BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nastroszone Futro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nastroszone Futro. Pokaż wszystkie posty

08 czerwca 2024

Od Nastroszonego Futra

 Czuł się coraz gorzej. Czy to przez to, że był uwięziony w tym miejscu już od... nie pamiętał jak długiego czasu, czy może to czym go faszerowali Wyprostowani było trucizną? Nie wiedział. Ciągle pojawiała się ta jedna Dwunożna, która wyciągała go i stawiała na metalowym kamieniu, przykładając mu do sierści dziwne rzeczy. Na dodatek... kłuła go! To było chyba najgorsze co mogło go spotkać. Ah! Jaki był głupi, że dał się złapać! Powinien być uważniejszy. Teraz cała jego kariera legła w gruzach! Na pewno uznano go za martwego. A zresztą... czuł się jak umierający. 
Cokolwiek ten stwór mu robił, miał bardzo zmartwioną minę. Gładziła go po uchu i sierści na co nie protestował z bardzo ważnego powodu... Nie miał po prostu sił się stawiać. No i... można rzec, że przywykł do jej obecności. Dawała mu niezłe żarcie, a to już był powód, który sprawiał, że ją nieco polubił. Nieco... 
Mówiła też do niego, ale nie miał pojęcia co, ponieważ nie znał języka tych istot. Widział jednak, że z czymś walczyła. I że ta walka była poniekąd z nim związana. 
Czyżby zdrowie mu siadło przez jego niezbyt rozważne życie? Czyżby pokarm, który spożywał na brudnych uliczkach Betonowego Świata był trucizną? A może naprawdę czymś się zatruł? Ale w takim przypadku... gorzej czułby się już dawno, a to... to stało się, gdy tylko tutaj trafił. Mógł jedynie się domyślać... co było tego przyczyną. 
Coraz częściej łapały go drgawki. Nie panował nad swoim ciałem. Męczył się, a cierpienie było wymalowane na jego pysku. Na obliczu Wyprostowanej widniała troska, lecz nie płakała. Pewnie była do tego przyzwyczajona. Pewnie to nie jej pierwszy raz, gdy musiała podjąć tak trudną decyzję. 
Podrapała go za uchem i wyciągnęła strzykawkę. Zbliżyła ją do jego łapy, w którym miał dziwne kabelki i wstrzyknęła mu tam jej zawartość. Zapiekło, ale zaraz poczuł jak cały ból, który trawił jego ciało znika. Ta ulga była taka wspaniała. Wręcz zbawienna. Odetchnął i posłał jej wdzięczne spojrzenie, gdy obraz powoli się zaczął mu rozmazywać, a go ogarnęła senność. Usnął. 
A gdy odzyskał świadomość ze zdumieniem stwierdził, że... nie było już nic. Tylko Pustka. 

Rip [*]

26 kwietnia 2024

Od Nastroszonego Futra CD. Bastet

Obił mordę jakiemuś typowi i wracał do bazy bardzo z siebie zadowolony. Te zadania, które zlecał mu Entelodon były wspaniałe! Normalnie czuł jak rozkwita! Duma wręcz go rozpierała, kiedy kroczył uliczkami z dobrze wykonanej roboty. Tu w końcu ktoś go doceniał, tu w końcu ktoś się go bał. Ci samotnicy byli słabi. Żaden nie miał z nim szans, ha! 
Nagle przystanął, bo ujrzał znajomą postać, która wwiercała w niego swoje spojrzenie. O nie... Co ona... tu robiła?!  
— Jak mija dzień, Nastroszone Futro? — spytała pogodnie Bastet, jednak wciąż typowym dla siebie chłodem. — Słyszałam, że ci się oberwało.
Rzeczywiście informacja o ich sprzeczce dotarła do właściwych uszu. Nie zamierzał dać się jej jednak ponownie sprowokować, zaciskając z trudem pysk na swoim języku. Duma go zabije jeśli znów będzie zmuszony płacić Jafarowi za jego błędy. Jednak nie potrafił po prostu tak zignorować jej słów. Gdyby teraz odszedł z podkulonym ogonem... Okazałby się tchórzem bez honoru! 
Uniósł na nią spojrzenie, chociaż uszy przylegały mu płasko do głowy. 
— Ciekawe kogo to zasługa... Zadowolona jesteś z siebie?
— Owszem. Tą sytuację dopisuję do listy moich osiągnięć — odparła spokojnie. — Dziękuję, że doceniasz moje umiejętności upokarzania innych kotów, jednak sądzę, że była to w większości twoja zasługa. Wystarczyło być grzecznym i niezbyt aroganckim, a spójrz, jak miło byśmy sobie pogawędzili...
Zmrużył oczy, patrząc na nią z ogromną urazą i niechęcią. Jasne... Już to widział... 
— Tak... — miauknął tylko. Nie mógł znów podpaść. Bądź co bądź, Bastet i jej szef byli sojusznikami. Nie chciał, aby przez niego runął tak ważny dla Entelodona sojusz. Wtedy nawet Duma by mu nie pomógł, a miastowa szycha wtarłaby go w beton tak, że już nigdy by się nie pozbierał. 
— Rozumiem więc, że spór zakończony? — Usiadła, prostując się. — Jak zatem u Entelodona? Nie mieliście ostatnio żadnych komplikacji?
Tak... Zakończony. Chyba... Chociaż nadal był na nią obrażony, że na niego doniosła. Podły szpicel. 
— U niego dobrze. Załatwiałem właśnie jednego typa, który mu się naraził — Uśmiechnął się pod nosem, bo wspomnienie zwycięstwa napawało go dumą. Pokazywało mu to, że nie był taki beznadziejny za jakiego zawsze uchodził w Klanie Nocy. Tutaj... Tutaj był kimś. Miał namiastkę władzy, którą zawsze pragnął posiadać. 
— Zatem widzę, że twoja profesja jest dość podobna do mojej. Mi również zdarza się zrzucać z dachów i miażdżyć głowy wrogom Jafara. Ale nie tylko. Jesteśmy sojusznikami, a więc wróg Entelodona jest i moim wrogiem. — Uniosła brodę. — To takie ironiczne, że wciąż znajdują się koty dość głupie, by znieważyć najsilniejsze w mieście osobowości. Myślą, że oszukają diabła.
— Tak. Głupcy — zaśmiał się, nieco rozluźniając się przy kocicy, ponieważ schodziła na bardzo interesujące tematy. A on cóż... lubił porozmawiać z kimś kto rozumiał, jaką frajdą było klepanie kogoś po mordzie. — Ale to wspaniałe uczucie. W klanie za coś takiego by mnie wygnali albo zabili, a tutaj mogę legalnie czynić to co jest moją pasją i jeszcze ode mnie tego oczekują. Uwielbiam sprzątać problemy. To super zabawa.
Bastet uniosła brew, oplatając ogonem swoje łapy.
— W klanie — powtórzyła. — Czym są te "klany"? Nie pierwszy raz słyszę to określenie, ale niedużo kotów wie więcej na ten temat. 
O! Czyli jednak było coś czego panna mądralińska nie wiedziała. Ale wiadomo... Mało kto znał leśne społeczności, które znajdowały się poza Betonowym Światem. Jego wiedza była więc cennym towarem. Ale... nie byłby sobą, gdyby jej o tym nie opowiedział. Uwielbiał w końcu uchodzić za kogoś mądrzejszego niż był w rzeczywistości. Akurat wspomnienia o dawnym domu były wciąż żywe, więc bez problemu rozpoczął: 
— Klany... To takie większe gangi liczące kilkadziesiąt kotów. Żyją w dziczy, lasach, polach czy na wyspie. Funkcjonują jako społeczeństwo. Jest hierarchia, na szczycie stoi lider, co przewodzi i jego zastępca, co przejmie jego funkcje po jego śmierci. Potem są medycy czyli tacy uzdrowiciele, oni nie mogą mieć potomstwa ani partnerów. Dorosłe koty szkolą się na wojowników, czyli takich gangsterów co pilnują terenów, walczą i polują na zwierzynę dla wszystkich. Są jeszcze uczniowie, tacy młodzi co się szkolą na wojowników oraz królowe - ciężarne kotki i kocięta. A gdy jesteś staruchem idziesz do starszyzny, leży się tam i nic nie robi, a uczniowie wymieniają im mech, dają jeść i wyciągają kleszcze — podzielił się informacjami z kocicą. — No i jest kodeks — prychnął. — Strasznie ograniczający. Zabijanie jest tam karane wygnaniem. Ja sam odszedłem, bo miałem dość tego co tam się działo... Baby doszły do władzy i próbowały mnie sobie podporządkować, bym skakał na każde ich zawołanie. Odrażające istoty!
Samotniczka zaśmiała się czystym i klarownym śmiechem, gdy tylko skończył.
— Czyli rozumiem, Zjeżku, że wylądowałeś tutaj z frustracji bycia podporządkowanym płci żeńskiej? Powiedziałabym nawet, że bycie uciśnionym przez kotki jest lepsze, niż przez koty takie jak Entelodon. Gdy dołączasz do gangu, nie ma już z niego powrotu. — Wysunęła teatralnie pazury, przyglądając się im. — Oczywiście to dotyczy tylko słabych kotów. Te silne i ambitne z pewnością zapracują na sympatię pana miasta. A system tych leśnych dzikusów zdaje się niezwykle wadliwy. Jak dbają o pewność, że członkowie klanu będą lojalni wobec ich przywódcy bez zastosowania przemocy? Samo przetrzymywanie w grupie staruchów to duże obciążenie. W miejskich historyjkach klanowe koty były antagonizowane, a, jak widzę, są całkowitym tego przeciwieństwem.
Strzepnął ogonem słysząc jej słowa. 
— Właśnie, że nie! Mówisz tak, bo jesteś kotką i nie doświadczyłaś tego co ja! Tutaj... — Wziął głęboki oddech. — Tutaj odetchnąłem pierwszy raz odkąd się urodziłem. Praca dla Entelodona, nieważne jak brudna i parszywa jest sto razy lepsza niż podleganie babom. — Najeżył się. — No jest wadliwy i bardzo ograniczający. Tam za podniesienie łapy na kogoś dostajesz karę, możesz stracić swoją pozycję i zostać na powrót kociakiem będąc staruchem. Zastraszają ich właśnie w taki sposób, a gdy ktoś jawnie się sprzeciwia to przechodzą przez wygnanie. A owszem. To srające tęczą zbiorowisko gejów i lesb, co niszczą porządne koty!
— Wyluzuj, Zjeżku. Stroszysz się jak kocię i wystarczy jedno słówko, żeby cię zirytować. Nic dziwnego, że takie imię ci nadano — prychnęła, słysząc kolejne słowa. — Czyli w taki sposób karają koty? Cofając dorosłych wojowników do rangi kocięcia? To wygląda bardziej jak zabawa lub nieśmieszny żart, niżeli grupa, która miałaby prawo określać się mianem klanu. Jeśli przeszkadzają ci związki homoseksualne, trafiłeś chyba na niezbyt dobre miejsce, kochany. Tutaj roi się od gejostwa. Myślisz, że nigdy nie przespałam się z kotką? — parsknęła, jakby rozbawiona jego rozumowaniem.
Na jego pysku pojawił się obrzydzony i zdegustowany wyraz. Cofnął się od niej jak od jakiegoś robactwa, które na niego wlazło. Co?! O fuj! Jak ona mogła tak szczerze się do tego przyznać?! To było... nawet nie chciał kończyć. Wystarczyło, że udało mu się wyobrazić sobie, że ta tutaj przed nim była zdolna do tak gorszących czynów, jak pocałowanie innej kotki. Ble! 
— Jesteś obrzydliwa! W gangu Entelodona nie ma żadnych gejów, ty nie należysz do niego... A w Klanie Nocy... Tam zmuszano mnie do bycia jednym z takich zboczeńców! Tu mogę być kim tylko chcę! I nie nazywaj mnie Zjeżykiem. — Tupnął oburzony łapą. — Nie jestem kociakiem, mógłbym z łatwością cię pokonać. Walczyłem z samym Entelodonem i zobaczył we mnie potencjał, potencjał, którego nikt nie dostrzegał w moich rodzinnych stronach. Dlatego jestem tu gdzie jestem i nie zamierzam cię słuchać, jak będziesz gadać dalej te swoje bzdury. 
— Nie ma żadnych gejów? Jeden z jego synów jest partnerem Jafara. Wie o tym całe miasto — parsknęła. — Wszyscy są do tego przyzwyczajeni. To jest Betonowy Świat, większość kotów flirtuje z kim popadnie i płeć nie ma dla nich znaczenia. Przyzwyczaj się. Zmuszanie do homoseksualizmu nie jest raczej mądre, zważając na to, że musicie się rozmnażać, żeby klan przetrwał — jego słowa sprawiły tylko, że Bastet uniosła brew z powątpiewaniem. — Wiara w to, że siła mięśni to jedyne, co pozwoli ci wygrać, jest naiwna. Liczy się taktyka i rozum, Zjeżku — podkreślając to, puknęła się pazurem w czoło. — Jeśli w to wątpisz, śmiało, zmierz się ze mną. Chętnie trochę poćwiczę i może się czegoś nauczę, skoroś tak dobry. Lubię wyzwania.
Wbił w nią niezadowolony wzrok. To co mówiła było herezją! Przecież miał oczy i widział jak jest naprawdę. Może po mieście chodziły takie obrzydliwe plotki, ale nie było w tym ani grama prawdy! Inaczej dawno by zauważył, że taki Duma go podrywa, a przecież tak nie było! Nie rzucał się na niego i nie zapraszał na randki jak ktoś kto lubiłby tą samą płeć. Najwidoczniej Bastet próbowała namieszać mu w głowie, ale nie! On się nie da wyrolować! 
— Brednie! Poznałem jego synów i żaden z niego gej! To moi kumple. Nie podrywali mnie nigdy, a to cecha gejów! — powiedział co wiedział, nie dając jej wiary. — Dlatego odszedłem! Nie chciałem żyć w świecie, gdzie ktoś narzucał mi kim mam być — Słysząc jej zachętę do bójki, uśmiechnął się pod nosem. Zaraz da tej lesbie nauczkę. Zobaczy, że nie ma z nim szans! — Dobra. Dawaj. Jeśli wygram to przestaniesz mi ubliżać, a jak ty wygrasz to będziesz mogła wołać na mnie jak ci się żywnie podoba. Stoi?
Kotka uśmiechnęła się.
— Stoi — odparła, zaskoczona nieco tak głupim zakładem. 
Samotniczka czekała, przygotowana na jego pierwszy ruch. Nie dał jej jednak dużo czasu do namysłu. Rzucił się na nią od razu, próbując zbić ją z łap i przycisnąć do podłoża. Liczył na szybką wygraną. Bastet może i znana była na całe Siedlisko Dwunożnych, ale była przecież kotką. I to opowiadającą odrażające rzeczy! A on... on był niezły w walce! Udowodni jej, że się co do niego myliła. 
Samica uskoczyła, ale wcale go to nie zniechęciło. Rzucił się ponownie, próbując użreć ją dość boleśnie w łapę i udało się! Przeciwniczka wydała z siebie wrzask. Ha! Czyli teraz pójdzie z górki. W końcu wybrał tą część ciała na cel, ponieważ szybko zakończą tak pojedynek. Nie chodziło w końcu o zabicie kotki, a ukazanie swojej dominacji. A najlepsze w tego ukazaniu było przyciśnięcie jej do brudnej betonowej drogi.
Jedyny logiczny sposób na uwolnienie się, jaki przyszedł Bastet do głowy, to wysunięcie pazurów i użarcie go w gębę. Zrobiła to, a następnie wykręciła tylną łapę, by zbić go z nóg. Korzystając z wolnego momentu, rzuciła się pędem w kierunku dużego kontenera. Wskoczyła na niego, a potem na balustradę. Zachowując równowagę, szła po poręczy balkonu, wskakując następnie na dach.
— Wespniesz się do mnie? — miauknęła spokojnie z góry.
Co to były za ucieczki? Tak się u nich walczyło? Oburzające!
— Tchórz! Oczywiście, że wejdę — i na potwierdzenie swoich słów, wskoczył na kontener dość niezgrabnie, podciągając się na balustradę. Zachwiał się na moment, prawie tracąc oparcie, ponieważ nie przywykł jeszcze do tego sposobu poruszania się. W dziczy nie ma przecież takich śliskich tworów, w które nie da się wbić pazurów, a następnie wskoczył na dach, wbijając mocno w dachówki łapy, podciągając się z ciężkim sapnięciem. 
— Ha! Widzisz! Udało się — wydyszał.
Gangsterka uśmiechnęła się do niego przebiegle. 
— Dyszysz jak starzec — zacmokała. — Zmęczyło cię parę skoków? 
Chciał jej odpowiedzieć, ale widząc jak się rzuca w jego stronę, uskoczył w bok. Jego łapy nieprzywyknięte do nierównej, skośnej powierzchni, osunęły się, powodując że ześlizgnął się aż do krawędzi, tworząc brzydki ślad na metalu. 
— Zejdźmy na ziemie! Tu nie da się walczyć! — zauważył, czując jak był blisko od zlecenia i nieuchronnej śmierci.  
— Za późno, Zjeżku. Pozwoliłeś mi podyktować warunki walki — zamruczała. Spoglądała raz to w jego oczy, raz w jego łapy. Przyzwyczajona do chadzania po dachach, podeszła do niego, gdy tylne kończyny kocura zsuwały się z krawędzi. — Coś mi się zdaje, że lesba cię pokonała.
— Nie! — Położył po sobie uszy, sycząc wrogo. — Wcale nie! Dam radę! Jeszcze nie padłem od twych łap! — I na potwierdzenie tych słów, pozbierał się na do góry i skoczył w jej kierunku, by to ona leżała pokonana na ziemi, a nie on!
Kocica uskoczyła do tyłu, ale potknęła się i przewróciła. Zsunęła się kawałek, ale wysiliła się, by odepchnąć kocura tylnymi łapami. Wstała na łapy, robiąc krótką przerwę na zaczerpnięcie oddechu, który od ilości wysiłku znacznie jej przyspieszył. Spojrzała się na niego. Wciąż stał niżej na dachu od niej. Skoczyła w jego stronę i potoczyli się w dół. Arlekinka chwyciła się pazurami dachówek i podciągnęła, by nie spaść. A on? Poczuł jak zlatywał z dachu, w ostatniej chwili zaczepiając się pazurami o rynnę. Wisiał tak czując, że pod łapami nie miał nic. Pustka. Złapał go strach. Nie. Nie mógł tu umrzeć! Był za młody! Jeszcze nie osiągnął wielkości o jakiej marzył! Starał się wciągnąć, ale nadaremno. Mięśnie łap paliły go z bólu i wysiłku. Nie! Nie! Nie! 
— P-pomocy! — wypiszczał niczym przestraszony kociak.
— No proszę, podobno "tchórz" właśnie ratuje ci życie — wydyszała samotniczka. — Ale, wiesz, tak się zastanawiam, czy ci pomagać... Byłeś w stosunku do mnie bardzo niegrzeczny, Zjeżku. Może jak poprosisz.
— Proszę! Błagam! Jak spadnę to sobie coś złamie i mnie Entelodon weźmie na straty! Błagam! Miej litość! —  panikował coraz bardziej, ponieważ ostatkiem sił utrzymywał się na dachu. Jego szaleńcze młócenie powietrza tylnymi kończynami na nic się zdawało, a jedynie odbierało dech w piersi. Spadnie. Spadnie i umrze! 
Bastet złapała go za kark praktycznie w ostatnim momencie, gdy już wydawał z siebie wrzask i wciągnęła z powrotem na dach.
— Spokojnie. I tak nie pozwoliłabym ci umrzeć, jesteś kotem Entelodona, nieważne, jak bardzo irytującym. Chciałam po prostu zobaczyć, jak błagasz kotkę o litość z zębami zaciśniętymi ze strachu — miauknęła, a jej ogon otarł się o jego podbródek, gdy go mijała. — Na ziemi może i byś mnie pokonał, ale nad nią to ja króluję. Powinieneś myśleć, zanim coś zrobisz.
Odetchnął z ulgą, gdy łapy znalazły twardy grunt. Szybko otarł łzy z oczu, gdy wciąż przez jego grzbiet przechodził zimny dreszcz. O rany... Było blisko. Skrzywił się na jej słowa, bo rzeczywiście... Miała rację. Nie pomyślał i przez to kocica go idealnie wyrolowała. 
— Wygrałaś — wyznał po dłuższej przerwie. — Możesz teraz się tym chełpić.
Parsknęła.
— Czym mam się chełpić? Tysiąc kotów już zrzuciłam z dachu. Idzie się przyzwyczaić do wygrywania — miauknęła sarkastycznie, ale niedługo później spoważniała. — Całkiem dobrze walczyłeś, Zjeżku, trzeba przyznać. Zmęczyłam się.
Wypiął dumnie pierś słysząc, że został doceniony. I to przez kotkę! Uśmiech zalśnił na jego pysku. 
— Ja też. Ale wiem... Jestem boski. Widzisz jaki talent wyrzucono? Jak tu trochę pożyję, to zobaczysz, że nawet na dachu cię pokonam! — Spojrzał w dół i zaraz sobie coś o czymś przypomniał. — E... Bastet? A jak się schodzi z dachu? Bo... Tak się składa, że nigdy tego nie robiłem... To nie drzewo...
Arlekinka przewróciła oczami.
— Zaczynam żałować, że cię nie zrzuciłam — sapnęła. Skinęła kocurowi głową, by ruszył za nią i podeszła do krawędzi dachu z tej samej strony, z której na niego wchodzili. Wycelowała wzrokiem w poręcz i skoczyła, utrzymując równowagę.  — Tylko uważaj, bo zostanie z ciebie krwawa miazga, jeśli źle skoczysz.
Spojrzał w dół. Wycelowanie w taką wąską barierkę będzie trudne. Zaparł się łapami i ustawił do skoku. Trwał tak przez moment, próbując wyczuć odpowiedni moment na odbicie się od powierzchni. 
— NIE POMAGASZ! — pisnął, próbując nie myśleć o rychłej śmierci.
— Nie bądź ciapą — ponagliła go, wpatrując się w jego nieudolną pozycję. — Namierz cel i skocz. Nie odbijaj się zbyt mocno, bo polecisz, ani zbyt słabo, bo twoja główka spotka się z twardymi płytami.
Wziął głęboki oddech. Łatwo jej było mówić! Ona pewnie się urodziła na dachu i miała to całe schodzenie we krwi. W końcu zebrał się w sobie i z wrzaskiem skoczył, uderzając dość boleśnie o poręcz, obejmując ją wszystkimi kończynami. Żył, ale jego brzuch cierpiał od bólu spowodowanym twardym lądowaniem. 
— Ała... Moja wątroba...
— Nie rycz, przeżyjesz — odparła. — Cóż, mam nadzieję, że twoja wątroba jest przygotowana na kolejny skok.
I mówiąc to, skoczyła w kierunku kontenera. Odbiła się od jego powierzchni i wylądowała na ziemi, ocierając się z kurzu.
Spojrzał w dół i zebrał się w sobie, aby się unieść, ale jedynie przewrócił się i wypadł z poręczy, upadając na kontener z głośnym "łups". Na szczęście jednak w powietrzu okręcił się i spadł na cztery łapy, kończąc po chwili na ziemi u boku Bastet, kuląc się na ziemi z bólu. 
— Nigdy... Więcej... Nie wejdę... Na dach.
Poklepała go łapą po głowie.
— Przynajmniej teraz docenisz mnie jako przeciwnika — mruknęła rozbawiona jego bolesnym upadkiem. — Prawda, że dachy są niezwykle urokliwe?
Spiorunował ją spojrzeniem, krzywiąc nos na jej dotyk na łbie. Jakby był jakimś dzieciakiem! Oburzające. Pozbierał się na łapy, krzywiąc z bólu, przygarbiając się przy tym. 
— Są okropne! Nie lubię ich! Ugh... — wyrzucił z siebie całą swoją frustrację.
— I dlatego właśnie uwielbiam się po nich wspinać — zamruczała.

***

Tyle już księżyców żył w tym świecie, że powoli stawał się częścią tej całej społeczności. Radosnym krokiem przemierzał drogę w kierunku Kasztelana, aby nieco się zabawić. Ostatnio jego pewność siebie wzrosła, pomimo zawalenia misji ze znalezieniem Artura. Dostrzegając czyjeś znajome futerko, podbiegł do Bastet, szczerząc się jak głupi. 
— Cześć, Bastet! Nie uwierzysz! Zostałem prawdziwym gangsterem! Duma mnie pochwalił! On! Jest ze mnie dumny, wiesz?

<Bastet?>

04 marca 2024

Od Nastroszonego Futra

 Ciągłe zabawy w Kasztelanie odbiły się na nim aż za bardzo. Przez te nocne imprezy i ziółka, wracał zmęczony, a misje, które zlecał Entelodon jeszcze bardziej wysysały z niego siły. Nie dało się ukryć, że się starzał i coraz mniej chętnie jego natura chciała czuć się młodo. Chociaż... on chciał, oczywiście, że chciał szaleć, ale jego ciało już nie nadążało za takim trybem życia. 
Może właśnie dlatego nie zauważył tego parszywego Dwunożnego, który już kilkakrotnie próbował go złapać. Zawsze udawało mu się uciec. Istota często próbowała różnych sztuczek, ale był od niego zdecydowanie mądrzejszy. Teraz jednak stracił czujność. Zapomniał się i nie dostrzegł jak siatka niespodziewanie zmierzała w jego kierunku. 
A tu bum! Nagle nie mógł iść, nagle się wywrócił i uniósł w powietrze, zaplątany w jakieś świństwo! Zaczął się szarpać, próbując uwolnić się, ale to wszystko poszło na nic! Dwunożny cieszył się i coś mówił, wrzucając go do klatki. 
— O ty parszywy! — zaczął wyzywać go i kląć. Jego przeciwnik jednak nic sobie z tego nie robił. Zamknął go i napawał się swoim zwycięstwem. 
Zmroził go strach. I co teraz? Czy to był ten moment, gdy zniknie z miasta i już nigdy nikt o nim nie usłyszy?! Co powie Entelodon? A może zaraz się o wszystkim dowie, bo ktoś to zauważył i mu opowie jak jego kot dał się tak łatwo złapać? Ah! Kończyły się jego harce, jego młodzieńcze szaleństwa. Teraz czekało go nieznane. 

***

Dwunożny przywiózł go do miejsca, w którym dało się wyczuć śmierć. Nie pamiętał zbyt wiele, ponieważ zaraz go czymś ukuł, a błoga nieświadomość go zalała. Gdy się ocknął, zauważył, że był w jakimś metalowym pudle, które wydawało się większą klatką. Słyszał głosy innych kotów, które tak jak i on, zostali pochwyceni. Ale go mdliło! I kręciło w głowie... Na dodatek czuł ból nieznanego pochodzenia. Może go otruł? 
Otarł pysk łapą, ale to nie pomogło. Musiał stąd uciec. Widział świat, bo jedna ze ścian była okratowana. Może udałoby mu się ją jakoś otworzyć... 
Gdy tak o tym rozmyślał pojawiła się Dwunożna. Pachniała ostro i nieprzyjemnie. Nosiła na dodatek jakąś białą skórę. Widział ją doskonale, ponieważ jego klatka znajdowała się na poziomie jej oczu. Istota otworzyła jego więzienie co spowodowało, że się podniósł i zamierzał już dać dyla, ale jego łapy nie były jeszcze na to gotowe. Przewrócił się, a obca zachichotała. Podłożyła mu pod nos miskę z jedzeniem i zamknęła ścianę. Niech to. 
Nie mając wyjścia skupił się na żarciu. Nim nie pogardzi chociaż czuł, że jeszcze go mdliło. Skubnął jednak kawałek i jeszcze trochę mięsa, a apetyt nagle mu wrócił. 
Jednak co dalej? Nie wiedział. 
Musiał odpocząć. 

05 grudnia 2023

Od Nastroszonego Futra CD. Kawczej Łapy (Kawczego Serca)

 Jego córka wyrastała na mądrą osobę. Był z niej dumny. Mógł bez przeszkód chwalić się swym dzieckiem przed wszystkimi, ponieważ w przeciwieństwie do Morelkowej Łapy, Kawcza Łapa wiedziała jak z  nim rozmawiać i czego od niej oczekiwał. Wątpił, aby sprawiła mu zawód. Na dodatek nie była głupia jak jej matka. Musiała odziedziczyć po nim inteligencję. 
Dzisiejszego dnia wybrał się z Makrelową Łapą, Morelkową Łapą i Kawczą Łapą na spacer po terenach. Chciał przyjrzeć się ich umiejętnością łowieckim, bowiem nie wiedział jak sobie radzili. A patrząc kto szkolił czarno-białą wręcz niesmak pozostawał mu na języku. Sroczy Lot na pewno nastawiała córkę przeciwko niemu. Znał ją, była fałszywa tak samo jak Zajęcza Troska. 
— No dzieci, słuchajcie... Macie się dzisiaj postarać i złapać wiele ryb. Nie zawiedźcie mnie — ogłosił trójce młodocianych. 
— Jasne tata! Ćwiczyłem to codziennie, bowiem moja ukochana lubi sobie pojeść — odpowiedział syn, który zdawał się pogodzić po ostatnim koszu od Ryjówkowej Łapy. Oczywiście... miał zamiar z nim później o tym porozmawiać. To, że ich związek się rozpadł to jedno, ale nie powinien się poddawać! Jeżeli chciał, aby ta kotka była jego to powinien sobie ją rozkochać siłą. W końcu tak on zrobił to z ich matką. 
— Do roboty — rozpoczął zawody, rozkładając się wygodnie na brzegu, gdzie jego potomstwo próbowało coś wyłowić z burzliwej rzeki.
***

*teraźniejszość*

W sumie zapomniał o swoich dzieciach. Porzucił swoje dawne życie i został gangsterem. Tu czuł się nareszcie kimś! Nie żałował tego, że uciekł i okazał się zdrajcą. Za żadne skarby nie chciał powracać do Klanu Nocy, gdzie ponownie byłby nikim. Na dodatek kocięta to kocięta. Dorobił się ich sporo, tak przynajmniej przeczuwał. Nie żałował sobie kocimiętki i dobrej zabawy. W Kasztelanie bywał co noc, dokładnie po tym jak odbębnił obowiązku u Entelodona. To było... wspaniałe życie. 
No może ktoś się mordował w zaułkach i trzeba było zachować czujność, aby nie skończyć jako zimny trup, ale to napięcie, ta adrenalina powodowała, że miał po co żyć. Bowiem lubił niezłą bitkę, a ostatnio jego kółeczko znajomych się rozrosło o kolejnych kumpli. Nie miał tylu znajomych przez całe swoje życie! To było niczym utopijny świat, którego od zawsze pragnął. 

