BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czajkowe Zaćmienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czajkowe Zaćmienie. Pokaż wszystkie posty

27 czerwca 2022

Od Czajkowej Łapy (Czajkowego Zaćmienia) CD. Rozżarzonego Płomienia

— Nauczysz się dzisiaj, że jesteś ponad te wszystkie nierude koty. Kamienna Agonia musi dostać karę za te wszystkie krzywdy jakie nam wyrządziła. Zabrała ci brata, drwiła i miała gdzieś. Dzisiaj dokonasz swojej zemsty — powiedział wchodząc do środka. — Kamienna Agonio! Witaj! Patrz kogo przyprowadziłem! - miauknął, zachęcając Czajkową Łapę, by podeszła. — No spójrz na to żałosne stworzenie. — Przejechał wzrokiem po wymizerniałej sylwetce kotki. Czajkowa Łapa niepewnie poszła w jego ślady. Widziała już nie raz kocicę w takim stanie. Więc dlaczego teraz, gdy była tu z mentorem, w jej głowie zaczęły krążyć wątpliwości do powodu tej wizyty? — Daj jej nauczkę. To będzie twój ostatni test. 
Obruszyła się, słysząc słowa kocura. Miała... miała ją uderzyć? Zemścić się za to, co Kamień jej zrobiła? Skrzywdziła ją, to prawda. Jednak czy chciała się zemścić? Według Żara powinna. A jeśli on tak uważa... może ona też musi tak myśleć? Nie chciała stracić jego szacunku, a jeśli się sprzeciwi...
Wzrok Czajki znów spoczął na Kamiennej Agonii. Kotka nawet się nie poruszyła. Wzrok zielonych oczu zatrzymał się na Czajce, pozwalając by spotkały się ze sobą spojrzeniem. Szylkreta zaraz chciała uciec spojrzeniem, jednak coś w zielonych ślepiach ją zatrzymało.
— Rób co chcesz — powiedziała tylko ochrypniętym od milczenia, gardłowym tonem głosu. — Będziesz zupełnie taka, jaka ja byłam kiedyś. Zniżysz się do używania siły by pokazać wyższość. Bo tak on cię nauczył. — Mruknęła, wskazując ogonem na Żara i uśmiechnęła się lekko, zamykając oczy i opierając je na łapach, czekając na ból, jaki ją spotka. 
— Nie słuchaj jej, Czajkowa Łapo — prychnął rudy. — Próbuje Cię nastawić przeciwko mnie. Nigdy nie będziesz jak ona. Ona nie dorasta ci do pięt. Kłamie, niszczy wszystko, na czym ci zależy. Zasłużyła na karę — miauczał do ucha swojej uczennicy. Tak. Zasłużyła. Zasłużyła na wszystko co ją spotkało. A jednak teraz, leżała z skromnym uśmiechem na pysku, czekając na przeznaczenie. Przeznaczenie, którego szylkreta miała dokonać. Uniosła powoli łapę. Czas dłużył się i dłużył, wychodząc poza nieskończoność. W jej głowie burza myśli wiła się niczym zaskroniec. W pewnym sensie słowa Kamiennej Agonii poruszyły nią. Nie chciała się stać jak ona. Nie mogła. Nie wybaczyła by sobie tego. Więc czy powinna zemścić się za księżyce krzywdy? Czy odpowiedź była tak czarno biała, jak malował ją Rozżarzony Płomień? Musiała mu zaufać. Jeśli nie jemu, to komu? Kto ją poprowadzi do świetności?
Uderzyła więc. Raz za razem, pięściami wybiajając swoją złość na futrze kotki. Księżyce duszenia w sobie żalu, smutku i reszty negatywnych emocji nie pozwalały się jej teraz zatrzymać. Nie pozwalały przestać. Wyżycie się sprawiało wrażenie tak dobrego, tak potrzebnego. Gdy zaczęła, nie mogła się dłużej hamować. Przestała dopiero, gdy w jej piwnych oczach zaczęły zbierać się łzy. Żar uraczył ją dumnym uśmiechem. Na Kamienną Agonię nie miała już odwagi spojrzeć. Czajkowa Łapa wyszła, w ciszy, z martwym wyrazem pyska. Odprowadzona przez Rozżarzony Płomień i wątpliwości, płynące ze swojego czynu. 

***

Na sztywnych kończynach szła w kierunku Rozżarzonego Płomienia. Dopiero co skończyła rozmawiać ze Zwęglonym Kamieniem. Gonitwa myśli wciąż ją przytłaczała. Znów czuła się jak ta niewinna uczennica, która nie wiedziała co ze sobą zrobić. Więc... Węgiel mówił prawdę. Wilcza Zamieć to potwierdziła. Kotka, który nigdy się do nich nie odzywa, potwierdziła jego słowa. A to oznaczało...
— Okłamałeś mnie. — Wypluła w końcu, a jej oddech stał się nierówny, przerywany. Kłuło ją w sercu, a jej wnętrzności się przewracały się, skręcając się wzajemnie. Czuła się... zdradzona. Oszukana. Przez jedyną osobę, której ufała, po tym jak widziała jak Zając morduje tamtego kocura... — J-jak mogłeś? Węgiel wcale nie jest synem Kamiennej Agonii... jesteśmy rodzeństwem, Wilcza Zamieć jest naszą matką, a ojcem... Lisia Gwiazda — to imię ledwo przeszło jej przez gardło. Duch z Miejsca Gdzie Brak Gwiazd? Jak to w ogóle możliwe? Zacisnęła powieki, ukrywając pysk przed spojrzeniem rudzielca. — U-ufałam Ci, a ty... okłamałeś mnie. Okłamywałeś przez cały czas... jak śmiałeś?! — miauczała z trudem, ledwo powstrzymując łzy. 

< Żar? >:[ >

21 czerwca 2022

Od Czajkowego Zaćmienia

– Zwęglony Kamień przekazał mi, że dzisiaj jest zajęty. Kto wie czym… – dodała cicho, z cichym, niezadowolonym parsknięciem. – Więc ty dzisiaj zajmiesz się szkoleniem Sowiej Łapy.
Takie piękne, niepotrzebne nikomu do szczęścia wieści przekazane w jakże beznamiętny sposób dotarły rano do Czajkowego Zaćmienia. Kotka z drgającą powieką i przesadzonym uśmiechem rzuciła zastępczyni "świetnie.", po czym udała się do stosu ze zwierzyną. Cudownie. Wręcz wyśmienicie. Teraz będzie musiała cały dzień spędzić z tą okropna smarkulą Zajęczej Gwiazdy i Kamiennej Agonii.
– Przepraszam, pani Czajko? O której zaczynamy trening? – o wilku mowa.
Niewinne, złote spojrzenie nieśmiało trafiło na szylkretowy łeb wojowniczki.
– Zwęglony Kamień nie nauczył cię cierpliwości? – mruknęła, kładąc po sobie uszy. Na ten gest, Sowa delikatnie się skuliła.
– Przepraszam…
– Wychodzimy jak skończę śniadanie. - Szorstki ton wydarł się z jej krtani. Nie chciała iść z tym dzieciakiem, a już na pewno nie chciała jej niczego uczyć. Denerwowała ją do granic możliwości samym swoim bytem. Zachowaniem, wyglądem. Śnieżnobiałe futro Sowiej Łapy błyszczało w słonecznych promieniach, podczas gdy jej czarno-rude tylko je pochłaniało. Już dawno zmatowiało przez stres i raczej przygnębiającą dietę, podczas gdy u Sowiej Łapy lśniło na każdym kroku. Sam kolor kontrastował między nimi tak bardzo.
Wciąż nie potrafiła pojąć fenomenu, jakim była Sowia Łapa. Miła, słodka, bezproblemowa, jakby jej życie usypane było kwiatkami, które tak chętnie zbiera. Dlaczego, albo raczej, jakim cudem, skoro jej matką była Kamienna Agonia. Kamień! Warta Wilczej Zamieci, nieruda i na dodatek morderczyni!
To niepojęcie, istnienie młodej uczennicy, doprowadzało ją do szaleństwa za każdym razem, jak jej myśli wędrowały ku Sowiej Łapy. Jej beztroski uśmiech wrył się w jej łeb, pieczętując swoją obecność wysokim, słodkim głosikiem, który odzywał się, gdy przypominała sobie jej złote spojrzenie.
Biała kulka wciąż siedziała obok niej, co jakiś czas zerkając, czy tymczasowa mentorka skończyła posiłek. Czajka tymczasem, starała się brać jak najmniejsze, jak najskromniejsze gryzki posiłku, ociągając się z jedzeniem jak tylko mogła. Chciała wywołać reakcję u Sowy. Nawet najmniejszą oznakę zirytowania czy gniewu. Jednak nic. Nic nie widziała. Młodsza siedziała tak absolutnie, jakby nic nigdy nie miało ją ruszyć. Skończyła, a wstając, potrąciła kotkę bokiem. I wciąż nic. Jedynie ciche "nie szkodzi" dotarło do jej uszu. Obrzydliwe.
– Idziemy. - Rzuciła krótko, w drodze rozciągając łapy. Sowia Łapa za to, skocznym krokiem, przybyła do jej boku i nucąc coś pod nosem, przypawiała Czajkowe Zaćmienie o ból głowy samym swoim istnieniem.
Po powrocie z mordęgi, znanej jako trening smarkacza, Czajka udała się do swojego legowiska. Jak dobrze, że nie musiała szkolić tego dzieciaka nacodzień. Tyle, ile dzisiaj nawywracała oczami stało się rekordem. Ile beznamiętnych, znudzonych westchnień wydarło się z jej piersi, gdy musiała obserwować, jak młoda goni za myszami czy wróblami. Oby jej przyszły uczeń miał chociaż odrobinę talentu i zapału do nauki. Wszystko będzie lepsze niż miętka, naiwna kotka widząca świat w różach.
Stając nad legowiskiem, jedna rzecz przykuła jej uwagę. Na posłaniu znalazła jeden, samotny kwiat, który samym swoim widokiem zapuścił korzenie w jej myślach.

19 czerwca 2022

Od Czajkowego Zaćmienia CD. Zwęglonego Kamienia

Siedziała. Siedziała w tunelu, ciemnym, mrocznym, wypełniony gęstym powietrzem i zdecydowanie za szybkim biciem serca. Wstresie, w niepewności i tak siedząc w swojej niestabilności rozważała. Niewygodnie, spięta, siedziała tak, a do jej głowy napływały myśli siedzące. Tak absolutnie, że nie chciały opuścić jej łba. To błąd. To wielki błąd. Dlaczego tu była? Dlaczego miała walczyć za coś, w co nie wierzyła, że się uda? Mieli przewagę, ale jakim kosztem będą musieli przypłacić rozegranie tej wojny? Nie miała jednak głosu, by się sprzeciwić. Już dawno go porzuciła na rzecz własnego miejsca przy boku Rozżarzonego Płomienia. Rzuciła się w wir bitwy, pozwalając by pochłonęła jej ciało niczym woda przyjmująca w swoje objęcia niewielki kamień. Tak się czuła. Jak kamień wrzucony w rzekę. Długą, krętą, bez litości i skrupułów. Widziała kępki futra podróżujące wraz z wszechobecnym chaosem, który roznosił się po terenach. Wrzaski pędziły po niebie. Czyjeś pazury błysnęły jej przed oczami. Pierwszy przeciwnik. Miał nastroszone futro, wysunięte pazury, odsłonięte zęby. I oczy, w których mieszało się przerażenie z czystą, nieopanowaną furią. Zaatakował pierwszy. Zahaczył o jej bark, rozrywając napiętą skórę. Nie mogła być mu dłużna. Wybiła się z tylnych łap i wgryzła w cielsko, na co to zapiszczało wściekle. Poczuła metaliczną ciecz w pysku, na zębach. Jej zapach uderzył ją w nos od środka, odbierając na chwilę dech. Była ciepła, słodka, przypominała tą piszczek, jednak była jedna, znaczna różnica między jej zwykłymi ofiarami, a tą. Krew, którą miała na pysku, należała do drugiego kota.
Po walce, stała jeszcze na polu bitwy. Jej wzrok błądził po trupach, zmasakrowanych, pociętych ranami po pazurach i kłach. Kurz opadł, wszyscy się zbierali. Mała była różnica między wygranymi i przegranymi, którzy wyszli z tej wojny. Tylko Zajęcza Gwiazda, prowadzący swoje zastępy, szedł z wysoko uniesioną głową, a czerwona plama na jego piersi i szyi błyszczała złowrogo. Paliła w oczy, kontrastując z zwykle białą sierścią. A reszta? Albo ze łzami w oczach niosła ciała bliskich, albo była tymi ciałami. Po Klanie Nocy nie było już śladu, oprócz paru trupów kąpiących się w szkarłacie. Z piersi młodej kotki wydarł się cichy oddech. Drżący, zmęczony, jednak z nutą ulgi. Jej rodzeństwo przeżyło. Róża, Węgiel, Pasikonik. Wszyscy żyli. I byli cali i zdrowi. Jak ona. Wracając, potknęła się o czyjeś ciało. Wyminęła je tylko, nie zostawiając na pysku nawet zmarszczki. Taka była kolej rzeczy. Ktoś musiał umrzeć, żeby inny mógł żyć w spokoju.

***

- Czajko... Przepraszam. Miałaś rację. Oni... manipulowali mną. Wszyscy nas okłamywali. Ja... dowiodę czy to prawda... nawet jeśli zniszczę mamie tym ponownie życie - miauknął do siostry. - Mam na myśli Wilczą Zamieć. Zajęcza Gwiazda nas okłamał, jesteś moją siostrą. Dlatego przepraszam, że tak się to skończyło.
Słuchała jego wywodu, nie podnosząc głowy. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy po tym, do czego się przyczyniła. Poznawała go już tylko po głosie. Nawet jego pysk, wcześniej wiecznie szczęśliwy, zmizerniał i wyszczuplał. Nie potrafiła znieść jego nowego zapachu. Nowego nastawienia, zachowania. To wszystko… to wszystko jej wina. I po tym co mu zrobiła… Węgiel nie otrzymał z jej pyska nawet "przepraszam". I nie otrzyma. To tylko słowa. Tylko nic nie znaczące słowa. Jego przebaczenie mogła zyskać czynami. Jednak nie zasługiwała na wybaczenie. Nie ważne co by zrobiła, on jej nie przebaczy. Ona sobie nie przebaczy. Więc nie będzie robić nic. To jej kara za własne występki.
– Nie martw się o Wilczą Zamieć. Ona już dawno stała się takim wrakiem, że wszystko będzie jej jedno - mruknęła odruchowo, opuszczając łeb jeszcze bardziej. Miała ochotę zapaść się pod ziemię, rozmawiając z Węglem. Dopiero po chwili przyswoiła i przetrawiła wypowiedź Węgla. Słowa wypadające z jego pyska były tak dziwne. Czyli… cały czas żyli w kłamstwie? Wszyscy łgali im prosto w twarz, dla własnej uciechy? Ale…
– To nie możliwe… Rozżarzony Płomień przecież… – urwała, gdy zrozumiała przekaz słów czarnego kocura. – To kłamstwo. To co mówisz. Dlaczego niby Żar miałby mnie okłamywać? To… to nie ma sensu! – panika wybrzmiała w jej głosie, gdy kotka ostatnimi siłami próbowała trzymać się swojej jedynej nadziei, jedynej pociechy w obecnej sytuacji. Rozżarzony Płomień… on nie mógł jej okłamać. Ufała mu, potrzebowała go… nie mógł okazać się taki, jak reszta. Nie mógł. – Nie okłamał by mnie… – mruczała pod nosem, przerywając krótkim, ciężkim oddechem.
– Wszyscy nas okłamali, Czajko. Wilcza Zamieć to nasza mama, a tata... on... jest... on nie żyje – westchnął. – Chociaż nie wiem czy i to nie jest kłamstwem.
Nie rozumiała z tego nic. Jak to - nie żyje? To kto mu niby powiedział? Czy Zwęglony Kamień też próbuje ją oszukać? Dobrać się do łask? Wykorzystać ich rzekome, na nowo odnalezione pokrewieństwo?
- Nie wierzę ci. Nie wierzę już nikomu oprócz Żara. I co masz na myśli nie żyje? Jak się wtedy dowiedziałeś niby? Kłamiesz... łgasz!
Węgiel rozszerzył zdziwiony oczy. Widziała, że nie może jej poznać. Ona sama się już nie poznawała. Ale… co innego miała zrobić, gdy kłamstwo okazywało się kłamstwem, a prawda rozpływała się gdzieś jak mgła?
– Byłem w jakimś tunelu i był tam kamień, dotknąłem go i przeniosłem się w dziwne miejsce. Był tam nasz tata. Tak się przedstawił. Był... duchem. Kazał powiedzieć swoje imię mamie i zobaczyć jej reakcję, wtedy mam uwierzyć, że mnie nie okłamał. Naszym ojcem jest... Lisia Gwiazda, Czajko.
Kotka zmarszczyła brwi. Tunel? Kamień? Duch? Żałosne. Tak żałosne kłamstwo. Co próbował tym osiągnąć? Co od niej chciał wyciągnąć?
– Chyba uderzyłeś się w głowę tym kamieniem. Lisia Gwiazda żył księżyce temu! Nie może być naszym ojcem. Duchy nie mogą mieć dzieci - syknęła, kładąc po sobie uszy. - To wszystko ci się przyśniło. To... to zwykły koszmar. Znowu. - Próbowała racjonalizować sobie własne uczucia i słowa Węgla. Żar nie mógł okazać się kłamcą. Nie mógł okazać się taki jak reszta. Jeśli był... to kto jej zostanie? Kto będzie dla niej tą ostatnią deską ratunku, na której zawsze mogła polegać?
- Ale... można się o tym przekonać. Zapytać mamy... i wtedy się dowiemy prawdy - spuścił po sobie uszy, proponując to siostrze.
“Nie”. Tyle żyła w kłamstwie, że nie potrafiła pogodzić się z prawda. Nie chciała wiedzieć, kim jest ich ojciec. To przecież nie miało znaczenia. Nigdy nie miało. Nie istniał, a jednak, z jego nieistnienia wynikało tyle problemów. Tyle bólu. Nie chciała znać prawdy. Nie chciała stracić zaufania do Rozżarzonego Płomienia. Był jedyną pewnością w jej życiu. Potrzebowała go. Potrzebowała jego słów, jego bycia, jego prawd. Nie mógł się okazać kłamcą, zdrajcą czy kotem pokroju Zajęczej Gwiazdy.
Po długiej chwili owianej ciszą, Czajka w końcu uniosła głowę. Jej wzrok wciąż omijał pysk kocura, jednak błądził już po obozie, szukając czegoś. A właściwie kogoś.
- Dobrze. Chodźmy.

< Zwęglony Kamieniu? >

Od Czajkowej Łapy (Czajkowego Zaćmienia)

 Zajęcza Gwiazda wywołał Różaną Łapę i Czajkową Łapę na środek obozu. Klan Burzy zdążył wyleczyć swoje rany po bitwie, a trupy leżały już głęboko pod ziemią. Wszystko wróciło do normy. Nawet ptaki, które ucichły podczas bitwy, zaczęły znów śpiewać. Niewiarygodnym było, jak łatwo było przejść z jednego stanu w drugi. Dorastała, czekała na mianowanie po tylu księżycach. Czajkowa Łapa miała przed sobą nową drogę. Prostą, bez pułapek i ukrytych ścieżek. Wszystko mogło wydawać się takie proste... więc dlaczego nie mogła być jak Sowia Łapa? Dlaczego nie mogła mieć miłego uśmiechu, rozjaśniającego pysk. Dlaczego w jej oczach brakowało tej szczęśliwiej iskierki niewinności. Miały być przecież takie podobne. Tak samo zaczynały. Równie niekochane, równie samotne, równie zagubione. Więc dlaczego, na Klan Gwiazdy, dlaczego tak bardzo się różniły? Jakim cudem Sowia Łapa potrafiła się uśmiechać i zbierać kwiaty, gdy ona błądziła po ciemnym lesie, wyśmiewana przez kruki?
- Ja, Zajęcza Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika - zaczął, spokojnym, jednak szorstkim głosem. Nieznanym, obcym, a jednak tak znajomym. Szylkretowa kotka uniosła wzrok na jego pysk. - Czajkowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
- Przysięgam.
- Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Czajkowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Czajkowe Zaćmienie. Klan Gwiazdy cieni twój upór i lojalność, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy. 
Klan zaczął skandować jej nowe imię, gdy dotykała barku Zajęczej Gwiazdy. "Czajkowe Zaćmienie" wbijało się w nią z każdej strony, każąc zapomnieć o poprzednim. Brzmiało tak... dziwnie. Pasowało? Być może. Być może dobrze ją oddawało. Powinna się cieszyć, prawda? Powinna jaśnieć radośnie wyszczerzonymi kłami. Tak reagowali wszyscy uczniowie, jakich mianowanie widziała. Więc i ona zaczęła suszyć zęby, dziękując za gratulacje składane przez znajome gęby. Ceremonia skończyła się na nadaniu imienia Różanej Przełęczy i wszyscy rozeszli się. Niemal wszyscy. W rozrzedzającym się tłumie dojrzała rude futro. Jednak nie mentora, a przyjaciela. Końskie Kopytko czekał na nią. Specjalnie na nią. Posłał jej nieśmiały uśmiech, po czym podszedł skocznym ruchem parę kroków. I dopiero wtedy, dopiero gdy zobaczyła jego ramiona zapraszające do uścisku, gdy puściła się biegiem prosto w nie, uśmiechnęła się szczerze. Prawdziwie. 
- Gratuluję, Czajkowe Zaćmienie - zamruczał, tuląc ją do siebie. 
- Dziękuję, Końskie Kopytko - odpowiedziała grzecznie, śmiejąc się ciepło pod nosem. Dopiero przy przyjacielu mogła poczuć się swobodnie. Mogła poczuć się jak Sowia Łapa - wolna od ciężaru kłamstw i oczekiwań. 


28 maja 2022

Od Czajkowej Łapy CD. Zwęglonego Kamienia

 Wyciągnęła łapę, by przytulić czarnego kocura. Widoczne przygnębienie spływało z jego pyska. Jeśli teraz pokaże, że u niej jest lepiej niż u Kamiennej Agonii, Zwęglony Kamień już nigdy nie będzie musiał być między nie rozdarty. Tak będzie lepiej. Kamień już nigdy nie zatruje mu życia. Gdy zbliżył się i objął, szylkretowe ciałko wtuliło się w jego sierść. Otuliło łapką, a gardło wydało ciche, kojące mruczenie. Wspaniałe uczucie. Czuła, jakby miała brata na własność. Nareszcie pod kontrolą, która uleciała parę księżyców temu. Brakowało jej tego. Węgielek przecież nie wiedział, co dla niego najlepsze. Dlatego ranił się, spotykając z nieodpowiednim towarzystwem. Widziała, jak smętnie chodził, jak radosne iskierki w jego oczach znikają, jak tylko patrzył w stronę starszyzny. Musiała chronić brata, wskazać mu dobrą drogę. Przecież zależało jej na jego szczęściu bardziej, niż komukolwiek innemu. Czarna świruska już nigdy go nie skrzywdzi.

***

Mimo tego, że się pogodzili, w jej piersi wciąż tliła się nuta pewnej niechęci do Zwęglonego Kamienia. Nie potrafiła patrzeć na niego bez jadowitego kłucia w żołądku, nie potrafiła znieść jego głupich, dumnych uśmieszków przed Klanowiczami.
Leżąc w legowisku uczniów, nie mogła też patrzeć na jego dawne legowisko. Niegdyś przesiąkłe jego zapachem, teraz tylko przypominające jej o jego nowej randze. Winiła go za to, co się stało. Gdyby nie jego powiązania z Kamień i Zając, nigdy by nie został wojownikiem przed resztą rodzeństwa. Brązowe ślipia widząc wzorkiem po leżu uczniów, co chwile trafiały na to przypomnienie. Ogon nerwowo zadrżał, a wibrysy poruszyły się, gdy do jej głowy wpadł pewien pomysł.
Nikogo oprócz niej nie było w legowisku terminatorów. Teoretycznie, mogła zrobić, co chciała. Dźwignęła się na łapy i ciężkim krokiem podeszła do mchowego posłania. Wbiła w nie puste spojrzenie, oglądając dokładnie każdy jego kawałeczek. Kępki futra, które niezgrabnie umościły się na posłaniu, sam kształt, który zostawił po sobie Węgiel. Gdy zbliżyła nos, potrafiła wyczuć na roślinie zapach brata. Tak znajomy, jednak ostatnio coraz bardziej obcy.
Miała dość. Miała dość Węgla, Zająca i Kamień. Oni wszyscy ją ranili, żadne nie brało na poważnie. Zając był zdrajcą i mordercą, Kamień psychopatką i manipulantką, a Węgiel… Węgiel nawet nie był jej rodzonym bratem. Nie miał rudego futra, nie powinien się liczyć. Było lepiej, a teraz gdy stała nad jego dawnym leżem, znów czuła się okropnie.
W jednym momencie jej źrenice zwężyły się, mięśnie napięły, a kotka była gotowa do skoku. Zamachnęła się i pazurami rozdarła pierwszą warstwę posłania. Mech dostał się między jej pazury, łzy zaczęły spływać po pysku, a z piersi starał się wydrzeć tłumiony przez nią wrzask. Warstwa za warstwą rozszarpywała leże, dając upust negatywnym emocją. Nie zwróciła nawet uwagi, kiedy Końskie Kopytko zajrzał do środka, nie zareagowała, kiedy wywołał jej imię, nie protestowała, gdy chwycił ją w objęcia. Jej mięśnie rozluźniły się, a pazury dłużej nie uderzały wściekle o ziemię, gdy wtuliła zapłakany nos w sierść kocura. Jęk w końcu przedarł się przez jej gardło, gdy z trudem brała kolejne hausty powietrza. Końskie Kopytko bez pytań, bez oceniania, przyszedł do niej i zaoferował oparcie. Ramię, na którym mogła się wypłakać. Potrzebowała tego, zwłaszcza w chwilach słabości, momentach, gdy wszystko ją przytłacza.
Gdy znalazła spokój, swego rodzaju wyciszenie w futrze Konika, nie chciała od niego uciekać. Nie chciała nawet odchodzić. Ten ostatni raz pogładził ją ogonem po grzbiecie z troską.
– Posprzątajmy tu, zanim zleci się reszta uczniów.
Nie podejmował tematu, na który Czajka nie chciała rozmawiać. Doceniła to. Bardzo. 

***

Dostał ucznia. Jej brat dostał ucznia. I to nie byle jakiego, o nie. Zajęcza gwiazda nie przepuściłby okazji, żeby dać swojemu ukochanemu synkowi jedno ze swoich najmłodszych latorośli. Zwęglony Kamień dostał najgorsze z nich. Sowę. Idealną, uroczą i miłą kluseczkę, jakże palącą się do zostania świetną wojowniczką. Wciąż niewinną, wciąż nieskażoną życiem. Jak? Jakim cudem, z taką rodziną, kotka nie skończyła zestresowana, osiwiała z nerwów, podejmująca decyzje, które kwestionują jej bliscy?
Sowia Łapa denerwowała ją na wielu poziomach. Więc jak tylko biała jak śnieg kotka została uczennicą, Czajka korzystała z każdej okazji, by uprzykrzyć jej życie. Nie potrafiła inaczej uwolnić swoich emocji, więc odwróciła się ku najprostszym rozwiązaniu. Jednak Sowa, jak na złość, nie dawała się tak łatwo zasmucić.
- Przepraszam! - jej słodki głosik zabrzmiał w uszach Czajkowej Łapy, drażniąc jej słuch. Mijały się w legowisku uczniów, gdy Czajka specjalnie zepchnęła ją na bok, by ta upadła. Białe futerko wznieciło w powietrze tumany kurzu z ziemi, a jednak. Z jej pyska wciąż padało tylko “przepraszam!” czy “to moja wina, nie przejmuj się”.
- Uważaj jak leziesz - syknęła szorstko Czajkowa Łapa, chowając się w cieniu leża terminatorów, podczas gdy Sowia Łapa z zamyślonym wyrazem pyska wyszła z obozu w towarzystwie Zwęglonego Kamienia. 

***

Siedziała pod legowiskiem lidera. Jej pazury nerwowo chowały się i pokazywały, błyszcząc w nocnym świetle. Wybrała na zgromadzeniu. Wiedziała, co będzie musiała zrobić. Więc dlaczego… dlaczego się teraz wahała? Przecież nie miała już żadnej decyzji do podjęcia. Wystarczyło wejść i powiedzieć.
Węgiel… Węgiel sam tego chciał. Poszedł na to zgromadzenie, wiedział, jakie będą konsekwencje. Sam to sobie zrobił. Ona tylko… ona tylko trzymała się kodeksu. Słowo lidera jest prawem. Jednak jak dobrym prawem może być słowo lidera-mordercy? Zamknęła oczy, wzięła głęboki wdech.
Żar by jej nie oszukał. To on kazał jej wybierać. Chciał dla niej dobrze, upewnił, że dobrze wybrała. Ta decyzja była konieczna. Musiała jej dokonać, on tylko popchnął ją w dobrym kierunku, prawda?
Prawda...?
- Czajkowa Łapo? Rozżarzony Płomień przekazał mi, że chcesz się ze mną czymś podzielić. Słucham więc - mruknął Zajęcza Gwiazda, zapraszając ją ruchem ogona do legowiska. Czajkowa Łapa przełknęła ślinę. Posłusznie podążyła za kocurem, jednak nie wydała z siebie ani słowa. Uniosła delikatnie łeb, niechętnie zerkając w zielone ślepia. Ich zimny blask odstraszył jej spojrzenie.
- Śmiało, możesz mi powiedzieć - miauknął spokojnie Zając. Zbyt spokojnie na jego ostatnie występki.
- Zwęglony Kamień… Zwęglony Kamień był na zgromadzeniu. Jakimś sposobem pofarbował swoje futro na rudo, żebyś go nie wykrył. Złamał twój zakaz - powiedziała w końcu. Zajęcza Gwiazda uśmiechnął się delikatnie. Miło, spokojnie, troskliwie. Przyłożył swój nos do czoła przerażonej Czajkowej Łapy i zamruczał uspokajająco.
- Twoja lojalność zostanie doceniona. Idź, odpocznij, to musiała być trudna noc dla ciebie - odprawił ją, po czym zniknął w cieniu głębin legowiska. To… to była dobra decyzja. Przecież i tak Węgiel nie otrzyma aż tak dużej kary, nie? To tylko… to tylko wyjście na zgromadzenie. Nic się nie stanie.
Obudziła się następnego dnia, żeby usłyszeć nawoływania Zająca ze skały. Zwoływał zebranie Klanu. Mimo tego, że sama przyczyniła się do ów zebrania, nie chciała na nie iść. Podświadomie nie chciała słyszeć werdyktu, jaki wyda Zając. Jej żołądek wywracał się ze stresu, a w sercu czuła dziwne kłucie.
- Dobrze zrobiłaś, Czajkowa Łapo. Nieposłuszeństwo trzeba karać. Gdyby nie kary, każdy by robił, co chciał. Zwęglony Kamień zacząłby zachowywać się coraz gorzej, gdybyś mu teraz, w taki sposób nie pomogła. Uwierz, oddałaś mu przysługę - szeptał do niej Rozżarzony Płomień, gdy nareszcie wyszła z legowiska. - A teraz słuchaj. Lider zaraz się wypowie.
W tłumie dostrzegła czarne futro Węgla. Szybko uciekła spojrzeniem, a usiadłszy obok Żaru, uniosła głowę ku Zajęczej Gwieździe. 

< Zwęglone Futro? >

25 kwietnia 2022

Od Czajkowej Łapy CD. Zwęglonego Kamienia

Pazury wbite w ziemię, zwężone źrenice i ciężki, łapczywy oddech i dreszcze targające grzbiet składały się na obraz młodej kotki. Obserwowała, jak dzieci Zająca występują z tłumu. Jak lider nadaje im nowe imiona, jak przykłada nos do czoła i mianuje na wojowników. W niedowierzaniu owiniętym zgrozą patrzyła na to widowisko. 
To… to niemożliwe. Nie mogła być mianowana jako druga. Nie mogła być gorsza od czarnego futra. Zagryzła zęby, zaciskając oczy. Brzuch próbował jej się wywracać, a stres powoli ogarniał całe ciało. Naprężone mięśnie drżały, a oddechy były coraz to krótsze. Strach zakwitł wyjątkowo szybko, splatając jej łapy, płuca i serce. Zawiodła. Zawiodła Rozżarzonego Płomienia. Znienawidzi ją. Porzuci, zostawi jak zwykłe truchło. Jak kości, które zostają po posiłku. Była tak samo bezużyteczna jak one. Miała przecież pokazać, że zasługuje na miano rudej. Na miano uczennicy najwspanialszego wojownika Klanu Burzy. Przełknęła ślinę gromadzącą się we wcześniej suchym pysku. On wiedział już. Wiedział, że nie dała rady. Wiedział, że była gorsza. 
Położyła po sobie uszy, a jej ogon podrygiwał nerwowo.
To… to nie prawda! Była lepsza pod każdym względem od tej cholernej trójki! Była szybsza, silniejsza, sprytniejsza.
Nie zasługiwali na mianowanie przed nią! Zajęcza Gwiazda mianował ich tylko dlatego, że byli spokrewnieni! Lisie łajno! Faworyzował te szczury! 
W tłumie skandującym imiona nowych wojowników napotkała spojrzenie jednego z nich. Zwęglony Kamień. Obrzydliwe imię. Widziała wyraz jego pyska. Chełpił się zwycięstwem. Rozpierała go duma, pycha. Nie potrafiła patrzeć na niego dłużej. Nie tak. 
Ufała mu, a on wykorzystał swoją pozycję. 
Kochała go, a on odwdzięczył się wywyższaniem.
Mimo wszystkiego, co powiedział im Zając, wciąż jeszcze miała nadzieję, że to kłamstwa. Plotki uwite przez chory umysł. Chciała, by się tym okazały. Do tego momentu. 
Nie miała już brata. 
Zniknęła w masie, jaką tworzyły koty Klanu Burzy. Pozwoliła, by pożarła jej twarz, sylwetkę i ukryła przed wzrokiem Zwęglonego Kamienia. 
– Idziemy, Czajkowa Łapo – usłyszała za sobą. Ton głosu rudego kocura brzmiał jak wyrok. Mimo panicznego strachu, przez który łomotało jej serce, posłusznie udała się za płomiennym wojownikiem. 

***

Otarła łzawe ślady z policzków, cicho podciągając nosem. Czuła ich słony zapach, wilgoć, która osadziła się na jej futrze. Chciała wyrzucić ten dzień z pamięci. Sama myśl o powrocie do obozu - do znienawidzonych oraz tych, których zawiodła - napawała ją strachem, niepokojem i niechęcią. Włóczące się łapy same prowadziły ją ku odległym kawałkom terenów Klanu Burzy. 
W ciszy zachodzącego słońca pachnącej deszczem nie spodziewała się usłyszeć żadnego głosu. A jednak.
– Pomocy! Jest tam kto? – żałosne nawoływanie dobiegło do jej uszu. Nie potrafiła od tak rozpoznać głosu czy zapachu ofiary. Chciała to zignorować. Miała własne problemy i powody, by szukać pomocy u innych. Poza tym, co jeśli będzie chciał ją zaatakować? Co jeśli to pułapka? 
Położyła po sobie uszy, mając nadzieję, że to chociaż trochę stłumi hałas. Głos jednak nie ucichł. Zaczął jej przeszkadzać. Wołania były coraz bardziej nachalne i nie dawały jej spokoju. Pozbywając się resztek smutku z pyska, zaczęła szukać źródła wrzasków płoszących zwierzynę w okolicy.
– Tutaj! – zakrzyknienie wydobyło się z dziury w ziemi, przed którą stanęła Czajka. – Tunel się pode mną zawalił i nie wiem jak wyjść! Nie widzę twojego pyska, ale proszę, pomóż! – załkał z dołu. Gdy Czajka wyjrzała do środka, zobaczyła zwijającego się Końskie Kopytko. Rudzielec był cały upaprany piachem, a na brzegach dołu były widoczne ślady pazurów po jego nieudolnych próbach wydostania się. Czajkowa Łapa skrzywiła się delikatnie. Syn Jałowego Pyłu - kocura, do którego Rozżarzony Płomień żywił niekoniecznie najprzyjemniejsze uczucia. A teraz? Miała syna niebieskiego na swojej łasce. Mogłaby go tu zostawić. Sprawić, że Żar będzie mógł się radować bólem Jałowego, tak jak bawił go ból Kamiennej Agonii. Jednak kocur w dziurze miał rude futro. Gdyby mu pomogła, mogłaby zyskać przysługę w zamian. Na przyszłość. Pionka, który pomoże jej stać się szanowaną wojowniczką. Mijały kolejne uderzenia serca, aż w końcu Czajka zdecydowała.
– Chodź, wyciągnę cię – miauknęła, podając uwięzionemu łapę. Chwycił ją, wybił się z tylnych łap i podciągnięty za luźną skórę na karku przez Czajkową Łapę, nareszcie udało mu się wydostać.
– Dziękuję… jesteś Czajkowa Łapa, prawda? – zamruczał z ulgą, otrzepując się z piachu. Kotka w odpowiedzi skinęła głową.
– Co robiłeś tu sam o tej porze? 
– To samo mógłbym zapytać ciebie – zaśmiał się Koń, wyciągając zdrętwiałe łapy.
– Ja przynajmniej nie skończyłam w dole – prychnęła, wywracając oczami.
– Słuszna uwaga – odparł z uśmiechem kocur, by zaraz westchnąć cicho. – Polowałem. Matka mnie wysłała, bo zobaczyła, że znowu kręcę się w pobliżu leża medyków.
– To źle?
– Według niej tak. Chce, żebym był porządnym wojownikiem, a nie kotką w ziołach – pokiwał głową, biorąc głębsze wdechy. – Stresuję się przy polowaniach, skupiam nie na tym co trzeba i… wychodzi, jak widzisz. Chciałbym znać coś, dzięki czemu stres może od tak zniknąć.
– Nie ma na to ziół? – Czajka nie znała się na medycynie, jednak słyszała, że dają coś na uspokojenie kotom. 
– Gdybym wiedział, to nie potrzebowałbym tych ziół – zaśmiał się nerwowo, drapiąc za uchem. Jego spojrzenie na moment uciekło w bok. Zobaczyła w nim pewien smutek, żal z wybranej ścieżki. Zaraz zniknął, a jego pysk przyozdobił ciepły uśmiech-maska. – A ty? Co tu robisz?
– Uciekam od pewnej… burzy – powiedziała w końcu, po chwili namysłu. Wolała nie dawać personalnych informacji synowi Jałowego Pyłu. 
– Czyli wszyscy od czegoś uciekamy – rzucił ni to żartobliwie, ni to smutno Konik. Słońce zaszło, a noc opatuliła ciasno ich sylwetki. Jedynie ślepia błyszczały, przebijając się przez ciemny płaszcz. Drzewa grały cicho, a w oddali rozległ się huk sowy.
– Twoja matka się nie wkurzy, jak wrócisz po zmroku do obozu?  – rzuciła Czajka. Widziała ich awantury od czasu do czasu. Marchew nie szczędziła języka nawet na własne dzieci.
– Będzie wściekła – westchnął głęboko rudy. – Ale jakoś nie śpieszy mi się samemu do obozu. A ty? Twój mentor nie będzie zły?
– Mój mentor… ma inne zmartwienia – burknęła, zniżając nieco łeb. Konik posłał jej pytające spojrzenie, jednak widząc niechęć kotki do ciągnięcie tego tematu, szybko zrezygnował. – Może… odprowadzę cię? Razem będzie raźniej. Może i mi się upiecze, jak powiem, że odprowadzałem uczennicą Rozżarzonego Płomienia do obozu.
Czajka uśmiechnęła się pod nosem. Oboje chcieli coś od siebie. Na tym polegały znajomości, prawda? Jedno wykorzystuje drugiego dla swoich korzyści. Tylko że Konik nawet się z tym nie krył, a ona… jeszcze nie wiedziała, jak ten może się jej do czegoś przydać. Jednak przystała na jego propozycję, widząc w przyszłości dla siebie okazję.
Wrócili więc razem do obozu, którego pilnował nie kto inny jak świeżo mianowani wojownicy. Zwęglony Kamień nawet się do niej nie odezwał, a Czajka nie uraczyła go spojrzeniem. Jego brązowe ślepia zalśniły smutno, jednak szylkreta nie zatrzymała się, by zamienić nawet słowo z kocurem. Czajkowa Łapa wciąż była wściekła. Wciąż mu zazdrościła i usilnie pragnęła tego, by cofnąć czas. To ona miała teraz stać na jego miejscu. Z nowym imieniem, nowym miejscem w nowym legowisku. Nie on! 
Pożegnała się z Konikiem, po czym położyła w legowisku uczniów. Reszta była spowita już snem, który tej nocy nie przyszedł do rudo-czarnej kotki.

***

Wybrała coś na szybko ze stosu zwierzyny. Małego, mizernego, niewystarczającego, by wykarmić tak duży klan. Albo zaczną polować więcej, albo będą musieli się posunąć do innych środków. Chciała zjeść śniadanie w spokoju. Bez wzroku mentora, który przypominał jej jego rozczarowanie i co najważniejsze - bez Zwęglonego Kamienia. Los jednak chciał inaczej. Czarny akurat też wybierał się na jedzenie. Zauważywszy ją, przyspieszył kroku.
– Czajkowa Łapo! Poczekaj! – zawołał, widząc, jak kotka odwraca się prędko i próbuje odejść. Zatrzymała się, jednak nie spojrzała w jego stronę.
– Czego chcesz? Pochwalić się pozycją? Gratuluje, synku Zajęczej Gwiazdy. Ojczulek musi naprawdę was kochać, skoro mianował tylko swoje bachory na wojowników – fuknęła, jeżąc futro i bębniąc ogonem o ziemię.

< Zwęglony Kamieniu? >

[5% przyznane]

Od Czajkowej Łapy CD. Rozżarzonego Płomienia

Siedziała nieruchoma, opatulona szokiem i płomiennym futrem mentora. Rudy kocur szlochał na jej ramieniu, a z jego pyska płynęły ledwo rozumiane przez nią słowa, ledwo sklecone zdania. Aż do ostatniego.
– Zabijmy ją… tą… zdrajczynię. Która mi go odebrała – zamiauczał, wciąż łkając na jej ramieniu. 
– Ale…  jest jedną z naszych. Jest ruda – wydukała Czajkowa Łapa w mętliku myśli. Przecież… każdy rudy mógł stać się pożyteczną częścią. Każdy mógł zasłużyć na szansę, by stać się kimś wielkim. Wystarczyło, że miałeś kolor płomieni lub rdzy i iskrę w sobie. Nic więcej. Nie musiałeś mieć rodziców, rodziny, siły czy stanowiska. Wystarczyły te dwie rzeczy… więc dlaczego Tygrysia Smuga nie mogła doświadczyć tego zaszczytu?
– Nie jest jedną z naszych. Jest jak Zając – Czajkowa Łapa zagryzła zęby. I wszystko jasne. Więc była zepsuta jak on. Była potworem jak on. Nie można było im ufać. – Współpracują. I razem zatruwają nam życie – syczał Żar pod nosem, coraz mocniej obejmując swoją uczennicę. Wściekłość i żal wylewała się z niego kaskadami, spływając na wcześniej neutralnie nastawioną do Tygrys kotkę. Jad, który sączył się z pyska Rozżarzonego Płomienia, znalazł sobie łatwą drogę do jej serca. I tak jak z początku zaskoczona trwała w bezruchu, tak nareszcie wykonała jakiś ruch. Oddała uścisk Żaru. Objęła go łapa i delikatnie pogładziła po grzbiecie, kładąc ostatecznie łepek na jego barku. Słyszała, jak usilnie próbuje powstrzymać płacz, jak wyrywają się z jego piersi żałobne jęki. Ta bezsilność, chwilowa bezbronność jej silnego, dumnego mentora… ujęła ją. Pokazała, że Kamienna Agonia się myliła. Zawsze się myliła. Kłamała, próbując przeciągnąć ich na swoją stronę. A jej głupi brat w to wierzył.
Rozżarzony Płomień nie był zły. Nie był zdrajcą, nie był bezdusznym potworem. Łzy tak prawdziwe, tak szczere nie mogły płynąć od kogoś, kto nim by był. 
Delikatnie, jednak czule przejechała językiem za uchem kocura, starając się ukoić jego nerwy. Chciała mu dać coś, co on dał jej wcześniej. 
– Dobrze, Rozżarzony Płomieniu. Zabijmy ją. 

< Rozżarzony Płomieniu? >

[5% przyznane]

15 kwietnia 2022

Od Czajkowej Łapy CD. Rozżarzonego Płomienia

- Jest więc sposób na pogodzenie twych pragnień z nie ulegnięciem. Nierudzi kiedyś nam służyli. Byli nam posłuszni. Zrób z niego sługę, niech odwróci się od rodziny, niech wybierze ciebie, a wtedy... wtedy stanie u twojego boku. Razem pokonacie nieprawość - szepnął do jej ucha, liżąc ją po łebku. Wciąż nie mogła uwierzyć, że kocur ją przytulił. Z jej ślepi wciąż płynęły łzy, jednak serce odnalazło chwilę ulgi. W tym jednym momencie poczuła się bezpiecznie. Nic złego nie mogło jej tu dosięgnąć. Kojące pociągnięcia językiem, ogon otulający jej ciało i ciepło bijące od drugiego kota. Nie czuła się tak odkąd została uczennicą. Przypomniały jej się kocięte czasy. Te pewne naiwności, kłamstw, jednak tak błogie i teraz tak odległe. Przez chwilę znów mogła poczuć, że ktoś się o nią troszczy, martwi. Mogła oprzeć głowę o pierś mentora, a ten zamiast odrzucić - wysłuchał jej i dał rady. Prawdziwe rady, nie kolejne kłamstwa.
- Nienawiść da ci siłę, Czajkowa Łapo. Przekuj ją w broń przeciwko naszym wrogom. Może nie jesteś zbyt sprawna, a trening ci się dłuży, jednak... masz potencjał, by to zakończyć. Zakończyć nasz ból.
Jego słowa były takie piękne. Sączyły się z jego pyska prosto do jej mózgu, bez problemu wijąc w nim sobie gniazdo. Mówił jej to, co potrzebowała usłyszeć. Miała potencjał. Mogła dokonać czegoś wielkiego. Czego szukała, znalazła w futrze rudego kocura. Łkała, całkowicie oddając się idei Rozżarzonego Płomienia. Chciała, by się spełniła. Chciała być tą specjalną, wybraną, docenianą, silną, wspaniałą. 
- Jak? - zapytała, pociągając nosem, nadal trzymając pysk w jego sierści. Nie chciała tracić tej chwili, mimo tego czuła, że zyskała więcej siły. Po odpowiedzi... po odpowiedzi będzie wiedziała co robić, by nie zawieść siebie i Rozżarzonego Płomienia. Co zrobić, by jej... by ich marzenia się spełniły.
- Na razie... udowodnij, że jesteś godna zostać wojownikiem. Później dowiesz się reszty - to powiedziawszy wstał. - Ruszajmy dalej. Zrobimy krótki patrol przy granicach.
Czajka starła łzy z oczu i policzków, uniosła dumnie głowę, a wiatr przebiegł przez jej rudo-czarne futro. Była gotowa, na następne zadania i przeszkody. Wiedząc, że Rozżarzony Płomień w nią wierzy, nic nie mogło jej zatrzymać.

*po zgromadzeniu, przed mianowaniem Węgla*

Niecierpliwie czekała na mentora przy wyjściu z obozu. Dzisiaj był ten dzień. Dzisiaj mu pokaże, że jest gotowa na zostanie wojowniczką. Miała już dostarczająco dużo księżyców na karku, żeby opuścić leże uczniów. Gdy Żar nareszcie się pojawił, jej zapał nieco odpadł. Jej mentor wyglądał jak wyprany z życia! Nieułożone futro, smętny wyraz pyska, smutny brak iskierki w oczach. czyżby randka z jego kolegą nie poszła dobrze? Raczej nie przez nią... przecież większość zgromadzenia spędziła na podsłuchiwaniu rozmów innych kotów, nie jego! Wyszli z obozu wolnym krokiem, po czym rudy zaczął tłumaczyć bez zapału co będą dzisiaj robić. Jego zmęczony, monotonny głos w końcu zaczął drażnić terminatorkę, przez co zaraz zastąpiła mu drogę, prostując pewnie szyję i grzbiet.
- Rozżarzony Płomieniu? Co się stało? 

< Żar? >

12 kwietnia 2022

Od Czajkowej Łapy CD. Zwęglonej Łapy

Wyciągnęła łapę, próbując przytulić brata. Potrzebowała tego. Potrzebowała jego bliskości, spokoju ukrytego w jego czarnym futrze, pocieszenia płynącego z pyska dekorowanego smutnymi, brązowymi ślepiami. Żadne z tych jednak nie przyszło. Węgielek ją odrzucił. Odtrącił, odmówił, gdy potrzebowała jego wsparcia. Wystawiona łapa kocura dotknęła jej piersi, powstrzymując ją od zbliżenia się. Czuła, jak niewielkie igiełki wbijają się w jej serce. Jej ślepia przysłoniły się mgiełką żalu. Przecież... przecież to nic nie zmieniało! Wybrał skończenie zawodzenia Zająca ponad ją? Ponad siostrę? Może nie rodzoną, ale przecież wychowywali się razem. Jak mógł teraz tak nagle się obudzić? Czajka odsunęła się, a pojedyncza łza spadła pod jej łapy.
- To... to nie sen - podciągnęła nosem, opuszczając smutno zakończone pędzelkami uszy. - I-i w takim razie... znajdę sobie kogoś innego do tulenia! - zawołała w gniewie, podczas gdy jej oczy rzewnie wylewały łzy. Dlaczego nagle to wszystko wywróciło się do góry nogami? Zwęglona Łapa na jej słowa otworzył szerzej ślepia, wykrzywiając pysk w podkówkę.
- Nie! Proszę Czajeczko! Ja chcę cię tulić, naprawdę! - zamiauczał, podchodząc nieco bliżej siostry.
- Ale nie możesz! Nie chcesz!
- Chcę! Naprawdę chcę! - odbił, unosząc pewnie ogonek, by zaraz znów go opuścić. - Ale tata mówił, bym nie tulił...
Tata... nie mieli przecież taty! To, że teraz magicznie się wyjawił wcale tego nie zmieniało!
- To co? Nigdy wcześniej ci tego nie mówił! - wytknęła Czajka, ocierając łzy z policzków.
- Bo... bo nie wiedziałem, że jest moim tatą. A teraz... był zły na mnie i... i nie chce go słuchać ale...
- Ale? - pisnęła cicho, czując jak mimo krycia pyszczka łapką, do oczu nadal napływają słone perły smutku. Czarny westchnął cicho, opuszczając spojrzenie na grunt.
- Ale boję się go, bo....bo ma taki straszny wzrok - Węgielek położył po sobie uszy. Czajka odwróciła wzrok od kocura, uciekając ślepiami gdzieś na bok.
- To... co teraz będzie?
- Nie wiem... Ale cię kocham, Czajeczko - szylkreta zamknęła pieczące od płaczu oczy. Też go kochała. Oczywiście, że go kochała. Jednak gula zazdrości, żalu i poczucia niesprawiedliwości nie pozwalała jej tego powiedzieć. Skinęła więc jedynie głową, z ciszą na pysku. 

* * *

Wróciła dumna z treningu. Udało jej się powalić mentora! Własnymi łapami! Bez żadnych ułatwień, bez rozgrzewki i bez dobrego terenu. Wygrała z nim walkę! A po drodze udało jej się złapać mysz. I mimo, że Żar się do tego nie przyznał, widziała pewną ulgę w jego spojrzeniu. Może nawet dumę ze swojej uczennicy? Czajka za to aż promieniała radością. Uśmiech rozjaśniał jej rudo-czarny pyszczek, a lekkiemu, energicznemu krokowi towarzyszył wysoko uniesiony ogon. Wiatr niósł ją przed siebie, aż Rozżarzony Płomień dziwił się, co tak nagle młoda dostała zastrzyku energii.
Gdy dotarli do obozu, pierwszym co rzuciło się jej w oczy był gwar i tłum zebrany pod miejscem klanowych zebrań. Upuściła szybko piszczkę na stos ze zwierzyną i już mniej pewnym krokiem udała się do Zwęglonej Łapy.
- Co jest? Co się dzieje? - zapytała półszeptem, rozglądając się po zebranych.

< Zwęglona Łapo? >

11 kwietnia 2022

Od Czajkowej Łapy do Pasikonikowej Łapy

 *kilka dni po poprzednim zgromadzeniu*

Przeszywające niebieskie ślepia zostały w jej pamięci. Chodziły za nią, powodując dziwne, przyjemne mrowienie na karku. Jeszcze nigdy wcześniej się tak nie czuła. Nie wiedziała, że może się tak czuć. Przecież... przecież to były tylko oczy. Piękne, nęcące niebieskie oczy, które przecież musiały do kogoś należeć. Pragnęła znaleźć tą osobę. Poznać, dłużej tonąć w jej niebiańskim spojrzeniem. 
- Czajka... Zajęcza Gwiazda nas woła do siebie - Pasikonik wyrwała ją z marzeń, nerwowo poruszając ogonem, który zaczął przysłaniać promienie słońca wpraszające się do legowiska. Zając? Czego mógłby chcieć- czy.... nie. Przecież miały przykrywkę. Na pewno się nie dowiedział. Nie mógł...
Szylkreta gwałtownie podniosła się na nogi, biorąc głębszy wdech na uspokojenie. Nic nie wiedział. Razem z siostrą stanęły przed legowiskiem Zajęczej Gwiazdy. Chłód objął jej drżące z nerwów łapy. Przełknęła ślinę, a uszy delikatnie opadały w tył. Nie chciała drugiej kary. Przecież wszystko miały ustalone! Wszystko dopracowane, pozapinane na ostatni guzik. Więc to nie mogło chodzić o ich wyprawę na zgromadzenie. Wtedy ciekawość wzięła górę, a teraz... nie chciała kolejnej kary. Nie chciała odczuć konsekwencji złamania zakazu. Pasikonik widząc panikę w oczach tortie szturchnęła ją delikatnie.
- Nic złego nie zrobiłyśmy. Pamiętasz? Byłyśmy na polowaniu - miauknęła znacząco, unosząc łeb w geście pewności siebie. Mimo przykrywki, Czajkowa Łapa widziała, że Pasikonikowa Łapa też się boi. Nikt przecież nie wiedział... oprócz...
- Drozdowa Łapa powiedział mi, że podczas zgromadzenia nie było was w obozie - zaczął Zajęcza Gwiazda, mierząc chłodnym spojrzeniem. Miał nikomu nie mówić! Oczy Czajki otworzyły się szerzej, a źrenice zmniejszyły.
- Poszłyśmy tylko na polowanie... - wytąciła Pasikonik, na co biały uciszył ją cięciem ogona.
- Nie okłamuj mnie. Miałyście zakaz opuszczania obozu podczas zgromadzeń. szczególnie bez opieki. I złamałyście ten zakaz. Znowu. Mimo kary - obydwie widziały, jak gniew lidera narasta z każdym słowem. Jego futro unosiło się złowrogo, a wbite pazury w ziemię na świadczyły nic dobrego. Czajka skuliła się, uchylając głowę w geście skruszenia. - Macie stawić się przed miejscem przemówień o szczytowaniu słońca. Teraz wynocha, muszę się zastanowić co z wami zrobić - zasyczał, niemalże fizycznie wyrzucając je z legowiska. Czajka przełknęła ślinę, wlepiając brązowe ślepia w Pasikonik. Doskonale porozumiały się bez słów. Obie wiedziały, co się teraz stanie. 
Miały przesrane.

***

Czas szybko płynął. Z każdą bezczynną minutą czekania słońce było coraz wyżej. Nie mogły wyjść z obozu, nie mogły uciec, nie mogły liczyć na to, że Zając zapomni. Jak mógłby zapomnieć o czymś takim?
- Myślisz, że nas wyrzuci? - jęknęła Pasikonik, nerwowo wyglądając na ozdobione chmurami niebo. Już nie zostało im wiele czasu.
- Gorzej. Cofnie do rangi kociaka. I zakaże wychodzić z obozu. Permanentnie - westchnęła żałośnie. Po co one się pakowały na to zgromadzenie? Nie mało miały problemów? Owszem, dowiedziała się dzięki temu o jakimś gogusiu Rozżarzonego Płomienia, ale... w zasadzie, to mogło być tego warte.
- Klanie Burzy, zbierzcie się!
Czas na egzekucję. Jeszcze publicznie. Klanie Gwiazdy, dopomóż. Czajka i Pasikonik wyszły z leża uczniów jak na skazanie. Szepty wbijały się w ich uszy. Łapami wlekły po ziemi, wiedząc jakie upokorzenie je czeka. 
- Czajkowa Łapo, Pasikonikowa Łapo, wystąpcie - głos Zajęczej Gwiazdy zagrzmiał niczym grom z jasnego nieba. Spojrzenia całego Klanu wbiły się w córki Wilczej Zamieci. - Te dwie uczennice po raz kolejny złamały zakaz wymykania się z obozu podczas zgromadzeń. Dodatkowe obowiązki nie są najwidoczniej wystarczające, by przypominać im o swoim miejscu. Więc po dzisiejszym zebraniu będą miały coś, co cały czas będzie pełnić funkcję polepszania pamięci. Niech blizny, które sobie wzajemnie zadacie, będą przypomnieniem o tym, że słowo waszego lidera jest prawem i nie należy go łamać pod żadnym pozorem. 

< Pasikonikowa Łapo? >

Od Czajkowej Łapy CD. Kamiennej Agonii

 Z politowaniem słuchała żałosnych przeprosin Kamiennej Agonii. Co chciała nimi osiągnąć? Krokodyle łzy zaczęły sączyć się z jej szmaragdowych ślepi, mocząc mchowe posłanie. Czajkowa Łapa nie potrafiła uwierzyć, że nie są sztuczne. Że Kamienna Agonia - ta sama, która stała niegdyś tak dumna, tak przemądrzała, że nawet raczyła rzucić na nią okiem, teraz nagle żałuje swoich czynów i szczerze błaga o wybaczenie. Widziała zmęczone ciało kotki targane szlochem, widziała jej oblepione brudem futro i czwórkę kociąt przy jej boku. To wszystko była gra. Gra, by wymusić na wszystkich dookoła wyrzuty sumienia. Robiła to tylko dlatego, by poczuć się lepiej sama ze sobą. Z wiedzą, że ktoś jej wybaczył za to, co zrobiła, byłoby jej łatwiej. Znała to zagranie. Wiedziała, ile natrętnych myśli mogło rozproszyć zwykłe "wybaczam ci" nawet w nic nie znaczącej sprawie. Nie miała zamiaru dawać tego błogiego spokoju, ukojenia, łaski Kamiennej Agonii. Widząc, jak kocica się o to stara, tylko bardziej chciała jej odmówić. Wszystko, co mówił Rozżarzony Płomień o byłej zastępczyni, było prawdziwe. Tylko on opowiadał jej prawdę i prowadził przez ciemne jezioro wątpliwości.
- Naprawdę uważasz, że nigdy nie czułam smutku? Żalu? Żalu z powodu tego, co robiłam i kim jestem? Uważasz mnie za bezwzględną maszynkę do ranienia innych, tak jak wszyscy? - załkała czarna, wlepiając swoje spojrzenie w terminatorkę. Czajkowa Łapa ostatni raz się na nią obejrzała. Smutne, słone perły wciąż spływały po jej policzkach. Kocięta przy jej brzuchu zapiszczały cicho, domagając się uwagi matki.
Na szylkretowym pysku córki Wilczej Zamieci nie malowała się krztyna współczucia dla karmicielki. Nie można było na nim odnaleźć ciepłego, kojącego spojrzenia, czy nawet jakiegokolwiek wyrazu empatii. Szczerze, z całego serca wierzyła, że leżąca przed nią kotka nie zasługuje na nic lepszego niż to, co ją spotkało. Nie po tym, co zrobiła.
- Nie wierzę ci - powiedziała tylko, unosząc łeb ku górze. Jej brązowe ślepia błysnęły nieznacznie, wyróżniając się w ciemnym otoczeniu starszyzny. Mimo obozowych rozmów, do jej uszu wiatr niósł tylko cichy śpiew ptaków. - I tak. Tak uważam. A jeśli chcesz to zmienić... jeśli chcesz to zmienić, to zrób coś dla mnie. Raz w życiu wysłuchaj mojej prośby - zaczęła po chwili namysłu. To było takie proste. Rozwiązanie jednego z większych problemów było na wyciągnięcie łapy. Wystarczyło wykorzystać chwilę słabości kotki. - Zostaw mojego brata w spokoju. Przestań zatruwać mu życie. Nie chcę, żeby skończył jak ty.

< Kamienna Agonio? >

10 kwietnia 2022

Od Czajkowej Łapy CD. Kamiennej Agonii

- Więc nie pozwól sobie popełnić mojego błędu z młodości. - wyszeptała równie cicho, co wcześniej. Czarne, brudne matowe futro kleiło się do jej skóry jak pszczoły do miodu. - Bo wtedy będą cię nienawidzić i oskarżać o to, czego nigdy nie zrobiłaś. Nie wiesz, co było wtedy, gdy nie było cię na świecie. Ale pomagasz to odbudowywać. Coś, przez co cierpiało mnóstwo kotów - wypowiedziawszy te słowa, Kamienna Agonia wbiła swe zmęczone spojrzenie w własne łapy. O czym ona mówiła? Jeśli coś co wydarzyło się przed narodzinami Czajki i jej rodzeństwa było tak ważne, to czemu nikt o tym im nie powiedział? Słyszeli jedynie szepty. Szmery i szumy półtonowych rozmów, unoszących się nad Klanem Burzy jak ciężka mgła. Z piersi Czajkowej Łapy wydarło się ciche westchnięcie. Miała dość tajemnic, dość morza szeptów. Skoro już tu była, postanowiła złapać tą okazję. Kamień i tak stała się słaba, więc lepszej nie będzie, żeby rozwiązać jej język. 
- Nie wiem, co się działo. Więc powiedz mi. Powiedz, żebym nie musiała ślepo podążać za czymś, o czym nie mam pojęcia i co sprawia ci taki ból - z jej pyska wypłynęły mocno przemyślane słowa. Miała nadzieję, że powiedziała coś, co Kamienna Agonia chciała usłyszeć. Żeby tylko wydobyć z niej te informacje. Nie obchodził ją stan byłej zastępczyni, nie obchodziło cokolwiek, co zrobiła kiedyś. Jej przestroga też by ją obeszła mimo uszu, gdyby nie to, że dostrzegła szasnę, jak nareszcie przekonać ją do rozmowy. I zadziałało. Oczy Kamiennej Agonii podniosły się nieśmiało, a czarna otworzyła pysk.
- Kiedyś żyła tutaj tyranka. Doszła do władzy. I choć na początku było niewinnie, potem zaczął się koszmar. Szykanowała nas. Koty, które nie mają na sobie ani plamki rudego. Głodowaliśmy, pracowaliśmy i męczyliśmy się tylko po to, by ci rudzi mogli wygrzewać się w swoich legowiskach i obżerać do syta naszą ciężką pracą. - zaczęła swoją opowieść. Czajka tylko nastawiła uszu i z spokojnym wyrazem pyska słuchała słów płynących z ust Kamiennej Agonii. - Gdy to piekło się zaczęło, byłam jeszcze uczennicą. Ta tyranka zabiła moją matkę. Zamordowała ją na moich oczach. Na oczach całego klanu. A Rozżarzony Płomień, Szczypiorkowa Łodyga... Oni wszyscy to popierali. Znasz mojego brata. Gliniane Ucho. Wychowywał cię razem z Zajęczą Gwiazdą. Wiesz, kto sprawił mu tą bliznę na pysku? Ona. Ta sama tyranka, która skrzywdziła moją matkę. I skrzywdziła każdego innego nierudego kota. To dlatego tak na was patrzyłam. Na was wszystkich oprócz Węgielka. Bo wszyscy nosiliście na sobie kolor tych, którzy przez wiele księżyców nas dręczyli. Gdy widzę, że Rozżarzony Płomień przekabaca na swoją stronę tyle rudych kotów... Nie chcę, by to wróciło. Nie chcę od nowa przeżywać tych czasów...
Brązowe ślepia z narastającą wściekłością na czarną sylwetkę która powoli opuszczała łeb i uszy. Kruszyła się w jej oczach. Nie patrzyła na nią, więc nie mogła zobaczyć unoszącego się szylkretowego futra. Nigdy na nią nie patrzyła. Nigdy nie raczyła spojrzeć, zaszczycić swoją uwagą. I to? To miał być powód? Dobre sobie. Parsknęła, przypominając sobie wywód Kamiennej Agonii o jej matce, co zginęła z łap tyranki. Jakie to miało znaczenie? Jeśli była chociaż trochę podobna do byłej zastępczyni czy Wilczej Zamieci, może wyszło jej to na lepsze. Szczególnie, jeśli Rozżarzony Płomień to popierał. Nie rozumiała, dlaczego śmierć matki była aż tak ważna dla kulącej się teraz karmicielki. Nie potrafiła przetrawić informacji, jakimi podzieliła się z nią Kamień. Gniew terminatorki tylko narastał z każdą chwilą, z każdym słowem wypowiedzianym przez zielonooką. Pazury uczennicy błysnęły podczas wbijania się w suche podłoże. 
- Nie chcesz...? Nie chcesz?! - wystąpiła ostro, ścinając powietrze ogonem. - Jak śmiesz mówić o dyskryminacji? Ze wszystkich kotów akurat ty... dobre sobie - prychnęła, przerywając wypowiedź krótkim, nerwowym, niemalże bezgłośnym śmiechem. Niedorzeczne. Jak niby chciała zakończyć coś, robiąc to samo, tylko na odwrót? I pomyśleć, że kiedyś chciała być jak ona. Jej oczy zapiekły, gdy łzy mimowolnie zebrały się w jej oczach. Żałosne, doprawdy żałosne. - A kto mi mówił, że jestem gorsza, bo mam na sobie rude łaty? Kto faworyzował mojego brata przez futro? Kto zakazywał posiłków rudym, kto wysyłał cały czas na patrole, kto chciał mi wbić do głowy, że nie ważne co zrobię i tak nie będę ciebie warta, bo mam inny kolor futra? I to ma nie być dyskryminacja? Mówisz, że niby to ja pomagam odbudować to, co było kiedyś, a zastanawiałaś się nad tym, co ty robisz? Może jednak nie różnimy się- urwała, odwracając łeb. Zwolniła wcześniej narastające tempo rozmowy, kładąc po sobie uszy. Wytarła łzy, które w między czasie wędrowały po jej policzkach. - Może ty i ta tyranka wcale nie różnicie się tak bardzo, co, Kamienna Agonio? 

< Kamienna Agonio? >

09 kwietnia 2022

Od Czajkowej Łapy CD. Rozżarzonego Płomienia

- Wycieraj ten syf ze mnie, już! Moje futro ma wrócić do poprzedniego stanu, zrozumiano? Tylko nie lej dużo wody, nie chcę zmoknąć. Najlepiej liż - to powiedziawszy zaszczycił dzieciaka oczekującym spojrzeniem. 
- Słucham? - pisnęła, widząc coraz bardziej wściekłego mentora. Ten uraczył ją jeszcze bardziej znaczącym spojrzeniem, wskazując przy okazji pyskiem na błotną plamę na boku.
- Ogłuchłaś? Masz się tego ze mnie pozbyć! - nakazał, pusząc brudne rude kłaki. Czajkowa Łapa niekoniecznie rozumiała, dlaczego on sam nie może się tego pozbyć, jednak posłusznie zaczęła wylizywać rdzawy bok. Błoto dotknęło jej języka, na co młoda skrzywiła się delikatnie. Było zimne, ziemiste i mokre. Obrzydliwe. Ale taka była kara za nędzne wykonywanie poleceń Rozżarzonego Płomienia. Kocur z niezbyt cierpliwym wyrazem pyska i gniewnym marszem wybijanym przez ogon co chwilę oglądał się na Czajkową Łapę. Kotka cały czas czuła na sobie presję wywoływaną przez ostre spojrzenie mentora, dlatego jak starała się jak najdokładniej naprawić swój błąd. 
- J-już. Przepraszam - miauknęła Czajka ze skruchą, odsuwając się od mentora. Żar zmierzył ją wkurzonym wzrokiem, po czym przeniósł swoje skupienie na rude futro. Już czyste, jednak jego pysk wciąż bił gniewnym pobłyskiem. 
- Przeprosiny na nic się nie zdadzą. To tylko puste słowa - prychnął rdzawy, wywracając oczami. Czajka skinęła cicho głową, kładąc po sobie smutno uszy. Skoro przeprosiny nic nie dają... to czemu miała kiedykolwiek używać tego wyrażenia? Tak nieznaczącego, niepotrzebnego... - Ale przynajmniej naprawiłaś swój błąd... dostatecznie. Idziemy. I tak zmarnowaliśmy już wystarczająco czasu przez ciebie - syknął, po czym przejrzawszy się jeszcze raz w wodnym lustrze, odszedł w stronę miejsca, gdzie mieli trenować. 
Czajka kątem oka dostrzegła swoje oblicze w tafli, w której poprzednio przeglądał się Żar. Rudą sierść na pysku zasłaniała brązowa plama brudu, prawie całkowicie przykrywając płomienną barwę. Kotka zatrzymała się na moment, przyglądając znajomej, a jednak za razem obcej mordce. Dotknęła delikatnie obłocony policzek, skupiając swój wzrok na przykrytych ziemią miejscach.
Miała świadomość, że gdyby tak wyglądała byłoby jej łatwiej w życiu. Bez rudych łat, przez które niejeden patrzył na nią jak na potwora. Gdyby nie one, może wszystko wyglądałoby inaczej. Może Kamienna Agonia patrzyłaby na nią przychylniej? Gdyby miała jej czarne futro i zielone ślepia, być może nawet i Wilcza Zamieć przestałaby traktować swoją córkę jak pomiot diabła? 
A jednak, brzydziło ją oblicze, które patrzyło na nią z wody. Chciała szacunku, nie litości od Rozżarzonego Płomienia i reszty klanowiczów. Nie chciała być traktowana jak zwykły, nierudy kot, niczym nie wyróżniając się z tłumu, nie łapiąc żadnego spojrzenia. 
Słysząc ponaglanie jej przez mentora, Czajka pośpiesznie zmyła z pyska błoto i dołączyła do podirytowanego ślimaczeniem się swojej uczennicy - Rozżarzonego Płomienia.

***

Każda noc była coraz gorsza. Róża powiedziała, że z czasem pozbędzie się koszmarów o tamtym dniu, jednak dzień w dzień przeżywała to samo, widząc lśniące białe futro i zimne, przenikające zielone oczy. Wspomnienie spędzało jej sen w powiek, a sytuacja z Zwęgloną Łapą wcale nie pomagała podnieść jej na duchu. Wciąż nie mogła uwierzyć, że czarny nie był jej bratem. Ostatnio nic nie miało sensu - jednak mieli zbyt wiele potwierdzeń, by temu zaprzeczać. Rozżarzony Płomień, Zajęcza Gwiazda... nawet Szczypiorkowa Łodyga była pewna tego faktu! Teraz spała z daleka od uspokajającego futra brata, bo ten "musiał zasłużyć na miłość ojca" i wszystko zdawało się trudniejsze. Tak bardzo chciała panować nad swoją sytuacją, w końcu czuć, że ma nad czymś kontrolę, a los cały czas rzucał jej kamienie pod łapy.
Wlokła zmęczonymi łapami po ziemi, stawiając kroki w śladach zostawionych przez Rozżarzony Płomień. Nie mogła zasnąć ostatniej nocy. Przewracała się z boku na bok, porywana przez morze własnych myśli. Jak mogła się od tego uwolnić? Był jakiś sposób? Nie minęło wiele czasu, zanim mentor zauważył nędzną postawę uczennicy i zarządził postój. 
- Co jest? Wyglądasz gorzej niż zdechła mysz - skomentował, rzucając szylkrecie podejrzliwe spojrzenie. - Szlajasz się gdzieś po nocach?
- Nie. 
- Więc? Co się stało? - jego ton wcale nie był troskliwy czy ciepły. Za nic nie przypomniał tego, którym kiedyś posługiwał się Zajęcza Gwiazda, jak przychodziła do niego z kocięcymi problemami. Rdzawy brzmiał na zirytowanego, może nieco zmieszanego marnym widokiem kotki. Ta jednak w tym momencie, same słowa wystarczyły. Jej oczy zaszkliły się, a Czajka mimowolnie podbiegła do rudego i wtuliła się w futro starszego kocura. Mocno przylgnęła do jego piersi i uderzenia serca potem łzy, któe próbowała pohamować zaczęły spływać z jej pyska. 
- Ch-chciałam się nie przejmować... chciałam go ignorować, chciałam gardzić czarnym futrem, ale... nie potrafię. Nie wiem, co mam zrobić, żeby przestać myśleć o Zwęglonej Łapie. Wiem, że jest nierudy i to powinno mi wystarczyć, ale nie wystarczy. Brakuje mi jego bliskości, jego pocieszających słów... - wyjęczała Czajka, przerywając co chwilę smutnymi podciągnięciami nosa. - Jak czuć się lepiej? Jak mam o tym wszystkim zapomnieć. I-i jeszcze... Z-zając... on... on... - ugryzła się w język. Nie mogła mu powiedzieć, co zrobił lider. Nie po tym, jak przyrzekły z Różą, że nikt inny się nie dowie. - M-miałeś rację, Rozżarzony Płomieniu. To zdrajca. Zwykły, plugawy zdrajca... - wyszeptała, zanosząc się szlochem. Po zrzuceniu z siebie pewnego ciężaru, bała się spojrzeć mentorowi w oczy. Bała się jego reakcji. Więc jedyne co zrobiła, to przytuliła się mocniej, szukając ulgi i bezpieczeństwa w objęciach Żaru. 

< Rozżarzony Płomieniu? >

Od Czajki (Czajkowej Łapy) CD. Kamiennej Agonii

Rude łaty? O to cały czas chodziło? Tylko o to? Przecież... były ładne! Prawda? Ślicznie odznaczały się na jej futerku. Dodawały koloru, podkreślały oczy. Nie wyobrażała sobie swojego odbicia w kałuży bez nich! A jednak, w tym momencie, gdy Kamienna Agonia wypowiedziała te słowa, tak bardzo chciała się ich pozbyć. Chciała wykąpać się w smole, pozwolić, by pokryła jej całe ciało. Zakryła te wszystkie "niedoskonałości" wskazane przez Kamień. Zmyć z siebie rudy kolor. Zostałby tylko czarny. Jak u Węgla. Dlaczego nie mogła mieć jego futra? Dlaczego nie mogła mieć jego bezproblemowego charakteru i prostszej sytuacji? Czy prosiła o aż tak wiele? 
Zrzucona z łapy starszej kotki, upadła z cichym piskiem na suchą ziemię żłobka. Zobaczyła nad sobą zimne spojrzenie zielonych ślepi, które niemalże z obrzydzeniem obserwowały jej niewielkie ciałko. Czajka chciała się schować. Ukryć przed oceniającym wzrokiem ciotki. 
— Jak tak chcesz wiedzieć, to się spytaj twojej matki — parsknęła. — Albo jakiegoś starszego wojownika — dodała. — Nie wiem, byle nie mnie. Nie mam zamiaru opowiadać historyjek.
Nie chciała durnych historyjek. Nie chciała pytać Wilczej Zamieci - i tak by nie odpowiedziała. Gardło miało splecione pajęczyną, wydając z siebie tylko ciche pomruki i piski. Kamienna Agonia opuściła legowisko, zostawiając kocię za sobą. Czajka odprowadziła ją rozżalonym wzrokiem, po czym gniewnie uderzyła łapką o ziemię, bezsłownie próbując wyrazić swój gniew. To takie niesprawiedliwe. Przecież nie miała wypływu na to jak wygląda! Chyba nie miała... 

***

Znalazła obiekt poszukiwań prowadzonych od rana. Skoro Kamiennej Agonii chodziło o futro, to gdyby się go pozbyła, to problem by zniknął, prawda? Niestety, wyrywanie sierści z grzbietu było bolesne i mało efektywne, więc postanowiła spróbować czegoś innego. I tak, znalazła się przed kałużą. Sporą, ładnie błyszczącą w słońcu. Maziowate błoto idealnie przykryje jej futerko i będzie jak Węgielek. Nudna, ale lubiana! Zebrała siły w łapkach, po czym wskoczyła w zmiękłą ziemię zmieszaną z piaskiem i wytarzawszy się dokładnie, postanowiła od razu pokazać się nikomu innemu jak Kamiennej Agonii. Gdy stanęła przed krytycznym zielonym spojrzeniem, cała jej poprzednia pewność siebie wyparowała niczym woda z kałuży w gorący dzień. Przecież... przecież tak się starała! Zmieniła się dla niej! A czarna nadal patrzyła na nią jak na robaka!
- No nieźle. Rudy próbujący zakryć swoje łaty. Sądziłam, że wszyscy tutaj to rasiści, ale najwidoczniej pająki nie zasnuły wam jeszcze mózgownic. I tak nie zamaskujesz tego, kim jesteś - dostała na pożegnanie, po czym jak zwykle - wyminięto ją i wrócono do własnych zajęć. Czajka podciągnęła nosem, czując, jak to jedno zdanie wbija jej się w tył głowy i wwierca prosto do mózgu. "Nie zamaskujesz tego, kim jesteś". Więc co mogła zrobić, żeby ktoś ją w końcu polubił?

***

 - Urodziły się już. Słyszałaś? - Szczypiorkowa Łodyga sypnęła krótką informacją, biorąc kolejnego gryza skromnej myszy, którą powoli kończyła. Czajka poruszyła uchem, mimowolnie bardziej skupiając się na rozmowie do której została wcześniej wciągnięta. W końcu musiała zacząć spędzać więcej czasu ze swoimi, więc Szczypior zaprosiła ją do ich kółeczka wzajemnej adoracji. Szczypior, Marchew, Fretka... prawie wszystkie kotki blisko jej mentora. Skoro on nie był zły, one też nie mogły, prawda?
- Trudno było nie słyszeć. Darła się na cały obóz - prychnęła Marchewkowy Grzbiet. 
- Ja je nawet widziałam - przyznała się Fretkowy Bieg. reszta zwróciła na nią pytające spojrzenie.
- Po co niby?
- Nie mów mi, że nagle ci się jej szkoda zrobiło?
- Oczywiście, że nie - kotka odgoniła od siebie oskarżenia. - Chciałam coś sprawdzić. I nie uwierzycie, kto taki prawdopodobnie jest ojczulkiem tych szkodników - zaśmiała się, na co pozostałe kotki uniosły ciekawsko uszy. 
- No, dawaj - zachęciła Szczypiorkowa Łodyga, mając nadzieję, że to pomoże rozwiązać język Fretkowego Biegu. 
- Idź sama zobacz, skoro taka ciekawa jesteś - prychnęła Marchew, wywracając oczami. Szczypior rzuciła jej zirytowane spojrzenie.
- Jakbyś nie widziała, to jeszcze nie skończyłam jeść. Poza tym, Kamień robi się coraz mniej rozrywkowa. Nic tylko leży w tym swoim dołku rozpaczy. Myślałam, że stać ją na więcej. Więc nie, nie chce mi się do niej iść i specjalnie przerywać posiłku dla tej czarnej glizdy. 
- To się nie dowiesz, proste - Marchew wstała, wyciągając długi grzbiet. Ślepie Szczypior błysnęło, gdy nagle przypomniała sobie o obecności Czajki, która po cichu malowała pazurem wzroki na piasku. Perspektywa wypowiadania się w takiej rozmowie była dziwna, więc zajęła się drugą najlepszą rzeczą do roboty - słuchaniem z wzrokiem wbitym w podłoże. 
- A może nasza nowa koleżanka pójdzie i nam powie, skoro Fretka jest dzisiaj trudna do obycia. Co ty na to, Czajkowa Łapo? Widzę, że ciebie też to ciekawi - zamruczała buro-ruda, szturchając łapą córkę Wilczej Zamieci. - No nie daj się prosić. Przecież Kamienna Agonia nie gryzie. W zasadzie to nic już nie robi.
- Tak.. nic... - westchnęła Czajka, wstając. Nie miała powodu by nie zgadzać się na prośbę Szczypiorkowej Łodygi... no, pomijając jeden, tyci powód. Nie chciała oglądać na oczy Kamiennej Agonii. Nienawidziła widoku jej zielonych ślepi, czarnego jak smoła futra. Szukała w niej niegdyś ideału. Była taka wspaniała w jej oczach, zanim Kamień zniszczyła to wszystko. Jedyne do czego była dobra była zastępczyni. Niszczenia. Zniszczyła ich szansę, zniszczyła sposób, w jaki Czajka niegdyś na siebie patrzyła, zniszczyła relację jej i brata. I gdyby nie poznała Rozżarzonego Płomienia, na pewno nadal użalałaby się nad swoim kolorem futra. On był jej płomieniem, a Kamienna Agonia przeszkodą na jej drodze. Niczym więcej. Mimo tego, że chciała w to wierzyć, chciała ignorować czarną kotkę jak ona kiedyś ją, to uczucia do zielonookiej wciąż się w niej gotowały na sam jej widok. A takie odwiedziny tylko podjudzały nienawiść młodszej do karmicielki. Ale zgodziła się. Niechętnie skierowała kroki w stronę leża starszyzny, a wkładając głowę do środka ujrzała niespodziewany widok.
- Czyli plotki były prawdziwe. Jak miło - wycedziła, widząc jak przy brzuchu Kamiennej Agonii leży czwórka kociąt, z czego dwójka nosiła śnieżnobiałe futro. Takie same, jak Zajęczej Gwiazdy. Na sam jego widok dreszcz wstrząsnął ciałem Czajki, jednak zacisnęła kły i dalej stała nad czarną kocicą, zasłaniając padające na nią promienie słoneczne. 

< Kamienna Agonio? >



07 kwietnia 2022

Od Czajkowej Łapy CD. Różanej Łapy

- Przejdźmy kawałek dalej... i.... spróbujmy znaleźć wymówkę. Może nas nie widział. - Dodała na koniec, nieco ciszej, chcąc skierować swoje kroki jak najdalej od miejsca zbrodni. Czajkowa Łapa słyszała słowa siostry, jednak nie potrafiła się w nie wsłuchać. Wpadły one w wir wiatru, zgubiły znaczenie po drodze do zakończonych pędzelkami uszu. Para wydostawała się z jej szeroko otwartego pyska z wydechem. Każdym coraz krótszym, cięższym niż ostatni. Brązowe oczy błysnęły, przeszklone żałosną mgiełką smutku i strachu. Słone łzy spływały po jej policzkach, by spaść na śnieg pomiędzy jej łapami. Wzrok błądził po skrzącym się białym puchu, gdy zimno próbowało ją pojmać. Tak bardzo nie chciała tu być. Tak bardzo chciała dać się pożreć śnieżnej polanie, zatopić w chłodnej pierzynie, by zmyć z siebie ten ciężar. Skazę, jaka wryła się w jej mózg, odebrała resztki kocięcej naiwności. Wszystko miało być kiedyś w porządku. Zając miał być kimś, komu miała ufać. Jeśli nawet on dopuszcza się takich czynów... czy jest ktokolwiek, komu można było powierzyć zaufanie?
Wizja Czajkowej Łapy powoli zaczęła się rozmywać, pokrywając się coraz większą ilością słonych łez. Czuła, jakby korzenie wydrapały dziury w jej żołądku, przebijając się do płuc, ściskając serce. Hiacyntowe uczucie podeszły jej do gardła i wydały plony w postaci zduszonego, rozdzierającego wrzasku. Parę nędznych wróbli poderwało się do lotu z pobliskich martwych krzewów, słysząc żałosny jęk młodej kotki. Szylkretowa sylwetka upadła na ziemię, chowając pysk w łapach nękanych dreszczami. Śnieg otulił jej drżące ciało, wpinając się w sierść, ochładzając skórę. Nie potrafiła się ruszyć. Nie potrafiła uciekać od miejsca zbrodni. 
- Czajka - jej imię padło z ust siostry. Tortie czuła na sobie jej ponaglający wzrok. Zdenerwowany, niecierpliwy. Zaczerwienione od płaczu ślipię łypnęło na calico znad śniegu. Widziało ślady po łzach, niedbale starte z policzka. Jak mogła być tak spokojna? Jak mogła stać na pewnych łapach, gdy dopiero co zobaczyły morderstwo? Wykonywanie przez nikogo innego, a kogoś, kto miał być dla nich wzorem. Świętym symbolem wszystkiego, co dobre, bezpieczne. Ten czyn zdarł z białego wyidealizowany obraz wspaniałego opiekuna. Jak mógł... jak mógł coś takiego zrobić? Jak mógł je tak porzucić?! Jak śmiał zabrać im coś, czego wciąż tak bardzo potrzebowały?! Był jednym z nielicznych... nie - jedynym, który był pewnikiem w ich życiu. Ostoją, spokojem, schronieniem, do którego zawsze mogły zwrócić się o pomoc, radę. A teraz? Roztrzaskał to wszystko jednym, okropnym czynem. Wybuchający gniew całkowicie przyćmił strach czy smutek. Ostro zaciśnięte szczęki, wysunięte pazury, para buchająca z nosa. Furia zalała jej wnętrzności, roziskrzyła piersi, zwęziła źrenice. Rozżarzony Płomień miał rację. Zajęcza Gwiazda to zdrajca. Nierudy, plugawy zdrajca. 
- Czajka, musimy iść - rozkazała Różana Łapa, pomagając Czajkowej Łapie podnieść się z śniegu. Ruszyły. Tętent łap rozbrzmiał na pokrytej śniegiem ziemi. Tak jak wcześniej Zajęcza Gwiazda, jego siostrzenice zacierały za sobą ślady. Nikt nie mógł wiedzieć, że tu były. 

***

Patrzyła tępo na skałę zwieńczającą obóz Klanu Burzy. Biała sylwetka jaśniała w wschodzącym słońcu, podczas gdy reszta obozu wciąż była spowita w sennym cieniu. Wronie wrzaski rozległy się gdzieś na niebie, a ich czarne skrzydła przecięły chwilowo promienie złotego kręgu. Zielone ślepia błysnęły groźnie, na co Czajka zmrużyła powieki. Nie przyznał się. Gdy przyniesiono cielsko do obozu, Zajęcza Gwiazda wysłał patrole w miejsce, gdzie został znaleziony. Zachowywał się, jakby o niczym nie wiedział. Nie potrafiła na niego patrzeć tak samo po tym. 
Obrzydzał ją. Bała się go. Nie potrafiła mu drugi raz zaufać. 
A zarazem czuła dziwnego rodzaju podziw do kocura. Kamienna twarz, zwodnicze spojrzenia. Znała prawdę, a jednak biały wydawał się tak przekonywujący, że byłaby skora mu uwierzyć. W pewnym sensie... w pewnym sensie zazdrościła mu tej umiejętności. Gdyby tak potrafiła, o ile życie byłoby łatwiejsze...
Wypatrzyła w tłumie Różaną Łapę. Ukryta pod cienistym kocem podeszła cicho, siadając niedaleko kotki. Jedno pytanie ciążyło jej na grzbiecie odkąd dotarły do obozu tamtego dnia.
- Myślisz, że wie? - zapytała cicho, uciekając wzorkiem w bok. Jeśli jego oblicze potrafiło być tak zwodnicze... to co jeśli czekał na odpowiedni moment, by wbić im pazur w plecy? 

< Róża? >

14 marca 2022

Od Czajkowej Łapy CD. Rozżarzonego Płomienia

 Błoto posklejało jej sierść, dostało się między palce i zęby. Szczególnie, gdy Rozżarzony Płomień przydusił ją na pobudkę. Żałowała. Żałowała swojego nieposłuszeństwa tamtego dnia. Przecież miało wyjść inaczej! Miał się chwilę pogniewać i potem pogodzić... a nie wrzucać z rana w błoto! Może za szybko odpuściła? Nie widziała innego rozwiązania. Dlaczego nie mógł być jak Glina i spokojnie wytłumaczyć, co zrobiła źle i pocieszyć? Wtedy na pewno by się poprawiła... chyba. 
- Dzisiaj poćwiczymy walkę - ogłosił, rozgrzewając swoje ciało w lekkim truchcie. Próbowała za nim nadążyć, jednak łapy grzęzły jej w zawiesinie, przez co jakikolwiek ruch inny niż ostrożny, ślamazarny krok był niemożliwy dla młodej, niewysokiej kotki. Rudy obejrzał się za siebie parę razy, żeby zobaczyć, czy na pewno za nim idzie, a za każdym razem gdy się odwracał, Czajka wymuszała na pysk uśmiech i chociaż delikatnie pewniejszą siebie pozę. Żeby być jak on! Rudy nie dawał się błotu, a jego futro było niemalże nienaruszone, może pomijając łapy które chcąc czy nie, i tak się ubrudziły od chodzenia po rozmiękłej ziemi.
- Stawiaj wyżej łapy - poinsturował ją krótko, a kotka zaraz spróbowała wdrożyć to w życie. Miała wrażenie, że wygląda jeszcze głupiej niż przed chwilą... 
- Więc, trening walki. Gdybyś spotkała jakiegoś brudnego samotnika, albo kota z innego klanu na granicy musisz wiedzieć jak się obronić...
- Będziemy ćwiczyć w taką pogodę? - przerwała mu, na co rdzawy wojownik ostro przeciął powietrze ogonem.
- Nie przerywaj mi - syknął, by zaraz dumnie się wyprostować. - Tak. Na normalnym polu walki nie ma gwarancji, że trafisz na równy, twardy teren i świecące słoneczko, więc będziemy ćwiczyć na jak najgorszym terenie, żebyś się nauczyła porządnie, a nie "na odwal się". Rozumiesz? 
Skinęła głową na potwierdzenie jego słów. Zaraz wytłumaczył jej kilka podstawowych strategii. Pokazał parę póz, uników... poruszał się tak pewnie, tak zgrabnie mimo niepewnego podłoża. Wiatr przygrywał jego naukom, a Czajka słuchała mistrza jak zaczarowana. 
- Załapałaś? - zakończył, na co odpowiedziało mu ciche "tak" z pyska szylkretowej terminatorki. Żar stanął, prostując łapy i grzbiet. - Dobrze. Teraz twoja kolej. Pokaż, co zapamiętałaś. 
- Już - rzuciła, podnosząc się z siadu. Powtórzyła tyle ile pamiętała i przeszła do ustawiania się w odpowiedniej pozycji. Ślizgała się na błocie. Widziała to. Jej łapy rozjeżdżały się w miękkiej ziemi. Nie potrafiła złapać balansu, równowagi. Czuła na sobie wzrok Rozżarzonego Płomienia. Zawiedzione spojrzenie. Jej uszy opadły nieznacznie. Starała się! Zagryzła zęby, usilnie próbując powtórzyć ruchy płomiennego wojownika. Da radę. Musi dać! Chciała, żeby Rozżarzony Płomień był z niej dumny. Musiała być idealna. Musiała robić wszystko tak, by zdobyć jego aprobatę. Potrzebowała tego. Tak bardzo potrzebowała...
- Źle - ogon mentora uderzył jej grzbiet. - Jesteś za wysoko. Znowu. Próbuj jeszcze raz.
Wzięła głębszy wdech. Tym razem da radę.  Tym razem... i z tą myślą łapa podwinęła się jej przy skoku podczas jednego z uników. Straciła równowagę i z całym ciężarem poleciała na Rozżarzony Płomień, który nawet nie zdążył zareagować na jej widowiskową wywrotkę. Błoto wyleciało w powietrze, lądując na rdzawym futrze Żaru, tworząc na nim przypominające szylkretową maść łaty. Swoją drogą, z Rozżarzonego Płomienia wyszłaby całkiem ładna tortie... Na tą myśl na pysk Czajki wpłynął rozbawiony uśmiech. Dźwignęła się na łapy i odwróciła się w stronę rudego, by ujrzeć jego mordkę, połowicznie umorusaną w ziemi. 
- Nie chciałam! - zawołała kuląc się, zarejestrowawszy jego złowieszcze spojrzenie.

< Żar? >

Od Czajkowej Łapy CD. Zwęglonej Łapy

 Widząc zapłakanego Zwęgloną Łapę, w jej oczach też zakręciły się łezki. 
- Ja też nie chcę, żeby była! - załkała, wieszając się na szyi brata. W krótce oboje zanieśli się łzami, szlochając sobie wzajemnie. Tak bardzo prosiła, żeby Żar się jednak mylił. Może... może pomylił imiona? Albo koty? Ale skoro nawet Zajęcza Gwiazda to potwierdził... to musiała być prawda. Pokręciła głową, podciągając nosem.
- Nie chcę, żebyś nie był moim braciszkiem... czy to... czy to znaczy, że nie będziemy się już lubili? 
- Będziemy! Zawsze będziesz moją siostrzyczką, Czajeczko! Zawsze, nie ważne czy jestem mentorem Kamiennej Agonii, jej synem czy Wilczej Zamieci! Nie ważne!
Czajka chciała w to wierzyć. Ale... ale to było ważne! Mieli się trzymać razem... razem być smutni, że mama ich ignoruje. I że nie mają taty. A teraz... Węgiel miał mamę. Która się nim zajmowała i dawała mu uwagę. Pewnie zaraz się okaże, że tatę też ma ukrytego. I co wtedy? Miały zostać z Różą i Pasikonikiem z tym same? Nie, tak nie mogło być! 
- Pójdę... pójdę zapytać Rozżarzony Płomień jeszcze raz! - postanowiła, odrywając się od czarnego kocura. Już miała pędzić do leża wojowników, by dopytać rudego o prawdziwość jego słów i czy aby na pewno się nie pomylił, gdy przystanęła kawałek dalej od Zwęglonej Łapy. Odwróciła się, patrząc na niego z niepewnością. Co jeśli... on chciał, żeby tak wyszło? Może i teraz wyglądał na smutnego, ale zawsze jak widziała go z Kamienną Agonią to był taki szczęśliwy... 
- Idziesz? - rzucił, widząc stającą w miejscu Czajkę. Pokręciła głową, wyrzucając z niej natrętne myśli.
- Idę - odpowiedziała zdeterminowana. - A ty idź upewnij się do Zająca. Czy aby na pewno tak jest. 
Węgiel skinął jej łebkiem, po czym udał się do legowiska, podczas gdy ona pobiegła do Rozżarzonego Płomienia.

***

Żar tylko potwierdził swoje słowa. Po raz kolejny... czyli nie było innej możliwości? To musiała być prawda?
Czajkowa Łapa wróciła ze zwieszoną głową w miejsce, gdzie się rozstali z Zwęgloną Łapą. Niedługo po tym, jak dotarła, czarny kocur pojawił się w zasięgu jej wzorku. 
- I co powiedział? - zapytała, z nadzieją, że chociaż Węgielkowi poszło lepiej w obalaniu tej okropnej teorii która stawała się prawdą.

< Zwęglona Łapo? >

Od Czajkowej Łapy CD. Różanej Łapy

 - Ah, tak, bo kot po całodniowym treningu i jeszcze dodatkowej każe byłby żywym srebrem, palącym się jeszcze do roboty - prychnęła tortie, wywracając oczami. Róża parsknęła cicho pod nosem.
- No dobra, może masz rację. Ale ponawiam pytanie. Rozżarzony Płomień nie męczy cię zbytnio na tych treningach? Widziałam twoje pobudki. Są dosyć... zaskakujące - napomniała Różana Łapa, wciąż zajmując się wymianą mchu. Owszem, może tylko Czajka była budzona rano w ten sposób, jednak wcale jej to nie przeszkadzało. Ba, śnieżna kąpiel była wspaniałym sposobem na rozbudzenie się rano!
- To tylko... tylko taki sposób, żeby lepiej mi się potem trenowało.
- Raczej żeby łatwiej złapać zielony kaszel...- mruknęła Róża pod nosem.
- No przestań. Przecież to nic takiego! - nawet nie zauważła, jak często musiała wyjaśniać zachowajia jej mentora przed rodzeństwem. Właściwie, to dużo o niego pytali... czy tylko ona widziała, że Rozżarzony Płomień wcale nie jest taki straszny jak się wydaje? Różana Łapa wciąż nie wyglądała na przekonaną. Wzruszyła tylko ramionami, wracając do roboty. Chwila niezręcznej ciszy nastała między kotkami. Czajka nie lubiła ciszy. Kojarzyła jej się z samotnością, której nie potrafiła znieść.
- To... kiedy masz chwilę wolnego? Żar pokazał mi fajne miejsce, mogłabym cię tam zabrać - zamruczała, mając nadzieję wzniecić ciekawość siostry. Ucho calico podniosło się, a brązowe ślepia zwróciły ku siostrze.
- Fajne miejsce? Tak fajne jak zgromadzenie?
- Nie! Tym razem nie wpadniemy w kłopoty! Jest na terenach Klanu Burzy, więc nie powinniśmy mieć problemu z dostaniem się tam - wytłumaczyła, czekając na odpowiedź Róży.
- No dobra, zapytam Wietrzną Melodię kiedy bym mogła iść - odpowiedziała po chwili namyślu, na co Czajka zaregowała uśmiechniętym wyrazem pyska. Czyli ustalone. Szykowała się siostrzana wycieczka!

***

Nareszcie udało im się znaleźć taki dzień, gdzie obie były wolne. Grzecznie poprosiły swoich mentorów o zgodę na wyjście, po czym wybyły z obozu. Cięzko było przedzierać się przez śnieg, jednak.płomienie słońca figlarnie przeskakujące z białego puchu na ich futra przynajmniej zapewniały im odrobinę ciepła.
- Więc? Gdzie postanowiłaś mnie zatargać tym razem? - miauknęła Róża, cały czas bacznie obserwując otoczenie. Czajka rzuciła jej radosne spojrzenie.
- Zaraz zobaczysz - zamruczała z blaskiem w oku. W zasadzie, miejsce w które zabierała Różę nie było jakoś specjalne. Po prostu chciała pospędzać czas z siostrą, a zabawne miejsce było tylko dodatkiem. Po jakimś czasie zauważyły ślady kocich łap pozostawione na śniegu. Były przetarte i ciężko było stwierdzić, ile osobników tędy szło, jednak pachniały Klanem Burzy, więc nie miały się o co martwić. Może któryś z burzaków wyszedł na polowanie? Albo jak one - wspólny spacer? Nie przejęły się tym zbytnio i dalej szły ku kierunku wyznaczonym przez Czajkową Łapę.
- To tutaj - zawołała, zaraz wskakując na gałąź najbliższego drzewa.
- Szłyśmy taki kawał, żeby dość do... drzewa? Zwykłego drzewa? - Róża uniosła jedną brew, widocznie rozczarowana efektem podróży.
- Nie, nie. To nie jest zwykłe drzewo. Spójrz - wskazała na pień. Gdy Róża doskoczyła do niej i złapała balans na gałęzi, uniosła łebek i ujrzała to, co Czajka chciała jej pokazać. Była to dziupla. Głęboka i na tyle duża, by można tam było wsadzić łepek.- To może być nasza tajna skrytka! Możemy tu mieć skarby i nikt ich nie znajdzie!
- W sumie... niezły pomysł - przyznała Różana Łapa, mimo początkowego nieprzekonania. - To co teraz?
- Kto szybciej na górze ten wygrywa? - zarzuciła Czajka po chwili rozmyślać wskazując ogonem na najwyższą gałąź. Róża uśmiechnęła się delikatnie.
- W takim razie... start! - zakrzyknęła, by wystrzelić z gałęzi ku górze jak strzała. Drzewo nie było wysokie, więc wyscig nie trwał długo. Nawet nie musiały się kłócić co do wyniku. Oczywistym było, że wygrała Róza.
- Nieźle się wspinasz. Wietrzna Melodia cię nauczyła?
- Pokazała mi co i jak- Różana Łapa urwała, gdy do ich nosa dotarł znajomy zapach. Zajęcza Gwiazda i jeszcze jakiś kot. Kotki rozejrzały się w poszukiwaniu białej mamy, co było trudnym zadaniem. Żeby wypatrzeć go w śniegu naprawdę trzeba było mieć sokoli wzrok. Na szczęście jego towarzysz ułatwił zadanie. Niebieskie futro dużo łatwiej było zobaczyć na białym tle.
- Kto to?
- Zając, przecież... - zaczęła Czajka, by zaraz usłyszeć ciche prychnięcie.
- Wiem, że Zając. Przecież czuję. I widzę... poniekąd. Chodzi o tego drugiego. Kto to? - Czajka zmrużyła oczy, próbując skupić wzrok na dwóch sylwetkach. Nie potrafiła rozpoznać niebieskiego z takiej odległości.
- Stąd nie widzę... chodźmy bliżej.
- Po co? Skoro odeszli taki kawał, to pewnie chcą być sami.
- Żeby co robić? Po co niby mieli by się z czymkolwiek chować? Chodź idziemy. Chyba, że się cykasz - posłała jej delikatnie złośliwe spojrzenie, na co Róża nadęła policzki.
- Wcale się nie cykam! Idziemy... chociaż nadal nie wiem czemu aż tak ci na tym zależy - westchnęła, schodząc powoli z drzewa. Czajkowa Łapa miała dobry powód. Chciała zobaczyć, czy plotki o Zajacu rzeczywiście są prawdziwe. że umawia się z róznymi typami na boku, albo że prowadzi dziwną tajną grupkę. Ciekawiło ją to. Gdy zeszły z drzewa, zaczęły iść powoli do Zajęczej Gwiazdy i jego gościa. Wiatr wiał im prosto w pysk, więc nie było możliwości, że biały je wyczuje. Czajka czuła obok siebie, że Róża delikatnie się spina. Nie rozumiała czemu jej siostra była przeciwna temu pomysłowi. Przecież jak dobrze pójdzie, Zając ich nawet nie zobaczy! Tylko podpatrzą co robi i zaraz znikają! I tak, doszły na tyle blisko, żeby widzieć całą scenkę. Za osłoną krzewów i głazów, nie było opcji, że Zając je zobaczy, chyba, że mocno wytęży wzrok. Minus ich kryjówki był taki, że same niewiele widziały...
Nagle do nosa Czajkowej Łapy dotarł ostatnio poznany zapach. Zapach tak przerażający, tak obrzydliwy, że skręcał jej wnętrzności i unieruchamiał łapy. Zapach tak odrażający i mimo tego, że czuła go tylko raz, wyryła się w jej pamięć cierniami do tego stopnia, że rozpoznałaby go wszędzie. Zapach śmierci. Momentalnie zamarła, kładąc spanikowanym ruchem łapę na łapie Róży. Przekaz był prosty.
Nie ruszaj się.
Różana Łapa zastygła bez ruchu, zanielokojona zerkając na siostrę. Niewiedza tylko napawała Czajkę strachem. Dlaczego czuła ten swąd tak blisko. Dlaczego był tak świeży. Dlaczego... dlaczego dobiegał z miejsca, gdzie właśnie stał Zajęcza Gwiazda? Gdy uniosła delikatnie łeb, zobaczyła niebieskie cielsko leżące bez życia na śniegu. A nad nim Zajęczą Gwiazdę, trzymającego coś w łapie. Biały kocur rozrzucił na śniegu czerwone jagody. Ich barwa wybiaja się na tle białego puchu, aż paląc w oczy. Oddech Czajkowej Łapy przyspieszył, gdy Zając zaczął się rozglądać. Skuliła się, chowając pysk w łapach, by czasem nie usłyszał jej oddechu. By nie usłyszał jej żałosnych prób powstrzymania wybuchu płaczu. Nie rozumiała. Nie rozumiała co się działo. Dlaczego kocur, któremu ufała, którego kochała, stał teraz nad ciałem klanowicza, nie reagując. Nie wołając o pomoc dla niego. Nie chciała w to wierzyć. Cały czas liczyła, że nagle usłyszy tęten łap biegnących, by sprowadzić pomoc. Jednak nie doczekała się. Jednym co słyszała, był własny, drżący oddech. Modliła się, by Różana Łapa nie wydała z siebie najmniejszego dźwięku. Jeśli to zrobi, Zając dowie się, że tu są. A wtedy... wtedy...
Nagle usłyszała trzask śniegu. Obił się w jej uszach, powtarzając parę razy. Był coraz bledszy. Oddalał się. Zaraz za nim było słychać kolejne szuranie. Zacierał ślady ogonem. Nie chciał, żeby ktokolwiek się dowiedział, że tam był. Dlaczego? Dlaczego chciał to ukryć? Przeiceż to nie on... to nie jego wina... nie mógł by...
Spojrzała przerażonym wzrokiem na siostrę. W brązowych oczach torie zatańczyły łzy, by po chwili spłynąć po policzkach i rozbić się na zimnym śniegu.
Czego właśnie zostały świadkami?  

< Różana Łapo? >

13 marca 2022

Od Czajkowej Łapy CD. Zwęglonej Łapy

 "Nie żyją."
To krótkie wyrażenie odbiło się w jej uszach. Sprawiło, że nie mogła poruszyć łapkami, a jej oddech stał się krótszy, płytszy. Jak to nie żyli? Przecież jeszcze wczoraj... jeszcze wczoraj...|
- Czajeczko... Chyba nie będzie już więcej opowieści o morzu... Już nie będzie - miauknął smutno Węgielek, kiwając głową na boki. Spojrzała na niego pustym wzrokiem. Nie potrafiła w to uwierzyć. To... to nie miało sensu! 
- N-nie... to nie prawda - miauknęła, otrząsając się z szoku który ją wcześniej zniewolił. Postawiła parę kroków w tył. Położyła po sobie uszy, by zaraz przecisnąć się pomiędzy zebranymi kotami i przylgnąć do zimnego ciała jednego ze staruszków. Tyle jeszcze miała pytań do nich. tyle opowieści, których jeszcze nie wysłuchała. To... to za wcześnie! Potrząsnęła barkiem niebieskiego kocura. 
- Narcyzowy Pyle, obudź się, proszę! - załkała, czując, jak strach i żal zalewają jej ciało. Nie chciała ich tracić. Byli dla niej jak prawdziwi dziadkowie. Nie zgadzała się na ich odejście! 
- Czajkowa Łapo... - ktoś z tyłu wywołał jej imię. Szylkreta jednak nie słuchała. Dalej cicho łkała, przyzywając do siebie imiona Narcyzowego Pyłu i Orlikowego Szeptu. Bycza Szarża domknął wcześniej uchylone oczy Orlika. 
- To już nic nie da... daj im odejść w spokoju-
- Nie dam! Nie mogą... nie... - ktoś złapał ją za kark i wyciągnął z leża starszyzny. Rozmazaną przez łzy wizją widziała oddalające się ciała staruszków. To niesprawiedliwe! To nie był ich czas! Bycza Szarża odłożył uczennicę obok brata. Czajka nie wiedząc, co jeszcze mogłaby zrobić wtuliła się w czarne futro brata. Była taka bezsilna względem śmierci i odchodzenia. Nie ważne jak bardzo pragnęła, żeby ktoś przy niej został i tak odchodzili. Zostawiali ją. Jeszcze bardziej samotną niż wcześniej była. Poczuła, jak Zwęglona Łapa otula ją ogonem. Dreszcz przeszedł jej futro, gdy zdała sobie sprawę z okropnej możliwości.
- Węgielku... ty... ty mnie nie zostawisz, prawda? - zaszlochała, podciągać nosem.
- Nigdy Czajko! Kocham cię mocno i nieważne co zrobisz, będę przy tobie - zapewnił ją, tuląc mocniej do siebie. Szylkretka mocniej przylgnęła do ukochanego braciszka, mocząc jego futro łzami. On jej nie zostawi. Nigdy. Na zawsze będą razem. Na pewno.

***

Spojrzała nerwowo na Zwęgloną Łapę. Brata, który nagle okazał się nie być jej bratem. Przynajmniej według Rozżarzonego Płomienia. Pokręciła głową, próbując wyrzucić z niej natrętne myśli. Znając życie, Węgiel nie wiedział. Żar by mu nie powiedział. A Kamienna Agonia tym bardziej, skoro chciała to utrzymać w tajemnicy. Ona będzie lepsza. Trzymanie tego w tajemnicy byłoby okrutne. Przede wszystkim chciała zrzucić ciężar trzymania tego w sobie. Miała dość gryzących ją po nocach myśli.
- Węgielku. Kamienna Agonia... Kamienna Agonia jest twoją mamą. Nie jesteś moim bratem, tylko jej synem. Oddała cię Wilczej na wychowanie, ale było jej głupio więc teraz się zajmuje tobą. I tylko tobą - wypaliła przy najbliższej okazji, bez żadnego porządnego rozpoczęcia rozmowy. Idealny temat podczas jedzenia piszczek. 

< Węgielku? >

Od Czajkowej Łapy CD. Rozżarzonego Płomienia

Uderzanie po łbie od Rozżarzonego Płomienia chociaż niekoniecznie przyjemne, było dobrym sposobem na wrzucenie jej z powrotem do rzeczywistości. Coś jej nie pasowało w narracji Żaru. Skoro... skoro niby byli lepsi, to dlaczego Kamienna Agonia zawsze sprawiała wrażenie jakby patrzyła na nich z góry? I też jakby to było prawdą, to Czajka nie powinna dostawać więcej uwagi od czarnego brata?
- Znowu się zamyślasz. Jak coś cię gryzie to mów, a nie odlatuj - prychnął.
- Bo... Kamienna Agonia zawsze go odwiedzała w żłobku i była dla niego miła, a na nas nie chciała patrzeć - spuściła po sobie uszka.
- I to cię martwi? Uwaga jakiejś brudnej nierudej?
- Ale to zastępczyni...
- Może i być liderem, ale jest tym czym dla mrówki kamień, niczym. Nie jest warta nas, a tym bardziej nie żałuj braku uwagi z jej strony - Czajka uniosła wzrok na pysk Rozżarzonego Płomienia. Jego pomarańczowe ślepia były pełne pewności siebie. Widząc jego postawę, nie potrafiła mu nie ufać. Musiał mieć rację, skoro wyglądał dumnie i pewnie swojego zdania. Coś jeszcze zwróciło jej uwagę. "Nie jest warta nas"... nas? Wiedziała, że prawdopodobnie mówił o wszystkich rudych, a nie o ich dwójce, ale... w tym jednym momencie poczuła, że gdzieś należy. Z Rozżarzonym Płomieniem. Uczucie, którego tak jej brakowało, nareszcie roziskrzyło się w jej głowie, powoli tląc i buchając coraz większymi płomieniami. Nie chciała... nie mogła go teraz puścić. Było wspaniałe - dodawało jej siły, pewności. Nareszcie poczuła się... dobrze. Nie miała zamiaru teraz kwestionować, co mówił jej Rozżarzony Płomień. Nie mogła go zawieść, wahając się pomiędzy prawdziwością jego słów, a własnymi przekonaniami. Straciłaby go. Kotka, który był przy niej na każdym treningu. Pilnował, poświęcał czas, udzielał lekcji. Straciłaby też to piękne uczucie i uwagę mentora. Na samą tą myśl jej ciało objął paniczny strach. Wzięła jeden drżący wdech. Wierzyła. Ufała mu. Nie okłamał by jej. Odetchnęła, już delikatnie spokojniejsza. 
- Prawdopodobnie twój braciszek to jej dziecko, które podrzuciła waszej matce na wychowanie, stąd jej bliskość - rudy kocur zaraz powiedział coś, przez co rozbolała ją głowa.
- C-co? - wypluła wysokim tonem, przypominającym bardziej zduszony pisk niż normalną kocią mowę.
- To co słyszysz. Kamienna Agonia pewnie puściła się z kimś na boku, urodziła tego Węgielka, oddała temu workowi smutku który nazywasz matką i głupio jej się zrobiło, dlatego się nim zajmuje z ukrycia.
Czajka aż usiadła z wrażenia. Przecież... przecież to nie było możliwe. Znała Węgielka odkąd otworzyła oczy, nie możliwe żeby pojawił się w innym czasie niż ona. Ale... dopiero co przysięgła sobie, że będzie wierzyć mentorowi na słowo. Kątem oka zerknęła na jego mordkę. Jego postawa nie zmieniła się. Przecież... przecież to nie mogła być prawda! - Aż taka jesteś zaskoczona? Przecież sama mówiłaś, że Kamień dziwnie się nad nim pieści. Masz odpowiedź dlaczego - rudy wzruszył ramionami, prychając cicho pod nosem. Węgielek... nie był jej bratem? W to nie chciała wierzyć. Jednak... wszystkie argumenty jakie przedstawił Żar jak najbardziej pokrywały się z prawdą... 
- Muszę... muszę to przemyśleć - oznajmiła, wstając. Nawet nie próbowała ukryć szoku który spływał po jej pysku - i tak by się jej nie udało.
- Jak chcesz. Kontynuujmy trening w takim razie. 

***

To co powiedział Rozżarzony Płomień nie dawało jej spokoju do takiego stopnia, że ledwo przespała noc. Cały czas pobytu księżyca na niebie wierciła się w własnym legowisku, z nie spokojem spoglądając na pochrapującego Węgielka. Był synem Kamiennej Agonii? Mieli ten sam kolor futra. To ich łączyło. No i oczywiście wiele uwagi od Kamień. Ale przecież miał pędzelki na uszach, jak Czajka. Brązowe oczy jak Czajka. Rozważanie za i przeciw zajęło jej całą noc. Nie miała siły ani głowy na trening, więc gdy tylko kątem oka zobaczyła rudego mentora w wejściu, zamknęła ślepia, udając, że wciąż jest pogrążona we śnie. 
- Pobudka! - zakrzyknął Żar, wyrzucając ją jak co dnia w śnieg. Już miała spiąć mięśnie, wstać i otrzepać się z śniegu, gdy w jej głowie zalśnił pewien pomysł. Co gdyby... tego nie zrobić? Nie wstać, żeby zobaczyć reakcję mentora? Ile mogła sobie z nim pozwolić? Owszem, obiecała mu bezgranicznie ufać, jednak nie miała wątpliwości, że Rzęsek też traktował Gliniane Ucho. Wierzył, dostawał uwagę, a gdy coś zrobił źle dostawał burę, jednak zawsze się godzili z ciepłym przytuleniem. Chciała takiej relacji z Rozżarzonym Płomieniem. Więc... co innego mogła zrobić, niż być nieposłuszna chwilę, żeby potem ładnie się pogodzić? 
- Nie. Nie chce mi się. Nie idę na trening - burknęła na początku cicho, nie śmiało, by skończyć z bardziej poważną nutą w głosie. Łapki zamrowiły ją nieprzyjemnie. Mimo wszystko denerwowała się. Nie chciała go przecież mocno rozgniewać... tylko troszeczkę!

< Żar?>