Przez okryty chłodnawą, choć przepełnioną spokojnym odcieniem zieleni sufit żłobka przesączały się delikatne promienie słońca, które wpadając do wnętrza, rozlewały się po mszystych posłaniach, pozostawiając na podłodze ciepłe, złociste plamy. W powietrzu wciąż unosił się mleczny zapach, przeplatający się z wonią świeżego mchu oraz miękkiego futra, a ciche oddechy śpiących kociąt sprawiały, że całe pomieszczenie zdawało się pogrążone w niemal zupełnym spokoju.
Aronia leżał pośród rodzeństwa, wtulony głębiej w miękką grzywę Miodowego Ulu, starając się znaleźć choć odrobinę miejsca, w którym nikt nie próbowałby przypadkiem zepchnąć go z posłania. Kiedy jedna z nieporadnych łap ponownie wylądowała na jego boku, drgnął lekko, lecz zamiast od razu się oburzyć, jedynie westchnął cicho i przesunął się jeszcze kawałek, jakby przekonywał sam siebie, że nie ma sensu robić z tego większego problemu.
Mimo tego spokoju jego myśli często uciekały ku przyszłości, która wydawała mu się ogromna i niemal niemożliwa do wyobrażenia — świat poza bezpiecznym wnętrzem żłobka skrywał zdecydowanie więcej, niż Aronia był jeszcze w stanie pojąć. Nie wiedział, kim zostanie, czego będzie pragnął ani jakie koty pojawią się na jego drodze, a jednak gdzieś głęboko w sobie nosił przekonanie, że jego życie nie może skończyć się na zwyczajnym dorastaniu i wykonywaniu tych samych obowiązków, które wykonywały tysiące kotów przed nim.
Nie potrafił powiedzieć, skąd właściwie wzięła się ta pewność, ponieważ nikt jeszcze nie wskazał mu żadnej konkretnej drogi ani nie powiedział, że czeka go coś wyjątkowego, lecz sama myśl o tym, że mógłby przeżyć całe życie, pozostając jednym z wielu, wydawała mu się dziwnie niepokojąca. Wolał wierzyć, że gdzieś przed nim znajduje się coś większego, nawet jeśli nie potrafił jeszcze określić, czym dokładnie miałoby być.
Może zostanie kimś ważnym, może dokona czegoś, o czym inne koty będą opowiadały przez wiele księżyców, a może pewnego dnia wydarzy się coś, co samo wskaże mu właściwą drogę; na razie nie potrzebował żadnej konkretnej odpowiedzi — tak naprawdę wystarczała mu sama świadomość, że jego przyszłość musi skrywać coś niezwykłego.
Z zamyślenia wyrwał go dopiero głos dobiegający z boku.
— Hej, możesz przestać się tak rozpychać, czy zamierzasz zająć całe posłanie?
Aronia zamrugał, po czym poczuł, jak coś niewielkiego, lecz zaskakująco zdecydowanego popycha go w bok, przez co na moment stracił równowagę i oparł się łapami o miękki mech.
Kiedy odwrócił głowę, dostrzegł Agresta, który przyglądał mu się z charakterystycznym, lekko zaczepnym uśmiechem, jakby właśnie czekał na reakcję brata.
Aronia warknął cicho, a na pysku pojawił się podobny uśmiech. Przy bracie łatwiej było mu zachowywać się w taki sposób, ponieważ Agrest swoją pewnością siebie niemal automatycznie pociągał go za sobą, sprawiając, że Aronia również nabierał ochoty na zaczepki i głośniejsze odpowiedzi.
— Ja się rozpycham? — powtórzył, unosząc lekko brew. — Wydaje mi się, że to raczej ty próbujesz zagarnąć całą przestrzeń dla siebie.
— No, w końcu to ja znalazłem tutaj najlepsze miejsce — odpowiedział Agrest, jakby sprawa od początku była oczywista.
— Od kiedy znalezienie miejsca oznacza, że można je sobie przywłaszczyć?
— Od kiedy ktoś jest wystarczająco sprytny, żeby zrobić to pierwszy.
Aronia parsknął cicho, a ponieważ Agrest najwyraźniej oczekiwał od niego odpowiedzi, nie zamierzał pozwolić mu zakończyć tej rozmowy zwycięsko.
— W takim razie chyba będę musiał być sprytniejszy od ciebie.
Ledwie wypowiedział te słowa, wyciągnął przed siebie łapy i delikatnie, choć wystarczająco stanowczo, odepchnął nimi brata, który zachwiał się na mchu.
— Ej, tylko nie mów, że naprawdę to zrobiłeś! — oburzył się Agrest, chociaż jego szeroki uśmiech zdradzał, że wcale nie był zły.
— Sam powiedziałeś, że trzeba być sprytnym, więc tylko zastosowałem twoją radę — odpowiedział Aronia, a jego własny uśmiech stał się szerszy.
Nawet nie zastanawiał się nawet nad tym, że jeszcze kilka chwil wcześniej najchętniej pozostałby cicho wtulony w matkę — przy bracie jego zachowanie zmieniało się niemal samoistnie. Skoro Agrest mówił głośniej, z jakiegoś powodu Aronia również podnosił głos, skoro tamten żartował, Aronia natychmiast szukał kolejnej zaczepki, a kiedy brat zachowywał się tak, jakby żadna rzecz na świecie nie mogła go speszyć, Aronia naprawdę zaczynał wierzyć, że sam również nie ma powodów do wahania.
— Skoro jesteś taki sprytny, to spróbuj mnie jeszcze raz odsunąć — rzucił Agrest, podsuwając się bliżej z wyraźnym wyzwaniem w oczach.
Aronia nie potrzebował dalszej zachęty — niemal natychmiast rzucił się na brata, próbując przepchnąć go na drugą stronę posłania, podczas gdy Agrest zaczął odpychać go równie zawzięcie. Ich futra szybko się zmierzwiły, łapy plątały się ze sobą, a stłumione piski i śmiech mieszały się z cichymi pomrukami pozostałych kociąt, które najwyraźniej nie zamierzały jeszcze wstawać tylko dlatego, że dwaj bracia postanowili rozpocząć potyczkę.
— Przestań się tak wiercić! — prychnął Aronia, próbując przytrzymać Agresta obiema łapami.
— To ty się wiercisz!
— Wcale nie!
— Właśnie, że tak!
Aronia roześmiał się, próbując odpowiedzieć coś równie zadziornego, lecz zanim zdążył znaleźć odpowiednie słowa, Agrestowi udało się wyswobodzić i odepchnąć go na bok. Niebieski kociak przez moment leżał na mchu, patrząc na brata z udawanym oburzeniem, po czym podniósł głowę i zmrużył oczy.
— Widzisz, jestem od ciebie silniejszy!
— Serioo? — miauknął Aronia, przeciągając słowo z wyraźnym niedowierzaniem, a jego pyszczek rozciągnął się w zaczepnym uśmiechu. — Jak na razie jakoś tego nie widzę, ale próbuj śmiało, skoro tak bardzo wierzysz w swoje możliwości. Może kiedyś rzeczywiście uda ci się być ode mnie silniejszym.
Aronia zmrużył oczy, czując, jak zaczepny ton brata ponownie budzi w nim ochotę do dalszej zabawy, a łapy niemal same napięły się pod jego ciałem, kiedy przygotowywał się do skoku. Już miał rzucić się na Agresta, chcąc udowodnić mu, że wcale nie zamierza dać za wygraną, gdy nagle kątem oka dostrzegł poruszenie Miodowego Ulu.
Matka przyglądała im się z wyraźnym zmartwieniem, a jej spojrzenie, które jeszcze przed chwilą było spokojne i ciepłe, teraz stało się nieco przygaszone.
— Proszę, nie kłóćcie się... — odezwała się cicho, a w jej głosie nie było złości, lecz raczej łagodna prośba. — Mogłabym wam pomóc znaleźć odpowiednią pozycję, tak żeby każdy miał wystarczająco dużo miejsca i żebyście nie musieli się przepychać.
Aronia zastygł w połowie ruchu, a cała wcześniejsza pewność siebie niemal natychmiast z niego uleciała, jakby jedno spojrzenie matki wystarczyło, żeby przypomnieć mu, że to, co jeszcze chwilę temu wydawało się tylko niewinną zabawą, mogło sprawić komuś przykrość.
Przeniósł wzrok na Miodowy Ul i dopiero wtedy zauważył, jak bardzo wyglądała na zmartwioną. Jej uszy były lekko opuszczone, a w oczach czaił się smutek oraz rozczarowanie, którego Aronia zdecydowanie nie chciał tam widzieć.
Niebieski spuścił głowę, czując, jak uszy powoli przylegają mu do czaszki, a wcześniejszy uśmiech znika z jego pyska. W gardle zaczęło nieprzyjemnie go ściskać, przez co musiał przełknąć ślinę, żeby powstrzymać napływające łzy. Nie chciał płakać, zwłaszcza przy rodzeństwie, ale jeszcze bardziej nie chciał, żeby matka pomyślała, że jej słowa nic dla niego nie znaczą.
Przecież była dla niego dobra.
Zawsze znajdowała dla niego miejsce przy sobie, otulała go swoim futrem, kiedy było mu zimno, uspokajała, gdy coś go przestraszyło, i cierpliwie słuchała nawet wtedy, gdy opowiadał jej o rzeczach, które dla innych mogły wydawać się zupełnie nieistotne. Nie potrafił więc znieść myśli, że mógłby odpłacić jej za to zmartwieniem albo sprawić, że poczuje się zawiedziona własnym synem.
Może rzeczywiście nie powinien był się z Agrestem przepychać.
Może powinien był od razu odsunąć się na bok.
A jeśli Miodowy Ul teraz uważała, że jest niegrzeczny?
Ta myśl zabolała go znacznie bardziej, niż powinna.
— Przepraszam, mamuś... — miauknął cicho, a jego głos zabrzmiał zupełnie inaczej niż jeszcze przed chwilą, kiedy droczył się z Agrestem. — Wiem, że nie powinniśmy byli się tak przepychać.
Przez moment zerknął na brata, jakby chciał upewnić się, czy Agrest również słucha, po czym szybko ponownie skierował spojrzenie ku matce.
— To już nie będziemy — dodał pospiesznie, jakby sama obietnica mogła naprawić wszystko, co wydarzyło się zaledwie kilka chwil wcześniej. — Jeśli chcesz, mogę się nawet ułożyć gdziekolwiek, tylko... proszę, nie martw się.
Na moment zamilkł.
— Mogę leżeć przy samym brzegu albo nawet trochę dalej od was, jeśli będzie trzeba — kontynuował niepewnie, przesuwając się kawałek po mchu, jakby już chciał zrobić miejsce wszystkim pozostałym. — Naprawdę mi to nie przeszkadza, więc nie musisz się przeze mnie martwić.
Nie zastanawiał się nawet, czy rzeczywiście byłoby mu wygodnie, ani czy ktoś poprosił go o takie poświęcenie, ponieważ w tej chwili znacznie ważniejsze było dla niego to, żeby na pysku matki znowu pojawił się ten spokojny, ciepły wyraz przy którym zawsze czuł się bezpiecznie.
Jeśli oznaczało to oddanie własnego miejsca, Aronia nie widział w tym niczego złego.
Jeśli dzięki temu Miodowy Ul przestałaby wyglądać na smutną, mógł przecież przesunąć się jeszcze dalej.
— Napewno? Chciałabym, żebyście wszyscy mogli mieć równą ilość przestrzeni. Nie musisz się odsuwać, ani ustępować miejsca Agrestowi jeśli tego nie chcesz.
— Naprawdę, mamuś... — odpowiedział cicho, choć przez chwilę nie był pewien, czy powinien tak powiedzieć. Zerknął na Agresta, a potem ponownie na Miodowy Ul, jakby próbował odgadnąć, która odpowiedź najbardziej ją uspokoi. — Ja... chyba nie potrzebuję aż tak dużo miejsca, więc mogę się trochę przesunąć, jeśli Agrestowi będzie wygodniej.
— Nie, nie. Aronio, mogę się trochę przesunąć a wtedy wszyscy się pomieścimy — miauknął Agrest, ogonem wskazując miejsce dla brata.
Sam nie wiedział już, czy dobrze postąpił, wdając się z bratem w tę całą „walkę”, skoro jeszcze przed chwilą był przekonany, że była to tylko niewinna zabawa. Przecież nic złego się nie wydarzyło, a on naprawdę świetnie się bawił, ponieważ przy Agreście znacznie łatwiej było mu zapomnieć o wszystkim innym i po prostu dać się ponieść chwili.
Właściwie chciałby jeszcze trochę się z nim pobawić, gdyby tylko nie zauważył wcześniej zmartwionego spojrzenia Miodowego Ulu.
To właśnie ono nie dawało mu spokoju, ponieważ za każdym razem, gdy o nim myślał, wcześniejsza radość gdzieś się rozpływała, ustępując miejsca nieprzyjemnemu ściskaniu w brzuchu. Nie chciał przecież, żeby mama była smutna, a tym bardziej nie chciał, żeby przez niego musiała się martwić.
Tylko czy to oznaczało, że nie powinien był się bawić z Agrestem?
Aronia przez chwilę próbował znaleźć odpowiedź, lecz żadna nie wydawała mu się wystarczająco dobra. Gdyby od razu odmówił bratu i spokojnie leżał na posłaniu, może Miodowy Ul nie musiałaby się odzywać, ale wtedy nie dowiedziałby się, jak przyjemnie jest śmiać się razem z Agrestem i przepychać z nim, dopóki obaj nie zmęczą się na tyle, że nie będą mieli już siły na kolejną zaczepkę. Z drugiej strony, gdyby dalej się bawili, mama mogłaby znowu wyglądać na zmartwioną, a tego Aronia zdecydowanie nie chciał.
Im dłużej o tym myślał, tym mniej rozumiał, która możliwość była właściwa.
Może powinien był ustąpić wcześniej, zanim Miodowy Ul zdążyła się odezwać, a może wcale nie zrobił nic złego, skoro Agrest również brał udział w zabawie i teraz bez żadnego żalu przesunął się, żeby zrobić mu więcej miejsca. Aronia zerknął na brata z ukosa, próbując odgadnąć, czy ten wciąż był na niego zły, lecz Agrest wyglądał tak, jakby już dawno zapomniał o całej sprzeczce.
Dlaczego więc on nadal nie potrafił o niej zapomnieć?
Aronia uśmiechnął się niepewnie, po czym położył się, ponownie wtulając pyszczek w futerko matki.
Miodowy Ul najwyraźniej zauważyła, że Aronia wciąż nie może się uspokoić, ponieważ po chwili pochyliła się nad nim i delikatnie polizała go między uszami. Ciepły język matki sprawił, że kociak przymknął oczy, a napięcie, które przez cały czas nieprzyjemnie ściskało jego brzuch, zaczęło powoli ustępować.
— Nie musisz się tak martwić, maleństwo — miauknęła łagodnie, przesuwając językiem po jego zmierzwionym futerku. — Nie jestem na ciebie zła. Wiem, że chcieliście się tylko pobawić.
Aronia uniósł głowę, przyglądając się jej z wyraźnym niedowierzaniem, jakby próbował upewnić się, czy rzeczywiście dobrze usłyszał. Jeszcze przed chwilą był przekonany, że zrobił coś niewłaściwego, a teraz nagle okazywało się, że wcale nie musiał się aż tak przejmować.
— Naprawdę? — zapytał cichutko, a kiedy Miodowy Ul skinęła głową, jego pyszczek od razu rozjaśnił się nieśmiałym uśmiechem. — Czyli nie jesteś smutna?
— Trochę się zmartwiłam, ale to przecież nie znaczy, że jestem na was zła — odpowiedziała, po czym otuliła go ogonem. — Czasami możecie się ze sobą bawić, nawet jeśli przy tym trochę się posprzeczacie, tylko pamiętajcie, żeby uważać na siebie nawzajem.
Aronia pokiwał głową, chłonąc każde jej słowo z ogromną uwagą, a wraz z nimi powoli wracało do niego wcześniejsze poczucie bezpieczeństwa. Skoro Miodowy Ul powiedziała, że wszystko było w porządku, to rzeczywiście musiało być w porządku, dlatego nie widział już powodu, aby dłużej zastanawiać się nad tym, czy powinien był zrobić coś inaczej.
— Dobrze, mamuś — wymruczał, wtulając się w nią mocniej.
Agrest, który przez cały ten czas milczał, nagle poruszył ogonem i trącił nim lekko bok Aroni.
— To co, skoro już nie jesteś smutny, to może kiedyś dokończymy naszą walkę? — zapytał, a w jego oczach ponownie pojawił się ten sam zaczepny błysk, który jeszcze przed chwilą tak łatwo udzielił się Aroni.
Kociak spojrzał na niego, a przez moment próbował zachować poważny wyraz pyska, jednak szybko przegrał z cisnącym się na pyszczek uśmiechem. Wystarczyło kilka słów Agresta, aby cała wcześniejsza niepewność zaczęła wydawać mu się mniej ważna.
— Jak będziesz gotowy przegrać, to możemy!
— Ja przegrać? Chyba śnisz.
Aronia zachichotał, a jego ogon poruszył się energicznie po mchu.
Jeszcze chwilę temu był przekonany, że najlepiej będzie po prostu siedzieć cicho i nikomu nie przeszkadzać, lecz teraz znowu miał ochotę się bawić, a wcześniejsze poczucie winy niemal całkowicie zniknęło. Nie zauważył nawet, jak szybko jego nastrój zmienił się pod wpływem Agresta, ani że jeszcze kilka chwil wcześniej potrzebował słów Miodowego Ulu, żeby uwierzyć, że nie zrobił nic złego.
Na razie nie widział w tym niczego dziwnego.
Po prostu pragnął zadowolić innych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz