***
Ślub Szafirki i Kasztana, po ceremonii
Siedziała nieopodal ołtarza zatopiona w myślach. Nadal nie znalazła żadnego rozwiązania sprawy Wężynowego Kła i Czyhającej Mureny. Dodatkowo słyszała też domysły na temat zniknięcia Mewiego Puchu. Ona traktowała to jak kolejną ucieczkę. Ostatnio Żmijowcowa Wić przyszedł do niej, mówiąc, że to niemożliwe, bo wojownik nie zostawił żadnych śladów. No i jeszcze ta sprawa z samotnikami i ptakami… Nagle usłyszała, że ktoś coś do niej mówił.
– Witaj, Mandarynkowa Gwiazdo. Słyszałam, że doszło do nieporozumienia i chciałam się z niego przed monarchinią wytłumaczyć. Otóż za kociaka zrobiłam głupią rzecz, robiąc sobie znak lotosu z jagody, czego teraz żałuję. Jednak wydoroślałam i nawet przez głowę mi nie przeszłoby obrazić rodzinę królewską! Proszę, powiedz, Władczyni, czy kiedykolwiek była Pani świadkiem, bym kogoś ze szlacheckiej rodziny obraziła? A co do czekoladowych kotów, to nie jestem do nich dobrze nastawiona. Jednak proszę, zrozum, droga monarchini, kodeks wojownika każe nam pomóc każdemu kotu w potrzebie, jak ja, szara wojowniczka, mogłabym sprzeciwiać się woli przodków?
Zamrugała kilka razy zaskoczona takim długim wywodem, którego około połowy nie przetrawiła.
– Słucham?
– Otóż doszły do mnie słuchy o tym, że nie szanuje rodziny królewskiej i lubię czekoladowe koty.... – zaczęła powtarzać wolniej. Przywódczyni popatrzyła na kotkę ze zdziwieniem. Ale żeby tak otwarcie o tym mówić?
– Wiem o tym – odpowiedziała kompletnie szczerze. Słyszała już kilka wywodów Flaminga na ten temat. Nie interesowało jej to jakoś bardzo, ale dobrze było wiedzieć, kto nie powinien dostawać uczniów.
– Wiem, że przywódczyni wie, dlatego do Pani poszłam. Pomyślałam, że to może skutkować wykluczeniem dostania ucznia. Dlatego do monarchini przyszłam, by wytłumaczyć, że to tylko plotki.
Pomasowała sobie przez chwilę czoło i westchnęła poirytowana. Zupełnie jak ta sytuacja z Wężyną. Nie miała powodów, żeby jej nie wierzyć, ale nie miała też powodów, by to robić.
– Jaki masz dowód? – zapytała, dobrze wiedząc, że dowodu na to nie dało się znaleźć. Liliowa pomyślała przez chwilę.
– Gdy była sytuacja z borsukami, głośno nienawidziłam Mysiomózgiej Łapy. Było to widać w ruchu ciała, wymowie, mimice, nawet w oczach. Co do rodu, czy kiedykolwiek Pani Mandarynkowa Gwiazda słyszała obelgi? Nigdy nie zrobiłabym coś tak okropnego, jak nie szanowanie rodu oraz jego członków.
– Każdy nienawidziłby kota, który wprowadził do obozu borsuka. – Zauważyła. – Obelg nie słyszałam, bo ostatnio nie mam czasu na rozmowy z innymi członkami klanu.
– Nie rozmawiałam z Fląderką w żłobku ani nigdzie, monarchini. Każdy uczciwy kot może potwierdzić, że nigdy, przenigdy nie przeklęłabym rodziny królewskiej! Proszę, Mandarynkowa Gwiazdo, ja naprawdę nie kłamię!
– Tracisz mój cenny czas, Liliowa Pieśni. Na przyszłość radzę ci się bardziej pilnować, jeśli nie chcesz mieć więcej kłopotów.
I na tym według niej rozmowa powinna się zakończyć. Niestety tak się nie stało.
– Och, Mandarynkowa Gwiazdo, błagam! Ja naprawdę nic nie zrobiłam! Jak mogę, monarchini, to udowodnić?
– Nie możesz. – Wzruszyła ramionami. – Na tym właśnie polega problem – dodała zamyślona, wracając na chwilę myślami do sprawy swojego zabójstwa. Niestety zielonooka nie chciała dać za wygraną.
– Jeżeli to prawda, monarchini, to jak mogłabym być z Ulewnym Szkwałem? Oddanym wojownikiem Klanu Nocy?
Według niej nie było między tymi rzeczami większego połączenia. Potrzebowała zebrać myśli, co było już wystarczająco trudne na wyspie pełnej gadatliwych kotów. Tu jakieś gratulacje dla pary młodej, tam romanse młodych kotów, a tu męcząca desperatka. Zirytowała się.
– Nie obchodzi mnie twój status związkowy, Liliowa Pieśni. Mogłabyś nawet uganiać się za Rogatym Flamingiem, ale to nie moja sprawa i mam dużo ważniejsze sprawy na głowie.
<Lilia? Tak wiem, że leniwe>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz