BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klan wilka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klan wilka. Pokaż wszystkie posty

29 lipca 2026

Od Koszmaru do Kalinowego Powiewu

Koszmar leżał przed żłobkiem znudzony. Nie było nic ciekawego do roboty. Nie było kogo podglądać, nie było komu zrobić lobotomii.
W skrócie nuda. Z bratem też nie chciał się bawić, a Zamroczka spała w najlepsze. Postanowił pokręcić się po obozie, i tak większość wojowników poszła na patrole. Zajrzał do legowiska uczniów, do starszych, a nawet do legowiska medyka. Na końcu wszedł do legowiska wojowników, znajdującego się w jednym z krzaków. Było tu bardzo przestronnie, nawet ładnie. Postanowił wejść głębiej, ale wtedy usłyszał jakiś głos za plecami:
– Witaj Koszmarze, co tu robisz?
Kociak odwrócił się na pięcie i odpowiedział:
– Nic.
– Chcesz zwiedzić legowisko wojowników? – spytała spokojnie.
– Tak.
– W takim razie zapraszam! – rzekła szaro-biała kotka i poprowadziła kocurka.
– Tutaj posłanie mam ja, tu Wilczy Skowyt, a tam Iskrząca Nadzieja.
Koszmaru nie interesowało jakie posłanie do kogo należało, ale to, co na nich było. Jedne miały pióra, drugie sam mech, a pod jednym były nawet kamienie. Hm, nie wiedział, czy ktoś by się na nie połaszczył, ale na pewno nie chciał na nich spać.
– Eee… Jak się wojowniczka nazywa?
– Kalinowy Powiew.
– To Kalinowy Powiewie, dlaczego twoje uszy tak zwisają? To jakaś choroba?
Kotka się zaśmiała.
– Nie, to inny rodzaj uszu. Mam tak od urodzenia.
– A dlaczego masz takie kropki na sierści?

<Kalinowy Powiewie?>

Od Koszmaru do Iglaka

Pora Zielonych Liści zaczęła się ukazywać w przyrodzie. Nareszcie. Śnieg powoli topniał, więcej padało, a wiatr nieco urywał głowy. Koszmar bawił się swoimi kosteczkami, udając, że robi zwierzęciu operację wyjęcia serca z liści.
– Czas na główną operację – mówił do siebie. – Twe serce będzie prezentem dla mamy!
Wziął ostrą kość, wbił w liście i wyciągnął.
– Twoje serce teraz należy do mnie! Muhahaha!
– Co robisz, Koszmarze? – spytał jego dymny brat, Iglak.
– Wyrywam serce ofierze – odpowiedział z uśmiechem.
Choć kocurek tego nie widział, Ognikowa Słota zrobiła dziwną minę. Przecież mały jeszcze nie wiedział o kulcie!
– Chcesz zostać medykiem i robić eksperymenty z Chudym? – zaśmiał się braciszek.
– Co? Nie! Będę wojownikiem, a potem mistrzem, jak mama i… mama!
– Hm, zobaczymy – zaśmiał się znowu Iglak.
– A co? Myślisz, że ty nim zostaniesz?
– Nie wiem, być może, na pewno nie robię sobie zwodniczej nadziei.
– Cóż, na pewno nie jestem najsłabszy z was dwóch… – uśmiechnął się kocurek.
– Tak? Jesteś pewien? To chodź, przekonajmy się!
Iglak skoczył na brata, a on odepchnął go łapami. Udało mu się złapać równowagę w locie, dzięki czemu szybko zaatakował ucho kociaka. Koszmarowi nie udało się zrobić uniku, więc nie zdążył zrobić kontrataku. Dymny go naskakiwał z różnych stron i szybciutko uciekał. Cętkowany z tego wszystkiego przestał bronić brzucha. Iglak zauważył odsłonięte słabe miejsce. Jednak nie wiedział, że to była pułapka. Brązowooki tylko smyrgnął pazurami po brzuchu, nie zadając żadnych obrażeń, a w tym czasie Koszmar przyszpilił brata do ziemi.
– I co, braciszku? Mam cię! – powiedział z triumfem w głosie, nie chcąc przyznać, jak dobre były uniki kocurka.

<Iglak i Iglak? :3>

28 lipca 2026

Od Cisowego Tchnienia CD. Iskrzącej Nadziei

Nie chciała rozmawiać z Iskrzącą Nadzieją. Nie chciała rozmawiać z nikim. Myśl o tym, że ktoś mógłby się czegoś dowiedzieć przez rozmowę z nią, nie dawała jej spokoju. Miała dość tego całego teatrzyku, tej presji. Starała się nie wychylać, zostać w cieniu legowiska medyków, sprawiając pozory normalnego kota. Bała się, że jeden ruch może zadecydować o jej śmierci. Dodatkowo z Iskrzącą Nadzieją po prostu nie miała dobrych relacji. Nie, od kiedy Miodowa Kora okazał się zdrajcą. Była kompletnie przekonana, że była to wina jego partnerki. Według niej zasługiwała z tego powodu na śmierć. Pewnie sama wymierzyłaby jej sprawiedliwość, gdyby nie to, że jedno morderstwo już było wystarczająco niebezpieczne. Stały tak w ciszy przez chwilę, dopóki do lecznicy nie wkroczyła Tropiąca Łaska.
– Zrób miejsce – Cisowe Tchnienie miauknęła do Iskry, a ta odsunęła się pod ścianę. Jej miejsce zajęła nowa pacjentka.
– Czuję straszne gorąco w głowie… – zaczęła. Medyczka szybko poszła do składziku ziół i wzięła dla niej trochę wrotyczu, który wojowniczka zażyła. Kiedy ta wyszła, oczy niebieskiej powędrowały w stronę bicolorki, która nie ruszyła się ze swojego miejsca przez całą wizytę Tropiącej Łaski. Uszy tortie obróciły się do tyłu. Obserwowała ją? Wiedziała coś?
– Czemu nadal tu jesteś? – zapytała, powstrzymując syk. Pytana widocznie się zestresowała. Czyli była winna! Musiała, się dowiedzieć, co wiedziała… i pozbyć się zagrożenia…
Wyleczeni: Tropiąca Łaska

<Iskro?>

27 lipca 2026

Od Koszmaru do Kocimiętkowego Wiru

TW: opowiadanie o zbieraczu skór

Koszmar wiercił się na posłaniu, nie mógł zasnąć. Księżyc powoli górował nad niebem, kąpiąc cały obóz w srebrzystej poświacie. Popatrzył na swoją rodzinę. Iglak oraz Zamroczka wtulili się w szylkretowe futro matki, śpiąc głęboko. Ognikowa Słota też odpłynęła, zmęczona macierzyństwem. Koszmar spróbował do nich dołączyć, lecz tylko wierzgał łapkami i przekręcał się z boku na bok. Leżąc tak, nie mając nadziei na zaśnięcie, nagle do żłobka przyszła Kocimiętkowy Wir, pewnie by położyć się u boku partnerki. Koszmar wstał, aby przywitać się z matką. Gdy kremowa zobaczyła, że jeszcze nie spał, lekko się zdziwiła.
– Koszmarze, dlaczego jeszcze nie śpisz?
Cętkowany popatrzył na swoje łapy.
– Nie wiem, po prostu nie mogę zasnąć.
– Hmm… – pomyślała zielonooka. – Chyba wiem jak temu zaradzić…
Kotka usiadła i nakazała Koszmarowi położyć się na posłaniu z mchu.
– Pewnej nocy grupa kotów chcąca wejść na wyspę na jeziorze, zwanej Spaloną Zatoczką, gdyż niegdyś piękna wyspa z bujną roślinnością przez piorun zmieniła się w spopieloną ziemię, szukały pnia, po którym mogłyby się tam dostać. Otóż krążyły legendy o strasznym widmie nawiedzającym to miejsce, a grupka chciała sprawdzić, czy to prawda. Po długich poszukiwaniach znaleźli podwodną kłodę, która prowadziła na wyspę. Najodważniejszy z kotów zrobił jeden krok, zapewniając pozostałych, że to bezpieczna ścieżka. Gdy ostatni, rudy kot położył łapę na spopielone ziemi, zobaczył szarego kota o czarnych oczach ze zwisającą przy nich skórą, jakby komuś ją zabrał. Oczywiście, powiedział to innym, ale oni mu nie uwierzyli. Szli przez wyspę, aż w końcu dotarli do spalonej wierzby. Koty chciały się na nią wspiąć dla zabawy, lecz to był błąd. Spod ziemi wykopało się widmo, które widział ostatni kot. Potwór wydawał dziwne dźwięki i ruszał nienaturalnie głową. Przybysze zaczęli uciekać w stronę kłody. Najodważniejszy kot stanął w miejscu, gdzie była kłoda, gdyż średnio ją było widać znad wody, lecz jej tam nie było. Kocur runął w wodę, tracąc przytomność, jego pobratymcy widzieli go później martwego na tafli wody. Potwór się zbliżał, a trzy pozostałe koty musiały wiać. Postanowiły wspiąć się na sam czubek wierzby, licząc na to, że widmo nie da rady. Pierwsza szła szara kotka, wcześniej będąc najbliżej teraz zmarłego kocura. Później był rudy kot a na końcu niebieski. Wczepiali pazury w korę, wdrapując się wyżej i wyżej, dwójka kotów już była na ostatnich gałęziach, lecz ostatni zaklinował nogę w niższych konarach. Zaczął ciągnąć, łamiąc przy tym małe gałązki, aż w końcu coś go pociągnęło w dół. Było to samo drzewo, złe na niebieskiego i wepchnął go do swej gardzieli. Widmo okrążało drzewo, czekając na ruch kotów. W końcu kotka postanowiła się poświęcić, zeskoczyła z drzewa prosto na stwora, a rudy w tym czasie zaczął uciekać w stronę obozu. Przerażony obejrzał się przez ramię, kotka walczyła z potworem, ale zadawała obrażenia tylko jego skórze. Otworzył gardziel z zębiskami, ugryzł kocicę, a ten przejął władzę nad jej ciałem. Rudemu udało się uciec i opowiedział innym tę przygodę, ale nikt mu nie uwierzył.
Kocurek lubił takie krótkie straszne historie bez głębokiej fabuły. Ziewnął, zamienił się w kulkę i zapadł w głęboki sen…

<Kocimiętkowy Wirze?>

Od Cisowego Tchnienia

Dzień ustanowienia nowych tytułów

– Cisowe Tchnienie, chodź! Zalotna Gwiazda zwołała zebranie klanu – z mechanicznego sortowania ziół wyrwał ją ponaglający szept Roztargnionego Koperku. Poderwała się do góry i potruchtała z legowiska, siadając przy jego wejściu. Wbiła wzrok w ziemię. Jaki mógł być powód tego zgromadzenia? Żadne kociaki nie powinny teraz zostać uczniami, a widziała przed chwilą, że koty nie robiły miejsca na walkę uczniów. To coś innego. Czyżby… ktoś się dowiedział? Nie, nie, nie! To niemożliwe! Nic na to nie wskazywało, a jednak… medyczka była kompletnie przekonana o swojej porażce. Nerwowo przeszukiwała swój umysł w poszukiwaniu wspomnienia momentu, w którym popełniła ostateczny błąd.

***

TW: myśli samobójcze

Retrospekcja, dzień zabójstwa Bladego Lica

Siedziała w umówionym miejscu. Już za chwilę miała odegrać tę jedną scenkę i zakończyć ten cały teatrzyk. Sowi Zmierzch już był na swojej pozycji. Niedługo Blade Lico padnie na ziemię bez życia i kurtyna opadnie. Nerwowo trzymała zawiniątko liści szaleju między łapami. Przed oczami przelatywały jej miliony scenariuszy, w których wszystko szło nie tak. Może starszy tu w ogóle nie przyjdzie? Może da radę uciec Sowiemu Zmierzchowi? Może źle wykalkulowała ilość ziół osłabiających albo trucizny? Co, jeśli zacznie krzyczeć i ktoś jakimś cudem usłyszy? Co ona wtedy zrobi? Zostanie zabita. Na pewno. Trzymała truciznę w łapach w losowym miejscu w nocy. Zalotna Gwiazda na pewno postanowi się jej pozbyć, a klan uzna ją za zdrajczynię. Drżącą łapą sięgnęła po gałązkę cisu znajdującą się za jej uchem. Ostrożnie oskubała ją z jagód i odrzuciła ją, zostawiając na łapie tylko czerwoną truciznę. Gdyby teraz to tak zakończyć… Nie mogliby już drugi raz jej zabić… Wystarczyła jedna… Wtedy usłyszała krzyk, a serce zaczęło jej szybciej bić. Biały za chwilę miał się tu pojawić. Szybko wcisnęła jagody w zawiniątko, zupełnie zapominając o tej jednej zgubnej gałązce…

***

TW: śmierć

Nadal retrospekcja, niedługo później

Stała nad starszym i patrzyła, jak ten trzepie się na ziemi, wstrząsany konwulsjami. Charczał, gdy piana toczyła się z jego pyska. Pierwszy raz patrzyła na kota w cierpieniu, nawet nie próbując mu pomóc. Po prostu tam tkwiła, kiedy kocur powoli przestawał się ruszać i światło gasło w jego oczach, aż po chwili koniec. Dzieło dokończone. Wetknęła mu pióro jemiołuszki za ucho i otarła pianę z jego pyska wierzchem łapy. Popatrzyła jeszcze przez chwilę na zwłoki i wsunęła się między drzewa. Przystanęła przy pierwszym zbiorniku wodnym i zanurzyła łapę ubrudzoną pianą. Nie wzdrygnęła się przy kontakcie z wodą. Po prostu pozwoliła jej zmyć z siebie dowody swojej winy. Wyciągnęła kończynę i popatrzyła na swoje odbicie. Wyglądała… normalnie. A przecież przed chwilą zamordowała innego Wilczaka. I do tego kultystę. Kota, z którym się wychowywała. Czy to oznaczało bycie pozbawionym uczuć mordercą? Otrząsnęła się. Nie mogła mieć wyrzutów sumienia. Zrobiła to dla klanu, dla kultu. Przodkowie jej kazali. Wszystko się udało, więc reszta nie była już istotna. Ważne było tylko to, żeby nikt się nie dowiedział…

***

– [...] Cisowe Tchnienie.
Na dźwięk swojego imienia uniosła łeb i skrzyżowała spojrzenia z liderką. Było zimne i niezdradzające uczuć. Skinęła łbem, ukrywając to, że nie była w stanie wcześniej jej słuchać. Miała jednak wrażenie, że w rzeczywistości szylkretka nie zamierzała, jej wybaczyć błędu. Jednak nie zachowywała też, jakby chciała się jej pozbyć. Zupełnie jakby bawiła się nią, czekając tylko, aż w odpowiednim momencie będzie mogła wbić jej nóż w plecy. Kiedy koty skandowały jej imię, ona była skupiona tylko na Zalotnej Gwieździe. Tamtej nocy kurtyna nie opadła. Teatrzyk nadal trwał, ponieważ nie ona nim dyrygowała, przywódczyni robiła to od dawna. Teraz mogła tylko czekać, kiedy zakończy jej żywot. Chyba że…

26 lipca 2026

Od Nadciagającego Pomroku CD. Cętkowanego Tęgosza

Coś tam kręcicie ze sobą?

Zamrugała, spoglądając z ukosa na bratanka. Dobre pytanie. Przeniosła wzrok na stojącą w wyjściu z obozu wraz z resztą patrolu Tropiącą Łaskę. Czekoladowy ogon machnął raz, i drugi, a błysk zielonych ślipi pożegnał ją, zanim sylwetka wojowniczki zniknęła w zaroślach.
— Tropiąca Łaska bardziej zainteresowana jest władzą niż mną — prychnęła, odrywając wzrok od miejsca, w którym przed chwilą stała kocica.
Szylkretka obracała się wokół niej od czasów, w których obie były uczennicami. Ponad połowę księżyców, które dane im było już przeżyć. Pomrok nadal nie wiedziała, co ma o kocicy myśleć; jej zdanie zmieniało się wraz ze zmieniającym się zachowaniem drugiej wojowniczki i jej humorzastymi epizodami. Początkowo, trenując jeszcze pod łapą Bladego Lica, była przekonana, że Trop zaplątała się w jakieś… Romantyczne uczucia. Przygryzła zębami wnętrze policzka. Czy byłoby to takie złe? Mieć na sobie jej uwagę? Nim jednak mogła się wtedy zamęczyć, rozważając swoje opcje, afekcje Tropu… Zeszły na drugi plan, a jej chytre spojrzenie zaczęło częściej podążać za Zalotną Gwiazdą, niż samą Pomrok. Wysunęła nieznacznie pazury. Od momentu, w którym to zrozumiała, każde kolejne działania i słodkie słówka kocicy przyjmowała trzymała poniekąd na długość łapy.
Afekcje Tropu przybywały i znikały, niby morskie fale na plaży Nocniaków. Z każdą taką falą ufała jej… Coraz mniej.
— Latała za mną od czasu, kiedy obie byłyśmy ledwo podrostkami — miauknęła jeszcze po chwili, unosząc lekko łapę nad ziemię i pokazując żartobliwym gestem ich mniemany wzrost. — Gdy jeszcze trenowałam na uczennicę.
Tęgosz spojrzał na nią zaciekawiony.
— Czemu miałaby cię wykorzystywać?
Skrzywiła się nieznacznie. Z niewiadomych powodów nie lubiła używać tego słowa; może właśnie dlatego, że w jej oczach idealnie opisywało tą sytuację, nazywając ją po imieniu.
— Nie wiem. Pokonałam ją w mojej walce na wojowniczkę i zrobiłam to na tyle dobrze, że na pewno najadła się ziemi… Zawsze wydawało mi się to dziwne, że tak szybko zmieniła strony.

↝❇⌑❂⌑❇↜
Jakiś czas później…

Zimny wiatr szalał poza ścianami legowiska. Oparła brodę o posłanie, kręcąc nosem na podsunięte jej zioła, ignorując leżącą nieopodal Ośnieżony Kryształ, będącą w podobnym stanie.
— Nie masz niczego, co pachnie bardziej apetycznie?
Chudy Grzbiet uniósł nierozśmieszoną brew, wskazując łapą na mieszankę gwiazdnicy i wrotyczu. Uśmiechnęła się krzywo pod nosem, zanim ostry atak kaszlu sprawił, że szarpnęła się do tyłu i wykrzywiła pysk.
— No- weź, nawet listka kocimiętki? — kontynuowała po paru uderzeniach serca, chytrym tonem.
— Bierz, co ci dałem!

↝❇⌑❂⌑❇↜

Nadal nie dowierzała słowom matki.

Dzisiejszy dzień zapisze się w historii naszego klanu jako dzień żałoby. Dzień, w którym straciliśmy jednego z naszych najwybitniejszych wojowników. Odkryłam, że Cienista Zjawa nie żyje.

Tamtego dnia jej łapy wyjątkowo tkwiły w miejscu, nie drżąc z typowym zniecierpliwieniem, pazury wbite w ziemię w centrum obozu.

Został zamordowany. Zamordowany z zimną krwią przez tchórzy, którzy nie mieli odwagi spojrzeć mu w oczy jak równy z równym. Odebrano mu życie tylko dlatego, że do samego końca bronił terenów należących do Klanu Wilka…


Zamordowany. On? Kocur, który nigdy nie bał się jej oddać, po którego pazurach nadal nosiła na sobie ślady?
Nie chciała wierzyć w to, że się poddał. Odejście Cienia odbiło się na niej, jak i na Słocie, o którą szczególnie się martwiła; mistrzyni nadal spędzała swoje dnie w żłobku, i na pewno miała dużo czasu na przebywanie z własnymi ponurymi myślami. Najbardziej jednak strata zacisnęła swoje pazury na gardle Cętkowanego Tęgosza.
Nie dziwiła się bratankowi. Poniekąd. Cienista Zjawa nie miał parnerki do pomocy, a Tęgosz nie miał matki, która by się nim zajmowała – przynajmniej na tyle, na ile się w ich sytuacji orientowała. Jak ona by się czuła, gdyby Zalotna Gwiazda zosała jej odebrana, gdy była młodsza? Jej myśli, po raz pierwszy od bardzo dawna, powróciły do rozmazanej postaci Jasnoty. Jak się czuła, gdy to ją jej odebrano?
— Tęgoszu?
Kocur drgnął na dźwięk jej głosu. Schyliła się, wsuwając łeb do legowiska wojowników.
— Mogę Cię wyciągnąć z tej nory na spacer?


<Bratanku?>

wyleczone: Nadciągający Pomrok, Ośnieżony Kryształ

25 lipca 2026

Od Koszmaru do Wilczego Skowytu

Powoli zaczęło się ocieplać. Wiatr przestał tak hulać, śniegu było mniej i pojedyncze ptaki zaczęły wracać. Koszmar bawił się przed żłobkiem z rodzeństwem, nawet się lekko śmiejąc.
– Do ciebie, Koszmarze! – krzyknął dymny kocurek do brata.
– Przyjąłem! – odpowiedział Iglak. – Orientuj się, Zamroczko!
Chcąc rzucić z daleka, zaczął się odsuwać, lecz nie wiedział, że za nim siedział czekoladowy wojownik. Gdy wpadł prosto w jego plecy, kocur wstał i zawarczał:
– Hej! Uważaj, ty mały szczurze!
Koszmarka zbulwersowały te słowa. Przełknie od każdego kota śmierdziela, głupka, a nawet kota o zawyżonym ego, ale szczura już nie!
– Nie jestem szczurem, kupo futra! – to ostatnie jakoś mu się same wymsknęło, z reguły był opanowanym kotem, nie wiedział, czemu mu się to wymsknęło.
– Co za dzieciak – powiedział pół do siebie, pół do kocurka. Następnie machnął ogonem i odszedł w stronę wyjścia. Cętkowany odetchnął z ulgą.
– Dobrze, Koszmarku! Tak mu mów, temu zdrajcy! – usłyszał za sobą czyjś krzyk. Odwrócił się w stronę dźwięku, a należał on do Ognikowej Słoty.
– Eee… dziękuję mamo! – zamruczał do matki.
– Musisz się bronić, jesteś dzieckiem mistrzów, wysoko postawionych kotów – kiwnął główką w stronę matki. Miała rację, nie mógł pozwolić, by losowy kocur go obrażał. Postanowił to mu wyjaśnić.
– Wilczy Skowycie! Wilczy Skowycie! – krzyczał.
– Tak? – odwrócił się w stronę kociaka.
– Chciałbym tylko powiedzieć, żebyś mnie nie obrażał więcej, inaczej zainterweniuje.

<Wilczy Skowycie?>

24 lipca 2026

Od Kamiennego Pióra CD. Nocnego Śpiewaka

Szedł z Nocnym Śpiewakiem przez las, klucząc między drzewami i szukając zdobyczy. Byli na patrolu łowieckim. Do jego uszu docierało skrzypienie śniegu pod łapami, szum wiatru oraz trzaski bardziej delikatnych gałęzi, które już nie wytrzymywały pod naporem białego puchu. Jego żółte oczy skanowały las, zaglądały we wszystkie zakamarki, penetrowały każdą długość wąsa ściółki. Nic jednak nie znalazły. Wojownik już prawie pogodził się z faktem, że wróci do obozu z pustym pyskiem.Jednocześnie słuchał słów Nocnego Śpiewaka, z którym właśnie rozmawiał na temat swoich… Niespełnionych marzeń.
Wywód czarnego kocura okazał się dłuższy, niż by się Kamienne Pióro spodziewał, czuł jednak mądrość płynącą ze słów wojownika. I dały mu one dużo do myślenia.
— Mam nadzieję, że cię mój wywód nie przestraszył. Tym razem ja się rozgadałem, ups! — miauknął Nocny Śpiewak i podrapał się po pysku, podczas gdy czekoladowy zmrużył oczy w zamyśleniu.
Opiekun Tchnienia… Czy Kamienne Pióro mógł zdobyć to odznaczenie? Według czarnego wojownika tak. Według niego był pomocny i przyjazny… Czy to prawda? Gdy nad tym chwilę pomyślał, uznał, że rzeczywiście starał się pomagać członkom swojego klanu. Zawsze. Nawet o tym nie myślał i nie robił tego na siłę. To po prostu było naturalne, samo mu przychodziło, po prostu czasami czuł, że powinien coś zrobić. Pewnie dlatego, że był dobrym kotem i nie przechodził obojętnie obok potrzebujących pomocy.
Tak. Był dobrym kotem. Nieważne, czy miał rangę mistrza, czy zdobył któreś z odznaczeń, czy nie. Nocny Śpiewak opowiedział mu o swoim ‘najlepszym’ wojowniku. A jaki był jego ‘najlepszy’ wojownik? Chyba właśnie taki – dobry. Pomocny, lojalny, taki, któremu zależy na swoim klanie.
Co jeszcze? Na pewno ważna była pracowitość. Przecież żaden dobry wojownik nie jest leniwy. Trzeba być pracowitym, jeśli się chce coś osiągnąć.
No i… Ważna jest postawa. Najlepszy wojownik według Kamiennego Pióra ma swój klan na pierwszym miejscu i robi dla niego wszystko, co tylko może. Nieważne, czy inni to zauważają i doceniają, czy nie.
Zdał sobie sprawę, że długo się nie odzywał. Może wręcz za długo, a przecież Nocny Śpiewak czekał na jego odpowiedź.
— Wiesz, w sumie… — zaczął z nieśmiałym uśmiechem. — Najlepszy wojownik według mnie to taki, który zawsze stawia klan na pierwszym miejscu. Przed sobą i przed wszystkim innym. I taki, który dba o dobro klanu i o jego członków. Wiesz, pomaga im, jak tylko może… To jest w sumie takie zadanie wojownika. Dbać o innych członków. No i oczywiście taki, który jest lojalny i który nigdy by klanu nie zostawił. — Przez myśl mu przemknęli Miodowa Kora i Porywisty Dąb. Ledwo się powstrzymał przed skrzywieniem pyska. — Taki, który przestrzega Kodeksu Wojownika… Odznaczenia nie są takie ważne, wystarczy mieć klan naprawdę głęboko w sercu i tyle! To w sumie osiągalne. Mogę zostać takim najlepszym wojownikiem. Dziękuję ci bardzo, Nocny Śpiewaku!
Po chwili ciszy dodał:
— Wychowam moje kocięta, aby były takie jak ty. Znaczy, eee… Nooo… Jeśli będę miał kocięta, to je wychowam, aby były takie jak ty — poprawił się, kładąc nacisk na słowo „jeśli”.

<Nocny Śpiewaku?>

Od Kamiennego Pióra Do Cętkowanego Tęgosza

Kamienne Pióro przekręcił się z boku na bok i ziewnął zaspany. Nawet nie próbował otworzyć powiek, które kleiły się i były strasznie ciężkie. Poczuł szturchnięcie w bok, być może było już to któreś z kolei. Nie wiedział. Był półprzytomny i strasznie chciało mu się spać. Szturchnięcie się powtórzyło, tym razem było mocniejsze. Jak przez mgłę usłyszał czyjś głos.W końcu otworzył oczy i zobaczył przed sobą rudą kotkę. Po chwili zorientował się, że to Dyniowa Skórka. Czego ona mogła od niego chcieć? Uświadomił sobie, że przez wejście do legowiska wpadają nieśmiałe promyki słoneczne. To pora na patrol!
Zerwał się na równe łapy i otrzepał futro, aby się rozbudzić.
— Zostałeś wybrany na członka mojego patrolu… — mruknęła wojowniczka zdziwiona nagłym ruchem czekoladowego.
— Jasne! Przepraszam, że zaspałem! — miauknął i wyskoczył z legowiska, aby dołączyć do reszty członków.

***

Patrolowali las przy granicy z terytorium Klanu Wilka. Kamienne Pióro był w trakcie obwąchiwania jednego z krzaków. Nie znalazł niczego niepokojącego, więc zostawił oznaczenie i ruszył dalej. Rozdzielili się na dwójki. On z Tygrysią Nocą mieli sprawdzić granicę od strony Czarnych Gniazd, a Dyniowa Skórka i Seradelowy Nektar zaczęli przy rzece.
Po raz kolejny na tym patrolu otrzepał futro. Robił to głównie po to, żeby się ocieplić i ukryć drżenie łap.
Przechodząc dalej pomiędzy drzewami, do jego nosa dotarła woń innego kota. Kiedy się na niej skupił, rozpoznał, że to ktoś z ich klanu, woń jednak była słaba, tak jakby ktoś był tutaj sam.
Uznał, że to nie jego sprawa, ale i tak to sprawdzi. Może ktoś potrzebuje pomocy? Jest przecież zimno, a poza tym śnieg mógł się ułożyć w zdradziecką zaspę, która mogłaby okazać się niebezpieczna.
— Zaraz wracam — miauknął do Tygrysiej Nocy i węsząc, ruszył za zapachem.
Usłyszał w odpowiedzi ‘okej’, a po tonie głosu kocura mógł wywnioskować, że ten nie jest zbytnio zaciekawiony jego odejściem. Może to i dobrze.
Nie minęło dużo czasu, zanim spotkał rudego kocura stojącego samotnie w lesie. To był Cętkowany Tęgosz. U jego łap leżała mysz. Pewnie znowu udał się na samotne polowanie.
Kocur odwrócił się w jego stronę i ich spojrzenia się spotkały.
— Hej — mruknął.
Wiedział, że kocur jest w trudnej sytuacji. Śmierć Cienistej Zjawy sprawiła, że się załamał. Może dałoby mu się jakoś pomóc? W końcu Kamienne Pióro też stracił ojca.
‘Ciekawe, czy on jeszcze żyje’, przemknęło mu przez głowę.
— Znowu polujesz sam? — zaczął lekko współczującym tonem. Później westchnął. — Słuchaj, wiem, przez co przechodzisz. Mój… Mój ojciec… On… Opuścił klan. Tęsknię za nim. Naprawdę. I za moim bratem też. Wiem, że to nie to samo, bo mogę cały czas mieć nadzieję, że oni jeszcze gdzieś tam są, ale to i tak bolało. I boli. Nadal. Cały czas. Po prostu z tym bólem trzeba sobie poradzić. To jest trudne, bardzo trudne. I każdy ma na to jakiś inny sposób. Niektórzy cały czas polują i chodzą na patrole, żeby o tym nie myśleć, niektórzy potrzebują czasu, żeby przejść żałobę, a niektórym pomaga rozmowa o tym bólu. I w sumie… W sumie to chciałem po prostu powiedzieć, że gdybyś czegoś potrzebował… Porozmawiać albo po prostu czyjegoś wsparcia… To ja ci pomogę.
Miał nadzieję, że kocur się teraz nie rozpłacze, albo nie ucieknie. Może źle zrobił, może powinien dać mu czas i spokój, ale chciał po prostu pomóc.

<Tęgoszu?>

Od Koszmaru CD. Nocnego Śpiewaka

Koszmar ze zmrużonymi oczkami popatrzył się na czarnego wojownika. Jego oferta wydawała się dość… kusząca. I tak nie miał co robić.
– No dobrze, tylko w co? – zapytał kocurek.
– Może w… – wojownik się przez chwilę zastanowił. – W borsuka i kota?
– Hę? – bury przekręcił główkę.
– Ja jestem borsukiem, ty kotem. Ja gdzieś w tym żłobku chowam omszoną kulkę, a twoim zadaniem jest ją znaleźć. Gotowy?
– Y-hm! – przytaknął.
– W takim razie odwróć się, zamknij oczy, a ja schowam piłeczkę – oznajmił, po czym cętkowany poszedł na swoją pozycję. Chciało mu się podglądać, ale w końcu zrezygnował z tego pomysłu.
– Gotowe! – krzyknął wojownik, a Koszmar jak torpeda biegł od miejsca do miejsca, by tylko znaleźć znajdkę. Za rodzeństwem jej nie było, pod posłaniami też nie. Agh, gdzie ona była? Popatrzył z irytacją w górę i… jest! Była zawieszona na jednej z gałęzi krzewu, w którym mieścił się żłobek.
– Znalazłem! Znalazłem! – krzyknął tak głośno, że Ognikowa Słota musiała go uciszyć ogonem, aby nie zbudził śpiącego rodzeństwa.
– Ale nie masz jej w pysku! – zaśmiał się wojownik.
– Co?! Jest za wysoko, nie dosięgnę jej!
– Chociaż spróbuj.
Niebieskooki westchnął ciężko, wziął kawałek patyka i rzucił wysoko. Okazało się jednak, że niewystarczająco, aby zrzucić kulkę. Spróbował drugi raz, trzeci, czwarty, nie wychodziło mu, lecz nie zamierzał się poddawać.

<Nocny Śpiewaku?>

Od Koszmaru do Cętkowanego Tęgosza

Koszmar siedział w krzakach, patrząc na cały obóz. Koty wracały z patrolu porannego, niosąc w pyskach nieco zwierzyny. Ta Pora Nagich Drzew według opowieści mamy była bardzo mroźna, ale on tego nie odczuwał. Wojownik nawet w najzimniejszy dzień musiał być gotowy na ewentualne zagrożenie! Patrząc tak na obóz, kocurek zauważył kota, który był inny niż wszyscy, był spochmurniały, siedział przy skale z boku, wyglądając, jakby miał warknąć na każdego, kto do niego podejdzie. Zaciekawiony kociak postanowił dowiedzieć się, co było przyczyną jego zachowania. Przypadł do ziemi (jeśli dało się to tak nazwać) i przeturlał się do następnego krzaku. Stąd miał dobry podgląd na kocura z czułkami. Nagle rudzielec popatrzył się w jego stronę.
– Ty, mały, nie jesteś taki niezauważalny! – warknął na niego.
Zdezorientowany, wcale nie przerażony kocurek wycofał się tyłem, lecz było już za późno. Rudy zablokował łapą przejście.
– Witaj, kuzynie – miauknął.
Kuzynie? Nigdy go na oczy nie widział. No dobrze, niedawno zaczął widzieć, ale go to nie usprawiedliwia, że nie przyszedł się przywitać z synem dwóch mistrzyń!
– Cześć – mruknął w odpowiedzi. – Jak ci na imię?
– Cętkowany Tęgosz. A ty to pewnie Koszmar, tak?
Może jednak go kiedyś odwiedził, jak zna jego imię.
– Tak, tak, to ja… – odmruknął. – Czemu jesteś taki smutny?

<Kuzynie?>

Od Koszmaru do Ognikowej Słoty

Na zewnątrz było zimno. Śnieg nadal utrzymywał się na dworze, a mroźny wiatr szalał. Na szczęście on nie dostawał się do żłobka. Koszmar siedział na miękkim legowisku z mchu, kosztując nornicy przyniesioną przez Ognikową Słotę.
– Jedz, nie będę mogła stale karmić cię mlekiem!
Szary kocurek popatrzył na stworzonko i spróbował kawałek. Posmakował, przeżuł i przełknął. Naprawdę dobre, nawet lepsze od mleka!
– Mniam, pychota! Nawet lepsze od mleka! – kocurek oblizał białą część pyska. – Czy mógłbym zjeść całą?
– Mamy trochę jedzenia, więc tak – mruknęła karmicielka i obróciła się do jego brata, Iglaka.
Cętkowany w tym czasie odgryzał kawałki zwierzyny, delektując się jej smakiem. Popatrzył jeszcze raz na stworzonko. Było w nim coś, co go zainteresowało. Małym pazurkiem odgarnął futerko i wyjął malutką kostkę. Była wspaniała! Takiej malutkiej on jeszcze nie widział. Zapomniał o jedzeniu i poszedł pochwalić się mamie.
– Mamo! Mamo! Zobacz, jaką mała kosteczka!
– Super – powiedziała oschle, nawet się nie oglądając.
– A co tam masz? – usłyszał za sobą głos, należał on do Kocimiętkowego Wiru. – Jaka ładna! Skąd ją masz?
– Z mojej pierwszej nornicy! – uśmiechnął się.
– Zobaczysz, kiedyś będziesz takie, tylko że większe, wyciągać z wrogów – pochwaliła go i liznęła go po główce.
– Dziękuję! – uśmiechnął się.
– Muszę iść na trening. Papa, kocięta! – krzyknęła na pożegnanie i liznęła partnerkę w bark.
– Cóż, Mroczna Puszcza uwielbia duże kości – mruknęła szylkretka.
– Mroczna Puszcza? A co to jest? – przekręcił główkę z zaciekawieniem.
– A chciałbyś posłuchać? – zapytała tajemniczo matka.
– Tak! Tak! – kocurek usiadł przy łapach mamy, czekając na jej opowieść.

<Mamo?>

23 lipca 2026

Od Blednącej Łapy do Cętkowanego Tęgosza

Przeszłość

— Myślisz, ty niewdzięczny pomiocie Klanu Gwiazdy, że z tobą skończyłam?! Zapłacisz mi za to, za wszystko, ty zawszona kupo futra! — rozległ się warkot po żłobku, a zbliżająca się ku niemu, niczym nieuchronny koniec, Bielinka, zasłoniła swoim cielskiem widok wejścia do chronionego przez krzewy miejsca, w którym dorastały i dowiadywały się o świecie kocięta, w tym jednym z nich był właśnie Szalej, a także Tęcza. Dystans między nimi przemierzyła bez większych oporów. Oprócz nich czuwała również do niedawna Ognikowa Słota, mistrzyni tym razem wyszła po zwierzynę ze sterty, jakąś chwilę temu, ponieważ żaden z uczniów dzisiaj się nie zjawił, a przynajmniej nie do tej pory. Jasny ogon starszej kocicy dygotał na boki swobodnie, ale wystarczająco nerwowo, żeby pokazać młodemu kocurkowi, że sprawa była raz jeszcze… śmiertelnie poważna. Spojrzał na kocicę przed sobą wielkimi oczkami, chociaż nie malował się w nich strach, a raczej… próbował przeanalizować, jaki będzie jej pierwszy ruch. Oczywiście, intensywnego dudnienia serca i spiętych mięśni łap nie potrafił ukryć, ale nie sądził, żeby Wilczaczka przed nim zwracała na to uwagę… raczej nigdy nie posądziłby jej o żaden pomyślunek czy refleksje, zważając na jej ostatnią niekorzystną decyzję w postaci zaatakowania go, a także dzisiaj – kolejnej próby pozbycia się. Jeśli taka była wola Mrocznej Puszczy, zginie dzisiaj. Jeśli nie, Bielince znowu się dostanie po łbie, a jemu pozostawało bronienie się wszystkimi czterema łapami oraz każdym, nawet najmniejszym kłem w paszczy. Ostatnim razem brązowooka wyskoczyła na niego i szybko przygwoździła go do ziemi. Dlatego tym razem nie zdziwił się, że również wystrzeliła w jego kierunku niczym goniony zając pośród wysokich kłosów trawy oraz kwiatów polnych. Wszystko działo się tak szybko, niemal musnęła go już swoimi pożółkłymi pazurami, jednak on uchylił łba, wręcz kładąc się płasko na ziemi i uskakując w bok w ostatniej chwili. Parę włosków uleciało mu z głowy, gdy podniósł się odruchowo i wyprostował wysoko, niczym żuraw, który właśnie pożarł swoją zdobycz w postaci świeżo upolowanej żaby ze stawiku. Jego wąsy zafalowały, a Tęcza pisnął z zaniepokojenia. Ruszył w celu pomocy Szalejowi, aczkolwiek Bielinka odepchnęła go swoim barkiem dość stanowczo, z jej gardła wydobywał się bulgot, jakby miała ich zaraz opluć jadem.
— Taki jesteś sprytny? Zobaczymy, co zrobisz, ty mysi bobku, gdy już cię złapię! Wtedy ci nikt nie pomoże, mysi wąsie! — splunęła, a rudy srebrny rzucił się ku wyjściu w celu ucieczki. Wiedział, że nie miał z nią szans. Była od niego starsza, masywniejsza i z pewnością znała przynajmniej jeden chwyt bitewny. A on nawet nie rozpoczął swojego treningu, ponieważ był zbyt młody. Biegł ile sił w małych łapkach, niemal potykając się o wystający korzeń. Przeskoczył go na szczęście, nie miał nawet czasu na to, żeby sprawdzić, czy Bielinka go doganiała. Nagle, gdy tylko znalazł się w wyjściu, tuż nad nim przeskoczył sprawnie rudy kocur, który uderzenie serca później przyparł liliową do ziemi łapą, wbijając jej pazury w pierś. Jeden z wojowników! Czy nie był on przypadkiem spokrewniony z Ognikową Słotą? Tęcza patrzył na nich wielkimi ślepkami, chowając się niezgrabnie pod uschniętymi paprociami legowiska, a Szalej próbował powstrzymać, trzęsenie się łap. Musiał wypaść przed nowym kotem dobrze! Nie wolno mu było okazywać strachu czy słabości, tak nie wypadało!
A jednak mimo wszystko jego uszy podrygiwały nerwowo, wyłapując każdy najmniejszy szmer, a źrenic nie mógł zdjąć z oprawczyni, która teraz, niczym wąż wśród ogrzanych kamieni, sunący po jaskrawym piachu, robiący dla siebie miejsce i śledząc trop własnej ofiary, wiła się pod rudasem, tylko niepotrzebnie marnując swoje siły. Patrzyła nienawistnie na Cętkowanego Tęgosza, a potem pluła w kierunku młodszego rudasa, szczęką próbując ująć jedną z łap starszego. Tęgosz jednak był dużo silniejszy i unieruchomienie jej całkowicie nie sprawiło mu nawet najmniejszego trudu.
— Ogarniesz się, ty, pokrako, czy może mało ci kar od Zalotnej Gwiazdy? — wysyczał do niej, gdy brązowooka wreszcie zrobiła sobie przerwę na złapanie oddechu. Zrozumiała, że w takim stanie nie wskóra zbyt wiele.
— Grr… TY GŁUPI, SŁABY KOCIE! TY ŁAJNOJADZIE, PUSZCZAJ MNIE! — zaczęła krzyczeć, a jej donośny głos odbijał się od ścian echem. — ZAPCHLONA SKÓRO, WRZODZIE NA OGONIE! WSZYSTKO MI PSUJESZ! — mówiła, a klatka piersiowa unosiła jej się, po czym opadała pospiesznie.

***

Teraźniejszość

Zmrożona ziemia chrzęściła pod łapami kocura, gdy stawiał to następne kroki po leśnym poszyciu. Lodowate pazury Pory Nagich Drzew wdzierały mu się pod okrywę przystosowaną właśnie do chłodów, chociaż może nie do aż tak ekstremalnych. Miał określony czas, który mógł w takich warunkach poświęcić na coś innego poza grzaniem się u boku… Garbatej Łapy, ponieważ w legowisku uczniów, oprócz niego samego oczywiście, nie było nikogo poza Białą Łapą. Jednak do niej nie chciał się nawet odzywać. Czuł, żeby się wcale a wcale nie dogadali. Zresztą, o czym by mieli nawet rozmawiać? O tym, jak prawie po dwakroć go pozbawiła życia, bo jej się nie spodobał sposób, w jaki na nią spojrzał? Jeśli tylko przekroczy określoną ilość chwil, mógł liczyć się ze zwiększonym ryzykiem śmierci z powodu hipotermii, a ciało nie znosiło zbyt dobrze nagłych spadków temperatury. Teraz jednak Blednąca Łapa, był poza sercem Klanu Wilka, szedł u boku swojego mentora, Pszczelego Roju, rozglądając się po gęsto rozgałęzionych świerkach oraz jodłach. Ośnieżone drzewa iglaste pięły się dzielnie ku górze, swoimi ciemnozielonymi koronami muskając wręcz skłębione obłoki, hen wysoko nad dwójką. Ostatnio nauczył się wspinaczki na drzewa, chociaż… mogło skończyć się to bardzo nieciekawie.
Dotarli wreszcie do miejsca, o którym szylkret tak wiele opowiadał przez ostatni czas. Bardzo zależało mu na tym, żeby srebrny nauczył się również odnalezienia się w podziemiach. Była to umiejętność, którą musiał nabyć każdy z Wilczaków i to bez wyjątków, jeśli chcieli czuć się tutaj w pełni jak w domu.
— W razie wojny lub innej potrzeby, możemy wykorzystać tunele, w których inne klany mogą się nie połapać tak sprawnie. W dodatku, jeśli w obozie nie byłoby już bezpiecznie, możemy zawsze zaszyć się głęboko pod ziemią — tłumaczył mu niebieskooki, zatrzymując się wreszcie przed wejściem do jednej z ciągnącej się nor. Może nawet kiedyś była przez kogoś zamieszkana? — Twoim zadaniem będzie wejść do tunelu i znaleźć wyjście. Będę czekał na drugiej stronie — miauknął mu jeszcze na odchodne długofutry, a bursztynooki kiwnął głową jednokrotnie, patrząc na niego tak neutralnie, jak tylko się dało. Całego wywodu do tej pory słuchał dość uważnie, w końcu nie wolno mu było sobie pozwolić tutaj zostać! Łatwo było się pogubić pod ziemią… czy sama teoria mu wystarczyła? Przekona się.
Wetknął łeb do środka, rozglądając się w półmroku. Światło padało tylko na określoną ilość przestrzeni wewnątrz, a lwi kawałek kocur zasłonił swoim cielskiem. Westchnął i machnął ogonem w celu wyładowania narastających nieprzyjemności w umyśle. Do jego nosa dopłynął mroźny, nieprzyjemny wręcz, ziemisty zapach wymieszany z czymś w rodzaju zaduchy. Wszedł wreszcie, nie chcąc przedłużać dalej nadto. Może wróci przed zmierzchem, wieczorem robiło się naprawdę lodowato, wtedy mógłby już się pożegnać z czuciem w łapach, a może i z cenniejszą dla niego rzeczą – życiem.
— Mroczna Puszczo, miej mnie w swej opiece — wymruczał, idąc jak na razie dość niepewnie przez nawet szeroki korytarz. Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd musiało nad nim czuwać, skoro przyszło mu wejść do tuneli właśnie tak łaskawą porą, jaką była Pora Nagich Drzew, a ponadto – nie przywitały go wąskie, duszące tunele, a przestronna przestrzeń, przynajmniej na początku.
Gleba nieprzychylną porą była najlepsza, bo nie była przesiąknięta roztopioną wodą. Robiło się niebezpiecznie dopiero w momencie, kiedy przychodził odwilż. W trakcie mrozu nie było mowy o zawaleniu się ich, bo chłód bardzo sprawnie trzymał je w ryzach, a roztopy wróżyły jedynie tajenie podłoża, co za tym idzie – straceniem spójności i staniem się grząskim, ryzyko osuwisk wtedy było niezwykle ogromne. Dlatego Wilczak mógł być spokojny, przynajmniej w tej kwestii.

***

Wychylił łeb z jednej z odnóg, szukając wzrokiem swojego mentora. Nie był pewien, ile dokładnie minęło czasu, jednak nie było to szczególnie istotne. Ostatnio szylkret uświadomił mu, że dopóki jest bezpieczny i nie pcha się śmierci w paszcze, mentor będzie z niego dumny. Dlatego nie zdziwił się, gdy parę uderzeń serca później Wilczak, o którym rozmyślał, pojawił się w zasięgu jego wizji i powitał go pomrukiem aprobaty.
— Blednąca Łapo — powiedział, chcąc zwrócić jego uwagę na siebie. — Wracamy do obozu.
A jednak, z jakiegoś nieznanego uczniowi powodu, myślał, że może go pochwali. Nie liczył na to, aczkolwiek wszystko na to wskazywało. Najwidoczniej nie rozgryzł go jeszcze, nie znał go za dobrze, mimo tylu przeprowadzonych treningów. Uczniak nadal nie rozumiał wielu reakcji kotów, a wszelkie przewidzenie ich, jeśli nie dotyczyło to chwytów bitewnych… było niezwykle trudne. I nie dało się opracować na nie żadnego sprawdzonego sposobu, ponieważ potrzebowałby przynajmniej jednego dla każdego z Wilczaków, a nawet więcej; dla każdego kota, którego kiedykolwiek spostrzegł w ciągu całego swojego życia. Na samą myśl miał ochotę pójść pod Cierniste Drzewo i poprosić przodków o pomoc… jednak wiedział, że nie mógł obciążać ich takimi błahostkami. Dlaczego mieliby się przejąć jego kłopotami?
Gdy dwójka znalazła się w obozie, Pszczeli Rój ruchem ogona nakazał srebrnemu, żeby udał się na spoczynek. Kiwnął mu w odpowiedzi głową, czując ulgę, że wreszcie będzie mógł się ogrzać. Gdy szedł tak przez centrum, nie przyglądając się naprawdę nikomu, to spostrzegł w jednym z kątów Cętkowanego Tęgosza…
Nawiązali kontakt wzrokowy. Cienista Zjawa, jego ojciec, ostatnio został ogłoszony zmarłym. Został zaatakowany przez przynajmniej dwa koty, ponieważ, z tego, co powiedziano, jednemu kotu dałby sobie bez większych problemów radę. Blednąca Łapa, zamiast pocieszyć i wesprzeć kompana, wgapiał się w zielone ślepia jeszcze przez jakiś czas, zastygając w miejscu i nadal nie uchylając nawet mysiego wąsa swojego pyska.

[1546 słów - nawigacja w tunelach]

[31%+ 5%]

Od Koszmaru

Stało się, nowe życie wyszło na świat – a raczej życia. Tymi nowymi istotami byli Iglak, Koszmar oraz Zamroczka. Szary, nakrapiany kocurek o niebieskich niczym zbity lód oczach przez pierwsze trzy tygodnie po prostu egzystował. Jadł, płakał, spał, budził się, kwilił, jadł, płakał i tak w kółko. Jednak po tym okresie on i reszta rodzeństwa nabrali świadomości. Zaczęli widzieć, słyszeć, a nawet chodzić. Mówić również, choć na początku, u kocurka można było tylko usłyszeć “mama”, “jeść”, “chcę kość udową”, w skrócie normalne pierwsze słowa niemowlęcia. Od kiedy nabrał świadomości, postawił sobie jeden cel, a raczej dwa: sprawić, by matka i babcia byli z niego dumni oraz by dorównać matkom w hierarchii. I jeszcze zostaniem najstraszniejszym kotem w lesie, ale to poboczna misja. Co do straszenia, to kocur uwielbiał zaskakiwać innych. Najczęściej siedział w ciemnym kącie czy w krzaku i wyskakiwał przed nosem innego kota. Najczęściej go to nie przerażało, ale Koszmar wierzył, że mu się kiedyś uda kogoś przestraszyć. Lubił też patrzeć na inne koty, na ich ruchy, mimikę, czy na to, co akurat jadły. Jego druga mama, Kocimiętkowy Wir, lubiła się z nim bawić, choć, gdy do żłobka przychodziła Ognikowa Słota, kocurek mówił, że to wczesny trening. Koszmar lubił w sobie dwa śmiesznie wystające kły, podobno wyglądał z nimi śmiesznie, ale kiedyś będą takie ogromne, że każdy kot, który na niego spojrzy, ucieknie w popłochu! Zobaczą, jakim wielkim wojownikiem się stanie…

22 lipca 2026

Od Zamroczki

Zamroczka zakończyła zabawę w bitwę z bratem, więc wyczerpana kotka postanowiła zjeść coś świeżego. Najpierw zapytała swoje matki o zgodę. Nie musiała o nią długo prosić.
— Hej — mruknęła, mijając Tęczę przed żłobkiem.
— No cześć! Widziałaś, jak skoczyłem na ogon jednemu z uczniów?
Kotka natychmiast pożałowała, że nie poszła inną, bardziej spokojną (i wolną od rozgadanego kocurka) drogą. Zamrugała, zatrzymując się na chwilę.
— Nie — odpowiedziała, ledwo powstrzymując rozbawienie. — Naprawdę?
— Jasne! — Tęcza skinął energicznie głową i w tym samym czasie z widocznym w niebieskich oczach zadowoleniem poruszał delikatnie koniuszkiem ogona.
Zdumiona Zamroczka rozprostowała łapy, podczas gdy Tęcza zaczął szybko opowiadać o najróżniejszych tematach.
Po chwili spojrzał niepewnie na koteczkę.
— Słuchałaś? — zapytał.
Zamroczka z pewnym zażenowaniem wbiła pazury w ziemię.
— Oczywiście, że tak. Ale muszę już iść, wiesz, zwierzyna na stercie nie poczeka.
— Ach, racja. To do zobaczenia. — Tęcza strzepnął ogonem, po czym położył się w wygiętej pozycji, która sprawiała wrażenie niezwykle niewygodnej.
Idąc dalej, koteczka zauważyła przed sobą sporą kałużę. Nienawidziła skakania przez jakiekolwiek przeszkody, mimo to, tym razem uznała w myślach, że będzie to jedna z rzadkich okazji na rozwinięcie umiejętności.
Przywarła łokcie do ziemi i zapewniła samą siebie, że da sobie radę. Tak mocno, jak było to możliwe, naprężyła barki i po chwili skoczyła przed siebie.
Udało jej się wylądować, ale z pewnością nie porządnie. Zachwiała się, poślizgnęła i przewróciła na plecy.
Fuknęła cicho. Wiedziała, że gdyby ktoś z jej rodziny to zobaczył, ten dzień byłby najgorszym dniem w jej życiu.
Docierając w końcu do sterty zdobyczy, Zamroczka chwyciła w zęby małego wróbla. Kotka usiadła, odprężając się.
— Nareszcie chwila na rozmyślania — szepnęła radośnie.

20 lipca 2026

Od Roztargnionego Koperka CD. Chudego Grzbietu

Jakiś czas temu

Liliowy widział, jak Chudy Grzbiet usiłował wtargać sowę do obozu, a nawet jego późniejsze starania z Grubą Rybą. Nie miało jednak zielonego pojęcia, o co z tą sową chodziło. Trochę przerażało jeno to, że spało z martwą sową obok, zamiast Badyla. Zmarszczyło brwi. Widziało także ubytki w ziołach. Zaczęło się zastanawiać czy to nie czasem sprawka burego. Może nie widziało bezpośrednio, jak cokolwiek podkradał, ale było prawie pewne, że widziało, jak przeżuwał pokrzywy.

***

Postanowiło w końcu zaczepić młodszego asystenta. Nie mogło znieść ostatnich sytuacji, a także tego, że budził jeno każdej nocy kasłaniem. W końcu, gdy próbowało zasnąć któregoś wieczora, wstało ze swojego legowiska i samo wepchało byłemu uczniowi zioła na biały kaszel do pyska. Napomknęło coś o sowie, ale na razie postanowiło odpuścić. Stwierdziło, że zapyta innego dnia.

***

Koper przygotowało mieszankę ziół i zrobiło okład dla młodej wojowniczki.
— Mogłaś przyjść trochę wcześniej Seradelowy Nektarze. Może nie zdążyłaby się wydać infekcja. Przyjdź, jeśli infekcja się nawróci. Tylko tym razem szybciej. Nie chciałobym później musieć zrobić ci amputacji — mruknęło, odsyłając kotkę na bok.
Korzystając z tego, że Chudzielec był w tej chwili w legowisku medyka, postanowiło zacząć rozmowę. Nie było jeno to jednak dane, gdyż przyszedł kolejny pacjent. W rudym futrze niemal natychmiast rozpoznało Tygrysią Noc. Zaglądał tu na tyle często, że Koper zdążyło go nawet odrobinę poznać. Już po tym, jak mówił, rozpoznał, że ma coś z gardłem. Najprawdopodobniej infekcja. Przygotował mieszankę ziół i podał ją kocurowi. Pożegnał się z nim i wrócił do Chudzielca.
— Ej, młody. Synu… — zaczął powoli nieco gniewnym tonem. — Możesz mi właściwie powiedzieć, co ty tworzysz? I gdzie się podziały pokrzywy? I lawenda? To twoja sprawka, prawda? — zapytało, przesuwając łapą po swoim pysku. — Czy ty aby na pewno jesteś zdrowy na umyśle?


<Chudzielcu?>

Wyleczeni: Tygrysia Noc, Seradelowa Łapa (Seradelowy Nektar)

19 lipca 2026

Od Cętkowanego Tęgosza

Przeszłość

Zaczęło powoli zmierzchać, Zalotnej Gwiazdy bardzo długo nie było, a chciał jej się pochwalić, że upolował jeża. Ukłuł tak bardzo, że Cisowe Tchnienie musiała mu kolce wyciągać z łapy, to tak bolesne, już oprócz sytuacji ekstremalnych, nie dotknie jeża.
— Niestety Zalotna Gwiazda chyba później usłysz twoją "kłującą historyjkę" — dość żartobliwie odparł Księżycowy Odłamek rudzielcowi, na co ten przekręcił oczami. Od jakiegoś czasu ich relacja stała pod znakiem zapytania, koty zaczęły krzywo na nich patrzeć, a nawet pojawiła się plotka, że są jakoś blisko. Nie interesowały go głupie plotki, miał lepsze rzeczy do roboty, czasem niektórzy takie plotki wymyślali, że chciał parsknąć śmiechem.
— Usłyszy, ale nie o tym, że się pokłułem przy polowaniu tej piszczki — czemu by chciała słyszeć, jak się pokłuł? To już zbędne do dodawania według niego.
— A szkoda, bez tego sądzę, że ta historia utraciłaby swój urok — urok? Że go jeż oszpecił na chwilę? Chciał już go trzepnąć w ten pusty łeb, ale jego uwagę zwróciła Zalotna Gwiazda cała pokryta w śniegu. Tylko jej postawa nie była już taka szlachetna jak zwykle, jej futro było zjeżone, a pysk skierowany w dół. Przywódczyni weszła na mównice, Księżyc próbował go jeszcze zagadać, ale nawet on w ciszy zaczął jej się przyglądać.
— Klanie Wilka... mam wam do przekazania wiadomość, której żadne z nas nie chciało nigdy usłyszeć — oznajmiła donośnym, smętnym głosem.
Młode kocury szybko zebrały się pod mównicą jak inne koty. Czy to byli znowu Dwunożni i ich taranowanie Wilczackiego lasu?
— Dzisiejszy dzień zapisze się w historii naszego klanu jako dzień żałoby. Dzień, w którym straciliśmy jednego z naszych najwybitniejszych wojowników. Odkryłam, że Cienista Zjawa nie żyje.
Po polanie przebiegł szmer, a Cętkowanemu Tęgoszowi na moment serce przestało bić, a on sam zamarł.
— Został zamordowany. Zamordowany z zimną krwią przez tchórzy, którzy nie mieli odwagi spojrzeć mu w oczy jak równy z równym. Odebrano mu życie tylko dlatego, że do samego końca bronił terenów należących do Klanu Wilka… — Zalotna Gwiazda przerwała na moment. — I gdyby sprawcą okazał się którykolwiek z naszych pobratymców, własnymi łapami rozszarpałabym zdrajcę, a jego wnętrzności zgniłyby w błocie ku przestrodze dla każdego, kto odważy się podnieść łapę na tak szlachetnego kota. Tym razem jednak zagrożenie przyszło spoza naszych granic. Z terenów samotników, bo to właśnie oni odpowiadają za śmierć mojego syna — splunęła z pogardą.
Jej ogon wściekle przeciął powietrze, zanim kontynuowała:
— Nie wiem, ilu ich było. Wiem jedynie, że musiało ich być wielu, bo tchórze zawsze polują w grupach! Zapamiętajcie moje słowa: każdy obcy kot, każdy ślad, każdy zapach może należeć do morderców Cienistej Zjawy. Od tej chwili macie obowiązek zgłaszać mi wszystko, co wyda wam się podejrzane. A gdy ich odnajdziemy... sprawiedliwość dosięgnie każdego z nich!
Zgromadzone koty po raz kolejny zaczęły wymieniać między sobą spojrzenia, a także szepty.
— Ale nie pozwolę, byśmy zapamiętali dzisiejszy dzień wyłącznie jako dzień straty — unosząc wyżej głowę, rozejrzała się po swoich pobratymcach. — Cienista Zjawa nie był zwykłym wojownikiem. Był prawdziwym wzorem Wilczaka. Kotem, który bez chwili zawahania się oddał własne życie za bezpieczeństwo swoich pobratymców. Takie czyny nie mogą zostać zapomniane. Takie czyny zasługują wyłącznie na nagrodzenie — w jej głosie brzmiała duma. — Dlatego od tej chwili w Klanie Wilka istnieć będą odznaczenia dla najwybitniejszych spośród nas. Tytuły, na które trzeba będzie sobie zapracować!
W jej oku pojawił się błysk.
— Pierwszym z nich jest Powiernik Cienia. Tytuł nazwany na cześć Cienistej Zjawy. Otrzyma go każdy, kto wykaże się bohaterstwem wykraczającym poza obowiązek wojownika. Każdy, kto poświęci własne zdrowie lub życie dla dobra Klanu Wilka — oznajmiła, a po chwili jej spojrzenie na krótką chwilę złagodniało. — Pierwszym Powiernikiem Cienia zostaje pośmiertnie Cienista Zjawa.
Po chwili kontynuowała:
— Do tego grona dołączają również Pustułkowy Szpon, który podczas wojny z Klanem Klifu oddał oko za naszą wygraną, Trzcinniczkowa Dziupla oraz Lamentująca Toń, których poświęcenie również na zawsze zapisze się w historii naszego klanu — po tych słowach odchrząknęła. — Powstaje również tytuł Opiekuna Tchnienia, przeznaczony dla kotów, które uratowały życia tych krytycznie zagrożonych lub tych, które przez wiele księżyców wiernie służyły klanowi jako medycy. Pierwszą nosicielką tego tytułu zostaje Cisowe Tchnienie.
Na moment umilkła, by podsycić napięcie.
— Ostatnim z nowych odznaczeń jest Strażnik Tajemnic. Tytuł dla tych, którzy własną czujnością ochronią Klan Wilka przed zdrajcami, spiskowcami i każdym, kto spróbuje zatruć naszą przynależność od środka — wyjaśniła. — Nie są to jednak puste słowa ani ozdoby. Kot, który zdobędzie którykolwiek z tych tytułów, stanie się bohaterem naszego klanu. Otrzyma pierwszeństwo u medyka, pierwszeństwo zabierania głosu oraz prawo wyboru własnego ucznia. Jego słowa będą znaczyć więcej, ponieważ udowodnił już, że potrafi poświęcić dla Klanu Wilka więcej niż inni — spojrzała po wszystkich zgromadzonych.
— Z tymi słowami chcę, aby każdy młody kot dorastał z marzeniem o zostaniu Powiernikiem Cienia, Opiekunem Tchnienia czy Strażnikiem Tajemnic. Chcę, aby każdy wojownik wiedział, że największym zaszczytem nie jest życie długie, lecz takie, które oddane było Klanowi Wilka — przez kilka uderzeń serca polana ponownie pogrążyła się w ciszy. Została ona przerwana dopiero wtedy, gdy Zalotna Gwiazda zaczęła skandować imiona kotów, które przyjęły dziś nowe tytuły:
— Cienista Zjawa! Pustułkowy Szpon! Trzcinniczkowa Dziupla! Lamentująca Toń! Cisowe Tchnienie! — po tym, jak przywódczyni kończyła na ostatnim imieniu, inne koty też zaczęły skandować imiona nowo oznaczonych.
— Cienista Zjawa! Pustułkowy Szpon! Trzcinniczkowa Dziupla! Lamentująca Toń! Cisowe Tchnienie! — mimo tak głośnych i hucznych krzyków wiwatów, Cętkowany Tęgosz nie dołączył do tych kotów. Cienista Zjawa, jego ojciec był tak wspaniałym wojownikiem, że nie mógł przyjąć tego, że nie było go wśród nich. Jako jego jedyny syn czuł, że go zawiódł, nie podołał temu, żeby z pyska kocura wydobyło się "jestem z ciebie dumny", nie zdążył, bo oblicze śmierci go dopadło.
— Cienista Zjawa! Pustułkowy Szpon! Trzcinniczkowa Dziupla! Lamentująca Toń! Cisowe Tchnienie! — wiwaty w jego głowie były coraz cichsze, coraz bardziej mniej umiał się na nich skupić. Chciał jedynie, żeby teraz Cienista Zjawa wrócił z truchłami samotników, którzy go zaatakowali i powiedział wszystkim, że jednak żyje, spojrzał na wyjście z obozu, było puste jak zwykle, nic nie zdawało się tam czekać na niego. W końcu gmach kotów się rozszedł na znak Zalotnej Gwiazdy, tylko oczywiście on tam nadal siedział ze spuszczoną głową.
— Hej stary, wszystko dobrze? — obrócił się, widząc zmartwionego białego kocura, nie chciał jednak od nikogo pustych słówek, żadnych! Nawet od Rozbitego Księżyca.
— ZOSTAW MNIE W SPOKOJU! — krzyknął na Wilczaka, następnie wybiegł z obozu, zapewne inni już słyszeli, jak się wydarł, ale teraz biegł przed siebie.

***

Już nastała noc, rudzielec jednak nie chciał wracać do obozu, zrobi to rano. Teraz musiał zasnąć gdzieś w dobrym miejscu, aż się poczuł znowu jak kociak który przeżywa na nowo swoją próbę. Nawet się nie starał znaleźć dobrej kryjówki, znalazł krzew średniej wielkości i zsunął się pod niego, było tam minimalnie ciepło, jedną noc spania w chłodzie przeżyje. Tego zmierzchu tyle nowych tytułów się pojawiło po śmierci jego ojca, Powiernik Cienia, Opiekun Tchnienia i Strażnik Tajemnic. Niby każdy tytuł był wyjątkowy, Strażnik Tajemnic to tytuł dla tych, którzy chronili klan przed zdrajcami i zatruciem od środka, Opiekun Tchnienia był przeznaczony dla wybitnych medyków, którzy ratują dużo żyć, a Powiernik Cienia był dla kotów, które się poświęciły dla klanu, nie tylko Cienista Zjawa jako pierwszy dostał ten tytuł, nazwany po części po nim, ale też Pustułkowy Szpon, Lamentująca Toń, te koty zasługiwały na ten tytuł, tylko czemu wśród nich znajdował się Trzcinniczkowa Dziupla? Nie oślepł on przez walkę z Klanem Klifu, tylko z tego, co słyszał Seradelowej Łapy, że go stracił przez Kwaśną Kocankę, gdy była uczniem, to wydrapała mu oczy. Niby za to, że dał się oszpecić uczniowi, dostał tak ważny tytuł? Łatwo można było czemuś takiemu zapobiec, wystarczyło raz roztargnionego bachora walnąć i byłby spokój, ale nie, pokonany przez ucznia jeszcze został oznaczony. Cętkowany Tęgosz tak się gotował w środku, gdy zrozumiał, że czekoladowy dymny arlekin przynosił hańbę temu oznaczeniu na cześć jego ojca, dlatego musiał to naprawić. Rudzielec spokojnie zasnął po tak agresywnych przemyśleniach.

***

Był poranek, wyprostował głowę, ale nadział się na gałąź, dość agresywnie wylazł z krzaka. Czuł się cały zmarznięty, nawet śnieg w niektórych miejscach miał na futrze. Nie otrzepał się, tylko tak ze spokojem postanowił wrócić do obozu z kamiennym wyrazem twarzy. Wszedł do obozu jakby nigdy nic, koty patrzyły się na niego, ale on to zignorował, kierując się do swego legowiska.

Od Iskrzącej Nadziei CD. Cisowego Tchnienia

Bardzo dawno temu…

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Ten dzień był bardzo spokojny. Ptaki poćwierkiwały gdzieś nad moją głową, a ja właśnie wróciłam z udanego patrolu. Udało mi się upolować dwie wiewiórki i dwie myszy. Sama nie byłam głodna, więc postanowiłam zanieść jedzenie medykom. W wejściu był Chudy Grzbiet, z którym nawiązałam chwilową rozmowę.
— Cześć, Chudy Grzbiecie, jak tam dzisiejszy ruch? — zapytałam, kładąc jedzenie obok siebie.
— Hej, Iskrząca Nadziejo! Jest spoko, dość spokojnie jak na razie. A to jedzenie to dla kogoś specjalnego?
Spojrzałam ze słabym uśmiechem na jego pyszczek, po czym znów spuściłam swoje spojrzenie na kąski.
— Przyniosłam je dla was! Ta wiewiórka jest dla Cisowego Tchnienia, ta dla Roztargnionego Koperku, a te dwie myszy są dla Ciebie!
— Miło z twojej strony, dzięki! — miauknął kocur, przesuwając myszy na bok.
— Hej, Cisowe Tchnienie, ktoś do Ciebie ze zwierzyną! — zawołał po chwili medyk, a mi żołądek podszedł do gardła.
Nie nie nie, czemu ją zawołałeś! Przecież ona mnie pewnie nienawidzi...!
Od jakiegoś czasu próbowałam się zebrać na rozmowę z teściową, ale zawsze tuż przed podejściem tchórzyłam. Dlaczego ona chciałaby w ogóle patrzeć na mój pysk?! O czym miałybyśmy niby rozmawiać?!
Poczułam nerwowy uśmiech na swoim pysku, kiedy Cis wyłoniła swoją głowę, wraz ze zrzedniałą miną, która nie wróżyła absolutnie NIC. Dobrego.
Kocica po chwili przyszła do mnie, nie spuszczając ze mnie wzroku ani na ułamek uderzenia serca. Nie wiem, czy głośno, ale przełknęłam ślinę, nie wiedząc, co powiedzieć.
— Ta wiewiórka jest dla ciebie — bąknęłam, wskazując na ową rudą zwierzynę ogonem.
Zanim Tchnienie cokolwiek odrzekła, znów zabrałam głos.
— Taaaak, to ja już może sobie pójdę… Ym… T-to miłego dnia życzę, pa...! — rzekłam, wycofując się najszybciej, jak się tylko dało.

Bardziej aktualnie…

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Obudził mnie nie ćwierkot ptaków czy rozmowy innych wojowników, a nieznośny ból głowy. Przez pierwszą połowę dnia, próbowałam sobie z nim jakoś poradzić.
W końcu minie, w końcu musi minąć, to przecież na pewno nic takiego!” — powtarzałam sobie w głowie, jednak kiedy miałam wyjść na południowy patrol, przez dłuższą chwilę myślałam, że zwymiotuje z bólu. W końcu się zabrałam i nieśmiało weszłam do legowiska medyków, błądząc złotawym spojrzeniem po ścianach jaskini, szukając pysków Chudego bądź Koperku. Zanim zdążyłam się odezwać, usłyszałam za sobą zirytowany ton medyczki, z którą tak bardzo nie chciałam i chciałam jednocześnie rozmawiać.
— Czego chcesz?
Przez chwilę patrzyłam to na jej oczy, to na przestrzeń gdzieś za nią, kiedy po kilku uderzeniach serca odezwałam się cichym głosem.
— Rano zaczęła mnie boleć głowa… Gdzie Roztargniony Koperek i Chudy Grzbiet? — spytałam, nie patrząc jej dłużej w ślepia.
— Zbierają zioła. Chodź.
Bez słowa podążyłam za kocicą, bojąc się wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. Ogonem wskazała mi gdzie mam poczekać, po czym zniknęła w odmętach składziku. Kiedy wróciła, w pysku trzymała kilka ziół. Jedno miało wysokie łodyżki posiadające ząbkowane listki i pąki kwiatków. Druga roślina miała smaczne różowawe owocki i miękkie liście. Zjadłam to wszystko, oblizując swój pyszczek. Może i to pierwsze zioło nie było najsmaczniejsze na świecie, jednak drugie zabiło ten smak.
Mniam, maliny…” — pomyślałam, patrząc na swoje łapy.
Między mną a medyczką cały czas była cisza, której nie umiałam przerwać. Nawet nie do końca wiedziałam, czy chcę ją przerywać. Rozmowa mogłaby okazać się dużo bardziej niekomfortowa niż siedzenie w tej gęstej, wręcz ciężkiej atmosferze.
Jeśli Cisowe Tchnienie będzie chciała, to zacznie rozmowę…” — pomyślałam, niepewnie czekając na to, czy kotka coś powie, czy może jednak nie.
Wyleczeni ~ Iskrząca Nadzieja

<Cis? Pogadaj no ze swoją synową no…>

18 lipca 2026

Od Jesionowej Szadzi CD. Miodowego Ula

Przeszłość

Wiatr delikatnie muskał futra kotek, gdy te stały na łące. Kłosy traw i ziół falowały z rytmem bicia serca na całej przestrzeni przed nimi. Nad ich głowami ścigały się szarzejące, puchate chmury na błękitnym tle, który już na zachodnim horyzoncie stawały się z lekka żółtawy. Liliowa usiadła i powąchała najbliższego chabra, delektując się jego delikatną wonią, która, tak na upartego, mogła przypominać zapach miodu. Objęła kwiecie łapą i się uśmiechnęła do siebie. Zaraz potem uniosła wzrok na towarzyszkę.
— Jak tu ślicznie! — przyznała ze spokojem, rozglądając się wokół. — Nie wiedziałam, że tu kwitnie aż tyle ładnych kwiatów.
Miodowy Ul uśmiechnęła się czule. Podeszła do Jesionowej Szadzi i wetknęła w jej sierść biały kwiat, który trzymała w łapach chwilę wcześniej. Pyszczek liliowej ozdobił chytry grymas i pacnęła łapą towarzyszkę, a zaraz potem ruszyła biegiem przez łąkę. Złota od razu zrozumiała przekaz i ze śmiechem rzuciła się za nią w pogoń. Kotki ścigały się wśród zielonych kłosów, zabierając ze sobą wplatającą się w ich futra roślinność. Czuły, jak wiatr im wieje pod włos, szumiał im do uszu, a ich śmiech rozbrzmiewał wokół, z pewnością odstraszając parę ptaków, które się zdecydowały gdzieś w pobliżu spędzić czas.
Gdy Miodka wreszcie ją dorwała, obie się przeturlały parę lisich ogonów po glebie, posyłając dużą część trawy, ziemi i ziół w powietrze. Zatrzymały się, dopiero gdy Jesionka leżała pod łapami młodszej, sapiąc. Przez moment jeszcze się śmiały, po czym wzięły oddech.
— Mam cię! — zachichotała była pieszczoszka z dumą.
— A niech to — odparła liliowa z szerokim uśmiechem, a następnie położyła swoją łapę na jej klatce piersiowej. — Dawno się tak nie bawiłam. W sumie to nigdy nie miałam szansy się wyszaleć tak po prostu — przyznała, po czym wstała, gdy tylko została wyzwolona z uścisku. Usiadła na chłodnej ziemi, pozwalając sobie na głębsze oddechy po szalonym biegu.
— Serio, nigdy? — dopytała złota, otrzepując się ze źdźbeł trawy.
— Tak, niestety, ale tak. Matka nigdy nam nie pozwalała rozrabiać ani się bawić. Ciągle albo ojciec nas uczył walki lub polowania, albo ona nam prawiła kazania, które czasem trwały całe popołudnie. Wszystkie wygłupy były zabronione — wymruczała, strząsając z siebie roślinność i ziemię, na której leżała parę oddechów wcześniej.
Miodka podniosła brwi i odwróciła wzrok na moment.
— Ja nie pamiętam zbyt wiele z tego, jak byłam jeszcze z rodzeństwem, ale w nowym domu czasem coś narozrabiałam — poruszyła wąsami w rozbawieniu na wspomnienie. — Czasem jakiś przedmiot skończył na ziemi, ale Wyprostowani raczej nie mieli do mnie problemu.
Jesionowa Szadź spuściła wzrok, po czym z ukradka spojrzała z rozszerzonymi źrenicami w błękitne oczy, które akurat były wpatrzone w jej pysk z czułością. Zaraz po nawiązaniu kontaktu wzrokowego, obie się speszyły i zaśmiały się krótko, lekko niezręcznie. Zielonooka czuła, jak jej pysk się rozpalił od wstydu. To było dziwne uczucie. Takie intensywne i dające ukojenie. Gdyby mogła, siedziałaby w ciszy z tą kotką przez całe długie noce, a jej obecnym marzeniem było spędzić jak najwięcej tych nocy właśnie z nią. Z zadumy wyrwały je potężne podmuchy wiatru, które zaczęły przynosić z daleka nieładne, deszczowe chmury.
— Może lepiej wróćmy już do obozu? — zaproponowała Jesionka, oglądając się za horyzont, który ciemniał przez nadchodzące opady.
— Faktycznie, nie warto tu zostawać — stwierdziła, po czym wstała i skierowała się w stronę lasu. Jeszcze się obejrzała, by się upewnić, że towarzyszka idzie za nią.
Ona pozostawała jeden i pół kociego ogona za Miodką, by pozbierać po drodze parę kwiatków, które wtykała sobie w futro. Miała pewien pomysł.

* * *

Obie weszły do obozu w chwili, gdy zaczynało kropić. Miodowy Ul od razu podeszła do sterty zwierzyny, by coś wziąć do zjedzenia. Gdy ta się zastanawiała nad wyborem, Jesionka na szybko weszła do legowiska wojowników i zrzuciła wszystkie kwiaty, lecz na posłanie złotej kotki. Poutykała je pospiesznie w mech i wyszła akurat, gdy tamta odwracała się od sterty z dość pokaźnym gołębiem. Liliowa, lekko drżąc z ekscytacji i chłodnych kropel, które spadały z nieba, uśmiechnęła się ciepło do Miodki. Następnie obie wcisnęły się szybko w kąt, w którym zawsze spożywały posiłki.
Przy jedzeniu spieszyły się trochę, by jak najszybciej wrócić do legowiska nieprzemoknięte. Jesionowa Szadź odkładała pióra ze skrzydeł i ogona pod piach, gdy towarzyszka nie patrzyła, tak na później. Chciała pobawić się trochę z Miodką, nawet jeśli ona o tym nie miała pojęcia. Liliowa uwielbiała się bawić w takie małe sygnały, które trzeba było po trochu znajdywać, rozpoznawać i odczytywać. Sama w sumie nie była pewna, czy to, co czuła do kotki, było tym samym, co normalnie powinna czuć do kocura, lecz wiedziała, że to dzięki niej była szczęśliwa. Bez niej, każdy dzień był jak zwykła rutyna, a z nią? Ona wnosiła coś nowego, jakiegoś dreszczyku emocji, ale takiego dobrego. Oczywiście, były inne koty, jakoś z nimi rozmawiała, ale raczej było to tylko dlatego, że byli w tym samym klanie. Z nikim nie umiała się tak połączyć na jakimś głębszym poziomie, jak z nią. Sam jej uśmiech starczył, by jej serce rozgrzało całe ciało, nawet w najchłodniejszą noc. Gdy Miodka opowiadała o historii z czasów, gdy była pieszczoszką, to nawet delikatny deszcz jej nie przeszkadzał. Niestety, ale musiały przerwać swoją rozmowę, ponieważ zamiast kropić, zaczynało lać. Obie jednogłośnie zdecydowały, że trzeba się schować. Pospiesznie zwiały do legowiska, ale już zdążyły zmoknąć. Jesionowa Szadź parsknęła, czując się, jakby właśnie wyszła z kałuży. Zaczęła wylizywać swoją sierść, by się pozbyć z niej wody. Gdy się ogarniała, dojrzała kątem oka, że Miodowy Ul zauważyła dodatkowe kwiaty na swoim posłaniu. Przyjrzała się im z zaciekawieniem, lecz zbyła to i wróciła do przywrócenia swojej objętościowej sierści do porządku.
Gdy w miarę Jesionka się wymyła, zwróciła uwagę na fakt, że niebieskooka miała problem z osuszeniem futra. Kotka od razu bez słowa pomogła przyjaciółce, bo wiedziała, że przyda jej się pomoc. Gdy Miodka poczuła język liliowej na swoim futrze, uśmiechnęła się czule do niej i skinęła głową, po czym kontynuowała.
Ten moment był trochę jak zacieśnienie więzi między nimi i chwilą bliskości. Jesionka wdychała słodką woń złotofutrej z zamkniętymi oczami, jakby rozkoszując się chwilą.
Gdy wreszcie skończyły, ułożyły się w posłaniach tak, że patrzyły sobie w oczy. Chwilę potem obie oddały się w otchłań snu.

Ćwierć księżyca później

Poranna mżawka moczyła sierść Jesionowej Szadzi, gdy ta przeczesywała wzrokiem ściółkę lasu. Ptaki już nie dawały o sobie znać śpiewem, jak to robiły w czasie upałów, przez co ponura cisza wisiała w rześkim powietrzu. Liliowa skryła się za krzewami, szukając jakiegoś poruszenia lub oczekując popiskiwania zwierzyny. Niestety jej sierść nie dawała aż tak dobrego kamuflażu, lecz podczas mżawki była nieco mniej widoczna. Leżąc w bezruchu czekała, aż jakiś nieszczęśliwiec trafi się w jej pole widzenia. Otóż to! Wiewiórka właśnie zeskoczyła z niedaleko rosnącej jodły i węszyła wśród liści. Wtedy wojowniczka się spięła i zaczęła powoli podchodzić zwierzątko. Chwilę przed zauważeniem kotki, ta zdążyła dać susa, kończąc żywot gryzonia ciosem pazurami. Wzięła ją w pysk i podeszła do wcześniej upolowanych zwierząt, jakimi były gawron i mysz. Polowanie mogła nazwać sukcesem.

* * *

Gdy wróciła do obozu, akurat mijała wychodzącą na patrol Miodowy Ul. Uśmiechnęły się do siebie, po czym Jesionowa Szadź poszła odłożyć zwierzynę na stos. Blednąca Łapa akurat podszedł, by zabrać z niego jedzenie dla starszych i karmicielek. Kiwnęła do niego głową z uśmiechem, lecz on trochę ją zbył i poszedł dalej. Westchnęła. Nawet młode koty były jakieś strasznie spięte w tym klanie. Nie przejęła się tym i wzięła ze sterty srokę, po czym poszła się położyć w tym samym kącie, w którym jadała razem z Miodką. Sama nie czuła się zbyt dobrze. Wolała złotofutrą do towarzystwa.
Powyciągała pióra z ogona i skrzydeł ptaka, po czym odłożyła na bok. Wtedy przypomniała sobie o gołębich piórach, które niedawno sobie ukryła na później. Zastanowiła się chwilę, po czym wzięła najpiękniejsze sztuki zarówno ze sroki, jak i te z gołębia i weszła na moment do legowiska wojowników. Odszukała posłanie Miodowego Ula i powtykała w nie nowo przyniesione ozdoby. Upewniła się, że wygląda to porządnie, po czym wróciła do swojego posiłku.
Niedługo potem mżawka ustała i niebo nieco się rozjaśniło. Jesionka strzepnęła krople wody z wąsów, po czym kontynuowała jedzenie. Zostawiła połowę zwierza dla Miodki, po czym zaczęła zlizywać z siebie wilgoć. Niedługo potem w wejściu stanęła Miodka, z uśmiechem żegnając Aksamitkowy Nos. Widok ten trochę odpalił w Jesionce czerwoną lampkę. Skrzywiła się spięta. Nie spodobało jej się to, chociaż nie miała ku temu powodu. Coś w środku sprawiało, że zaczęła zwracać uwagę na to, jakie relacje łączyły Miodkę z kimś innym. Wolała, gdy ta oddawała właśnie niej jak najwięcej swojej uwagi. Gdy złota podeszła do Jesionowej Szadzi, tej wyraz pyska złagodniał i kąciki pyska się uniosły.
— Witaj, słoneczko — wymruczała z uśmiechem, po czym się położyła obok niej. — Oo, masz srokę! — Dodała, zauważając zaczętego ptaka między łapami wojowniczki.
— Hejo, i tak, zostawiłam resztę dla ciebie — odparła, po czym podsunęła kotce jedzenie. Miodowy Ul oblizała się.
— Dziękuję — mruknęła, a zaraz potem wgryzła się w zwierzę. Liliowa przewróciła oczami, zastanawiając się chwilę, jak ująć w słowa swoje pytanie.
— Miodko, słuchaj… — zaczęła z lekką powagą, a kotka nastawiła uszu. — A… przyjemnie ci minął patrol? Widziałam, jak coś tam rozmawiałaś z Aksamitkowym Nosem.
Złota lekko się speszyła, po czym przełknęła kęs i uśmiechnęła.
— Tak, było fajnie. Po prostu upolowałam mysz i dałam ją do zjedzenia Aksamitce, bo mówiła, że nie jadła od rana wczoraj. Chciałam być miła — odpowiedziała, a jej wąsy zadrżały. — Wciąż jednak wolałabym, gdybyś też była. Na pewno idzie ci polowanie znacznie lepiej ode mnie! — dodała szybko. Jesionka złagodniała z dziwną ulgą. Czemu tak ją to stresowało?
— Na spokojnie, nie mam ci niczego za złe przecież — wymruczała i położyła łapę na jej łapie. Miodka się onieśmieliła i odwróciła wzrok z niepewnym śmiechem. Jednak na jej pysku widoczny był samoistny uśmiech. Zaraz wróciła do jedzenia, a gdy przełknęła, zwróciła się do Jesionki.
— Właśnie… opowiesz może coś więcej o tej wierze z tymi gwiazdami? Tej, co twoja mama cię uczyła. Skoro tyle wam kazań robiła, to pewnie jest co opowiadać! — zaczęła z entuzjazmem, a liliowa się zastanowiła.
— No dobra — odparła. — Ogólnie to mamy grupę dwunastu niezwykle ważnych konstelacji, nazywanych zodiakami. Te gwiazdozbiory idą wzdłuż linii, którą wędruje słońce. Są to po kolei: baran, byk, bliźnięta, rak, lew, panna, waga, skorpion, strzelec, koziorożec, wodnik i ryby. Zależnie od tego, na jakiego tle zodiaku jest poranne słońce w dniu twoich narodzin, to jest twój znak zodiaku. Moim jest panna. Każdy znak zodiaku podobno pośrednio wpływa na charakter urodzonego pod nim kota, jednak nie jestem pewna, czy to faktycznie jest istotne. Co lepsze, moja matka, tak jak ja i moje rodzeństwo, jest panną, a wszyscy mamy… mieliśmy różne charaktery — Miodce zadrżały wąsy, w chwili, gdy głos Jesionki się odrobinę załamał na wspomnienie rodziny. Przełknęła kęs i się zająknęła.
— Coś… się stało? — przyjrzała się kotce, lecz ta, po chwili zwątpienia, zaśmiała się niezręcznie.
— Nie mam powodu, żeby za nimi tęsknić, zwłaszcza za matką, lecz wciąż coś mnie ciągnie wspomnieniami do nich — uśmiechnęła się niepewnie, a niebieskooka patrzyła na nią z niewielkim zmartwieniem, przerywając jedzenie. — W dzień, gdy opuściłam rodzinę, pokłóciłam się z matką na temat jej obsesji do tej swojej wiary i jej surowości. Wtedy coś we mnie pękło i, mimo że starałam się pozostać spokojna, raz wybuchłam, a ona mnie ukarała tym — wskazała łapą na swoją wielką bliznę idącą od łuku brwiowego po nos. — Wtedy, pierwszy raz w życiu, pozwoliłam sobie na łzy, gdy ona mnie wydziedziczyła za bycie niegodną swojego imienia. Wyniosłam się od nich zaraz po tym — teraz, pierwszy raz można było zobaczyć tak przygnębioną Jesionową Szadź. W kącikach oczu zebrały się łzy, a ona sama odwróciła głowę od towarzyszki, jakby wstydząc się własnych uczuć.
Miodowy Ul chwilę leżała lekko zmieszana i zmartwiona, po czym wstała i położyła się bezpośrednio obok Jesionki, niemal ją otulając. Położyła głowę na cielsku liliowej, mrucząc na tyle głośno, by jej zrobiło się lepiej. Ta podniosła wzrok na kotkę i poczuła, jak jej się robi już nieco lżej na sercu. Uśmiechnęła się delikatnie i otarła łzy.
— Dziękuję — wyszeptała.

Następne parę tygodni

Przez ten czas Jesionowa Szadź regularnie zdobiła posłanie Miodki ładnymi różnościami. Od ładnych listków (bo kwiatów już brakło), przez pióra i nawet różnorodne kamyczki. Gdy Miodowy Ul wreszcie to zaadresowała, ona zaproponowała:
— Może masz jakiegoś tajemniczego wielbiciela? — zapytała z zadziornym uśmiechem, a złota pozostawała skonfundowana.
Wiele razy myślała na głos, kto mógłby to być? Wykluczała po kolei różne koty, a w tych gdybaniach pojawiała się między innymi Aksamitkowy Nos czy Tygrysia Noc, lecz zawsze kończyła bez jednoznacznych wniosków. W końcu jednak domyśliła się.

Teraźniejszość

Od dłuższego czasu śnieg był jedyną rzeczą, którą było widać. Obóz stale musiał być oczyszczany z białego puchu, a po każdych opadach dwaj jedyni uczniowie trudnili się i męczyli z odśnieżaniem domu Klanu Wilka. Jesionowa Szadź również pomagała w pracach przy obozie, ale najczęściej spędzała czas na polowaniu. Jedyne, co mogła przynosić to jakieś marne gryzonie lub ptaki, rzadko przekraczając dwie zdobycze dziennie. Każdy, kogo się spytało, jednoznacznie stwierdzał, że ta pora była okropna. Jesionka jednak, mimo trudności powodowanych przez śnieg, była zadowolona, że było jakieś zajęcie każdego dnia. Owszem, chodziła wygłodniała, lecz piękno ośnieżonego lasu miało swój urok. Chłód na pewno nie przeszkadzał jej aż tak bardzo przez gęstą i długą okrywę z futra, a jedyne, na co mogła się skarżyć, to na odmrożenia poduszek łap.
Pewnego dnia, gdy niebo już zaczynało się ściemniać, kotka wróciła z polowania, trzymając jednego, lecz pulchnego gila. Odniosła go do aktualnie jedynej karmicielki i trójki jej kociąt. Oczywiście, przy każdej wizycie u karmicielek lub starszych, składała drobny ukłon. Zwłaszcza że ową kotką była sama Ognikowa Słota. Jednak zaraz po tym odstawiła zwierzątko i wróciła z powrotem do obozu. Akurat Miodowy Ul kończyła pomagać uczniom w odśnieżaniu ich legowiska, gdy obie złapały kontakt wzrokowy. Złota kotka z dużym uśmiechem podreptała do liliowej.
— Słoneczko, już chyba wiem!
— Co wiesz?
— Kto jest moim “sekretnym wielbicielem” — zachichotała, a Jesionka poruszyła wąsami z lekkim napięciem.
— To samo mówiłaś ostatnio, gdy zgadywałaś Aksamitkowy Nos — starała się jakoś podroczyć z kotką.
— Ale teraz tak na serio!! — powiedziała. — Ale… najpierw chodź ze mną nad jezioro. Tam o wszystkim opowiem.
Nim zielonooka mogła jakkolwiek zareagować, ta zaraz niemal wystrzeliła ku wyjściu. Jesionowa Szadź nie miała nic do gadania.

* * *

Niebo zasłonięte solidną warstwą chmur już zbliżało się do nocnej czerni, gdy zaczęły sypać się z niego płatki śniegu, lecz nie było ich zbyt dużo. Powietrze, mimo że mroźne, to stało w miejscu i nie dało się poczuć żadnego podmuchu wiatru. To wszystko nadawało eterycznego i nieziemskiego nastroju.
Gdy kotki przyszły nad jezioro, które aktualnie było skute lodem, usiadły w tym samym miejscu, gdzie siedziały nad nim razem po raz pierwszy. Jesionka westchnęła w zadumie, a Miodka niemal świeciła podekscytowaniem. Podrygiwała z łapy na łapę, ciągle zmieniając ułożenie ogona. Wtedy wzięła głęboki oddech.
— Słoneczko… — zaczęła, a liliowa zwróciła się do niej przodem. Czekała cierpliwie na kontynuację. Niebieskooka zebrała całą odwagę.
— Słuchaj… ja wiem wszystko. I ty pewnie też, ale; jesteś świetną kotką, rozświetlasz wszystkie dni niczym słońce, którym cię nazywam. Gwiazd jest dużo, lecz słońce mamy jedno. Może i fajnie się o nich uczyć czy je obserwować, lecz to słońce daje nam życie. Chcę, żebyś wiedziała, że… ja cię tak bardzo, bardzo kocham! Nie jak przyjaciółkę, lecz tak jak kotka powinna kochać kocura, tak, że chcę spędzić z tobą życie, całe, calutkie życie! — przyznała i ucichła, jakby czekając na osąd ze strony liliowej. Ta zaniemówiła, lecz sama wiedziała, co do niej czuła. Od jakiegoś czasu, zresztą. Kąciki jej pyska uniosły się, a jej wzrok czule oplótł kotkę.
— Miodko… ja… — zająknęła się. — N-nie wiem co mam powiedzieć za bardzo, bo ty tak bardzo ładnie to ujęłaś. Ja też to czuję. Czuję i chcę spędzić swoje życie z tobą — w jej oczach błysnęły łzy szczęścia, a zaraz po tym Miodowy Ul pisnęła radośnie i przytuliła kotkę z dużą siłą, wdychając ciepły zapach Jesionki, która odwzajemniła uścisk i wtuliła głowę w bujną sierść ukochanej.

<Śliczna moja, razem łapmy gwiazdy 🌟💝>

17 lipca 2026

Od Kamiennego Pióra do Iglaka

Zanurkował w stronę żłobka i przecisnął się przez wejście do legowiska. W środku było przyjemnie ciepło. Panował też półmrok. Zamrugał oczami, aby przyzwyczaić się do niewielkiej ilości światła. Nie przepadał za ciemnością. Nie potrafił nawet stwierdzić dlaczego. Był przecież kotem i doskonale w niej widział, ale… Coś mu po prostu w tym nie pasowało. Kiedyś, gdy był młodszy, to nawet się jej bał, teraz jednak dokuczało mu tylko drobne uczucie niepokoju.
Już chwilę później kontury karmicielki i kociaków, które skakały po całym legowisku, wyostrzyły się, a ich futro nabrało intensywniejszego koloru.
Wojownik położył pysznie pachnącego nornika przy łapach Ognikowej Słoty, która siedziała z łapami owiniętymi ogonem i obserwowała swoje kociaki. Starał się ignorować to, jak apetycznie i zachęcająco wyglądała zdobycz. Wiedział, że nie mógł jej zjeść. Karmicielki miały pierwszeństwo, musiały przecież wykarmić swoje młode. W brzuchu głośno mu zaburczało, więc jak najszybciej odwrócił wzrok od nornika i wmawiał sobie, że nie czuje jego zapachu.
Dzisiejszy patrol zakończył się sukcesem. Kamienne Pióro upolował właśnie tego nornika, a parę innych kotów też coś złapało. Pora Nowych Liści się zbliżała, a to znaczyło, że już niedługo cały klan porządnie się naje. Wojownik tęsknił za ciepłem w sierści i zwierzyną, którą można było znaleźć równie łatwo, jak gałązkę. No, może trochę przesadził.
Z rozmyślań wyrwało go podziękowanie Ognikowej Słoty, a chwilę później usłyszał, jak karmicielka się posila. Spojrzał w stronę wyjścia. Nieee, nie chciał tam wracać. Na zewnątrz było zimno, a tu? Przyjemnie ciepło. Uznał, że może jeszcze trochę posiedzieć w żłobku, może z kimś porozmawia albo pobawi się z kociakami. I tak na razie nie miał nic ważnego do roboty, dopiero co wrócił z polowania, a kolejne patrole jeszcze nie wychodziły.
Nagle poczuł, jak coś się zaciska na jego ogonie. Instynktownie wyszarpnął go, a kiedy się odwrócił, zobaczył małego czarnego dymnego kocurka niezgrabnie goniącego jego ogon.
Uśmiechnął się na ten słodki widok. Ile to maleństwo mogło mieć księżyców?
— Hej, mały — miauknął, a wtedy okrągłe brązowe oczka spotkały się z jego spojrzeniem, trochę jakby zdziwione, że ten kot się do niego odezwał. Chwilę Kamienne Pióro zastanawiał się nad imieniem kociaka i kiedy już je sobie przypomniał, dodał: — Ty jesteś Iglak, prawda? Ja się nazywam Kamienne Pióro. Chcesz się pobawić?
Ciekawe, jak to było mieć swoje własne kociaki. To musiało być przyjemne uczucie. Pewnie się je bardzo kochało. Bardzo się o nie martwiło, na przykład, kiedy szły na bitwę. I było się z nich bardzo dumnym, kiedy na przykład przechodziły one ceremonię na ucznia lub wojownika. Albo, kiedy zdobywały odznaczenia… Może kiedyś, on i Korowy Szept…

<Iglaku?>