BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karaś x Piórolotkowy Trzepot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karaś x Piórolotkowy Trzepot. Pokaż wszystkie posty

21 grudnia 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Karasiowej Ławicy

 - Oh... Ale to jak wrócisz kiedyś, to pomożesz mi zająć się trochę żłobkiem, dobrze? Mam wrażenie, że mógłby być trochę cieplejszy - Odpowiedział, jakby kompletnie nie czując tematu. Zdawało się, że po jego odpowiedzi oczy kotki przygasły, a ona sama stała się jakby bardziej przygarbiona. 
- Nie będę wracać, chcę odejść tak na stałe… Może zostanę jeszcze, żeby pomóc przy przepędzaniu lisów, ale jeśli wszystko dobrze pójdzie, później się już nie zobaczymy, chyba że na zgromadzeniu, jeśli uda mi się dołączyć do jakiegoś innego klanu albo jakoś… Przypadkiem. 
Kocur na wzmianki o lisach drgnął spuszczając wzrok na podłoże, napuszył się na moment po czym spojrzał na pysk Karaś. Cała reszta wypowiedzi Karaś gdzieś zginęła w jego głowie i nie potrafił wywołać choćby najmniejszej reakcji, ignorując niewygodny temat.
- Ty też? - spytał, łamiącym się głosem - Nie możesz tam iść, na zewnątrz, oni tam-oni tam są, czemu? - Nie chodziło mu tylko o lisy. W jego głowie przewinęły się obrazy wszystkich pysków, które zwykł znać, jednak odeszły bez słowa. Nie chciał zostać sam, nie znowu.
- Właśnie dlatego, trzeba się ich pozbyć, żeby reszta była bezpieczna - machnęła niespokojnie ogonem. - Przecież nic mi nie będzie, jestem dobrą wojowniczką.
- Oni też by-! - Przerwał, jakby nagle zszokowany, zerkając w jakiś punkt w przestrzeni. Szybko jednak wrócił do Karaś - Proszę cię, ktokolwiek inny, jest tyle kotów w klanie, czemu ty?
Przez chwilę milczała.
- Przecież to mój obowiązek - wymruczała smutno. - Jeszcze należę do tego klanu. Chyba, że udałoby mi się odejść wcześniej.
- Ale to nie, to nie tak, że musisz się narażać. Od kiedy tak bardzo chcesz się poświęcać dla nocniaków? To nie, oh, co? - przyłożył łapę do wirującej głowy. Nic z tego nie rozumiał, nie wiedział, co się dzieje. Przecież to nie tak miało być, czemu nagle wszystko się sypie? To jak próba powstrzymania lawiny przed zasypaniem wszystkiego co ma przed sobą. - Przecież mieliśmy to zmienić - wymamrotał w końcu, załamanym tonem.
- Co mieliśmy zmienić? - kotka zdawała się być coraz bardziej skonfundowana.
- Wszystko, to... - przetarł łapą policzek - To nie tak, to... ugh, nie wiem, nie wiem co robić. - Przyznał, łamiącym się głosem. Na gwiezdnych, był przecież dorosły, a czuł się jak zagubione dziecko, które błaga, by nie zostawiać go w przedszkolu.
Spojrzała na byłego mentora już łagodniej.
- Wiem, przepraszam… Ale nie mogę dłużej tu tkwić i patrzeć na te wszystkie niesprawiedliwości. Chcę się z tego wyrwać, znaleźć lepsze życie, jakiś cel… Może taką miłość, o jakiej zawsze opowiadałeś - uśmiechnęła się trochę krzywo.
Nie odpowiedział. Spróbował jedynie dojrzeć coś konkretnego w pysku byłej uczennicy, chwilę później spuszczając wzrok gdzieś w bok na podłoże. Nie potrafił znaleźć odpowiednich myśli, a co dopiero słów. Był tylko jeden, wielki mętlik. 
- To jeszcze… Pewnie jeszcze chwila zanim do tego dojdzie… Ale chciałam dać ci znać, żebyś mógł się nie wiem, przygotować…? Nie chciałam cię potem zaskoczyć - wyznała niepewnie, trochę zmieszana.
- Tak, rozumiem - wymamrotał niemrawo, nie patrząc na nią - A wiesz... wiesz kiedy konkretnie...? Tak, mniej więcej, chociaż. - zdobył się na kilka słów, które siłą wypchnął z gardła. Unikał jej wzroku, jakby się czegoś bał. A może po prostu zaczynał być powoli zły. Rozumiał czemu chciała wyjść z Klanu Nocy, sam przecież chciał. Ale dlaczego musiała go zostawiać? 
- To też zależy od Skrzelika… Nie jestem pewna czy zdążymy przed Porą Nagich Drzew… Więc możliwe, że dopiero jak się ociepli. - Więc Skrzelik też. Tak, dobrze dla niego, prawda? Zmarszczył brwi, zagryzając zęby i starając się z całej siły nie popłakać, przeczekując, aż ta pożegna się niezręcznie i wróci do swoich zajęć, podczas gdy on odwrócił się na pięcie zaraz potem, biorąc głęboki, drżący oddech. Szybkim krokiem skierował się do legowiska, omijając desperacko przechodzące obok koty, z coraz to bardziej zacierającą się wizją. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

Od rozmowy minęło trochę czasu i chociaż Lotek bardzo chciał, nie potrafił sobie tego w głowie poukładać. Czuł, że wszystko się sypie bardziej niż wcześniej, a on nic nie mógł z tym zrobić. Chciał iść z Karaś, bardzo chciał opuścić z nią Klan Nocy, jednak jego własne ciało mu nie pozwalało. Przekonał się o tym w nocy, tego samego dnia którego miała miejsce rozmowa. Kilka kroków poza bezpieczną granicę, a spadał na niego ciężar duszności, bolące uczucie w piersi walka o oddech. Potem jeszcze próbował, w chwilach desperacji, wmawiając sobie, że to nic takiego, że przesadza, że powinien przestać panikować i robić sceny, jednak niewiele to dało. Po pewnym czasie mógł spokojnie siedzieć poza ścianami z trzcin, jednak musiał czuć ich obecność za plecami by nie zwariować. Był tu jak więzień. W dzień czasem wpadali na siebie, jednak rozmowy bywały niezręczne, podobnie jak próby ich nawiązania i Piórolotek wciąż nie mógł sobie uświadomić, co to za narastające uczucie w piersi, jakby coś się w niej gromadziło i nie mogło znaleźć ujścia. Opadło dopiero w dniu, w którym kotka podeszła do liderki. Kocur zamarł w miejscu, stojąc sparaliżowany przed żłobkiem z kłębkiem mchu w pysku, który opadł na ziemię. Wpatrywał się w scenę z otwartymi ze strachu oczyma, jednak nic kompletnie nie zrobił. Obserwował, jak jedna z ostatnich pozostałych bliskich jego sercu osób opuszcza Klan Nocy z własnej woli, nawet nie patrząc w jego stronę. Chociaż, czy lepiej by było, gdyby spojrzała? Pewnie do końca by się rozkleił. Jeszcze gdy jej ogon znikał w wyjściu coś porwało jego wnętrzności do przodu, próbując popchnąć go, by ruszył za nią. ,,Zabierz mnie ze sobą", chciał wykrzyczeć. Nie chciał zostać tu sam, to takie ciężkie, takie przytłaczające. Ciężko jest być samemu. Dobrze jednak wiedział, że nie dałby rady przejść dalej, niż kilka kroków poza obóz. Byłoby to całkiem niepotrzebna próba. I wtedy, kiedy już całkiem jej ciało zniknęło z widoku, nagle poczuł jak coś w jego wnętrzu upada. Następuje jakaś rezygnacja. Coś, czego się obawiał i wreszcie nadeszło, dobiegło końca, jednak nie przyniosło za sobą oczekiwanej ulgi. Nie patrząc na nikogo, umknął w stronę gęstych szuwarów. 

<Karaś?>

07 listopada 2024

Od Karasiowej Ławicy CD. Piórolotkowego Trzepotu

Leżała na liściach w pobliżu Piórolotkowego Trzepotu, wpatrując się w niebo i prowadząc luźną konwersację. Łapą przesuwała opadłe liście, starając się stworzyć z nich równy wzorek. Nie przykładała do tej czynności jednak zbyt wielkiej uwagi, pochłonięta własnymi myślami. Doceniała takie chwile ucieczki z obozu i odpoczynku, zwłaszcza w komfortowym towarzystwie – a takim właśnie nazwałaby swojego mentora, do którego przywiązała się mocno w trakcie wspólnych treningów i który był kotem, którego darzyła chyba największym zaufaniem, zwłaszcza po tym jak wpadła w konflikt z połową swojej rodziny.
– Masz jakiś… Plan? – spytał Piórolotek, a Karaś cicho westchnęła, nie wiedząc co odpowiedzieć. – Ostatnio na zgromadzeniu jakaś kotka cię szukała, znalazła cię?
– Masz na myśli… Północ? – zerknęła na byłego mentora niepewnie. – Nie wiedziałam, że się poznaliście… To moja przyjaciółka, często spędzamy razem czas na zgromadzeniach – wyznała. – Jest bardzo energiczna, przyjacielska, pozytywnie nastawiona do życia i świetnie spędza mi się z nią czas… Tak jakbym na chwilę mogła zapomnieć o wszystkim, odpocząć i po prostu czerpać przyjemność z życia… – zamilkła, trochę zawstydzona tym, że się tak rozgadała. No ale to w końcu była Północ, kotka którą Karaś zawsze wspominała z uśmiechem. Poprzednie pytanie kocura odłożyła sobie gdzieś w głębi umysłu, mając nadzieję że wymyśli lepszą odpowiedź mając więcej czasu.
– Nie jestem pewien, czy tak się nazywała... ani czy się przedstawiała. Szczerze powiedziawszy, niezbyt pamiętam – przyznał przepraszająco – Ale taka czarna... z przejaśnieniami popielatymi. Nie pamiętam koloru oczu. Chyba w ciemnych tonacjach? Ale z opisu raczej pasuje.
– To ona! – Machnęła ogonem z entuzjazmem. – Ma zielone oczy, ale na tle czarnej sierści to faktycznie czasem wydają się ciemniejsze. I jest super, mówię ci. Gdyby tylko była u nas w klanie wszystko byłoby inaczej, bo Północy to nawet Srocza Gwiazda by nie przegadała – oznajmiła całkowicie pewna siebie. Dopiero po chwili radość w jej oczach przygasła, a wzrok skierował się gdzieś na bok: – Plan, plan… Nie mam planu… Myślałam, że to wszystko będzie dużo prostsze.
Nie chciała mówić wprost, że obecna sytuacja już od dawna ją przerasta i przygniata, ale była pewna, że Piórolotek i tak częściowo o tym wie i ją rozumie. Dzielili podobną wrażliwość i podobne zaparcie w wierze, że kiedyś wszystko może się ułożyć, a przynajmniej że świat powinien był w ten sposób funkcjonować.
– Cóż, zawsze możemy poczekać aż coś się samo wydarzy – Kocur oddalił poważniejszy temat lekko, beztroskim tonem. – W końcu albo się coś stanie, albo wszystko się uspokoi, aż w końcu wszyscy zapomną o problemach. A wtedy... hm, zostaje nam improwizacja? – zakończył poprawiając się na liściach. – Ale to dobrze, że sobie znalazłaś przyjaciółkę! Zawsze jakieś urozmaicienie i pozytywne emocje.
Uśmiechnęła się, otulając się delikatnie ogonem. Pewnie niedługo będą musieli wracać, ale póki jeszcze są tutaj… Mogą udawać, że problemy nie istnieją i cieszyć się swoim własnym towarzystwem.

***
Straciła Kazarkę i Cyrankę. W kwestii pierwszej z kuzynek mogła mieć jeszcze nadzieję, że odnalazła szczęście, nawet jeśli nie z ojcem swoich kociąt, to chociaż ze swoim dzieckiem, które postanowiła zabrać ze sobą, wygnana z klanu. Cyranka jednak… Została bestialsko zamordowana przez lisy, w najbardziej okrutny, możliwy sposób. Karaś widziała to, co po niej pozostało i ten widok zmroził jej żyły i został z nią na długo, gdy zamykała powieki. Jej kuzynka nie zasługiwała na taki koniec, ledwo co zaczęła się godzić z utratą łapy i próbować wrócić do funkcji wojowniczki… Księżycowy Blask i Poranny Ferwor, jej wujek, również nie zrobili niczego złego, aby zasłużyć na tak okrutną śmierć… Gdzie był Klan Gwiazd? Cieszyła się, że chociaż Piórolotkowy Trzepot wrócił cały, jednak wydawał się kompletnie przybity tym co widział i zaczął unikać wszystkich bliskich kotów. Żałowała, że nie została posłana na ten felerny patrol. Nie wiedziała, czy gdyby tam była mogłaby coś zdziałać i uratować choć jedno życie więcej, ale część jej ciała ogarniała czysta wściekłość na myśl, że nie mogła w żaden sposób pomóc. Czy życie w klanie naprawdę było bezpieczniejsze niż samotnicze? Bliskie jej koty były na patrolu z samą zastępczynią, a jakoś nie była w stanie ich uratować. Taki właśnie był sens wybierania na zastępcę kota nie najsilniejszego tylko o odpowiednim kolorze futra i odpowiedniej rodzinie. Pazury Karaś same wysuwały się i wciskały w ziemię gdy tylko o tym myślała, nie powiedziała jednak niczego na głos, co mogłoby obwinić Tuptającą Gęś. Zbyt przejęta była stanem matki, która śmierć brata przyjęła tak źle, że zaczęło się mówić w klanie o jej przejściu do starszyzny oraz wycofaniem swojego byłego mentora.
Niespodziewanie po kilku dniach Piórolotek zaczął się zachowywać jak wcześniej, zagadując ją o piszczkę, którą jadła na śniadanie i wydając się całkiem zrelaksowany.
– Była całkiem smaczna…? – wyjąkała nie wiedząc co się stało i czego się spodziewać.
– To dobrze, cieszę się! – Piórolotkowy Trzepot machnął luźno ogonem. – A nie widziałaś gdzieś może Cyranki? Tak się składa, że miałem iść z nią na patrol…
Karaś znieruchomiała z przerażenia, patrząc na mentora szeroko otwartymi oczami.
– C-cyranki…? Ale o-ona… Ona nie żyje, Piórolotku, nie ma j-jej już – udało jej się wyjąkać, z trudem przełykając ślinę.
Ten jednak machnął ogonem jakby zniecierpliwiony:
– Nie powinnaś żartować w ten sposób, Karaś. To nie jest śmieszne. Poszukam jej sam.
I odszedł, tak jakby nie wydarzyło się nic szczególnego.
Karaś stała jeszcze długo w tym miejscu, starając się pozbierać. Czuła, że z psychiką Piórolotka stało się coś przerażającego i cholernie się tego obawiała.

***
Kolejne dni nie przyniosły wcale poprawy. Piórolotkowy Trzepot zachowywał się beztrosko, nie opuszczał jednak obozu i co gorsza… Albo się Karaś wydawało, albo rozmawiał ze zmarłymi kotami. Próbowała go delikatnie przekonać do wizyty u medyczek, ale ten reagował zdziwieniem na każdą sugestię, że coś jest nie tak. Przestała uświadamiać go o tragedii, która się wydarzyła, bo do kocura i tak nic nie docierało. Karaś czuła się zdołowana ilekroć na niego patrzyła.
– Piórolotkowy Trzepocie? – Zapytała nieśmiało, gdy kilka dni później odważyła się do niego podejść, gdy był sam.
Kocur spojrzał na nią pytająco.
– Ja… Chciałabym odejść, wiesz… Z Klanu Nocy.
– Oh.
Karasiowa Ławica nie była pewna jak odczytać jego wyraz pyszczka i poczuła się jeszcze gorzej.
– Mówię poważnie, Piórolotku, ja… Nie czuję się tu dobrze już od tak dawna, mam wrażenie, że marnuję swoje życie, a Klan Nocy nawet nie zapewnia nam szczególnego bezpieczeństwa, patrząc na te wszystkie tragedie… Chcę spróbować przekonać Skrzelika, żeby ze mną poszedł i znaleźć jakieś bezpieczniejsze miejsce, w którym wszyscy go będą akceptować i w którym będziemy szczęśliwsi… Znaleźć nowy dom.
Ucichła, czując w sobie mnóstwo emocji. Bała się krytyki, bała się tego, że odchodząc może zranić byłego mentora jeszcze bardziej. A mimo wszystko, po tym co spotkało Cyrankę, Księżycowy Duch i Poranny Ferwor czuła się zmotywowana do opuszczenia Klanu Nocy jak nigdy wcześniej.

[1086 słowa]
<Piórolotkowy Trzepocie? Karaś przyszła się pożegnać…>

01 września 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Karasiowej Ławicy


Lotek nie był jak Karaś. Kiedy ona próbowała uświadamiać koty, on jedynie żył dalej swoim życiem. Co prawda był bardziej chętny do rozmów i poznawania kotów, jednak nie mówił otwarcie o swoich poglądach. Jedynie słuchał. Słuchał, patrzył na ich reakcje, analizował po całym dniu wszelkie działania, zmiany głosu, to, co ktoś powiedział. W końcu zaczął myśleć, czy nie spróbować zaznajomić się z najmłodszymi w klanie. W końcu młode umysły chłoną więcej, niż starsze, czemu więc nie spróbować ochronić ich przed tą propagandą? Czemu nie spróbować znaleźć sojuszników w młodszych kotach, poszerzając swoją strefę komfortu? Nie lubił być sam, naprawdę. Z drugiej strony, czy jeśli znajdzie podobnych do niego wśród młodszych kotów, to czy nie będzie to ryzykowne? Westchnął cicho, strzepując z łapy glona, który zaczepił się o niego podczas pływania. Musiał nad tym pomyśleć. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

Kocur główną część dnia przesiadywał w swojej głowie, co do tego nie było wątpliwości. Szczególnie po pamiętnym zgromadzeniu ze spadającymi gwiazdami, oraz tych wszystkich makabrycznych wydarzeniach jakie miały miejsce w obozie. I o dziwo, brały w tym udział czekoladowe koty. Nie chciał przyznawać Sroczej Gwieździe racji, w końcu robiłoby to z niego złego kota, poza tym, gdy tylko zakwitła w nim myśl, że może jednak staruszka myśli dobrze, zaraz przypomniał mu się Topik i dzieci Kawki i wszystko wracało do normy. Jego mechanizmem obronnym więc, stało się odcinanie od rzeczywistości. Codzienne uciekanie w fikcję, nie ważne jak głęboką i nie ważne jak daleko by ona nie sięgała, było pewnego rodzaju kuracją. Po pewnym czasie trwania w takim stanie zdał sobie sprawę, że jego umysł wytworzył swego rodzaju bańkę, która nie pozwalała mu dłużej myśleć o czymś poważnym, co wymagało większej ilości zaangażowania. Zwyczajnie wypierał z siebie wszystkie negatywne emocje, zastępując je chwilową pustką, odłączeniem myśli i zachowywaniem się mechanicznie, gdzie nie miał nawet siły wchodzić w proste konwersacje, podtrzymywać rozmowy, ani przypomnieć sobie co mówił te kilka sekund temu, nagle przerywając wątek. Chociaż, może to też złe określenie. Pamiętał, po prostu ciężko mu było kontynuować. Szczególnie w pamięć zapadły mu spadające gwiazdy. Właśnie one. Czy to zmarli wojownicy, którzy przez zapomnienie skazani są na stracenie? Wygasłe gwiazdy? A może gdzieś tam w tych gwiazdach była jego bratnia dusza? Nie okazywał tego bardzo, może raz czy dwa napomknął coś Karaś o tym, że w sumie marzy mu się romans, jakby wyjęty z jakiejś baśni, jednak nic poza tym. Czy na świecie jest kot, który wpasowałby się z nim idealnie? Czy może jest już martwy, i patrzy na niego z góry? A może właśnie zgasł, spadając wraz z innymi, migoczącymi punktami. Jeszcze inną opcją było, że te migoczące punkty to tak naprawdę podniebne świetliki, które zerkają na swoich przyziemnych braci z góry, zapraszając do tańca. On by chętnie do nich dołączył. Może gdzieś tam, znalazłby gwiezdnego kota, który by go zrozumiał. 
- Chciałbym być świetlikiem - odezwał się po dłuższej chwili ciszy, leżąc na suchych liściach i patrząc na migoczące gwiazdy. Grube futro zapewniało mu ciepło, termoizolację od powoli marznącej ziemi. Przy kolejnym wydechu, dało się dostrzec jak uciekająca z jego wnętrza para, wiruje w świetle niepełnego księżyca. Karaś, która dała się wyciągnąć na spacer, właśnie próbowała stworzyć coś z opadłych, kolorowych liści. Miał kiedyś zaśpiewać im kołysankę, razem z Topikiem. Do snu, dla liści, które przeżyły już swoje życie. Teraz natomiast, wraz z liśćmi, mógł zaśpiewać kołysankę dla Topika. Point uśmiechnął się słabo, melancholijnie. 
- Świetliki nie mają podziałów, są jednakowe, świecą podobnym blaskiem - wymieniał, mrucząc cicho - Wątpię, żeby przeżywały podobne tragedie. - Zatrzymał na moment swoje myśli, po chwili zmieniając temat - Rozmawiałaś z kimś z Klanu Wilka? - spytał, przekręcając lekko głowę w jej stronę - Myślisz, że jeśli do władzy u nich dojdzie czekoladowy kot, to stracimy sojusznika?.... Zaczynie za niedługo brakować zwierzyny na powierzchni... 
- Przez jakiś czas trzymałam się z Cisową Łap… Tchnieniem - poprawiła się. - Ale teraz mniej rozmawiamy, może powinnam skorzystać z okazji i ją zagadać. Ciężko przewidzieć myśli Sroczej Gwiazdy - zamruczała, odpowiadając w końcu na zadane pytanie. - Cieszmy się, że nie ogłasza na razie emerytury, bo Tuptająca Gęś będzie gorsza do znoszenia. - Skrzywiła się. - Jednak z tego co wiem, aktualna zastępczyni Wieczornej Gwiazdy nie jest czekoladowa…? Czy coś mi umknęło… - zmartwiła się.
- Rzeczywiście - mruknął, przypominając sobie zastępczynię Klanu Wilka - Chociaż kto wie, wiele się może stać - dodał, wracając głową w kierunku gwiazd - Cisowe Tchnienie to chyba ich medyczka, nie? Jaka jest? Szczerze powiedziawszy, wygląda na straszną... - przyznał, marszcząc czoło w zakłopotaniu. Nie przepadał za wilczakami. Może byli sojusznikami, ale po prostu... nie dawali mu dobrej energii. Te wszystkie wymiany oglądał w zaciekawieniu, ale też w pewnej niepewności. Niemniej, nie wtrącał się. Nie miał na ten temat zdania, nic złego się nie działo. Zwyczajnie to akceptował. 
- To znaczy… Nie wiem, czasem miałam wrażenie, że nie rozumiemy się tak dobrze jakbym chciała - miauknęła niezręcznie. - Bardzo zależało jej na nauce, myślę też, że mocno troszczy się o swój klan… Zastanawiałam się czy ma tam bliższych znajomych, bo wydawała się taka zamknięta w sobie i nieśmiała. No ale chciała się ze mną przyjaźnić, więc chodziłam z nią pomóc zbierać zioła kilka razy i było całkiem fajnie.
- O.... rozumiem - skomentował jedynie, nie dodając nic więcej na głos, znów milcząc przez dłuższą chwilę - Masz jakiś... plan? - spytał w końcu, widocznie nie wiedząc, jak ubrać swoje myśli w słowa. - Ostatnio na zgromadzeniu jakaś kotka cię szukała, znalazła cię? - dodał, pytając zaciekawiony. Dobrze było widzieć, że uczennica ma znajomych spoza klanu, a tamta Klifiaczka wydawała się być całkiem miła. Poza tym, nie wiedział dokładnie, o co pytać. Trochę bał się o przyszłość. O ile zazwyczaj była wielką niewiadomą, teraz zaczęła tworzyć labirynt. 

<Karaś?>

03 sierpnia 2024

Od Karasiowej Ławicy CD. Piórolotkowego Trzepotu

Bezpośrednio po rozmowie Karasiowej Ławicy i Piórolotkowego Trzepotu ze Sroczą Gwiazdą

“Konflikty można rozwiązać rozmową” – cóż za durne stwierdzenie, wraz z osobą, która je wymyśliła. Spróbowali? Spróbowali. Czy coś osiągnęli? Roztrzęsione nastroje, zrujnowane marzenia, brutalne zderzenie z rzeczywistością…
Karasiowa Ławica wychodziła wraz z Piórolotkowym Trzepotem z legowiska Sroczej Gwiazdy, a następnie poza teren obozu, ale im dłużej szła tym większą złość, zawód, a nawet zalążek nienawiści, skierowanej w stronę liderki, czuła. Jedyne co próbowali jej wytłumaczyć to to, że żadnego kota nie należy uważać z góry za złego, tylko i wyłącznie z powodu koloru sierści. Czy to jest coś dziwnego? W innych klanach nie było takich pomysłów, jak zrzucanie kogoś na dno hierarchii tylko przez wygląd! I niszczenie mu z tego powodu życia, wyzywanie go, odbieranie szczęścia… Ale rozmowa z liderką przypominała rozmowę z głazem. Nic, nie było w stanie jej poruszyć tak, by zmieniła zdanie.
Kopnęła łapą kamyk, który stał na jej drodze. Potoczył się w bok, a Karaś zacisnęła na chwilę oczy, powstrzymując syknięcie z bólu. Dopiero gdy je otworzyła, zorientowała się, że jej były mentor stanął i odwrócił się w jej stronę… Płacząc.
– Nie zrozumiała – kocur rzucił z żalem, trzęsąc się z nagromadzonych emocji. Wojowniczka wpatrywała się w niego, nie wiedząc jak zareagować, gdy usiadł, wziął kilka głębokich oddechów i kontynuował łamliwym głosem: – Karaś... ona nic, kompletnie! Czemu ona nic nie rozumie! Co w tym takiego trudnego? Wystarczy być chociaż odrobinę otwartym, odrobinę! Ze swoimi wnuczkami pewnie też nic nie zrobi, bo w końcu zostały jej tylko te lepsze, nie? – Przetarł nos, a z jego oczu wylewały się kolejne łzy.
Szylkretka na chwilę spanikowała, słysząc jak jej były mentor wyrzuca z siebie wraz z łzami dokładnie te same żale, które wbijają się cierniem w jej serce. Nie była najlepsza w pocieszaniu, do tego złość, która ją wypełniała nie pomagała. Sama gubiła się w tym co czuje, ogarnięta zbyt wieloma negatywnymi myślami.
– To jak rozmawianie z sumakami – miauknęła, nawiązując do wypowiedzi starszego. – Albo z drzewem, którym nawet silniejszy wiatr nie zatrzęsie… Kompletnie nie chciała nas słuchać… – wbiła wzrok w ziemię, próbując jednocześnie wyrzucić z umysłu myśli, które prowadziły na skraj paniki. Już Piórolotek płakał, jeżeli również ona się rozklei… Czy było cokolwiek, co mogła powiedzieć? Jakakolwiek resztka nadziei? Szukała desperacko choćby promyka w ciemności, nie chciała się poddawać. Przesunęła się bliżej kocura, ocierając o niego w geście pocieszenia. – Może jeszcze po prostu jest za wcześnie… Może gdy więcej kotów otworzy oczy i wszyscy razem powiemy jej, że mamy dość… Może musi się stać coś poważniejszego, żeby zauważyła co się dzieje… – Dotarło do niej jak naiwnie brzmią jej słowa i znów położyła uszy po sobie, nie mogąc powstrzymać ogarniającej ją bezradności. – Tak jakby nie było jeszcze dość śmierci i zła… Jakbyśmy nie tracili zbyt młodych wojowników… Może to Gwiezdni dają nam znaki, że Srocza Gwiazda nie postępuje właściwie? Jeśli nic się nie zmieni, jeśli będzie gorzej… Przecież chyba zareagują, prawda…? A jeśli nie oni, nasz klan…?
– Jak do tej pory zbyt dużo kotów tych błędów nie widzi – stwierdził ponuro Piórolotkowy Trzepot, co jakiś czas jeszcze pociągając nosem. Widać było, że już się uspokoił, jednak oczy nadal mu łzawiły. – A jeśli Klan Gwiazdy w końcu jakoś reaguje, to robi to w sposób, który rani i działa nie na te koty, na które trzeba. Mowa tu najbardziej o uczniach, kociakach... oni najbardziej to pochłaniają. Najbardziej ich to krzywdzi, a Srocza Gwiazda nie widzi skazy, jaką im zrobiła na myśleniu – zrobił przerwę, na kolejne przetarcie oczu. – Algowa Łapa myśli podobnie do nas, bardzo przeżywa ostatnie zniknięcie Kawki i Płotki. I zdaje się, że nie potrafi znaleźć przez to oparcia we własnej rodzinie – poskarżył się, patrząc smętnie w śnieg. – Ale byłoby miło, gdyby Klan Gwiazdy jednak działał w sposób, którego nie potrafimy dostrzec... W końcu są tam bliskie nam koty, przodkowie, którzy się o nas troszczą, więc zwyczajnie muszą coś działać.
– Muszą… Powinni, przecież muszą… Ktoś musi… – Karaś wyrzuciła z siebie mało sensowny potok słów, zajęta układaniem rozpaczliwego planu w swojej głowie. – Powiem… Może otworzą oczy… Powiem im, powiem, muszą zrozumieć… Muszą…

***

Jeszcze tego samego wieczora, gdy dużo spokojniejsza wchodziła do legowiska wojowników, uważnie zlustrowała wzrokiem znajdujące się tam koty, doszukując się wśród nich kogoś z rodziny królewskiej. Bądź jednego z ich ślepych popleczników, takich jak Pchli Nos, od dawien dawna wpatrzony w Sroczą Gwiazdę jak we własne bóstwo. Takim kotom zdecydowanie nie spodobałoby się to, co chciała powiedzieć, a wolała nie ryzykować. Zwłaszcza nie tak wcześnie. Z pewną goryczą uświadomiła sobie, że jej znajomość relacji i poglądów w klanie nie była czymś naturalnym. Nie interesowałaby się takimi rzeczami sama z siebie i nie zwróciłaby uwagi na subtelne powiązania wieczornych rozmów dwóch kotów i ich lojalności wobec Sroczej Gwiazdy i jej decyzji. Ten jeden raz zawdzięczała coś rozeznaniu w sieci społecznych relacji, jakie miała zawsze jej matka i którym kotka dzieliła się z córkami, chcąc by osiągnęły w życiu jak najwięcej. Karaś nigdy nie chciała zgodzać się z metodami, które Ryjówkowy Urok stosowała i próbowała jej przekazać, a jednak właśnie sama sięgnęła po jej wiedzę… Pocieszała się tym, że robiła to również z troski o innych – nie samą siebie.
Kazarka, Krabik, Śnieżne Wspomnienie, zaledwie kilka innych kotów… Dyskretnie lustrowała obecnych w legowisku wzrokiem. Nartnikowy Czułek prowadziła dość luźną konwersację z Bratkowym Futrem, na szczęście bez Kruczego Szpona. Karaś wciąż bała się tej kotki, niby nie pałała ona miłością do obecnego systemu, ale perspektywa zaufania byłej mentorce Krabik… Szylkretkę przeszły lekkie dreszcze. Teren wydał jej się więc czysty. Panował raczej spokój, większość kotów dopiero czekała na powracających z patroli znajomych czy rodziny. Tak też ruszyła w stronę własnej siostry i kuzynki, szybko znajdując się obok nich.
– Tak ostatnio rozmawiałam z kilkoma innymi kotami – zaczęła delikatnie, jednak dość głośno, by każdy znajdujący się w legowisku kot mógł podsłuchać ich rozmowę. – Usłyszałam taką ciekawą teorię… O tych wszystkich złych wydarzeniach, które ostatnio się wydarzyły i o poczynaniach Sroczej Gwiazdy…
Mówiła tak jakby od niechcenia, układając się obok dwóch szylkretek. Z zadowoleniem wyłapała ich zaciekawione spojrzenia.
– No bo wiecie – trochę obniżyła ton głosu. Ściszenie go nie miało jednak na nic wpływu – legowisko wojowników nie było na tyle duże, by ktokolwiek mówił tu o czymś, co miało zostać tajemnicą. – Ta cała władza dziedziczna, dodawanie nowych zasad… Niby kodeks wojownika czegoś takiego nie zabrania, ale co jeśli Gwiezdnym wcale nie podoba się tak mocne mieszanie w tradycjach? I specjalnie zsyłają tragedie na nasz klan, żeby upomnieć Sroczą Gwiazdę zanim będzie za późno? Myślicie, że to w ogóle ma sens? – zapytała dość lekko, mimo bólu narastającego w jej sercu. – No bo wiecie, śmierć kocięcia Tuptającej Gęsi… Utrata Wirującej Lotki… To wszystko faktycznie było bezpośrednio związane z liderką.
Praktycznie okłamywała bliskie jej kotki. Może nie bezpośrednio, ale takie kręcenie, brak mówienie otwarcie… Czuła się z tym okropnie, jednak nie chciała publicznie pokazywać, że sama wierzy w taki rozwój wypadków. Chciała tylko, żeby różne koty z klanu zaczęły mieć wątpliwości. Żeby zaczęły samodzielnie myśleć… I może w końcu, wreszcie dostrzegły jak bardzo życie w klanie Nocy było niesprawiedliwe.
– Nie wiem. – Krabik skrzywiła się. – To dość pesymistyczne, jeżeli Klan Gwiazd miałby się od nas faktycznie odwrócić czy to ze względu na zmiany wprowadzone przez Sroczą Gwiazdę czy cokolwiek innego, mogłaby nas czekać jeszcze większa tragedia.

***

Słowa rzucone w tamten dzień przez Krabowe Paluszki okazały się wręcz prorocze, gdy zaledwie parę wschodów słońca później patrol Karaś, powróciwszy do obozu, ujrzał scenę wyjętą z najgorszych koszmarów. Wszędzie była krew, ciało Błotnistej Plamy wciąż leżało pośrodku. Ojciec Karaś najszybciej dowiedział się o koszmarnych wydarzeniach tego wieczoru i przekazał również je również swoim dzieciom. Wszystkie koty Klanu Nocy były przybite i przerażone tym co się stało. Mgliste Spojrzenie wciąż lamentowała nad swoim jedynym synem, co wcale nie przeszkadzało Bratkowemu Futru i Sumowej Płetwie głośno oskarżyć jej czyny z przeszłości jako winne przekleństwu, które spłynęło na młodszą siostrę Sroczej Gwiazdy. Gdy liderka ogłosiła istnienie choroby, która dopadła czekoladową, zapanował jeszcze większy strach. I nieufność. Karaś nie było w obozie w trakcie walki, a mimo to czuła na sobie podejrzliwe spojrzenia, tak jakby każdy w każdym doszukiwał się symptomów choroby. Jeżeli ona coś odczuwała, Skrzelikowa Łapa musiał to czuć dziesięć razy mocniej. Martwiła się o niego jeszcze bardziej niż zwykle. Wtedy też, gdy już pierwszy szok spowodowany krwawymi wydarzeniami minął, uświadomiła sobie jeszcze jedną rzecz. Przekleństwo od Klanu Gwiazd, kolejni zarażeni, to wszystko w Klanie Nocy nie mogło mieć większego znaczenia niż kolor futra pierwszej ofiary choroby. Oczywiście, że to nie mogło przejść bez echa. Desperacko wróciła do swoich prób rozbudzenia świadomości innych kotów. Tym razem już mniej się kryjąc, starała się rozmawiać z jak największą ilością “niekrólewskich” nocniaków. Mówić, że Klan Gwiazd zrzucił przekleństwo na kotkę o czekoladowej sierści, ponieważ nią gardzono i uważano za gorszą. Że to znak, upomnienie, że w trudnych chwilach powinni trzymać się razem, a nie odrzucać kogokolwiek. Wszystko, byleby tylko jak najmniej kotów winą całej sytuacji obarczyło pozostałe koty brązowe, w tym jej brata.
Czasem miała wrażenie, że w swojej cichej wojnie odnosi postępy. Z dużym zdziwieniem przyjęła informację, że Biedronkowe Pole częściowo podziela jej poglądy. Chodziło raczej o system wybierania zastępcy, niż los kotów czekoladowych, być może również o wpływ Śnieżnego Wspomnienia, z którym kotka spędzała czasem czas, a który chętnie zgadzał się z Piórolotkiem we wszystkim, gdy wraz z Karaś rozmawiali z nim o sytuacji w klanie jeszcze przed tragedią.
A potem znów była świadkiem jak Czapli Taniec z nutą przerażenia w głosie wydziera się na znajdującego się w złym czasie i o złej porze Cuchnącego Śledzia.
A potem znów widziała ten przestrach w oczach jej brata, gdy próbował przesunąć się przez obóz do ojca nie rzucając się nikomu w oczy.
A potem całkowicie przypadkiem przyłapała Nartnikowy Czułek na smarowaniu futra jakimś intensywnie pachnącym kwiatkiem. Kotka oczywiście nie zdradziła celu, w jakim to robi, a jedynie całkowicie wyluzowana zaśmiała się, że robiła to już kilka razy i nie ma w tym nic niebezpiecznego. Dopiero dużo później jakiś nagły przebłysk inteligencji Karaś powiązał to wydarzenie z tym, jak zmieniła się ostatnio barwa futra kotki. Ze srebrno brązowej, na bardziej… Rudą? Czy wojowniczka na siłę próbowała zmienić kolor swojej sierści, mimo że ta nie była czysto czekoladowa, bo bała się, że dyskryminacja się rozszerzy również na koty srebrne i złote? Czy to Karasiowa Ławica była już tak przewrażliwiona, że wszędzie dopatrywała się szkodliwości poglądów Sroczej Gwiazdy? Tego typu rozmyślania często przybijały ją, jednak nie zamierzała się poddawać.

Jej walka z sumakami trwała.

25 czerwca 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Karasiowej Ławicy

 Nadszedł dzień konfrontacji, którego Lotek się tak bardzo obawiał. 
-Srocza Gwiazdo? Chcielibyśmy porozmawiać - Odezwał się, niepewnie wsadzając głowę do legowiska lidera z Karasiową Ławicą u boku. Jak bardzo nie chciał tu być, wiedział sam jeden. Niemniej, już postanowił, że coś zrobi. Za długo siedział biernie w milczeniu, potem z tego powodu jedząc swoje własne poczucie winy. Tymczasem głos liderki, zamiast z legowiska, dobiegł go z góry. Drgnął, gwałtownie unosząc głowę do góry, jednocześnie uderzając pyszczkiem o część kory. 
- Wolicie abym zeszła do was, czy abyście wy weszli do mnie?
- Mmm...- przyłożył na moment uszy do czaszki, patrząc na siedzącą na gałęzi czarno-białą, przez chwilę masując łapą obolały pysk. - Chyba na ziemi będzie bardziej komfortowo - zauważył z nerwowym uśmiechem. Piękny wstęp do rozmowy. 
Srocza Gwiazda zsunęła się z góry, lekko lądując przy dwójce kotów.
- Wejdźmy w takim razie - odrzekła, po czym sama zniknęła w ciemnościach leża. Point wymienił się nerwowym spojrzeniem z byłą uczennicą, po czym położył jej na moment ogon na grzbiecie, by po chwili również zniknąć w cieniu szczeliny. 
-Tak więc... - wziął głęboki wdech po siadnięciu, kiedy już wszedł do środka - Pewien czas temu zniknęły z klanu dwa koty - zaczął, próbując dobrać dobrze słowa - I zdaje się, że przyczyny ich zniknięcia są dość oczywiste, a przynajmniej jednej z nich. Nie, żebym jakoś chciał dyskutować na temat w jaki sposób jest u was w rodzinie - naprostował pospiesznie, chociaż zdawało się, że tym zdaniem jeszcze bardziej się wkopał - Jednak uważamy... i najpewniej nie tylko my, że obecne podziały w Klanie Nocy są dość niesprawiedliwe. - zakończył na moment, wbijając rytmicznie pazury w ziemię, raz z jednej, raz z drugiej łapy - Szczególnie widać niepokojące zachowanie u najmłodszych.
- Kontynuuj - zachęciła Srocza młodszego kocura.
- Karaś zwierzyła mi się ostatnio - tu na moment przerwał, by zerknąć na swoje wsparcie siedzące obok - Wspominając o tym, jak Różana Łapa otwarcie nazwała ją plebsem, stwierdzając, że jest nietykalna, że gdy coś, cokolwiek z tym zrobimy, to zostaniemy wyrzuceni z klanu lub zabici, wcześniej obrażając Skrzelikową Łapę tylko dlatego, że jest czekoladowy, co w moim odczuciu, Srocza Gwiazdo, jest zwyczajnym nieporozumieniem. Nie chcę oceniać, nie wiem skąd u Pani to przekonanie, które narzuca reszcie klanu, jednak jest ono bardzo krzywdzące. I ma naprawdę zły wpływ na młodzież. Podobne zachowanie można dostrzec u Mandarynkowej Łapy i chociaż nie doświadczyłem od niej czegoś podobnego, jak Karaś ze strony Różanej Łapy, tak zwyczajnie widać po jej zachowaniu fakt, że podziela myślenie swojej krewniaczki. Wystarczy spojrzeć jakie ma podejście do innych na patrolach. I to nawet nie przez kolor futra, a przez to, że należy do ,,rodziny królewskiej". - tu przerwał na chwilę oddechu, rozkręcając się na dobre i czując, jak powoli chrypnie - W odniesieniu mogę wspomnieć o potraktowaniu Topikowej Głębiny. Nie zasługiwał na coś takiego, nigdy nie zrobiłby nic złego. - tu uniósł na moment ponury wzrok na Srokę - Mamy w klanie też Cuchnącego Śledzia, który nie tylko zachowuje się, jakby był dosłownie męczony przez lata, ale też samo imię jest obraźliwe. W kodeksie wojownika nie ma wzmianki o braku możliwości sprzeciwu przeciwko traktowaniu innych kotów niesprawiedliwie, nie ma też wzmianki o tym, że jakieś koty są lepsze lub gorsze a cała sprawa ciągnie się zdecydowanie za długo, przez co czuć w Klanie Nocy ciążącą presję i jeśli dalej tak pójdzie, nie będzie to miejsce, które większość kotów mogłoby nazwać domem. Podobnie nie rozumiem zezwolenia danego Kruczemu Szponowi i Biedronkowemu Polu, na dręczenie innych kotów ze względu na płeć. - dorzucił już swoje własne ,,ale". Żaden dorosły nie pokwapił się, żeby pomóc mu, jak był kociakiem, prócz Kawczego Serca. Teraz było to zwyczajne wyrzucenie żali ze swojej strony. 
- Nie chodzi o to, żeby winić i skarżyć na konkretne koty - odezwała się milcząca dotąd Karasiowa Ławica. - Mandarynkowa Łapa jest młoda, pewnie jeszcze nie do końca świadoma zła, które wyrządza. Za kociaka mówiono nam, że lider sprawuje opiekę nad klanem. Czy naprawdę ty, Srocza Gwiazdo, uważasz koty takie jak my za gorsze niż twoje córki? Nienadające się do niczego? Czy chciałabyś wyrzucić mojego brata z klanu tylko dlatego, że urodził się z kolorem sierści, który ci się nie podoba? To wszystko nie ma sensu i jest niesprawiedliwe! - musiała zrobić przerwę, by ochłonąć i schować pazury, które nieświadomie wysunęła. - Nie rozumiemy. Nie chcemy się zgadzać na dzielenie kotów na lepsze i gorsze z jakichkolwiek powodów - skończyła smutno.
- Rozumiem waszą obawę. Moje wnuczki faktycznie nie powinny tak postępować, jednak nadal są młode, a sprzeczki wśród młodzieży częste - odparła - Co do sprawy Topikowej Głębiny... - wzięła głębszy wdech, unosząc dodatkowo brodę - Jesteś bezczelny mówiąc, że został niesprawiedliwie potraktowany. Mimo zarzutów morderstwa kocięcia i wielkiej rozpaczy mojej córki, zdecydowałam się mu dać szansę i pozostawić go w klanie. Jego koniec nie był naszą winą, a dowodem jego zwykłej bezmyślności. Odnosząc się natomiast do sprawy Cuchnącego Śledzia... Ten zdaje się być usatysfakcjonowany swoim imieniem. Wysuwanie takich wniosków jest bardzo nieuprzejme z twojej strony, Piórolotkowy Trzepocie i może mu jeszcze bardziej zaszkodzić niż pomóc. - przez całą rozmowę wyraz jej pyska pozostawał niezmienny. Podobnie reszta muskularnego ciała, siedziała w bezruchu, górując nad pozostałą dwójką - Dodatkowo, od dawna nie słyszałam żadnych skarg na temat Kruczego Szpona i Biedronkowego Pola. Niestety, nie mogę powiedzieć tego samego o innych kotach...
Po skończeniu odpowiedzi skierowanej do Piórolotkowego Trzepotu, swój wzrok przerzuciła na jego uczennicę.
- Karasiowa Ławico nigdy nie powiedziałam, że mają zostać wyrzuceni czy że ktokolwiek z was nie nadaje się do niczego. Musisz jednak zauważyć jedną rzecz - powiązania. Pomyśl o wszystkich czekoladowych kotach, które znasz. Błotnista Plama, Cuchnący Śledź, Topikowa Głębina, Agrest, lider Owocowego Lasu... A nawet twój własny brat. Niemożliwym jest, abyś nie zauważyła pewnych jego zachowań. Jesteś przecież jego siostrą. - znowu zrobiła pauzę, aby mieć chwilę na zebranie myśli - Nie tak dawno odwiedził mnie jeden z wojowników, skarżąc się na Skrzelikową Łapę. Mówił o jego... dziwnych zachowaniach. Czy jesteś w stanie powiedzieć mi o tym coś więcej?
- Bezczelny - powtórzył z niedowierzaniem, czekając aż ta skończy swój wywód, zaraz potem czując, jak sierść na grzbiecie podnosi się ku górze, a jego samego przepełnia ciepło, spowodowane szybszym biciem serca. Słowo to powtarzało się niczym echo w jego głowie od momentu, kiedy tylko liderka je wypowiedziała. I wraz z tym słowem, w obecnej chwili, nienawidził siedzącej przed nim kotki. Dogłębnie i przejmująco, całe to nieprzyjemne uczucie, niczym wodospad dreszczy, rozeszło się po jego ciele, co gorącej mieszanki dodając nieprzyjemny chłód na grzbiecie. Szczypiący i spinający mięśnie. Właśnie teraz, w tym momencie, byłby w stanie odrzucić wszystkie punkty, jakie nakazuje mu kodeks wojownika. Do tej kotki nic nie docierało. - Nie znaliście Topikowej Głębiny, nawet nie próbowaliście poznać. Został oskarżony, to prawda, ale całkiem bezpodstawnie. Nawet nie próbowaliście stawić się po jego stronie! Twoja córka była zrozpaczona, prawda, ale jej oskarżenie nie miało w ogóle podstawy. Pozwolić zostać? Nawet nie przyjrzeliście się tej sprawie głębiej - wyrzucił z żalem, czując jak drżą mu łapy. Jej córka po prostu oszalała po porodzie, straciła zdrowy rozsądek, wolała w rozpaczy zrzucić winę na pierwszą lepszą osobę, która nie potrafiła wyjść z tego obronną łapą. - Nigdy. Powtarzam, nigdy, nie dopuściłby się czegoś takiego. Kocięta czasem umierają po porodzie z różnych przyczyn. To tutaj, na pewno nie odeszło przez Topika. - Tu przerwał, drgając ogonem, przez chwilę się jeszcze zastanawiając. - A na reakcję na Kruczą jest już za późno. - dodał ciszej. Już się stało, co się miało stać. Fala tej nagminnej nienawiści została przerwana jeszcze większym cierpieniem. Brawo. 
- To nie było "jakieś" kocię. Nazywała się Łabędź. - odpowiedziała chłodno, jednak kocur był zbyt sfrustrowany, żeby jakkolwiek się tym przejąć. Nigdy nie powiedział ,,jakieś" kocię. Liderka po prostu miała fioła na punkcie własnej rodziny i przekręcała jego słowa. Czemu nie potrafiła tak zareagować w kwestii Płotki? Czy nie należała do jej cudnej, królewskiej grupy? - Ty także nigdy nie widziałeś jej ciała z bliska. Nie było cię przy porodzie. Mówienie tak beztrosko o maleńkim kocięciu, jak gdyby jej śmierć była dla ciebie niczym szczególnym... - urwała, dając Lotkowi czas na podwojenie swoich negatywnych emocji. O co ona go teraz oskarża? - Może powinieneś wziąć przykład ze swojego ojca i pozostawić kocięce niesnaski w przeszłości. Z tego co donoszą mi patrole, Śnieżne Wspomnienie i Biedronkowe Pole często przesiadują wspólnie na plaży. Świat wokół ciebie, Piórolotkowy Trzepocie, ulega ciągłym zmianom i aby żyć, musisz je po prostu zauważyć i zaakceptować. Kurczowe trzymanie się przeszłości sprowadzi cię tylko w dół. 
- Skrzelikowa Łapa nigdy nie zrobiłby nikomu krzywdy - oznajmiła dość ostro Karaś, wykorzystując przerwę w rozmowie. - Nie wiem, kto mówi o nim złe rzeczy, ale mój brat to dobry kot, który stara się zrobić wszystko, by nadgonić mnie i Krabik w treningu i być godnym nazywania się wojownikiem. Czasem zachowuje się inaczej niż inne koty, ale nie zrobiłby komuś krzywdy. Nic dziwnego, że odstaje trochę od społeczności, jeżeli tyle kotów w niej się znajdujących go obraża. - skończyła, kładąc po sobie uszy. 
- W takim razie powinno się to tyczyć też ciebie, Srocza Gwiazdo. - stwierdził Lotek już całkiem rozzłoszczony, chociaż ton jego głosu zmienił się na przejmująco chłodny, a postawa na nieprzyjemnie spokojną. Przyjął wiadomość o ojcu i Biedronce z zimnym spokojem. Ojciec też nic nie zrobił. Żył w swojej własnej bańce, zostawiając Lotka, który zdążył już wytworzyć swoją i chociaż usilnie trzymał się swojego wyidealizowanego świata, przepełnionego romantyczną wizją natury i przyrody, wszyscy wokół natarczywie w tą bańkę rzucali kamieniami. A tata, w którym szukał oparcia, aktualnie chodzi sobie na pogadanki z kimś, kogo point chciał usilnie unikać. W pierwszej więc chwili uwierzył Sroczej Gwieździe, a w drugiej... czy naprawdę miał powód, by jej wierzyć? Może to jej kolejne zagranie, a może po prostu tata z Biedronką byli włożeni do tego samego patrolu. - I porzucenia uprzedzenia do czekoladowych kotów, które najpewniej skądś się wzięło. I nawet jeśli nie było mnie przy porodzie, znałem Topika. Nie zmienia to faktu, że nic nie z tym nie zrobiliście. A teraz przyszliśmy z czymś, co możecie naprawić. - niemal się nie ruszał, jakby bojąc się, że wypadnie z transu - Więc mamy nadzieję, że poniżające traktowanie zostanie zmienione w przyszłości.
- Trudno porzucić coś na co ciągle pojawiają się kolejne potwierdzenia, nawet poza Klanem Nocy. Czy widziałeś kiedyś, by jakikolwiek inny lider poza Agrestem z Owocowego Lasu, krzyczał i płakał na skale liderów? Nawet przed twoimi narodzinami, ba, przed moim mianowaniem na wojownika, koty czekoladowe wykazywały pewne odstające zachowania, jak chociażby Zdradziecka Rybka, którego imię zapewniam cię, że nie wzięło się bez przyczyny. To, że jeszcze tego nie widzisz, nie oznacza, że tak nie jest. Nasłuchuj, obserwuj i czuj, za księżyc od dzisiaj, przyjdź do mojego legowiska, a ja chętnie wysłucham twoich spostrzeżeń. Jeśli jesteś ciekaw, możesz spytać także naszych sojuszników, jak Cisowa Łapa czy Lodowy Omen o koty czekoladowe pochodzące z Klanu Wilka.
- Srokoszowa Gwiazda nie jest czekoladowy. Wojownik który ostatnio zrobił zamieszanie, przypominam, był czarny z pręgami. Jego medyczka również nosi niebieskie futro. A wszyscy nie wykazywali się rozumem. Makowe Pole była srebrna czarna, lider Owocowego Lasu był w nerwach. Nie każdy potrafi utrzymać emocje na wodzy, jak ty, Srocza Gwiazdo. Cisowa łapa i Lodowy Omen wprawiają mnie o dreszcze, a Płotkowa Łapa była najnormalniejszym na świecie kotem, podobnie jak Kazarka i Cyranka - wyliczył, chwilę potem robiąc głęboki wydech - Przyjdę do ciebie, za te kilka księżyców. Ale wątpię, żeby moje zdanie uległo zmianie. 
- Zachowania młodzików trudno mierzyć tak samo, jak zachowania w pełni dojrzałych wojowników. Makowe Pole... to osobny temat. Do dziś nie wiemy co skłoniło ją do takich zachowań. Jednak cieszy mnie, że jesteś gotów na dyskusję. Będę wyczekiwać. Zapewniam cię, że nasze sojuszniczki nie gryzą.
Ciebie także to dotyczy, Karasiowa Ławico. Jeśli faktycznie się o niego troszczysz, to obserwuj. Patrz na niego, kiedy jest sam, a także kiedy jest w towarzystwie. Teraz możecie odejść.
- Do zobaczenia - rzucił dość sucho, zastanawiając się, czy jego ton nie sprawi mu kłopotów i czy przypadkiem nie przesadził, więc chwilę potem już nieco lżej dodał - Przyjdę również, jeśli usłyszę o kolejnym ,,plebsie", rzuconym z ust jakiegokolwiek kota. 
- Żegnaj, Srocza Gwiazdo - odezwała się jeszcze Karaś, kiedy ogon Lotka zniknął za szczeliną. Dopiero kiedy wyszli na zewnątrz, kocur mógł poczuć jak bardzo brakowało mu powietrza i jak bardzo ściśnięte miał gardło. Stanął na moment, patrząc na swoje łapy w śniegu, po czym sztywnym krokiem skierował się ku wyjściu, słysząc przygłuszone przez szum w głowie kroki Karaś. Dopiero gdy wyszli i upewnił się, że nikogo wokół nie ma, spojrzał w stronę szylkretki, cały zapłakany. Miał dość. Było tego zdecydowanie za dużo. Za dużo stresu, za dużo nerwów i po co to wszystko? 
- Nie zrozumiała - rzucił z żalem, przez nagromadzone łzy widząc jedynie rozmyty obraz przed sobą. Trząsł się, próbował powrócić do normalnego oddechu, powtarzając w głowie, że nic się nie stało. Kilka głębokich oddechów. Usiadł. Czuł się otępiały. - Karaś... ona nic, kompletnie! - przecierał łapą oczy, z nawracającą złością - Czemu ona nic nie rozumie! Co w tym takiego trudnego? Wystarczy być chociaż odrobinę otwartym, odrobinę! Ze swoimi wnuczkami pewnie też nic nie zrobi, bo w końcu zostały jej tylko te lepsze, nie? - Przetarł nos, dając sobie spokój z oczami, które zamieniły się w źródło wodospadu. 

<Karaś?>

Od Karasiowej Ławicy CD. Piórolotkowego Trzepotu

Mianowanie drugiej z jej kuzynek nareszcie dobiegło końca i przyszła kolej na nią.
– Karasiowa Łapo. Czy przysięgasz bronić Klanu Nocy, nawet za cenę własnego życia? – zapadło pytanie przywódczyni.
Klan Nocy był jej rodziną. Krabik, Skrzelik, rodzice, ciocia i kuzynostwo, Piórolotek… Ich wszystkich zamierzała bronić i wiedziała, że byłaby w stanie dla nich wiele poświęcić.
– Obiecuję – odparła pewnym głosem.
– W takim razie, w imieniu Klanu Gwiazdy nadaję ci wojownicze imię. Od dziś będziesz znana jako Karasiowa Ławica. Gwiezdni podziwiają cię za twą zwinność i determinację i witają cię w szeregach naszych wojowników – Srocza Gwiazda zakończyła ceremonię, a wszędzie wokół rozbrzmiało skandowanie nowego imienia Karaś. Po chwili do skandowania dodano imiona Skaczącej Cyranki i Kazarkowej Śpiewki, a gdy Karaś dołączyła do kuzynek ich rodzina rzuciła się z gratulacjami. Czuła wzruszenie i prawdziwe szczęście. Karasiowa Ławica, jak pięknie… Udało im się, zostały wojowniczkami, jej ojciec był z niej taki dumny, i matka tak samo… Przymrużyła oczy, dziękując za wszystkie gratulacje. Gdy jej siostra podeszła, w pierwszej chwili poczuła strach. Co jeśli Krabowa Łapa będzie miała jej za złe, że została mianowana wcześniej? Szylkretka uśmiechnęła się do niej trochę krzywo:
– Nie czuj się taka pewna siebie, już za chwilę cię dogonię – wymruczała, ocierając się lekko o siostrę. – Gratulację, Karasiowa Ławica nie brzmi aż tak źle, jak na to, że mogłaś zostać… Karasiowym Odorem.
Zaśmiała się. Cieszyła się, że siostra nie trzyma do niej urazy.
Chwilę później, gdy i ona sama pogratulowała Kazarce i Cyrance, mogła w końcu puścić się biegiem w stronę swojego mentora. Stał z boku, patrząc na nią z dumą, tak jakby sam czekał, aż w końcu znajdzie dla niego chwilę.
–Piórolotkowy Trzepocie! Piórolotkowy Trzepocie! – Zawołała już z daleka. – Słyszałeś, słyszałeś? Karasiowa Ławica, to takie piękne imię! – Obkręciła się w miejscu kilka razy, a w jej oczach błyszczała czysta radość i ekscytacja. – Jestem wojowniczką, naprawdę!
– Sam nie mógłbym wymyśleć lepszego, jest śliczne! – przyznał uśmiechając się promiennie z błyskiem dumy w oczach. – Brzmi jak połyskujące dzięki światłu księżyca w nocy łuski ryb – przyznał. – Niemal jestem w stanie je usłyszeć!
– Bardzo mi się podoba! Wciąż ledwo mogę w to uwierzyć, muszę znaleźć sobie jak najlepsze miejsce w legowisku wojowników – rozmarzyła się. – Ale śmiesznie będzie znowu spać obok mamy, mam nadzieję, że Krabik i Skrzelik szybko do nas dołączą… – zmartwiła się odrobinę, spoglądając w stronę rodzeństwa.
– Jestem pewien, że nie zajmie im to bardzo długo czasu, w końcu to twoje rodzeństwo, nie? A skoro skończyłaś trening to oni również na pewno wszystko ogarną i dostaną na koniec ładne imiona. – stwierdził delikatnie kołysząc ogonem. - No, może nie ładniejsze od twojego.
Wyszczerzyła się w uśmiechu na ostatnie słowa.
– Ale… To, że jestem teraz wojowniczką, nie oznacza, że nie będziemy razem chodzić na patrole prawda?
– Pfft, teraz to dopiero będziesz chodzić na patrole - były mentor Karaś rzucił machnąwszy łapą. - Codziennie na jakiś więc jestem pewien, że trafimy na siebie więcej niż raz. Z resztą, na pewno za jakiś czas dostaniesz swojego ucznia, więc nawet jeśli, to nie będziesz chodzić sama.
– Ucznia… – powtórzyła z podziwem. – Ojejku… – westchnęła. – Ale cieszę się, naprawdę się cieszę. Dziękuję bardzo! Byłeś najlepszym mentorem pod słońcem!
Uśmiechnęła się po raz ostatni i śmignęła z powrotem do rodziny. Już niedługo ona, Kazarkowa Śpiewka i Skacząca Cyranka miały rozpocząć czuwanie.

***

Miała wrażenie, że po ceremonii wojownika czas jakby przyśpieszył. Piórolotkowy Trzepot miał rację, gdy ostrzegał ją, że dopiero teraz zaczną się prawdziwe patrole i obowiązki. Wypełniała je jednak sumiennie i z radością. Odkryła jak cudowna jest możliwość wychodzenia samemu poza obóz, z czego nie bała się korzystać – uprzedzała oczywiście zawsze, gdzie mniej więcej się udaje, jednak możliwość udania się na dodatkowy patrol łowiecki samemu była dla niej prawdziwym smakiem wolności. Z nadpobudliwości bowiem nigdy nie wyrosła i czasem ciężko było jej wysiedzieć w obozie nawet mimo chłodu na zewnątrz. Zresztą, w porównaniu do pamiętnej zeszłorocznej Pory Nagich Drzew było dużo cieplej, a i zwierzyny nie brakowało na tyle, by zaczęli głodować. Nieszczęśliwe pasmo wypadków w Klanie po śmierci Wirującej Lotki zdawało się przerwać. Zmarł jedynie Trzcinowa Sadzawka, jednak z uwagi na jego wiek nie było to szczególnie dziwiące. Odszedł we śnie, bez większego bólu. Do legowiska wojowników dotarła Krabowe Paluszki, a Karaś nie mogła ukryć dumy ze swojej siostry, która ukończyła trening ucznia i widocznie odżyła po uwolnieniu się od towarzystwa Kruczego Szponu. Mentorka nigdy nie wpływała dobrze na Krabik, również Karaś się jej bała, obie cieszyły się więc, że ten okres mają już za sobą i mogą spędzać razem więcej czasu.
Srocza Gwiazda zaproponowała Karaś własnego ucznia, co w pierwszej chwili kompletnie zszokowało kotkę. Bulwiasta Łapa był… Spokojny i posłuszny. Słuchał się Karaś, jeszcze chętniej swojej własnej siostry i nie sprawiał żadnych problemów. Kotka miała nadzieję, że uda się jej mimo wszystko wyciągnąć z kocurka trochę więcej zdecydowania i odwagi do posiadania własnego zdania, którego zdecydowanie mu brakowało. Mimo to był całkiem uroczym uczniakiem, chciał dobrze dla wszystkich i nie rozumiał niektórych problemów klanu Nocy takich jak dyskryminacja czekoladowych. To jednocześnie rozczulało Karaś, jak i bolało, gdyż przypominało o sprawie, wobec której była tak naprawdę bezradna. Płotka, jedna z córek Wirującej Lotki zdawała się być teraz punktem kulminacyjnym wszystkich sporów. Srocza Gwiazda odebrała jej prawo bycia księżniczką, wykluczając z własnej rodziny. Po śmierci karmicielki, o Płotkę starała się dbać Kawcze Serce, chroniąc ją na ile była w stanie. A potem obie zniknęły.
To było nagłe i odcisnęło się mocno na całej rodzinie. Wierzyli, że obie kotki znalazły dla siebie lepsze miejsce i nic im nie jest, jednak widać było, jak Cyranka i Kazarka cierpiały po utracie matki. Już nie wspominając o wyraźnie przygnębionej Księżycowym Blasku. A Karaś nie rozumiała. Tak jak nie rozumiała zawsze, gdy działo się coś złego. Znów nie mogła sobie poradzić z własnymi myślami i niesprawiedliwością tego, co działo się w klanie. Znów słyszała komentarze o Skrzelikowej Łapie, o tym, że jest dziwny i niebezpieczny, bo urodził się z brązowym futrem. Znów czuła tą frustrację i bezradność, bo chciała coś zrobić, ale nie mogła – bo była tylko plebsem, kimś kto nie zajmie nigdy ważnej pozycji w Klanie, bo Srocza Gwiazda zadecydowała, że tylko jej własna rodzina ma do tego prawo. A po niej liderką miała zostać Tuptająca Gęś, która jeszcze chętniej traktowała inne koty gorzej i Karaś ta wizja zaczynała przerażać.
Komu jeszcze mogła się wygadać? Komu ufać, kto mógł ją rozumieć, zwłaszcza teraz, po utracie Kawczego Serca? Znała odpowiedź, gdy zobaczyła byłego mentora, kończącego posiłek w samotności.
– Piórolotkowy Trzepocie! Piórolotkowy Trzepocie! – Karaś szybko ruszyła w jego stronę, machając niecierpliwie ogonem. – Piórolotkowy Trzepocie, chodź ze mną na patrol.
Kocur nie wydawał się zachwycony tym pomysłem.
–Chcesz się gdzieś konkretnie wybrać? – spytał.
Chociaż wpierw widać było, że musiał się zastanowić nad tym, czy chce się ruszać z miejsca, w końcu wstał i ruszył w raz z nią do wyjścia.
– Zapolować, porozmawiać – widać było, że jest przejęta i mówi dość poważnie. – Nie musimy iść daleko.
– Jasne – odezwał się jedynie, nie patrząc na Karaś.
W milczeniu szła przodem, chcąc jak najszybciej wydostać się poza obóz. Odezwała się dopiero, gdy znajdowali się kilka króliczych susów od wejścia:
– Czy wiesz co stało się z Kawczym Sercem? I Płotką?
– Klan Nocy ma kiepskie nastawienie do czekoladowych kotów – stwierdził bezbarwnym głosem, jakby to miało wszystko wyjaśniać. – Nie wiem skąd to nastawienie, podobnie było z Topikiem – dodał, spuszczając uszy po bokach. - A Kawcze Serce... dużo przeszła.
Spojrzała na starszego kocura.
– Nie lubię tego, nie rozumiem… – miauknęła, a w jej głosie słychać było kroplę rozpaczy. – W kodeksie wojownika nie ma nic o wyrzucaniu czekoladowych kotów z klanu! Ani o tym, że jedna rodzina ma być lepsza od pozostałych… Skrzelik też już słyszał zbyt dużo komentarzy, których nie powinien był – stanęła w miejscu kuląc się w sobie. – Co jeśli to on będzie następny? Dlaczego Srocza Gwiazda robi to wszystko? Chciałabym rozumieć, ale nie potrafię, naprawdę…
– Bo to naginają. Widziałaś, jak się obnosi z tym Mandarynkowa Łapa? – spytał, pozwalając emocjom opuścić jego ciało, zatrzymując się, gdy zobaczył jak Karaś przystaje. - A przecież to jeszcze kocię, czuję się wokół niej prawie tak samo niekomfortowo jak przy Biedronkowym Polu. Nie mogę uwierzyć, że nikt nie widział, jak zachowywała się Makowe Pole, jak traktowała niektóre koty. I może tutaj nie ma czego rozumieć – dodał przyciszonym głosem, spuszczając wzrok na ziemię. - Może coś się po prostu, kiedyś zdarzyło, a my tego nie potrafimy pojąć. Myślę, że nie chcę pojmować. Wszystko to jest... brzydkie. Sam wątek zdaje się mnie oblepiać czymś przykrym. Wszystkich, którzy to widzą – zadrżał nerwowo. - A Skrzelik jest jednym z lepszych kotów, jakie znam.
Przez chwilę oboje milczeli. Piórolotkowy Trzepot musiał uspokoić rozedrgane przykrymi wspomnieniami emocje, a Karasiowa Ławica nie chciała wymagać od niego mówienia o przykrych sprawach więcej, niż to potrzebne. Wiedziała, że dużo przeżył, Klan Nocy tracił zbyt dużo kotów.
– Dziękuję… – miauknęła smutno, ale w jej głosie zabrakło przekonania. – Czy naprawdę nie da się z tym nic zrobić? Różana Łapa też… Nie tylko wobec czekoladowych, mnie nie znosi chyba za sam fakt, że nie należę do rodziny królewskiej – wyznała. – A niedługo ma być naszą medyczką… Wszystkie ważne stanowiska mają objąć osoby, które traktują inne koty w taki okropny sposób, uważają je za gorsze od siebie z dziwnych powodów… Podobno rozmowa rozwiązuje problemy, ale myślę, że gdybym chciała iść powiedzieć Sroczej Gwiaździe wszystko, co tłucze mi się w głowie, to moja własna mama ukatrupiła by mnie zanim zdążyłabym się przekonać na własnym futrze, że głos zwykłego plebsu nic nie znaczy – zacytowała zasłyszane kilkakrotnie słowa z gorzkim uśmiechem.
Na słowa podziękowania point jedynie stworzył na pysku coś w rodzaju niezbyt udanego uśmiechu, ściskając wargi w niemym zrozumieniu.
– Różana Łapa? – powtórzył. Nie rozmawiał z kotką zbyt dużo, praktycznie wcale, jeśli nie musiał, nawet się nie witał, mógł więc nie być świadomy jej przytyków w stronę innych uczniów. A na wzmiankę o ,,plebsie", uszy już całkiem przywarły mu do czaszki. - Klan tego nie widzi, czy po prostu się boi - rzucił pod nosem pytanie owiane retoryką. – Może... może warto spróbować. W końcu to nie tylko my, prawda? Powinniśmy mieć jakiś głos w tej sprawie... Klan powinien być wspólnotą – rzucił z goryczą, chociaż zdawało się, że sam tracił w to wiarę. – A obecnie niczym nie przypomina czegoś, o czym opowiadano nam w żłobku.
– Róża doczepia się do innych uczniów… Oczywiście, że dla Skrzelika jest niemiła, ale ja też dostałam, że jestem głupia, nawet bym się na żadną ważną pozycję nie nadawała, a jeśli będę się jej czepiać za obrażanie brata to wylecę z klanu wraz z rodzicami i generalnie to nas zabiją, bo jest księżniczką i jest nietykalna – westchnęła, kończąc wątek Różanej Łapy. – Nie wiem kto, to tylko jej słowa. Ale przyznaję, że to ja zaczęłam ten spór. To znaczy ona, obrażając Skrzelika. Ja go broniłam, oczywiście. No ale wciąż, to przyszła medyczka – zwiesiła głowę, jednak po chwilii podniosła ją z powrotem, patrząc na mentora. – Myślisz, że to miałoby sens? Co w ogóle możnaby powiedzieć, od czego zacząć…? Dyskryminowanie czekoladowych kotów jest złe, przestańcie? Nie brzmi zbyt dobrze…
– Przecież nie mogą nas tak zwyczajnie wyrzucić z klanu, czy zabić, bo próbujemy wytknąć niesprawiedliwość. Z resztą, dobrze zrobiłaś – rzucił ze złością słysząc jej słowa, chociaż oboje zdawali się nie być już pewni, co mógłby zrobić ich własny klan. - Można pomyśleć, przewertować kodeks wojownika... ewentualnie improwizować. I najlepiej na początku porozmawiać na osobności ze Sroczą Gwiazdą. Chyba... chyba mógłbym to zrobić.
W oczach Karaś zaświecił się błysk nadziei.
– Mogę iść z tobą – oznajmiła zdecydowanym tonem. W tym była dobra, w działaniu, nie siedzeniu i rozmyślaniu, co można by zrobić, by poprawić świat. Chociaż z drugiej strony… – Chyba, że uznasz, że jest zbyt duże ryzyko, że palnę coś niewłaściwego, nie myśląc – dodała, patrząc w bok. Czym innym było samo działanie, czym innym tak delikatna sprawa. A ona zachowywała się czasem ciut impulsywnie.
– Chodź ze mną – odpowiedział niemal bez namysłu. – Samemu się jednak trochę boję, Srocza Gwiazda jest straszna - dodał z dość skołowanym uśmiechem.
Pokiwała głową, myśląc co najlepiej powiedzieć, a czego unikać.

<Piórolotkowy Trzepocie? A także… Srocza Gwiazdo?>

31 maja 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Karasiowej Łapy

 - Masz na myśli kogoś konkretnego? - spytał, zerkając na kotkę. Nie specjalnie lubił pocieszać inne koty, głównie z powodu takiego, że nie do końca wiedział co powiedzieć, a nie chciał kłamać. Mimo wszystko, potrafił odczytać energię, jaka się wytworzyła wokół tego zdania. 
- Ryjówkowy urok strasznie przeżyła śmierć Drozdowego Futra - wyznała. - A Krabowa Łapa jest jakaś inna ostatnio, mam wrażenie, że słabiej się dogadujemy… Po prostu chciałabym móc sprawić, żeby zawsze się uśmiechały…
- Może spróbujesz jej coś dać i... wziąć na spacer? - zaproponował niepewnie, zerkając na ziemię, po czym szturchnął lekko kotkę w bok -Niektórzy chcą odpocząć, myślę, ale inni... Wiesz, takie odcięcie od rzeczywistości byłoby dobre, chociaż na chwilę. A od wiecznego uśmiechania, jestem pewien, że zaczęłyby ich boleć policzki. - Wyjaśnił z lekkim uśmiechem, starając się nie brzmieć nienaturalnie. Co prawda niezbyt obchodziła go Krabowa Łapa i fajnie by było, gdyby nie podchodziła do niego jakoś... bliżej niż powinna, jednak to wciąż siostra Karaś, prawda? 
- To brzmi jak dobry pomysł - uśmiechnęła się, czując, że entuzjazm jej wraca. - I pójdziemy razem na wyprawę tak jak gdy byłyśmy kociakami, i nikt nas nie powstrzyma, i zdobędziemy cały świat!
Kocur na te słowa przymknął oczy w pozytywnym uśmiechu. 
- Widzisz, trochę pozytywnego myślenia! - Rzekł wesoło - Może znajdziecie kilka wojowniczych kwiatków i gąsienic?
Kotka pokiwała głową. 
- Na pewno! Dobrze jest mieć siostrę, czasem mnie wkurzała, ale myślę że byłoby dużo bardziej nudno, gdybym była jedynaczką
- Rzeczywiście - przyznał, chociaż wewnątrz czuł się trochę... nieswojo? Sprawa z zaginięciem jego siostry była przedawniona, chociaż nadal łapał się na szukaniu jej wzrokiem. Mimo wszystko, powoli wizja jej pyska się zacierała. Nadal miał jej kształt przed oczami, ale nic specjalnego to nie było. Był pewien, że nie potrafi już sobie tak wyraźnie wyobrazić jej głosu, jak było to kiedyś. Jedynym miejscem, gdzie mógłby spróbować sobie go przypomnieć, było jeziorko, gdzie pod powierzchnią wody mógł skupić się na czymś innym, niż na otaczającym go otoczeniu - Chociaż... wiesz, jako jedynak dostajesz całą atencję rodziców - zastanowił się, unosząc wzrok w górę. Był to jakiś plus, wszystko zależało od punktu siedzenia. Mimo wszystko, jeśli się posiadało już rodzeństwo, a potem straciło... 
Szylkretka zastanawiała się przez chwilę. 
- Teraz tata spędza trochę więcej czasu ze Skrzelikiem, ale to dlatego, że jest jego mentorem przecież. Jak byliśmy młodsi zawsze spędzał czas z każdym z nas, nie musiałam chyba nigdy jakoś bardziej zabiegać o ten czas… Myślę, że miałam dużego farta mieć takich dobrych rodziców – wyznała niepewnie.
- Hah, albo na dobrze jest jeszcze mieć świetną opiekunkę zastępczą - dopowiedział z zadowoleniem - Chociaż myślę, że niektórych relacji nie da się uzupełnić zastępstwem... trochę przykre.
- Kawcze Serce też się nami trochę opiekowała, ale to tylko na krótko, gdy mama chciała gdzieś wyjść, więc raczej bym jej nie nazywała opiekunką… Zresztą, to przecież moja ciocia. Chciałam kiedyś spróbować dojść do tego, z iloma kotami w klanie jestem spokrewniona, ale strasznie dużo by ich chyba było… A o dziadkach tata wcale nie chciał zbyt dużo mówić… Twoją opiekunką była Pszczela Duma?- Spytała dumna z siebie.
- Pszczela Duma i Kawcze Serce - potwierdził z uśmiechem przy kiwnięciu głową - No i mój tata. Wiesz, czasem mnie jeszcze nachodzi myśl, kim była moja prawdziwa mama. Jako uczeń byłem bardziej ciekawy, ale... no, trochę się podziało.
Karaś kiwnęła głową, nie odzywając się już jednak, co kocur uznał za znak, by tego tematu już raczej nie ciągnąć, co przyjął też z ulgą. Cisza w towarzystwie szylkretki mu nie przeszkadzała, a też wyczerpały mu się tematy do poruszenia. Mimo wszystko zmarszczył brwi na moment, zamyślając się i idąc mechanicznie przed siebie. Ciekawość co się stało z jego rodzicielką, gdzie teraz przebywa i czy ma się dobrze, nadal żyła w jego sercu, podobnie jak żal w stronę klanu, który nie przyjął jej do siebie. Irytowała go jego własna bezsilność w tej sprawie i jakaś niesprawiedliwość w tym wszystkim. Gdyby mógł, najchętniej stworzyłby wszystko od nowa... na własnych zasadach. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

Karasiowa Łapa już od dawna była gotowa na przyjęcie miana wojownika, co niezwykle go ekscytowało. Jakieś ciepłe uczucie zadowolenia i dumy siedziało mu w sercu sprawiając, że wręcz można było zauważyć latające dookoła niego kwiatki i różowe jednorożce. Chciał się pochwalić całemu klanu, że to jego pierwsza, gotowa do mianowania uczennica, która to na pewno będzie w przyszłości świetną mentorką, mistrzynią w pleceniu wianków. Tak więc, gdy usłyszał wołanie Sroczej Gwiazdy, stawił się na miejscu, wypatrując swojej uczennicy. Miał nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że nic ceremonii nie przerwie, że nie będzie problemów z imieniem, że nikt w międzyczasie nie umrze jak Srokosz na zgromadzeniu... musiało być dobrze! W końcu Karaś miała dostać swoje jedyne w swoim rodzaju pięć minut, których nie można było zepsuć. 

<Karaś?>

25 marca 2024

Od Karasiowej Łapy CD. Piórolotkowego Trzepotu

 Bycie uczennicą i trenowanie było dla Karaś jednocześnie strasznie ekscytujące jak i męczące. Pierwszego dnia, gdy wraz ze swoim mentorem, bratem i tatą wybrali się na obchód terytoriów jej pyszczek nie mógł się zamknąć. Pochwaliła się Piórolotkowemu Trzepotowi po cichu, że w kilku miejscach w pobliżu obozu była już wcześniej i je rozpoznaje, ale nie wspominała nic o wyprawach z ojcem, więc nikt jej nie mógł zarzucić nie dotrzymania tajemnicy! Zresztą, Piórolotkowy Trzepot zawsze wydawał się spokojno-opiekuńczy i była pewna, że może mu zaufać. Wojownik po prawdzie nie wydawał się zbyt zadowolony z jej wcześniejszego nabywania wiedzy, ale była tak podekscytowana, że nawet nie przywiązała do tego większej wagi. Będzie się uczyć polować! I walczyć! I wspinać na drzewa! I pływać, i robić mnóstwo rzeczy, o których pewnie jeszcze nawet nie wie, że będzie się ich uczyć! Z nauką pływania zetknęła się zresztą szybciej niż myślała, bo to od tej umiejętności Piórolotkowa Łapa postanowił rozpocząć jej szkolenie.
Kiedy szli w stronę rzeki nie była zbyt przekonana co do samej czynności.
– Kiedy pada jest tak nieprzyjemnie… Chyba nie lubię wody, wiesz? – Narzekała mentorowi, skacząc dookoła niego pełna energii. – Wiem, że to nie deszcz ukradł mi wtedy moje skarby, tylko żłobiaczki… Nawiasem mówiąc zaniosłam im taki jeden patyczek, żeby nie czuły się samotnie teraz, jak naszej trójki już nie ma w żłobku i została tylko Nenufara, myślę że im się spodoba. I co chciałam powiedzieć… A, no że deszcz i tak mi się źle kojarzy. Miałam wtedy przez niego całe futerko mokre, a to było bardzo niemiłe! No przecież wiem, że sama na niego wylazłam, już jestem duża – dodała szybko, przewracając oczami zanim Piórolotek mógłby jej zwrócić na to uwagę.
W końcu jednak musiała przerwać swój monolog, gdy upał zaczął jej się dawać we znaki. Już sam sposób bycia Karaś: ciągłego mówienia i skakania w miejscu zużywał dużo energii, a w tak ciepły dzień wędrówka nie należała do najprzyjemniejszych.
– Przy tej duchocie nie da się oddychać – miauknął Piórolotkowy Trzepot, gdy wreszcie dotarli do pomostu.
Karaś zdecydowanie się z nim zgadzała. Niestety musieli jednak iść jeszcze kawałek dalej, ponieważ tutaj nurt był zbyt rwący. Czyli za szybki… Chyba. W końcu jednak dotarli do kolorowej łąki.
– Jak tu pięknie! – pisnęła Karaś, wypadając spomiędzy drzew na porośniętą kwiatami odkrytą przestrzeń. – I tak kolorowo i w ogóle i o‐ –urwała, ponieważ przelatujący motylek pojawił się tak blisko jej nosa, że aż musiała na niego zezować.
Piórolotkowy Trzepot dotarł do niej w  trochę wolniejszym tempie.
– Jeśli skupisz się teraz ładnie na nauce pływania, to potem mogę cię nauczyć robić wianki z tych kwiatków – rzucił, wskazując ogonem w stronę wody.
Podeszła do tafli trochę niepewnie. Wydawała się spokojna… Wbrew jej wcześniejszym obawom, okazało się, że woda była chłodna i zanurzenie w niej łapek było całkiem przyjemnym doświadczeniem. Spojrzała pytająco na mentora, który kiwnął zachęcająco głową, wchodząc obok niej.
– Musisz trzymać głowę nad taflą wody – poinstruował poważnie. – W ten sposób woda nie wleci ci do pyszczka. Pływanie przypomina trochę bieganie, tylko w wodzie, musisz machać łapami w równym tempie… Spróbuj sobie tutaj gdzie stoję, jest jeszcze płytko.
Podeszła do starszego, czując opór, który woda stawiała gdy próbowała w niej przebierać łapami. Powtarzała sobie w myślach instrukcje, jednak mimo to za pierwszym razem odrobinę wody wleciało do jej pyszczka. Wykaszlała ją od razu, jednak nieprzyjemne uczucie pozostało.
– Gdy podniesiesz łapy musisz od razu zacząć nimi machać, nie czekaj aż zaczniesz lecieć w dół – wytłumaczył spokojnie mentor, gdy już ucichła.
– Ja…  Trochę się chyba boję – wyjąkała zawstydzona.
– Na spokojnie, dasz sobie radę. Na początku zawsze jest trochę nieprzyjemnie, ale zobaczysz i raz dwa już będziesz jak ryba w wodzie!
Nie chciała sprawiać zawodu, więc zamknęła oczy, zebrała się w sobie i znowu podniosła łapki, próbując zawisnąć w wodzie. Tym razem poszło jej trochę lepiej, jednak chaotyczne machanie w wodzie okazało się dość męczące. Piórolotkowy Trzepot powoli tłumaczył jej w jakim tempie powinna się poruszać i spędzili w zatoczce sporą część przedpołudnia. Wciąż pływanie wychodziło jej dość niezdarnie, a do tego jeszcze z dwa razy poczuła, że jej pyszczek zostaje zaatakowany napływającą do gardła wodą, jednak gdy w końcu poczuła, że może się przemieszczać nie dotykając dna jej entuzjazm wrócił. To było nowe uczucie, i trochę męczące, jednak mimo wszystko przyjemne.
– Jednak zmieniłam zdanie i lubię wodę – oświadczyła, gdy odpoczywali już po wyjściu z zatoki. – To co z tymi wiankami? –  przewróciła się na grzbiet w dziwną pozycję, żeby spojrzeć na mentora swoimi wielkimi oczkami. – Nauczysz mnie? Proszę, proszę, prooszę?
– No więc dobrze, nastaw uważnie uszu i chłoń mistyczną wiedzę - miauknął, wskazując na jedną z roślinek. - Pierwszy i najważniejszy krok! Trzeba zerwać jaaaak najdłuższą łodygę, najlepiej przy samiutkiej ziemi, dobra?
Z zapałem rozejrzała się dookoła. Przetruchtała kilka króliczych susów, gotowa znaleźć najdłuższą łodygę na całej łące, jednak w jej oczy rzuciła się idealna, zakończona ślicznym, pstrokatym kwiatkiem. Złapała ją w zęby przy ziemi i przyniosła do mentora. – Czy ta będzie w porządku? – spytała trochę niewyraźnie.
Kocur pokiwał głową. 
– Tak! Tak, dokładnie! I teraz musisz znaleźć takich baardzo dużo, by zmieściły się na twoją głowę. Mogą być różne, byle tylko nie były wielkimi gałęziami... rozumiesz?
Upuściła kwiatek i ruszyła polować na kolejne kolorowe roślinki. Jeden niebieski, jeden większy biały, jeszcze jeden niebieski, bo ten gatunek bardzo jej się podobał… Zerwała też dużo mniejszy, biały kwiatek, bo stwierdziła, że jest tak ładny, że nawet jeśli nie trafi do wianka, będzie chciała go wziąć ze sobą. W końcu po kilku rundach z pełnym pyskiem obok Piórolotkowego Trzepotu zebrał się pokaźny stosik wszelkich kwiatów i roślin.
– Ten jest najładniejszy – wskazywała. – Ale ten też mi się podoba i ten też, więc tak naprawdę nie bardzo mogę się zdecydować… To co teraz mam robić?
Kocur sam się rozmarzył, patrząc na trawę, kwiatki, przechodzące mrówki... a gdy już zerwał kwiatka, to zwyczajnie wczepiał go sobie w ogon. Dopiero gdy Karaś się odezwała, ten wrócił do teraźniejszości. 
–Hm? – zerknął na kwiatki. – A! Tak, to teraz... teraz wybieramy tego z najdłuższą łodygą... o, na przykład ten – wskazał na jednego, zaraz rozglądając się za czymś na przykład - Tak, czekaj, gdzie ja to, o - wyciągnął kilka kwiatków z ogona, które miały robić za demonstrację - teraz bierzesz jakiś drugi też i tak... przekładasz, dookoła tej głównej łodygi.
Kotka z determinacją powtarzała ruch, choć początkowo zostawiała za dużo luzu i nie wychodziło jej to idealnie. – Widzisz, widzisz, udaje mi się! – rozpromieniła się gdy już w pełni załapała o co chodzi i połączyła kilka łodyg. – To dużo prostsze niż pływanie… Przepraszam, że tak słabo mi szło…
– Hej, dobrze ci idzie – szturchnął kotkę lekko, biorąc kolejnego kwiatka. ‐ I teraz bierzesz tego kolejnego i... robisz podobnie. Ale musisz tak ciasno przy nim.... inaczej nie będzie się trzymać i wszystko się rozpadnie!
– Aj, no tak… – Przyjrzała się jeszcze raz i poprawiła swoją pracę. – I teraz tak już cały czas?
– Mhm – potwierdził kiwnięciem. –Dobieraj kolory jak ci się tylko podoba.
– Biały, niebieski, różowy, biały… – miauczała tak właściwie sama do siebie, jednak póki jej mentor nie zgłaszał jawnych obiekcji, ciężko było jej wytrzymać dłużej z zamkniętym pyszczkiem.
Łańcuch kwiatów powoli się wydłużał, aż wreszcie Piórolotkowy Trzepot uznał, że jest dość duży i pokazał uczennicy jak połączyć oba końce w wianek. Poprosiła o pomoc w założeniu i kiedy wojownik wypuścił wianek z jej zębów na jej łebku, zakręciła się w kółko.
– Jak wyglądam, jak wyglądam? – spytała podekscytowana machając ogonem.
Kocur przekręcił głowę, oceniając kotkę i jej kreację, opierając brodę na łapie w zamyśleniu.
– Hmm, hmm... tak.... Jak prawdziwa dama kwiatów - rzekł w końcu, głosem znawcy.
Kotka uśmiechnęła się szczerze, roztaczając wokół siebie aurę, która rozweseliłaby każdego. Weszli jeszcze na chwilę do wody, żeby upewnić się, że Karaś pamięta wszystko to, co miała wynieść z dzisiejszej lekcji, a następnie ruszyli z powrotem w stronę obozu. Piórolotkowy Trzepot tłumaczył po drodze kotce różne zapachy, a ona słuchała uważnie, jednocześnie starając się iść spokojniej z obawy o zniszczenie wianka. W końcu jednak doszła do wniosku, że jej wewnętrzne pokłady energii nie wytrzymują, dlatego wpadła na inny pomysł. Zdjęła z siebie delikatnie wianek i założyła swojemu mentorowi.
– To dla ciebie, prezent! – uśmiechnęła się słodko, a następnie dodała: –  Ty też wyglądasz teraz bardzo dobrze!
I wróciła do podskakiwania wszędzie dookoła.
Gdy wreszcie przekroczyła próg legowiska uczniów była naprawdę zmęczona. Ułożyła się obok Krabik, która najwidoczniej wróciła pierwsza.
– Było cudownie, wiesz? – miauknęła cicho, ziewając. – Uczyłam się pływać, i byliśmy na takiej pięknej łące z kwiatkami i tak bardzo lubię być uczennicą, a Piórolotkowy Trzepot to jest najlepszym mentorem na świecie! Jestem tak zmęczona, ojejku, chyba zaraz już zasnę… U ciebie wszystko w porządku?
Krabik tylko mruknęła coś cicho, najwidoczniej chcąc już spać. Karaś zmrużyła ślepia i chwilę później również ogarnął ją sen.

***

Dni mijały dużo szybciej, niż w kocięcych księżycach, wraz z wydarzeniami, które budziły w Karaś różne emocje. Trening oczywiście wciąż jej się podobał, choć dużo częściej zdarzało jej się marudzić mentorowi, szczególnie gdy mieli się uczyć walki, która nie szła kotce najlepiej. Chodzili co jakiś czas na treningi z Krzyczącą Makrelą i Skrzelikiem i Karaś uwielbiała ten dodatkowy czas spędzany z ojcem, który zawsze znajdował czas na odrobinę wygłupów pomiędzy nauką. Miała nawet wrażenie, że zaczyna lepiej rozumieć brata, który zawsze wydawał jej się dziwny, uległy i nudny. Wciąż szybko odpuszczał i nie zabierał głosu bez powodu, jednak widziała, że na przykład podchodzenie zwierzyny w pewien sposób sprawia mu przyjemność. Zaczęła cenić to całkowicie ciche i bezstronne towarzystwo.
Zupełnie inaczej było z Krabik, z którą na wspólnym treningu nie była ani razu. Kilka razy napomknęła coś o tym Piórolotkowi, jednak ten wydawał się naprawdę niechętnie nastawiony do takiego pomysłu. Zwykle raczej ustępował Karaś i nie robił niczego wyraźnie wbrew jej chęciom, więc starała się to rozumieć. Sama zresztą trochę bała się mentorki siostry… Miała jednak wrażenie, że przez to, że spędzają z Krabik mniej czasu, powoli się od siebie oddalają. Oczywiście, były takie wieczory, kiedy jak dawniej mogły się przekomarzać i spędzać razem czas, czasem Krabik wracała jednak cicha i wycofana, niechętna do zabaw czy opowiadania o spędzonym dniu. Martwiło to Karaś wtedy strasznie, ale gdy następnego dnia siostra wstawała uśmiechnięta i starsza mogła się skupiać jedynie na treningu, który ją czekał.
Zaginęły dwie uczennice. Nie zawiązała z żadną ze starszych kotek bliższej relacji, jednak była to chyba pierwsza strata, którą odczuła i bardzo ją to przeraziło. W klanie panował smutny nastrój. Wyprosiła u mentora, żeby za żadne skarby, nie chodzili na treningi w miejsce gdzie podobno urywał się zapach kotek; nie było to zresztą trudne zadanie, ponieważ on sam wyglądał jakby to wydarzenie w pewien sposób na niego wpłynęło. Mimo to, kolejne dni mijały w zwykłym porządku, Karaś uczyła się polować i stawała coraz zwinniejsza.
Srocza Gwiazda ogłosiła sojusz z klanem Wilka i ciążę Tuptającej Gęsi. Karaś uświadomiła sobie, że nowe kocięta w klanie oznaczają, że powoli ona i jej rodzeństwo nie są już najmłodszymi członkami. To odkrycie wywołało w niej silne uczucie podziwu dla istniejącego życia i dumę, że może być jego częścią. Krabowa Łapa nie bardzo jednak rozumiała jej poważne wywody na temat zaszczytu jaki ich spotkał. Skrzelikowa Łapa milczał, patrząc zdezorientowanym wzrokiem, ojciec chyba próbował być uprzejmy, ale nie wyglądał na przekonanego, Ryjówkowego Uroku nawet nie próbowała pytać.
– Mam wrażenie, że nikt mnie nie rozumie! – zwierzyła się w końcu mentorowi, gdy wracali z patrolu. – Tłumaczyłam Krabik trzy razy, że powinnyśmy dziękować zwierzynie za to, że możemy ją zjeść. A ona twierdzi tylko, że ryba i tak nie zrozumie! Przecież Klan Gwiazdy zrozumie i na pewno przekaże duchowi tej rybki… To dzięki jedzeniu mamy siłę do tego, żeby skakać i biegać, Ryjówkowy Urok zawsze nam tłumaczyła, że jedzenie jest najważniejsze! A gdyby ta ryba się wcześniej nie urodziła, tak jak urodziły się kociaki Tuptającej Gęsi, to nie moglibyśmy jej zjeść! Tak właściwie… Jak się rodzą kociaki?
Kocur milczał przez cały wykład, w połowie rozumiejąc, w połowie nie mając pojęcia co powiedzieć. Gdy natomiast doszło do ostatniego pytania, zacisnął wargi. 
– Myślę, że jest maaała różnica między jedzeniem kociąt a ryb – przyznał najpierw, odciągając odpowiedź – A kociaki... – zamyślił się. – Ahahah.... Może lepiej by to Topikowa Głębina wytłumaczył... – uśmiechnął się niezręcznie. Sama wizja porodu go przerażała. – Ale... ale mogę powiedzieć, że kociaki siedzą w brzuchu takiej kociej mamy... a potem z niego wychodzą. Ale moja wiedza nie jest chyba na tyle rozbudowana, żeby się nią podzielić! – dodał.
Karaś milczała dłużej niż zwykle, rozważając faktyczne udanie się do medyka z tym pytaniem. Kiedy znów się odezwali, zmienili całkowicie temat, postanawiając jeszcze zapolować, korzystając z ostatnich ciepłych dni tego roku.
Była jeszcze jedna rzecz, która osiadła na małym serduszku uczennicy i chociaż na zewnątrz kotka wciąż się uśmiechała i dawała z siebie wszystko na treningach, nic nie wskazywało na to, żeby miała się szybko pozbyć tego zmartwienia. Ryjówkowy Urok, po śmierci Drozdowego Futra przestała jeść. Karaś nie potrafiła polepszyć mamie nastroju i nawet gdy z dumą przynosiła swoje własne zdobycze, musiała je kończyć, bo wojowniczka potrafiła się zmusić jedynie do spróbowania. Czuła się winna, nawet mimo tego, że nie mogła mieć na nic, co się stało, wpływu.
– Nienawidzę, gdy ktoś z moich bliskich się źle czuje – mruknęła sama do siebie, patrząc na niewielkiego wróbla, którego udało jej się złapać, gdy do jej umysłu znów napłynęły myśli o mamie. Może gdyby potrafiła złapać coś lepszego, może gdyby ten wróbel był większy, Ryjówkowemu Urokowi wróciłby w końcu dawny apetyt?
Piórolotkowy Trzepot przystanął, spoglądając w jej stronę zmartwiony. Karaś zawstydziła się, uświadamiając sobie, że usłyszał co mówiła, a co za tym idzie, dała się przyłapać na słabszym humorze.

<Piórolotkowy Trzepocie? :3 >
[2217 słów + nauka pływania]
[przyznano 44% +5%]

21 lutego 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu do Karasia [Karasiowej Łapy]

Nie spodziewał się, że zastanie akurat taki widok, kiedy tylko wejdzie do obozu, a jednak. Jego biedna straumatyzowana dusza dostrzegła dwa przemoczone koty. Które na pewno nie powinny być na dworze!
- Krzycząca Makrelo... co wy robicie na deszczu? - pyta, dreptając w miejscu, chcąc schować się przed większą wilgocią, która z jego futra stworzyła mopa do podłogi. Krzycząca Makrela widocznie zmieszał się na pytanie, spoglądając na kociaka.
- KARAŚ - zaczyna ale jego córka przerywa mu piszcząc jeszcze głośniej 
- Ten deszcz ukradł moje skarby!
- Deszcz? - Dziwi się, odgarniając łapą mokre futro z oczy, po czym patrzy zmieszany na Krzyczącą Makrelę - Deszcz nie ma zbyt wiele siły i jest dość wstydliwy. Jestem pewien, że to wina stworków żłobkowych które czasem podkradają skarby. A one na pewno nie lubią być mokre! - poddał, wymyślając coś na poczekaniu, szczerze licząc, że coś takiego się uda. Nie miał ochoty ani stać na dworze w deszczu, ani patrzeć jak kociaki chorują, bo też stały w deszczu. 
– Żłobkowych stworków? – Karaś przekrzywiła łepek, widocznie nie rozumiejąc i jednocześnie cała się wzdrygnęła gdy zawiał mocniejszy podmuch wiatru. Krzycząca Makrela zauważając to zbliżył się do swojego dziecka chcąc osłonić je przed wiatrem.
- Tak! - powiedział nagląco, po czym zerknął na Makrelę - Możemy poszukać ich w żłobku.
Krzycząca Makrela, na szczęście, szybko się zgodził i popchnął lekko nosem Karaś w stronę wejścia do żłobka. Kotka chwilę jeszcze marudziła, ale ruszyła w stronę sumaków. 
– Ale nigdy ich nie widziałam… Skąd będziemy wiedzieć jak je znaleźć?
Umysł Lotka musiał w tym momencie wysilić swoją całą, ostatnią połowę komórki mózgowej, by stworzyć jakieś szybkie mini połączenie. Co prawda był cały mokry i niekomfortowy, niemniej nie mógł teraz po prostu odpuścić, szczególnie, gdy kotka wyglądała na przejętą. 
- Oh, zajmiemy się tym, daj mi tylko chwilkę dobrze? - po tych słowach oddalił się nieco, po czym z całych sił otrzepał. Nie chciał nic umoczyć, szczególnie w żłobku, więc sama czynność wykonywana była w wejściu. Gdy wrócił, wyglądał jakby każdy włosek na jego ciele skierowany był w innym kierunku. 
- No więc, żłobiaczki, bo tak się nazywają, lubią przebywać w ciepłych i przytulnych miejscach jak właśnie żłobek, lub też, lecz tym razem mniej, w innych legowiskach. Każde legowisko bowiem ma swój odpowiednik żłobiaczka, a one lubią pilnować swojego terenu, jak klany! Są jednak bardziej przyjazne. Aby je złapać, będę musiał się wszystkiego od ciebie dowiedzieć. Kiedy ostatnio widziałaś swoje skarby? Przed deszczem czy po?
- Chyba dzisiaj rano – miauknęła próbując sobie wszystko dokładnie przypomnieć. – Był i mój kamyczek, i listek i łuska… Ta którą dostałam od ciebie.
- Czyli równie dobrze to deszcz mógł ukraść! – tupnęła łapką uparcie, jednak zaraz potem zaczęła się rozglądać. – Tak myślałam, chyba…
- Czyyyli, żłobiaczki mogły wybiec na zewnątrz - miauknął, jednocześnie nie chcąc, by kotka znów wyszła na deszcz, albo jeszcze w dodatku, żeby przyszła jej ochota, by z deszczem walczyć. W końcu to by się skończyło przeziębieniem! Jak bardzo by deszcz czasem nie był irytujący. - Ale nie szkodzi przejść się jeszcze raz i sprawdzić, w końcu mogli gdzieś to bardzo głęboko ukryć. - Mała kotka pokiwała głową i z zapałem zaczęła przeszukiwać wszystkie kąty jeszcze raz, po drodze, raz za razem otrząsając się, bo schnące futerko zrobiło się ciężkie i trochę sztywne. Lotek w tym czasie mógł odetchnąć z ulgą i liczyć na to, że gdy będą szukać, to deszcz na zewnątrz przestanie bębnić. Na pewno przez niego wody wzrosły, a jakby się Karaś zapędziła z poszukiwaniami, to jeszcze nurt by ją porwał na otwarte morze. Aż wzdrygnął się na tą myśl, podczas zaglądania w kąt pomiędzy sumakami. Szukali dość długo. Na tyle długo, że kocur zdążył wyschnąć, jednak nic nie znaleźli, a Lotkowi pozostało jedynie obiecać, że przyniesie dla kotki więcej łusek. Tylko dopiero po deszczu, gdyż ten, wcale nie chciał przestać padać. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

Dostał Karaś! Ha! Jeju, jeju, ile stresu, ale, że mu Srocza Gwiazda na tyle zaufała? Nie, żeby chciał ją za to wycałować czy coś, nadal wprawiała go w dyskomfort. I na pewno nie spodobał mu się wybór mentora dla siostry Karaś. Młodsza kotka już wystarczająco dawała niekomfortowy vibe, a teraz w bonusie dostanie jeszcze jej mentorkę. Najgorszą z najgorszych. Już teraz wiedział, że się na treningi z tą dwójką nie będą wybierać. Choćby skały srały a krowy latały, nie było takiej możliwości. Mógł natomiast z pełną pewnością stwierdzić, że będą chodzić z Krzyczącą Makrelą. I to właśnie z nimi ugadał się na przejście granic i terenów. Uznał to za dobry pomysł chodźby z tego powodu, że ojciec kociąt przyznał się do zwiedzania zewnętrznej części terenów. Mimo, że Lotek niezbyt to popierał. Dzisiaj natomiast, w planach miał coś innego. Mianowicie pływanie. Wszystkie sprawy związane z wodą chciał załatwić do momentu, w którym jest ciepło. Nie chciał, by kotka zachorowała i przeżywała to samo co on. 
- Przy tej duchocie nie da się oddychać - miauknął zmordowany, kierując swoje kroki do pomostu, by na brzegu zanurzyć sobie łapy, a po chwili wejść po brzuch. - Tu jest jeszcze zbyt rwący nurt, popływamy koło Kolorowej Łąki, co? - zaczął wychodzić, wyglądając jak chmura opadowa - Ale i tak będziemy musieli uważać na niektóre miejsca… pojawiają się wiry - Mruknął, zawieszając się na chwilę w jednym miejscu. 

<Karaś?>
[842 słów]
[przyznano 8%]

31 stycznia 2024

Od Karaś CD. Piórolotkowej Łapy (Piórolotkowego Trzepotu)

Karaś nie była szczęśliwa z powodu obrotu wydarzeń. Można by wręcz powiedzieć, że była zła na siostrę za jej zachowanie. Nawet nie zauważyła kiedy starszy kocur opuścił żłobek.
– Niby dlaczego miał mieć twoje pozwolenie, żeby ze mną rozmawiać?! – syknęła. – Sama mogę wybierać z kim chcę się zapoznać! Byłaś zazdrosna, czy co!?
– Pff, o jakiegoś zwykłego ucznia? Niby dlaczego? Był od nas starszy, jestem pewna, że i tak nie chciałby się z tobą zaprzyjaźnić i tylko zajmowałaś mu czas – Krabik fuknęła, wciąż wyglądając jakby nie widziała problemu w swoim zachowaniu.
Karaś zrobiło się trochę przykro. Co jeśli jej siostra miała rację? W pierwszej chwili chciała zaprzeczyć, jednak uświadomiła sobie, że uczeń jej się nie przedstawił, a jeśli słyszała wcześniej, gdy odwiedzał ich ciocię i kuzynów, lub gdy kotka wychodziła poza żłobek z Krzyczącą Makrelą, jak mówią na niego inne koty – nie zapamiętała imienia. Kojarzyło jej się coś z jakimś puchem, albo piórkiem, albo może jakimś pajęczynkiem… Na pewno było na p, i chyba dłuższe… I kojarzyło się z czymś delikatnym. Krabik odwróciła się na pięcie i chciała odejść.
– Jestem starsza, nie możesz być taka nadopiekuńcza! – pisnęła jeszcze za nią, jednak jej głosik brzmiał zbyt delikatnie jak na jej gust.
– Ale ja mądrzejsza! – odkrzyczała kotka.
– Ale ja większa! – syknęła.
Krabik odwróciła się jednak i wróciła nastroszona do siostry.
– Mysie futro!
– Królicze serce!
– KOTKI! – donośny głos Ryjówkowego Uroku przerwał ich syki. – Czy mogę wiedzieć co się stało, że hałasujecie na cały obóz?!
Obie się skuliły, widząc, że mama po gwałtownej pobudce z ich powodu nie jest w najlepszym nastroju.
– No bo ona… – Krabik zaczęła niepewnie, spodziewając się pewnie, że Karaś też ją zacznie oskarżać, jak to zwykle robiły w czasie kłótni, jednak większa z szylkretek jej przerwała:
– Przepraszamy za pobudkę – miauknęła, po czym odwróciła się i poszła zaszyć się w kącie żłobka, zabierając ze sobą wcześniej podarek.
Położyła go obok kamyczka, który znalazła wraz z tatusiem gdzieś w obozie i bardzo polubiła, a następnie opowiedziała im obu cicho jak bardzo pokrzywdzona się czuje, kręcąc się w kółko i próbując znaleźć wygodną pozycję. Gdy w końcu się udało przymknęła oczy. Nie była pewna ile minęło czasu ani czy zasnęła, jednak z rozmyślań wyrwał ją ruch obok siebie. Uchyliła leniwie oczy i dostrzegła Krabik, próbującą położyć się obok niej. Odwróciła ostentacyjnie głowę w drugą stronę.
– Oj, Karaś, nooo – zamruczała srebrna. – Nadal się gniewasz?
Zerknęła na siostrę i westchnęła widząc jej wielkie oczy wpatrzone przepraszająco.
– Przecież jesteśmy siostraamiii – dodała Krabik, przekręcając się na grzbiet tak, że znalazła się jeszcze bliżej siostry i otarła o pyszczkiem o jej łepek. ‐ No przepraaszaam, noo.
Karaś wątpiła, żeby młodsza zauważyła powody, dla których jej zachowanie jej się nie spodobało, jednak nie była najlepsza w długim gniewaniu się na członków rodziny.
– No już dobrze, no… – westchnęła.
– Super! – Krabik zerwała się na równe łapy. – Chodź, wymyśliłam nową zabawę…
Uśmiechnęła się słysząc tak znaną jej paplaninę siostry i ruszyła za nią.
***
Kiedy Srocza Gwiazda zwołała zebranie, przez kilka chwil Karaś łudziła się, że może zostanie mianowana na ucznia. Oczywiście wiedziała, że wraz z rodzeństwem muszą czekać do 6 księżyca, ale od kiedy jej kuzynki zostały mianowane, w żłobku zrobiło się tak cicho i dziwnie… A ona była już dużym kociakiem, przecież poradziłaby sobie! Szybko jednak okazało się, że to Piórolotkowa Łapa miał dostać nowe imię. Kotka próbowała skandować nowe imię wojownika, tak jak to koty miały w zwyczaju, jednak jej język trochę się plątał przy próbie wymówienia całego dwa razy pod rząd. Rytuał szybko się skończył i koty zaczęły się rozchodzić. Karaś zamarudziła trochę, nie wracając do żłobka od razu z mamą i rodzeństwem, bo z powodu częstych deszczów rzadko miała ostatnio okazję posiedzieć choćby chwilę na zewnątrz. Ze zdziwieniem zauważyła, że Piórolotkowy Trzepot podszedł do niej, zamiast udać się z rodziną czy przyjaciółmi świętować swoje mianowanie.
– Hej! – przywitał się. – Dostałem nowe imię, słyszałaś? Teraz jestem Trzepotem!
– Tak, słyszałam! – zamiauczała z podekscytowaniem, patrząc z podziwem na świeżo mianowanego wojownika. – Właściwie to… Nie wiedziałam, że jesteś taki stary, znaczy się, oczywiście że jesteś dużo większy niż ja, Krabik, a nawet Krakwek… Krakwia Łapa – poprawiła się, bo wciąż jeszcze zapominała czasem o nowych imionach kuzynów. – Ale nie aż tak jak mamusia, więc nie myślałam… – plątała się trochę, próbując dokończyć myśl i nie obrazić przy tym niebieskiego kocura. – No a teraz, skoro jesteś wojownikiem, to chyba znaczy, że nie będziemy mogli się jednak kolegować, skoro ja jestem jeszcze kociakiem – posmutniała.
Uświadomiła sobie, że od dłuższej chwili nie pozwoliła starszemu dojść do słowa i zawstydziła się. Krabik znowu by powiedziała, że tylko zajmuje komuś czas…
– Oj, i do tego chyba znów za dużo paplam – dodała przepraszająco.
— Wcale tak źle nie jest – zaprzeczył Piórolotkowy Trzepot. – Są starsi na stanowisku ucznia i starsi na stanowisku wojownika – Wytłumaczył trochę napuszony, niemniej na wzmiankę o tym, że nie mogą ze sobą rozmawiać, poruszył uszami – Jak to nie? Możemy! Przecież to nie jest zabronione, ja wcale taki stary nie jestem, przysięgam! Poza tym, ja... ja mam przyjaciół młodszych i starszych od siebie! Więc mogę być też twoim przyjacielem, nikt mi tego nie zabroni!
Kotce zaświeciły się oczy i aż podskoczyła z radości. Krabik jednak nie miała racji i jej towarzystwo wcale nie przeszkadzało aż tak innym kotom!
– Naprawdę? A czy to znaczy, że teraz mógłbyś być mentorem moim lub Krabik lub Skrzelika, jak jesteś już wojownikiem? Chciałabym już być uczennicą i znowu spędzać więcej czasu z kuzynkami, ale boję się że będę tęskniła za mamusią, jak będę musiała spać w nowym legowisku bez niej… No i najbardziej bym chciała oczywiście, żeby Krzyczący Makrela był moim mentorem, bo Tatuś jest najlepszym wojownikiem na świecie, ale ty też byłbyś bardzo fajny, wiesz?
Na wspomnienie Krabik pysk świeżo mianowanego wojownika wykrzywił się nieznacznie podczas dotychczasowego uśmiechu, niemniej nic nie powiedział, a Karaś w żadnym stopniu nie zauważyła tej subtelnej zmiany.
— Jak nie zostanie nim twój tata, to chętnie przyjmę cię jako pierwszą uczennicę! – Rzekł z pewnością, energicznie – W końcu już się znamy, prawda? Powinno więc iść wszystko łatwo. Można zaproponować to Sroczej Gwieździe, co ty na to?
Przez chwilę nie odpowiadała, zastanawiając się. To można było tak po prostu iść i zaproponować liderce kogo się chce mieć jako mentora albo ucznia? Myślała że to bardziej… Nie była pewna, ale myśl o samodzielnym odezwaniu się do liderki napawała ją strachem. Przecież była tylko małym kociakiem! To znaczy, dużym jak na swój wiek, ale wciąż malutkim w porównaniu ze Sroczą Gwiazdą! A liderka roztaczała wokół siebie autorytet zauważalny nawet dla energicznego kociaka.
– Ja tak właściwie chyba trochę się boję jej przeszkadzać – przyznała się. – Wygląda zawsze tak dostojnie i poważnie na zebraniach… – umilkła i rzuciła wzrokiem w stronę legowiska liderki. – Jest kilka dorosłych kotów, których się troszkę boję – wyznała. – Ale nie możesz o tym nikomu powiedzieć, zwłaszcza mojemu rodzeństwu i kuzynkom, prooszę!
Wlepiła w kocura błagalne spojrzenie. Już miała w głowie te przytyki siostry, gdyby się dowiedziała…
— Oczywiście – Powiedział z powagą, po czym przyłożył łapę do pyska, a zaraz potem na pierś. – Milczę jak grób. Ale mnie możesz powiedzieć kogo się boisz! Muszę ci przyznać, że sam się trochę boję Sroczej Gwiazdy. Trzeba tak patrzeć do góry, by zobaczyć jej nos... Ale jakbyśmy poszli razem, na pewno byłoby jakoś lepiej co? Jak już mamy się bać, to możemy się bać razem.
Powaga Piórolotkowego Trzepotu rozbawiła ją i uspokoiła w jednej chwili.
– Możemy iść, ale dzisiaj chyba powinnam już wrócić… Nie chcę, żeby mama była zła, że siedzę tyle czasu poza żłobkiem, ona zawsze narzeka, że jesteśmy jeszcze za mali, żeby na własną łapę zwiedzać świat… Chociaż nie rozumiem dlaczego, przecież jestem już bardzo duża! Większa niż księżyc temu, a już wtedy byłam większa niż księżyc wcześniej, a jeszcze wcześniej… Nie pamiętam za dobrze. A ty nie idziesz jeszcze świętować z rodziną, przed tym, um… Czuwaniem? – zmieniła szybko temat i przypomniała sobie swoje początkowe zaskoczenie, że świeżo mianowany wojownik w ogóle zdecydował się na pogawędkę akurat z nią.
Piórolotkowy Trzepot widocznie stracił dobry humor i nie odpowiadając już nic, odwrócił się i pognał w stronę wejścia do obozu. Przez chwilę patrzyła za nim zdziwiona. Doszła do wniosku, że kocur był czasem trochę dziwny, ale i tak go lubiła za to, że nie traktował jej z góry. No i powiedział, że mogą być przyjaciółmi! Lekko napuszona z dumy wróciła do żłobka, mając nadzieję, że Ryjówkowy Urok nie będzie w nastroju do udzielania bur.
***
Mimo że robiło się powoli cieplej, deszcz nie ustawał. Kociaki większość dnia spędzały w żłobku, a Karaś odkryła, że pora Nowych Liści raczej nie jest jej ulubioną, bo z zimna i tego mokrego brudnego błota, wolała jednak zimno. Pewne wydarzenie utwierdziło ją w tym zdaniu jednak jeszcze mocniej. Krzyczący Makrela był akurat w żłobku i Karaś bardzo chciała pokazać mu listek, który znalazła dzień wcześniej i zaniosła do swoich skarbów z uwagi na nietypowy kształt. Kąt żłobka w którym je trzymała był jednak pusty. Po dłuższej chwili kłótni z Krabik, prób uciszenia zrozpaczonej Karaś, żeby dała Jaskrowemu Pyłowi odpocząć, a nawet nieufnym spojrzeniom rzucanym w stronę niezainteresowanego tragedią Skrzelika, jedyne co udało się ustalić, to że nikt nie wie co mogło się stać i że nikt nie ruszał Karasiowych skarbów. Kotka uparła się, że chce wyjść poszukać na zewnątrz, po drugiej stronie sumaków i Krzycząca Makrela nie miał innego wyboru jak tylko wyjść na deszcz z nieszczęsnym, upartym kociakiem. Takich też zastał ich Piórolotkowy Trzepot, który akurat wracał do obozu.
<Piórolotkowy Trzepocie?>

21 stycznia 2024

Od Piórolotkowej Łapy (Piórolotkowego Trzepotu) do Karasia


Dzieci Kawczego Serca wyszły ze żłobka. Oczywiście był na ich mianowaniu i skandował imiona, szczęśliwy z powodu dumnej matki nowych uczniów. Nawet miał potem okazję spędzić z nimi trochę czasu w nowym legowisku (dla niego już nie takim nowym), oraz chodzić na wspólne treningi. Szczególnie z Krakwią Łapą. Nie chodziło już nawet o samo poczucie bezpieczeństwa, gdyż kocurek okazał się być jednym z tych kotów, które otaczają Lotka ciepłą wełenką, ale również dlatego, że wtedy chodziła z nimi wtedy Kawcze Serce. W końcu była mentorką niebieskiego! I to chyba właśnie po niej, młodziak odziedziczył rozdawanie ciepłych chmurek. Niemniej, nie mogły one pomóc na chłód jaki nastąpił, gdy Sumowa Płetwa zarządził lekcje pływania. Przez zimę może sobie oszczędzali, jednak gdy nastąpiły roztopy i się trochę ociepliło, biedne futro Lotka znalazło się pod wodą. W zatoczce woda była niemal stojąca, bez nurtów, które mogłyby porwać starszego ucznia na otwarte morze, jednak nadal była odpychająca. O ile porą zielonych liści była zbawienna, tak teraz, gdy miała dotknąć zaraz podbrzusza, przez całe puchate ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Zerknął na młodszego kolegę, który również wyglądał na niechętnego i najchętniej by pewnie wyszedł z tego przejmującego zimnem miejsca. Ich zbolałe spojrzenia się spotkały. Lotek jeszcze zerknął na Sumową Płetwę, jednak mentor zdawał się być niezłomny w swoich postanowieniach. Point westchnął zbolały, po czym pozwolił, by woda zalała mu brzuch. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

Kolejne ocieplenie, piękna pogoda, niemniej wiatr przejmujący a woda tak samo zimna. Nic jednak nie powstrzymało nieubłaganego mentora, który już i tak pozwolił na odwlekanie niektórych rzeczy w treningu. Teraz ani wiatr, ani przekonywania Lotka (których słuchał czasem godzinami) nie pomogły w uniknięciu nieuniknionego. To nie tak, że Lotek nie lubił łowić ryb, nie, nie! Po prostu woda była zimna! Nieszczęśnik jednak ustawił się nad mniej wartką wodą (znów rzeka odpadała, ze wzgląd na podniesiony poziom), patrząc uważnie na taflę, w ciszy, nie chcąc by cień przestraszył możliwe ryby, ustawił się i czekał… czekał tak długo, aż zdrętwiały mu łapy, ale w końcu, po ochlapaniu z raz swojego mentora przez przypadek, wyłowił średniej wielkości rybę. Ułowili jeszcze trochę, zanim kocur wpadł wreszcie do obozu, szybkim krokiem, chcąc się rozgrzać. Będzie chory, przeziębi się, na pewno! Zaczął marudzić pod nosem, już zmęczony i poirytowany do tego stopnia, że chciało mu się płakać. Źle dzisiaj wstał, a Sum jako wisienkę na torcie, polecił, by zanieść jedną z ryb do żłobka. Kocur więc chwycił jakieś wybiszcze i sztywnym krokiem wparował pomiędzy sumaki. Dopiero tam w miarę odetchnął. Co prawda chciał skierować się do swojego legowiska, ale czy chciał spędzać czas z Biedronkową Łapą? Nie… na pewno nie. Może nie będzie nikomu przeszkadzało, jak się tu położy? Co prawda z kociętami byłoby ciężko, ale jeśli się akurat najadły, powinny iść spać. Tym razem jednak nie do końca poszło po jego myśli. Kociaki były w pół-ruchu, a gdy odłożył rybę na ziemię koło zwiniętej karmicielki, poczuł, jak z cienia wpatrują się w niego czyjeś całkiem małe, zielone, zaciekawione oczy. Szczęście nie należały one do tej drugiej z córek Krzyczącej Makreli. 
- Guaaah, to się rusza! - zjeżyła się młoda kotka - Mamusiu, co to jest? - Jednak krzyczenie nie było najlepszym pomysłem. Zaskoczony Lotek odskoczył w tył strosząc z lekka futro, wpatrując się w szylkretkę 
- Shhhh...! - spróbował ją ucieszyć - Ryba... ryba taka - wyjaśnił niepewnie, patrząc kątem oka, jak Ryjówkowy Urok coś mruknęła na wpół śpiąca. Nie miał ochoty jej budzić, ze zwyczajnej zwykłej uprzejmości - Taka do jedzenia. Łuski ma... i w ogóle. A czasem się jeszcze rusza po wyłowieniu, tak śmiesznie - próbował wytłumaczyć, kiedy serce przestało bić w bębny. 
- To do jedzenia…? – spytała niepewnie, przekrzywiając pyszczek. – Mamusia mówi, że jedzenie jest bardzo ważne, bez niego nie będziemy mogli być silnymi wojownikami.
- Dokładnie tak! - potaknął, już całkiem spokojny - Ale nie wiem, czy możecie to już jeść... ale możecie mieć łuski! - tu dokładnie pooglądał rybę, aż w końcu wyrwał delikatnie jedną z błyszczących łusek, kładąc przed kociakiem - widzisz? - Szylkretka podeszła, obwąchując z nieufnością, ale zdawała się już być mniej zdenerwowana. 
- Ale… Mogę to wziąć do zabawy? – w jej dużych oczkach zaświeciła ekscytacja. – Krabik będzie zas… skoczna… zaskoczna jak to zobaczy!
- Aha! - potwierdził z zapałem - Mogę ci wyrwać więcej, jak chcesz... Kiedyś robiłem z tego taką kupkę skarbów!
- I tej ryby to nie boli? – wolała się upewnić mimo że przez całą ich rozmowę dziwne 'jedzenie' już się nie poruszyło. Niezgrabnie pacnęła je łapką, ale nie miała dość siły, żeby przesunąć rybę, więc odetchnęła z ulgą, gdy ta się nie poruszyła. Kocur pokręcił głową. 
- Jest martwa, więc nic ją nie boli. To by było okropne! - wzdrygnął się na samą myśl. - Więc jesteście bezpieczni, chyba, że jakoś uda wam się pod nią wejść. I przed zapachem też nie ma mistycznej bariery. - Kotka posmutniała trochę na wzmiankę o mało przyjemnym temacie. 
- Wybacz rybko… – mruknęła. – Krabik, patrz co dostaliśmy! – miauknęła widząc, że siostra szła akurat w ich kierunku. Na jej widok, ogon kocurka drgnął mimowolnie. Akurat z personą tak bardzo podobną do Biedry nie miał ochoty współistnieć, jak bardzo by jego logiczna część umysłu nie próbowała mu uświadomić, że to tylko kocię. ,,Czysta karta”. Chociaż w momencie w którym się odezwało… było tylko gorzej. 
- Hej, ty! - rzuca w jego stronę, nawet nie patrząc na przyniesioną rybę - Czemu rozmawiasz z Karaś? Masz pozwolenie?  - Patrzyła wyzywająco w górę, podczas gdy po pysku kocurka przeszedł jakiś nieswój cień. Może nawet pojawiła się irytacja. Kocię miało przed sobą do wyboru całą możliwą osobowość, a wybrało bycie wrednym! 
- Nie, wiesz, nie myślałem… - zaczął grzecznie, próbując wszystko wyjaśnić. Nawet przerwał, gdy padło z jej pyska coś w stylu ,,widać”, jednak zanim zdążyła się rozgadać, wtrąciła się pierwsza z sióstr, besztając srebrną za zbyt częstą i przewrażliwioną “nadopiekuńczość”, co Lotek szczerze, osobiście odebrał inaczej. Niemniej przeprosił zajęte sobą kociaki, śpiącą karmicielkę i wyszedł równie niezadowolony co na początku ze żłobka. Może powinien zbudować swoje własne, osobne legowisko. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

 - (...) Czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? - Siedział wyprostowany, zestresowany i prawie całkiem sztywny, patrząc na liderkę, oczekującą na jego odpowiedź. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw, jednak Sumowa Płetwa siedział z boku, dumnie patrząc, jakby ta sytuacja powinna mieć w ogóle miejsce. Znaczy, jasne, w końcu musiała, ale czy Morze nie powinna być mianowana pierwsza? A reszta uczniów? A jeśli nie przerobił wszystkiego? Nie miał odwagi ani weny, by teraz patrzeć na koty dookoła niego. 
- Przysięgam - Wydusił z siebie. 
- Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Piórolotkowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Piórolotkowy Trzepot. Witamy cię jako nowego wojownika Klanu Nocy. - Wiwaty? Były? Jeśli tak, niezbyt słyszał. Miał nowe imię! I był wojownikiem! To znaczy, że zostawi wredną szylkretkę za sobą i… i właśnie. Przeniesie się do jeszcze wredniejszej jednolitej. Chociaż może, jak poprosi Sumową Płetwę, Kawcze Serce i Śnieżne Wspomnienie, to pozwolą mu spać obok siebie? Może nie leżą w jakichś większych odległościach? Może będzie mógł się wcisnąć? Albo chociaż spać jak najdalej od aż DWÓCH jego osobistych koszmarów? Te rozmyślania sprawiły, że momentalnie na jego pysku pojawiła się ponura, zestresowana mina. Spróbował odszukać wzrokiem Kawkę, jednak zamiast niej, wśród rozchodzących się kotów mógł przyjrzeć się pewnemu kociakowi. Również futro siostry zatonęło w tłumie, będzie musiał do niej podbiec potem. Na razie rozejrzał się, czy nigdzie nie ma tej mniej uprzejmej córki Uroku, po czym przydreptał do Karaś. 
- Hej! - przywitał się - Dostałem nowe imię, słyszałaś? Teraz jestem Trzepotem! - pochwalił się. 

<Karaś?>
[1209 słów + łowienie ryb + pływanie]
[Przyznano 34%]