BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mglisty Sen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mglisty Sen. Pokaż wszystkie posty

06 lutego 2021

Od Mglistego Snu CD Jesionowego Wichru

***bardzo dawno temu podczas powodzi***

Mgiełka patrzyła z przerażeniem, jak zastępca unosi się na tej płynnej nawierzchni. Wyglądało to na dosyć proste, ale z pewnością takie nie było. Poczuła, jak sierść jeży jej się na grzbiecie, gdy kocur po wyjściu z wody starał się wszystko dokładnie wytłumaczyć. Tego było tak wiele. Bała się, że tego nie spamięta i utonie.

- Dobrze to teraz wejdź do wody i się z nią oswój. Nie bój się. Będę przy tobie i jak coś cię uratuję. - Oczy kotki zrobiły się wielkie ze strachu i już miała ochotę jednak podziękować za lekcję pływania, gdy napotkała zapraszający wzrok kocura. Westchnęła. Ta obojętna Mgiełka jednak się bała. Niepewnie skierowała swe kroki w kierunku wody. Gdy dotknęła jej jedną ze swych kończyn, przeszedł ją kolejny dreszcz. Trudno sama chciała - pomyślała i zamykając oczy, weszła do wody. Idąc naprzeciw siebie coraz bardziej czuła, że grunt pod jej łapami znika. Była coraz głębiej. Bała się otworzyć oczy, bo nie chciała wpaść w panikę. Z pewnością nawet jeśli jakimś cudem nauczy się pływać, nie będzie używać tej umiejętności bez potrzeby. Jednak jak wróci do legowiska, ochrzani tego gbura, że to on jej tego nie nauczył, a musiała się ośmieszać przed zastępcą klanu. Wywróciła oczami pod zamkniętymi powiekami, po czym zdecydowała się je otworzyć. W jednej chwili poczuła, jak serce jej przyspiesza, a ona panicznie zaczyna rozglądać się dookoła, szukając pomocy. 

- Dobrze ci idzie. Teraz spróbuj kawałek przepłynąć. Jakby coś jestem tu. - odparł w odpowiedzi na zachowanie kotki Jesionowy Wicher. Nawet nie zauważyła, gdy ten wlazł za nią do tej przerażającej cieczy. Nie mogła się doczekać, aż ta lekcja dobiegnie końca. Przełknęła głośno ślinę i zaczęła machać łapami, jak robił to wcześniej zastępca. Jednak chyba nie było to takie samo, bo zamiast płynąć przed siebie, zaczęła płynąć w dół. Pod wodę. W jednej chwili kocur wyciągnął ją spod tafli wody i zachęcił do kolejnej próby. Lekko prychnęła w odpowiedzi, ale wtedy dotarło do niej, że przecież to ona chciała tę lekcję. Niestety jednak jej złość zaczęła się wydzielać w kilogramach, a jej coraz to ciężej było ją powstrzymać.  Spróbowała jeszcze raz i jeszcze kolejny. Próbowała, póki jej się nie udało przepłynąć, chociaż kawałka tego, co przepłynął ojciec Kaczorka. Po jakimś czasie lekcji mogła powiedzieć, że była z siebie, choć w pewnym stopniu zadowolona. Nie zdarzało się to często, ale jednak teraz tak. Nauczyła się pływać i to bez tego Porannej Zorzy, którego przecież i tak bardzo lubiła, ale w legowisku będzie czekała na niego niespodzianka. Już Mglisty Sen mu pokaże. Teraz jednak sama nie była pewna swoich czynów, ale pod wpływem emocji, przepłynęła kawałek do zastępcy, który wciąż stał w wodzie i skoczyła na niego, a kropelki wody rozprysnęły się na wszystkie możliwe strony. Nie wiedziała, czemu to zrobiła, jednak było to dość zabawne. Lekko przygniotła go swym ciałem, ale miała nadzieję, że ten nie zachłysnął się wodą. W końcu niczego się raczej nie spodziewał, a szczególnie po prowizorycznie zazwyczaj obojętnej medyczce. 


<Jesion? ^^ Wybacz za czas oczekiwania... >

01 lutego 2021

Od Mglistego Snu CD Drobnej Łapy

- Tooo od czego zaczynamy? - Drobna Łapa trzepnął ogonem, a Mgiełka przełknęła głośno ślinę. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że powinna mieć jakiś plan szkolenia. Nie miała nic. Nawet pomysłu. Po prostu posiadała ucznia, ale totalnie nie wiedziała, jak się z nim obchodzić. W jej zwykle obojętnych oczach można było zobaczyć duży, a nawet ogromny cień przerażenia. Co miała w tej chwili zrobić? Zacząć od pokazywania ziół i omawiania ich właściwości, czy może od pokazania terenów i gdzie można znaleźć przydatne roślinki? Była w tym zielona. Próbowała sobie przypomnieć swoje szkolenie, ale to było tak dawno, a ona sama była tak przerażona, że w tej chwili było jej ciężko cokolwiek pamiętać. Strzepnęła nerwowo uszami. Musiała coś zrobić, więc ruszyła w kierunku wyjścia, dając też tym samym znak do wymarszu dla swojego nowego podwładnego. Postanowiła się odstresować na świeżym powietrzu, a tym samym pokazać uczniowi nieco terenów, gdzie bytują niezbędne ziółka.

***duży skip, czasy teraźniejsze***

Dużo się ostatnio pozmieniało, co nie podobało się Mglistemu Snu. Tyle zmian niemal w jednym momencie. To nie było dobre. Powinna mieć wywalone, ale nie potrafiła. Już wcześniej zaczynała zbaczać z dokładnie obranego kursu, jednak teraz była tak daleko od celu, że powrót był niemal niemożliwy. Nic nie szło po jej myśli. Nie mogła nic planować, przez co ostatnio chodziła jeszcze bardziej wściekła niż zazwyczaj. Nic nie było w stanie jej zadowolić, a czas płynął. Płynął tak nieubłaganie, jakby w ogóle nie liczył się z żyjącymi tutaj istotami. Nim się obejrzy, wszyscy odejdą, a ona razem z nimi. Po zaginięciu Porannej Zorzy nic nie było takie samo. To na niej teraz spoczywał obowiązek ogarniania tego wszystkiego. Tych medycznych spraw czasem potrafiło być tak wiele, a jej głowa była coraz bardziej przemęczona. Czasem niemal czuła, jak w środku eksploduje. Ta presja była nieznośna. Jak Poranna Zorza to znosił? Tak bardzo za nim tęskniła... Brakowało jej tego gbura. Było tutaj bez niego tak pusto... W dodatku ten zostawił wszystko na jej głowie. Jak on mógł być aż tak bardzo samolubny? Była na niego wściekła jak na wszystkich ostatnio. Musiała dorosnąć. Wcześniej wydawało jej się, że to już dawno nastało. W końcu kierowała się słowami Imbira, jednak to nie było wszystko. Wtedy tak naprawdę jeszcze nic nie wiedziała o życiu. Czasem, jak patrzyła na Smutną Ciszę, która stała się jej asystentką, powoli zaczynała rozumieć jej smutne oczy, których ta czasem nie potrafiła ukryć. To życie było smutne... Siedziała na skraju legowiska, jak kiedyś, gdy jeszcze był z nią były mentor, co dodatkowo ją przytłaczało. Jednak teraz sama posiadała ucznia, z którym co prawda nie umiała do końca postępować, ale już wychodziło jej to lepiej niż kiedyś. Plus jeszcze był taki, że ten był jej podwładnym, ale na ostatnim zgromadzeniu medyków pokazał, że mógłby też robić za ochroniarza. Nie tak, że go potrzebowała, ale jednak zawsze lepiej jest mieć kogoś po swojej stronie. Tak na nagły przypadek. Podwójna korzyść. Zachciało jej się przejść. Nie przejmowała się, że jak na Porę Zielonych Liści było mało przyjemnie, chciała się stąd wyrwać, a to ona tu przecież dowodziła. W sumie teraz do głowy przyszedł jej pewien pomysł. Skoro tu dowodziła, znaczy, że mogłaby pomyśleć nieco o wystrojeniu jakoś wnętrza tego pnia. Byłoby znacznie przyjemniej... Coś będzie musiała wymyślić, jednak teraz zamierzała udać się ze swoim uczniem po zioła. Przypomniała sobie, że zleciła Drobnej Łapie posortowanie roślinek. Westchnęła. Trudno, razem dokończą to później, albo może Smutna Cisza się tym zajmie, gdy zobaczy rozwalone ziółka. Ciężko było stwierdzić. Wstała i udała się do wnętrza legowiska medyków.

- Młody, chodź idziemy - kątem oka lustrowała otoczenie, szukając asystentki, jednak jej nie znalazła. Gdzie znów ją wywiało? Według Mgiełki czasem ta się dziwnie zachowywała, ale gdyby tak spojrzeć, Mglisty Sen też nie była normalna. Spojrzała na Drobną Łapę, który do niej podszedł.

- Gdzie idziemy? Jeszcze nie skończyłem-

- I nie skończysz teraz. Potem zrobimy to razem, o ile Smutna Cisza nas nie uprzedzi. Idziemy po zioła. - odparła nieco obojętnie, co trochę ukłuło ją w serduszku. Nie wiedzieć czemu nie chciała być oschła dla dawnego Kaczorka. - Zaprowadź nas tam, gdzie rośnie duża ilość Trybuli - trochę milej dodała. W zasadzie zioło wybrała ot tak od niechcenia, po prostu musiała gdzieś pójść, a przy okazji sprawdzi wiedzę podwładnego. - A po drodze opowiedz mi o jej właściwościach. - Była pewna, że Drobna Łapa to wszystko wie, w końcu już jakiś czas uczył się u jej boku, jednak nie zaszkodzi, jak przypomni sobie tę wiedzę.


<Drobna Łapo? Wybacz za gniota i że to tak długo trwało... >

22 grudnia 2020

Od Mglistego Snu CD Jesionowego Wichru

Przez ten deszcz nie była w stanie ogarnąć razem z Poranną Zorzą chorych. Było ich tak wiele. Teraz również właśnie przyniosła kolejną porcję ziółek pacjentowi, który kichał i kaszlał. Martwiła ją ta sytuacja coraz bardziej, bo roślinek było coraz mniej, a przez powóź i pożar tereny klanu nocy były niemal puste, jeśli chodzi o roślinność. Westchnęła i wróciła do swoich obowiązków. 

- Hej? Jak tam? - usłyszała nagle głos Jesionowego Wichru. Spojrzała w jego stronę. Nie spodziewała się go. Gdy upewniła się, że pacjent przełknął leczniczą mieszankę, podeszła do kocura.

- Hej - lekko się uśmiechnęła - Wiesz... bywało lepiej. Legowisko medyków nam się lekko zalało - podniosła przemoczoną przednią łapę. - Wszędzie pełno wody, przez co musieliśmy powyrzucać trochę ziół, ale niestety nie możemy znaleźć nowych... - zmartwiona spojrzała w oczy zastępcy. Po co miała go oszukiwać, że jest dobrze? W końcu lider wraz z zastępcą powinni znać sytuację medyków. Przecież ci muszą mieć czym i jak leczyć koty, a teraz nie było do tego w ogóle warunków. - Staramy się zmieniać mech chorym tak często, jak to możliwe, ale niestety ten szybko na nowo przemaka. - westchnęła - Nie wiem na ile jeszcze starczy nam ziół ani czy chore koty, leżące w naszym legowisku jeszcze bardziej się nie przeziębią... - z rezygnacją spuściła głowę. W zamian usłyszała pełny zrozumienia pomruk zastępcy i jego słowa dotyczące tego, że powinien poinformować o tym Aroniową Gwiazdę. Miał rację. Lider powinien o tym wiedzieć, dlatego też w ogóle zdecydowała się na okazanie tego, że medycy sobie średnio radzą, a raczej radzą na swój sposób. 

- Dobrze byłoby też mieć dodatkowe łapy do na przykład zmieniania mchu u pacjentów. Wtedy razem z Poranną Zorzą mielibyśmy więcej czasu na podawanie leków i systematyczne sprawdzanie ich braków. Może też na dłuższe wyprawy po zioła, aczkolwiek powiem ci szczerze, że teraz po nie nie chodzę... - zawstydzona próbowała szukać jakby pomocy z zewnątrz. Jednak za dużo rzeczy jej się wymsknęło. Skuliła uszy. - tylko chodzi ten gbur - dodała już szeptem, a widząc pytający wzrok wojownika, poczuła się nieco dziwnie. 

- B-bo ja... Nie umiem... - Próbowała się uspokoić, ale to było ponad jej siły. Czuła się taka bezsilna i mała. W końcu to jak się czegoś nie umie, to słabość, nie? - Nie umiem... pływać... - wreszcie wydusiła to z siebie i bojąc się spojrzeć na Jesiona, postanowiła zadać dość dziwne pytanie. - Nauczyłbyś mnie? - zawstydzona cofnęła się jeszcze trochę. Nie ukrywała też grymasu na pyszczku, związanego z przebywaniem w tej mokrej cieczy. Pomimo tego, że zazwyczaj była obojętna z zewnątrz, teraz nie umiała. Bała się tego, że powinna posiąść tę czynność już dawno, a teraz zastępca może będzie na nią zły. W dodatku czemu akurat jego o to poprosiła? Może dlatego, że był zastępcą, a nie zwykłym wojownikiem, więc analogicznie powinien być bardziej odpowiedzialny i godny zaufania, nie? Westchnęła z irytacją swoją osobą. W zasadzie to sama nie wiedziała, czemu nie posiadła tak ważnej umiejętności w klanie nocy. Może coś umknęło Porannej Zorzy? Co za gbur! Teraz przez niego musiała tak się spalać ze wstydu! Była pewna, że wieczorem, jak ten po całym dniu pracy będzie szedł na swój nocny odpoczynek, wszystko mu wypomni. O tak, to będzie idealna chwila. Niech poczuje ten gniew Mgiełki! Tymczasem wróciła myślami do obecnej sytuacji, czekając na odpowiedź kocura.


<Jesion? Co ty na to? xD>

17 grudnia 2020

Od Mglistego Snu CD Smutnej Ciszy

Mgiełki głowę niemal cały czas zaprzątały myśli o niedawno przyjętych do klanu kotkach. Podziwiała decyzję Aroniowej Gwiazdy i jego odwagę. W dodatku nie mogłaby o nich zapomnieć, gdy cały czas musiała doglądać poparzonej w pożarze Ćmiej Łapy. Oprócz tego ta starsza teraz zwana Smutną Ciszą nadwyrężała cierpliwość asystentki medyka, gdyż bardzo często prosiła o pajęczynę. Po co jej ona? Początkowo myślała, że może to dla tej małej białej, ale z czasem widząc owinięte białą nicią łapy Smutnej Ciszy, nawet się tak nie łudziła. W zasadzie potem odpuściła ze swoją ciekawością, ale ta cały czas wracała. Do tego cień nie mógł przestać o niej ględzić. Gadał o niej non stop palant jeden. Przez niego nawet nie mogła się na niczym innym skupić, tylko myślała, co knują te dwie przybłędy. Musiały coś knuć, w końcu nie każdy kot zużywa tygodniowo kilogramy pajęczyny bez żadnego wyraźnego powodu. Dla ozdoby ot co. Gdy kotka podsłuchiwała nieraz rozmowy między członkami klanu, dowiadywała się ich zdania na ten temat. Nie podobało im się to zbytnio i obrzucali nowe zbyt dużą ilością niemiłych spojrzeń. Niemal czasem miała wrażenie, że ich wzrok pochłania kotki i prześwietla na wylot. Poczuła dreszcz na samą myśl o tym. Sama nie chciałaby być tak traktowana. Pomimo jednak swojej obojętności, coś kłuło ją w serduszku. Coś w rodzaju współczucia?... W końcu to musi być straszne, nie móc wrócić do swojego rodzinnego klanu. Nie! Mgiełka nie czuje żadnego współczucia! Zamachała głową i wyszła z legowiska medyka. Odruchowo skierowała się w stronę legowiska starszyzny. Nie wiedziała czemu. Ot tak z ciekawości. Powiedziała Porannej Zorzy, że niedługo wróci i zbyła pytanie o powód wyjścia. W końcu nie był już jej mentorem!

Gdy znalazła się przy wejściu do legowiska, w jego głębi zobaczyła skuloną Smutną Ciszę. Nie wiedziała, co zrobić. Podejść, czy może zostawić w spokoju? W końcu jak reszta klanowiczów mówiła, ta osobniczka była dziwna, ale tym samym przyciągała Mgiełkę. Musiała się czegoś o niej dowiedzieć i między innymi czemu regularnie opróżniała zapasy pajęczyny medyków. W dodatku poczuła lekkie ukłucie w serduszku. Oho budziła się dawna Mgiełka. Ta dawna Mgiełka właśnie wpychała ją do legowiska. Przeklęła w myślach i delikatnie weszła do środka. Po chwili wzrok tej nowej podniósł się i zawiesił na medyczce. Mgiełka poczuła się odrobinę nieswojo. Przełknęła głośno ślinę. No idź, przecież się nie boisz, jesteś silna - starała się dodać sobie otuchy. W zasadzie co miała powiedzieć? Po prostu naruszyła prywatność tej osobniczki. Westchnęła i zbywając wszystkie myśli, lekko chwiejnym krokiem podeszła. Jakaś jej część chciała sprawić, by te łzy zniknęły z pyszczka kotki, ale to była ta słabsza część. Jej to nie pokaże, a szczególnie kotce z obcego klanu. Usiadła niedaleko bez słowa. Co miała mówić? Było jej głupio...

-H-hej... - odparła, lekko się jąkając. Dawno tego nie robiła, co świadczyło tylko o buzujących w niej emocjach. Chciała się ich pozbyć, jednak po prostu nie potrafiła. Spojrzała lekko zdenerwowana na Smutną Ciszę, która nadal trwała w milczeniu. Westchnęła i podeszła bliżej, po czym jak gdyby nic położyła swoją łapę na jej łapie. Nie wiedziała, co ją tknęło, ale potem w myślach tego pożałowała. Nie dość, że naruszyła prywatność kotki, to jeszcze jej przestrzeń osobistą. W środku bała się jej reakcji, ale na zewnątrz tego nie okazywała. Nauczyła się już tego nie robić. Spojrzała w oczy Smutnej Ciszy i zobaczyła w nich cierpienie. Poczuła kolejne ukłucie w serduszku, więc zamknęła oczy. Nie wiedziała, ile zamierza trwać w tej pozycji, jednak teraz za bardzo się bała, żeby cokolwiek zmienić. Po prostu siedziała koło kotki ze swoją łapą na jej łapie...


<Smutna Cisza? ^^>

15 grudnia 2020

Od Mglistego Snu

Deszcz padał. Ciągle padał i nie chciał przestać. Ziółka się moczyły, a nie było możliwości pozbierać ich nowych. Mgiełka obawiała się o Porę Nagich Drzew. Siedziała na skraju legowiska medyków. Milczała i myślała. O czym? Sama nie wiedziała. Od czasu do czasu koło niej przemknął cień. Ignorowała go. Niech sobie będzie, jak musi. Krople deszczu raz po raz spadały przed jej pyszczkiem. Niebo płakało, czy to Klan Gwiazd? Może opłakiwali poległych w pożarze... Aż tak bardzo... Co chwilę tworzyły się nowe i głębokie kałuże w obozie. Była ciekawa, kiedy się to wszystko skończy i łzy Klanu Gwiazd czy też nieba zaleją Klan Nocy. Westchnęła, a jej uszy zarejestrowały dźwięk krzątającego się Porannej Zorzy. Zapewne wciąż starał się uratować część roślinek. Po co? Przecież i tak zamokną... Skuliła uszy. Dzisiaj miało też odbyć się zgromadzenie. Nie miała na nie siły. Dziwne Mglisty Sen była znów bezsilna. Tylko częściowo. To cisza przed burzą - powtarzała sobie w myślach asystentka medyka. Na chwilę jej wzrok skupił się na wojownikach i uczniach, którzy przemieszczali się w obozie. Niedawno też do ich klanu zawitała dawna medyczka klanu burzy, niejaka Konwalia razem z jakąś znajdką, którą to na nieszczęście czarno-białej musiała się zajmować. Nie miała nic przeciwko, ale skąd wiedzieć, czy te kotki ich nie zdradzą? W dodatku ta mała wkurzała swoją osobowością Mgiełkę. Nic nie mówiła. Nigdy. Westchnęła. Jednak mimo to ciekawiło ją, dlaczego Konwalia została wyrzucona z klanu. Ot ciekawość. Ta kotka ją ciekawiła. Wydawała jej się smutna, chyba tak trochę... Ciężko było stwierdzić, w dodatku cień zaczął o niej ględzić coraz częściej. Chciała ją poznać, ale... nie miała odwagi? Ona? Mglisty Sen medyczka nie miała odwagi? Pff niedoczekanie. Ociężale wstała i skierowała się do wnętrza legowiska, choć trochę pomóc gburowi, mimo że te czynności nie miały dla niej kompletnie sensu. Tak wypadało. Chyba.

***wieczór zgromadzenia***

Wojownicy, uczniowie i Poranna Zorza zbierali się przed wyjściem z obozu. Ona nie miała ochoty, siły ani psychicznych możliwości. Była już pewna, że nie pójdzie na zgromadzenie, jednak nie chciała o tym nikomu mówić. W końcu powinna iść. Czy jak nie pójdzie, Gwiezdni się na nią obrażą? Miała nadzieję, że nie... Zamknęła oczy i delikatnie, ignorując wzrok byłego mentora, wycofała się w głąb legowiska medyka. Może zrozumie? A co jak nie? Teraz żałowała, że nie ma jakiegoś tylnego wyjścia z legowiska. Przydałoby się na przykład podczas ewakuacji chorych! W dodatku teraz również. Chciała zapaść się pod ziemię. Może powinna ten pomysł komuś podsunąć? Dobra myśl... Wróciła myślami do obecnej sytuacji. Wstrzymała oddech. 

~ Co ty robisz pokrako? ~ usłyszała głos cienia. 

- Spadaj - rzekła szeptem, aby nikt niepożądany przypadkiem jej nie usłyszał. 

~ Po moim trupie ~ zaśmiał się tym swoim przerażającym grubym głosem. Doprawdy jak w takim małym objętościowo ciałku mieścił się taki głos. ~ Po prostu jestem potężny ~ odparł jak gdyby nic. Zapomniała, że ten wie, co myśli. Głąb jeden. Westchnęła i postanowiła wyjrzeć poza legowisko, czy już wszyscy ruszyli. Miała racje. Nikogo już nie było. To była jej szansa. Delikatnie stawiając łapy, opuściła miejsce swego bytowania i udała się w stronę wyjścia. Gdy była już poza obozem ruszyła biegiem w stronę lasu. Omijała zalane tereny, przez co mogła dłużej rozprostowywać łapy. Tylko po co? Sama nie wiedziała. Po prostu potrzebowała samotności. A może i nie?... Może właśnie jej nie chciała i tak odreagowywała emocje, których przecież nie czuje?... Jaki to ma wszystko sens? Jej myśli go nie posiadają. Biegła dalej, czuła ten wiatr, czuła jak krople spadają pojedynczo na jej już zmoknięte futro. Czasem przysłaniały jej widok, mieszając się z łzami, przez co nie było widać, że płacze. Płakała, ale nie chciała tego przyznać. Czuła się taka bezsilna, ale przecież była pełna mocy. Była silna. Ona. Była. Silna. To tylko chwilowa słabość... Przebłyski dawnej Mgiełki, która niestety jeszcze przeżyła. Trzeba było ją zabić. Pozbyć się jej raz na zawsze. Tylko jak? Jak pozbyć się części siebie, nie raniąc tym samym tej drugiej? Czy się dało? Nie chciała teraz o tym myśleć. Ważne było tylko to, aby się nie zatrzymała. Nagle pośliznęła się i wpadła w dużą kałużę, boleśnie upadając na lewy bok. Pisnęła. Nie miała siły się podnieść. Leżała w tej kałuży i płakała. Krzyczała z bólu, wewnętrznego bólu, który wysysał z niej życie. Co było z nią nie tak? No co? Dlaczego?... Starała się zbywać uwagi cienia, który próbował po raz kolejny wmówić jej, że to po prostu ona i wszystko jest z nią nie tak. Wypominał wszystkie sytuacje, za które Mgiełka się winiła. On po to właśnie był. By ją zniszczyć...

***

Przemoknięta wróciła do obozu, po czym od razu skierowała się do legowiska. Inne koty jeszcze nie zdołały wrócić ze zgromadzenia. Była tutaj na plus. Mogła się ogarnąć, zanim powróci Poranna Zorza. Nie mógł jej widzieć w takim stanie. Nikt nie mógł. Udała się w głębszą część legowiska do izby, w której spali medycy. Musiała to wszystko z siebie zmyć. Tę słabość i bez moc razem z brudem kałuży, znajdującym się na jej czarno-białym futrze.

11 grudnia 2020

Od Mglistego Snu CD Kaczej Łapy (Drobnej Łapy)

Po pożarze nastąpił deszcz. Dużo deszczu. Za dużo. Woda pozalewała dużą ilość terenów, a w samym obozie klanu nocy było jej niemało. Jednak za takim obrotem sytuacji idzie to, że medycy musieli znów posegregować zioła. Tym razem chodziło o to, że część ich zapasów była po prostu niezdatna do użycia. Niektóre roślinki nadawały się po niewielkim przemoknięciu do wysuszenia, jednak większość niestety była doszczętnie zalana, a co za tym szło, zaczęłyby gnić. Medycy nie mogli sobie na to pozwolić i właśnie dlatego musieli te zalane wyrzucić. Mgiełce nie podobało się to w ogóle, bo zbliżała się Pora Opadających Liści, a tereny były pozalewane, więc nowych ziółek za szybko się nie znajdzie. Możliwość też była taka, że uzdrowiciele nie zdążą przed Porą Nagich Drzew uzupełnić zapasów. Było to dosyć groźne, bo jednak ta zimna pora wiązała się z dużą ilością zachorowań wśród klanowiczów. Właśnie wynosiła z legowiska kolejną partię niezdatnych do użycia ziół, gdy napotkała na swej drodze Kaczorka, już Drobną Łapę. Swego czasu zastanawiała się, jak to jest zmienić pierwotny człon imienia, ale szybko jej te myśli uleciały. Podobało jej się swoje imię i nie zamierzała go zmieniać, więc po co jej to wiedzieć? W końcu miała być obojętna na inne koty, co znaczy, że ma nie interesować się tym, jak rudy kocurek się z tym czuje. Położyła ziółka koło siebie i spojrzała na rudego z zainteresowaniem. Co młodego do niej przygnało? W sumie on nie był wiele młodszy od czarno-białej, ale skoro mogła, to nie zaszkodzi się tym trochę w myślach poszczycić nie?

- Przyniosłem ci mysz. Sam złapałem. - Mgiełka aż uśmiechnęła się na ten gest. Zrobiło jej się odrobinkę ciepło w środku. To było miłe, jednak nie mogła tego pokazać. Chciała już podziękować, gdy znów odezwał się Drobna Łapa. Wydawał się kotce aż zbyt poważny jak na członka duetu chaosu. Podniosła jedną brew z jeszcze większym zainteresowaniem niż wcześniej.

- Chciałbym się od ciebie uczyć. I nie chodzi mi o dodatkowe lekcje. Jeśli się zgodzisz, to pójdę do Aroniowej Gwiazdy po zgodę na zostanie twoim uczniem. Nie chce być wojownikiem. To nie jest dla mnie. Zbyt duże wymagania, ciągle ta sama rutyna. Chciałbym robić coś ciekawszego i przy okazji nie przynosić jedynie rozczarowania. - uderzył ogonem o podłoże. - No i lubię zioła. Bardzo lubię. Mam dobrą pamięć! Same zalety, prawda? - Mgiełkę aż wmurowało. No tego to się kompletnie nie spodziewała. Zatkało ją. Z wrażenia aż usiadła. Poczuła lekką wilgoć na futrze. Z wrażenia zapomniała, że przecież legowisko medyka też jest przynajmniej w tej głównej części namoknięte. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Widziała strach w oczach towarzysza. Wzbudził on w niej dziwne emocje. Nie chciała, by się bał. Co miała robić? Do tej pory pamiętała, jak razem z Malinką porozwalali roślinki w legowisku medyków. Czy był dobrym kandydatem? Zamknęła oczy. Jej wyraz pyszczka też zmienił się na poważniejszy. Po chwili jednak uśmiechnęła się. Kocurek chciał się od niej uczyć. Od niej, nie od Porannej Zorzy. Chyba?... Poczuła się lekko lepiej, ale jednak nadal była niepewna swoich umiejętności. Tak w głębi siebie bała się mieć ucznia, bo bała się, że nie będzie w stanie go czegoś nauczyć. Nie wiedziała, jak to się robi i to ją przerażało. Bała się w głębi, tak bardzo się bała zmian. Nie mogła tego pokazać. Otworzyła oczy i z lekkim wzruszeniem pokiwała twierdząco głową. Nie mogła się rozkleić. Sama nie wiedziała, czemu chciało jej się płakać. Jej emocje były tak bardzo niezrozumiałe. Serce chciało wyskoczyć z jej klatki piersiowej, ale teraz pierwszy raz poczuła, że jest naprawdę dumna z tego, że jest medyczką. W końcu znała rudego, więc raczej nie będzie aż tak źle. Przynajmniej nie musi uczyć jakiegoś "obcego" kota. Mogła czuć się swobodniej. Jednak mimo uczuć, które miała, musiała pozostać opanowana. W jednej chwili uświadomiła sobie, że Drobna Łapa ma cały czas wbity w nią wzrok. Zrobiło jej się głupio i bała się, żeby to, co czuła, nie ujrzało światła dnia.

- Nie patrz się tak, kiedy oczy mi się pocą. - to było jedyne, co jej w tej chwili wpadło do głowy. Przecież nie powie, że ma łzy w oczach, nie? To była słabość. - T-to rzadka przy-ypadłość i-i... - zaczęła się plątać. Coś musiała wymyślić. Nerwowo zaczęła oglądać się po otoczeniu, szukając czegoś w rodzaju pomocy. - Nie powinno cię to interesować. Idź do Aroniowej Gwiazdy. - rzekła opanowanym głosem, najbardziej jak była w stanie i wzięła w pyszczek te ziółka, które miała iść wyrzucić.


<Drobna Łapo?>

28 listopada 2020

Od Mglistego Snu

Jej były mentor właśnie zajmował się Wężowym Pyskiem z wyczerpaniem. Twierdził, że sobie sam poradzi, gbur. Coraz częściej tej Pory Zielonych Liści Mgiełka czuła się odtrącana od leczenia innych kotów. Nie podobało się jej to, ale co mogła zrobić? Mimo że awansowała na stanowisko asystenta medyka, to nadal właśnie była tym asystentem. W legowisku rządził Poranna Zorza. Ciekawiło ją, czy to nadal przez incydent z kocimiętką. Przecież już odpokutowała swoje! Dawno! Układała właśnie zebrane niedawno zioła. Musieli teraz pouzupełniać zapasy, bo niedługo miała przyjść Pora Opadających Liści. Wyrzucała roślinki, które miały się już nie przydać, a dokładała te nowo zebrane. Westchnęła i przetarła oczy. Czuła się nieco zmęczona, mimo że nie miała za bardzo czym. Po prostu tak było i już. Nagle jej uszy zarejestrowały dźwięk wchodzenia do legowiska medyka. Wyjrzała ze składziku i jej oczom ukazała się kaszląca Wrzosowa Polana. Od razu do niej podeszła i nakazała usiąść na posłanie. W tej chwili przybył Poranna Zorza, zmierzył wzrokiem dawną uczennicę i nakazał się odsunąć. Co za gbur! Nie wolno tak traktować Mgiełki! Nie jej! Wściekła spojrzała na niego, a jej lewa powieka zaczęła drgać. Zacisnęła zęby. Nie będzie robić scen dawnemu mentorowi przy pacjentach, potem się tym zajmie. Jej wzrok powędrował za Wężowym Pyskiem. Poranna Zorza skończył już z poprzednim pacjentem, więc zajął się następnym, zamiast przekazać to zadanie kotce. Pff. 

- Mglisty Śnie przynieś mi wrotycz marunę, kocimiętkę, lubczyk z floksem i wrotycz. Najlepiej weź, je zmieszaj i rozdrobnij, a nie jak zawsze. - Co. On. Jej. Się. Tak. Czepia? Jakim prawem?! 

- Perfekcjonista się znalazł - Mgiełka prychnęła na kocura i z morderczym wzrokiem odeszła. Nie będzie jej tu dziad rozkazywał. Mimo to postanowiła się go posłuchać. Może faktycznie to ułatwiłoby przełykanie? Nie zastanawiała się nad tym nigdy, jednak racji płowemu nie przyzna. Po jej trupie. Szczególnie kiedy ten coś do niej ewidentnie ma i nie mogą się dogadać. Wzięła potrzebne roślinki i wróciła do pacjentki wraz z o zgrozo Poranną Zorzą. Rozdrobnione ziółka położyła na liściu przed Wrzosową Polaną, a do ich legowiska akurat wszedł kolejny pacjent. Był nim Iskrzący Krok. Co dzisiaj za zbiegowisko u medyków. Szybko, zanim były mentor zdążyłby, powiedzieć "mysz", podbiegła do pacjenta. Po krótkim wywiadzie stwierdziła, że cierpi na wyczerpanie. Już dzisiaj drugie. Co im wszystkim się zadziało? Mimo to poszła po potrzebne ziółka i po drodze napotkała wkurzony wzrok medyka. Uśmiechnęła się wrednie i wróciła do swojej pracy. Nareszcie coś innego niż układanie ziół i ich przynoszenie. Czuła się, choć troszkę poniekąd spełniona. Wygrała tę rundę z Poranną Zorzą.

***pożar był***

Siedziała. Milczała. Patrzyła przed siebie. Nie miała ani jednej łzy w oczach. Mieliście tak kiedyś, że czuliście tyle emocji na raz, że nie potrafiliście okazać żadnej z nich? Tak właśnie miała Mgiełka. W środku niej buzowały przeróżne stany emocjonalne, jednak na zewnątrz była niczym z kamienia. Wszyscy wspominali poległych w pożarze w tym Poziomkowy Blask - jej ojca, a ona nic. Patrzyła się na jego zwęglone ciało. Nie czuła nic albo czuła wszystko. Sama nie wiedziała. To było okropne, bo powinna coś czuć, natomiast ona tylko potrafiła siedzieć. W tle słyszała obelgi idące z pyszczka jej mamy w stronę Aroniowej Gwiazdy. Była bardzo zrozpaczona. Natomiast Mglisty Sen nie czuła nic. Ona przynajmniej się wychowywała z ojcem, ale jej młodsze tfu rodzeństwo już tego przywileju mieć nie będzie. Poczuła ukłucie żalu, gdy lider odszedł od ciała syna tylko przez jej matkę. Czemu w ogóle zwróciła na to uwagę? Nie wiedziała, ale podejrzewała, że, dlatego że ta sytuacja przypominała jej obelgi idące od cienia. Pamiętała, jak się poczuła, jednak o liderze tego mówić nie można. Po prostu ot tak odszedł. Westchnęła i spojrzała na niebo. Możliwe, że jej tata teraz tam jest. Jest tam, gdzie pewnej nocy pokazywał jej gwiazdy. Znów poczuła kolejne ukłucie. Nie może pozwolić sobie na kolejne paranoje emocjonalne. Ostatni raz spojrzała na Poziomkowy Blask. Nie wiedziała, co ma sobie wyobrażać, o czym myśleć. Nie chciała myśleć, ale jak najszybciej się stąd ulotnić. Przeżyć żałobę, ale niestety nie zamierzała sobie na to pozwolić. Musiała być twarda i silna. Wstała i skierowała się w stronę lasu. Musiała pobyć sama. Rzuciła jeszcze matce mordercze spojrzenie, w końcu to ona rzucała obelgami w stronę Aroniowej Gwiazdy. Nie ukrywała tego wszystkiego, co miała w sobie, jak Mgiełka. Poczuła dla niej pogardę. Mglisty Sen była od niej silniejsza. Odeszła.

***

Szła już kolejne uderzenia serca. Szła przed siebie bez wyższego celu. Szła po prostu, by iść. Nie czuła nic. Jej łapy rytmicznie uderzały o ziemię. Oddech równomiernie wychodził z płuc. Spojrzała w stronę kolejnych drzew. Było ich tak wiele. Czy drzewa i rośliny czuły? Raczej nie, a co jeśli jednak tak, tylko koty o tym nie wiedzą? Zamknęła oczy. Zatrzymała się. Nie może tak myśleć, ale o czym innym miała myśleć? Postanowiła wejść na jedno z tych drzew. Ot tak po prostu pod wpływem impulsu. Czuła, jak jej pazury wbijają się w korę drzewa. Przypominało to, jak w jej serduszko ktoś cały czas wbijał takie właśnie pazury. Teraz stała się na to odporna. Nie można jej zranić, ale wyobraziła sobie tą małą strachliwą, bezbronną i wrażliwą Mgiełkę. Była taka naiwna. Była inna, była kochana. Ta Mgiełka taka nie jest. Poczuła łezkę, która spłynęła samotnie po jej policzku. Wdrapała się na drugą gałąź, a wtedy już takich łez było więcej. Nie wiedziała, czemu płacze, przecież nic nie czuje. Mgiełka nic nie czuje. Czuła, ale sama nie wiedziała co. Teraz jej już nikt nie zachce. Jest bezuczuciową medyczką, która tylko potrafi się złościć. Nikt nawet po niej by łzy nie uronił. Westchnęła i starła łapką swoje łezki. Przypominały jej o dawnej sobie. Płakała w kociarni. Imbir mówił, by dorosła i tak się stało. Dorosła i jest teraz częścią tego chorego świata. Nie chciała, by tak było, jednak już nie miała na to wpływu. Skuliła uszy, po czym położyła się na gałęzi. Nie chciała teraz wracać do obozu. Jeszcze nie teraz. Musiała być sama.

Wyleczeni: Wężowy Pysk, Wrzosowa Polana, Iskrzący Krok

25 listopada 2020

Od Mglistego Snu CD Kaczej Łapy

Poranna Zorza zdecydował, że sam zajmie się Borsuczym Warkotem, zlecając jej sortowanie ziół. Pff, co za gbur. Chciała leczyć koty, a nie wiecznie sortować zioła. Chociaż fakt jest taki, że lubiła to robić, ale przecież prawdziwe medykowanie skupiało się na leczeniu kotów. Westchnęła. Może chodziło o to, że ten był wściekły za wybryk z kocimiętką? Być może... Przewróciła oczami. To przecież nie była jej wina! No może trochę... ale TYLKO TROCHĘ, a ten gbur się jej uczepił. Pacan jeden. Jednak była pewna, że bez tego pacana nie dałaby rady sama tutaj wytrwać. Przyzwyczaiła się do jego... pacanowatej obecności. Lekko dumna z tego, że wymyśliła własne słowo określające jej byłego mentora, usłyszała kroki. Postanowiła zachować pozory niewzruszoności. Może pacanowata obecność przyszła po ziółka dla wojownika? 

- Heeeej, Mglisty Śnie! - miauknął na powitanie Kaczorek. Poruszył wąsikami, przyglądając się teraz z bliska ziołom. - Jak ty spamiętujesz te wszystkie nazwy, ich jest pełno! - Nie powiem Mgiełka była nieco zaskoczona wizytą rudego. Dawno ze sobą nie rozmawiali, toteż zupełnie nie spodziewała się usłyszeć jego głosu. Spojrzała na niego. W zasadzie nie zastanawiała się, jak ona to wszystko pamięta. Po prostu tak jest.

- Hej Kaczorku - zmusiła swoje mięśnie na pyszczku do uśmiechu. - Nie spodziewałam się ciebie. Wiesz... sama nie wiem, tak jakoś. Jak przez całe uczniowskie życie wpajają ci nazwy przeróżnych ziółek i każą chodzić na ich zbieranie, to samo jakoś wchodzi. - Nie była zbyt zadowolona z odpowiedzi, ale jej umysł nie był w stanie niczego innego teraz wymyślić. Zobaczyła zamyśloną minę kocurka. 

- A jak ci idzie na treningu? 

- Borsuczy Warkot często się denerwuje, jak czegoś nie potrafię zrobić. 

- To twój mentor? - Mglisty Sen aż zaprzestała czynności, którą była tak pochłonięta. Teraz uświadomiła sobie, że znała kocurka od kociaka, ale nawet nie wiedziała, jakiego ma mentora. No proszę, mogła sobie postawić wielkiego minusa w jej interakcji ze społeczeństwem. Widać nie była stworzona do dużego towarzystwa. Do jakiegokolwiek towarzystwa, nie oszukujmy się. Westchnęła i wróciła do segregowania ziółek.

- Tak, przegrzał się i będę miał z czego się śmiać na treningu. 

- Doprawdy? Odważny jesteś - poruszyła z rozbawieniem wąsami. Mgiełka podziwiała to, że odezwała się w ten sposób. Rzadko kiedy mówiła do innych inaczej niż obojętnie. Jednak Kaczorka znała już od dawna, może to o to chodzi? Nie chciała się w to zagłębiać. 

- A do czego służy to? - kocurek wskazał łapką na roślinę o dużych liściach i małych białych kwiatkach. 

- To trybula, stosuje się ją na zainfekowane rany i bóle brzucha. - pomachał twierdząco głową.

- A to? - tym razem wskazał na małe białe kwiatki z żółtymi środkami.

- Rumianek, on jest na wzmocnienie. - Zdziwiło ją to, ale Kaczorek jej nie przeszkadzał. Po prostu jego byt wypełniał jakoś to pomieszczenie, przynajmniej nie była sama. Przeważnie jej to nie przeszkadzało, jednak teraz spodobało jej się odpowiadanie na pytania rudego. Nagle do głowy zaświtała jej myśl. Przypomniała sobie, że ostatnio myślała, jak to jest szkolić się na wojownika. 

- A ciężkie są treningi na wojownika? Bo wiesz, ja nigdy nie próbowałam... - układała nadal ziółka i czekała, aż ktoś wreszcie odpowie na jej pytanie.

<Kaczorek? ^^>

22 listopada 2020

Od Mglistego Snu CD Jesionowego Wichru

Oba koty szły w milczeniu. Ta cisza była taka uciążliwa dla Mgiełki, jednak nie wiedziała, co ma powiedzieć. Wiedziała, że siedliska dwunożnych nie należą do bezpiecznych, mimo to kocimiętka nazbierana być musiała. Szli przez świeże trawy, a nozdrza kotki zachwycały się tą wonią. Czuła, jakby wszystkie jej zmysły tańczyły w rytm granej przez świerszcze melodii. Słońce natomiast przyjemnie ogrzewało jej grzbiet. Radośnie poruszyła wąsami. Jednak to uczucie nie trwało zbyt długo, bowiem ona wraz z zastępcą Aroniowej Gwiazdy dotarli już na miejsce. Stali przed drewnianym ogrodzeniem. Była zaniepokojona, ale tego nie okazywała. To słabość. Spojrzała na towarzysza. Wydawał się być lekko zdenerwowany.

- Jeśli chcesz, możesz na mnie tu poczekać.

- Nie, idę z tobą. - rzucił Jesionowy Wicher i jako pierwszy przeskoczył między belkami. Mgiełka poszła w jego ślady i po chwili oba koty znajdowały się po drugiej stronie ogrodzenia. Rozglądnęła się. Dwunożni posiadali towarzyszy w postaci dużych zwierząt. Mgiełka, widząc futro jednego z nich, omal nie parsknęła śmiechem, przez co napotkała zirytowany wzrok kocura. 

- Widzisz te jego futro? Niczym chmury na niebie. Dziwny osobnik... - rzuciła i nawet nie czekając na odpowiedź, ruszyła w kierunku roślinek dwunożnych istot bez futra. Przystanęła dopiero przy ziemi, w której rosły. Zaniuchała i poszła do najbliższej kępki kocimiętki. 

- To ta - odparła z lekkim uśmiechem. W końcu dotarli do tego, czego potrzebowali, a jeszcze żyli. Znaczy, jest połowa sukcesu. - Widzisz, jeszcze żyjemy. - obojętnie powiedziała do kocura. Nie chciała już tej ciszy.

- Nie chwal dnia przed zachodem słońca. - zbyła tę wypowiedź milczeniem. Fakt, kocur miał racje. Jeszcze mogło się coś zdarzyć, ale czarno-biała nie chciała dopuścić do siebie takiej myśli. Chociaż jakby się tak zastanowić, miała nadzieję, że trafiłaby do Klanu Gwiazd, a tam przecież nie jest źle i mogłaby dawać innym medykom sny, a nie tylko je odbierać. Poza tym poznałaby ten ubóstwiany przez nią zespół kotów i uwolniłaby się od cienia. Same plusy.

- Dobra tyle wystarczy - Powiedziała do kocura, gdy zobaczyła, że są w posiadaniu tylu roślinek, ile właśnie potrzebowali. No mniej więcej. Wzięła zdobycze do pyszczka, a zastępca uczynił to samo, gdy jej uszy zarejestrowały dźwięk. Dziwny dźwięk. Jakby coś uderzało w drugie coś. Co? Sama nie wiedziała, co myślała. Mimo to w pewien sposób się nie myliła. Po chwili ujrzała jednego z tych dwunogów, opuszczającego właśnie swój obóz. Z przerażeniem spojrzała na towarzysza i zobaczyła w jego oczach podobne uczucie. Od dawna się tak nie bała, a jej strach jeszcze bardziej się rozmnożył, gdy spostrzegła kątem oka, że ten idzie w stronę kotów. Zmroziło ją. Nie wiedziała, co robić i gorączkowo lustrowała okolicę. Ponownie spojrzała na kocura, tym razem wzrokiem "no weź, coś zrób". Nie interesowało ją, że to ona chciała tu przyjść, ale to, że Jesionowy Wicher to zastępca lidera, więc do jego obowiązków należy ochrona członków klanu. W sumie tak samo, jak Mglistego Snu, ale to przecież coś innego, nie? W każdym razie swe nadzieje na przeżycie pokładała w ojcu klanowego duetu chaosu. Niech się trochę nagłówkuje i coś wymyśli.

<Jesion? Weź coś wymyśl i uratuj medyczkę xD>

21 listopada 2020

Od Mglistego Snu

***po zgromadzeniu***

Nigdy nie widziała tego stworzenia, zwanego psem, jednak miała przeczucie, że jest przerażający i niekoniecznie chce znać jego wygląd. Ta sytuacja wręcz napawała ją wściekłością. Czuła, też, że ta emocja, która cechuje ofiary, ją przepełnia. Była przerażona. Krew zamarzała jej w żyłach. Chciała pokazać temu psu, kto tu rządzi, ale była zbyt przerażona. Nagle jej żółte oczy zarejestrowały wysokie coś, co przypominało uschniętą trawę spiętą ze sobą. To była jej szansa. Ponownie za sobą usłyszała już dobrze znane jej tego dnia warczenie. Skuliła uszy. Kim był ten osobnik, by tak do niej się wyrażać?! Pchnięta mgiełkową złością, obróciła się w jego stronę. Teraz mogła dostrzec jego majestat. Był trzy razy od niej wyższy i miał czarne ubarwienie. Co za typ, żeby uważać się za lepszego, tylko dlatego, że jest wyższy i posiada całe czarne futro w przeciwieństwie do Mgiełki! Przełknęła gulę w gardle i przybrała wściekłą minę. - Z-za kogo ty sie uwasasz gupku? - niewyraźnie mówiła przez roślinki w pyszczku, ale miała nadzieję, że to nie obniży jej poczucia wściekłości i sprawiedliwości. Ten pies to jakiś dziwny był! Już nie lubiła tej jego pychy. Lisi bobek jeden z choinki się urwał. Spojrzała na niego wyzywającym wzrokiem i w głębi miała nadzieję, że tego nie pożałuje. W końcu to był pies, a ona była kotem. Tylko kotem albo aż kotem. Była już medyczką, a nie jakimś tam kociakiem. Miała odwagę i była silna. Musiała być i właśnie to będzie pokazywać innym, w tym temu draniowi. Syknęła i najeżyła się. Nie wiedziała, co chciała uzyskać, ale to na pewno nie było to, co potem się stało. Pies chapnął szczękami tuż przed jej pyszczkiem, po czym zaczął znów szczekać. Teraz oblały Mgiełkę zimne poty. Jej wściekłość ją kiedyś zgubi i miała nadzieję, że to nie jest to "kiedyś". W jednej chwili tyłem zaczęła się powoli cofać. Nie wiedziała, co robić. Musiała uciekać, tego była pewna. A jak bestia ją dopadnie? To przynajmniej zginie, ratując własny zad, a nie stojąc i czekając na ostateczność. Rzuciła się biegiem przed siebie. Czuła ciepły oddech psa na swoich plecach, a jego poszczekiwania wypełniały jej uszy. Jej zmęczone już łapy uginały się, a niezrównoważony oddech był jeszcze bardziej utrudniony przez zioła, znajdujące się w jej pyszczku. Mimo to wszystko wiedziała, że musiała dać radę, inaczej zginie. Biegła, a za nią pies. Biegli razem. Straciła już z oczu swoją szansę w postaci wysokiego czegoś, więc pozostało jej uciekać do ogrodzenia i cudem się wydostać poza nie. Miała nadzieję, że ten koślawy osobnik nie umie się wspinać ani przeskakiwać między belkami. Był za wielki. Nie umiał. Przynajmniej tyle. Dobiegła do drewnianego ogrodzenia i szybkim ruchem przeskoczyła przez drewniane belki. Jednak przy skoku zahaczyła się o coś i upadła już po drugiej stronie. Poczuła ciepłą ciecz na swojej łapie, jednak nie to teraz było najważniejsze. Musiała jak najszybciej dotrzeć do obozu, a jeszcze zanim to zrobi, upewnić się, że bestia za nią nie polezie. W końcu nie mogła narażać klanowiczów. Spojrzała pełnymi przerażenia ślepiami na drewniane ogrodzenie i psa z pianą w ustach za nim. Chyba nie umiał wyjść. Ponownie szczeknął. - Juz stond ide draniu, ale zapamiętaj mnie, bo wrócę i wtedy ci pokaże, z kim zadarłesz! - rzuciła i ruszyła, kulejąc w stronę obozu.

***

Gdy dotarła do znanego już jej terenu obozu, nawet nie patrząc na nikogo innego, weszła do legowiska medyków. Od razu napotkała zaskoczony i trochę zirytowany wzrok dawnego mentora. - Gdzieś ty była? - z wyrzutem zapytał Poranna Zorza. - Nigdzie. Jestem już medyczką i nie powinno cię to tak interesować. - rzuciła od niechcenia. Kiedyś by tak nie powiedziała, jednak teraz już nie odczuwała emocji tak jak dawniej. - Przyniosłam zioła. - ruszyła do składziku i położyła je na stosik przeznaczonym do układania ziół, po czym wzięła trochę pajęczyny, by opatrzyć sobie łapę. Nie miała ochoty na żadną dezynfekcję. Miała w końcu silny organizm, nie? Dokładnie tak, jak umysł. Opuściła składzik i zajęła się opatrywaniem rany, na co Poranna Zorza jeszcze bardziej zdziwiony spojrzał się na Mgiełkę. - Co ty robisz? - Opatruję sobie łapę, ot co - niemal warknęła, a medyk przybrał wściekły wyraz pyszczka.- To ja tu daje ci ten zaszczyt i martwię się o ciebie, bo wyszłaś ze zgromadzenia nawet nie wiem, kiedy i przychodzisz w południe dnia następnego ze zranioną łapą, mówiąc, że przyniosłaś zioła! Martwię się, a ty tak się do mnie zwracasz?! Coś ty sobie myślała? I gdzieś ty była na Gwiezdnych?! Całą noc zbierałaś te zioła? Po ciemku? - Mgiełka westchnęła. Poranna Zorza nie wyglądał na zadowolonego. Trudno. - Jestem zmęczona, idę się przespać, a potem ogarnę te roślinki. - rzuciła i udała się w głąb legowiska medyków.- A rób se, co chcesz! Nie interesuje mnie to! - Też cię lubię gburze! - krzyknęła, niech sobie nie myśli, że ona nie umie krzyczeć. Chociaż medyk klanu nocy bardzo dobrze o tym wiedział. Poranna Zorza tylko mamrotał coś pod nosem i wrócił do swoich obowiązków. I bardzo dobrze. Mgiełka musiała odpocząć, chociaż chwilkę...

12 listopada 2020

Od Mglistego Snu


Był niezwykle gorący dzień, a Mgiełka czuła, że powoli wysycha. Chciała pić, ale jednocześnie nie chciała zużywać zapasu wody medyków. Niech ten gburowaty staruszek zrobi to za nią. Siedziała na skraju legowiska i obserwowała życie w obozie. Jacyś uczniowie wyruszali na treningi, a wojownicy ruszali na polowania bądź z nich wracali, oprócz tego udawali się też na patrole. Mgiełka od zawsze zastanawiała się, jak to jest być wojownikiem. Czy patrole i polowania są męczące? A treningi? Najpewniej. Chciałaby współczuć terminatorom, że muszą ćwiczyć w taką pogodę. Musiało być im bardzo gorąco. Jednak Mglisty Sen patrzyła się obojętnie na to wszystko. Nie czuła nic. Nawet gdy dowiedziała się o śmierci Imbirowego Korzenia. Odkąd stała się medyczką, nie gadali w ogóle, ale nie zapomni jego słów „dorosłaś” za kociaka. Westchnęła. Najpewniej, gdyby była tą wcześniejszą strachliwą kotką, właśnie zwijałaby się z żałoby nawet po kimś tak denerwującym, jak Imbir. No nic, czasy się zmieniły. Jeszcze chwilę tak posiedziała, gdy naszła ją myśl odwiedzin u matki w kociarni. Nie odwiedzała jej, odkąd stała się uczniem. Ot tak po prostu. Nawet nie potrzebowała towarzystwa, bo wszystko popsuł jak zawsze cień. Jak pomyślała, tak też zrobiła. Wzięła jeszcze kilka ziółek dla karmicielek. Tak po prostu, żeby mieć powód wizyty i ruszyła. Nie miała daleko, toteż po chwili była już przed wejściem do kociarni. Zwykle omijała to miejsce szerokim łukiem, ale teraz był ten jeden wyjątkowy raz. Nie lubiła kociąt, a wręcz ich poniekąd nienawidziła, więc ten ich pisk nie był dla niej przyjemny. Jednak stało się coś, czego nigdy w życiu po sobie by się nie spodziewała. Weszła. Już jakiś czas temu postanowiła, jak to mówił Imbir... „dorosnąć” i zaprzestać tak histeryzować na widok tych małych istot. Nie pokazywała już swojej niechęci, aczkolwiek niech tylko jakiś kociak się zbliży. Delikatnie przywędrowała do mamy. Swojego dawnego świata. Dziwnie było patrzeć na to miejsce, gdzie kiedyś wykopała dołek i mówiła niebieskiemu o cieniu. Przeszedł ją dreszcz na samą myśl o tym.

~ Pamiętasz? ~ Odezwał się ciota. Zbyła cienia pomrukiem i stanęła naprzeciw Obłoku. Nie zwróciła uwagi na to, czy szedł za nią, czy też wreszcie dał sobie spokój. Teraz liczyło się tylko to, co zobaczyła. Z jej pyszczka wypadły wszystkie zioła, a ona stała wmurowana. Powieka lekko jej drgała, natomiast ona się nie ruszała.

~ HA HA, ale masz minę! ~ rzucił cień, ale jego uwagę miała gdzieś. Stała tak jeszcze chwilę, po czym przerzuciła wzrok z brzucha karmicielki na jej pyszczek. Był on zdziwiony, zakłopotany, ale też miał w sobie nutkę pretensji? Czym to było? Nie ważne, ważne jest to, że jej matka, ta kotka, co ją urodziła i ta oto Obłok bez ogona dorobiła się kolejnego potomstwa. Znaczy, jeszcze go nie miała, ale była bardzo blisko porodu. Poczuła na nowo ukłucie żalu i jakby czegoś, co zjadało ją przez całe życie kawałek po kawałku. Nie wiedziała, co powiedzieć i czy w ogóle coś mówić. Co tu mówić? Podczas gdy ona latała za medykowymi sprawami, jej matka bzykała się z jej ojcem i mieli niedługo mieć kolejne potomstwo, sądząc po rozmiarze jej brzucha. Była zażenowana. Czuła, jakby serce miało jej wyskoczyć na zewnątrz. JEJ MATKA miała posiąść te pokraki. Zdradziła ją! Zdradziła ją i Szronka! Jak mogła?! Jej matka? Jej już była matka... teraz miała mieć nowe dzieci, inne dzieci. Co z tego, że Mgiełka jej nie odwiedzała, co z tego, że nie miała z nią żadnej relacji i co z tego, że nawet teraz się nie przywitała. Chyba była egoistką. Przepraszam, przez życie stała się egoistką.

- J-jak mogłaś?! Coś t-ty zro-obiła? - po raz pierwszy od długiego czasu znów się jąkała. Było to dziwne uczucie, ale fakt potomstwa Obłoku totalnie otumanił jej zmysły. Posiadła też łzy w oczach. Po raz pierwszy od tak długiego czasu. Jej matka chciała coś powiedzieć, jednak Mgiełka nie dała jej dojść do głosu. Był to dla niej tak duży cios i akt zdrady. - Dla-aczego?! Już nie chcesz być moją matką? Spokojnie, już dawno nie jesteś! - krzyknęła. Była pełna furii, powodowanej przez tak silne poczucie odrzucenia, o którym już dawno przecież mogła zapomnieć. Wróciło. Wszystko wróciło.

~ Widzisz, mówiłem, nikt ciebie już tutaj nie chce ~ rzekł cień z obojętnością w swych złowieszczych czerwonych oczach. Spojrzała na niego z pełnym bólu i łez wzrokiem.

- Zamilcz! - jej łzy opuściły powieki. Było źle bardzo źle. Jeszcze gorzej się stało, jak zrozumiała, że właśnie przerwała wypowiedź Obłokowi oraz gdy zobaczyła wrogi wzrok innych karmicielek. Cień miał racje, nikt jej tu nie chciał. Przerażona zaczęła się cofać w stronę wyjścia z kociarni, aż w końcu biegiem rzuciła się w stronę legowiska medyków. Bez słowa weszła do środka i zbyła pytanie Porannej Zorzy, o to, czy wszystko w porządku. Nie było. Było bardzo źle, ale Mglisty Sen tego nie powie.

- Zamilcz - również i do niego rzuciła tym tekstem, co podziałało, bo stary medyk siedział cicho. Przepuścił ją w głąb izby, a ona jak ostatnio nigdy zaczęła po prostu płakać z bólu.

***

Nastał wieczór. Mgiełka nadal nie mogła dojść do siebie po tym szoku. Ta zdrada tak bolała. Zdrada najbliższych boli najbardziej. Nawet kiedy ci najbliżsi byli nimi tylko za kociaka. Zawsze gdzieś z tylu głowy miała myśl, że tam gdzieś może ktoś na nią czeka, jednak teraz już jej nie miała. Niestety.

Porannej Zorzy nie było aktualnie w legowisku, a Mgiełka nie interesowała się tym, gdzie mógłby przebywać. Ot co poszedł sobie i tyle. Odmówiła maku od gbura, to może ten się obraził? Nie, to do niego niepodobne.

Zamyślona i z opuchniętymi oczami wstała i udała się do głównej izby. Jej oczom nie umknął widok ziół, a tym samym kocimiętki. Ona tak kusiła. Mgiełka nigdy nie próbowała, ale ponoć było po niej lepiej. A co jej tam! Spróbuje, bo kto jej zabroni? Spróbowała. Była... w miarę okej. Jednak nie czuła się jakoś lepiej. Spróbowała jeszcze raz i jeszcze. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po chwili kocimiętki ledwie co zostało kilka malutkich kupek. Mgiełka natomiast poczuła się w raju. Słyszała ptaki! O tak, ptaki! Widziała zboża i trawy, za którymi tak tęskniła codziennie. Poczuła wolność, nareszcie. To było takie cudowne. Obróciła się raz, a legowisko jej zawirowało. Była na niebie! Jak ptak! I latała, omijając drzewa.

- Łiiiii haha - zaczęła wydawać z siebie takie odgłosy po czym, za kolejnym obrotem napotkała wściekłe oczy medyka klanu nocy. Co on tu robił? Skąd się wziął? Też był ptakiem? Jednak jego oczy, namawiały ją do powagi, wręcz wołały do niej głosem jakże poważnym i groźnym. Stanęła więc jak wryta. Patrzyła w jego oczęta, a on w jej. Chciało jej się śmiać z tej sytuacji, ale powstrzymywała się resztą swoich mentalnych sił.

- Co. Ty. Zrobiłaś?! - krzyknął z wyrzutem. Jak to nie podobało mu się bycie ptakiem? No nic, jego wybór, natomiast Mgiełka musiała się wytłumaczyć. Przybrała iście poważną minę, jak na taką sytuację, po czym przeszła do konkretów.

- Wy-wyobraź-ź sobie t-to zwieeeeerzę! - zakręciło jej się w głowie oraz mało co nie upadła na Poranną Zorzę. Ciężko było jej mówić cokolwiek, jednak się nie poddawała.

- Jakie zwierzę? Co ty chrzanisz?

- Te-ego kotaaaaa! Haha - medyk wydał jej się, jakby nic nie rozumiał. Chyba mu się system zawiesił. Musiała mu to wyjaśnić! Wszystko!

- Mo-oją mat-tkę! Iiiii ona będzie-e miała set-tk-ki innych i mały-ych matek! - wyglądała na całkiem niewzruszoną tym faktem. Jej plan działał. Genialny plan. Natomiast Poranna Zorza patrzył na nią tak, jakby oczy miały mu zaraz wyskoczyć z orbit! Mgiełka zaśmiała się na ten widok i również przybrała taki wyraz twarzy, a raczej starała się.

- Moj-ja dusza t-tu cierrrrrpi - wycharczała, po czym o mało, nie wpadając w ścianę obok wyjścia z legowiska, wybiegła na zewnątrz.

- Właśnie widzę... - odparł zmartwiony medyk i ruszył za kotką. Czuła się super wolna. Kręciła się w kółko na środku obozu. Dobrze, że dawno było po zmierzchu, przynajmniej nie widziało jej dużo kotów. Nie przejmowała się tym na razie, ale nie mogła tego powiedzieć zapewne o poranku. Przed jej oczami rozbłysły kolorowe barwy. Zielona, niebieska, żółta, pomarańczowa i...i... i Mgiełka zapomniała nazw kolorów. Było ślicznie! Nagle krzyknęła. - Wiesz, ż-że umiesz latać?! Jest ciebie tak dużooooo na niebie Poranna Zorzo! - Kocur tylko ją wziął pod łapy, by ta się nie wywaliła o nierówności terenu i zaprowadził do leża medyków. Natomiast dalej Mgiełce się urwał film. Jednak troszkę za dużo pochłonęła tej kocimiętki...

***

Rano obudziła się z gigantycznym bólem głowy i wstydem. Nie chciała odzywać się do nikogo. Tak nie powinna się zachowywać medyczka i o tę edukację zadbał już jej były mentor. Leżała na swoim posłaniu i czuła, jak każda część ciała pali ją ze wstydu. Uzgodniła sama ze sobą, że do jutra na pewno nie opuści tego posłania. Za żadne skarby, a potem wybierze się, by uzupełnić zapasy tego złośliwego ziółka...

03 listopada 2020

Od Mglistego Snu

 Nie mogła powiedzieć, to zgromadzenie było dziwne, ale dość przyjemne. Pierwszą jego cześć przesiedziała na boku na miejscu dla medyków. Była wściekła, a w zasadzie sama nie wiedziała, co czuła. Natomiast druga jego część była super, mimo że Mglisty Sen opuściła je, ponieważ nie mogła wytrzymać słów Fasolowej Łodygi, która to próbowała wpoić swe przekonania o Klanie Gwiazdy Kaczorkowi. Westchnęła. Właśnie wracała z miejsca, gdzie w nocy były świetliki i razem z Fasolką próbowała je łapać. Nareszcie poczuła, że mogłaby mieć przyjaciółkę. Ta noc poprawiła jej humor i dzięki niej miała siłę na przeżycie dzisiejszego dnia. Mogła wtedy poczuć się po raz pierwszy w życiu tak beztrosko, jak kociak. Nigdy tego nie zapomni.
Szła właśnie przez polanę niedaleko siedliska dwunożnych. Wybrała dłuższą trasę do obozu, bo nie chciała za szybko wrócić do tej szarej rzeczywistości. Nie chciała porzucać tego uczucia wolności i beztroski. Nie chciała go zapomnieć, a zachować w sobie na wieki. Delikatnie stawiała łapę za łapą. Czasem zatrzymywała się, by posłuchać brzęczenia owadów w trawie, bądź poczuć zapach świeżych roślin. Lubiła pory cieplejsze, chyba jak większość. Mogła wtedy nacieszyć się przyrodą. Ona była taka piękna. W oddali słyszała śpiew ptaków, które miały gniazda zapewne na skraju lasu, należącego już do klanu nocy. Powoli zmierzała w tamtą stronę. Postanowiła nazbierać jeszcze trochę ziół. Już zapasy po porze nagich drzew były w miarę uzupełnione, jednak nie zaszkodzi, by medykamentów było trochę więcej, co nie? Wydeptywała sobie ścieżkę, po drodze zbierając mniszek, liście stokrotki, pietruszkę, a czasem nawet znajdowała wrotycz. Zainspirowana tym, że zbierała roślinę, która rosła w pobliżu siedlisk dwunożnych, zapragnęła zdobyć jeszcze odrobinę kocimiętki i jak klan gwiazdy pozwoli lawendy. Zbliżyła się jeszcze do miejsca z dużymi zwierzętami, jedne były czarno-białe jak ona, a inne brązowe, czasem białe. Podeszła do drewnianego ogrodzenia, które wyznaczało ich terytorium. Były w niewoli dwunożnych. Niewątpliwie. Mgiełka poczuła coś idącego od jej serduszka. Współczucie. Westchnęła i przeskoczyła przez szparę między belkami. Truchtem, starając się omijać te olbrzymy, przeszła do obozu dwunożnych. Doprawdy nie rozumiała, czemu te istoty słuchały się tych pokrak, skoro były dużo silniejsze od nich. No nic były po prostu głupie, nie to, co koty. Wróciła myślami do zbierania potrzebnych ziół. Dwunożni musieli mieć którąś z tych roślin. Musieli. W końcu kotka nie udała się do siedlisk dwunożnych po drugiej stronie lasu, które gwarantowały takowe znaleziska, a tutaj do zniewolonych zwierząt. Podeszła delikatnie i najciszej jak umiała do roślin, które rosły niedaleko legowisk dwunogów. Były odgrodzone kolejnym ogrodzeniem, ale już mniejszym. Bez trudu za nie wskoczyła. Czujnie rozglądnęła się po otoczeniu. Jej uszy zarejestrowały szelest. Od razu odwróciła wzrok w tamtym kierunku. Pusto. Niebezpiecznie. Nigdy nie jest bezpiecznie na terenie wroga. Znów się rozglądnęła. Nadal pusto. Po chwili zdecydowała, że jest w miarę bezpiecznie i wzięła się do pracy. Szybko wyszukała lawendę. Zerwała kilka sztuk. Znów szmer. Odłożyła roślinkę na podłoże i ponownie się rozglądnęła. Pusto. Mimo to jednak ogarnął ją ogromny niepokój. Coś tam było. Była pewna. Poczuła lekkie mrowienie na łapach. Nastawiła uszy. Nic nie ma. Wzięła roślinki ponownie do pyszczka i podeszła do dosłownie malutkiej kępki kocimiętki. Mieli kota. Pieszczoszka. Zerwała dwie sztuki i nagle do jej głowy zaświtała myśl. Ci dwunogowie mieli duże zwierzęta, kota i w takim razie musieli mieć też psa. Nagle ją zmroziło. Przez chwilę nie mogła się ruszyć. Potrząsnęła głową. Jeszcze żadnego psa nie spotkała, a była tu już trochę, ale mimo to była pora, aby zacząć się zbierać. Lepiej nie kusić losu. Upewniwszy się, że wszystkie roślinki ma w pyszczku, ruszyła do mniejszego ogrodzenia w celu wydostania się z siedliska roślinek dwunogów. Przeskoczyła go i znów usłyszała już znany szmer. Już miała obrócić głowę w tamtą stronę, gdy usłyszała kolejny dźwięk. Warczenie. Była pewna, że stoi za nią pies. Nie wiedziała, co ma zrobić. Nikt jej tego nie powiedział. Czuła, że jak zacznie uciekać, bestia ruszy za nią, natomiast jak zostanie, ta ją pochłonie. Nie miała wyjścia. Musiała uciekać. Tylko, jak i gdzie? W panice rozglądnęła się po otoczeniu, szukając jakiegoś drzewa, wysokiego punktu, gdzie bestia za nią nie wlezie. Żałowała, że nie ma skrzydeł jak ptaki. Mogłaby wzlecieć teraz w powietrze. Mogła być uratowana, ale w tym momencie jej egzystencja już nie stała się taka pewna. Żałowała, że nie spędziła tego życia inaczej, że nie pozbyła się cienia, ale była zadowolona z tego, że jej ostatnim wspomnieniem będzie cudowna noc ze świetlikami na zgromadzeniu, czy ten cudowny spacer wśród traw. Czuła niejaką ostateczność. Musiała szybko wymyślić wyjście z tej sytuacji, dlatego jej głowa pracowała gorączkowo na pełnych obrotach.

Cdn

01 listopada 2020

Od Mglistego Snu CD Jesionowego Wichru

- Witajcie! - zawołał od progu, wchodząc do pachnącego ziołami legowiska. Rozejrzał się i od razu dostrzegł zaspaną Mgiełkę. - Przepraszam. Nie wiedziałem, że śpisz. Jak tam minęła noc? - Tak, Mgiełka spała, a raczej próbowała, ale poniekąd była wdzięczna wojownikowi, że ją dobudził. Nie mogła spać tej nocy przez sen zesłany jej przy księżycowym kamieniu, ale mimo to była strasznie zmęczona. Co chwila się budziła, więc wkurzona postanowiła udać się do głównej izby i usiąść na środku, czekając na cud od klanu gwiazdy. W końcu Trójka chyba w nie wierzył, nie? To ona też powinna. Nie lubiła spać w dzień bądź przesypiać poranka, a była pewna, że gdyby tak sobie jeszcze poczekała, nastałby ten moment. Musiała mieć nad tym kontrolę. Kontrolę nad sobą. Usiadła i ziewnęła. Musiała się dobudzić po zarwanej nocce. Po chwili jej głowa zarejestrowała pytanie Jesionowego Wichru. - A tak... noc. Była okej. Zostałam mianowana i dostałam sen od klanu gwiazdy. - Fakt dostała sen, ale wystraszyła się jego znaczenia. Chciała, aby ktoś powiedział jej, co on oznacza, jednak niestety nie mogła z tym pójść do Porannej Zorzy. Niestety wedle jej wstępnej interpretacji medyk się w nim pojawił, co automatycznie go dyskwalifikowało. Niestety. Jednak bała się, że oznaczał on kolejne śmierci, których ostatnio było tak dużo... Za dużo. Widząc, że wojownik chce zadać kolejne pytanie, postanowiła go uprzedzić odpowiedzią. - Ale nie bardzo chcę o nim mówić... - Nie wiedziała, czy chciał zadać tego typu pytanie, ale wolała od początku stawiać sprawę jasno. Nie miała ochoty na zgadywanki. Szczególnie po nieprzespanej nocy. Odruchowo spojrzała w głąb legowiska, gdzie było wejście do następnego pomieszczenia, w którym spali medycy. Nie chciała stracić gbura, którego zwano Poranna Zorza. Nie poradzi sobie bez niego... Potrząsnęła głową, by odpędzić od siebie owe myśli. Nie potrzebowała ich. Nie teraz. Wróciła myślami do stojącego przed nią Jesionowego Wichru. - Może chciałbyś się przejść ze mną po zioła? - Ospale zapytała świeża medyczka. Skoro się już obudziła, musiała jakoś spożytkować ten czas. - Trzeba je uzupełnić po porze nagich drzew i szybciej pójdzie we dwójkę niż w pojedynkę, a pacjentami mógłby zająć się Poranna Zorza. - Zaczęła lekko się tłumaczyć Mgiełka. Jednak mimo iż została mianowana na medyka, pozostała w niej cząstka bojaźliwego kociaka. - Póki jeszcze jest... - dodała ciszej i skuliła uszy.
- Jak to póki jeszcze jest? - Wojownik chyba zaciekawił się tą kwestią, bo z pytającą miną spojrzał na Mglisty Sen.
- No, póki jeszcze... - musiała coś wymyślić. Szybko, myśl... - powtarzała do siebie w myślach - N-nie poszedł... na emeryturę? - lekko się skuliła, ale była zadowolona z siebie, że chociaż w tak krótkim czasie, wymyśliła coś takiego. Genialne. Jednak chyba średnio spodobało się to Jesionowemu Wichrowi, bo chciał coś odpowiedzieć, podnosząc jedną brew. Mgiełka nie mogła czekać na kolejne pytania, więc nerwowo mu przerwała. - To idziesz ze mną po te zioła, czy nie? - Miała nadzieję, że samiec nie będzie się o to już więcej pytał. Nie chciała nikomu w końcu zdradzać swojego snu, a ta kwestia się z nim wiąże, niestety. No, chyba że tym kimś by był Potrójny Krok, bo może on by wiedział, o co w tym wszystkim chodzi? Spojrzała wyczekująco na towarzysza.

<Jesion?>

25 października 2020

Od Mglistej Łapy (Mglistego Snu) CD Kaczorka (Kaczej Łapy)

Mgiełka siedziała nieruchomo, a jej powieka lekko drgała. Nie mogła uwierzyć w słowa kocurka. Jak to udało im się przekonać? Czy klan klifu był aż tak głupi? Najwyraźniej... Do tego kłaniał się dwójce kociaków? Pff, co za koty. Z rozbawieniem wzruszyła wąsami.
- Nauczyliśmy się podrywać! - pochwaliła się Malinka.
Kaczorek z entuzjazmem pokiwał łebkiem. Mgiełka teraz poczuła się nieco nieswojo. Jak to podrywać? Kto ich tego nauczył? Chciała właśnie zadać to pytanie, gdy ku jej zaskoczeniu odezwał się Kaczorek.
- Tak! Mogę cię poderwał, Mgiełko? - odchrząknął.- O, już wiem! Twoje ślepia są tak duże, jak kamienie w rzece. Aaaa, Mgiełkoooo!
Kaczorek zaszurał łapką po ziemi. Mglista Łapa teraz powstała ze swego miejsca i jak wmurowana stała naprzeciwko kociaków. Jak miała zareagować? Czy kocurek w ogóle wiedział, co to znaczy podrywać? Czuła się jeszcze bardziej nieswojo i niepewnie niż przed chwilą. Nigdy nikt jej nie podrywał i dziwnie się czuła, będąc w tej nowej dla niej sytuacji. Stała i ani drgnęła, patrzyła tylko skamieniała na dalszy rozwój wydarzeń.
- Pobawisz się z nami? Pobawisz? Pobawisz? - miauczał podekscytowany Kaczorek. Jak miała zareagować Mgiełka? Ten przed chwilą poinformował ją o bezbrzeżnej głupocie klanu klifu, a Malinka o nauce podrywania, na co Kaczorek poderwał uczennicę medyka, a teraz nagle pyta się, czy ta pobawi się z nimi? Stała nadal nieruchomo, czym wywołała w kociaka irytację. Było jej głupio, dziwnie i niepewnie. Co miała robić? Nerwowo rozglądnęła się po otoczeniu, szukając jakiejś pomocy nie wiadomo skąd. Nagle jej łapki przejęły kontrole nad jej ciałem i Mgiełka ruszyła przed siebie biegiem. Nie wiedziała, gdzie biegnie, ale według niej to było jedyne wyjście z zaistniałej sytuacji. Czuła się jeszcze bardziej dziwnie, bo miała świadomość, że nie zachowała się jak Mglista Łapa, ale niestety jak ta mała i bezbronna Mgiełka. W jednej chwili pojawił się znikąd przed nią Kaczorek, a ta zatrzymując się gwałtownie, mało co na niego nie wpadła. Przestraszona spojrzała na kociaka. - berek - krzyknął i tknął ją lekko łapką. Czyli myślał, że bawią się w berka? Kotka potrząsnęła łebkiem. Ledwo docierało do niej, co aktualnie się dzieje. Była w szoku. Spojrzała na rozbiegające się kociaki. Nie było aż tak źle, bo to znaczy, że nie zrobiła niczego, co by mogło obrazić rodzeństwo, a to już coś w tej sytuacji. Poniekąd była zadowolona z takiego obrotu spraw, ale nie wiedziała, jak teraz miała tak po prostu po tych wszystkich informacjach i doznaniach zacząć gonić kociaki. Stała chwilę na środku obozu, po czym lekko przyspieszonym krokiem udała się w stronę kocurka, który cały czas przed nią uciekał.

<Kaczorek? c:>

22 października 2020

Od Mglistej Łapy (Mglistego Snu) cd. Malinowej Łapy

Spała głęboko. Spokój ogarniał jej rozchwianą emocjonalnie duszę. Jednak nic jej się nie śniło. Była otoczona pustką. Najczarniejsza z pustek unosiła się delikatnie nad ciałem czarno-białej. Jej spokój przerwał nagły krzyk. Otworzyła delikatnie zaspane oczy. Zamrugała. Spojrzała na legowisko mentora. Spał. Znaczy, nic się nie dzieje. Znaczy, ona też może spać. Zmęczenie przyćmiło jej zmysły. Zamknęła oczy i ponownie oddała się krainie Morfeusza. Zasnęła. Znów ogarnęła ją pustka.

***rano***

Wstała pierwsza. Poranna Zorza jeszcze spał. Rozciągnęła się i opuściła swoje posłanie. Miała przeczucie, że ten dzień nie będzie dobry. Coś unosiło się w powietrzu. Niewątpliwie. Weszła do izby, w której spali chorzy. Musiała skontrolować stan pacjentów. W końcu dwójka z nich nie była w dobrym stanie, a wręcz byli w krytycznym stanie. Jednak tego widoku się nie spodziewała. Nikt by się nie spodziewał. Jej ogon zaczął nerwowo drgać, za to Mglista Łapa stała w miejscu. Wmurowało ją. Czuła, jakby jej serce stanęło, lecz tak się nie stało, bo nadal żyła. Chyba zaczynała tego powoli żałować. Chwilę stała w niepewności, a jej oczy nie mogły oderwać się od przedziwnego i przerażającego widoku. Otóż Malinowa Łapa, ta, która dostawała ataków szału i codziennie brała ziarenka maku na uspokojenie, spała skulona przy dwóch nieoddychających kotach. W dodatku te dwa koty to byli jej pacjenci w bardzo ciężkim stanie. W dodatku akompaniował temu krajobraz bałaganu w legowisku. Zioła były porozrzucane po całej podłodze. Mgiełka zaczęła się obawiać o to, co się wydarzyło tej nocy. Czy Malinowa Łapa, czyli córka zastępcy Klanu Nocy wpadła w nocy w szał i w jego napadzie szukała leków, a jak jej się nie udało, to w akcie desperacji zabiła dwóch innych śpiących pacjentów? Czy Malinowa Łapa była mordercą? Co tu się wydarzyło? Zresztą kto to wie, co może zrobić taka kotka w tak dużym napadzie... Nie wiedziała, co ma aktualnie zrobić. Podeszła do trójki kotów. Powąchała zmarłych, by się upewnić, że na pewno są zmarli. Byli. Postanowiła coś zrobić. Musiała coś zrobić. Szturchnęła łapą uczennicę. 
    — Co ty zrobiłaś? — zapytała się z wyrzutem.
Malinowa Łapa otworzyła powoli oczy, w legowisku było pusto.
    — Nic — odparła oschle. — Umarli. Chciałam znaleźć zioła dla Szakłaka, bo spaliście. Rozumiesz, zespół niespokojnych łap nadal działa. Kiedyś przez niego umrę, medyczko, gdy będziesz spać. — Mgiełka nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Może nie musiała? Słowa Malinowej Łapy ją dobiły. Wiedziała, że ten dzień będzie zły, ale żeby aż tak? Mogła przecież podejść... nie spała... bo się obudziła przez krzyk uczennicy. Stała teraz jak wryta i patrzyła na kotkę. Jeszcze to ostatnie zdanie... Co miała odpowiedzieć? Jej uszy skuliły się. Była wściekła i to bardzo. Nie wiedziała, czy bardziej na siebie, że wtedy postanowiła spać smacznie dalej, czy na córkę zastępcy, że nie pofatygowała się po pomoc do medyków, tylko działała na własną łapę. Oczywiście lepiej i łatwiej zawsze jest oskarżać innych, tak więc ta chęć oskarżenia uczennicy w połączeniu ze złością Mgiełki, doprowadziły do jej wybuchu.
    — A ty nie mogłaś nas obudzić, skoro jesteś taka mądra? Weź się zastanów kocico, co zrobiłaś! Mogłaś do nas pobiec, nie było tak daleko, ale nie — ty wolałaś sama bawić się w medyka! Coś ty sobie myślała, kociaku? — W desperacji i szale użyła takiego sformułowania. Musiała gdzieś wyżyć ten żal i nienawiść do siebie, a teraz, o zgrozo, najbardziej adekwatna do tego była właśnie Malinowa Łapa.
    — Nie nazywaj mnie tak! Jesteś... — Malinka nie skończyła, bo przerwała jej znów Mgiełka.
    — Jaka jestem, co? A tak — bardziej ogarnięta od ciebie! Pomyśl, że właśnie przyczyniłaś się do śmierci dwóch kotów! — Nerwowo strzepnęła ogonem.
    — Co tu się dzieje? — Obudzony medyk wparował do pomieszczenia, lecz po chwili zamarł, chyba widząc dwa martwe koty. Zaniepokojona Mgiełka spojrzała na Poranną Zorzę, po czym przeniosła wzrok na Malinową Łapę. Będzie się działo. Przełknęła gulę w gardle.


<Malinka?>

12 października 2020

Od Mglistej Łapy (Mglistego Snu) CD Jesionowego Wichru

 Mgiełka właśnie była pochłonięta zajmowaniem się zranioną kończyną Wrzosowej Łapy, gdy usłyszała głos Jesionowego Wichru.
- Halo! - zawołał w głąb legowiska. - Mglista Łapo? Poranna Zorzo? - Zastrzegła uszami. Czy znowu źle się czuje z powodu odwodnienia? A może po raz kolejny któreś z jego kociąt jest chore? Westchnęła. Ostatnio ta rodzina coś bardzo choruje... A może to kara Klanu Gwiazd za roznoszenie legowiska medyka przez duet chaosu, który niewątpliwie należał do zastępcy klanu nocy? W tym gwiezdni byli świetni. Nigdy się nie wie, kiedy zadecydują się pomóc.
Nakazała uczniowi, by wziął zioła i poczekał na Poranną Zorzę, gdyż zaraz powinien wrócić ze składziku, a sama podeszła do wojownika.
- Tak Jesionowy Wichrze? - spostrzegła stojącą za nim kotkę. Bardzo niepozorną jak na jego dzieci.
- Moją siostrzenicę boli ucho, czy mogłabyś coś na to zaradzić? - Czyli to nie było dziecko Jesiona. Coś słyszała o jego przybranych dzieciach, ale nie przypominała sobie, by miała okazję je poznać. A może jednak poznała? To trudne nie pamiętać takich rzeczy w tym wieku, ale każdego dnia przewija się tyle pacjentów, że trudno byłoby ich wszystkich pamiętać... Ponownie westchnęła.
- Jasne - lekko się uśmiechnęła - chodź i tu usiądź. Obejrzę cię - tą wypowiedz skierowała do siostrzenicy zastępcy. Właściwie, jak ona miała na imię? Jak Mgiełka je poznała, to niestety już zapomniała... Ale nie interesowała się zbytnio kociakami, taki już los.
- A jak masz na imię? - zapytała, gdy ta już usadowiła się na wskazanym przez Mgiełkę posłaniu.
- Zaraza...
- Ou... to... ciekawe imię... - nie wiedziała, jak ma się zachować. Czy kotka, która nienawidziła swoich kociąt ,aż tak bardzo je pokarała, nadając im takie imiona? Spojrzała niepewnie na Jesionowy Wicher. Strzepnęła uszami. Nie mogła nic innego zrobić, nie chciała, bądź po prostu nie wiedziała co.
Mgiełka zabrała się do badania. Oglądnęła uważnie ucho koteczki. Było zaczerwienione i dosyć gorące. To musiało być zapalenie ucha. Chyba mała się przeziębiła?... Te kociaki... Chyba podobała im się Pora Nagich Drzew, nie to, co medykom, którzy musieli segregować suche zioła i wyrzucać te zwiędłe, po to by potem ich ograniczona ilość jeszcze bardziej się zmniejszyła.
- Zaczekaj tutaj, zaraz przyniosę ci lekarstwa. - ruszyła w kierunku składziku. Gdy była już przy nim zauważyła Sasankowy Płatek, która wychodziła z niego nieco zadowolona. Po drodze jednak napotkała zszokowane spojrzenie przyszłej medyczki. Mgiełka aż zatrzymała się z wrażenia. Co. Ta. Bojąca. Się. Ziół. Kotka. Robiła. W. Ich. Składziku? Potrząsnęła głową, by odgonić myśli.
- Poranna Zorzo! Proszę, sprawdź, co u Sasankowego Płatku! - wrzasnęła, by medyk ją usłyszał. Wiedziała jednak, co u niej, ale chciała, by ten się nią zajął.
Weszła do składziku. Nie brakowało tutaj chyba niczego. Nawet nie panował tutaj bałagan, więc co robiła tutaj ta kotka?... musieli wraz z medykiem w końcu uporać się z jej utratą pamięci... Wzięła szybko potrzebne zioła i wróciła do pacjentki.
- Musisz je zjeść - rzuciła, podsuwając je pod pyszczek Zarazy. Upewniwszy się, że ta je połknęła, spojrzała na mówiącego do niej zastępcę klanu nocy.
- A co tam u Sasankowego Płatku? - lekko zszokowało ją to pytanie, ale musiała przyznać, że było nieco lepiej. Kotka bowiem powoli coraz rzadziej nie wiedziała, gdzie się znajduje, ale też przebywanie w legowisku medyka chyba działało pozytywnie na jej strach. Dalej bała się roślinek, ale czasem zadziwiała medyków jej odwagą, a raczej lekką głupotą tak jak dzisiaj. Weszła do ich składziku, nie wiedzieć nawet czemu, ale wyszła z niego zadowolona.
- Chyba jest lepiej - uśmiechnęła się - jednak jeszcze czasem zdarza jej się nie pamiętać, co się z nią dzieje, ale jest lepiej. - spojrzała na Poranną Zorzę, mówiącego coś do Wrzosowej Łapy i w tym samym czasie próbującego opanować nagły atak utraty pamięci u Sasankowego Płatku. Mimowolnie uśmiechnęła się. Był to dość zabawny widok.
- A jak idą poszukiwania sprawcy zabójstwa Pstrągowej Gwiazdy? - wyszeptała ledwo słyszalnym głosem, jednak była pewna, że kocur ją usłyszał. Chciała wreszcie dowiedzieć się, kto zabił jej prababcię i najlepiej pokazać mu, jak traktuje takie koty zła Mgiełka. W końcu tyle wstydu i emocji przeżyła przez tego kota i szczerym sercem nienawidziła go, jeszcze bardziej niż liderki klanu nocy za kociaka. Naprawdę bardzo go nienawidziła.

Wyleczeni: Wrzosowa Łapa i Zaraza

<Jesion? :3>

11 października 2020

Od Mglistej Łapy CD Króliczego Serca

- On ma dla ciebie wiadomość. - Królicze Serce zniżył głos do szeptu, uważnie nasłuchując słów szeptanych do ucha przez Liściastego Kamienia. - Mówi, że strach niszczy i jeśli chcesz walczyć z cieniem, musisz stawić czoła własnym ograniczeniom. - Mgiełka zrobiła wielkie oczy. Co to znaczy stawić czoła własnym ograniczeniom? Ona takie miała? Szybko zaczęła robić rachunek sumienia. Jakie ograniczenia?... Chciała leczyć inne koty i była na dobrej drodze. Jest w trakcie wyzbywania się emocji, co też wydało jej się dobre i właśnie pozbywała się własnych ograniczeń, jakimi były stany emocjonalne. One potrafiły tylko zniewalać ich posiadaczy. Kot kierujący się uczuciami stawał się ich więźniem. Mgiełka była wolna, a raczej starała się być, więc i tu nie widziała ograniczenia... o jakich ograniczeniach była mowa?
- Jakim... ograniczeniom? - spojrzała z niejakim lękiem, ale też podejrzliwością na towarzysza.
- Nie wiem... jakieś lęki?
- Lęki... - niemal bezgłośnie wyszeptała. Czy ona posiadała lęki? A jeśli tak to jakie?... czy bała się czegoś bardziej niż cienia? Innych kotów? Ich ocen i spojrzeń? Ale przecież maskowała to na co dzień... nagle do jej głowy wpadł pomysł. A co jeśli chodziło tu o kociaki? Może i nie pokazywała strachu przed nimi, ale zasłaniała go nieobliczalną falą nienawiści, która to w jej przypadku była samoobroną przed tym plugastwem. Ale co na gwiezdnych miały kociaki wspólnego z cieniem?
Mgiełka wyjrzała zza krzaków. Życie w obozie wydawało się toczyć dalej, a ona właśnie stanęła przed jednym z życiowych dylematów. A co jeśli to właśnie chodziło o kociaki? Przecież to cień zniszczył jej dzieciństwo i to właśnie wtedy zaczęła się nienawiść do tych stworzeń udających koty. Właśnie wtedy poczuła coś na kształt niesprawiedliwości świata. Jednak teraz uważała, że to wszystko wina cienia. Wszystkie nieszczęścia przypisywała właśnie jemu. Ponadto czuła niemal jego obecność właśnie teraz. Nie widziała go, ale wiedziała, że ten wie, o czym właśnie kontempluje jego niewolnica. Zastanawiające to było. Kim on był na gwiezdnych? Przełknęła gulę w gardle. Wróciła wzrokiem do Króliczka. W jej żółtych, niczym słońce oczach pojawiła się kolejna iskra strachu. Zdawała się powoli wypełniać serce i duszę istoty, która ją posiadała. Ta iskra jakby była początkiem czegoś większego i Mgiełka to wiedziała. Niestety. Szykowało się coś większego i straszniejszego od tego wszystkiego, co do tej pory przeżyła. Wiedziała, że cień nie odpuści, jak ta zacznie z nim walczyć. Niestety już było za późno na zastanawianie się. To się już działo.
- A co jeśli chodzi tu... o kociaki?... - wyszeptała niemal do siebie - proszę, naucz mnie, jak to zrobić. - teraz z determinacją i prośbą w oczach skierowała swój wzrok prosto w oczy Króliczego Serca. Przypomniało jej to scenę z Imbirem za kociaka, jednak teraz czuła się nieco pewniej. No może nie bardzo, ale przynajmniej dobrze to maskowała i wyglądała co najmniej na pewną swego. Teraz była tą bezuczuciową i agresywną Mglistą Łapą, a nie jakąś tam strachliwą Mgiełką. Tylko kotka nie mogła wiedzieć jednego i najważniejszego, bowiem jej największym lękiem, ograniczeniem i czymś, co dyktowało jej warunki życia, były właśnie emocje. Były one wywołane innymi emocjami i wiązały się z kontrolą. Musiała mieć kontrolę nad swoimi uczuciami, żeby mogła być wolna, tylko nie wiedziała, że to, nad czym chcemy mieć kontrolę, przejmuje ją nad nami. Im bardziej się w to wchodzi, tym ciężej będzie później z tego wyjść, a najgorsze było to, że Mgiełka nie miała nawet świadomości o tym, że z takim czymś właśnie ma problem. Teraz patrzyła z niemal pewnością na towarzysza. Miała nadzieję, a raczej starała się być pewna, że ten jej nie odmówi.

<Króliczek? ^^ Chyba nie masz z nią łatwo...>

05 października 2020

Od Mglistej Łapy CD Kaczorka

– Nie! Is stąd! – miauknął, przykrywając pyszczek łapkami. – Nie lubis mnie i chces snowu ksycec. Nie chce ksykof, nie chce kaly, dajcie mi spokoj! – Mgiełka stanęła jak wryta, nie wiedziała co robić. Autentycznie była w kropce. Polubiła Kaczorka i dlatego właśnie nie chciała, żeby coś mu było… nie dlatego, że go nie lubiła. Nie chciała źle przecież, a to, że tak odreagowuje stres i emocje, nie było jej winą. Chyba.
– L-lubię cię… – zająknęła się, nie wiedząc co ma zrobić, więc delikatnie podeszła do młodszego – dlatego nie chcia-ałam, żeby coś ci się stało… i… nie będę krzyczeć… – nie wiedziała co więcej może dodać. Była w kropce. Nie chciała nakrzyczeć na młodego, ale jakoś tak wyszło. Nie panowała nad tym, jednak nie mogła tego pokazać. Nie mogła być słaba. Spojrzała na pogrążonego w myślach Kaczorka. Zrobiło jej się poniekąd żal kolegi. Ciągle obrywał od rodziców i dostawał kary. To było słuszne, ale kocurek nie mógł się z tym czuć dobrze. Przysiadła się i lekko otoczyła go ogonem. Nigdy przeważnie nie zbliżała się tak do kotów, ale ten jeden raz mogła. W końcu kocurek wydawał jej się nie w humorze, a nie wiedziała co ma powiedzieć. Ponadto nie był on jej „nieznajomy”. Znała go i miała nadzieję, że mogła sobie na to pozwolić. Nagle jej uszy zarejestrowały dźwięk kroków mamy Kaczorka. Ten spojrzał na nią wymownie. Westchnęła. Co miała robić?
– Posłuchaj… może nie będzie aż tak źle? Twoja mama pewnie zrozumie czemu wyszedłeś, że żłobka, przecież teraz nie robisz nic złego. – uśmiechnęła się, ale widząc smutek w oczach kolegi, spoważniała. – nie mogę raczej nic zrobić, ale pamiętaj, że ja cię lubię, okej? Nawet jeśli robisz coś złego… bo… – nigdy nie zdobyła się na taką szczerość wobec innych kotów – bo lubię cię za to kim jesteś, a nie za to co robisz… i nie krzyczałam na ciebie, żeby cię ukarać po prostu… – spuściła wzrok – chyba nie wiem jak… jak inaczej… – zamknęła oczka i poczuła falę wstydu. Nie lubiła takich „szczerości”, miała być twarda, a teraz nie była. Gdy zdecydowała się je już otworzyć, Kaczorek podchodził już do swojej mamy, spoglądając na uczennicę. Miała nadzieję, że ten nie przestanie jej lubić. W końcu zdobyła się na szczerość po raz pierwszy… dla niego, żeby ich relacja pozostała taka sama… potrząsnęła głową. Nie mogła się przywiązywać…

***czasy po ostatnim zgromadzeniu***

Mgiełka wyjrzała z legowiska. Prószył śnieg, a chłód dostawał się do środka. Od razu przypomniała sobie śnieżyce ze zgromadzenia, jako znak od upragnionego Klanu Gwiazdy. Nie działo się na nim tyle, ile ostatnio, ale jednak nie było ono najgorsze. Rozmawiała z medykiem o wdzięcznej nazwie Potrójny Krok i ledwo stłumiła śmiech przy kolejnym zaśnięciu lidera Klanu Burzy. Tym razem uczniaki wrzuciły go do śniegu, czym znów rozzłościły staruszka. Biedny Mokra Gwiazda. No nic, tak bywa… ponadto na zgromadzeniu pojawił się niejaki duet chaosu. Znowu coś wymyślili i Mgiełka nie zapomni, jak kocurek przylgnął do jej łapy, a mentor wybawił z niezręcznej sytuacji. Postanowiła zapytać o to kocurka. Co on tam robił i dlaczego? A, skoro już tam był, to co myślał o zgromadzeniu? Musiała się dowiedzieć, jak widział to wszystko kociak.
Ruszyła więc do kociarni. Od razu wypatrzyła młodszego, który rozmawiał aktualnie z Malinką. Była ciekawa czy znów mają karę. Niepewnie podeszła.
– Hej Kaczorku – uśmiechnęła się. Miała nadzieję, że ten już nie ma jej za złe ostatniej skargi na rodzeństwo. – Jestem ciekawa… Co robiliście wczoraj na zgromadzeniu i jak wam się podobało? – spojrzała po duecie – i nie pytam się dlatego, że chciałabym krzyczeć czy coś… ale serio jestem ciekawa. – szybko dodała i miała nadzieję, że kocurek nie posądzi ją o kłamstwo.

<Kaczorek? :3 przepraszam, że tyle to trwało... >

Od Mglistej Łapy

Mgiełka właśnie wstała po ciężkich przeżyciach z „trudnego” porodu Zbożowego Kłosa. Tyle przekleństw i niemal gróźb podczas jednej medycznej czynności nie usłyszała jeszcze nigdy. To była bardzo agresywna kotka-stwierdziła. Przynajmniej podczas wypluwania latorośli ze swoich odmętów. Chwilami sama zaczynała się bać o swoje życie i zdrowie, szczególnie że groźby rodzącej brzmiały... dość dziwnie, no bo co znaczyło, że wszyscy zgromadzeni zawisną na drzewie? Przeszedł ją dreszcz. Może świeża matka chciała dokonać masowego mordu, upozorowując masowe samobójstwa? Mgiełka pokręciła głową, żeby pozbyć się tych myśli. Brzmiało to okropnie i uczennica była wdzięczna, że poród się pomyślnie zakończył. Wszyscy żyli i to się liczyło. Nagle do jej uszu dobiegł głos ojca najbardziej niebezpiecznego duetu w tym klanie, Jesionowego Wichru. Przystanęła, czekając na kocura.
- Mglista Łapo! - krzyknął za czarno-białą. Udając się w kierunku głównej izby legowiska medyka, spojrzała na niego zmęczonym jeszcze wzrokiem.
- Tak? Znowu coś się stało któremuś z twoich kociaków? - podniosła lekko rozbawiona brew. Była zmęczona, więc na więcej mogła sobie pozwolić. Jednak mina Jesiona mówiła sama za siebie. To z czym przyszedł do niej ojciec Kaczorka, to coś poważnego. Tego była pewna.
- Co robiłaś wczoraj przed i po porodzie? - zaskoczyła ją bezpośredniość w słowach kocura, a jeszcze bardziej same jego słowa. Co to miało znaczyć? Była już prawie medyczką, mogła robić, co chciała! Szczególnie gdy była wyczerpana po porodzie grożącej wszystkim kotki!
- Coś... się stało? - spojrzała trochę zdezorientowana na towarzysza.
- Pstrągowa Gwiazda nie żyje... - odburknął - gdzie byłaś?
- J-jak to? - przerażona niemal wyszeptała. Poczuła, jak krew odpływa jej z głowy. Zrobiło się czarno przed oczami i znów poczuła się jak ten nieporadny i bezbronny kociak. Czuła, że głowa niemal wybuchnie jej od myśli. Nie mogła uwierzyć w to, że jej prababcia nie żyje! Nie przepadała za nią, fakt, ale nie życzyła jej śmierci! W dodatku to jej rodzina. Znienawidzona, ale jednak rodzina. Poczuła coś na kształt współczucia. Dlaczego? Poza tym skoro kocur pytał się o pobyt medyczki, musiał ją podejrzewać o... o zrobienie czegoś liderce. Ona nigdy przecież nikogo by nie skrzywdziła! Była medyczką, miała ratować koty, a nie je zabijać! Poczuła, jak coś ściska ją za serduszko. Czemu ktoś myślał o niej w taki sposób?...
- J-ja - zająknęła się, nie wiedziała co robić. Była w szoku, że jej prababcia nie żyje. Uspokój się przynajmniej teraz, potem będziesz sobie płakać-powiedziała w myślach do siebie i wzięła głębszy oddech. - Przed porodem byłam tutaj... i układałam zioła razem z Poranną Zorzą... - kocur zmierzył ją bezuczuciowym spojrzeniem.
- A po?
- To również tu byłam, a gdzie indziej miałabym być?
- No właśnie tego próbuje się dowiedzieć. - poważnie miauknął nowy zastępca.
- Zaczynał robić się wieczór i byłam zmęczona. - odburknęła niemal obojętnie - poszłam spać.
- Ktoś to potwierdzi?
- Poranna Zorza.
- A skoro byłaś zmęczona porodem, to pewnie on też. Zapewne nie mógł nie spać całą noc - Mgiełka napotkała podejrzliwy wzrok kocura.
- To o noc też się pytasz? Pff - strzepnęła ze złością uszami.
- A była po porodzie? Jeśli tak, to tak.
- A może o dzisiaj też? - teraz w Mgiełce obudziła się jej przyjaciółka-złość. Czemu ten ją podejrzewał? Czy ona mu coś kiedyś zrobiła?
- Zamierzasz kiedyś odpowiedzieć? - z irytacją upomniał uczennicę.
- Jak wiadomo, Poranna Zorza ma swój wiek. Jest on nooo dosyć... - nie wiedziała jak to ująć, więc postanowiła walić prosto z mostu - starszy. Starsze koty często cierpią na bezsenność i nawet jeśli o dziwo zasnął, to zapewne budził się w nocy i mógł mnie widzieć. - spojrzała wyzywająco na kocura.
- Ach tak?... - uniósł jedną brew.
- Możesz się go zapytać - odparła z uśmieszkiem
- A żebyś wiedziała, że tak zrobię.
- Masz okazję - wskazała łapą na wchodzącego akurat medyka.
- Tak, była tu w nocy - włączył się do rozmowy i zmierzył morderczym wzrokiem Mglistą Łapę.
- Poza tym - Mgiełka wtrąciła się - Jestem uczennicą medyka. Jestem, żeby pomagać, a nie zabijać. Gdybym nie chciała leczyć, tylko pozbawiać życia inne koty, wybrałabym ścieżkę wojownika. Tam się mordujecie nawzajem z innymi klanami. - ze złością odburknęła. Za grubą skorupą złości właśnie grasowało tornado, zmiatając wszystko ze swojej drogi. Mgiełka czuła jak traci kawałek po kawałku własną siebie. Już jej prawie nie było, rozpadała się...
Jesionowy Wicher zmierzył ją wzrokiem i wyszedł, za to Poranna Zorza podszedł do kotki.
- Ja ci dam na Klan Gwiazdy starego, wtedy popamiętasz! Zobaczysz, jeszcze zatańczę na twoim grobie! Sama jesteś stara! Czep się! - rzucił w jej kierunku i obrażony odszedł.
- Zazdrościsz mi! - z uśmiechem spojrzała w jego kierunku. Lubiła gburowatego mentora. Przyzwyczaiła się do niego i nie potrafiłaby teraz wyobrazić sobie legowiska medyka bez niego.
- A czego tu zazdrościć?! - rzucił i już całkiem zmył się z widnokręgu Mgiełki. Spojrzała jeszcze raz w tamtą stronę i upewniwszy się, że medyk nie patrzy, rozpłakała się. Po prostu. Wybiegła z legowiska i gdy jej łapki dotknęły białego i zimnego puchu, można było usłyszeć niemal niemy krzyk bólu Mgiełki. Jej serduszko było rozdzierane na wszelkie możliwe kawałki. Jej prababcia nie żyje, a ta nigdy nie okazała jej, choć odrobinę sympatii. Była na siebie wściekła. Nienawidziła siebie i nie mogła na siebie patrzeć. Nie chciała. Nie chciała być sobą. Była okropna. Przypomniała sobie słowa liderki, wypowiedziane do niej za kociaka. Kim ona była? Jaką jest medyczką? Niech spojrzy na siebie... nie była nikim. W zasadzie była nikim. Nie miała bliskich kotów, wolała trzymać się na dystans. Wolała grać złą i gniewną, żeby nikt jej już nie zranił. To wszystko przez cień. Przez cień się taka stała! To jego wina! Wolała obwinić kogoś innego, niż sama zmierzyć się z prawdą. Przecież mogła zareagować inaczej, ale wolała w ten sposób... to była jej wina... nie! To wina cienia! Tej okropnej pokraki! Nie mogła pohamować łez, cisnących się do jej oczu. Nie mogła ze sobą wytrzymać. Nie, nie wytrzyma już dłużej. Wstała i ze łzami w oczach wybiegła z obozu. Musiała być sama. Nikt nie mógł jej widzieć w tym stanie.
- To przez ciebie! Nienawidzę cię! - wrzasnęła, gdy była już na tyle daleko, żeby nikt jej nie usłyszał. Zatrzymała się. Nie miała siły. Śnieg mroził jej poduszki łap, a śnieg lawirował spokojnie koło czarno- białego futra kotki. Zdawał się płakać za liderką, jednak był taki spokojny. Zamknęła oczka, trzęsąc się z zimna.
- To twoja zasrana wina... - wycharczała.
- A skąd! - otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą znajomy kształt. Cień. Pojawił się. Znowu.
- Twoja i nie możesz się z tym pogodzić! - wrzasnęła i obróciła głowę. Nie mogła na niego patrzeć.
- Oj... zachowujesz się jak przerośnięty kociak. Cały czas... nic się nie zmieniłaś...
- Nie pieprz głupot! Gadaj, czemu to zrobiłeś?
- Czemu zabiłem liderkę? To nie ja... i dobrze o tym wiesz.
- To kto?!
- A skąd mam to wiedzieć. - wydawała się taki opanowany... - jednak wiem to, że to ty nie chciałaś jej poznać i to ty jej nienawidziłaś, nie ja. Teraz gdy umarła, nie możesz sobie tego wybaczyć- nie skończył, bo przerwała mu zrozpaczona kotka.
- To twoja wina! Pogódź się z tym!
- Kto tu ma się z czym godzić? - zaśmiał się.
- Zostaw mnie! Nareszcie mnie kurde zostaw w spokoju! - wrzasnęła i znów wybuchła płaczem.
- Jaka słaba... jak już mówiłem ci za każdym razem, nie mogę. To tyle w temacie, bo już zaczynasz mi się nudzić. Przyjdę znów, gdy zacznie się dziać coś ciekawego. - rozbawiony spojrzał czerwonymi oczami na Mgiełkę - Powiem ci tylko jedno... Ze swoją ciemnością musisz uporać się sama. Nikt ci nigdy w tym nie pomoże...
- Pieprz się! - wrzasnęła i kopnęła łapką w powietrze, gdzie przed paroma uderzeniami serca, był cień. Nie było go. Zostawił ją znowu samą na skraju wytrzymałości. Bała się, że miał racje... nie, nie mógł mieć! Przecież to cień! Podły łgarz! Mgiełka skuliła się na śniegu. Miała gdzieś, czy zachoruje. Nie potrafiła się teraz tym przejmować. Po prostu. Znów czuła się jak bezbronny kociak. Złość opadła, pozostawiając tylko po sobie żal i smutek. Zaczęła cicho szlochać właśnie tak skulona na samym środku śniegu. Nie wiedziała gdzie była, nie to teraz się liczyło. Jeśli będzie chciała, jakoś wróci. Jednak to jeszcze nie był na to czas. Bała się reakcji, jeśli inni zobaczyliby ją w takim stanie...

<Jeśli ktoś jest chętny do zobaczenia Mgiełki w nietypowym stanie, to może dokończyć c: >

02 października 2020

Od Mglistej Łapy CD Jesionowego Wichru

Mgiełka właśnie zajmowała się nową pacjentką, którą ewidentne męczyła duża utrata pamięci, bowiem ta nie pamiętała, gdzie poszła i kiedy wróciła, ale fakt jest taki, że przyszła do medyka tylko dlatego, że od kilku dni męczył ją ogromny ból przedniej łapy. W dodatku twierdziła, że boi się ziół. Naprawdę ciężki przypadek. Najlepsze jest to, że po długim wywiadzie wywnioskowała, że Sasankowy Płatek przegrzała się podczas ciepłych por roku i od tamtej pory nie pojawiła się u medyka. Czemu? Mglista Łapa mogła tylko spekulować, bo kotka twierdziła, że nie pamięta, czemu się w ogóle u niej znalazła. Ponadto po długim tłumaczeniu jej aktualnego stanu zdrowia przed uczennicą medyka stanęło kolejne wyzwanie. Mianowicie jak namówić tego tchórza do połknięcia leczniczych ziółek lub usztywnienia chorej kończyny. Jednak ten mozolny proces próby pomocy chorej, przerwał Jesionowy Wicher, wchodzący właśnie do legowiska wraz ze swoim jedynym ogarniętym kociakiem. Mgiełka podeszła do przybyszów.
- Tak?
- Boli mnie brzuch, ciągle się załatwiam i swędzi mnie pod ogonem! - szybko wytłumaczył swoje objawy Jesiotr.
Czekoladowy usiadł na uboczu.
- A i jeszcze tata! - zwrócił uwagę medyczki na niego syn. Jesionowy Wicher zmarszczył czoło. - Kręciło mu się w głowie. - szybko dodał.
- Nie... Znaczy tak... Ostatnio mi słabo. Mam suchość w ustach... Szybko się męczę, czasami boli mnie głowa, no i te zawroty... - powiedział do uczennicy. - Nie mów mi tylko, że to starość - jęknął.
Mglista Łapa chwilę się zamyśliła. Najpierw zajmie się młodym. Nakazała usiąść kociakowi i podeszła do niego, zerkając na kotkę, która o dziwo boi się ziół. Ewidentne przyglądała się im, jakby co najmniej na nią patrzyły. Tyle dobrze, że była zajęta i Mgiełka mogła skupić się na innych pacjentach, nie bojąc się o to, że ta wybiegnie z legowiska, mówiąc, że nie pamięta, czemu tam się w ogóle znalazła. Zmrużyła oczy. To naprawdę był bardzo dziwny przypadek. Wróciła myślami do syna czekoladowego.
- Mówisz, że boli cię brzuch?... - retorycznie zapytała i dotknęła łapką głowy kocurka. Miał lekko podwyższoną temperaturę, ale tylko lekko. W dodatku młodego prześladowała biegunka. Jeszcze z takim przypadkiem Mgiełka się nie spotkała. Zmierzyła wzrokiem Jesiotra. Co był dzisiaj za dzień? Same dziwne choroby do niej się udawały. Była w szoku. Chwilkę zastanawiała się nad tym, co może być kocurkowi i po chwili do jej głowy wpadła myśl, która przypomniała uczennicy jedną z lekcji mentora. Dotyczyła ona przedziwnych istot zwanych pasożytami. To bardzo dziwne stworzenia i mogą dawać przeróżne objawy. Od bólu brzucha przez biegunki, bóle głowy aż nawet do omdleń. Po wypytaniu kociaka i rodzica kociaka wzbogaciła się o wiedzę, że młody nie mógł zjeść niczego, czego jeść nie powinien. Nie był to Kaczorek, a u tego mogłaby polemizować. Ten więc przypadek pasował jej tylko do pasożytów. Nakazała poczekać kocurkom i udała się po potrzebne zioła. Wracając, znów zerknęła w stronę kotki z utratą pamięci. Teraz zaczęła delikatnie wąchać roślinki. Miała skrytą nadzieję, że kiedy uda jej się ogarnąć pacjentkę, jej pamięć wróci na swoje miejsce.
- Podejrzewam u Jesiotra pasożyty, tutaj są zioła na takowe dolegliwości - spojrzała na czekoladowego - Musisz je wszystkie połknąć, ale nie martw się, dodałam tam też nektar wrzosowy, więc nie powinno być to takie złe w smaku - zwróciła się teraz do Jesiotra. Patrzyła, jak ten dzielnie walczy z wykrzywioną miną. Dał radę. Jeden z głowy.
- I powiedz mi, jakby mu nie przeszło Jesionowy Wichrze. Jestem pewna, że chodzi tu o pasożyty, jednak do wnętrza twojego syna zajrzeć nie mogę - dodała niemal obojętnie i po chwili jej wyraz pyszczka znów zrobił się skupiony. - A co do ciebie, ile ostatnio piłeś? Twoje objawy sugerują mi, że chodzi tutaj o odwodnienie - podejrzliwie spojrzała na kocurka. Wydał się zmieszany.
- Możliwe, że nie przesadzałem.
- No więc... - nie dokończyła, bo przerwała jej niejaka kotka z demencją, wybiegająca w popłochu z jej legowiska. Mgiełka z przerażeniem spojrzała w tym kierunku, po czym skierowała wzrok na miejsce, gdzie posadziła wcześniej kotkę. Nie było ziół. Musiała je zjeść. Odetchnęła. Jednak po chwili dotarło do niej, co właśnie się stało. Kotka, która traci pamięć i nie pamiętała gdzie ani po co była, właśnie wybiegła z jej legowiska i udała się w tylko sobie znanym kierunku. W mgnieniu oka zdecydowała się ruszyć za nią, już nie kończąc wypowiedzi skierowanej do jej kolejnego pacjenta.
- Pomóż mi Jesionowy Wichrze! - wrzasnęła, była pewna, że sama sobie nie poradzi z dogonieniem i zaciągnięciem z powrotem do leża medyków kotki. Za co Klanie Gwiazdy?-pomyślała. Czemu Porannej Zorzy akurat nie było w legowisku, tylko musiał urządzać sobie jakieś przechadzki? Mgiełka nie wiedziała, gdzie od czasu do czasu pojawiał się mentor, ale nie pytała. Jego sprawa. W każdym razie nie o to teraz ma się martwić. - Sasankowy Płatku wracaj! - wrzasnęła teraz do spłoszonej kotki, nawet nie zwracając uwagi na to, czy Jesionowy Wicher zdecydował się jej pomóc. Doprawdy Mgiełka pierwszy raz w swojej dość krótkiej karierze medycznej, spotkała taki dziwny przypadek.

<Jesion? Pomożesz dogonić zbiega?>

Wyleczony Jesionowy Wicher, Jesiotr i Sasankowy Płatek