BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Larwa x Lukrecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Larwa x Lukrecja. Pokaż wszystkie posty

30 kwietnia 2023

Od Larwy CD. Lukrecji

 Najeżył się na te słowa. Arlekin niczego nie rozumiał. Niczego! Naprawdę był taki ślepy? Aż tracił wiarę w to, że był z nim spokrewniony. Normalnie przynosił wstyd. 
— Jesteś moim ojcem. Mam prawo wiedzieć o rzeczach, które dotyczą mojej rodziny. A Daglezja nigdy nie będzie jej częścią. Niszczy cię i osłabia — wyrzucił to z siebie, mając nadzieję, że ten nareszcie przejrzy na oczy i zobaczy ile zła było w tej głupiej klifiaczce. 
— Jeśli coś bezpośrednio dotyczy ciebie, nie widzę problemu. To dobrze, że zwracasz uwagę na to, co się wokół ciebie dzieje — miauknął kremowy. — Jeśli jednak wtykasz nos w nieswoje sprawy, gdy drugiej stronie wyraźnie to przeszkadza, po prostu przestań. W niczym ci to nie pomoże i nie przyniesie żadnych realnych korzyści. Nic tym nie zdziałasz.
— Zyskam to, że ochronie ojca od zarażenia się pchłami oraz uniemożliwię powołanie na świat mieszańców, z którymi musiałbym żyć do końca życia? To jak najbardziej mnie dotyczy. Nie chcę się wstydzić tego, że jestem synem kogoś kto uległ pierwszej lepszej — powiedział, czując jak rośnie w nim gniew. Staruch zdawał się głuchy na jego słowa. Naprawdę uważał, że to co robił było właściwe? No chyba nie. 
— Dalej brniesz w to samo. Krążysz tylko wokół jednego. Męczysz ciągle ten sam temat, do upadłego. Nie chcesz nawet mnie zrozumieć — Lukrecja zaczął narzekać. — Gdybyś miał choć trochę chęci, spojrzałbyś na to zupełnie inaczej i nie wygadywał bzdur. Nie masz się czego wstydzić, nie uległem. 
Wyrwał się z jego pyska krótki śmiech. Co? Ależ on był przezabawny. Tak samo jak żałosny. Naprawdę coraz bardziej miał ochotę odciąć się od tego wypierdka sowy, ale nie mógł. Nie, gdy w jego żyłach płynęła ta sama krew. Nie, gdy ich pyski były wręcz do siebie podobne. Taki Padlina czy Pasożyt mógł twierdzić, że Lukrecja nie był ich ojcem. Nawet nie byli do niego podobni, ale on? On był skazany na wygląd, który przypominał mu każdego dnia, że był z nim połączony więzami krwi. 
— Zrozumieć cię? Nawet nie chcesz mi tego wytłumaczyć. I to żadne bzdury. Widzę co się święci. Najgorsza rzecz zmieszać swoją krew z kimś takiego sortu. Nawet jeśli twierdzisz, że wcale nie "uległeś". Sama przyjaźń czy znajomość z tym dzikusem to hańba — warknął do ojca, który na te słowa obnażył kły. 
— Tu nie ma czego tłumaczyć. Wielka filozofia, też mi coś — prychnął wojownik. — Ostatni raz powtarzam. Wiem co robię. Zapewniam cię. Nie wplątałbym się w romans z pierwszą lepszą kotką, jaką zobaczyłem na zgromadzeniu, nie martw się tak o mnie — upomniał go warkotem. — Jestem dorosłym kotem. Mam rozum. Nie jestem kocięciem. Nie musisz i nie będziesz musiał się wstydzić za swoją rodzinę. Nie masz i nie będziesz mieć powodu.
— Jak już wspomniałem... to się okaże. Zejdziesz ze mnie? Lepiej abym wracał na trening — miauknął, ucinając temat tej wroniej strawy. Miał dość kłótni z kimś o intelekcie myszy. Widać było, że brnie uparcie w jedno, a jego słowa jedynie co to odbijały się od niego jak od drzewa. 
Lukrecja skinął łbem i nareszcie go puścił. Schował pazury, wciąż jednak wściekle mierząc go wzrokiem. 
— Będzie tak, jak powiedziałem — rzucił kremowy. — Wracaj, bo masz dużo do nadrobienia.
Położył po sobie uszy, po czym zniknął mu z oczu, nic już więcej nie dodając.

***
*po mianowaniu Larwy na wojownika*

Obserwował ojca mierząc go wrogim spojrzeniem. Był już wojownikiem, kimś dorosłym. Nie wmówi mu już, że mało się znał na życiu. Jego wzrok wręcz wypalał w nim dziurę. Ten stan trwał już od jakiegoś czasu. Śledził go, obserwował każdy jego krok. Tak jak dzisiaj. Gdy wrócił od Daglezji, miał ochotę zwymiotować mu pod łapy, ale się powstrzymał. Oblizał swoje kły, po czym wstał i podszedł do kocura, zakładając na swój pysk maskę życzliwości. 
— Witaj, ojcze. Jak mija ci dzień?

<Lukrecjo?>

08 kwietnia 2023

Od Lukrecji CD. Larwy

Jeszcze za czasów treningu Larwy

Furia z powrotem ogarnęła całe jego ciało. Boleśnie zacisnęła mu szczękę i zmusiła do warknięcia przez zęby. Sierść na jego białym karku stanęła dęba. W zielonych oczyskach kocura zapłonął srogi gniew. Nienawidził go. Wysunął szpony tak mocno, jak tylko mógł i boleśnie wbił je w ziemię. Nie mógł uwierzyć w to, co słyszał. Nie był jego. Był cholerną pomyłką. Błędem. Kimś, kto nigdy nie powinien był zaistnieć. Zniszczy go tak samo, jak zniszczył Brzoskwinię. Mordował go wzrokiem. Ledwo powstrzymywał się od wbicia mu pazurów w gardło. Jedyną siłą, która nie pozwalała mu na ten czyn, był Komar. Bał się jego gniewu. Nie chciał podzielić losu Wiatru. Nie chciał żałośnie zdechnąć, wyrzucony jak śmieć poza terenami Owocowego Lasu. Wyszczerzył się wrogo i zamachnął łapą na jasny pysk kocura. Nie wytrzymał. Lodowa kra powstrzymująca go od wskoczenia do morza szału załamała się z trzaskiem. Gdy szpony arlekina przecięły pysk czekoladowego ucznia, kocur wydał z siebie zduszony krzyk. Przewrócił się i padł na ziemię. Wstał na łapy, obmierzając ojca wzrokiem. Machnął wrogo ogonem, po czym rzucił się w jego stronę, wskakując na jego grzbiet. Lukrecja upadł płasko na ziemię i przewrócił się na bok. Warcząc groźnie, strącił z siebie kocura, wręcz rzucając nim na podłoże. Kremowy wstał na równe łapy i pazurami przygwoździł swojego syna do ziemi. Czuł, że traci nad sobą kontrolę. Miał szansę. Larwa mógłby skończyć tak samo, jak Brzoskwinia. Teraz, albo nigdy.
Z pyska przygniecionego do ziemi kocura wydało się sapnięcie. Stracił na moment dech. Wpatrywał się w oczy wojownika, wijąc się pod nim niczym larwa. Nie był jednak w stanie się spod niego uwolnić.
— Co chcesz zrobić? — zapytał ze spokojem, lekko się uśmiechając. — Tato?
Śmiał pytać i szczerzyć się w tak obrzydliwy sposób. Na uśmiech było za późno. Larwa bezpowrotnie stracił szansę. Uniósł drugą łapę i szarpnął go za pysk.
— Powiedz, co cię tak bawi? Rzeczywiście ci do śmiechu? — spytał, wciąż go nie puszczając. — Słucham, powiedz, nie wstydź się. Wykaż się.
Skrzywił się.
— Tak... Ponieważ cieszę się, że widzę prawdziwego ciebie, a nie to co widuje codziennie w obozie — wymiauczał. — Szkoda tylko, że musiałem cię rozzłościć, by przekonać się na własnej skórze, że jeszcze całkowicie nie upadłeś.
— Nie upadłem. To przykre, że musiałem ci cokolwiek udowadniać. Zawsze sądziłem, że mi ufasz i nie wątpisz w moją siłę — miauknął. Zastanawiał się jeszcze przez chwilę, czy nie dać mu spokoju. To co powiedział było dość... Ciekawe, ale nie był taki naiwny. Ten czort był cwany.
— Ufałem... aż nie zobaczyłem jaką słabością emitujesz przy Daglezjowym Smrodzie. Naszły mnie zwątpienia... czy nadal mam ojca... czy może już nie — powiedział, patrząc na niego w skupieniu.
Uciekł wzrokiem w bok. Rzeczywiście było tak okropnie? Miał wrażenie, że od momentu przyprowadzenia tej Klifiaczki zaczęli krzywo na niego patrzeć. Jakby już nie był podejrzany... Ale, co go to obchodziło? Nie ich interes. Mógł robić co chciał.
— A może mam w tym jakiś cel? — rzucił, po chwili przemyśleń ponownie wbijając wzrok w jego oczy. — Życie jest o wiele bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje, Larwo.
— Już ci mówiłem co sądzę o tym twoim celu. Ona nie jest warta niczego czego pragniesz. No chyba, że chodzi ci o zwykłe zaliczenie i zrobienie sobie kolejnych dzieci — prychnął, dalej leżąc pod jego łapami. — Wiem to ojcze. Dlatego ja korzystam z tego co jest dane i ustawiam się już powoli w życiu. — Uśmiechnął się. — Ja nie oglądam się za nic nie znaczącymi samicami jak ty. Ja aspiruje znacznie wyżej. Mam lepszych znajomych, znajomych, którzy dzierżą władzę.
Jak widać, nie wiedział. Nie pragnął jej! Była ostatnią rzeczą, jakiej by pragnął. Gdyby jego celem było zaliczanie każdej samicy po kolei, miałby ich już tysiące. Pokręcił łbem. 
— Jesteś mną, znasz każde moje uczucie, wszystkie cele i marzenia? — zapytał. — Nie jestem aż tak głupi. Nie pragnę zrobienia sobie niezliczonej ilości kociąt. To wręcz żałosne i smutne, że tak myślisz.
— No to po co ci ta wronia strawa? Nie widzisz jaka jest fałszywa? To ona cię wykorzystuje, a nie ty ją — uświadomił go, bo to tak z jego perspektywy wyglądało. — Możesz mnie oświecić, wtedy nie będę cię oskarżał o takie rzeczy.
— Nie masz prawa mi mówić, co mam robić. Wszystko jest pod kontrolą. Po prostu tego nie widzisz. Wiem co robię — zapewnił.
— Jak tam chcesz. Zobaczymy kto miał rację, gdy prawda wyjdzie na jaw — prychnął pod nosem.
— Jaka prawda? — przekręcił łbem. — O mojej relacji z Daglezjową Igłą? Ach, przykre, że mój własny syn marzy o zrobieniu mi pod górkę — westchnął sztucznie. — Nie wiesz o tym, że nie zagląda się w czyjeś interesy nie będąc o to proszonym, Larwo?

< Larwo? >

02 kwietnia 2023

Od Larwy CD. Lukrecji

*za czasów uczniowskich*

Co on takiego mu zarzucał?! Że się lenił? Że był beztalenciem i wcale nie skupiał się na treningu?! Przecież... To były kłamstwa! Skąd on to wytrzasnął?! Przecież to, że nie złapał dzisiaj żadnej myszy nie oznaczało, że to była jego wina! Na dodatek jeszcze się szkolił, nie był wojownikiem, więc kocur był niesprawiedliwy! 
 — Wcale nie! — Nadymał policzki. — Chodzę codziennie na treningi. Mam szacunek do mentora. Robię postępy i to jest wina pogody! Ostatnio złapałem mysz! Gdybym nic nie potrafił, to nie miałbym czym się szczycić! Jesteś niesprawiedliwy! — warknął na niego. 
— Nie robisz postępów, a twoja wymówka jest już po prostu żałosna. Nie chce już tego słyszeć — wysyczał gniewnie Lukrecja. — Nie obwiniaj pogody, oboje dobrze wiemy, że to nie jest prawda. Jestem sprawiedliwy. Wiem co robię. Nie pyskuj, bo moja cierpliwość dobiegnie końca — zagroził.
Położył po sobie uszy. 
— Ale... To nie jest wymówka! Naprawdę! Zapytaj Szpaka! Gdybym stał w miejscu, to by przecież ci to powiedział! Nie pyskuje! Po prostu... Irytujesz mnie — prychnął. — Ja wiem co jestem wart!
I była to prawda. Znosił te przeklęte treningi z mentorem, który miał za nic jego komfort. Chodzili z samego rana, wracali dość późno, nieważne czy bolały go łapy czy też nie. Szpak cisnął go dość równo, a ten wmawiał mu, że co? Że siedział i wąchał kwiatki?! Miał tego dość! 
Kremowy jeszcze bardziej się zjeżył. Wysunął pazury i przyłożył mu w pysk. Zmarszczył się, patrząc, jakie emocje wpływają na pysk czekoladowego. A były to szok, niedowierzanie i powoli rosnący gniew zmieszany z urazą. 
Sapnął z bólu i spojrzał na ojca zaskoczony, posyłając mu zdumione spojrzenie.
— Tato? — wyrwało się z jego pyska, ponieważ nie wierzył, że znów to zrobił. Znów go uderzył. Ten wspaniały wojownik, o którym tyle słyszał...
— Nie chce już tego słuchać — warknął kremowy. — Ostrzegałem cię. Gdybyś tak nie krzyczał i nie podważał mojej wiedzy na temat twojego wychowania, nic by się nie stało.
Zmarszczył czoło, patrząc na kocura jakby urwał się z choinki. Jego ocena nie była sprawiedliwa! Był hipokrytą! Jak nic! Szpak mu mówił o tym jak ten kot, którego tak bardzo podziwiał, ledwo co skończył trening, który wlókł mu się jak ślimak! A on? On nawet nie miał ukończonego dziesiątego księżyca! 
— Co takiego? Nie... — Pokręcił łbem. — Oceniasz mnie po jednym nieudanym polowaniu! To nie jest sprawiedliwe, a tym bardziej nijak się ma do wychowania. Czyżby twoja zmiana była spowodowana tą ladacznicą, którą sobie sprowadziłeś? — prychnął na samą myśl o Daglezjowym Smrodzie. — Taki niby z ciebie wielki wojownik, a uginasz kark przed tą szmatą niczym kociak!
Sierść Lukrecji stanęła dęba. Ponownie zamachnął się na niego, dając mu w pysk.
— Ja lepiej wiem, co jest sprawiedliwe, a co nie — mruknął groźnie. — Jesteś tylko młodym, jeszcze niewiedzącym nic o życiu uczniem, nie masz mnie o czym pouczać. Ledwie ze żłobka wyszedłeś — uświadomił go. — A sprawa z Daglezjową Igłą jest zupełnie inna, niż ci się wydaje. Nie wygaduj więc bzdur o czymś, o czym nie masz pojęcia.
Spojrzał na niego spod byka, pocierając łapą bolący pysk. Nie uronił jednak łzy, a jedynie zamlaskał, pozbywając się mrowienia, które go ogarnęło. 
— Inna? — Pokręcił łbem, robiąc krok w tył, by nie dostać ponownie od ojca. — Wątpię. Co niby ma w sobie, że tak ci na niej zależy? Jest egoistyczna i dba tylko o swoją wygodę. Nie mogę uwierzyć, że taki wielki wojownik jak ty, ugiął się pod jej spojrzeniem. To dzikuska. Nic sobą nie prezentuje, ojcze. Nic. Może myślisz, że to ja przynoszę wstyd rodzinie, bo nie potrafiłem złapać głupiej myszy, ale tak nie jest. Nie zdziwię się, gdy zaczną drwić z nas wszystkich przez twoje godne pożałowania zachowanie. I żadne twoje uderzenie mnie w pysk, nie sprawi, że zacznę myśleć o tym inaczej.
— Inna. — Skinął głową Lukrecja. — Możesz sobie wątpić. Możesz sobie nawet wierzyć, że jeże latają. Nie mój to interes. — Wzruszył ramionami i machnął ogonem. — Nie powiedziałem, że twoja osoba przynosi wstyd rodzinie, a twoje zachowanie. Jeśli dotychczas nie wyciągnąłeś żadnych wniosków, myśl dalej, zaczekam. Widzę, że twoje spojrzenie na otoczenie jest bardzo płytkie, Larwo.
— To chyba odwrotnie. To twoje spojrzenie na świat jest płytkie, skoro zakochałeś się w kimś takim jak ona. — Skrzywił się z odrazy. — To co robisz jest... uwłaczające. Zadajesz się z pchlarzem. Ona nic ci nie da. Nie ma żadnych korzyści. Wyglądasz przy niej jak zagubione, przestraszone kocię — drążył temat dalej. — Informacji o jej klanie nie potrzebujesz. Nie jesteś liderem, by zawracać sobie tym głowę. Ona zmienia cię na gorszę. Już sam fakt, że podniosłeś na mnie łapę na to wskazuję. Niszczy naszą rodzinę, nie widzisz tego?
— Zapewniam cię, że nie jest odwrotnie. Poza tym, Larwo, skąd możesz wiedzieć, co do niej czuje? Skoro uważasz, że się jej boję, to dlaczego miałbym być w niej zakochany? Jesteś pewny, że znasz moje motywy?
— Nie masz żadnych motywów. — stwierdził sucho. — A twoje słowa tylko potwierdziły fakt, że wszystko co sobą prezentowałeś to kłamstwa. Mój ojciec nie dałby się omotać jakiejś dzikusce. — Zrobił krok naprzód, stając z nim w pyskiem w pysk. — Mój ojciec był kimś potężnym, a nie słabym. Zdarłby ten jej słodki uśmieszek z pyska. — Wysunął pazury. — Rozerwałby ją na strzępy za sam fakt tego, że zbliżyła się do niego i narzuciła swoje zdanie. Pogoniłby i rozdeptał jej kruche serce tak, aż pożałowałaby z nim zadrzeć. — Uśmiechnął się do niego cynicznie. — Nie romansowałby z wrogiem... Co wskazuje na to, że jesteś słaby. Słaby i tchórzliwy... A ta twoja siła, o której tyle razy mi mówiłeś to opowieść wyssana z palca.

<Tato?>

22 marca 2023

Od Lukrecji CD. Larwy

Dawno temu

— Pójdę, tylko oczekuje od ciebie, żebyś się przygotował i pokazał mi coś godnego podziwu i uwagi — miauknął, patrząc w jego oczy. — Nie chce tracić czasu na coś, co takowe nie jest — pomruk wydał się z jego pyska. — Szpak to dobry i godny zaufania wojownik, mam nadzieje, że nie zawiedzie ani mnie, ani ciebie.
Srebrny kociak skinął do niego głową.
— Szkoda, że Komar nie wybrał ciebie na mojego mentora. Obiecałeś mi kiedyś, że pokażesz mi co i jak — rzucił z zawodem w głosie.
— Jak pokażesz mi coś dobrego na treningu, to owszem, nauczę cię czegoś — odpowiedział, machając ogonem. — Ale oczekuje, żebyś także na własną łapę przyłożył się do swojego treningu.
Zastanawiał się nad możliwościami tego robala. Nie wyglądał na silnego. Wątpił, że jego pokaz rzeczywiście się mu spodoba. Z resztą, czego mógł się spodziewać po kocięciu tej zdechłej, wroniej strawy?
— Oczywiście. Nie zawiodę — zapewnił kocura, uśmiechając się. — A... Co u ciebie tato?
— W porządku, nic nowego — skłamał. Przecież wplątał się w nietypową relacje z klifiaczką. — A jeśli chodzi o trening, mogę przyjść jutro. Powiadom Szpaka. Daj znać, jeśli nie będzie mu  pasować, a wybiorę inny termin.
Szpak był dobrym wojownikiem. Cechował się siłą i odwagą. Nie znał go szczególnie dobrze, ale przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Cieszył się, że mentorem Larwy nie został Kuklik, czy inna Miodunka. Naprowadziliby go na złą drogę. Albo stałby się beksą, albo jakimś niepoważnym idiotą.
— Dobrze! To do jutra! — zawołał radośnie, opuszczając ojca.
Skinął mu łbem na pożegnanie i odszedł zajmować się własnymi sprawami. 

***

Szpak zgodził się na wyznaczony termin. Mimo iż miał do załatwienia ciekawsze sprawy, niż nędzny pokaz jego syna, miał zamiar pójść. Przynajmniej urozmaici sobie tą żałosną, szarą i monotonną rzeczywistość. Ależ będzie mieć ubaw, jak tylko podwinie mu się łapa. Nie mógł pojąć, dlaczego Larwa był aż tak szczęśliwy. Starał się być dla niego jak najgorszym rodzicem. A ten tymczasem zachowywał się, jakby był jego spełnieniem marzeń. Naprawdę zależało mu na jego warkocie i niemiłych komentarzach? Jego krzyki sprawiały mu przyjemność? Tak dziwacznego kocięcia jeszcze nie widział. Tak bardzo starał się zrujnować mu dzieciństwo, tym samym dostarczając dodatkowe dawki bólu Miodunce i Nikomu, a w zamian otrzymywał uśmiech na pysku i tryskające radością okrzyki. 
Wciąż rozmyślając, kocur dotarł do wyznaczonego przez mentora Larwy miejsca. Miejscem tym była niewielka polanka, porośnięta całkiem wysoką trawą, otoczona wysokimi liściastymi drzewami. Kocur z niecierpliwieniem oczekiwał rozpoczęcia pokazu syna, który przed chwilą, podekscytowany się z nim przywitał. Nie miał pojęcia, dlaczego. Najwidoczniej młody nie był przygotowany na to, co miało zdarzyć się w przypadku jego bardzo prawdopodobnego niepowodzenia. Skoczywszy na niewielki pień, usiadł na nim, chcąc obserwować widowisko z nieco większej wysokości.
Uczeń Szpaka schylił się, unosząc swój nos niewiele ponad ziemię. Tropił przez dłuższą chwilę, powolnie i prawie bezszelestnie stawiając długie kroki. Być może i próbował się starać, lecz nie to było ważne. Ważne było, czy rzeczywiście uda mu się skutecznie zapolować. Za moment przyczaił się i zgarbił jeszcze mocniej. W prawdzie, trochę mu się już to dłużyło. Pragnął, by w końcu zaliczył wpadkę... Jak na zawołanie, ku zdziwieniu Lukrecji, już za kilka uderzeń serca, czekoladowy arlekin skończył leżąc płasko na ziemi. Kremowy zachichotał cicho, za moment przywracając swojemu pyskowi kamienny wyraz twarzy. Zmarnowany Larwa wrócił do kocurów, kręcąc głową. 
— Nie mam dzisiaj coś szczęścia — miauknął z wyraźnym żalem w głosie. 
Już za chwilę, było tak blisko... Nareszcie pokaże temu robalowi, co znaczy zły rodzic. Strzepnął ogonem, gniewnie marszcząc nos. 
— Właśnie widzę — warknął, obnażając kły.  Spojrzał szybko na Szpaka, który również nie wydawał się być usatysfakcjonowany. — Co to miało znaczyć, Larwo? Zmarnowałeś mój cenny czas. Tyle cię prosiłem! Zawiodłeś mnie!
— Nie moja wina! Ziemia jest rozmokła i ciężko się na niej porusza! — fuknął na swoją obronę. — Szpak potwierdzi, że ostatnio było lepiej! Prawda?
Kątem oka zerknął na wyraźnie zmieszanego Szpaka. Świetnie, niech jeszcze go wesprze... Nie tym jednak miał się zajmować. Z powrotem przekierował wzrok na pysk syna i wbił pazury w korę, zeskakując na ziemię.
— Właśnie, że twoja — odpowiedział mu, jeżąc futro na karku. — To jest oczywiste. Dzisiaj byłem na treningu Traszki. O wiele lepiej jej szło. Twoja wymówka jest bardzo słaba, a kłamstwo ma krótkie nogi. Okłamałeś mnie, Larwo.
Bardzo dobrze czuł się w roli wymagającego rodzica. Była to świetna okazja zarówno do wygarnięcia mu wszelkich błędów, jak i zrzucenia z siebie ciężaru emocji po całym dniu.
— Przepraszam — mruknął, kładąc po sobie uszy.
 — Na dzisiaj koniec treningu — ogłosił Szpak i odszedł w ciszy, pozostawiając ich samych. 
— Tato... — zwrócił się do kocura. — Ja naprawdę się staram. Dam radę.
— Nie robisz postępów, a twoja wymówka jest już po prostu żałosna. Nie chce już tego słyszeć — wysyczał gniewnie. — Nie obwiniaj pogody, oboje dobrze wiemy, że to nie jest prawda. Jestem sprawiedliwy. Wiem co robię. Nie pyskuj, bo moja cierpliwość dobiegnie końca — zagroził.
— Wcale nie! — nadymał białe policzki. — Chodzę codziennie na treningi. Mam szacunek do mentora. Robię postępy i to jest wina pogody! Ostatnio złapałem mysz! Gdybym nic nie potrafił, to nie miałbym czym się szczycić! Jesteś niesprawiedliwy! — warknął na niego głośno.
Oczywiście, że nie miał. Był tylko jednym, głupim nic nieznaczącym smarkiem. Dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę? Żałosne. 
— Po tym co robisz obecnie, wątpię. Jak byłem młodszy, oglądałem wiele treningów i inne koty w twoim wieku radziły sobie o niebo lepiej. A to, czy jest sucho czy mokro, nie ma znaczenia. Nie uczysz się. Nie ćwiczysz. Zajmujesz się czymś innym, olewasz polecenia mentora i marnujesz mój czas! — zaniósł się krzykiem i strzepnął wściekle ogonem. 

< Larwo? Nadrabiamy >

28 grudnia 2022

Od Larwy cd Lukrecji

Otrzepał się po czym wbił wzrok w kocura, oczekując na jego dalsze instrukcję. Już nie mógł się doczekać wspólnego treningu! Pokaże mu, że mógł być z niego dumny! 
— To co telas? Od cego zacniemy?
— Stań tutaj — Kremowy odszedł od niego i wyskrobał mu pazurami miejsce w śniegu przed kałużą. — Ja stanę tam — Wskazał mu miejsce ogonem — Musisz skradać się tak, bym cię nie usłyszał.
Ale to brzmiało ekscytująco! Skinął łebkiem, po czym stanął w wyznaczonym przez ojca miejscu. Gdy starszy wojownik zajął pozycję, zaczął skradać się w jego stronę. Było to ciężkie, bo śnieg skrzypiał pod jego łapkami, ale miał nadzieję, że było na tyle ciche, że wojownik tego nie usłyszy. Chyba szło dobrze, bo arlekin nie zareagował. Zbliżył się, po czym z radosnym okrzykiem rzucił na niego, by go upolować. Przyczepił się łapkami do jego boku, próbując wejść mu na grzbiet. 
— Mam cię! Jak było tata? 
Wojownik otrzepał się, prawie strącając go z siebie. 
— Całkiem dobrze — pochwalił go sztucznie. — Teraz wejdź na tą zamarzniętą kałużę, to test wytrzymałości.
Tata go pochwalił! Duma się wręcz z niego wylewała. Ha! Był lepszym synem od takiego Pasożyta! Puścił się jego futerka, spadając na ziemie i pełen ekscytacji wszedł na lód, który zaskrzypiał, gdy na niego nastąpił. To było dziwne. Pierwszy raz słyszał taki odgłos. Zaciekawił się, bo powstały na ziemi jakieś żyłki. 
— Tata pats! Ta ziemia pęka! — Wskazał łapką na to zjawisko, przyglądając się mu z zaciekawieniem, bo pierwszy raz coś takiego widział na oczy.
Kocur tylko uśmiechnął się i zaczął machać ogonem. 
Lód bardziej pękł, gdy postawił kroczek w bok i się pod nim załamał. Wpadł tyłkiem do mroźnej wody, strosząc sierść najbardziej jak mógł. Zimno! Wydał z siebie pisk, kierując się łapkami w stronę stałego gruntu, bo woda sięgała mu aż do pyszczka! Na szczęście czuł pod kończynami ziemię, co pohamowało jego panikę.
— Tato, pomóż!
Z niechęcią, lecz wciąż z uśmiechem na pysku, kremowy podszedł bliżej i sięgnął po niego, wyciągając go na ląd. Zadrżał, otrzepując się z wody, posyłając mu wdzięczne spojrzenie. O mały włos! Nie wiedział, że ziemia potrafiła robić takie dziwne rzeczy! 
— Dzięki. Ugh! Co to było? Cemu ziemia się załamała tato?
— W trakcie Pory Nagich Drzew kałuże zamarzają i tworzy się lód — wyjaśnił mu. — To bardzo niebezpieczny test. Bądź mi wdzięczny, gdyż uratowałem ci życie. Kiedyś słyszałem historię o kocięciu, co straciło życie właśnie w taki sposób. 
— O lany... Dziękuję tato! Jesteś moim bohatelem! — Przytulił się do jego łapy, mrucząc. — A-ale mi z-zimno telas.
— Musisz być silny — mruknął, machając ogonem. — Wytrzymaj trochę. Za chwilę wrócimy do obozu.
Skinął głową. Reszta dnia minęła im na zabawie z lodem, póki ojciec nie stwierdził, że na dzisiaj wystarczy. Musiał przyznać, że ten dzień był bardzo ekscytujący, mimo tego, że dość mocno zmarzł. Ale czego się nie robiło dla ojca? 

***

Został uczniem. Jego mentor był fajny, ale żałował, że to nie był Lukrecja. Pamiętał, że kremowy mówił mu, że gdyby go szkolił, to na pewno udałoby mu się uzyskać podobny poziom co on. Szpak jednak nie był zły. Wręcz... Pod pewnym względem przypominał mu kremowego. Chociaż ten bardziej się rządził i przykładał wagę do perfekcji. 
Właśnie wracał z treningu, nieco przemęczony, ponieważ ćwiczyli walkę, gdy natknął się na Lukrecję, który właśnie kończył posiłek. 
— Tata! — zawołał, podchodząc do niego. — Hej. Widzisz jaki jestem już duży? Niedługo zostanę wojownikiem, tak jak ty!
Kremowy uniósł brew, wpatrując się w niego.
— Ciekawe — mruknął obojętnie. — Jak ci idzie trening?
— Dobrze — powiedział. — To dopiero podstawy, ale Szpak twierdzi, że trochę powtórek i będę całkiem w tym niezły. — pochwalił się ojcu. — Chciałbyś kiedyś z nami iść na trening? — Wbił w niego oczekujące spojrzenie, mając nadzieję, że się zgodzi.

<Lukrecjo?>

[przyznano 5%]

25 grudnia 2022

Od Lukrecji CD. Larwy

Dawno

— Kto to był? Jak będę dusy tes dostane takiego mentola? Tes sce być silny! Tak jak ty tatusiu! — zawołał radośnie malec.
— Może uda mi się namówić lidera do bycia twoim mentorem? Byłbyś tak silny, jak ja — odparł, oplatając łapy ogonem.
Czekoladowy zamrugał aż z niedowierzania.
— To... To zascyt! Tak! Na pewno cię posłucha! Jesteś w końcu supel wojownikiem i jego psyjacielem! Sce być jak ty! Nauc mne! Ja jus duzi jestem! Mogę tlenować! — zapewnił, opierając łapki na jego łapie, by zadrzeć wyżej główkę.
Zaśmiał się cicho. Przyjacielem? Raczej tym, co wpędzi go do grobu. Naiwny, głupi kociak. Nie miał pojęcia o życiu. Ale cóż, czego miał się spodziewać po takiej żałosnej istocie?
— Chciałbyś zacząć swój trening teraz? — zapytał kremowy, układając sobie w głowie plan. — Jesteś pewien? To nie jest łatwe.
Larwa uśmiechnął się szeroko, kiwając łebkiem.
— Tak! Jak sacne już telas, to jak będę duzi, to będę taki silny jak ty! — miauknął głośno.
— Skoro tak, to zaczekaj tu na mnie chwilę — poprosił, odwracając się od niego i wstając. — Dalio, popilnujesz kociąt? Wychodzę. Wrócę tu po jednego za moment.
Liliowa skinęła łbem. Kocur wyszedł ze żłobka, kierując się w stronę legowiska wojowników. Oby tylko udało mu się go przekonać. Bał się własnego cienia i tak obrzydliwie piszczał. Zachowywał się jak baba. Żaden z niego kocur. Kiedy na niego patrzył, aż go wykręcało. Był okropnie żałosny.
— Cyprys — rzucił, przekraczając próg legowiska, po chwili wbijając wzrok w brata. — Musisz mi pomóc. To proste, podejdź tu, to wytłumaczę Ci, o co chodzi.
Zielonooki ruszył w jego stronę, widocznie panikując. Jak zwykle. Pasożyt.
— Wystrasz mojego kociaka — zarządził, machając ogonem. — Warknij na niego, nasycz, popchnij, cokolwiek. Ja go uratuje. Proste, prawda? Żadna filozofia. Nawet ktoś tak żałosny i bojaźliwy jak ty powinien sobie poradzić — wytłumaczył, przy okazji wbijając mu kilka szpilek.
— D-dlaczego mam to robić? — pisnął, a jego ogon w moment znalazł się pod brzuchem. — T-to chyba nie jest w p-porządku, n-nie chce straszyć twojego k-kociaka.
— Ale musisz, nie masz wyboru — mruknął i wzruszył ramionami. Wyszedł z legowiska i zachęcał go do podążenia za nim ruchem łapy.
Rudy również, lecz bardzo niechętnie, opuścił legowisko. Błądził wzrokiem po całym obozie, zapewne szukając okazji i pretekstu do ucieczki. Mysi bobek. Już nawet kociaka się bał.
— Stań przed żłobkiem i czekaj — warknął, wchodząc do środka kociarni. — Larwo, już jestem! — zawołał syna. — Wyjdź i zaczekaj na mnie na dworze, muszę jeszcze pomówić o czymś z Dalią.
Powolnie ruszył w kierunku szylkretowej, następnie obok niej siadając. Obserwował sytuację ze środka. Cyprys podszedł do Larwy, oczywiście drżąc ze strachu. Miało być odwrotnie! Z jego pyska wydał się cichutki, ledwie słyszalny warkot. Co za idiota! Nawet nie potrafił wystraszyć głupiego kocięcia. On jednym syknięciem przyprawiłby je o zawał serca. Wywrócił oczami i ruszył do wyjścia. Z pyska rudego wydało się kolejne niemrawe mruknięcie. Kremowy wykonał susa do przodu, wysuwając pazury.
— Odsuń się — wysyczał do rudego, zasłaniając swojego syna. Obrzydliwe. Czuł się cholernie żałośnie. Gdyby taki Wanilia, czy Miodunka teraz na niego patrzyli, spłonąłby ze wstydu. Nie był przecież dobrym rodzicem. Był paskudnym potworem bez serca.
 — Tata! Ten pan lobił wlll, wlll, tak śmieśnie — wyjrzał zza niego Larwa, obserwując tą żenującą scenę.
Spojrzał na czekoladowego kątem oka. Nie przestraszył się. Co za mysi bobek. Wszystko tylko utrudniał. Jednym dodatkowym sykiem odgonił rudego, któremu zbierało się na płacz. Nie cierpiał go! Był okropny. Z wielką przyjemnością zmiótłby go z powierzchni ziemi. Tak samo, jak Brzoskwinię.
— Chciał ci zrobić krzywdę — miauknął do Larwy, obejmując go ogonem.
— Naplawdę? — malec rozszerzył oczka w zdziwieniu. — Ne wyglądał na kogoś takiego. Baldziej mnie lozbawił. Ja tes będę tak walcec o pats tata. Wiiii — zaprezentował.
Uniósł brew, nie wiedząc, jak ma zareagować. Nie miał ręki do kociąt.
— On tylko takiego udaje, chce uchodzić za niewinnego, słodziutkiego kota. Nawet uważa się za kotkę — rzucił pogardliwie. Miał już dosyć grania przed tym kociakiem uroczego i kochającego ojca. Chciał w końcu pokazać swoje prawdziwe oblicze, ale musi na czymś zbudować relację, w której będzie mógł bawić się jego uczuciami.
— Naplawdę? A cemu? Znam tes kogoś kto taki jest, ale odwlotnie. Kuklik se nazywa — pochwalił się kocurowi swoimi znajomościami. — Nawet znam zastępce!
Kuklik. Jego syn zadawał się z tym obrzydliwym pajacem? To jakaś pomyłka. Nie mógł do tego dopuścić. Jeszcze zacznie głosić takie same bzdury. Jego dzieci miały być silne. I jeszcze Agrest! Tego było już za wiele.
— Synu, zanim zaczniesz się z kimś bliżej zadawać, pytaj mnie o to — mruknął, próbując ukryć niezadowolenie. — Chce dla ciebie jak najlepiej, dlatego też, dobrze by było, gdybyś miał odpowiednie towarzystwo — wytłumaczył się.
— Um... Dobrze tato. — miauknął, wyraźnie zdziwiony. — To gsie idziemy na tlening? I co bęsiemy lobić? — zapytał wtulając się w ogon, którym był okryty.
Zbierało się mu na wymioty od tych słodkości i dobroci. Jeszcze brudził swoim istnieniem jego ogon!
— A gdzie chciałbyś iść? — spytał i przekręcił łeb. — A co będziemy robić, to zobaczysz jak dotrzemy na miejsce. Myślę, że Ci się spodoba, Larwo.
— Może... — zastanowił się nad tym. — Gsies gdzie ty tato się szkoliłeś! Chcę tam gdzie ty! — krzyknął, widocznie się ekscytując.
— Szkoliłem się na innych terenach — oznajmił mu. — A na drzewo jeszcze nie możesz się wspinać.
— Och... — Zwiesił po sobie uszka. — Skoda. No to... to potlenuj mnie tam gsie uważasz. To będzie tylko nase miejsce — miauknął, uśmiechając się szeroko.
— W porządku, chodź zatem — ruszył przed siebie, kątem oka spoglądając, czy kociak za nim podąża.
Na początku szedł za nim w całkiem dobrym (jak na takie małe paskudztwo) tempie. Później sapał coś niezrozumiale pod nosem. Trudno. Niech sobie radzi. Za chwilę jednak zatrzymał się i głośno go o tym poinformował.
— Tato... A nie moses mnie wziąć do pyszczka? — pisnął młody.
Wzdrygnął się w myślach. Zapewne ta cała Dalia nawet ich nie myła.
— Nie dajesz już rady? Jeśli tak, dobrze, wezmę cię, ale na chwilę — rzucił, próbując ukryć niechęć. — Podejdź do mnie.
Nachylił się nad czekoladowym kociakiem, który podreptał mu pod łapy i złapał go za kark. Wywracając oczami, ruszył do przodu. Niech ten robal nie oczekuje aż tyle. Gdy tylko wyszedł z obozu, zatrzymał się przy sporej, zamarźniętej kałuży. Zaraz zacznie się zabawa, przyjemna tylko dla jednej strony.
— Jus jesteśmy na miejscu? — zapytał, rozglądając się zafascynowany po otoczeniu.
— Tak — odparł, postawiając go na ziemi. — Tam dalej jest zbyt zimno, nie chce, żeby coś ci się stało.