15 września 2023

Od Nastroszonego Futra CD. Kawczej Łapy (Kawczego Serca)

*dawno temu*

Krzywił pysk raz po raz, gdy widział swoją córkę w zasięgu wzroku. Jak mogła dostać Sroczy Lot na swoją mentorkę? To było jak splunięcie mu w pysk. Na dodatek od razu posłał córkę na straty, uznając że zawiódł. Dlatego też, gdy ta do niego podeszła i powiedziała te słowa, przez chwilę w głowie miał mętlik. Chciała, aby pogadał z liderką? No w zasadzie mógł iść i zrobić raban, skoro córce nie odpowiadało szkolić się pod okiem tej idiotki. Nawet lekko się uśmiechnął, widząc że Kawka okazała się mądrzejsza i rozumiała w co się wpakowała, mając kogoś takiego jak Sroka za mentorkę. Nie nauczy jej niczego wartościowego o byciu kotką! Zrobi jej jedynie pranie mózgu i zaraz zacznie się miziać z jakąś babą po kątach. Ble. Ohyda. 
— Poprosić? Ja zaraz się z nią tak rozmówię, że jeszcze nas przeprosi za to co zrobiła — rzekł pewnie i skierował swoje kroki do legowiska lidera. Widok Daliowej Gwiazdy sprawił, że wykrzywił się. Tak samo i ona nie zdawała się zadowolona, że marnował jej czas. 
Porozmawiał z nią na ten temat, ale ku jego wielkiemu zaskoczeniu kocica nie zamierzała zmienić swojej decyzji. Czyżby została już przekupiona przez Sroczy Lot? Czego on się spodziewał! Tak to było mieć za liderkę kotkę! One nie potrafiły podejmować racjonalnych decyzji. Kierowały się tylko swoimi pobudkami. Nawet kłótnie nic nie dały, bo ta zaraz zagroziła mu, że go zdegraduję jak będzie podważał jej decyzję jak jakiś rozpuszczony dzieciak. 
Zdenerwowany wyszedł, machając wrogo ogonem na boki, mijając pełną nadziei córkę. Ta zdziwiona tym, że się nie zatrzymał i nie przekazał radosnych wieści, pobiegła za nim. 
— Co powiedziała? — dopytywała. 
— Że ma cię szkolić i nie zmieni swojego zdania — przekazał jej. — Pewnie wyprała jej mózg, tak jak zrobi to i tobie. Pamiętaj. Nie ufaj jej. To podła żmija. Odbierze ci marzenia, a potem rozkaże lizać się z kotkami jak jakiejś lesbie — wykrzywił się bardziej z odrazy. — Pamiętaj Kawcza Łapo. Jak tylko przyprowadzisz partnerkę pod mój dach, to nie licz na przebaczenie. Zawiedź, a pożegnasz się z rodziną — zagroził, a następnie skierował swoje kroki ku legowisku wojownika, w którym się zaszył, będąc w parszywym humorze. 

<Kawko?>

05 września 2023

Od Nastroszonego Futra CD. Kawki (Kawczego Serca)

 Zmierzył kocię zagadkowym wzrokiem. Przyszła do niego w odwiedziny? A raczej... wymknęła się? Widać było jak Paskuda pilnuje swoich dzieci. Znów ta jej bariera, którą robiła pomiędzy nim, a kociętami miała wiele dziur i wad, tak jak ona sama. Nie miał pojęcia jak miałby spędzić ten czas, który los mu dał z córką. Była w końcu samicą... Hm... A może... Może naprawiłby błędy Błotnistej Plamy i opowiedział małej o jej przyszłości? Tak... Powinna wiedzieć, że nie mogła mieć się za lepszą od kocurów. To byłoby uwłaczające, gdyby jego córka zadawała się z kimś pokroju Zajęczej Troski. 
Usiadł i wciągnął małą bardziej w cień legowiska wojowników, aby nikt ich nie widział. Jeszcze mu brakowało, aby czekoladowa zauważyła, że Kawka była z nim i przyleciała tu drąc się jak opętana. 
— Wierzę, że mnie nie zawiedziesz. — Poklepał ją po łebku, zastanawiając się jak ugryźć temat. 
Córka wyglądała na zafascynowana jego osobą, co mu łechtało ego. Zdawała się znacznie poważniejsza od Morelki, która była przedziwnym dzieckiem. 
— Po pierwsze. Nie jąkaj się, bo brzmisz jak swoja matka — przeszedł do nauki. — Po drugie jako moja córka musisz wiedzieć, że pisane ci jest życie typowe dla prawdziwej kotki, a nie tych oszukańczych pseudo kotek, które sprzeciwiają się swojej roli w tym świecie. — Machnął zdenerwowany ogonem na samą myśl o Sroce i jej psiapsi. Odrażające istoty. — To oznacza, że jak dorośniesz musisz znaleźć sobie kocura i urodzić potomstwo, inaczej co z ciebie za kotka? Zapamiętaj. Brak potomstwa to wstyd dla kogoś takiego jak ty. Kolejna sprawa jest taka, że nie możesz zadawać się z Zajęczą Troską i Sroczym Lotem. Te dwie nie szanują mnie, więc nie będą szanować także ciebie. Jak się dowiem, że z nimi się zadajesz, możesz liczyć na powrót do matki i smutne życie w jej zasmarkanym świecie. Przy mnie za to będziesz kimś. — Napuszył się dumnie, wkładając w te słowa dość dużo pewności siebie. Czy robił Kawce wodę z mózgu? No może trochę. Wątpił jednak, aby była inteligentna. Kotki zawsze były tępe i głupie, nie było w nich żadnej mądrości. Za dużo razy przejechał się na wiarze w ich możliwości, by twierdzić inaczej. 
— Masz jakieś pytania? — Wbił w nią wzrok oczekując, że ta zacznie go wielbić, tak jak powinna z racji tego, że dał jej życie. 

<Kawko?>

16 sierpnia 2023

Od Nastroszonego Futra CD. Bastet

 — Ha! Ja? Wymięknąć? Pff... Co ty! Mam taką parę w łapie, że byś się zdziwiła — zadowolony zeskoczył z ławki, oczekując aż kotka do niego dołączy. Ah... Cudowne życie. Kochał je z każdym dniem coraz bardziej. — Zanim dołączyłem do gangu Entelodona to brałem udział w wojnie. Była potworna i krwawa. I wiesz co? Nie zmiękłem. Poradziłem sobie tak, że każdy uciekał z podkulonym ogonem. Szef wie ile jestem wart, nie brałby mnie, gdybym był jakimś zapchlonym samotnikiem co nic nie potrafi. Jestem najlepszy. W polowaniu, w pływaniu i walce. Jedynie szef ma większą parę w łapach ode mnie, ale tak to powiem ci, że gdy jeszcze nie należałem do jego gangu, to jakiś kocur mnie zaatakował. Okazał się jego generałem, a walczył jak typowy uczeń. Rozłożyłem go raz dwa na łopatki — przechwalał się zadowolony. — A ty? Dałabyś mi radę?
— Pod względem gadulstwa definitywnie nie dałabym ci rady — ucięła. — Wszyscy potrafią być mocni w gębie.
— Tak? To mogę zaprezentować, że moja gęba jest owszem mocna, ale mówi prawdę. — Ustawił się w odpowiedniej pozycji. — Dawaj, zaatakuj mnie.
Samotniczka przewróciła oczami. 
— Zmarnowałeś już dość mojego czasu. Zbyt dużo spotykałam na swojej drodze gołosłownych kocurów.
— A tam, nie umiesz się zabawić — stwierdził, wracając do swojej nonszalackiej postawy, po czym zaczął kierować się żwawo w stronę Kasztelana, aby dowiedzieć się co takiego Śmierdziel wynalazł i czy to będzie warte jego czasu. Ale co się oszukiwał. Nie będzie, bowiem tam były takie piękne laseczki, że zaraz swój zawód zatopi w pięknych ramionach panienek. 
Jego towarzyszka nie odpowiedziała na jego słowa. Ruszyła z gracją truchtem za nim.

***

Dotarł do celu, zaciągając się tamtejszym powietrzem. Uwielbiał to miejsce. Mógłby tam przesiadywać całe dnie, a być może nawet do końca swojego życia. Szybko się wślizgnął do środka i zaczął wypatrywać Śmierdziela. Łatwo akurat było go dojrzeć, bo właśnie ktoś sprzedawał mu soczystego kopa w zad, przez co prawie wleciał mu pod łapy. Odsunął się na bok, aby nie załapać od niego świerzbu, którym lubował się sprzedawać, po czym rzucił do niego rozbawiony. 
— No nieźle. Czy to ten twój nowy specyfik tak ich zdenerwował? Też mam cię skopać? — zażartował, patrząc na niego oczekująco. 
— Nie, nie. To co innego, ale cieszę się, że pytasz! Mam go! Najwspanialszą i jedyną w swoim rodzaju! Chodź, chodź — zaprowadził go na ubocze, po czym zniknął, wracając z reklamówką, którą ciągnął po ziemi. Gdy Śmierdziel wskazał mu ją łapą, spojrzał do niej i ujrzał dziwne opakowanie. Powąchał, ale nie czuł zapachu. 
— Co to? Wygląda jak coś co należy do Dwunożnych — stwierdził. 
— To sól... Zobaczysz, nie pożałujesz. Niezła po tym jest faza — zachęcał go do spróbowania. 
Nigdy nie słyszał o soli, ale nazwa brzmiała czadowo. A kto nie próbuje ten był jeleń, dlatego też kiwnął łbem, zgadzając się spróbować tego czegoś.
Śmierdziel zaczął wydobywać towar, gdy dojrzał nadchodzącą Bastet. Mina mu zrzedła na moment, jak gdyby zastanawiał się czy to śmierć właśnie przyszła w jego progi. 
Nastroszone Futro wybudził go z tego transu, widząc jak się zagapił na jego towarzyszkę. 
— Spokojnie, jest ze mną — powiedział do kocura. — Chodź, Bastet. Patrz. To ten nowy towar Śmierdziela. — Wskazał łapą na reklamówkę. 
— Tak... Tak... — zaczął nerwowo wskazany, rzucając Bastet błagalne spojrzenie, aby nie urywała mu głowy, wnętrzności, a najlepiej jakby go nie pogoniła za fakt, że sprzedawał swoje dziwne specyfiki na terenie jej szefa. — To nic takiego... Taka... sól... 
— Podobno niezła — zwrócił się do niej Nastroszony, zanurzając pazur w białym proszku i znów go wąchając. Wciąż nie miał zapachu. Ciekawe...
Kocica spiorunowała Nastroszonego wzrokiem, gdy ten powiedział, że jest z nim. 
— Nie zapominaj, kim jestem, Nastroszone Futro, i kim ty jesteś. Obowiązuje cię do mnie szacunek tak samo, jak do wszystkich innych kotów wyższych i równych tobie rangą. Nie jestem twoją koleżanką — upomniała go i skierowała spojrzenie na drugiego kocura. — Jafar wie o tym, że tu handlujesz?
Przewrócił oczami. Ale się rządziła. Tak naprawdę mogła mu naskoczyć. Nie należał do jej gangu, więc mogła sobie kłapać jadaczką ile wlezie. Był wolny. Nie będzie już nigdy uginał karku przed kotami, które na to nie zasługiwały. A Bastet... cóż. Była dla niego tylko samotniczką, nikim wielkim czy szczególnym. Dlatego też nic nie odpowiedział, skupiając jedynie całą swoją uwagę na worku.
— O-oczywiście! Wspaniały Jafar... Tak, tak. Mam pozwolenie, klnę się! 
Gdy biedny Śmierdziel srał pod siebie ze strachu, co było interesującym widokiem, bo nie spodziewał się, że Bastet tak działała na koty, polizał tą całą sól, aby spróbować smaku. I była... słona! Zakaszlał, krzywiąc pysk. 
— Ble — skomentował to, rzucając Śmierdzielowi mordercze spojrzenie. — Co to ma być? Smakuje jak morskie fale! 
— Bo to trzeba nosem — doradził, uśmiechając się nerwowo do swojego klienta, wysypując trochę soli na ziemię. — Po opłatę przyjdę później. Chyba ktoś mnie wołał. — Po czym chwycił reklamówkę w pysk i dał nogę, nim Bastet domyśliła się, że ściemniał. 
— Co za gość. Normalnie wariat. To co? Chcesz pierwsza spróbować? — zwrócił się do swojej towarzyszki. 

