem. — Wiesz Dzwonku, aby zostać dobrym wojownikiem, nie liczy się tylko siła i młodość — dodała po chwili, patrząc na niego ciepłym spojrzeniem. — To, co naprawdę jest istotne, to nasze czyny i serce. Sprawnością bliżej mi do twojego dziadka, aniżeli któregokolwiek z moich rówieśników — przyznała niechętnie.
Kiwnął delikatnie głową. Był młody, pełen energii i ciekawości świata, ale nie do końca jeszcze rozumiał, co naprawdę oznaczało to całe "być wojownikiem". Często słyszał od starszych członków klanu i rodziców, jak mówili o mądrości, doświadczeniu i trudach życia, ale te pojęcia wydawały mu się odległe. Był teraz uczniem, a jego jedynym zmartwieniem była za mała ilość treningów czy niepowodzenie na ćwiczeniach w polowaniu.
— Chciałbym kiedyś być tak mądry jak ty — powiedział z przekonaniem w głosie.
Szylkretka zaśmiała się przelotnie i przyciągnęła go łapą bliżej siebie.
— Nie sądzę, bym mogła się nazwać mądrą. Za to ty na pewno zasłużysz na to miano, jeśli zaczniesz uważniej słuchać innych — odpowiedziała cicho, spoglądając na niego. — Każdy z nas miał podobną drogę do przejścia, aby zostać dobrym wojownikiem. Ty dopiero zaczynasz, a ja jestem tutaj, żeby ci pomóc i wspierać w razie potrzeby — stwierdziła.
Kocur wtulił się w jej miękkie futro, czując bijące od niej ciepło i spokój. Zrozumiał, że chociaż jest jeszcze młody, to będzie mieć u boku kogoś, kto zawsze będzie przy nim. Nie było mu wstyd tulić się do matki, chociaż opuścił żłobek z księżyc temu. W końcu wychowała go i był jej ogromnie wdzięczny za każde wymienione w rozmowie słowo.

***
Przed zgromadzeniem
Wróciwszy z patrolu, będąc już w obozie, ujrzał Przepiórczy Puch, zmierzającej najpewniej w tylko jej znanym kierunku. Nie mógł przegapić okazji na rozmowę i wręcz musiał pochwalić się dzisiejszymi wrażeniami. Miał nadzieję, że kotka nie była niczym zmęczona i zdoła poświęcić mu chwilę. Nie widział nikogo innego z rodziny, a na brak towarzystwa rówieśników w legowisku nie mógł narzekać.
Przyspieszył kroku i zwolnił dopiero wtedy, gdy znalazł się przy niej.
— Było super na moim pierwszym patrolu! Tyle dzisiaj biegaliśmy, udało mi się nawet coś upolować! — Pochwalił się od razu, dołączając do swojej mamy w drodze, jak się okazało, na ubocze obozu. — Chociaż przyznam szczerze, że chciałbym, aby trwało to aż do wieczora — dodał.
Jego słowa jak zwykle wywołały w kotce krótki śmiech. Nie rozumiał, z czego dokładnie to wynikało, ale dopóki mama była szczęśliwa, to on też był.
— Cieszę się, że ci się podobało. Pamiętaj, że odpoczynek jest równie istotny co ćwiczenia. Trzeba zachować pewny balans — przypomniała, na co westchnął, bo nieraz już to słyszał i to szczególnie od niej.
— Wiem o tym, ale szkoda mi marnować czas na siedzenie w obozie, gdy czuję, że mam jeszcze tyle sił! — przyznał jej niechętnie rację. Mieli jeszcze tyle czasu, nim zajdzie słońce. Dlaczego nie mogło to trwać cały dzień? Może i starszym wojownikom mogło zabraknąć w połowie patrolu sił, ale on miał młodego mentora, więc na pewno długo by wytrzymali poza obozem.
— Widać to po tobie. Czasami nawet aż za bardzo — przyznała kotka.
— Moglibyśmy kiedyś wybrać się na spacer? W dwójkę albo z tatą z Knieją lub Skowronkiem? — zapytał, zmieniając temat i wbijając w nią wzrok pełen oczekiwań. — Chciałbym od ciebie usłyszeć, jak wyglądał twój trening na wojownika. Szczególnie te pierwsze dni po wyjściu ze żłobka!
Przepiórczy Puch na moment się zawahała.
— Na pewno nie byłaby to ciekawa historia. Wiesz dobrze, że ja nie jestem taka energiczna jak ty i mam wątpliwości, czy byś się tym zainteresował — odpowiedziała niepewnie.
Dzwonkowa Łapa po raz kolejny popatrzył na mamę, mając tym razem lekko zawiedzioną minę.
— Naprawdę? — jęknął cicho. — Proszę, bardzo ładnie! Jestem bardzo ciekaw twoich młodzieńczych wybryków! — Zwolnił i zatrzymał się na chwilę przed nią, robiąc przy tym błagalną minę.
Westchnęła cicho.
— Pomyślę nad tym, dobrze? — zapytała łagodnym głosem.
— Mam nadzieję, że się zgodzisz. Niezależnie od tego jak potoczyły się twoje treningi, z chęcią wysłucham opowieści! — odparł, posyłając jej szeroki uśmiech.
Dzwonkowa Łapa na samą myśl o wszystkich przeżytych przez nią przygodach, odczuł ekscytację. Nie mogłoby przecież być aż tak nieciekawe, jak zapewniała go kotka. A może wydarzyło się coś, co chciała ukryć?
Nie chciał snuć nieprawdziwych i dziwnych teorii, bo jeszcze sprawiłoby to jego mamie przykrość.

<Mamo?>
[809 słów]
[przyznano 16%]