< Larwo? >

17 listopada 2022

Od Larwy do Lukrecji

Mróz sprawiał, że z chęcią wtulał się w futro rodzeństwa. Wszyscy z nich mieli jednak je równie krótkie co on, więc każdy drżał. Na dodatek ich opiekunka też nie mogła się pochwalić czymś dłuższym. Skoro tyle kotów nie było przystosowane do zimnego klimatu, to dlaczego mieszkali w takim miejscu? Nie potrafił tego pojąć. Mógłby zapytać dorosłych. Na pewno by mu na to odpowiedzieli. Chociaż zauważył, że niektóre tematy sprawiają, że plączą się w słowach i zaczynają kręcić. Ciekawie się to oglądało. To była jego jedyna rozrywka w tym miejscu, zaraz po zabawie z rodzeństwem. 
Usłyszał skrzypnięcie śniegu i zaraz w zasięgu jego wzroku pojawił się znany mu, biało-kremowy kształt. Tata! Przyszedł! Od razu wyskoczył spod futerka śpiącej Dalii, podbiegając do kocura z uśmiechem. W końcu przyszedł! Pragnął bardzo jego uwagi, tak bardzo, że nie pozwoli rodzeństwu się do niego zbliżyć. To był jego tata. Jego! Gdy jeszcze był ledwo co pełzającą glizdą, kremowy był jego światełkiem, za którym pragnął podążać, lecz ten jak szybko się zjawiał, tak odchodził. Co z tego, że miał kogoś, kto zastępował mu mamę. To nie było mimo wszystko to samo. 
— Tata! Tata! Ceść! Gdzie byłeś? Co lobiłeś? — zasypał go pytaniami, chcąc tym razem zatrzymać go obok siebie dłużej. 
— Polowałem — odpowiedział, a na jego pysk wpełzł lekki uśmiech. 
Zauważył, że był w dobrym humorze. To dobrze. Miał nadzieję, że nie przyszedł tylko zobaczyć jak się mają i na tym się skończy. Chciał się do niego poprzytulać, posłuchać opowieści o jego bohaterskich czynach... Bo jak ktoś taki silny i duży jak on, nie był idealnym wojownikiem? Jego tata był najlepszy we wszystkim! 
— A na cio? — Przekrzywił główkę. — Ja jeszcze nie jadłem nigdy mięska. Dalia mnie kalmi mleckiem. Piłeś kiedyś mlecko? Jest pycha! — Podskoczył radośnie.
— Na ptaki — odparł, machając lekko ogonem. — Jak będziesz trochę starszy, to spróbujesz mięsa. Każde kocię najpierw pije mleko.
— Na ptaki? To chyba tludne! Bo one tak fru, fru robią! Łapies je w powietrzu? — Wyobraził to sobie i aż wbił w niego zachwycone spojrzenie. — Jesteś supel! Złapies dla mnie takiego ptaska? Pokaże lodzeństwu i będą mi zazdlościć — Wypiął dumnie pierś.
O tak! Już widział to zazdrosne spojrzenie Pasożyta. Te jego dziwne oczy, które były bardzo wrażliwe na światło, wyjdą aż na wierzch, gdy zaprezentuje mu prezent. 
— Trudne, owszem. Ale zobacz jak zdolnego masz ojca. Jestem mistrzem w łapaniu ptaków — miauknął, siadając. — Mogę nad tym pomyśleć, ale nie w tym momencie. Jestem zmęczony.
Mistrz... Niesamowite. Pewnie zna wiele ważnych osobistości! Właśnie dlatego też, gdy ostatnio widział Agresta, postanowił do niego podejść i nawiązać z nim nić porozumienia. Dzięki temu poczuje się jak tata! No i na pewno będzie z niego dumny, że obraca się w wysokich sferach, tak jak on! 
— O lany... Jesteś mistsem... Na pewno znas lidela i zastępce, plawda? Bęsies kiedys lidelem? — pytał, a słysząc o jego zmęczeniu, wskazał łapką na mech. — Tam mas wolne posłanie. Możesz odpocąć i poopowiadać mi bajki. Ale tylko mi. Lesta mojego lodzeństwa nie zasługuję. 
— Możliwe — mruknął do niego. — W porządku, mogę Ci coś opowiedzieć. Chodź — odparł, po czym wstał i zaczął iść w kierunku wolnego posłania.
Skierował się za nim dość chwiejnym krokiem, siadając tuż obok i wbijając w niego słodkie oczka, oczekując na opowieść. Udało się! Udało! Nie mógł w to uwierzyć! Tak długo czekał na ten dzień, tą chwilę, gdzie będą sami. Chciał być taki jak on. Taki duży i silny... Mógłby łapać też ptaki jak zawodowiec. Na razie jednak kisił się w żłobku, bo był za mały na takie ekstremalne wyczyny. Ale i tak... Obecność kocura budziła w nim zachwyt. 
— O czym chcesz, bym ci opowiedział, Larwo? — spytał dorosły, obejmując go ogonem.
Uśmiechnął się szerzej, zadowolony z uwagi ojca. Umościł się wygodnie w jego sierści, odpowiadając:
— O tobie! O twoich psygodach i osiągnięciach!
Lukrecja wyszczerzył się paskudnie.
— Jak byłem jeszcze uczniem, miałem wspaniałego mentora. Nauczył mnie wielu ważnych rzeczy. Walki, polowania, o roślinach... Był niesamowity. Trenowałem tak ciężko, że nawet udało mi stać się silniejszym — zamruczał, wpatrując się mu w oczy.
Słuchał z uwagą, zapamiętując wszystko najdokładniej jak potrafił. Otworzył aż szerzej pyszczek, zafascynowany wypowiadanymi przez niego słowami.
— Kto to był? Jak będę dusy tes dostane takiego mentola? Tes sce być silny! Tak jak ty tatusiu!

<Lukrecjo?>