BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Glonik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Glonik. Pokaż wszystkie posty

20 sierpnia 2024

Od Glonika CD. Niedźwiedziej Łapy (Niedźwiedziego Miodu)

Trzeba było przyznać, że Glonika wprost zachwycił czekoladowy kocur. Nie dość, że przyznał, że jest całkiem gibki (nie licząc oczywiście pobolewającego karku), to jeszcze gdy wspinał się na tylne łapki, to wyglądał dostojnie jak żuraw. A to bardzo ważna cecha. Bardzo ładnie również mówił, a jego głos przypadł rudzielcowi do gustu. Oceniając tak nowo poznanego kota, Glonik raz po raz zadawał sobie pytanie, czy Niedźwiedzia Łapa spodobałby się mamie i Rybce, po czym za każdym razem przytakiwał sobie główką. Czekoladowy jegomość na pewno też byłby ukontentowany ich małą, acz przytulną wnęką. Był jednak jeden problem. Może dwa. Pierwszym było to, że kocur podobno miał już swoją nietuzinkową rodzinkę, w której chyba mu się podobało. No i nawet jeśli byłby samotny, to przecież nie wiedzieli, jak wrócić do Rybki. A mamy jak nie było, tak nie ma, mimo że słońce kładące się na horyzoncie zwykle oznaczało jej nadejście.
Widząc zmartwienie malujące się na pysku Niedźwiedziej Łapy, sam przybrał podobny grymas. Rude uszka, wcześniej skupione na słuchaniu rozmówcy, opadły żałośnie, gdy Glonik rozejrzał się dookoła.
– Mama się nie gubi – kocię pokręciło łebkiem, a zanim czekoladowy zdążył coś dodać, to wstało ze słomkowego posłania. – Ale może poszła do Rybki. Bo wie Pan, Panie Niedźwiedzia Łapo, Rybka jest chora. I czasem brzydko kaszle. Mama wtedy zawsze przybiega jej pomóc. Więc może rzeczywiście jest przy niej i jutro po mnie wróci… – westchnął. Martwił się o Rybkę. Jeśli mama po niego nie wróciła, oznaczało, że szylkretce znowu się pogorszyło. Tym razem nie było go przy niej. Nie mógł uspokoić jej oddechu, ani przytulić niewielkiego ciałka. Pewnie musiała za nim tęsknić. Niedźwiedzia Łapa, widząc, jak malec posmutniał, trącił go delikatnie łapą.
– Nie rób takiej minki, Gloniku. Na pewno z rana Twojej siostrzyczce będzie lepiej i szybko znajdziemy Twoją mamę – zapewnił go z uśmiechem.
– I pójdziemy z samego rana? – upewnił się maluch.
– Obiecuję.
– Na ogonek Pan obiecuje? – uniósł rudą kitę ku górze, delikatnie odchylając się na boczek. Niedźwiedź zaśmiał się serdecznie, po czym dostojnie wstał i powtórzył gest kociaka.
– Na ogonek – potwierdził, na co Glonik w końcu przetarł nosek łapką i podszedł bliżej łap kocura. Zadarł łepek, po czym rozejrzał się bojowo, by znowu usłyszeć ciche, rozczulone chichotanie kocura nad sobą.
– No, zuch z Ciebie, Gloniku. Może zamiast Glonikowym Pytaniem zostałbyś Glonikową Odwagą, taki jesteś dzielny.
Dzieciak uśmiechnął się na to, nieco zawstydzony taką ilością pochwał jednego dnia. Klifiak widząc, jak po niebie zaczyna wędrować księżyc, przeciągnął jeszcze szybko łapy, po czym delikatnie pośpieszył kocurka. – Chodź, nie mamy daleko.
– Dobrze, proszę Pana – miauknął, po czym ruszył za kocurem, wysoko unosząc łapki, by przedrzeć się przez pszeniczne ściany. Niedźwiedzia Łapa szybko go delikatnie wyprzedził, a maluch, korzystając z tego, że Misiek robił za taran, zaczął skakać po jego śladach, by aż tak się nie męczyć podczas przeprawiania się przez zboże. Brązowa, puchata kita, na którą nie raz prawie przypadkiem naskoczył, nie mogła potem umknąć jego uwadze.
– Ma Pan ładny ogonek, wiedział Pan? – zagaił, strasząc swoim głosem parę cykad obok.
– A wiedziałem. Ale bardzo mi miło, że zauważyłeś – zaśmiał się kocur.
– O. To dobrze, że Pan wiedział. Bo to prawda – zamruczał Glonik. Lubił słuchać, jak czekoladowy się podśmiechuje. Jego pyszczek wtedy tak ładnie się rozjaśniał, gdy ukazywał białe zębiska w radosnym uśmiechu. – Długo go trzeba myć? Pewnie dużo patyczków się w niego wplątuje. Moja mama mówiła, że…
I tak minęła im podróż. Glonik nawet nie wiedział kiedy wyszli ze zbóż, tak był pochłonięty rozmową z nowym kolegą. Zauważył, że teren się zmienił, dopiero gdy zaczęli schodzić w dół, a do jego uszu dotarł straszny huk. Glonik zjeżył się porządnie, z szeroko otwartymi ślepiami szukając źródła tego hałasu.
– Panie Niedźwiedzia Łapo! Czy to prawdziwy niedźwiedź tak krzyczy? – zapytał spanikowany, dobiegając do czekoladowego.
– Hm? – kocur spojrzał się na niego ze zdziwieniem. Glonik przywarł zaraz do jego łapki, wciąż rozglądając się dookoła zamaszyście, aż szyja zaczęła go boleć.
– Mama mi opowiadała, że niedźwiedzie ryczą tak głośno, że ziemia się pod łapami trzęsie. A jestem prawie pewny, że pod moimi łapkami ziemia właśnie to robi – kocurek upewnił się, przykładając ucho do podłoża. Klifiak chwilę wsłuchiwał się w okolicę, gdy w końcu coś jakby przeskoczyło w mózgu, aż otworzył szerzej oczy.
– Ach, o tym mówisz. Nie, to nie niedźwiedź, Gloniku.
– Och… to Pana brzuszek? Jest Pan taki głodny? – malec ściszył głos, żeby czasem nie zawstydzić kolegi.
– Oj, gdybym wydawał takie dźwięki za każdym razem, jak mam ochotę coś przekąsić, to moja rodzinka musiałaby chodzić z mchem w uszach cały czas – prychnęło kocurzysko. – Nie, Gloniku, to ani niedźwiedź, ani Niedźwiedziowy brzuszek. To wodospad. Ale nie martw się, on nie ryczy ani ze złości, ani z głodu, a jak wejdziemy do obozu, to już będzie ciszej.
– Do obozu?
– Tak. Już bliziutko. To tam mieszkam z rodzinką. Wejście jest za ścianą wody, ale w środku nie jest mokro. Fajnie, co? – czekoladowy zachęcił kociaka do wznowienia marszu szybkim ruchem ogona.
– Tak… fajnie… – wymruczał zachwycony Glonik, oczyma wyobraźni już widzę piękne wejście.
– No i jako członek takiej rodzinki szybko się przyzwyczaisz do tego dźwięku. Bardzo szybko staje się tak bliski, jak bicie Twojego własnego serduszka.
Glonik pokiwał energicznie łebkiem, po czym zachęcony znowu zaczął dreptać. I po chwili rzeczywiście, jego ślepiom ukazała się wodna brama, za którą zauważył sporą jaskinię. Była… ogromna! Przecież to było ze sto jego norek, jak nie więcej! I gdzie nie spojrzał, leżały koty różnych kolorów futra. Młodemu aż zakręciło się w głowie od tylu kolorów i zapachów. A i tak przecież nie widział wszystkiego. Dopiero jak słońce wzejdzie zobaczy szczegóły, a teraz jedynie mógł sobie wyobrażać, jak co wygląda w dziennym świetle.
– Ooo… – zdołał wydusić, oglądając obóz z szeroko otwartym pyszczkiem.
– Dobra Glonik, słuchaj – Niedźwiedzia Łapa nachylił się do niego konspiracyjnie. – Mam dla Ciebie ważne zadanie. Musisz tu chwilę poczekać na mnie, siedząc grzecznie – pokazał łapką miejsce na ziemi przed rudymi stopami – a ja w tym czasie szybko coś ustalę, a potem znajdziemy jakieś posłanie dla Ciebie, co Ty na to?
Glonik szybko pokiwał głową, jednak w zasadzie jedyne, co rzeczywiście do niego dotarło były słowa “ważne zadanie” i “znajdziemy posłanie”. Reszta przez zachwyt nowym miejscem wleciała jednym uchem i wyleciała drugim. I gdy Niedźwiedź poszedł robić… coś, Glonik jak zwykle przylizał sierść na łapkach i policzkach, po czym wyruszył w tylko sobie znaną stronę, na ważną misję. Kierując się zapachem Niedźwiedziej Łapy, niezdarnie wspiął się po paru skałach, wspomagając się nieco mchem porozrzucanymi na kamiennej posadzce, by w końcu stanąć na wejściu do nieco mniejszej wnęki, w której leżało parę kotów. Większość z nich wyglądała zdecydowanie mniej potężne niż Niedźwiedzia Łapa, jednak wszyscy wciąż byli więksi od niego. W rogu jednak dostrzegł posłanie, które rozmiarem i kształtem pasowało do ciała Niedźwiedzia. Tak, gdy nieco zmrużył oczy, mógł sobie wyobrazić, jak brązowy kolega sobie tam leży i mieści się idealnie, jak jajko w gniazdku.
Tam też się udał, uważając, żeby nikogo nie obudzić ani nie nadepnąć. Nie znał tych kotów, ale domyślał się, że - tak jak Rybka - nie lubią być deptani. Po dłuższej chwili skupienia i wstrzymywania powietrza, w końcu dopadł posłanie. Powąchał jeszcze mech, żeby upewnić się, że na pewno należy do Niedźwiedziej Łapy, po czym ułożył się na boczku. Nie chciał zabierać mu części, która była już umoszczona, więc posadził się na brzegu i zrobił parę kółek, by dopasować legowisko trochę pod siebie, po czym złożył się w ładny, równy bochenek i czekał. Z nieznanych mu powodów Niedźwiedziej Łapie trochę zajęło, żeby go znaleźć. Pewnie dlatego go prosił, żeby odnalazł posłanie - sam nie wiedział, gdzie jest! Mógł po niego wyjść, gdyby zorientował się wcześniej…
– Panie Niedźwiedzia Łapo, znalazłem leże! – zamruczał wesoło, dumnym, chociaż delikatnie ospałym tonem. – Nie obrazi się Pan, jeśli tu sobie cupnę? Nie zabieram dużo miejsca, obiecuję! – Glonik zamrugał ładnie parę razy, po czym ziewnął szeroko, by zaraz wlepić wyczekujący wzrok w nieco skołowanego, odrobinę zdyszałego Niedźwiedzia. Glonik stwierdził, że coś długo musiał szukać tego posłania, skoro się tak zmachał… w sumie to się nie dziwił, ta wnęka była przogromna! Jak już go zaprowadzi do jego małej norki, to od razu mu pokaże legowisko, żeby się nie musiał tak męczyć.

< Misiu? >

12 sierpnia 2024

Od Glonika do Niedźwiedziej Łapy

Napady kaszlu Rybki ustały, jednak z niewielką kotką wciąż było coś nie tak. Glonik to czuł, nie tylko jako przeczucie, które zdawało mu się wyżerać dziurę w żołądku, ale także przez zapach. Rybka pachniała inaczej niż zwykle. Nie potrafił określić, co dokładnie się zmieniło, jednak odchylenie było na tyle dużo od normy, że nawet jego niewyćwiczony nosek wyczuwał, że coś się dzieje. Mama też zachowywała się dziwnie. Teraz nawet gdy wracała do norki zachowywała się niespokojnie. Zrobiła się też cichsza. Rzadziej mówiła, rzadziej karmiła ich swoimi pięknymi słowami i uważnie tkanymi opowieściami. Uznałby to za normalną kolej rzeczy, gdyby nie fakt, że często łapał ją na wpatrywaniu się, jednak nie w czującą się gorzej Rybkę, a w niego. Z nieznanym mu wyrazem posyłała mu niepewne spojrzenia. Jakby gorączkowo się nad czymś zastanawiała. Ile by teraz dał, żeby niczym wiedźma znana z opowieści rodzicielki obdarzyła go błogosławieństwem i pozwoliła przeczytać jej łepek z taką łatwością, jak czytał kształty w chmurach.
Powiedzieć, że następny ranek przebiegł niespodziewanie byłoby niedopowiedzeniem wielkości niedźwiedzia.
– Chodź, Gloniku, idziemy razem na polowanie – nie były słowami, których młody kocurek spodziewał się usłyszeć w tym życiu.
– Naprawdę?! – momentalnie podniósł się z posłania, podskakując w podekscytowaniu.
– Naprawdę. Zbieraj się szybko, zanim nie zmienię zdania – Łania uśmiechnęła się do niego. Specyficznie, jakby emocje w jej sercu mieszały się w rytmie jego uderzeń, jednak Glonik dostał takiego zastrzyku dopaminy, że nie potrafił zwracać uwagi na niuanse w wyrazie pyska kotki. Zatrzymał się zaraz w połowie kroku, prawie tracąc równowagę.
– A Rybka? Też może iść?
– Nie, Rybka zostanie. To będzie nasza wyprawa. Mamy z synem – miauknęła szylkreta, wychodząc z legowiska. Glonik ściągnął smutno brwi, zerkając na śpiącą za nim siostrzyczkę. Lekko, na paluszkach, by jej nie obudzić, podkradł się i przejechał czule językiem po jej czole.
– Przepraszam Rybko, że nie możesz iść. Przykro mi. Ale nie smuć się! Powiem mamie, żebyśmy wrócili szybciej niż ona zazwyczaj – obiecywał, położywszy swój łepek na jej główce. – Powiem jej, że nóżki mnie bolą i że musimy wracać – zachichotał, opowiadając swój sprytny plan.
Rybka zdawała się uśmiechnąć blado przez sen. Nie wiedział, czy to dlatego, że rzeczywiście go słyszała, czy dlatego, że akurat przyśniło jej się coś miłego. Uśmiech ten jednak rozjaśnił i jego pyszczek, gdy przysunął się bardziej do szylkretowego ciałka.
– Jak już wrócę to wszystko Ci opowiem. O zającach, myszach i jaszczurkach. A może nawet o strasznych mewach! Więc… więc poczekaj na mnie, dobrze? Niedługo wrócę znowu Cię przytulić – wymruczał, by zaraz ostatni raz uścisnąć ciepło siostrzyczkę, ostatni raz polizać jej szylkretowe czółko i wymaszerował śladami matki.
Gdy pierwszy raz wyłonił się z norki, zdziwiło go, jak mocno tutaj wiał wiatr. Zachybotało prawie całym jego ciałkiem, gdy powietrze chwyciło go w swoje porywiste objęcia. Powiew przyniósł za sobą różne zapachy, przeważnie traw i liści, a także parę dmuchawcowych spadochronów, które spoczęły na rdzawym karku.
– Chodź Gloniku. Pokażę Ci, gdzie zwykle poluję – chociaż Łania wymówiła jego imię, to samo zdanie zdawała się rzucać w przestrzeń, a nie w jego stronę. Glonik mimo zachwytu słońcem, które teraz delikatnie głaskało jego grzbiet, przekrzywił zaniepokojony łebek. Mama była na niego zła? Za to, że tyle się ociągał? Chciał się tylko pożeganąć porządnie z Rybką. Nigdy wcześniej nie zostawiał jej samej, zawsze byli razem. W jego niewielkiej główce tworzyli jedność, więc to chyba normalne, że potrzebował chwili, żeby zapewnić ją, że wróci?
– Mamusiu?
– Cicho – przerwała mu zaraz z sykiem. – Posłuchaj jak ptaki śpiewają. Jak wiatr im gra na złotym zbożu. Glonik usłuchał polecenia i nastawił uszu, zaraz zapominając, o co chciał zapytać. Ptaki rzeczywiście kwiliły chórem, przelatując raz po raz nad ich głowami. Czasami słyszał ich rytmiczny trzepot skrzydeł, jak obniżały się w locie by złapać wypłoszone z traw owady. Z każdym krokiem Glonik chłonął coraz więcej świata zewnętrznego, który tak bardzo różnił się od niewielkiej wnęki w ziemi. Wszystko tu było jasne, wszystko pachniało świeżością. Mimo jaśniejącego na niebie krągu, wciąż między trawami mógł dostrzec gdzieniegdzie krople rosy. Ich błyski raz po raz kradły wzrok Glonika. Kocurek dreptał pomiędzy zaroślami ostrożnie, wciąż co jakiś czas upewniając się, że kita Łani jest w zasięgu wzroku. Marsz nie dłużył mu się wcale dzięki świerszczom, które zaskakiwały zabawnie z jego drogi, by zniknąć gdzieś w nieprzebytej zieleni. Szybko stracił poczucie czasu. Odurzony zachwytem wrócił do siebie dopiero, jak uderzył w tylną łapkę szylkrety, która spojrzała na niego z politowaniem.
