Uniosła łeb, by zaprzeczyć, ale głos utknął jej w gardle. Sprzeciwianie się wyższym rangom zawsze kończyło się źle. Nawet gdy nie mieli racji, to i tak ją mieli.
Otuliła się ogonem dla otuchy.
— Co mnie czeka? — Starała się ukryć lęk, który drżał w jej głosie.
Starsza kotka uśmiechnęła się lekko, podchodząc do niej. Kątem ślepia ujrzała jej łapę nad sobą. Nieprzyjemne wspomnienia znów zatopiły w niej swe szpony. Skuliła się, kierując pysk ku ziemi. Kajała się pokornie - najlepiej jak potrafiła, oczekując w martwej ciszy bólu.
Czując łapę kotki na swoim łbie, lekko zaskoczona, uchyliła ślepia. Była przyjemnie ciepła. Delikatna. Lekki zapach leśnej ściółki i ziół mieszał się w powietrzu. Wrotycz wpatrywała się w nią nieco oszołomiona. Nic z tego nie rozumiała.
— Przed tobą niełatwa ścieżka, lecz nie obawiaj się. Ciepło Wszechmatki nie opuści cię, póki sama go nie odrzucisz. — Głos kotki brzmiał, jakby chciał ukoić jej zszarganą duszę.
Wrotycz zerknęła w okolice jej pyska. Na jedno z licznych piór zdobiące go. Fioletowe odblaski pojawiające się wraz ze światłem zdawały się wędrować po nim. Próbowała skupić na nich całą swoją uwagę. Nie wiedziała co dalej, co miała teraz zrobić.
***
Tłum kotów ją przerażał. Nigdy wcześniej nie widziała ich tylu na raz, jednocześnie. Przyłapała się na tym, że myśl o ucieczce krążyła w jej głowie. Nieustannie. Aczkolwiek w lesie czekała ją jedynie śmierć, a w Betonowym Świecie - Oni.
Wbijała pazury w drobną gałązkę, próbując wyładować na niej buzujące emocje. Słyszała, jak się zbierali. Jak szeptali - na pewno o niej. Nienawidzili jej. Chcieli wykorzystać. Spiskowali. Zerkała ukradkowo na obce jej koty, a to na swoje łapy, czując, jak niepokój powoli zabierał jej oddech.
Wkraczała w sam środek…
— Wrotycz. — Znajomy głos wyrwał ją z objęć własnych myśli.
Spojrzała na dobrze znaną jej już sylwetkę. Tak charakterystyczną w tłumie kocich pysków. Zdawała się mieć na sobie jeszcze więcej elementów krajobrazu leśnego. Szylkretka wpatrywała się w nią w osłupieniu, nie wiedząc czego oczekiwać po kotce.
— Mam coś dla ciebie.
Spojrzała na niewielki bukiecik kwiatów wrotyczu, który wylądował przed jej łapami. Nieco nieprzytomnie wpatrywała się w małe żółte kuleczki, których imię postanowiła przyjąć. Wyglądały tak słabo i żałośnie. Inne kwiaty miały imponujące, dostojne liście lub przybierały niezwykłe odcienie, chociażby biel porównywalną do chmur, które wędrowały po niebie.
A żółty? Żółty zdawał się tak żałosnym kolorem.
— Założyć je?
Kiwnęła łbem w odpowiedzi, nachylając się. Brzemię, które sama sobie nadała, teraz stało się wręcz namacalnym elementem jej osoby. Nie wiedziała nawet jak określić emocje, jakie wędrowały w jej umyśle.
— Idziemy? — zapytała, muskając ją lekko w grzbiet.
Rozbiegane ślepia Wrotycz skierowały się w stronę zgromadzonych kotów. Przełknęła ciężko ślinę, czując, jak trudne stało się oderwanie łap od podłoża, wykonanie pierwszego kroku.
— Jestem tu z tobą. Pójdziemy tam razem.
Kiwnęła łbem, dziękując jej w myślach. Głos znów jak na złość utknął jej w gardle. Nie wiedziała, do jakich namaszczeń zostanie zmuszona. Jakim nowym brzmieniem naznaczą jej los.
Wpatrywała się tępo w oblicze lidera. Jego czekoladowa sierść zlewała się z konarami drzew. Przez uderzenie serca poczuła się, jakby wyróżniała się za bardzo na tle leśnej ściółki. Lecz potem dostrzegła kątem oka białe sylwetki. Ich los musiał być gorszy.
— [...] Twoim mentorem będzie Poinsecja. Mam nadzieję, że Poinsecja przekaże ci całą swoją wiedzę.
Spojrzała na jasną kotkę zbliżającą się do niej. Miała dumną postawę. Musiała być wysoko w hierarchii tej społeczności. Wrotycz pokornie upuściła łeb, by następnie dokończyć ceremonialny rytuał.
***
Szła za kotką, ze spuszczonym łbem. Nie spodziewała się, że to tak się potoczy. Teraz niemal bała się oddychać - po wcześniejszej krytyce. Zapewne potrzebnej, lecz wciąż bolesnej.
Nie sądziła, że potwierdzenie poprawy stanu zdrowia skończy się wdrożeniem jej w szeregi ów organizacji w tak sprawnym tempie. Wszystko stało się zbyt szybko, a przynajmniej dla niej. Ze spokojnej kryjówki z dwiema kotkami została przeniesiona do wysokiego drzewa. Wpatrywała się bezradnie w konar, który stał się dla niej kolejnym testem. Zejście następnego ranka było jeszcze bardziej problematyczne. Łapa bolała ją dotąd. Nieprzyjemnie pulsowała, lecz bała się to zgłaszać. Nie chciała być problemem. Miała stać się "wojownikiem". Tak dumny tytuł. Nie czuła się jego godna. Na dodatek okazywała się dość beznadziejna w tym, czego od niej wymagano.
Zupełnie jak kocię, usłyszała;
— Purchawka wspominała coś o tym, że mało znasz "zewnętrzny świat".
Kiwnęła lekko łbem. Nie wiedziała, czy wydobędzie teraz z siebie jakiś dźwięk. Mógłby też okazać się zbyt żałosny.
— Rozejrzyj się. Każde z tych drzew, krzewów czy traw ma swoje własne imię. Określenie, którym jest nazywane. Prócz tego często mają właściwości - lecznicze lub trujące. Wiedza o tym jest podstawą w każdym uderzeniu serca tutaj.
Uczennica wykonała polecenie. Wpatrywała się falujące na wietrze gałęzie wysokich drzew. Ich szum niczym rytualna pieśń, zagłuszał nieprzyjemne myśli. W pewnym momencie coś z niego spadło. Wyrwało ją to z transu.
— Co to? — zapytała, zerkając na swą mentorkę.
— Szyszka olchy. Nasiono drzewa.
— Wyrośnie z niego kolejne drzewo? — przyglądała się uważnie niewielkiej rzeczy.
Z tak małego czegoś miało powstać tak potężne drzewo? Wcześniej nigdy nie zastanawiała się nad tym, skąd tak naprawdę brały się drzewa. Mawiano jej jedynie, że Blady Kot usiał świat schronem dla swego ludu.
— Inne drzewa też są z szyszek?
Kotka usiadła. Wrotycz niepewnie dosiadła się, zerkając na nią co uderzenie serca. Miała nadzieję, że nie była zła. Że nie zdenerwowała jej znowu. Ulegle położyła po sobie uszy.
— Nie do końca. Drzewa mają różne nasiona. Niektóre są ubrane w słodki miąższ, dzięki czemu zwierzęta przenoszą je dalej.
Próbowała przypomnieć sobie nazwę owocu, który kiedyś widziała. Czerwony.
— ...Jabłka? — wypaliła z siebie nagle.
— Nie tylko. Pora Zielonych Liści powoli dobiega końca, ale powinniśmy jeszcze zobaczyć niektóre z owoców.
Uczennica pokiwała energicznie łebkiem. Ciekawość zawitała w jej łebku na myśl o odkryciu nowego nieznanego jej fenomenu. Czy pozostałe owoce wyglądały tak samo, jak jabłka, a może różniły się barwami?
— Najpierw jednak powinniśmy określić poziom twojej wiedzy. Co to?
Spojrzała na wskazany krzew. Widziała go już, możliwe, że nie raz. Lecz nie potrafiła odnaleźć jego nazwy w głowie. Serce nieprzyjemnie przyspieszyło. Nie wiedziała.
— A to? — zapytała mentorka, jakby czytała jej w myślach.
Teraz wzrok szylkretki powędrował na wysokie drzewo o jasnym konarze z ciemniejszymi odbarwieniami. O nim słyszała.
— Brzoza? — miauknęła nieco pewniej.
— Nie, topola. Brzozy wyglądają inaczej. Kolory pni są podobne, ale spójrz na liście. Chociażby na kolor.
Wrotycz wpatrywała się posłusznie w liście, lekko zahipnotyzowana ich tańcem. Były takie śliczne. Ich jasno-zielony spokojny kolor sprawiał, że czuła się nieco lepiej na duchu.
Jej mentorka wstała, więc Wrotycz posłusznie także się podniosła.
— Chodź, przed nami jeszcze długa podróż.
[1068 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz