BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aital x Bylica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aital x Bylica. Pokaż wszystkie posty

05 czerwca 2023

Od Aitala CD. Bylicy

 Zmarszczył nosek. Już powoli tracił już pomysły na to co robić i jak przeszkadzać. Starej nie powinno się już tak męczyć bo nie chciał by dostała zawału a przecież miła była, a reszta… Wyglądała nieciekawie. Jedynie jakaś buraska się w niego wgapywała. 
- Ale nie mam co robić! Nudno jest!
Był w całkowitym kryzysie! Zadecydował jednak, że przyczepi się tej nieciekawej z boku. W końcu, co miał lepszego do roboty… Podbiegł do Krokus żwawym krokiem.
- Pobawisz się ze mną???
- A w co? - spytała kotka. Nie brzmiała na jakoś bardzo entuzjastyczną…
- Co tylko chcesz!- pisnął i na nią wskoczył. Trzeba było ją jakoś pobudzić do wysiłku no! On chciał pobiegać się bawić w berka lub coś w tym stylu! Słyszał zdziwiony pisk kotki, ale miał to gdzieś.
- Hm...może chciałbyś bym cię czegoś nauczyła? - spytała kotka. Po co miałby się czegoś uczyć?
- A czego niby?- zapytał zaciekawiony, po czym zaczął memlać jej ucho.
- Hm...może...polowania?
- Polowania? Co to?- przestał memlać jej ucho. Brzmiało nudno… Nie miał zamiaru robić czegoś dziwnego. 
- To sposób, w jaki zdobywa się jedzenie - miauknęła Krokus, strzepując uwolnionym uchem.
- To ja teraz poluję?- ugryzł ją mocno w ucho z zamiarem zjedzenia. Może taki kot byłby dobry? Była dziwna i nieśmieszna dlatego to był super pomysł. Pozbyć się jej i przy okazji mieć posiłek.
- Ała! - pisnęła.- to jest...niefachowa metoda. Ale podobna do polowania. W jakimś stopniu - rzekła kąśliwie. Co ona taka niemiła była? Zdobywał pożywienie, więc liczyło się. Co z tego, że niefachowa, ważne, że istniała. Memlał ją dalej, ale wypluł całe obślinione ucho.
- Ble... Może ogon będzie smaczniejszy!- pisnął i użarł ją w ogon. Uszy nie miały jakoś dużo dobrego mięsa i ogon niby też nie, ale trzeba było zacząć od czegoś lekkiego. Śmiał się sam w sobie, patrząc jak się złości na jego wygłupy.
- A! - warknęła, podskakując. - ale kotów się nie je! 
Zaczął udawać, że je jej ogon.
- Mniam mniam, wyborne- zamruczał. Niestety kotka zabrała z jego łap zabawkę. No nie! A już by zjadł…
- Jeśli naprawdę chcesz polować i zdobyć prawdziwe jedzenie, Bałwanku, to mogę cię tego nauczyć. Pod warunkiem, że będziesz pilnym uczniem. 
- Ja jestem bardzo pilnym uczniem!- pisnął i stanął na baczność, jednak uważając na bolącą łapkę.- Do boju!
- Dobrze. - rzekła - Więc tak. Po pierwsze, zwierzyna nie chce zostać zjedzona. Dlatego trzeba sprytnie do niej podejść, by nie zorientowała się o naszej obecności i nie zdążyła nam uciec. - zaczęła. - należy się do niej podkraść. Ale najpierw trzeba się nauczyć podkradać. - zaczęła ustawiać się w pozycji do polowania - ogon nie może szurać, łapy ugięte, uszy do tyłu, by na pewno o nic nie zahaczyły - miauknęła, a po zaprezentowaniu podstawowej pozycji zaczęła cicho skradać się po pomieszczeniu - trzeba starać się nie wydawać dźwięków, bo inaczej obiad ucieknie. 
Przekrzywił łebek. Nie rozumiał z tego nic a nic. To było strasznie nudne… Jak ktoś mógł to lubić? Dziwne.
- A nie można się z myszką zaprzyjaźnić?
- Można, ale koty mogą jeść tylko inne zwierzęta. Ewentualnie rośliny, ale to tylko w celach medycznych, ponieważ bez mięsa zwierzyny koty nie są w stanie przeżyć.
- Ale myszki są fajne! Po co je jeść? Można jeść inne koty!
Kotka otworzyła pysk zdziwiona. No co? Logiczniejsze było jedzenie kogoś tego samego gatunku. Mniejsza konkurencja.
- No co? Wolę myszki od takich ble kotów co są agresywne!
- Koty z natury są drapieżnikami, trudno jest więc je upolować.
- Ale ja cię upolowałem! GRRRR!- uczepił się jej mocno i zaczął gryźć. Chciał się bawić, a ta go zanudzała! To była zemsta!
- AAAA! - wrzasnęła - ale rodziny się nie je! - pisnęła. Nie rozumiał czemu się tak wściekała… To była tylko głupia zabawa. Nawet jeżeli już poczuł krew, dalej się jej trzymał jak rzep, mrucząc jakby jadł coś dobrego. Nagle poczuł uderzenie w głowę. Zaskomlał i upadł obok. Zaczął głośno ryczeć. Jak ona śmiała go bić! Miał nadzieję, że Bylica się tym w końcu zainteresuje bo on tu cierpiał! Gryzienie aż tak ją bolało?! Nie chciał przecież Krokus zrobić niczego złego...

***

Nie chciał wtedy zrobić niczego źle. Tak po prostu wyszło. Nie jego wina, że kotka źle upadła. Nie miałą zbytnio równowagi, ale to było zrozumiałe bo była stara. A teraz cała rodzina się go uczepiła. Jeden trup aż tak bardzo robił różnicę? Nie czuł wielkiej tęsknoty za szarą. Było, minęło. Każdy odchodzi. Przez ich uprzedzenia, musiał ukrywać się w mieście przed jakąkolwiek żywą duszą i to jeszcze ze Szczurem na utrzymaniu. Było ciężko, ledwo co udawało mu się zdobyć pożywienie dla samego siebie, a co dopiero dla dziecka. Ci wszyscy sekciarze chcieli pomścić babunię, kiedy on naprawdę nie zrobił tego celowo! Miał nadzieję, że jej duch to rozumiał i w końcu odpocznie po tym długim żywocie. Liczył jednak na nagłe objawienie. Mogłaby przecież wytłumaczyć swojej rodzinie, że nie powinni go ganiać i próbować rozszarpać za coś tak głupiego...

07 maja 2023

Od Bylicy CD Aitala

*dawno temu, zima, jeszcze zanim Kminek próbowała zabić Bylicę*
Było zimno, a lód skuł ulice, śnieżna breja natomiast pokrywała drogi i była rozpaćkiwana, gdy tylko jakiś potwór akurat przejeżdżał. Tego dnia błękitna kocica postanowiła znów odwiedzić miasto, bo nie miała co robić. Przechadzała się po uliczkach bez celu, obserwując otoczenie.
Szła sobie tak i szła, ale w pewnym momencie zobaczyła… jakiegoś dzieciaka, który taplał się w farbie dwunożnych. Nie bał się o wyziębienie w taką pogodę?
Podeszła do niego bezgłośnie, po czym chrząknęła, chcąc zwrócić uwagę młodszego. Ten odwrócił się z lekkim uśmiechem.
- A pani co tu robi? Chce pani jakieś śmieci wyciągnąć? - zapytał, wskazując łapę na stertę rzeczy wyrzuconych przez dwunogów.
- Przechadzam się i zauważyłam, że coś robisz... z farbą - miauknęła, patrząc na ten cały pierdolnik zrobiony z farb. Dzieciak jakby nie wiedział jej skonsternowanej miny roześmiał się i zaczął kreślić farbą wzorki na podłożu.
- Bo to fajne jest, wie pani? Prawdziwy skarb! Można się w tym taplać, malować i mam teraz ładne, kolorowe futerko! Tylko jeszcze nie próbowałem jak smakuje... - podniósł łapkę pełną mazi do pyszczka. - Mam nadzieję, że dobrze, bo trochę głodny jestem... Pachnie fuj, ale trzeba przecież coś jeść, prawda?
Podeszła bliżej, siadając przed młodym, po czym maczając łapę w jednej z rozciapcianych farb.
- Zaraz, nie masz nic do jedzenia poza tą farbą? - spytała. Utytłany kot pokręcił łebkiem.
- Niezbyt... Bo mało znajduję śmieci, które można jeść. Zazwyczaj mają taką ble pleśń, bo której mnie brzuszek boli! A nikt nie chce się wymieniać zabawkami, bo uważają je za bezwartościowe, więc nie mam jak zdobyć żadnego am am - powiedział cicho, wlepiając wzrok w maź, po czym wepchnął w nią nosek. - Fuuuuj, po tym też mnie będzie brzuszek boleć! Ble!
No, na pewno to nie było normalne, by coś tak młodego i małego próbowało jeść… to. Szczególnie, jeśli ktoś się nim opiekował, ale wyglądało na to, że raczej tak nie było. Po chwili milczenia postanowiła zapytać o to białego kocurka… przynajmniej wydawało jej się, że był biały…
- Masz rodziców?
Ten przekrzywił łebek.
- A co to rodzice? Że mama i tata? A to nie wiem - zamruczał, bawiąc się farbą dalej. - Mamę trochę pamiętam, ale to jak byłem takim pyci pyci kociakiem, a tatę... Nie, nigdy go nie widziałem!
Kolejne dziecko bez rodziców? No nie...
- Czyli... nie masz nikogo, kto by ci pomógł? - spytała, zaczynając współczuć kociakowi.
- Nie! - odparł, jakby nic się nie stało. - Mam tylko swoje zabawki, już pani pokażę! - Podbiegł do swojego pudła wysmarowanego od farb i różnych dziwnych substancji. - To jest moje pudło... A w środku mam takie coś! - Pokazał stary, brudny szalik. - Dzięki temu jest mi cieplej jak jest tak brrrr zimno! I mam też takie coś do gryzienia! - Wyciągnął zepsutą i wymemlaną gumową kość, która pewnie kiedyś należała do jakiegoś psa. - I mam jeszcze jakieś druty, patyki, kartony... Ale nikogo do pomocy!
Przyjrzała się kolekcji, po czym lekko uśmiechnęła. Mimo nieciekawej sytuacji dzieciak miał chęci do życia i entuzjazm.
- Jak widzę masz tu całkiem spory arsenał – stwierdziła. Następnie zamoczyła łapę w farbie po czym odcisnęła jej ślad na chodniku. Wspomnienia z odbijania własnych śladów z ochry na kamieniu w lesie wróciły. Ah… jak ona tęskniła za Fiołkiem…
Tymczasem żółtooki wyskoczył z pudełka do srebrnej kocicy i zaczął się taplać dalej w kolorowych płynach.
- Prawda że fajna? Taka do miziania!- zachichotał, będąc już teraz cały w różnorakich kolorach - Tylko szkoda, że nie do jedzenia... Wtedy bym miał co zjeść.
- Tak, fajna - powiedziała, po czym znów zamoczyła łapę w farbie a następnie odbiła kolejny ślad na chodniku. - I fajnie odbija się ślady łap przy jej pomocy.
Młodszy zamruczał głośno na jej słowa.
- Proszę pani, a chce pani być moją mamą? Znajdę dla pani jakiś fajny karton i będziemy razem się bawić farbą!!!
Aż wybałuszyła oczy. To dziecko właśnie... pytało ją, czy zostanie jego mamą, bo lubiła farbę? Na dodatek pytało ją, samą, starą, kiedy nie udowodniła ani, że jeszcze jest w stanie w tym wieku polować (bo jej wygląd był bardzo zbliżony do szkieletu pokrytego futrem, który jakimś cudem dychał mimo bycia z poprzedniej epoki) ani, że jest w stanie jakkolwiek inaczej zapewnić mu cokolwiek, co może pomóc w przetrwaniu?
- Wiesz... właściwie, to mam swój dom – zaczęła - Ale możemy zrobić tak, że wezmę cię z twoimi rzeczami do siebie... Skoro tak bardzo chcesz... Możemy wziąć też farbę... - miauknęła, uśmiechając się niepewnie. Nie wierzyła, że znowu to robi. Właśnie ponownie adoptowała dziecko. I to tym razem nawet nie z własnej inicjatywy. No, na pewno nie spodziewała się, to się tak potoczy. O na głazy... Pozostałe dzieci ją chyba zabiją, że znosi kolejną przybłędę do domu...
Maluch natomiast zaczął piszczeć podekscytowany.
- Ale fajnie!- Wskoczył kotce na grzbiet. - Mam mamę! Jupii!
Aż nieomal upadła przez ten jego nagły skok. Została oblepiona kolorowym wytworem dwunogów, a kociak przylepił się do niej niczym rzep do polara. Staruszka uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.
- Więc... Zbierzmy twoje rzeczy.... Wszystko co jest w pudełku plus farba, tak? - spytała, zaczynając wkładać to całe tałatajstwo do kartonu. Miała nadzieję, że da radę to zataszczyć do Złotych Traw...
- Tak!!! I jeszcze ja w środku! - Wskoczył do pudełka i spojrzał na nią dużymi oczami. - A tam u pani... Mogę mówić na panią mama? To w takim razie mamo, to tam u ciebie są jadalne śmieci? Nie burczy ci w brzuszku?
- Tak... bo ja umiem polować... i mam jeszcze kilkoro dzieci i wnuki... które też umieją... czyli masz rodzeństwo - wyjaśniła uśmiechając się.
- Rodzeństwo? - Przekrzywił łebek. - I co to znaczy polować? Że szczury pani łapie? Nie gryzą pani? Bo mnie kilka razy ugryzły...
- Tak, łapię. Ale zazwyczaj nie szczury, tylko myszy... to takie... podobne do szczurów, ale mniej niebezpieczne - wyjaśniła .
Biały uśmiechnął się szeroko.
- Ale fajnie! A da się zaprzyjaźnić z myszką?
- Tego nie wiem... akurat... - przełknęła ślinę, bo nie wiedziała, jak zareaguje - Wiesz... bo... większość kotów... je myszy... - miauknęła - I... ja też to robię... bo po nich nie boli brzuch...
Cholera, cholera, cholera… oby tylko dziecko jej za to nie znielubiło. Ale wiedziała, że musi być szczera.
- Je myszy? Nawet jeżeli są milutkie? - zasmucił się i schował w pudle. - Ale skoro są małe... To... Muszą być miłe!
- N-nie są aż tak małe... i... i te najmniejsze puszczam wolno! - próbowała jakoś sprawić, by dla kociaka to nie była tragedia.
- Naprawdę? To wtedy mi daj do pudełka jak małe, zaprzyjaźnię się z nimi! Będę mieć przyjaciela w końcu!
Fiu… na szczęście przestał się skupiać na części o jedzeniu gryzoni…
- Dobrze - Ale skąd ona mu wytrzaśnie naprawdę małe myszy to nie wiedziała... Może będzie je karmił ziarnami? O, może się uda, prawda?
- Dobrze. - ponownie się zgodziła, po czym chwyciła karton z boku, zaczynając go ciągnąć w stronę z której przyszła. Te jego rzeczy plus on były naprawdę ciężkie…
Żółtooki zaczął piszczeć z podekscytowaniem, ciesząc się z przejażdżki.
- Jupiiiii! Szybcieeeej!- krzyczał.
Błękitna przyspieszyła, próbując ciągnąć ten karton ku uciesze dzieciaka. Dostrzegła po drodze, jak kilku samotników staje w konsternacji patrząc na to, jak ciągnie karton z kociakiem umazianym farbą w środku, które chichotało i uśmiechało się do wszystkiego co żywe.