– Teraz zamknij oczy. Nie chcesz przecież znać wszystkich sekretów już na pierwszej wyprawie, prawda? – zamruczała, chwytając kociaka za luźną skórę na karku. Z głośnym wydechem powietrza podniosła młodego, po czym znów zaczęła iść. Glonik tylko czuł, jak delikatnie kiwa się na boki, a zapach zdawał się coraz bardziej zmieniać. Pachniał specyficznie, słono. Niepodobnie do tego, jak pachniała ich norka. Jak daleko mama wychodziła polować? Nic dziwnego, że tyle czasu zajmowały jej wypady! Może następnym razem poradzi jej, żeby wybierała jednak krótsze ścieżki.
– Daleko jeszcze? – miauknął zniecierpliwiony Glonik, ziewając szeroko. Powolne kołysanie zaczęło go w końcu usypiać, a przecież miał zaraz wracać do Rybki! Ostatnimi resztkami przytomności próbował powstrzymać się od kolejnego ziewnięcia, jednak i tak wydarło mu się ono z pyszczka. Nie mógł jeszcze iść spać… nie teraz… za… chwilkę…
***
Obudził się, opatulony przez źdźbła pszenicy. Wiatr poganiał nad nim chmury, które powoli się zbierały na nieboskłonie. Rudzielec, mimo wyjątkowo wygodnego posłania i przyjemnego zapachu łaskoczącego go w nozdrza, szybko rozciągnął się i rozdziawił pyszczek w ziewnięciu. Prędko przetarł oczy i z przyzwyczajenia wymamrotał szybkie, zaspane “dzień dobry”. Jednak nie dostał odpowiedzi od żadnej znajomej istoty. Nawet poruszenia się siostrzyczki obok. Jedynie cykanie świerszczy nad uchem i czyjeś kroki, które nagle ustały.
– No… no dzień dobry robaczku – usłyszał obcy, jednak przyjazny głos za sobą. Glonik zaraz się odwrócił i wytrzeszczył oczy. Nie widział jeszcze innego kota niż mama czy Rybka. Nieznajomy najwidoczniej też nie, sądząc po jego wypowiedzi.
– Nie jestem robaczkiem… – mruknął rudzielec, nadymając policzki. – Jestem Glonik.
Przybysz nie wyglądał wrogo ani strasznie, jak zbóje z betonowego świata o którym opowiadała mama. Miał ładne, żółte ślepia, które delikatnie skrzyły się w promieniach słońca i gęste futro, na pierwszy rzut oka w lepszym stanie niż te u Łani. I był wysoki. Glonikowi wydawało się, że gdyby chciał, to uszami sięgnąłby nieba.
– Dobrze. To co taki Glonik tu robi? I to sam, jak mniemam? – kocur delikatnie rozejrzał się naokoło, co kociak również uczynił. Rzeczywiście, nie widział nigdzie w pobliżu znajomego szylkretowego futerka. Zawęszył w powietrzu, szukając ukochanego zapachu - nic. Normalnie byłby przerażony, jednak miły uśmiech na pyszczku czekoladowego delikatnie koił jego nerwy. Mama na pewno po niego szybko wróci. Szczególnie gdy jego nowy kolega był tak wysoki. Pewnie zajęła się polowaniem i na chwilę zgubiła drogę, ale teraz na pewno ich dostrzeże.
– Czekam na mamę. Poszliśmy razem polować. Miałem szybko wracać do Rybki, żeby nie było jej smutno, ale… chyba jednak trochę nam zeszło… – odpowiedział, próbując zorientować się, jaka jest pora dnia. - Och, i Rybka to moja siostra, nie jedzonko. Ani zwierzątko. Tak dla uściślenia – dodał szybko, zerkając na nieznajomego. – A… Pan? Kim jest? Pan też ma jakieś imię jak ja, Rybka albo mama? – zagaił, przekrzywiając rudą łepetynę. Nie będzie przecież rozmawiał z nieznajomym za długo, a jak już się poznają, to nie będzie problemu. Może mama będzie chciała go bliżej poznać? Ostatnio bywa smutna, więc więcej towarzystwa jej się przyda. Ba, miał wrażenie, że im wszystkim brakowało kogoś nowego, żeby dotrzymywał im towarzystwa w norce. Tylko… Glonik jeszcze raz zmierzył kocura wzrokiem bardzo widocznym gestem, od łapek aż po czubek głowy - czy on się w ogóle zmieści do ich domku?
– Hm… – wydał z siebie zaraz cichy pomruk, nie dając kocurowi odpowiedzieć na poprzednie pytanie. – Jest Pan dość… gibki? Albo… o, kompaktowy? Umie się Pan składać jak żółwiki? – Glonik zamrugał parę razy ślepiami, tym razem w stanie gotowości na odpowiedzi.
< Misiu? >

Od Glonika

Glonik obudził się zmęczony. Ledwo co otworzył oczy, a już chciał je znowu zamknąć. Znowu bolały go łapki, a pył nory nieprzyjemnie gryzł w nos i płuca. Nawet jego sierść nie wyglądała tak dobrze, jak księżyc temu, dodatkowo piach sypiący się ze sklepienia coraz bardziej drażnił jego skórę. Brak odpowiedniej dawki słońca zdecydowanie nie pomagał jego samopoczuciu. Tak bardzo nóżki świerzbiły go, żeby wyjść chociaż na chwilę na zewnątrz, pozwiedzać, odetchnąć czystym, lekkim powietrzem… jednak na dworze samemu było niebezpiecznie. Mama go przestrzegała, żeby sam nie wychodził. A po ostatnim incydencie z piórkiem nie chciał robić nic, co mogło być dla niej przysłowiowym nadepnięciem na ogon. Westchnął więc głęboko i przewrócił się na plecki, po czym zaczął liczyć korzenne warkocze. Wszystkie cztery były na miejscu, niezmiennie od 3 księżyców. Chociaż? Raz, dwa, trzy, cztery… pięć? Rudzielec zmrużył oczy i mimowolnie otworzył pyszczek, przyglądając się sufitowi. Po bliższych oględzinach wcale nie wyglądało jak wąsaty korzonek roślinki tylko patyk. Ale skąd się wziął patyk w tym miejscu, i to tak dziwnie przyczepiony?
– Rybko, przylepiałaś coś do góry? – rzucił, wciąż marszcząc mordkę w głębokim zamyśleniu. Poczuł tylko, jak szylkreta, która chwilowo robiła za podpórkę pod jego ciałko, kręci się przecząco, żeby zaraz rzucić mu wymowne spojrzenie.
– No nie wiem jak byś miała to przyczepić, na ślinę może? – mruknął Glonik, wzruszając ramionkami. – Poczekaj, ściągnę.
I rzeczywiście, przymierzył się do chwycenia patyka, jednak nie sięgał. Wydłużył więc szyję niczym czapla, jednak wciąż brakowało.
– Rybko, będę musiał Cię nadepnąć – oznajmił, po czym wgramolił się na plecki siostry. Tym razem sięgnął bez problemów. Takie jednak pojawiły się, gdy patyk zaczął się poruszać, obejmując jego pyszczek odnóżami. Glonik pisnął, potknąwszy się na plecach Rybki, po czym padł obok, wzniecając dużą chmurę pyłu i piasku. Szybko kręcąc głową udało mu się zrzucić cokolwiek właśnie tuliło się do jego mordki i odsunąć się na bezpieczną odległość, chowając za sobą Rybkę. Patyk, ku jego zdziwieniu wstał, i jakby oburzony zaistniałą sytuacją wyszedł z nory. Czy… za długo nie widział słońca? Tracił zmysły i wydawało mu się, że gałązki chodzą?
– Rybko, ty też to widziałaś? – wydukał w końcu, odwracając się do kotki. Odpowiedział mu jednak kaszel. Kaszel, który zdawał się coraz bardziej nasilać. Szylkreta po chwili zdawała się nie móc nabrać porządnie powietrza, a jej nosek zmienił kolor na delikatnie siny.
– Rybko? Rybko co Ci jest? – kocurek przycupnął przy niej, nastawiając uszu. Nawet lekkie oddechy między kaszlem zagłuszał świst. Kotka nie reagowała dłużej na jego pytania, z zamkniętymi oczami siłując się z ciałem, które właśnie pochłaniały konwulsje. Kocurek z przerażeniem obserwował, jak kotka nadal nie może nabrać porządnie powietrza. Poczuł, jak łzy bezsilności i strachu skraplają mu się w oczach. Gdy kaszel chwilowo osłabł, rudy szybko chwycił jej łapkę w swoje i przycisnął do własnej piersi.
– Oddychaj, spokojnie, oddychaj… – próbował ją uspokoić, sam oddychając głęboko i spokojnie. – Głębokie wdechy… – Rybka otworzyła na chwilę oczy, by posłać mu słabe, ale wdzięczne spojrzenie. Widział nawet, jak na jej pysk wkrada się delikatny uśmiech, a druga łapka wędruje, by spocząć na jego, jednak w połowie drogi znowu się zatrzymała, kaszląc głośno. I w tym momencie wpadła Łania, która widząc, co się dzieje, prędkim ruchem odrzuciła parę patyków pod którymi chowała zioła i mech, po czym podała szybko małej szylkretce. Czekanie, aż Rybka przestaje kaszleć i zacznie oddychać było najgorszą chwilą w życiu Glonika. Słyszał każde swoje uderzenie serca w uszach, jego łapki drżały, a z oczu w niepohamowany sposób wylewały się łzy. W ciszy obserwował, jak ciało Rybki powoli się uspokaja, napinające się mięśnie w końcu rozluźniają, a nosek na nowo różowieje. Dopiero gdy upewnił się, że kotka może znowu normalnie nabierać powietrza w płuca, dopadł do niej i przytulił tak mocno, że gdyby przytrzymał ją tak dłużej to znowu by posiniała, jednak Łania w porę go odciągnęła, by Rybka mogła w spokoju odpocząć.
– Już dobrze, już dobrze – Łania uspokajała obydwa kocięta mrucząc cicho. W złocie oczu jednak mieniła się niepewność, a także.. strach. Glonik przycisnął się do nich obu, zamykając piekące oczy. Dlaczego z każdym dniem coś musiało się komplikować? Rybka miała zdrowieć, a mama miała tracić smutny wyraz mordki i ostre rysy na policzkach spowodowane głodem. Dlaczego nie mogły się spełnić jego życzenia i nie mogli żyć sobie w spokoju?

11 sierpnia 2024

Od Glonika

Mamy wciąż nie było, a on już nie mógł wytrzymać w jednym miejscu. Łapki mu zdrętwiały od leżenia, kark bolał od dawania Rybce buziaczków w czółko, a szylkretka miała już zbyt czyste futerko, żeby próbować je wyczyścić kolejny raz. Nawet przywoływanie opowieści Łani nie pomagało na nudę.
– Ciężki dzisiaj dzień, co, Rybko? – westchnął, przeciągając grzbiecik. Jednym ruchem zrzucił z siebie kurz i podskoczył parę razy w miejscu, próbując rozruszać nieco krążenie krwi. – Wiesz co? Może zamiast czekać na mamę, to dzisiaj ja posprzątam domek? – zastanowił się na głos, na co odpowiedziało mu zdziwione spojrzenie Rybki.
– No tak, wiem, że mama woli ogarniać tu sama, ale na pewno się ucieszy, jak raz jej trochę pomogę! – odpowiedział. – Ty byś się cieszyła, prawda?
Siostrzyczka skinęła głową. No to ustalone. Glonik uśmiechnął się, przylizał sierść na przednich łapkach i policzkach, żeby mu nie przeszkadzała i zaczął sprzątanie. Wyrzucił za legowisko suche i obgryzione kostki po wczorajszej kolacji, umościł posłanie, wyjąwszy z niego uprzednio luźne źdźbła trawy i chwycił rosnące niedaleko pszeniczne szyje, żeby nieco wzmocnić konstrukcję leża. I gdy tak pakował złote słomki w zakamarki roślinnego gniazda, piękny kolor mignął mu w kąciku oczka. W ciemnym kącie norki była niewielka szczelina, wcześniej zakryta kawałkiem posłania, która w swoich trzewiach chowała… piórko. Ale nie takie, jakie kocurek wcześniej widział, oj nie. Nie należało do żadnego ptaszka, którego znał, a znał całe trzy. To prawie wszystkie jakie istniały, a i tak to było mu obce. Było długie, jego delikatne wąsiki łaskotały poduszki jego łap, a na końcu patrzyło na niego jaskrawe, szafirowe oko ze szmaragdową końcówką. Gdy delikatnie je obrócił, zaiskrzyło w świetle które nieśmiało wpadało raz po raz przez poruszane wiatrem na zewnątrz zboża. Musiał je pokazać Rybce! To prawdziwy skarb! Nie miał pojęcia, jakim cudem się znalazło w ich domku.
— Zobacz, zobacz! – pisnął podekscytowany, chwytając cenny przedmiot w pyszczek. Z podekscytowania w mrugnięcie okiem pojawił się przy szylkretce, która z zaciekawieniem łypała na niego zielonymi ślepiami.
– Popatrz co znalazłem! – wypluł malec, wraz z zawartością pyszczka. – Oj. Trochę się skrzywiło – kocurek zmarszczył brwi. Musiał z radości trochę za mocno przygryźć… – ale to nic. Nadal jest śliczne, prawda?
Koteczka z niemałym szokiem oglądała zdobycz. Dawno nie widział u niej takiego zainteresowania jakimś przedmiotem. Ostrożnie wyciągnęła nawet łapkę, żeby przejechać po pierzastych żebrach. Glonik był bardzo dumny, że udało mu się znaleźć coś, co tak się spodobało Rybce. Zachwytom nie było końca, aż do legowiska nie zajrzała Łania. Trzymając w pysku niewielką mysz wyglądała na zmęczoną.
– Mamo, zobacz, co znalazłem! Jest takie ładne! – zawołał Glonik, zachęcając, by kotka podeszła. Jednak zamiast okrzyków radości czy pochwały za spostrzegawcze oko, usłyszał tylko jak zwierzyna ląduje głucho na ziemi. Zaraz poczuł, jak Łania odpycha go od piórka i zastyga, pochylona.
– Złamałeś je… – ciche słowa wydarły się z gardła Łani razem z drżącym oddechem.
– To przypadk-
– Ile razy mówiłam Ci, żebyś niczego nie ruszał, jak mnie nie ma?! – Łania wrzasnęła, obracając się w stronę rudzielca. Glonik aż cofnął się wystraszony, upadając. W jej oczach widział ból, mieszający się z żalem i gniewem, jakiego jeszcze wcześniej u kotki nie widział. Aż przez chwile przeszło mu przez myśl, że nie mogą być to te same ślepia, które obserwują go na co dzień.
– Ja nie… – wyjąkał, kładąc po sobie uszy i opuszczając łepek. Nie rozumiał, co się dzieje. Dlaczego była zła? Przecież tylko je przyniósł Rybce do zobaczenia. Nie chciał przecież go specjalnie zniszczyć. Nie chciał sprawić jej przykrości!
Łania umilkła. Całkowicie. I z jakiegoś powodu było to gorsze od jej poprzedniego krzyku. Strach i niepewność go zżerały, wywracały jego żołądek, jak w milczeniu przyglądał się najeżonej sierści na grzbiecie szylkrety. Czuł jak łzy napływają mu do oczu. Dlaczego się nie odzywała? Wolałby żeby nakrzyczała na niego, żeby powiedziała mu, co zrobił źle.
– Przepraszam… – wyjąkał w końcu, pociągając nosem. – Nie wiedziałem, nie chciałem… – próbował przytulić się do jej łapki, próbując jedynego mu znanego sposobu, żeby ukoić swoje i jej zszargane nerwy, ale ta go odtrąciła i bez słowa wyszła z norki. Glonik obejrzał się za nią, po czym z cichym płaczem przywarł do Rybki. Między chlipnięciami w kółko powtarzał “przecież nie chciałem” , gdy Rybka raz po raz próbowała go uspokoić krótkimi liźnięciami po łebku. Nie wiedzieli, ile czasu minęło, zanim Łania znowu do nich wróciła. Gdy podeszła, rudzielec zauważył, że widocznie krótsze pióro wisiało tym razem wplecione w jej ogon.
– No już cicho – westchnęła, kładąc się za kocięta. Otuliwszy je ogonem, polizała to Rybkę, to Glonika. Kocurek od razu przywarł do niej, wycierając obsmarkany nos w jej futro. – Wiem, że nie chciałeś.
Rudzielec pokiwał twierdząco głową.
– Nie rób tak więcej. Nie dotyka się czyiś rzeczy bez pytania. Tak?
– Tak… – miauknął żałośnie Glonik, czując, jak żal i stres powoli z niego schodzi. Czyli nie obraziła się na zawsze. Chyba.

10 sierpnia 2024

Od Glonika

Łania była kotką, która nigdy nie żałowała swoich decyzji. Nawet błędy uznawała za okazję do nauki czy sprawdzenie swoich umiejętności. Dotąd uznawała, że ze wszystkiego wyjdzie bogatsza o doświadczenia, nie ważne jak trudne czy uciążliwe. Aż do teraz. Jej kocięta miały prawie trzy księżyce. I całe ich doczesne życie było dla niej koszmarem. Długo myślała, wręcz wyznawała, że z czasem, wraz z podrośnięciem młodych będzie łatwiej, jednak te wymagały coraz więcej jej uwagi, czasu i siły, których nie miała. Tak bardzo chciała kochać swoje młode, poświęcać im się bez reszty ich wychowaniu, by miały lepsze dzieciństwo niż ona… jednak nie potrafiła. Patrząc na śpiące kulki nie czuła do nich matczynej miłości czy rozczulenia, a rozżalenie, złość. Nawet tęsknotę za tym, co utraciła, gdy się pojawiły.
Jedynie wieczorami, gdy po dniu polowań i patrolowania niewielkiej połaci terenu w obawie przed drapieżnikami, powróciwszy do nory, zerkając na kocięta była w stanie wykrzesać z siebie trochę sympatii do przodkom ducha winnych stworzeń. Gdy cieszyły się na jej widok jak oszalałe, gdy czekały, aż opowie im kolejną historię o miejscach, które niegdyś pragnęła odwiedzić. Aż nie kończyła i nie zaganiała ich do snu, gdy znowu nachodziły ją myśli, że to właśnie przez chorowitą córkę i nieporadnego syna nie będzie w stanie tych wymarzonych miejsc nigdy zobaczyć.
Krzątając się po ciasnym domku raz po raz potykała się o biegającego pod jej nogami kociaka. Podczas gdy ona próbowała wymościć gniazdo świeżym mchem, Glonik zaraz próbował dobrać się do jej coraz częściej podrygującego ogona. Rudzielec raz po raz atakował ruchomy obiekt, wyobrażając sobie, że właśnie łapie świeżą mysz, która przypadkiem zagubiła się w odmętach kociej norki. Pochwycił ją w przednie łapki i prędko dziabnął, żeby skrócić żywot ofiary, jednak zamiast pisku zwierzyny usłyszał świst powietrza nad łepkiem.
– A! – wypluł kitę mamy, krzywiąc się przez wychowawcze pacnięcie rodzicielki.
– Gloniku, jestem zajęta. Zaraz muszę wychodzić – mruknęła, wracając do pierwotnego zajęcia, ostrożnie przekładając Rybkę na drugi koniec posłania.
– Nieee! Nie wychodź jeszcze! – zakwilił rudy, przylegając do łapy kotki. – Jest za wcześnie! Za długo Cię nie będzie… i… i jeszcze nam nie opowiedziałaś o… o górach!
Łania
– Opowiadałam wam o górach.
– Oh… to… o jeziorach!
– O jeziorach też.
– Lasach?
– Było.
– To… uh… – Glonik przygryzł wargę w gorączkowym zamyśle. Słyszał tylko, jak ogon mamy rytmicznie wybija mijający czas, gdy jego spojrzenie latało na prawo i lewo, szukając tematu wyczekiwanej opowieści. – To o pust… pustyniach, o! O pustyniach nam jeszcze nie opowiadałaś.
– Nie opowiadałam – westchnęła ciężko szylkreta, opadając na w połowie wymoszczone posłanie. Glonik dostrzegł swoją ulubioną niewielką zmianę w jej spojrzeniu. Oznaczała ona bowiem, że zaraz zacznie się wyjątkowa opowieść. Taka, którą potem znowu będzie mógł powtarzać Rybce w kółko i w kółko, gdy będą czekali na matkę.
Łania oczyściła gardło krótkim chrząknięciem, by zaraz ułożyć się wygodniej. Nawet Rybka, która do tej pory mizernie pochrapywała, przewróciła się na drugi boczek, by lepiej słyszeć.
– Pewnego dnia opuścimy tą małą, zapyziałą norkę. Pójdziemy na południe, przekraczając przez lśniące tafle strumyków, które przecinają z każdym krokiem suchszą ziemię. Przejdziemy przez żwirowe drogi ciągnące się po sam horyzont, przez miękkie, pachnące świeżą rosą trawy, aż nie dotkniemy złotych piasków. Na początku jak rozżarzone węgielki będzie nas parzyć w łapki, ale z czasem nawet najgorszy żar nie będzie nam straszny. Mrużąc oczy obejrzymy bezkresne złociste morze, gdzie im głebiej tym każdy krok może skończyć się zatopieniem aż po czubek głowy-
– Ale tak w ziemi? Że bez wody? – zapytał zdziwiony Glonik, przekręcając łepek.
– Mhm. Takie pułapki są nazywane ruchomymi piaskami. Mogą Cię pochłonąć w całości, a im bardziej się szamoczesz, tym bardziej Cię pożerają – wytłumaczyła kotka, kończąc złowrogim tonem.
– Ooooh… to straszne. Bardzo straszne, prawda, Rybko? – rudzielec upewnił się, że siostrzyczka jeszcze nie zasnęła. Koteczka tylko przytaknęła mu łebkiem. – A… mamo, a skąd to wszystko wiesz?
– Wasz tata mi pokazał – westchnęła Łania, spoglądając za próg norki. – Mieszkał u dwunogów i miał okno do innych światów. Czasem spędzaliśmy przed nim razem czas i… – kotka zacięła się, a jej pysk przybrał bardzo dobrze znany Glonikowi wyraz - tęsknoty. Szylkreta jednak zaraz otrząsnęła się, a jej źrenice z powrotem zwęziły się do pierwotnego rozmiaru. – I to koniec na dzisiaj. Czas spać.
– Ale…
– Nie ma ale. Spać – zarządziła, po czym niedbale okryła maluchy buro-rudym ogonem i odłożyła głowę na posłanie, momentalnie przymykając oczy. Glonik zrobił niezadowoloną minkę, jednak jego dąsy zostały posłane w zmąconą jedynie cichym oddechami ciszę i obejmującą ich ciemność.

Od Glonika

Niewielka wnęka ukryta między złotymi kłosami, która Porą Nagich Drzew odpychała chłodem i obskurnością, teraz gdy żar wylewał się zza chmur, była wręcz idealną kryjówką. Dla większości nie sprawiałaby ona wrażenia najbezpieczniejszej - z cienkiego sklepienia nad głowami zwisały korzenie, a ściany z każdym dniem zdawały się być coraz bliżej zapadnięcia, jednak była najlepszym wyborem, na jaki mogła się zdecydować młodawa kotka. Wraz z upływającym dniem, z norki raz po raz wychylał się rudy nosek, węszący zapachy przynoszone przez wiatr. Wystawiony na parę uderzeń serca, zaraz chował się smętnie do środka. Glonik - latorośl samotników, robił tak odkąd mógł chodzić. Co godzinę wystawiał mordkę na zewnątrz, posmakować powietrza w poszukiwaniu znajomej woni. Rzadko jednak coś wyczuwał. Dopiero pod wieczór zapach często się zmieniał, obwieszczając powrót rodzicielki. Złoty krąg jednak wisiał teraz wysoko nad jego głową, nie szykując się do odpoczynku w Wielkiej Wodzie. Nieduży kociak wycofując się w ciemności zmarszczył z zniesmaczeniem nos, gdy trochę piasku spadło na niego z sufitu. Zaraz otrzepał się, w procesie prawie przewracając się na leżącą w zimnym kąciku kotkę.
– Przepraszam Rybko! – rudy obruszył się, stanąwszy twardziej na łapkach. Zniżył zaraz łepek, spotykając się z trawiasto-zielonym, ospałym spojrzeniem. – Nie nadepnąłem Ci?
Szylkretowa kotka pokręciła tylko głową.
– To dobrze. Nie chciałbym, żebyś była nadepnięta – stwierdził na głos stanowczo, przysiadając obok. – To nieładnie deptać po innych. Mama tak zawsze mówi, prawda?
Odpowiedział jej kolejny gest łebka. Rybka nie mówiła za dużo. Właściwie to w ogóle. Glonik nie pamiętał, czy w całym swoim trzymiesięcznym życiu kiedykolwiek usłyszał jej głos w innej formie niż ciche popiskiwania, pomruki albo głośniejsze oddechy przemykające przez jej krtań. Podobno była chora. Rudy kocurek niekoniecznie wiedział tylko na co. Nie miała przecież kataru ani kaszlu. Ale mama tak powiedziała, więc musiała być to prawda. Rudzielec ułożył się wygodniej przy siostrze, odkładając łepek na jej grzbiecie, który z delikatną arytmią poruszał się to w górę, to w dół, niczym liść z trudem utrzymujący się na powierzchni wzbudzonej rzeki. Widząc utęskniony wzrok Rybki, biegnący ku wyjściu, polizał ją delikatnie za uchem.
– Jeszcze długo. Jest wcześnie – westchnął. – Ale szybko zleci, zobaczysz. A jak mama wróci to opowie nam o plaży! Wiesz której, prawda? Będzie nam opowiadać o pianie całującej piasek i o domku z najbielszych muszelek, wysadzanym kolorowymi kryształami! Jak ich blask będzie tańczył po złotych drobinkach i jak słona bryza będzie nam przygrywała każdej nocy! – Glonik obrócił się na grzbiecik, zerkając z rozmarzeniem na korzenne warkocze. – I opowie nam o ławicach rybek, które z przypływem rzucają się prosto do pyszczków! Ale no wiesz, tych rybek pływających, co robią bul bul bul, a nie Rybek, że Ciebie Rybek.
Kocurek poczuł pod głową, jak ciałko kotki dygocze się w rozbawieniu. Lubił jak się śmieje. Kąciki i jego pyszczka wtedy unosiły się ku górze, a przymykając oczy i wystawiając łapę ku górze dalej streszczał opowieści mamy, dokładnie jej słowami. Były mu tak znane, jak bicie własnego serca, tyle razy powtarzał je Rybce. A mama opowiadała im przecież wiele, nie pomijając żadnych szczegółów. Jej opowieści były na tyle barwne, że gdy zamykał oczy i wsłuchiwał się w jej głos, miał wrażenie, że prawie czuł tę sól na końcu języka. Że jego łapy zatapiają się w ciepłym, drobniutkim piasku. I że razem z siostrą zbierają muszle, które nieprzyjemnie ocierają się o zęby. Czuł to wszystko, prawie tak samo, jakby rzeczywiście tam był, a nie trwał w ciemnej dziurze, ukrytej pod ziemią, czekając na kolejne zachody słońca. Gdy skończył, opuścił łapkę i zastrzygł uszami, nasłuchując. Czuł i słyszał, jak Rybka znowu cicho pochrapuje. Czasami żałował, że nie chciała… nie, “nie chciała” to złe słowo - nie mogła się z nim bawić. Wieczorami go zawsze nosiło do hulańców, a nie miał z kim rozładować energii. Nie mógł się siłować, bawić w ganianego albo w udawanki, bo Rybka nie mogła. A samemu to nie była zabawa…
Rudzielec westchnął, znowu kierując wzrok ku sklepieniu. Może Rybka niedługo wyzdrowieje? Przecież nie może chorować wieki, prawda? Mama też mu nie chciała nic powiedzieć. Niby przynosiła jakieś zielsko, co “miało pomóc”, ale wcale nie dawało żadnych rezultatów. Rybka jak leżała wcześniej, tak nadal leży. Może jak urośnie troszkę, to sam znajdzie lekarstwo dla siostrzyczki, skoro nikt inny jak na razie nie potrafi jej pomóc? I wtedy się razem pobawią? Tak, to był dobry plan. Bardzo dobry.