<Bastet?>

Od Nastroszonego Futra CD. Mglistej Zatoki (Mglistej Gwiazdy)

Żałoba wciąż go trzymała, przez co chodził bardzo przybity. Stracił i przyjaciela i matkę, co było takie niesprawiedliwe! Na dodatek Mgiełka została zastępcą... Nigdy by tego się nie spodziewał. Stawiał na Zając lub Srokę, a tu... niespodzianka. Musiał jednak przekazać jej coś ważnego. Miał nadzieję, że go zrozumie i nie będzie żywić urazy... Przemyślał to, był pewien swojej decyzji. Wiedział, że musiał tak postąpić dla dobra ich wszystkich. 
— Mgiełko... — miauknął w jej stronę dość słabotliwie. — Możemy się przejść? 
Zajęta nowymi obowiązkami siostra ledwo zauważyła brata, lecz gdy tylko usłyszała jego głos natychmiast odwróciła łeb w stronę, z której dochodził dźwięk.
— Chyba znajdę chwilę, coś się stało? Wyglądasz na przygnębionego i nie ukrywam, że mnie to martwi — wymruczała z niespodziewaną troską w głosie.
— No... W końcu matka zmarła — przypomniał jej o tym fakcie dokonanym, czując jak serce ściska mu się boleśnie. Jeszcze nie przywykł do tej myśli, że już jej nie było i jej nigdy nie zobaczy. — To chodź. — Skierował kroki ku wyjściu z obozu. Nie chciał mówić o tej sprawie w miejscu, w którym każdy mógł ich podsłuchać.
Kotka słysząc o śmierci mamy poczuła jak łezka spływa jej po policzku, szybko ją jednak wytarła łapą i uśmiechnęła się lekko pod nosem. Ruszyła więc za bratem, który zachęcił ją do opuszczenia obozu.
Gdy udało im sie odejść dość daleko, by nikt ich nie widział i nie słyszał, stanął, przystępując nerwowo z łapy na łapę. 
— Mgiełko, bo ja... ja... — Położył po sobie uszy. — Kochasz mnie prawda? I nieważne co zrobię to nie będziesz na mnie zła? — zapytał chcąc się upewnić co do tego.
Kocica uniosła w zdziwieniu łeb, a kikut w miejscu ogona zaczął poruszać się nerwowo na boki.
— T-to zależy co masz na myśli... — Błądziła oczami po terenie aż w końcu spojrzenie jej nie spoczęła na bracie.
— Ugh... Mgiełko... Czy... nie chciałaś nigdy no nie wiem... Zobaczyć świat? Coś co leży poza klanem, coś nieosiągalnego co nie mieści się nam w głowie? Wiem, że jako kocięta mieliśmy niezłą wycieczkę, ale te wspomnienia szybko się zatarły. I ja... Mam takie marzenie, aby wyruszyć na przygodę. Myślę o tym odkąd zostałem wojownikiem... Wiem, długo... Matka wybijała mi takie pomysły ze łba no ale... Jej już nie ma... A ja... Chciałbym zobaczyć co to znaczy wolność... — przełknął ślinę, patrząc na nią niepewnie, bojąc się jej reakcji.
Zastępczyni zamarła, nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Różne myśli kręciły jej się w głowie, tyle pytań i brak odpowiedzi na żadne z nich.
— Czy ty chcesz opuścić klan? Przecież to równoznaczne ze zdradą! Poza tym naprawdę chcesz zostawić swoje dzieci, partnerkę i... — zatrzymała się na chwilę by przełknąć ślinę — Mnie... Właśnie teraz gdy tak wiele spoczęło na moich barkach?
— Mgiełko. Dobrze wiesz, że gdyby nadarzyła się okazja to by się mnie pozbyli. Jestem pewien, że o tym marzą... Jak mogę zdradzić coś czego nawet nie uznaje za swój dom? — wziął głęboki oddech. — Mgiełko... Jesteśmy oboje już dorośli. Nie potrzebujesz mnie. Nigdy nie potrzebowałaś. Masz lepsze wsparcie, które cię bardziej lubi niż mnie. Doszłaś tak daleko, a ja? Ja gryzę dno. Nie chcę tak żyć. Wiecznie w twoim cieniu, jako ten niechciany i pogardzany przez cały klan. A dzieci... Nigdy nie chciałem być ojcem. Paskuda je chciała — skłamał lekko. — Poradzą sobie. Zapomną pewnie o mnie dość szybko. Mgiełko. Ja chcę znaleźć miłość. Prawdziwą, a nie opartą na strachu. Chce poczuć motyle w brzuchu, chce poczuć się kochanym. Chce spotkać kogoś kto nie będzie mnie wyśmiewał i drwił na każdym kroku. Chcę prawdziwego życia. A to co jest teraz... to nie jest życie. Mgiełko, nie spotykamy się często. Twoje psiapsi Zając, Sroka i Mak cię zmieniły. Nie chcę patrzeć jak moja siostra z nimi przebywa, jak łyka ich bzdury. Nie chcę obudzić się pewnego dnia z wieścią, że we trójkę jesteście parą. Klan Nocy... przestał być moim domem. Nie czuję się tu bezpieczny. Myślisz, że czemu odwiedzam medyka? Ponieważ starałem się zmienić nastawienie. Zależało mi. Ale... ale coraz bardziej przekonuje się, że nie chcę tracić swojego życia w obronie osób, które mną pogardzają i nienawidzą. Chcę być panem swojego losu. To moje marzenie. Jeżeli... Jeżeli mnie powstrzymasz, zmusisz do zostania tu... Uwierz Mgiełko, że nie wytrzymam. Zabije się. Zamorduje, aby skończyć raz na zawsze to piekło. I uwierz, jestem do tego zdolny. Próbowałem już wielokrotnie to zrobić. Kocham cię Mgiełko. Bardzo. Dlatego ci o tym mówię. To... to pożegnanie. Podjąłem decyzję. Tak będzie najlepiej dla wszystkich. — zakończył czekając na werdykt ostateczny. 
Miał nadzieję, że siostra nie będzie żywić do niego urazy. Może i zachowywał się jak egoista, ale czasami trzeba było pomyśleć o sobie i swoim zdrowiu, odcinając się raz na zawsze od toksycznego środowiska. 

<Mgło?>

15 sierpnia 2023

Od Nastroszonego Futra CD. Błotnistej Plamy

 Machnął zirytowany ogonem na te jej jęki. Nie zamierzał się przed nią tłumaczyć. Chciał zobaczyć swoje dzieci i koniec kropka. Czy musiał mieć do tego jakiś powód? Nie. To była tylko zwykła chęć ujrzenia tych małych istot, którym dał życie. Zresztą... Matka mu gderała nad uchem, że powinien zacząć interesować się rodziną, no to... tu był. A co dostawał? Pretensje i wściekłą partnerkę, która wyglądała tak, jakby miała się rozryczeć i jednocześnie mu przywalić. Eh... Co to się z nią porobiło. Normalnie oszalała od tych bachorów. 
— No to co? Złaź mi z drogi — zasyczał na nią. 
Czekoladowa zjeżyła się, nie zamierzając ustąpić. Już unosiła łapę, by go odstraszyć, ale był na to teraz lepiej przygotowany. Uskoczył w ostatnim momencie. 
— Zwariowałaś! Zobaczysz, że zapłacisz za to! Zapłacisz! — zagroził jej, a następnie odwrócił się i odszedł. 
Co za głupia baba. Nie rozumiał jej. Była siebie warta. Aż żałował, że zmarnował na nią swój czas. Liczył, że będzie cierpieć. Że te dzieci przyniosą jej sam ból, a nie radość. 

***

Całkowicie zapomniał o Paskudzie, bo życie jakie teraz wiódł było o wiele lepsze niż te, które przeżył w Klanie Nocy. Imprezy do białego rana, szacunek na dzielni, no i panienki. Ah ileż on miał kotek. Codziennie bajerował inną i chociaż nie każda była chętna na zaloty, to większość widząc jego znamię, które wskazywało na przynależność do gangu Entelodona, ich nie odrzucała. Znał Rebece, Pietruszkę, Ważkę, Aramenie, Świetlik, Awangardę, Samante, a nawet Elizabeth. O tak... Dziwne imiona, których w większości nie umiał wypowiedzieć, ale żył niczym król. Prawdziwy lider otoczony wspaniałymi kobietami. One były w stanie zrobić dla niego wszystko. Nie były wadliwe jak Paskuda, były... niezwykłe i cudowne. I kochał każdą w takim samym stopniu. A co najlepsze... Nie miały pretensji, że umawiał się na boku z innymi. Kochał to miejsce. Kochał Betonowy Świat i już nigdy nie zamierzał powracać do swojego starego życia. 

30 lipca 2023

Od Nastroszonego Futra

 Nastroszony spotkał się z Dumą w wyznaczonym wcześniej miejscu. Kocur wyglądał poważniej niż zwykle - ze ściągniętym pyskiem obserwował otoczenie, nasłuchując bacznie dookoła. Dopiero po chwili się rozweselił, widząc dymnego kocura. Zaraz się zbliżył i końcówką języka liznął niebieskiego po policzku.
— Witaj, Nastroszony! — zamruczał, odchodząc na parę kroków. — Dobrze, że jesteś. Dzisiejsze zadanie na pewno ci się spodoba — zapewnił, poruszając wąsikami.
Zamarł czując jak uszy go palą z zażenowania. Kiedyś ubiłby Dumę za to, wyrwał język i potem myślał jak uciec przed gniewem Entelodona. Teraz jednak... rozumiał, że to był tutejszy zwyczaj, którym witano się swoich. Ale i tak... Nie potrafił się do tego przyzwyczaić, przez co jego ciało zesztywniało, a sierść uniosła się ku górze. 
— Hej... — chrząknął niepewnie, by zaraz zainteresować się słowami kocura. — Kolejne mordobicie? — Uśmiechnął się pod nosem. — Jestem gotowy. Uwielbiam wyjaśniać wrogów Entelodona. To wspaniałe uczucie.
O tak, ile już takich sklepał. I za to jeszcze dostawał pochwałę! Musiał przyznać, że życie w Betonowym Świecie bardzo mu się podobało od tego klanowego. Ta wolność i możliwości jakie oferował mu gangsterski styl, były znacznie ciekawszy od tego co doświadczył w Klanie Nocy. No i oczywiście był tu szanowany! Chyba pierwszy raz w życiu! 
— Tak, mordobicie. I to bardzo ważne. Pewien gagatek się tutaj kręcił ostatnio sporo. Taki najgorszy z najgorszych. Plugastwo okropne — mruknął Duma. 
Ważne mordobicie? Już czuł ekscytacje. Uwielbiał polować na koty. Po to żył. W Klanie Nocy nie miał takiej możliwości, a tutaj? Tutaj wręcz wymagano od niego bycia brutalnym! Dlatego też pomimo tego czego dowiedział się o ich dziwnych tradycjach, jeszcze nie nawiał. Gdzie mógłby w końcu poczuć się sobą? No i polubił Dumę jak i Entelodona. Starszy kocur był dla niego niczym wzór do naśladowania. 
Zaraz obok niego z płotu zeskoczył biały kocur o zirytowanym spojrzeniu.
— Miejmy to już za sobą, bracie. Jestem umówiony — wręcz warknął, pomijając zbędne powitania. Duma wyszczerzył się ładnie, odsłaniając kły.
— Ty? Litość i plany? I to nie uwzględniające mnie... łamiesz mi serce — westchnął teatralnie. — Poza tym, nie przywitałeś się z naszym kolegą. Co się ładnie mówi na dzień dobry? — miauknął jak do kociaka, wskazując na Nastroszonego. Litość zbył ich obydwu skrzywieniem mordki, strzepując ogonem.
Widząc białego kocura, miauknął do niego krótkie cześć, a słysząc jego imię, aż wytrzeszczył oczy. Litość? Ten Litość? Był zaszczycony. Dużo się o nim nasłuchał. Był brutalny i mordował każdego kto wchodził na jego teren od tak, więc pilnowała go matka, aby nie narozrabiał za bardzo. Skąd on to znał... Praktycznie mógłby usiąść z białym i porozmawiać na temat ich życia, bo wiele ich pod tym względem łączyło. Ale wracając do pracy, wychodziło na to, że mieli zapolować na tego gagatka we trójkę. 
— To kogo mamy dorwać? — zwrócił się do nich, przerywając tą ich kocięcą sprzeczkę.
— Artura. Były generał Entelodona. Zdrajca. — Duma dał znak Nastroszonemu, by do niego dołączył przy niedużym, ogrodzonym drzewie. Na ziemi pazurem wyrysował parę kształtów przypominających uliczki. — Czujesz ten zapach? — zapytał, sugerując mu żeby się skupił. — Musi być gdzieś blisko. Jest buro-biały, a na czole ma parszywą bliznę — opisał krótko dzisiejszą ofiarę. — Rozdzielimy się. Ty pójdziesz parę ulic niżej, a ja i Litość przeszukamy górną część. Łapiesz?
Skinął łbem. Zapamiętał plan oraz rozłożenie uliczek. Gość im nie zwieję. Zaciągnął się zapachem, by odróżnić go od miejskiego smrodu. Rzeczywiście czuł jakiegoś kota. To był on? Prawdopodobnie tak. 
— Łapie. Nie będzie litości dla zdrajcy. Jak go dorwę to nie puszczę. Będzie żałował, że w ogóle ośmielił się zadrzeć z samym Entelodonem — rzekł gorliwie, niczym prawdziwy wyznawca swego szefa.
Duma uśmiechnął się, poklepał dymnego po ramieniu i dał znak bratu do wymarszu. 
— Powodzenia! — zawołał jeszcze za nim, puszczając się biegiem, by zaraz zniknąć w ciemnych uliczkach za białą kitą Litości.
Sam także udał się we wskazane miejsce, już sobie wyobrażając jak Entelodon mu pogratuluje, gdy złapie tego zdrajcę. Może mianuje go generałem? To byłoby... coś. Starał się w końcu wykonywać dane mu obowiązki z prawdziwą sumiennością. A teraz... Teraz czekała go prawdziwa okazja na zaimponowanie szefowi! 
Gdy znalazł się na miejscu, zaczął wolno iść przed siebie z uwagą rozglądając na boki. Opis dany mu przez Dumę powinien wystarczyć do rozpoznania wroga. Skoro miał parszywą bliznę na czole, to łatwo go wyhaczy wśród innych samotników. Takiej szpetnej gęby na pewno nie dało się z nikim innym pomylić.
Rozglądając się na boki, Nastroszony wyłapał dźwięk miarowo zbliżających się kroków. Ktoś biegł w jego stronę. I nim się zorientował, dymny leżał na ziemi, przygnieciony czyimś cielskiem. Brudny, smukły kocur najeżył się, gdy tylko przestał rozcierać sobie pysk, którym zarył w ziemię przez zdarzenie. 
— Ah, wybacz miłościwy Panie! — zawołał zaraz, wstając z kocura. Otrzepał i tak brudne, poczochrane futro i uśmiechnął się niezręcznie do niebieskiego. — Niezdarność to moja klątwa... nic ci nie zrobiłem? 
Zamrugał zaskoczony, gdy nagle został powalony przez jakiegoś typa. Co on wyprawiał?! Był na misji! Ważnej misji! Zmierzył go niezbyt zadowolonym wzrokiem, podnosząc się na łapy. Nie miał czasu na dekoncentracje. Musiał pokazać Entelodonowi na co było go stać. 
— Jedynie przewróciłeś. Co tu robisz? Przeszkadzasz w akcji — prychnął, ale zaraz go olśniło. Może ten typ widział tego całego Artura. — Ej w sumie... Znasz jakiegoś Artura? Podobno tu gdzieś łazi i się szlaja.
— Artur... Artur...? — mruknął cicho samotnik, opuszczając łeb w zamyśleniu. — Ah, Artur! Tak, raz go widziałem w tej okolicy. Niedawno zresztą. — Pokiwał łebkiem. — Wydawało mi się to dziwne, ba, myślałem, że się przewidziałem. W tych okolicach mówią, że Entelodon się już nim zajął... 
— Właśnie się zajmuje. Wysłał mnie do wykonania zadania. To parszywy zdrajca. Trzeba się go pozbyć. A ja mam do tego dryg — pochwalił się, dumnie prostując. — Jak uda mi się go dorwać, to awans mam jak w banku. A więc? Gdzie go widziałeś? 
— Tak, ten dryg widać na pierwszy rzut oka. W końcu nie wysłaliby byle pachołka na takie zadanie — zamruczał pochlebnie, po czym wdzięcznym ruchem postawił parę kroków i machnął ogonem. — Chodź, zaprowadzę cię.
Naprawdę? Naprawdę to widział? Jego ego zostało miło połechtane. No oczywiście, że był najlepszy! Udowodnił to na wielu akcjach. Teraz też nie zamierzał zawieść. Ale dostać takie słowa od jakiegoś nieznajomego to... to było naprawdę miłe. 
— Dzięki — zwrócił się do obcego, zaczynając za nim podążać. — Jestem Nastroszone Futro — przedstawił się. — A ty?
— Nastroszone Futro... ładnie. Egzotycznie. Podoba mi się — miauknął cicho, z sympatycznym uśmiechem na pysku. — Możesz mi mówić Rynna — rzucił, przeskakując na ogródkowy płot. Z gracją aż niepasującą do zwykłego, niewytrenowanego dachowca  przeskakiwał po słupkach, aż nie dotarł na drugą stronę ulicy. 
Egzotyczne? Zdziwił się nieco na takie określenie jego imienia. Znaczy przywykł do tego, że tutaj nazywano się jak kocięta, ale sam jakoś nie mógł tego zrobić. Nie zamierzał porzucać imienia, na które ciężko pracował. Słysząc imię kocura, parsknął śmiechem. Już trochę tutaj żył i poznał co niektóre słowa. 
— Rynna? Ha! Niezłe. To do ciebie przychodzą koty jak mówią, że trafiają z deszczu pod rynnę? — zapytał, starając się nadążyć za jego krokiem. On nie był przyzwyczajony do poruszania się po płocie, więc kilka razu nadział się na drewno, krzywiąc pyska, aż nie udało mu się koślawo dotrzeć do kocura. 
— Okropne! Weź korzystaj następnym razem z płaskiego terenu. Te przeszkody są... idiotyczne. Po co tu w ogóle rosną?
— Ha, chciałbym — zachichotał uroczo, czekając na dymnego. Widząc, jak prawie przewraca się na ogrodzeniu, tylko rzucił mu rozbawione spojrzenie. — Dla kogoś tak wspaniałego jak ty lada dzień nie będą stanowiły już problemu — miauknął gładko. — Rosną tu, żeby wyprostowani wiedzieli, gdzie kończą się ich tereny.
— Są idiotyczni. Mogliby oznaczać zapachem, tak jak to robią koty. — Otrzepał się, ponawiając podróż do miejsca, w którym ostatni raz widziano tego całego Artura. Słysząc pochwałę z jego pyska jego ego jeszcze bardziej zostało połechtane. Nigdy nie słyszał takich miłych słów od nikogo, nawet w klanie. — Ależ się podlizujesz. — Uśmiechnął się pod nosem. — Ja wiem, że może jestem od Entelodona, ale nie trzeba... Znaczy... Jak chcesz to możesz. — Skoro dawał mu atencje z własnej woli to zamierzał z tego skorzystać. Nie powinien odrzucać czegoś co sprawiało, że dzień mijał mu znacznie przyjemniej. — A znasz tego całego Artura? Opowiesz mi coś o nim więcej?
W końcu nie znał typa za bardzo. Dzisiaj o nim się dowiedział i to naprawdę bardzo mało, ponieważ w gangu panowała jasna zasada - mniej gadania, więcej działania. Chciał jednak dowiedzieć się nieco więcej o celu, bo skoro był niegdyś generałem jego pracodawcy, to musiał być dość trudny do uchwycenia. Zabawa z takim gagatkiem mogła go kosztować masę sił, a wiedza pozwoliłaby mu na odkryciu jego słabych punktów. 
— Oh, ale to nie przez to, że jesteś od Entelodona... — zaczął, wciąż prowadząc go w tylko sobie znanym kierunku. — W końcu rzadko kiedy odwiedzają mnie takie wspaniałe osoby — zamruczał z uśmieszkiem. — Artura osobiście nie znam. Wiesz, słyszy się to i owo na ulicach, ale ja raczej plotkarz nie jestem, nie powielam niepotrwierdzonego info. Dlatego możesz mi ufać, jeśli go widziałem, to na pewno jego. Już niedaleko.
Zamrugał zaskoczony. 
— Och? Pierwszy raz się z taką reakcją spotykam, bo wiesz... Jak widzą mój znak to od razu się łaszą. Cieszy mnie w sumie, że uważasz mnie za wspaniałego ze względu na to kim jestem, a nie przez moja pozycję. — Napuszył się dumnie. — Ta? No dobra. Ufam ci. Ale spróbuj tylko mnie wywieźć w pole to się pogniewam. Wiesz... awans ciężko dostać u szefa. A laski lecą na generałów... — Szedł dalej skupiając się na swoim rozmówcy.
— Nie wątpię. Zależy ci na wyrywaniu lasek? Wyglądasz, jakby się do ciebie lepiły bez większego wysiłku — zdążył jeszcze miauknąć, nim stanął jak wryty. — Wiesz co, to chyba zła droga.. powinniśmy iść, teraz — rzucił prędko, zawracając nagle. W oddali dymny zauważył sylwetkę, która zaczęła iść w ich kierunku.
— Ta... chciałbym żeby tak było... — słysząc jego ostrzegawczy ton, nastawił uszy i spojrzał w stronę nieznajomej. Dziwne, że Rynna się jej bał. Kto to był? Cofnął się, zasłaniając kocura ciałem, nie idąc za nim. Miał się bać jakiegoś kota? On? Mistrzunio i prawie generał Edka? Nigdy. 
— Ja się tym zajmę. Nie bój się. Żaden samotnik z olejem we łbie nie ośmieli się nas zaatakować. Przegonie typa. — Postąpił kilka kroków naprzód. — Ej ty! Tak do ciebie mówię. Kim jesteś?
— Nie, posłuchaj, nie rozumiesz! To na pewno ta wiedźma co tu niedaleko mieszka! Zapomniałem, że dzisiaj patroluje swoje tereny! Błagam, bo zacznie rzucać na nas klątwy! 
Wiedźma? No proszę... nie urodził się wczoraj. Nie z nim te numery. Nie wierzył w takie brednie. Skrzywił nos, patrząc z politowaniem na samotnika i to jak cykorzył, zaraz skupił spojrzenie na starej babie. Łatwo taki suchy rodzynek pokonać... kości na pewno już nie te i łatwo by padła.
I tak jak kocur cofał się coraz bardziej, gdy tylko Nastroszony odwrócił głowę by spojrzeć na jego wystraszony pyszczek, jakby znikąd, zaraz za jego plecami pojawiła się stara, wysoka szylkreta.
— Czego tu chcecie, gówniarze? Szczególnie ty. — Wskazała pazurem na niebieskiego. — Czego tu chcesz, miernoto? Wynocha z mojego chodnika. 
— Szukam Artura. Rynna prowadził mnie do miejsca, gdzie go ostatni raz widziano. Nie przeszkadzaj nam. Przejdziemy tylko i tyle. Spójrz na to. — Pokazał jej swój znak. — Widzisz? Lepiej z nami nie zadzierać. To ważna misja zlecona przez samego Entelodona pana Betonowego Świata. Jak będziesz współpracować to odpali ci profity. 
Kocica spojrzała ostrym wzrokiem to na gangstera, to na kulącego się za nim samotnika. 
— Rynna? Z tym małym pchłojadem policzę się później, skoro łazi tu bez pytania — fuknęła, jeżąc futro. — A ty? W dupie mam ten twój znaczek, nie będzie mi się tu jakiś niedorobiony sługusek wielkiej bitewnej świni panoszył po terenach, gdzie jego pan nie panuje i nie ma porządnych wpływów. Skoroś taki mądry powinieneś wiedzieć, że nie wszyscy tu są od niego uzależnieni, ale widzę, że jakbym przywaliła ci w łeb, to tylko echo by się rozniosło po tych pustkach w środku — warknęła, prostując się. — Więc, pasożycie, wynoś się póki mam dobry humor. I tu nie wracaj  bo następnym razem nie będę taka miła.
Ale wredna baba. Nastroszył swoją sierść. Jak tak można było odzywać się do kogoś o jego statusie! Na dodatek kocica nazwała jego szefa wielką, bitewną świnią! To... oburzające!
— Słuchaj no paniusiu, grzeczniej, dobra? Za takie słowa możesz stracić język. — Cofnął się jednak wiedząc, że z babami nie było żartów, a jakoś nie miał chęci się z nią sprzeczać. — Chodź, Rynna. Pójdziemy naokoło — zwrócił się do kocura, uspokajająco kładąc mu łapę na ramieniu. — Co tak cykorzysz? Jesteś baba czy chłop? No chodź. Nie dam cię skrzywdzić, w końcu mi pomagasz, nie? Nara stara prukwo — rzucił jeszcze do kocicy, popychając samotnika, by się ruszył.
— Kto język straci ten straci — fuknęła, patrząc prosto w oczy buro-białego. Ten tylko się zatrząsł, a położenie łapy na barku zdawało się jednak niewiele pomóc. 
— Tak, ch-chodźmy — miauknął cicho. — No chłop jestem... właśnie, nara, p-prukwo — Rynna widocznie zebrał w sobie jeszcze trochę odwagi, na co kotka tylko zasyczała na niego głośno, jednak nie zaczęła ich gonić.
Nastroszone Futro skierował się na luzie, wcale nie przestraszony zachowaniem staruchy jak jego przewodnik. Spojrzał na niego z politowaniem, gdy zniknęli za rogiem.
— Ale z ciebie kocur — prychnął. — Nie istnieje coś takiego jak czary, a tym bardziej klątwy. Wiedźmy może i tak, z jedną żyłem pół życia,  ale to wiedźma z charakteru a nie, bo ma magiczne moce. Już przeszło ci? — rzucił na niego krytycznym okiem.
— Tak... ale ona serio jest jakaś dziwna! Raz jak podebrałem jej jedzenie, to rzuciła na mnie jakieś zaklęcie i przez cały dzień łapy mi się plątały o siebie. Normalnie chodzić normalnie nie mogłem! A teraz... widziałeś jak na mnie spojrzała? Straszna ta baba... — wzdrygnął się, oglądając jeszcze na miejsce, z którego przyszli.
Dawny nocniak zaśmiał się, klepiąc go po grzbiecie. 
— Plątały łapy mówisz. Haha! Wiesz na co mi to wygląda? Nie na czary, a na zjedzenie jakiegoś ziółka. W Kasztelanie po takich nie tylko łapy się plączą, a widzi się nawet i kolorki. Po prostu baba dała ci popalić z jedzeniem i tyle. Nie cykaj się. Męstwo to podstawa. Nie można dać się omotać kotkom. To my tu rządzimy. Pamiętaj. No... to poprowadź mnie inną trasą. Byle szybko, nie mam całego dnia.
— Chyba... chyba masz rację. Musiała mi coś dosypać do jedzenia — westchnął, rozciągając się. — No dobrze. To chodźmy tędy. Tutaj już nie powinno być problemów.
Tak jak zapowiedział, szybko i bez przeszkód dotarli na miejsce. Nieduża uliczka zakończona ślepym zaułkiem, w którego kącie leżał nieduży karton.
— Tutaj był ostatnio. Ale chyba się zwinął, lamus.
Zaczął przeczesywać teren, węsząc i zaglądając do kartonu. Rzeczywiście miejsce wydawało się opuszczone. Skrzywił pysk. Liczył, że dorwie drania i Entelodon go nagrodzi, a tu nic. Czuł zawód. 
— Niech to. A sądziłem, że go dorwę. Wiesz jak trudno jest komuś zaimponować? Entelodon dał mi wiele, a ja nawet głupiego kota nie umiem znaleźć i pojmać. Ugh... No nic... dzięki — Podszedł do kocura, dotykając go szybko pyskiem w policzek, tak jak uczył Duma. Gość się w końcu starał i jeszcze wyglądał tak nieporadnie, że zasłużył na takie pożegnanie. To wcale nie był całus! Nie polizał go, a więc to nie było nic romantycznego. Po prostu pożegnanie, takie jakie w mieście były codziennością. Dziwna tradycja, ale musiał się dostosować skoro chciał tu żyć. 
— To będę wracał. Może Duma znalazł drania z Litością. Też polowali na niego. Nie kręć się przy starych wariatkach, moja rada. No i uważaj jak chodzisz.
— Tak, wiem coś o tym... — mruknął słabo Rynna, opuszczajac nieco wzrok. — Ale jestem pewien, że ci się uda. Następnym razem go dorwiesz — posłał mu pokrzepiający uśmiech. Na "pożegnanie", kocur tylko zamrugał parę razy, nieco zaskoczony gestem dymnego, po czym pokiwał mu łapką. — Ah, dzięki, dzięki. Powodzenia w poszukiwaniach, Nastroszone Futro — miauknął jeszcze, po czym powoli zaczął kierować się w swoją stronę.
Skinął mu łbem na pożegnanie, a następnie oddalił się, wracając do Dumy i Litości, chcąc dowiedzieć się, czy może oni mieli szansę dorwać tego całego Artura. Może już go mieli, a on tracił niepotrzebnie czas? Musiał się o tym przekonać. 

***

Gdy dotarł na ustalone wcześniej z braćmi miejsce, już zastał tam i Litość i Dumę. Jednak ich pyski, a szczególnie Litości, mówiły tylko jedno.
— Niczego nie znaleźliśmy — westchnął tylko Duma, widząc, jak zbliża się do nich Nastroszony. — A tobie jak poszło?
— Znalazłem samotnika, który go widział, ale miejsce, w którym się ukrywał było opustoszałe. Najwidoczniej ktoś go ostrzegł i nawiał — zdał raport. — To co robimy? Wracamy? — to było ważne pytanie, w końcu nie wypełnili rozkazu, a taką akcje przeprowadzali pierwszy raz i nie wiedział jak zareaguje na to Edek...
— Wracamy. To nie pierwszy raz jak tak zwiewa — mruknął Duma, kładąc po sobie uszy, na co Litość tylko skrzywił się bardziej i wywrócił oczami.
— Strata czasu — syknął pod nosem, po czym z zamaszystym ruchem ogona odwrócił się i zaczął iść w kierunku swoich terenów. Duma pokręcił tylko głową.
— Cóż, i tak dobrze się spisałeś. Mogło być lepiej, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Kiwnął łbem odprowadzając Litość wzrokiem. Gdy zniknął im z widoku, uśmiechnął się pod nosem i wypiął dumnie pierś. Nawet jeśli zawalili misje i nie udało się dorwać Artura, to on zrobił wielki krok naprzód w staniu się prawdziwym gangsterem. Musiał mentorowi pochwalić się ze swojego czynu. 
— Wiesz, że pożegnałem się z tamtym kocurem tak jak mi mówiłeś? Ale... wydawał się zaskoczony... Nawet mi nie oddał. Myślisz, że nie pochodził stąd?
— Oh? — Duma momentalnie się rozpromienił. — Widzę, ze wyrastasz na prawdziwego gangstera. A on? Pewnie się przestraszył, że jesteś od Entelodona albo może rzeczywiście nietutejszy.
— Możliwe — miauknął ucieszony z tego, że udało mu się zadziwić Dumę. Tak! Był prawdziwym gangsterem. Już czuł o co w tym wszystkim chodziło. — Coraz lepiej idą mi te sprawy. Nawet wygarnąłem takiej starej babie, co niby wiedźmą była rzucającą czary! Ha! Syczała tylko groźnie, ale nie miała ze mną szans — opowiadał niebieskiemu, kierując kroki z powrotem na tereny Edka.

***

Przez ten ziąb nabawił się jakiejś infekcji ucha. Bolało go i nie dało się z nim żyć. Duma się śmiał, że może Śmierdziel sprzedał mu świerzb, ale mu nie było do śmiechu, gdy raz po raz jego łapa drapała irytujące miejsce. Dlatego też udał się do pewnej uzdrowicielki, która świadczyła swoje usługi za żarcie. Akurat teraz trwała pora Nagich Drzew, więc była to cenna zapłata. Udało mu się upolować wronę, która została zaakceptowana jako płatność za zioła i maści, które kocica wepchnęła mu do ucha. Miało niby przejść za parę dni. Liczył, że to prawda i samotniczka go nie oszukała. Chociaż wątpił, aby była taka głupia, gdy na jego barku widoczny był znak Entelodona. Miałaby tylko problemy. 

Wyleczony: Nastroszone Futro

25 czerwca 2023

Od Nastroszonego Futra CD. Gawroniego Obłędu

Nie spodziewał się takich słow. Dosłownie go zamurowało. Spojrzał na kocura jak na wariata, a ten nic. Gapił się na niego tak jak wcześniej, żądając odpowiedzi. 
— Kto ci nagadał takich głupot — prychnął, trzepiąc niezadowolony ogonem. — Nie jest chora. To normalna relacja kocura i kotki. 
— Mówią co innego — rzucił czarny, a go w końcu oświeciło.
Więc stąd to pytanie. Usłyszał pewnie jakieś głupoty, które wychodziły z pyska Zajęczej Troski albo Sroczego Lotu! Te dwie jeszcze pożałują, że tak podkopywały mu opinię wśród klanowiczów. Nie wierzył, aby kto inny był twórcą tych plotek. One zawsze były na pierwszym miejscu, w końcu żywili do siebie szczerą nienawiść. Mogły rozpowiedzieć, a to poszło w obieg. Co za głupie baby. Dla nich pewnie całowanie się z kocurem było chore! Miały zamiast mózgu wodę. Na pewno! 
— W tym klanie wiele rzeczy mogą sobie mówić — syknął przez zaciśnięte zęby. — Nie wiem czy wiesz, ale odnoszę wrażenie, że bycie normalnym w Klanie Nocy powoduje opinię bycia chorym. Lubię kotki i jestem w związku z Paskudą? To dla nich niedorzeczność. One te przebrzydłe samice wyznają, że kocur powinien lizać się z kocurem, a kotka z kotką! Dlatego usłyszałeś, że to chore, bo one same są chore i wierzą w taki nierealny świat! Gdyby każdy łączył się w pary z tą samą płcią, nasz klan by wyginął! To absurd! Gdzie z tego kocięta, które przedłużą ród? 
Wojownika zatkało. Gapił się na niego zawieszony przez moment w jakimś innym świecie, jakby próbując pojąć sens jego słow. 
— Czyli jak? Jak się to robi? — w końcu usłyszał jego głos.
Spojrzał na Gawroni Obłęd jakby urwał się nie z tego świata. Naprawdę on nie wiedział jak się robiło kocięta? I po co w ogóle natura dzieliła ich na dwie płcie? O rany... Nie spodziewał się, że będzie tłumaczył dorosłemu chłopowi takie rzeczy. 
— No więc... — zaczął go uświadamiać, mówiąc co i jak. Mówił wszystko ze szczegółami, aby do niego to dotarło i nie robił sobie siary, gdy ktoś o to zapyta. 
Widząc jak szok pojawia się na jego pysku, poklepał go po ramieniu. Nie rozumiał co w tym takiego było dziwnego, że sprawiło mu taką minę, ale może Gawroni Obłęd był... specjalnej troski. Trzeba było dać mu czas. 
— Więc teraz rozumiesz dlaczego bycie w związku z kocurem jest obrzydliwe i niemoralne? Pomyśl, że takie coś robisz jakiemuś typowi. Ani z tego kociąt, a jedynie odraza — wykrzywił się obrzydzony. — Tak działa świat. Dlatego łączymy się w pary z kotkami, by dać właśnie nowe życie. 

<Gawron?>

23 czerwca 2023

Od Nastroszonego Futra CD. Zajęczej Troski

— Nie przestanę — rzekła uparcie, wbijając w niego uporczywe spojrzenie. — Chcę mieć pewność, że nie skrzywdzisz w życiu już więcej ani jednej kotki. Nie obchodzi mnie, co będziesz robił z kocurami. Do samic masz mieć szacunek — dodała ostrzej.
Co?! Co ona mu tu wmawiała?! Aż go zemdliło, a gniew przeszedł falą po jego ciele. 
— Nic nie będę robić z kocurami! — zasyczał na nią, podnosząc na nią wrogi wzrok. — Szacunek? — prychnął. — A ty masz jakikolwiek szacunek do kocurów? Bo jakoś nie zauważyłem. Wywyższasz się tak jak ja i zgrywasz lepszą! Dziwie się jak to się dzieję, że nikt nie widzi twojego czarnego serca. Ten klan schodzi na psy — fuknął na nią zirytowany. — Będę robił co chciał. Nie ugnę karku przed takimi jak ty. Jeszcze podwinie ci się łapa i stoczysz się jak swój ojciec. 
— Nie porównuj mnie do niego, nic mnie z nim nie łączy — odparowała, starając się nie wysuwać pazurów. — Mam szacunek do samców, którzy na to zasługują. Pomimo tego, że uważam Rudzika za słabego przywódcę, jestem w stanie go tolerować. Trzcina jest rozsądnym kocurem, Bażant to ogarnięty i porządny wojownik, Szyszek bywa dziwaczny, ale miły na swój sposób. Mam wymieniać dalej? Nie wszyscy jesteście skazani na porażkę, to zależy tylko i wyłącznie od waszych chęci.
Nie miał pojęcia ile w tym było prawdy, bo nie gadał z wieloma wojownikami. Praktycznie nie miał przyjaciół. Jedynie spędzał czas z matką lub siostrą. Mogła wciskać mu kit. Zresztą przekonał się, że większość tutejszych kotów była dziwna. Za bardzo podlizywali się kotkom, a jego zdaniem, powinni wreszcie położyć im kres i pokazać, gdzie było ich miejsce. 
Westchnął głęboko, posyłając jej spojrzenie spod byka.
— Nie ufam ci. Jesteś fałszywa — powiedział, próbując znów ją wyminąć w bezpiecznej odległości.
Była niczym cień, tylko taki, który znajdował się o krok przed nim. Uprzedziła jego krok, zadzierając wysoko pysk. 
— Nie musisz mnie ufać. Po prostu miej szacunek do takich jak ja — oświadczyła.
Yh. Co ona wyprawiała?! Nie chciał z nią gadać. Obiecał sobie, że będzie jej unikać, a teraz kocica zmuszała go konfrontacji. Już i tak dużo powiedział. Machnął nerwowo ogonem, zatrzymując się.
— Nie zaczepiam już takich jak ty — uświadomił jej to. — Mam lepsze rzeczy do roboty.
— Tulenie się do mamusi przez pół nocy? — zapytała kpiąco. — Mamy dzień, ale dobrze wiedzieć, że sam godzisz się na całkowite podleganie jej.
— C-co?! — zachłysnął się aż powietrzem. Posłał jej niedowierzający wzrok. Co... Co takiego ona powiedziała?! — Nie podlegam jej! Pluje na nią! I wcale się do niej nie tule! — Położył po sobie uszy, nerwowo machając ogonem. — Mam ucznia. Jemu poświęcam czas, a nie twoim wymysłom. — syknął.
Czy naprawdę to było aż tak widoczne, że robił za maminsynka? Tak naprawdę nie chciał nosić tej łatki. Miał wiele konfrontacji z rodzicielką na ten temat, ale zawsze potrafiła się wybronić. A on? Ulegał... Nie cierpiał siebie za to. Prezentował tym sposobem swoją żałość. 
— Jasne, jasne — rzuciła lakonicznie, nie wierząc mu ani trochę. — Jeżeli nie chcesz problemów to zachowuj się. Inaczej powiem twojej mamusi co nieco o tobie, a wtedy zgaduje, że nie skończy się to dla ciebie dobrze. 
Posłał jej wrogie spojrzenie, wydając z gardła wrogi syk, a następnie trącił ją barkiem, aby ją wyminąć. Tym razem wojowniczka nie zamierzała dalej tarasować mu drogi, więc mógł ze spokojem odejść i nareszcie wybudzić Skrzeczącą Łapę na trening. 
Ugh! Jak on jej nienawidził! Miał nadzieję, że kiedyś ten jej język sprawi, że zdechnie w męczarniach. Zasługiwała na to. 

***

Unikanie Zajęczej Troski weszło mu w krew tak bardzo, że nie udało im się "pożegnać". W zasadzie to miał gdzieś jej zdanie na ten temat. Wiedział, że teraz na pewno świętowała ze wszystkimi kotkami w klanie, że Niechciany postanowił odejść. Gdy wyobrażał sobie jej szczęście i triumf, rozsadzała go wściekłość. Ciężko jednak było przestać myśleć o domu, o swojej przeszłości, gdy tak bardzo tęsknił za matką. Za siostrą oczywiście też, ale nie żałował podjętej decyzji. Dobrze zrobił. Teraz... Teraz go doceniali. Tutaj, sam Entelodon zlecał mu zadania, które były najprzedniejszą rozrywką. Mógł okaleczać koty, mógł im robić co tylko zechciał, a jeszcze za to dostawał nagrody. W Klanie Nocy za taki czyn wyleciałby na zbity pysk, a może nawet by go zabili, jak to ostatnio było modne, patrząc na zmieniających się co rusz liderów. 
Może Zajęcza Troska triumfowała, ale nie zdawała sobie sprawy, że to on tu był wygrany. Ponieważ nie włóczył się samotnie, nie płakał w kącie i nie głodował. Żył niczym władca, otoczony masą pięknych panienek, którym podobało się jego towarzystwo. 
Jak to w Betonowym Świecie zwykli mówić? Tego kwiatu jest pół światu. I właśnie się o tym przekonał. To tutaj odnalazł prawdziwe szczęście. 

10 czerwca 2023

Od Nastroszonego Futra

 Łapał spazmatycznie oddech, nie mogąc uwierzyć, że do tego doszło. Jego sierść stanęła dęba, a wzrok utkwiony miał w pustej uliczce. Nie. To nie była prawda. Nie była! To musiał być sen! Wiedział jednak, że nim nie był. Jak mógł się tak nierozważnie zachować?! Przecież odkąd zaczął być stałym bywalcem w Kasztelanie, wiele kotów ostrzegało go przed ziołami. Zbywał ich słowa machnięciem łapy, dając się porwać chwili. Minęły kilka księżyce, a on dorobił się wspaniałych partnerek, które były bardzo chętne spędzać z nim czas. Blizna na jego barku zrobiona przez samego Entelodona, wabiła je niczym ćmy do światła. Nie żałował, że do tego doszło. To było wspaniałe życie. Czuł się po raz pierwszy tak naprawdę kochany. Mógł budzić się w ich ramionach, zabierać na spacer. I to wszystkie cztery jednocześnie! Nie miały problemu do tego, że nie były jedyne. Kochał to miejsce, kochał! 
Ale... Wczorajsza sytuacja nie dawała mu spokoju. 
— Co ty taki podminowany? — usłyszał obok siebie głos przyjaciela. 
Uniósł wzrok na Dumę, który przysiadł się do jego przygarbionej sylwetki. Nie potrafił spojrzeć mu w pysk. Wypowiedzieć słów, które paliły go od wewnątrz. Zawiódł. Zawiódł siebie. Tak jak wtedy, gdy Zanikające Echo doprowadziła do jego randki z Szyszkiem. Ta gorycz i żałosność znów w nim była. Miał ochotę ukarać się za to, że dopuścił po raz kolejny do takiej sytuacji. Tylko... Nie było tu żadnej rzeki, w której mógłby się utopić. 
— Ja... Zawiodłem... — sapnął, zaciskając ze złością pysk. — Dałem się ponieść. I ta kocimiętka... — Pokręcił łbem. — Pocałowałem kocura — wykrztusił z trudem. — Melasa mi powiedział jak się obudziłem z rana. Znowu to zrobiłem. Tak bardzo siebie nienawidzę. Dlaczego to mnie spotyka? 
— Wiesz, może nie jest aż tak źle? W końcu w mieście to całkiem normalne. Nikt, oprócz Litości nie będzie się dziwnie patrzył. W sekrecie zdradzę ci, że mój ojczulek też daje buzi kocurom. — Puścił mu oczko. — To dopiero wolność, Nastroszony!
Co. Jak to było to tu normalne?! Przecież... ten świat, ta wolność, utopia, prawdziwa męskość, to nie mogło być to! Przyszedł tu, aby uwolnić się od tych parszywych gejów, a kocur właśnie mu mówił, że to było na porządku dziennym?! Zapowietrzył się, a oczy mu aż wyszły z orbit. Entelodon był gejem?! Jego wzór, który dawał mu poczucie prawdziwego, silnego, samca alfa?! Nie! Niemożliwe! 
— Nie bądź taki zaskoczony. Dopóki masz wszystko pod kontrolą to bardzo męskie! — starał się go uspokoić niebieski.
Zaczął wydawać śmieszne dźwięki. Ni to piski, ni skrzeczenie. Dusił się, dusił i umierał, nie będąc w stanie z siebie nic wykrztusić. Właśnie cały jego świat się walił. 
— Ej, chłopie. Oddychaj, bo mi tu padniesz. — Duma poklepał go po plecach, co spowodowało, że wziął wielki haust powietrza i nareszcie odzyskał możliwość wypowiadani słów. 
— JAK TO MĘSKIE?! OSZALAŁEŚ?! TO OBRZYDLIWE! — podniósł głos. 
— No już, już. Spokojnie. Zaraz ci wszystko wytłumaczę. Otóż. Słuchaj. Gdy kocur całuje się z kotką, to ta kotka na języku ma tak jakby kocura, za to kocur ma na języku kotkę. A więc, gdy całujesz się z kocurem, to całujesz się z kotką. Czyli jesteś hetero. 
Zamrugał, wgapiając się w niego jak w oszołoma. Nic kompletnie z tego nie zrozumiał.
— Co? Pierwsze słyszę! — prychnął nieprzekonany. 
— Bo w twoim klanie nie było wielokątów, tutaj to na porządku dziennym i te twoje laseczki, z którymi spędzasz czas, mają i innych. Całują się z nimi na okrągło, więc widzisz... Po części całujesz tych kocurów, z którymi się całowały. A gdybyś całował kocury, to całowałbyś się z kotkami. 
Jego umysł pracował właśnie na najwyższych obrotach, aby pojąć tego sens. Rzeczywiście. W klanach nie było wielokątów, a Betonowy Świat rządził się swoimi prawami, dlatego tak mu się tu podobało. Mógł mieć tyle panienek ile tylko sobie zamarzył, ale zapomniał, że nie tylko on. A przez to... To co mówił Duma zaczęło układać się w coś sensownego. Czyli... To, że pocałował tego kocura nie było złe. Musiał nacałować wiele kotek, więc jego ślina nie tknęła jego pyska. Zaczął powoli się uspokajać. Nigdy do tej kwestii tak nie podchodził. 
— Czyli... Wychodzi na to, że twój ojciec nie jest gejem... — aż mu ciężar spadł z serca. 
— No widzisz. Możliwe, że ten kocur chciał się tylko z tobą przywitać, a ty już trzęsiesz się jak galareta. To bardzo nieładnie z twojej strony — powiedział Duma, klepiąc go po ramieniu.
— Przywitać? Co? — Jeszcze bardziej zaczęła go boleć od tego wszystkiego głowa. Jak to przywitać? O co tu chodziło?
— To ty nie wiesz? Myślałem, że ci już to powiedzieli. Tutaj na powitanie daje się buziaka. I to nic nie znaczy. To taka tradycja. Można też przekazywać całusy. Dajesz buziaka kocurowi, a on przekazuje osobie, dla której jest podarowany. Dzięki temu twoja ukochana wie, że o niej myślisz, bo ślesz jej takie całusy, przez co jeszcze bardziej się w tobie zauracza. Wiem co mówię — mruczał zadowolony samotnik. 
Rzeczywiście Duma słynął z tego, że był flirciarzem. Nasłuchał się, że miał sporo dziewczyn w mieście. Więc... Skoro mówił takie rzeczy... To musiał się na tym znać. Wątpił, aby wciskał mu jakiś kit. Kumplowali się już od długiego czasu i nie zauważył, aby sobie z niego stroił żarty. 
— Pierwszy raz mnie to spotkało... I byłem... zdziwiony — wyznał. 
— No wiesz... Jak jesteś z zewnątrz, masz inną kulturę, to mogłeś sobie pomyśleć nie wiadomo co. Dlatego ja na przykład tak się z tobą nie witałem. Jesteś jednak już jednym z nas i powoli traktują cię jak swojego. 
Czyli po prostu... Już był uważany za samotnika? Nie był już tym obcym klanowym kotem, który przybył, aby się zabawi?. Na jego pysku zalśnił uśmieszek. To brzmiało... Wspaniale. 
— Ja... Rozumiem, ale i tak... Boje się, że zostanę gejem. Nie chcę nim być, nie! To obrzydliwe i nienormalne. — Położył po sobie uszy, zaciskając mocno pysk. Pierwszy raz komukolwiek zwierzał się ze swoich obaw odnośnie tej sprawy. Nikt nigdy nie zapytał, dlaczego tak gardził kocurami. Teraz jednak czuł, że miał w niebieskim wsparcie, ponieważ chyba go rozumiał? Taką przynajmniej miał nadzieję. 
— Pf, jeśli wierzysz że nie jesteś gejem to nie jesteś, nikt ci wmówić inaczej nie może — powiedział przyjaciel. — I żadne całowanie tego nie zmieni. W końcu to ty decydujesz o sobie, nie? 
— Tak... Ale... Co jeśli mi się to spodoba? Musiałbym wtedy się zabić. 
— A lubisz całować kotki? — Co to było za pytanie! Oczywiście, że lubił! Uwielbiał! To było to po co żył. Przytaknął mu gorliwie. — Dopóki podoba ci się całowanie kotek, nawet jak spodoba ci się dawanie buzi kocurom to gejem nie będziesz. Fajne, co? 
Szok. Szok to było jedne uczucie, które teraz go wypełniło. Czuł się tak, jakby Duma zdjął mu z oczu coś co ograniczało mu widoczność i nareszcie widział świat. Czyli nie był gejem, bo uwielbiał kotki. A geje przecież nie lubiły się z nimi całować. Woleli siebie nawzajem. To oznaczało, że... nie musiał się iść zrzucić z dachu. Nie zrobił nic złego! Nie zawiódł samego siebie! 
— O rany, nie wiesz jak mi ulżyło — sapnął. — Dzięki. 
— Nie ma sprawy. Ale teraz czas do roboty. No już, już wstajemy. Mój ojciec zlecił ci fajne zadanie. Spodoba ci się. 
Jego słowa brzmiały interesująco. Podniósł się i szybko ruszył za samotnikiem, ciekaw co to takiego było. Kolejne mordobicie? Jeżeli tak to był na nie gotów. Uwielbiał w końcu smak krwi na swym języku. 

31 maja 2023

Od Nastroszonego Futra

 Pożegnania bywały trudne. W tym przypadku również tak było. Jednakże nie potrafił dłużej znieść tego co działo się w Klanie Nocy. Tu wariatka rosła na wariatce. Nie chciał, aby tak wyglądało jego życie. Pragnął przygód, czegoś nowego i nieznanego. Może dopadł go kryzys, ale wiedział, że jeżeli dalej by tu egzystował to... no właśnie. Egzystowałby. Nie cierpiał tego stanu. Brak mu było rozrywki, wolności i poczucia, że nikt nie stoi mu nad łbem. O tak... Chciał robić to na co miał ochotę, chodzić gdzie chciał, łamać kodeks i czuć, że żyję. 
Najpierw kroki skierował do Strzyżykowego Promyka. Kotka o dziwo przyjęła informację o jego planach ze spokojem, z którego była znana. Następny był syn... Makrelowa Łapa nie potrafił w to uwierzyć, ale chciał, aby wiedział, że nie porzucał go. Dał mu zadanie, które szybko odegnało z jego oczu łzy. Cel... Cel, do którego będzie dążył. Cel, który da mu siłę. On również miał taki. I właśnie go spełniał. 
Ostatnią osobą, z którą się pożegnał była siostra. Zostawił ją na koniec, ponieważ bał się jej reakcji. No i... oczywiście nie mylił się. Widział jej ból, ale o dziwo zaakceptowała jego wybór. Był jej wdzięczny, że nie zmuszała go do zostania siłą. Nie wytrzymałby tu ani chwili dłużej. Woda coraz bardziej go kusiła, by zatopić się w niej i nigdy nie wypłynąć. 
Po raz ostatni wziął oddech, po czym przekroczył granice. Wymknął się tak jakby był na tych terenach intruzem. Jednakże... to co poczuł, gdy tylko łapy prowadziły go w nieznane, było cudowne. Wolność, słodka i piękna wolność. Nie miał pojęcia gdzie iść i co dalej. Postawił wszystko na jedną łapę. Wierzył, że czekała go wspaniała przygoda... Gdzieś gdzie docenią jego siłę. Gdzieś gdzie nareszcie będzie mógł być sobą.

***

Rozglądał się z zaciekawieniem po otoczeniu. Pierwszy raz był w Siedlisku Dwunożnych. Było tu... Dziwnie. Inaczej. Niecodziennie. Zapędził się chyba do samego serca tych terenów, unikając samotników na tyle ile był w stanie. Nie był przyzwyczajony do takich ciasnych przestrzeni. Klan Nocy miał w końcu lasy i polany, a nie takie... pokręcone drogi. Ale... Był wolny! I to się liczyło. Napuszył się dumnie, idąc dalej i dalej. Nie bał się, ponieważ zdawał sobie sprawę z własnej siły. Jednego już mysiego móżdżka zlał, gdy próbował go zaatakować, myśląc że jest łatwą płotką. Otóż... mylił się. Klan Nocy stracił wiele. Ale teraz to nieważne. Musiał znaleźć jakiś kąt, gdzie odpocznie przed dalszą drogą, co było już nieco problematyczne. 
Od Wójta - pewnego samotnika, którego napotkał blisko granicy z Klanem Klifu, dowiedział się o pewnym... Jak on to nazwał? Kasztelanie? Podobno tam mógł spełnić swoje marzenia o wielkości, zapomnieć o trudach życia i zabawić się pierwszy raz w życiu i to do samego rana. Nie spodziewał się, że w takim miejscu była taka miejscówka, która służyła wielu kotom jako bezpieczna przystań. Bardzo pragnął ją odkryć i przekonać się na własne oczy, czy rzeczywiście dostanie to o czym marzył. Jak już tu szedł to widział ładne panienki, a według Wójta w Kasztelanie było ich dość sporo. Liczył na to, że nie będą robić mu problemów jak to bywało z osobnikami ich płci. 
Ah... wolność. Nigdy przez tyle dni nie był szczęśliwy. Może i budził się pod gołym niebem i nie miał do kogo gęby otworzyć, ale nie żałował. Nie, gdy widział przed sobą cudowne perspektywy. 
W pewnym momencie zauważył, że jego krokom towarzyszył dziwny dźwięk. Metal uderzający o betonowe drogi rozlegał się to z lewej, to z prawej, jednak gdy odwracał łeb by sprawdzić, co takiego przewracało śmietniki, jego oczy zawsze spóźniały się o te kilka uderzeń serca. Mógł jednak wyczuć, że ktoś niemal deptał mu po ogonie. A jak nie ktoś, to sam dźwięk pokryw rzucanych na chodnik. Zdziwiony fenomenem metalowego marszu, nawet nie zauważył, gdy para pomarańczowych ślepi zaczęła mu się przyglądać. Jednak czy na pewno był rozproszony? Czy to właściciel ognistego spojrzenia poruszał się w sposób, który nawet doświadczony wojownik miał problemy z wykryciem. I tak, niski, nieco zachrypnięty głos, dobiegł go w końcu z zaskoczenia. 
— Pewien ptaszek zaśpiewał mi do uszu, że szara myszka wydostała się z lasku i sieje zamęt na mojej ulicy — wymruczał kocur, czyszcząc sobie zęby pazurem z wzrokiem wbitym prosto w byłego Nocniaka.
Obcy różnił się od samotników, których mijał. Oczekiwał na atak, udając że wcale go nie wystraszył. Bo taka była prawda. Jak chodził tak głośno, zrzucając jakieś przedmioty, to był naprawdę durny. Nie bał się żadnego brudnego sierściucha. Na dźwięk głosu jego nastroszona sierść bardziej się uniosła, a czujny wzrok spoczął na kocurze. Dziwnie mówił. Że on był myszą? Prychnął.
— Ah tak? Tylko tędy przechodzę. Jeszcze żadnego zamętu nie zasiałem. No chyba, że chodzi ci o tego kota, który mnie zaatakował, a który zwiały z podkulonym ogonem, gdy zobaczył, że nie mają ze mną szans. — Uśmiechnął się cynicznie. — I twoja ulica? Jesteś tym... liderem tego Siedliska i tych wszystkich kotów, że tak mówisz? — zapytał z zainteresowaniem, oceniając wzrokiem jego sylwetkę. 
Samotnik zaśmiał się tylko pod nosem na jego pytanie. Dźwignął się na łapy i obejrzał na swoje pazury, które błysnęły w promieniu słońca wystającego zza blokowiska. 
— Nie wiem, czyś głupi czyś szalony, że postanowiłeś się tu pałętać bez rozeznania terenu albo przeciwnika — mruknął w końcu, niby od niechcenia. — A może myślisz, że skoro pokonałeś jednego pachołka, to i mi dasz radę, co? — rzucił mu pobłażliwe spojrzenie spod zmrużonych powiek.
— Yyy... Nie... — Cofnął się o krok, ponieważ nie miał zamiaru bić się tu i teraz z tą górą mięcha. — Nie przyszedłem się bić ani kraść niczego. Po prostu... Słyszałem, że w tym miejscu można być wolnym. No wiesz... Balować do rana, nie przejmować się jutrem, mieć masę pięknych kotek i być prawdziwym kocurem! Mój klan tego mi nie zapewnił... Gdybym tam został zmusiliby mnie do bycia gejem i do służby samicom. — Skrzywił się z odrazy. — Odrażające. A to one powinny nam służyć. My jesteśmy lepsi i nas powinny się słuchać. Więc... jak widzisz nie mam złych zamiarów. Szukam jakiegoś Kasztelana. Podobno tam znajdę wszystko czego pragnę. Dlatego... Ja sobie pójdę dalej go szukać, a ty odpuścisz mi mordobicie i rozejdziemy się w przyjaźni? — zasugerował zachowując czujność, ponieważ obcy dawał mu przedziwne uczucie, że sprawi mu tylko problemy. 
— Tak, te wszystkie rzeczy mogą cię w mieście czekać... — zaczął czarny, zeskakując z płotu na uliczkę. — Ale trochę się zapominasz, świerzynko. Postawiłeś łapeczki na moim terenie, pobiłeś mojego podwładnego... trochę chamsko z Twojej strony, nie uważasz? — zamruczał, zbliżając się coraz bardziej do dymnego. — I jeszcze jedno. Na moim terenie będziemy tańczyli jak ja zagram. — Szybkim ruchem chwycił go łapą za pysk i obejrzał sobie jego mordkę to z prawej, to z lewej, nawet nie drgając, gdy Nastroszony próbował się wyrwać. — Poślę kogoś, kto ci pokaże okolice. O ile uda ci się mnie pokonać. Nie mogę przecież puścić takiego gagatka wolno, nie? To nie po męsku tak uciekać z podkulonym ogonkiem.
Świerzynko? Pff... Akurat bić się umiał. Chociaż rzeczywiście kocur miał rację. 
— To on zaczął pierwszy... — wytłumaczył się mu, przełykając ślinę, próbując się mu wyrwać z tego uścisku. Aż normalnie przypomniała mu się matka. Ona też tak go chwytała, gdy była na niego zła. Położył po sobie uszy, a zaraz je uniósł, bo usłyszał chyba propozycje pomocy? A nie... musiał ją sobie wygrać. Cudownie. Nic nie musiało iść oczywiście po jego myśli. — Żadne ze mnie mysie serce — prychnął. — Jestem wojownikiem. Brałem udział w wojnie i rozszarpywałem koty, które do twoich pachołków mają się nijak. Nasi uczniowie są na ich poziomie. To wstyd dla kota tak mało umieć. No i sam chciałeś. Ostrzegałem cię. — Po czym użarł go w łapę, by go puścił z uścisku i zaczęła się walka, którą zapamięta być może do końca swego życia. 

***

Po ostrej wymianie ciosów, wynik był jednoznaczny. Były Nocniak leżał na chodniku, przyciśnięty ciężką, krępą łapa czarnego kocura. Ból w każdym skrawku ciała nie pozwalał mu myśleć. Przegrał. Ale mógł się tego spodziewać. Już po kilku ciosach zauważył, że samotnik nie był zwykłym sierściuchem. Miał wyszkolenie i siłę, której nigdy przedtem nie zaznał. To był błąd uznając, że miał z nim jakiekolwiek szansę. 
— I co? — prychnął czarny, wypuszczając powietrze nosem. — Nadal myślisz, że ja potrzebuje jakiś ostrzeżeń? — Władca tej części miasta zamruczał mu gardłowo nad uchem, unosząc pytająco brew.
Niebieski skrzywił się, dysząc ciężko. Próbował wstać i zwalić tą łapę, która odbierała mu całą godność, ale nie miał sił. Kocur był za silny.
— Ygh... Wygrałeś... Poddaje się. — Przestał się opierać, oczekując na to co ma nastać. 
No i zginie. Po co mu to było? Jednak trzeba było zostać w Klanie Nocy... Nie! W życiu! Już wolał tu zdechnąć niż tam! Przynajmniej walczył jak prawdziwy wojownik. Umrze godnie. 
Bliznowaty uśmiechnął się, by po usłyszeniu tych słów z pyska Nastroszonego zwolnić uścisk. Zamiast go dobić, wyciągnął łapę, by ten mógł sobie pomóc ze wstaniem.
— Dobry z ciebie dzieciak — zamruczał spokojnie, nawet przyjaźnie. — Lubię twoją energię, zawadiako. Witaj w mieście. — Gdy srebrny wstał, czarny poklepał go po barku. — Ja, Enetlodon, pan tego miasta, pozwalam ci na pobyt na mojej ziemi. Korzystaj ile chcesz, a jak zrobisz parę rzeczy dla mnie, to kto wie, może czeka cię nawet świetlana przyszłość tutaj, a nie między rynsztokami jak zwykłe piecuchy wałęsające się bez celu po ulicach — kocur przejechał językiem po swoich wargach, pozbywając się z nich resztek krwi czy sierści.
No to go zaskoczył. Nie spodziewał się takiego zakończenia. Sądził, że to koniec. Zabije go, a ciało wywali dla szczurów. Ulga go zalała. Na całe szczęście. Na dodatek padające słowa sprawiły, że go zatkało. To on był tym Panem Miasta, o którym słyszał od Wójta? Tak, wypytał dzikusa o to miejsce, aby wiedzieć na co powinien uważać. Zapłacił za to cenę w postaci dwóch wiewiórek, ale było warto. Nie wierzył, że ktoś taki jak on, przyznawał, że poradził sobie nieźle jak na leśnego kota, a nawet wróżył mu niesamowitą przyszłość. Uśmiechnął się do niego, wstając i otrzepując się po dobrej bitce. Jego ego wzrosło. O tak... Pragnął tej wielkości, o której mówił.  
— Naprawdę? — W oczach mu błysnęło. Czy to możliwe, że odnalazł swoje miejsce? To był chyba sen. W zasadzie nie chciał dołączać do żadnej większej społeczności, ale... Kocur mu zaimponował. I to bardzo. Jego siła, agresja, aura jaką emanował... Chciał być taki jak on. — Oczywiście. Ja... Chętnie. Samo docenienie kogoś kto włada całym tym miastem to wielki dla mnie zaszczyt. Sam byłeś niesamowity. Nigdy nie wiedziałem by ktoś tak walczył. Nic dziwnego, że jesteś liderem tego wszystkiego... — nie krył swego zachwytu i szacunku jaki powstał do samotnika po tej bójce. 
— Dobrze — zamruczał gardłowo, szczerząc zębiska. — O północy przyjdziesz znowu do mnie. Na ceremonię przyjęcia. Duma cię przyprowadzi- a właśnie. Duma — powtórzył się, tym razem głośniej, a zaraz przy jego boku pojawił się niebieski kocur o przenikliwych pomarańczowych oczach, jakże podobnych do tych należących do Entelodona. — Zabierz świerzynke do Kasztelana, zajmij się nim dobrze. Niech się wybawi tego wieczoru. — Czarny oblizał pysk raz kolejny, po czym pozostawił dwa kocury same.
— Nieźle ci poszło jak na leśniaka — pochwalił go Duma, uśmiechając się ładnie. — Ale chyba nie złapałem imienia. Jak cię zwą?
O rany, o rany. Ceremonia przyjęcia! Nie mógł w to uwierzyć. Zaparło mu aż dech w piersi. Zamrugał zaskoczony, gdy nagle obok samotnika pojawił się inny kot. Był tu przez cały czas? Rozejrzał się po otoczeniu, ale nie potrafił określić czy w zaułkach nie czają się i inni, co oglądali ten jego występ. Na pytanie niebieskiego, napuszył się dumnie, zadzierając wysoko łeb. A owszem. Dobrze mu poszło, bo był niezły. Dopiero tutaj poczuł, że rzeczywiście tak było. Słysząc tą pochwałę. I to z pyska takiej szychy! 
— Nastroszone Futro — przedstawił się, dalej nie mogąc uwierzyć w to, że przeżył i został zaproszony do gangu tak wpływowego kota. — Czyli wiesz gdzie znajduję się ten Kasztelan? — ucieszył się. Nareszcie uda mu się osiągnąć cel i przekonać się na własnej skórze, czy ten samotnik, którego spotkał w dziczy go nie oszukał mówiąc, że tam odżyje. — Jesteś wojownikiem Entelodona? 
— Oh, długie. Czuć lasem — zauważył żartobliwie. Kocur zaraz płynnym, eleganckim ruchem skoczył parę kroczków do przodu, już prowadząc dymnego w dobrą stronę. — Jakbym mógł nie wiedzieć? Leży zaraz pod moim terenem — zamruczał, wypinając dumnie pierś, by zaraz rzucić okiem w stronę, gdzie zniknął wcześniej Enetelodon. — Ojczulek by mnie zabił, jakbym przedstawiał się jako zwykły wojownik. Jestem Duma, drugi Syn, przywódca Batalionu "Srebro" — przedstawiając się, kocur przybrał już jakby wyrobioną, wypracowana postawę i mimikę twarzy. — Do usług miłego Pana, przynajmniej w drodze do Kasztelana~
Jego terenem? Czyli... Wcale mu nie służył? To było... Dziwne. Ale czego się spodziewał po tym miejscu? Przecież na pewno nie mieli tradycji podobnych do klanów. Sam ledwo co pojmował tutejszą hierarchię, przez co wpakował się na tereny samego pana miasta, nawet o tym nie wiedząc. Ale... było minęło. Przeżył i mógł teraz spełnić swój cel, w którym tutaj przybył. Zaraz jednak znów spojrzał na niebieskiego, gdy wyjawił, że był synem Entelodona. Czyli... Teraz to zaczęło układać się w bardziej logiczną całość. Ale dalej to było dla niego przedziwne i trudne do zrozumienia. 
— To zaszczyt — miauknął. — Czyli jak dobrze zrozumiałem, to masz swój własny teren i twój ojciec też? Jesteście dwoma odrębnymi gangami, którzy ze sobą współpracują? Wybacz, ale nie zbyt rozumiem jak to u was działa. W lesie takie rzeczy są niespotykane. — I to mu się nawet podobało. To było coś nowego, nieznanego, czyli czuł powiew przygody.
— Nie, nie — Duma pokręcił zaraz głową. — Entelodon to władca. Ten największy, najwyżej w hierarchii. Ale jak ma się tak ogromne tereny to ciężko to ogarnąć, nie? Więc jego dzielnice są podzielone na cztery części, między mnie i moich braci. Trzy Bataliony - "Złoto", "Srebro" i "Brąz". No i centrum, czyli "Diament", gdzie siedzi Entelodon i moja matka, Atena... łapiesz jak na razie? — zerknął na niego krótko, robiąc przerwę w tłumaczeniu.
— Tak. Łapie — nie ukrył swojego zdziwienia w głosie. Czyli zamiast klanów mieli coś na wzór podziału władzy na swoje dzieci? Niesamowite. — Nigdy nie słyszałem o takiej społeczności. Brzmi interesująco — przyznał, idąc za swoim przewodnikiem. — Gdy tu szedłem jednak spotykałem też inne gangi. One też mu podlegają? Albo wam? Tobie? — dopytywał, aby rozeznać się w terenie.
— Zależy. — Wzruszył ramionami. — Z niektórymi mamy pewne ugody, z innymi nie... dopóki nie próbują podskakiwać żyją w spokoju — mruknął. — Są zazwyczaj małe, słabe i nieistotne. Oprócz niektórych wyjątków. O, na przykład ekipa Jafara i sam Jafar jest bardzo uznawaną osobą tutaj, mimo że nie należy do Entelodona. Ale przez pewne... umowy — wspomniawszy o "umowach", na pysku Dumy pojawił się rozmarzony uśmieszek. — Nawiązaliśmy współpracę i Jafar zaopatruje nas w najwyższej jakości dobra.
Musiał zapamiętać. Również się uśmiechnął, lecz ten jego uśmiech był pełen satysfakcji z tego, że szczęście mu dopisywało do takiego stopnia, że nie znalazł się w jakimś pomniejszym, nic nie znaczącym gangu, a w gangu samego władcy miasta. To, że został wybrany sprawiło, że ego mu wystrzeliło w kosmos. 
— Rozumiem. Czyli po tej ceremonii całej będę wojownikiem twego ojca i nikt mi nie podskoczy, aby go nie zdenerwować? — zacieszał się pod nosem. — To brzmi cudownie. Nie wiesz ile czekałem na takie życie. Na taką wolność. W moim klanie baby dorwały się do władzy. Chciały zniewolić kocury i zmusić nas do służby, a najlepiej to, abyśmy byli gejami. — Wykrzywił się obrzydzony. — Odrażające. Ja nie mógłbym tak żyć. Rozumiesz, że niektóre kocury nawet się z tego cieszyli? Mają coś nie tak z łbem. Ten cały klan zszedł na psy. Gdy tylko kocur zdobywał władzę, kotki go obalały. Mord i ciągły mord, to było na porządku dziennym. Ale się uwolniłem od nich... Dlatego cieszę się, że spotkałem Wójta. Opowiedział mi o tym miejscu. Podobno macie tu niezłe laski, które nie plują jadem. No i imprezy do rana, że kot zapomina o troskach i problemach... Ah... Moje marzenie nareszcie się spełni.
Kocur uśmiechnął się pod nosem, słuchając wywodu Nastroszonego. 
— Ta, można tak powiedzieć. Widzisz to? — Wskazał na swoje ramię zgrabną bliznę, na pewno nie po zwykłej walce. — To znak rozpoznawczy. Noś ją z dumą, a nikt ci nie podskoczy — poinstruował. — Macie co najmniej ciekawe tradycje w tym klanie. U nas niegdyś rządziła moja matulka - Atena, ale jak widać władze się zmieniły. Podobno zanim zjawił się Entelodon, co księżyc był inny władca miasta. Ale było minęło. Teraz ojczulek rządzi żelazną łapą, mało kto mu się stawia, bo zwyczajnie się nie opłaca — miauczał dalej, prowadząc go ku celu, który można było już zobaczyć za rogiem. — Kotki i nie tylko, mój drogi. Do Kasztelana przybywają różnorakie koty, które chcą się dobrze zabawić.
Zapatrzył się na znak, który nic mu nie mówił, ale okolicznym kotom na pewno wiele. Czyli na tym będzie polegać ceremonia? Zostanie naznaczony? W zasadzie to nie bał się, a nawet cieszył. Jeżeli miał dzięki temu czuć się niczym pan i władca, przed którym koty będą drżeć, bo należał do gangu pana miasta, to było to wartę swojej ceny. 
Słuchał opowiadanej historii z uwagą. Nawet nie wiedział, że tak mieli krucho. Duma udowodnił mu, że Entelodon był kimś niezwykłym. Coraz bardziej jego podziw do kocura rósł. 
— Mam nadzieję, że i ja będę dobrze się bawić. — Uśmiechnął się szeroko. — Nie mogę się doczekać. — Aż nieco przyśpieszył kroku, chociaż nie wiedział czy to miejsce było blisko czy też dalej, ale wiedział jedno. Chciał już tam być. — A ty? Też chcesz się zabawić? Czy tylko odprowadzasz mnie i wracasz do swoich spraw?
— Będziesz, uwierz mi. Wyglądasz na gościa, który świetnie odnajdzie się w takich klimatach — Niebieski uśmiechnął się, po czym przystanął na moment. — To tutaj. — Skinął łbem na niewielkie okno piwnicowe. Na pytanie dymnego zachichotał pod nosem, rozczesując futro na piersi. — A co? Proponujesz coś? — zamruczał, zerkając figlarnie na dawnego nocniaka.
Spojrzał na dziurę, dziwną dziurę z przezroczystą ścianą, które było uchylone. Zbliżył się do niej, zaglądając niepewnie do środka. Więc to tu? To tu czekała go impreza życia? Na pytanie niebieskiego, walnął się łbem w framugę, zwracając na niego zaskoczony wzrok. Czy on coś mu sugerował? Nie... Pewnie się przesłyszał. Po prostu przez pobyt w Klanie Nocy był aż nadto przewrażliwiony. Tutaj nie było szans, aby napotkał jakichś nienormalnych typów, którzy randkowali z tą samą płcią. Tutejsze kocury wydawały mu się prawdziwe, męskie i normalne. Musiały w końcu żyć w nieprzyjaznych warunkach i roznosić swoją krew, aby nie wymarła. 
— W sensie, że wiesz. Zabawić się tam na tej imprezce. Pobajerować laski, potańczyć, no wiesz... — Wskazał łbem w stronę wejścia. Już do uszu docierały go odgłosy kotów, które znajdowały się w środku oraz ciekawy zapach. Czy się bał? Niezbyt. Już go nosiło, aby tam wskoczyć i porwać się imprezie. 
— Ja bym miał przepuścić okazję zabawienia się z nowym członkiem gangu? Ja? —  zaśmiał się jego towarzysz, kręcąc z politowaniem głową. Zgrabnie wśliznął się przez okno do środka, a minąwszy się z Nastroszonym, dymny mógł usłyszeć ciche, nawet nieco zawiedzione westchnięcie. — Zapraszam~ —  zaraz jednak dźwięczy głos Dumy zabrzmiał ze środka, a sam kocur już zaczął się rozglądać za dogodnym miejscem.
Ruszył za nim, przechodząc przez otwór. 
Bawili się tak jak zapowiedział Wójt, nieziemsko. To była cudowna lokacja. Natańczył się, poświrował, a nawet skubnął jakieś ziółko, po którym miał dziwne odpały. Nie żałował. Ale wraz z mijającymi uderzeniami serca, gdy mrok wyszedł na uliczki, Duma przypomniał mu o tym, że trzeba się zbierać na spotkanie z Entelodonem. Podjarany i przebodźcowany klimatem panującym w tym miejscu, dopiero po chwili zareagował, opuszczając z niebieskim ten azyl.