- A ile będę mieć rodzeństwa?!?!
- Cóż... Mam trójkę dzieci... Kiedyś miałam jeszcze syna... ale... o tym opowiem ci kiedy indziej - miauknęła, chcąc ominąć ten bolesny temat, jakim była sprawa śmierci Fiołka - Mieszkają ze mną też moje dwie wnuczki... były jeszcze dwie, ale jedna uciekła... a druga została porwana wraz z piątym moim dzieckiem. Od tamtej pory ich szukam... - wyjaśniła, zatrzymując się na chwilę, by móc puścić karton i powiedzieć to wszystko. Kociak na te wieści zasmucił się bardzo.
- Jak to porwani? Gdzie porwani? Kto ich porwał? To... Smutne...
- Porwali ich... dwunożni... - westchnęła - Bardzo... za nimi tęsknię... - dodała, wbijając wzrok we własne łapy.
Miała nadzieję, że… że nic im się nie stało… że ich w końcu znajdzie…
- Dwunożni? Że ci chodzący na dwóch łapach? O, oni są bardzo śmieszni! Zamknęli mnie raz w klatce, wie pani?
Na słowa dziecka nadstawiła uszu.
- Zaraz... zostałeś przez nich złapany? Jak się wydostałeś? Gdzie cię zabrali? - zadawała pytania.
To dziecko zostało złapane przez dwunożnych, więc najpewniej trafiło tam, gdzie Szczekuszka i Skaza… a jeśli tak… to była szansa, że gdzieś nadal byli i mogła ich znaleźć!
- A potem jacyś inni mnie wzięli! I mieli małe Dwunożne. Tylko, że potem mnie dali do kartonu i sobie poszli. I zostałem ja ze swoim kartonem kochanym!
- Czyli... złapał cię dwunożny, a potem oddał innym dwunożnym do domu? - spytała.
Żółtooki pokiwał łebkiem.
- Tak! Ale to nieważne, bo mogłem bardziej pokochać mój karton!
Zdziwiła się jego odpowiedzą. No cóż, ona była zafiksowana na kamieniach, on na kartonach. Różnica nie taka duża.
- Mamo? Co ty robisz? - usłyszała za sobą.
Obróciła się, dostrzegają iż za nią stała Skowronek wraz z Deszcz, które patrzyły zdziwione na matkę częściowo utytłaną w farbie, przy kartonie na środku ulicy gadającą z kotem tęczą.
- A kto to mamo? - zapytał jej nowy syn, kręcąc się w kółko, by złapać swój ogon.
- Mamo? - zdziwiła się na słowa kociaka czekoladowa, po czym podeszła bliżej. - Czy adoptowałaś kolejnego kociaka? - spytała ją cicho, wskazując na siedzącego w kartonie kota głową.
- Um... wiesz... nie ma rodziców i bierze jedzenie ze śmietnika... i sam to zaproponował!
W między czasie wspomniany złapał ogon, wywrócił się wraz z kartonem tak, że rzeczy w środku na niego spadły a karton zasłonił.
- Mam ogonek! - pisnął ze środka.
- No spójrz na niego noooo - miauknęła przeciągle, wskazując łapą na kociaka - Czyż nie jest słodki? - spytała.
Pomarańczowooka przeniosła spojrzenie na ten cały majdan, a akurat wtedy kociak walnął łebkiem w karton, próbując go przesunąć na dobrą pozycję.
- Mamo, bo zapomnieliśmy farby! - zasmucił się, wkładając pyszczek w szalik. - Nie ma farby!
Bylica pojrzała na córkę błagalnym wzrokiem.
- No weźźźźź – znów przeciągnęła.
- No dobrze... i tak bym to zrobiła, wiesz o tym, że ci nie odmówimy - stwierdziła - A, jak ma na imię i ile ma księżyców? – dopytała.
- Imię? A co to imię? – młody wychylił się z szalika.
Niemało zdziwiona samotniczka spojrzała na niego.
- Nie wiesz, co to imię? - spytała niebieska - To... takie słowo, które może coś znaczyć, na przykład być nazwą rzeczy, ale jest używane też jako słowo którego używasz, gdy mówisz o konkretnym kocie. Ja nazywam się Bylica, a to są Skowronek i Deszcz, twoje siostry - przedstawiła ich.
- Aha... A co to skowronek?- zapytał, przewracając się na plecki i odsłaniając kolorowy brzuszek.
- To taki ptak, ale też imię mojej córki - wyjaśniła - Deszcz, Skowronek, możecie wziąć to pudełko i to co się z niego wysypało - spytała, wpychając wysypane graty z powrotem do kartonu - do naszego domu? On bardzo lubi swoje rzeczy – dodała. Tymczasem biały zachichotał i przytulił się do Skowronek, brudząc ją.
Zdziwiona szylkretka delikatnie pogłaskała kociaka, po czym powoli uwolniła się z jego objęć by wraz z Deszcz zacząć targać pudełko w stronę granicy miasta.
Staruszka skinęła im głową, po czym obróciła się w stronę młodego.
- A my tymczasem synku, pójdziemy po farbę – zakomunikowała Bylica, zawracając do miejsca, gdzie znalazła kocię.
- Farbaaaa!- pisnął na to bezimienny i wskoczył na Bylicę.- Jupiii! Pomaluję ci domek! A jak twój domek wygląda?
- Mój domek to takie drewniane gniazdo dwunogów, tyle że przez nich opuszczone - miauknęła, wznawiając marsz, tym razem z powrotem w kierunku z którego przyszli. Zdziwiła się, gdy młody zadrżał lekko.
- Dwunożnych?! Czyli będą tam takie brzydkie buczące sprzęty?! I CIEMNOŚĆ?!!!
- Nie, nie! – zaprzeczyła, próbując uspokoić młode - Jest opuszczona, nie ma tam dwunogów. Tylko raz przyjechał jeden z potworem, ale to było raz i zaraz odszedł, nie ma się czego obawiać. I nie jest tam ciemno!
Mimo jej zapewnień żółtooki rozpłakał się głośno i ledwo co oddychał.
- N-nie chcę ciemnościiiiii!!! - załkał.
- Nie będzie ciemności, nie będzie! - miauknęła, po czym przytuliła dziecko, otulając je ogonem, chcąc je jakoś uspokoić. Maluch przytulił się do niej mocno, dalej nie mogąc się uspokoić, co tylko sprawiało, iż coraz bardziej włączał się w jej głowie pstryczek macierzyński.
- B-boję się!!!
- Ćś...nie dam cię skrzywdzić... - zapewniła.
Chciałaby móc cofnąć czas, uratować Fiołka i móc mu powiedzieć to samo...
ale mogła teraz pomóc temu kociakowi.
Mogła się jeszcze raz postarać zapewnić to kolejnemu synowi.
I taki miała właśnie zamiar.
Żółtooki wysmarkał jej się obficie w futro.
- O-obiecujesz?
- Obiecuję - zapewniła pewnie, tuląc go do siebie.
Umorusany maluch w końcu uspokoił się i zmęczony przymknął ślepia.
- Chce spać...
- Dobrze… Weźmiemy tylko farbę i zaprowadzę cię do naszego domu - powiedziała .
Ruszyli dalej z powrotem w miasto. Po jakimś czasie dotarli do puszek z farbą i wzięli je w pyszczki za metalowe uchwyty, a potem wyruszyli w stronę granicy Siedliska Wyprostowanych. Ona szła prosto, za to kocurek koślawo chodził ze swoją puszką, aż w końcu się przewrócił i wleciał pyskiem do farby, na co szybko zareagowała, odstawiając swoje dwa metalowe pojemniki, po czym podchodząc do kociaka.
- Wszystko w porządku? Nic sobie nie zrobiłeś? - spytała, po czym wyciągnęła jego pyszczek z farby delikatnie. Żółtooki kichnął farbą i zaczął pluć.
- Be... Be farba.
- No już już... - miauknęła, po czym nieco się pochyliła. - Wskocz na mnie, zaniosę cię.
Biały wdrpał się na nią niezgrabnie, próbując zmyć z siebie farbę.
- A mamo, bo mówiłaś o tym imieniu... To jakie ja mam?
- Skoro nie miałeś go wcześniej... To będziemy musieli ci jakieś wymyślić - miauknęła, po czym chwyciła puszki z farbą i ruszyła w stronę domu.
Po drodze poczuła, jak ciało młodego kocura rozluźnia się, a ten niedługo później zasnął jej na grzbiecie, zaczynając cicho chrapać.
***
Słońce zaszło, a ona była już poza miastem. Przekroczyła ostrożnie asfalt drogi, oczywiście po rozejrzeniu się, czy nic nie jedzie, po czym skierowała się w stronę ogrodzenia Złotych Traw.
Kiedy doszli na miejsce, łagodnym głosem obudziła młodego, mówiąc, że dotarli. Potem wraz z dalej zaspanym kociakiem weszli do jego nowego domu. Bylica ostrożnie wzięła białego za kark, po czym włożyła kocurka do jego kartonu, który jej córki postawiły tuż obok jej legowiska.
- Dobranoc - miauknęła do kocięcia, nie uzyskała jednak odpowiedzi od zaspanego bezimiennego.
Po odwróceniu się napotkała spojrzenia całej swej rodziny.
Cóż…
Czas na wyjaśnienie reszcie, która nie spotkała jej w mieście z białym, skąd u licha wytrzasnęła kociaka i co on tu robił. Choć pewnie… już się po niej spodziewali, co.
***
Po obudzeniu rano czekała sobie spokojnie, aż jej nowy synek się obudzi. Jednak gdy tylko to nastąpiło, zaczął się karambol.
Wypluskany w farbie biegał po całej szopie, chcąc dostać się w każde możliwe miejsce. Nie winiła go jednak za to. Był po prostu słodkim, bardzo energicznym dzieckiem i miał do tego prawo. Kiedy żółtookiemu się znudziło, poszedł do Skowronek, by się obok niej położyć, a gdy i to zaczęło mu się nudzić, podszedł do staruszki, którą od niedawna zwał mamą, a która przez cały ten czas czuwała nad nim ze swego legowiska.
- Mamoooooooo głodny jesteeeeeeeeem... – wymiauczał do srebrnej.
- Zaraz ci coś dam - odpowiedziała, po czym poszła do schowka ze zwierzyną, z którego wyjęła nornicę.
Następnie wróciła do malucha, kładąc przed nim piszczkę.
Ten jednak zamiast zacząć jeść, spojrzał na to przerażony.
- Ale... To coś było takie malutkie! Czemu się nie rusza?
Normalnie ją wryło. O kamienie. Zapomniała, że dzieciak nie rozumiał o co chodzi z tym, że koty to drapieżniki. Cholera. W co ona się wpakowała?! Było zwinąć jakąś wędlinę dwunogom zanim się zbudził albo poprosić o to córki!
Żółtooki tyknął martwą zwierzynę łapą.
- Czemu nie wstanie? Śpi? – zapytał naiwnie, podczas gdy jego matka dostała kompletnego zatrzymania pracy mózgu.
I wtedy właśnie podeszła Krokus, aby bez ceregieli odpowiedzieć:
- Bo nie żyje.
NO JASNA...
Bezimienny natychmiast rozryczał się głośno tak, że z pewnością każdy by to usłyszał.
- ALE TO TAKIE MAŁEEEEE! MIAŁO PRZED SOBĄ CAŁE ŻYCIEEE! – wydał z siebie głośne słowa.
- Przecież koty to jedzą... - mruknęła drętwo Krokus, nie zwracając uwagi na stan emocjonalny malucha, a Bylica pierdolnęła sobie tymczasem łapą w łeb. I że jej córka była matką...
Biały tymczasem padł na ziemię i przytulił do siebie piszczkę, w którą zaczął się wypłakiwać.
Widząc to przybliżyła się, po czym delikatnie przytuliła kociaka, mimo laga mózgu i tego, że kompletnie nie wiedziała, co robić, gdy dziecko się rozryczy z powodu śmierci piszczki. Ten przytulił się do niej mocno i wysmarkał się w jej srebrzyste futro.
- T-to się je? T-takie m-małe dzieci?
- Ona była dorosła - miauknęła - Dzieci są jeszcze mniejsze.
- JESZCZE MNIEJSZE?!- wydarł się głośno.
Tylko spokojnie, spokojnie.
- Tak - odparła, próbując nie dostać ataku serca.
Maluch jednak utrudniał jej próby zachowania względnego spokoju, bo zaczął wrzeszczeć przerażony na tę informację. Objęła kociaka ogonem, nie wiedząc, co począć. - Przecież… nic ci się od tego nie stanie... a i tak nornica nie żyje... – próbowała argumentować.
- A-ale t-to jest m-martwe! M-mam jeść trupy?!
Ach… czyli on nie wiedział nawet… skąd w ogóle brało się jedzenie?
- Każde mięso... jest trupem. Nawet to, które jedzą dwunodzy czyli też to, które jadłeś ze śmietnika.
Biały zadrżał na całym ciele, co jeszcze mocniej ją zaniepokoiło.
- N-naprawdę?
- Tak. Koty muszą się tym żywić, inaczej umierają. – wyjaśniła.
Młody wysmarkał się w nią znowu, używając jej jak chusteczki.
- Oh... M-muszę t-to zjeść by m-mnie brzuszek nie bolał?- Skulił się trochę, czując jak go skręca z głodu.
- Tak, niestety, kochanie.
O dziwo przestał protestować. Przybliżył się do jedzenia i zaczął je jeść.
Czuła ulgę, że udało jej się go przekonać, ale jednocześnie żal ściskał jej serce, że kociak niestety musiał teraz, przez nią, poznać okrucieństwo świata, to, które zdawało jej się tak podstawowe i wiadome wszystkim, którzy nie byli kocięcymi oseskami. Objęła bezimiennego ogonem, chcąc jakoś go pocieszyć. Młody po skończeniu posiłu oblizał swój pyszczek.
- Mamo, mogę wyjść na pole się pobawić?
Nim zdążyła odpowiedzieć, kociak wyszedł z szopy.
Natychmiast postanowiła pójść za nim, bo jeszcze nie pokazała mu granic ich terytorium i mógł się łatwo zgubić lub wpaść w kłopoty. Wstała, po czym ruszyła do wyjścia z Drewnianego Gniazda.
Gdy wyszła, dostrzegła jak kociak leży na ziemi z łapą w jakimś zagłębieniu, chyba norze gryzonia. Od razu podbiegła do niego, bardzo zmartwiona. Bo co, jeśli zrobił sobie coś poważnego?
- Nic ci nie jest? Co się stało?
- Boli. Ał.
Pomogła mu wyciągnąć łapkę z dziury, po czym zaczęła ją oglądać uważnie, podczas gdy kociak zaczął cicho płakać.
- B-boli mamo... Ja chyba umieram!
- Nie, nie umierasz, tylko się zraniłeś... zaraz ci pomogę. – zapewniła, po czym chwyciła dzieciaka za kark, by następnie pójść do szopy. Potem postawiła go obok składzika na medykameny. Wzięła z niego potrzebne zioła i zaaplikowała białemu.
Kociak tym czasem bardzo zainteresował się ziołami. Nim zdążyła się zorientować, co się święciło, doczołgał się do składzika.
- Co to?- zapytał zaciekawiony, po czym zjadł jedną z roślin.
Prawie zakrztusiła się powietrzem, widząc jak młody pożera losowe, białe kwiaty. Na szczęście wiedziała, iż nie było tu trucizn, bo je trzymała kompletnie gdzie indziej, więc od niego nie umrze.
- Co ty - czemu zjadłeś zioło? - zadała pytanie, po otrząśnięciu się z szoku.
Młody tymczasem zaczął wypluwać zjedzoną roślinę.
- FUJ! - pisnął. Widziała, jak powstrzymywał się, ale mimo starać zwymiotował tuż obok zbiorowiska medykamentów.
Bylica widząc, co się stało, odetchnęła z ulgą. To znaczyło, że nie będzie trzeba na siłę sprawiać, by wyrzygał zioło, aby mu bardziej mimo wszystko nie zaszkodziło.
Widząc wymiociny poznała pośród nich krwawnik, który na szczęście, dzięki kamienie, nie mógł jakoś specjalnie małemu zaszkodzić.
- Chodźmy... gdzie indziej kochany... i zapamiętaj, nie wolno zjeść zioła, jeśli się nie wie, jakie to zioło i na jakie dolegliwości się je stosuje - miauknęła spokojnie.
- A są smaczne? - żółtooki siorbnął noskiem i powoli wstał osłabiony, trzymając bolącą łapkę w górze.
- Zioła nie zawsze są smaczne. Ale jeśli jest się chorym, to pomagają na dolegliwość. - wyjaśniła, po czym zaprowadziła kocię gdzieś w inny kąt szopy. To rozglądało się zaciekawione dalej nowym miejscem.
- Mamo, a jak z tym imieniem? Bo mówiłaś, że będę je mieć, prawda?
- Tak - miauknęła, uśmiechając się lekko. - Spróbujemy ci jakieś wymyślić. - dodała, przysiadając, po czym patrząc na kociaka. Jak tu go nazwać, jak tu go nazwać...
Miał żółte oczy i białe (posklejane gdzieniegdzie farbą, bo maluch lubił się w niej taplać) futro. No właśnie... białe futro.
Wyglądał trochę jak kot ulepiony ze śniegu.
I nawiązanie do śniegu pasowało do tego, że maluch był kreatywny, a z niego można było lepić różne rzeczy i świetnie się nim bawić, i choć nie jedna pora nagich drzew dała starej kocicy w kość, to i tak lubiła zabawy w białym puchu.
- Może… chciałbyś się nazywać Bałwanek?
Zamrugał zdziowony i przekrzywił łebek.
- A co to?
- Widziałeś kiedyś... śnieg? Wiesz, można z niego lepić kształty. Bałwanek, to znaczy, że ten kształt wygląda jak jakaś istota. Na przykład kotobałwan, to śnieg ulepiony tak, że wygląda jak kot. A ty masz piękne, białe futerko które przypomina mi śnieg. I jesteś kotem.
- Aha - mruknął cicho kocurek, wyglądając, jakby dalej nie rozumiał. Otworzył szerzej oczy, kiedy zobaczył przelatującą gdzieś muchę.
- MOTYLEK!- zapiszczał i zaczął kuśtykać w jej kierunku.
Na wrzask dzieciaka od razu uniosła łeb, spodziewając niebezpieczeństwa czy jakiegoś wypadku. Dopiero po chwili dotarły do niej jego słowa. Patrzyła, jak maluch kuśtyka za muchą, na co uśmiechnęła się lekko. Niech się bawi dziecko, co z tego, że nazwało muchę motylkiem. Jednak wypadki nie skończyły się na tym, bo nowo nazwany synek wywalił się po chwili i poturlał po podłodze. Natychmiast podeszła do niego, zaniepokojona.
- Nic ci nie jest? - spytała.
- Ta łapka przeszkadza!- zapiszczał, wlepiając wzrok w bolącą łapę. - Biegać nie mogę!
A, no tak. Powinien uważać na łapę. W całym tym ambarasie zapomniała mu tego powiedzieć.
- Racja. Musisz odpocząć i poczekać, aż ci się poprawi. Jutro powinno być już dobrze.
< Aital? Synku? <3 >

22 stycznia 2023

Od Aitala Do Bylicy

 Życie było jedną wielką beztroską! Bez złych Dwunożnych mógł robić sobie co tylko chce, rozwalać rzeczy po drodze, biegać w kółko, gryźć i drapać różne przedmioty i nikt go za to nie karał! Był całkowicie wolny na ulicy, sam sobie znajdował zabawki, druty, próbował się przyjaźnić z gołębiami… Tylko jedzenie było problemem, ale miał to gdzieś. Najważniejsze było dla niego to, że miał przy sobie wygodny karton i rzeczy do zabawy. Jakby nigdy nic grzebał w puszkach z farb, które wywalił na śmietnik jakiś Dwunożny. Paplał się w tej substancji, wyglądając jak jakiś kolorowy potworek. To była jego codzienność. Niekończące się dzieciństwo i życie na czyiś koszt… Z natury był pasożytem, więc nie chciał nawet zbytnio sam się nie trudził by znaleźć potrzebne mu rzeczy. 
Nagle usłyszał z tyłu hałas. Obcy kot chrząknął mu nad uchem. Odwrócił się z lekkim uśmiechem. To była tylko jakaś starucha… Pewnie szukała jedzenia czy coś w ten deseń. Wyglądała dosyć przeciętnie bo jak szkielet, ale nie mógł jej zabronić bezowocnego grzebania w gruzie.
- A pani co tu robi? Chce pani jakieś śmieci wyciągnąć?- zapytał, wskazując łapę na stertę nieprzydatnych rzeczy. Były naprawdę fajne, ale… Śmierdziały. Dlatego pozwalał je brać innym (chociaż rzadko kto potrzebował drutów), bo inaczej przetrzymywałby je w pudle. Tam miał wszystko! Tylko śmierdzących rzeczy nie zabierał.
- Przechadzam się i zauważyłam, że coś robisz...z farbą - miauknęła, patrząc na ten cały pierdolnik zrobiony z farb. No co ona taka zdziwiona była? Zwykłe kolorowe akcenty na szarej uliczce. Trochę radośniejsza powinna być rytuna w tak nudnym miejscu!
Roześmiał się i zaczął kreślić farbą wzorki na podłożu.
- Bo to fajne jest, wie pani? Prawdziwy skarb! Można się w tym taplać, malować i mam teraz ładne, kolorowe futerko! Tylko jeszcze nie próbowałem jak smakuje...- podniósł łapkę pełną mazi do pyszczka.- Mam nadzieję, że dobrze, bo trochę głodny jestem... Pachnie fuj, ale trzeba przecież coś jeść, prawda?
Ta dziwna samica podeszła bliżej i zaczęła dotykać jego farby. Skarciłby ją gdyby nie to, że wyglądała na całkiem miłą i przyjazną. Uh, ale on by coś zjadł! Może miała coś do zjedzenia? Może by mu w końcu coś dała? Przecież potrzebował żarcia bardziej niż ktokolwiek inny!
- Zaraz, nie masz nic do jedzenia poza tą farbą? - spytała jak głupia. No teraz nie miał, czyli… Nie miał. Pokręcił łebkiem.
- Niezbyt... Bo mało znajduję śmieci, które można jeść. Zazwyczaj mają taką ble pleśń, bo której mnie brzuszek boli! A nikt nie chce się wymieniać zabawkami, bo uważają je za bezwartościowe, więc nie mam jak zdobyć żadnego am am- powiedział cicho, wlepiając wzrok w maź, po czym wepchnął w nią nosek.- Fuuuuj, po tym też mnie będzie brzuszek boleć! Ble!
Starucha na chwilę się zawiesiła, a on zastanawiał się czy będzie zmuszony jeść farbę. To pachniało w końcu tak obrzydliwie… Nie chciał się zatruć! Nigdy w życiu!
- Masz rodziców?
Przekrzywił łebek.
- A co to rodzice? Że mama i tata? A to nie wiem- zamruczał, bawiąc się farbą dalej.- Mamę trochę pamiętam, ale to jak byłem takim pyci pyci kociakiem, a tatę... Nie, nigdy go nie widziałem!
Mówił prawdę, nigdy by nie skłamał w takiej kwestii. Wspomnienia z mamą były już nieco dla niego niewyraźne i jedyne kojarzył ją jako kogoś, kto go przytulał jak był bardzo mały i dawała mu jedzenie. Nic więcej. Ojca w ogóle nie spotkał.
- Czyli...nie masz nikogo, kto by ci pomógł? - spytała, nie ukrywając w głosie lekkiej nuty współczucia.
- Nie!- odparł, jakby nic się nie stało.- Mam tylko swoje zabawki, już pani pokażę!- podbiegł do swojego pudła wysmarowanego od farb i różnych dziwnych substancji.- To jest moje pudło... A w środku mam takie coś!- pokazał stary, brudny szalik.- Dzięki temu jest mi cieplej jak jest tak brrrr zimno! I mam też takie coś do gryzienia!- pokazał zepsutą i wymemlaną gumową kość, która pewnie kiedyś należała do jakiegoś psa.- I mam jeszcze jakieś druty, patyki, kartony... Ale nikogo do pomocy!
Starsza pani uśmiechnęła się trochę. Jupi, czyli jej się podobało! To już coś o niej świadczyło. Jeżeli polubiła te rzeczy, to… Musiała być w porządku!
- Jak widzę masz tu całkiem spory arsenał - miauknęła. Następnie zamoczyła łapę w farbie po czym odcisnęła jej ślad na chodniku. Wyskoczył z pudełka do kocicy i zaczął się taplać w farbie. Ona też ją lubiła! Ale mega! Nie pobiła go ani nie okrzyczała, tylko zaczęła się bawić farbą!
- Prawda że fajna? Taka do miziania!- zachichotał, będąc już teraz cały w farbie.- Tylko szkoda, że nie do jedzenia... Wtedy bym miał co zjeść.
- Tak, fajna - miauknęła, po czym znów zamoczyła łapę w farbie a następnie odbiła kolejny ślad na chodniku. - i fajnie odbija się ślady łap przy jej pomocy. 
Zamruczał głośno. Kotka go rozumiała! Po raz pierwszy spotkał kogoś takiego. Trochę było dziwne, że tylko odbijała te dziwne ślady, ale była spoko!
- Proszę pani, a chce pani być moją mamą? Znajdę dla pani jakiś fajny karton i będziemy razem się bawić farbą!!!
- Wiesz...właściwie,  to mam swój dom - miauknęła - ale możemy zrobić tak, że wezmę cię z twoimi rzeczami do siebie...skoro tak bardzo chcesz...możemy wziąć też farbę... - miauknęła, uśmiechając się niepewnie.
Zaczął piszczeć podekscytowany. Ale super! Kocica była trochę zmieszana tym nagłym pytaniem, ale zgodziła się! Super!
- Ale fajnie!!!- wskoczył kotce na grzbiet.- Mam mamę!!! Jupii!!!- oblepił ją farbą.

<Bylica moja nowa matko której rozwalę życie? :>>