BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Judaszowcowy Pocałunek x Jeżówkowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Judaszowcowy Pocałunek x Jeżówkowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

02 sierpnia 2024

Od Judaszowcowego Pocałunku CD. Jeżówkowej Łapy

Kocur podniósł z zaciekawieniem jedną brew. Była mu wdzięczna? Co za okaz! Większość uczniów była niewychowanymi mysimi móżdżkami, które łypały na niego okiem... Być może wyrośnie z niej jeszcze coś dobrego...
— Doprawdy? — mruknął, podchodząc do kotki bliżej. Zmierzył swoją uczennicę typowym dla siebie, chłodnym wzrokiem. — Będzie z ciebie porządny wojownik — pochwalił Jeżówkową Łapę, a pod jego wąsem można było zauważyć delikatny uśmiech. — Oczywiście — odpowiedział jeszcze na jej pytanie. — Od kogoś trzeba się przecież nauczyć.

***

Jeżówka powoli dorastała, z każdym kolejnym księżycem sięgając wyżej, mierząc dłużej, ważąc więcej. Pod puszystym futrem rysowały się mięśnie, a w głowie kotłowała się zgromadzona przez sezony treningu wiedza. Czy Judaszowcowy Pocałunek, jako jej mentor, był dumny z postępów swojej uczennicy? Cóż, nie był nimi zawiedziony, to było pewne. Nie była zła – lecz zawsze mogła być lepsza. Zawsze mogła się postarać bardziej, przynajmniej spróbować dorosnąć czekoladowemu do pięt. Marzeniem Judaszowcowego Pocałunku byłoby posiadanie perfekcyjnego, najbardziej umiejętnego ucznia, któremu mógłby przekazać wszystko, co sam wiedział i co wyznawał. Stworzyć swoją kopię, tyle że młodszą, pod którą mógłby się podpisać, jaki byłby jego chlubą. Dowodem na własną wyjątkowość i niezwykłość.
Był surowy – musiał być surowy. Oczywiście, że nikt nie przepadał za treningiem, który potrafił wykończyć i sprawić, że pod koniec dnia kładło się do legowiska i zasypiało prawie natychmiast – ale takie było życie. Nie było usłane różami, podłażącą pod nos zwierzyną i wrogami, którzy trzymali się z daleka od kociej ścieżki. Jeśli ktoś chciał zostać dobrym wojownikiem, musiał to poczuć na własnej skórze. Nie tylko Jeżówkowa Łapa, ale i każdy inny uczeń nawet nie wiedzieli, jakie mieli szczęście, by urodzić się w klanie, a nie pod więdnącym krzakiem pośrodku niczego, z łona samotnej włóczęgi, bez piszczki przy duszy. Powinni zrozumieć jakie te umiejętności dawały im przewagę i jak wdzięczni powinni być za możliwość nauczenia się ich ze swoim mentorem, a nie na własną łapę, konając z głodu.
— Wstawaj — burknął, a gdy nie otrzymał reakcji, pacnął szylkretkę w głowę. Jeżówkowa Łapa gwałtownie odchyliła łeb, wyrwana z głębokiego snu. Zerwała się jednak posłusznie z miejsca bez żadnego narzekania, mimo ospałych ruchów. I bardzo dobrze — myślał Judaszowiec, wyprowadzając ją wpierw z legowiska, a następnie z obozu. Po księżycach nieustannej ulewy nareszcie słońce zaczynało przygrzewać i wysuszać rozmiękłe od deszczu kocie grzbiety. Nareszcie wyjście na zewnątrz nie kończyło się przesiąknięciem wodą jak jakiś płaz. Miał już tego dość, a zmiany przyjmował z szerokim uśmiechem. Klan Gwiazd był dla nich łaskawy.
— Gdzie idziemy? — zapytała zaciekawiona Jeżówka, próbując dorównać krokiem swojemu mentorowi, który, jak to miał w zwyczaju, parł niezłomnie przed siebie prędkim tempem.
— Jesteś już wystarczająco doświadczona, by zacząć trenować w tunelach — odmruknął.
— W tunelach? — dogoniła go uczennica, lekko zaskoczona. — Naprawdę?
— Na niby — Judaszowiec burknął. Jaja sobie robił, to oczywiste. Takie to mądre, a jednak głupie... — Chyba się nie boisz?
— Skąd! — zaprzeczyła. — Zawsze tylko go omijaliśmy i...
— Więc czas to zmienić — przerwał uczennicy. — To nie jest miejsce dla kociaków, ale ty powinnaś się już zbliżać do mianowania, więc to odpowiedni moment, byś je poznała — wytłumaczył krótko, mając nadzieję, że dosadnie. Jeżówkowa Łapa tylko skinęła głową i podążyła za kocurem, trzymając nisko przy ziemi ogon.
Judaszowcowy Pocałunek zatrzymał się przy rozkopanym wejściu, dokładnie je obwąchując. Otaczały go wysokie głazy, które rzucały na niego przyjemny, chłodzący cień. Ziemia wyglądała na suchą, lecz w głąb tunelu nadal mogła być błotnista. Cóż, Jeżówka będzie musiała sobie poradzić, pomyślał.
— Zanim tu wejdziemy — odwrócił się do stojącej za nim uczennicy — musisz pamiętać, by zachować ostrożność. Masz się mnie słuchać, a nie pakować się w różne dziwne, ciemne dróżki. Nieznane tuneliki w każdej chwili mogą się zawalić, a ciebie przygnieść i zadusić. A stamtąd nikt cię nie wyciągnie, tym bardziej żywcem — ostrzegł ją i zauważył, jak jej uszy odchylają się do tyłu. — Nie zdziw się, jak im dalej w las, tym będzie ciemniej, wilgotniej i chłodniej. Twoje oddechy staną się płytsze, bo tam nie ma tyle powietrza, co tu, pod gołym niebem. Tylko nie panikuj — powiedział głośniej, jakby chciał wyróżnić tę zasadę. — Bo ściągniesz niebezpieczeństwo na wszystkich, nie tylko na siebie. O wypadek nietrudno.
— Wszystkich? To będzie z nami ktoś jeszcze? — zapytała Jeżówkowa Łapa.
— Na tą chwilę wyłącznie my, ale to na pewno nie będzie twój ostatni raz — odparł, strzepując uchem. Nie podobało mu się, że nie zareagowała na jego ważny wywód. — Rozumiesz wszystko, co ci właśnie powiedziałem?
Szylkretka gorliwie przytaknęła głową.
— Tak jest — odparła, co zadowoliło wojownika.
— A więc... — Judaszowcowy Pocałunek odsunął się, sprawiając, że wejście do tuneli stało tuż przed jego uczennicą. — Panie przodem.
— Mam wejść pierwsza?
— Będę szedł zaraz za tobą. Gdy własną, gołą łapą poznasz te tunele, wkrótce będziesz mogła po nich śmigać jak kret. To najlepsza metoda na naukę — zapewnił. W końcu zdobędzie najwięcej doświadczenia, prawda? 
Jeżówkowa Łapa nie wyglądała na przekonaną, lecz podeszła do wejścia, stojąc nad nim niepewnie przez moment i obwąchując je bacznie. Wpatrywała się w ciemność, która tajemniczo zakrywała czarną płachtą to, co znajdowało się w głębi Sekretnego Tunelu. Judaszowiec był pewien, że jeszcze kiedyś kotka mu za to wszystko podziękuje.
— Dalej — pospieszył ją Judasz, nieco zniecierpliwiony. Biorąc głęboki wdech, Jeżówka przekroczyła piaszczysty próg kanału.
— Na początku to jak wejście w któreś legowisko, jak w naszym obozie — mruczał, gdy zapuszczali się głębiej. Zgodnie z obietnicą, mentor kotki trzymał się jej blisko; wąsy wojownika ocierały się o jej czarno-białą, puszystą końcówkę ogona Jeżówkowej Łapy. Jej ciało było spięte, jakby gotowe na każdą ewentualność i zagrożenie, które mogło się kryć w mroku.
— Lewo, lewo — instruował ją, gdy ta prawie poszła przed siebie, zamiast skręcić w boczną odnogę. — Tam jest ślepy zaułek — ostrzegł. — Musisz skonstruować sobie w głowie mapę, by na następny raz pamiętać, gdzie wejść, gdzie nie. Mam nadzieję, że już to robiłaś — burknął. Zapomniał o tym wspomnieć, ale to było przecież oczywiste.
— Oczywiście — odpowiedziała, choć Judaszowiec nie czuł w jej głosie przekonania.
Szli dalej, a światło powoli gasło, pogrążając dwójkę w rosnącej z każdym uderzeniem serca ciemności. Musieli na chwilę przystanąć, by pozwolić, aby ich oczy przystosowały się do wszechobecnej ćmy. Gdy ruszyli, wygrzane słońcem kamienie ustąpiły tym delikatnie śliskim. Musieli stawiać swoje kroki ostrożniej, by się nie poślizgnąć na mokrej skale. Jeżówkowa Łapa zdążyła kilkukrotnie się zachwiać, jednak ani razu nie spadła z przykurczonych nóg. Niektóre cieńsze odcinki tunelu zmuszały koty do ocierania się o wilgotne ściany, co muskało nieprzyjemnym mrozem łyse plamy na ciele Judaszowcowego Pocałunku. Musiał przyznać, że jego uczennica radziła sobie całkiem, całkiem. Skoro byli już tak głęboko, a on jeszcze nie musiał wyciągać jej za ogon z jakiejś skalnej szpary...
— Tam? — Szylkretowa zatrzymała się przed kolejnym napotkanym rozgałęzieniem.
— Jeśli chcesz wpaść do uskoku, droga wolna — wymamrotał. — A tam to tylko gwiazdy wiedzą, co się znajduje. W tę stronę — wskazał jej ruchem pyska ścieżkę, do czego nie musiał przekonywać jej dwa razy.
Dotarli do kolejnego rozwidlenia, lecz tym razem Judaszowcowy Pocałunek celowo nie mówił ani słowa. Pozwolił, by kotka obwąchała wszystkie trzy napotkane na ich drodze wejścia – po prawej wysokie, lecz wąskie, po środku odwrotnie, niskie, choć szerokie i największe z nich, znajdujące się po lewej. Prowadziły kolejno do ślepego zaułku, małego, podziemnego jeziorka i do właściwego wyjścia na powierzchnię. Jeżówka spojrzała się na mentora pytająco, jednak ten tylko lekko się uśmiechnął.
— Gdzie idziemy?
— Twoja decyzja.
Kocica zamrugała ze zdziwienia.
— Nie znam drogi. Nie chcę nas zwieść na manowce — tłumaczyła się.
— Zaufaj przeczuciom. Może Klan Gwiazd ci wskaże drogę...

<Jeżówkowa Łapo?>

[1202 słów; nawigacja w tunelach]
[przyznano 12% + 5%]

14 lipca 2024

Od Jeżówkowej Łapy CD. Judaszowcego Pocałunku

Może zacznę od początku. Sama wizja posiadania kogoś takiego jak Judaszowcowy Pocałunek, o którym mówiono same złe rzeczy, na początku mnie zaskoczyła. Sama już nie wiedziałam, czy był to szok pozytywny, czy też negatywny, jednak nie miałam zbytnio czasu na przemyślenia. Pamiętam, że skomplementował moje łapy, by po chwili zarzucić mi głupotę. No, prawie. W zasadzie to przyznał, że ma nadzieję, że taka nie jestem. Też mi coś. Cóż, równie dobrze ja mogłam zarzucić mu, że za takim twardzielem, jakim rzekomo był, krył się w rzeczywistości tchórz, ale nie zrobiłam tego. Miałam w sobie resztki samo zahamowania, nie zamierzałam spędzić reszty dnia, wygrzebując z futra starszych kleszcze. Nie, żebym coś do nich miała. A może miałam? Ciężko stwierdzić. Wiedziałam po prostu, że chciałam, póki co utrzymywać srogi dystans między sobą a mentorem.
W każdym razie coś musiało się zdarzyć, żebym musiała wynieść swój gburowaty zad spoza obozu. A prowodyrem tego nie był nikt inny, jak Judaszowcowy Pocałunek. Obudził mnie klasycznie, gdy jeszcze inni sobie smacznie spali. Nawet Przyczajona Kania spał, a przynajmniej zdawał się wypoczywać! No ale najwyraźniej musiałam te chwile przecierpieć, by w przyszłości wyrosnąć na wielką, potężną wojowniczkę. Chciałam zrobić to dla niego. Chciałam, nie, mi ZALEŻAŁO, żeby mój braciszek, który nie zdążył zasmakować nawet kęsa uroku życia, mógł w przyszłości z góry obserwować, jak jego młodsza siostrzyczka osiąga sukcesy w wielu dziedzinach.
— Będę cię obserwował i za tobą szedł. Możesz mnie zawlec ze sobą na drugi koniec terenów, ale do obozu nie wracasz z pustym pyskiem. Nawet jakbyśmy mieli siedzieć tu do wieczora — pogroził mi, co akurat nieszczególnie zrobiło na mnie wrażenie. Po tym, jak wyśmiał mnie i moje zachcianki związane z walką, stwierdziłam, że nie będę przykuwała już szczególnej uwagi do jego słów. Wszelkie kąśliwości będę jednym uchem wpuszczać, a drugim wypuszczać. Mimo to, z goryczą na sercu, posłuchałam kocura. Wiedziałam po prostu, że tak namalowano mój los, a ja nie miałam na to wpływu. Klan Gwiazdy chciał, by to ten kocur został moim mentorem. Może i nie wydawał się dla mnie szczególnie atrakcyjny, oczywiście nie w romantycznym znaczeniu, szanujmy się, ale musiałam to zdzierżyć. Kto wie, może w przyszłości będę nawet wdzięczna za to, jaki mentor mi się przytrafił. Chociaż, nie ukrywajmy, szansa na to była raczej niewielka.
— Nie wiem, jak tam z tym u innych, ale mi długie treningi niestraszne — mruknęłam obojętnie, wzruszając ramionami, jakby na podkreślenie moich słów. Mimo to, nim kocur zdążył się odezwać, ja już ruszyłam przed siebie. Z dnia na dzień coraz pewniej czułam się w chodzeniu, po bolącym kolcu w łapie. Przyznaję, za to mogłam być wdzięczna kocurowi, jednak tego nie nauczył mnie nikt, odkąd straciłam brata. Bowiem, prawdę mówiąc, po tak ciężkiej ranie, która ugodziła mnie w serce, oduczyłam się wszystkiego. Najwyraźniej nawet oddychania, gdyż po tym, jak ten mysi móżdżek, zwany potocznie Pochmurnym Płomieniem. Oznajmił śmierć mojego brata, żebra same mi się zacisnęły, odmawiając posłuszeństwa. Zaczęłam się dusić własnymi łzami, własnym powietrzem w płucach, a widząc mroczki przed oczami, spanikowałam jeszcze bardziej. Nie wiedziałam w zasadzie, co to było, dopóki nie powiedziała mi o tym Czereśniowa Gałązka. ”Jeżówko, miałaś atak paniki. To normalne u takich kotów jak ty”. Pamiętam, jak nadąsana podniosłam się wtedy i opuściłam legowisko. I choć ból nie ustępował, obiecałam sobie jedną rzecz. Już nigdy więcej nie pozwolę sobie mieć ten cały atak paniki. No i najwyraźniej byłam trwała w postanowieniach, bo kończyła się już pora opadających liści, a ja dalej zachowywałam kamienny wyraz pyska. Sama już nie wiedziałam, czy był to dobry objaw, czy też nie. Zresztą, co ja wiedziałam? Chyba jedynie to, że byłam niezwykle uparta i ambitna, by dążyć do swoich ustalonych celów.
Choć chęci miałam stosunkowo mało, chęć spełnienia w oczach klanu była taka wielka, że już po chwili stąpałam cichuteńko, z pyskiem zniżonym do ziemi. Wargi były oddalone od siebie, bym mogła pochłaniać wszelkie zapachy jak prawdziwy drapieżca. Kątem oka zerknęłam na Judaszowcowy Pocałunek, który równie cicho stąpał za mną, uważnie mi się przyglądając. Jego przenikliwy wzrok palił moją skórę, którą z “bólu” miałam ochotę wręcz rozerwać. Chciałam zrzucić ją z siebie jak wąż, oplatający ofiarę, słodko zmorzoną w śnie. W końcu machnęłam ogonem, unosząc lekko pyszczek, by wzrokiem przelecieć teren. Wyczułam ją, nim ją zobaczyłam. Zmrużyłam oczy, by wyostrzyć spojrzenie, po czym zerknęłam po raz kolejny na mentora. Ten jednak nie wydawał się zbyt chętny do, w razie takiej potrzeby, pomocy. “Czyli dla niego, mysz równie dobrze mogłaby uciec, przez co ktoś zasnąłby wygłodzony”, pomyślałam, wykrzywiając wargi w grymasie. Ponownie skierowałam wzrok ostrych, zielonych tęczówek przed siebie, wbijając je w gryzonia zajadającego się jakimś nasionkiem. Przyległam do ziemi i wysunęłam pazury, by poprawić moją przyczepność, po czym zaczęłam skradać się do myszowatego. Ślina sama zaczęła mi się pienić, a źrenice rozszerzyły, na samą myśl o świeżo upolowanej zwierzynie. Głód ssał mój żołądek, wołając wyraźnie o dostarczenie pokarmu, wiedziałam jednak, że jako prawowita uczennica Klanu Klifu, odstąpię cały swój posiłek, byleby karmicielki, starsi i kocięta się posiliły do syta. Oblizałam ostrożnie spierzchnięte wargi, ustawiając się pod wiatr, tak, by mysz nie mogła mnie wyczuć. Może i Judaszowcowy Pocałunek był osobliwym mentorem, jednak co nieco mnie już nauczył. Może i była to głównie teoria, jednak hej! Co mi tam? Żeby przejść do praktyk, trzeba znać teorię. Ponownie zmrużyłam oczy, a gdy oddzielało mnie od gryzonia zaledwie kilka lisich ogonów, wybiłam się w powietrze… By chybić. Otworzyłam szerzej oczy, gdy mysz odbiegała z przerażonym piskiem, a ja wpadałam w błoto. Przeklęłam pod nosem mysz, podnosząc się z gleby, cała umorusana. Spojrzałam z wyraźnym niezadowoleniem na pysku na mentora, jednak jego kamienna obojętność przytwierdziła mnie z powrotem do ziemi. Cofnęłam uszy, wywracając oczami.
— Jeszcze raz — powiedział ze znajomym mi już chłodem, na co ja odpowiedziałam mu podirytowanym spojrzeniem. — Spróbuj jeszcze raz. Upewnię się, że nie wrócisz do obozu z pustymi łapami. Możesz nawet przegonić wszelką zwierzynę z terenów Klanu Klifu, jednak nie pozwolę Ci jako jedyną przyjść z niczym.
Sposób, w jaki przemawiał, nie tylko zgasił mój narastający gniew, jak i swego rodzaju motywował do dalszego działania. Wiedziałam, że będę zmuszona spać poza obozem, jeśli nic nie złapię. Ciekawiło mnie jedynie, czy skazałby mnie na polowanie na terenach innych klanów, gdybym faktycznie przepłoszyła całą zwierzynę. Cóż, nie chciałam się o tym faktycznie przekonać. Odwróciłam wzrok od czekoladowego kocura, po czym otrzepałam się z błota, by ten mnie nie obciążał przy dalszej podróży. Gdy tylko byłam wystarczająco usatysfakcjonowana, ruszyłam dalej. W taki sposób przeszliśmy na tereny bardziej oddalone od jaskini stanowiącej nasze obozowisko. Z arogancko wypiętą piersią i markotnie zgarbionymi plecami, prowadziłam nas przez terytorium, węsząc bez przerwy. W pewnej chwili ponownie zmrużyłam oczy i zwolniłam, co wyraźnie przykuło uwagę towarzysza, gdyż ten się zatrzymał. Ponownie ustawiłam się tak, by wiatr wiał mi w pysk. Znowu zauważyłam mysz, tym razem kompletnie inną. Ta była wychudzona, przyprószona siwizną. Była więc najpewniej słabsza, a co za tym idzie, łatwiejsza do złapania. Uśmiechnęłam się pod nosem, zadowolona z mych zdolności tropienia, nawet jeśli nie umiałam jeszcze najlepiej rozpoznawać zapachów. Pokręciłam zadkiem i wybiłam się w powietrze, by po chwili wynurzyć się zza wysokiej trawy, niosąc mysie zwłoki. Skrzyżowałam wyzywające spojrzenie z mentorem, jednak po chwili ono złagodniało. Wiedziałam, że nawet jeśli za nim nie przepadałam, powinnam mu być wdzięczna za nauki, które mi dawał. Równie dobrze mógłby zlewać moje treningi, nie pojawiać się na nich, albo nawet ich nie organizować. Westchnęłam cicho, po czym odłożyłam ostrożnie ciałko na przesiąkniętą wilgocią ziemię. Po raz kolejny wymieniłam z kocurem spojrzenia, tym razem próbując odgadnąć, jakie uczucie kryje się za tymi pomarańczowymi ślepiami.
— Więc… Udało mi się — Przerwałam w końcu ciszę, która zaczynała stawać się powoli zbyt głośna. Mój towarzysz wciąż milczał, a gdy strzepnął ogonem, westchnęłam. — Jakby nie patrzeć, powinnam Ci podziękować. Może i jesteś surowy, ale wiesz, co robisz. Ja… Dziękuję — Mruknęłam cicho, odwracając z palącym zażenowaniem wzrok. Po chwili jednak spojrzałam na mysz, a na mym pysku wymalował się kwaśny uśmiech. — To jak, pokażesz mi, jak to robią doświadczeni wojownicy?

<Judaszowcowy Pocałunku? Może się zakolegujemy w końcu?>

[1314 słów]

[przyznano 26%]


10 czerwca 2024

Od Judaszowcowego Pocałunku do Jeżówkowej Łapy

Nie wierzył w słowa Srokoszowej Gwiazdy. Że nareszcie, po takim czasie, ktoś naprawdę pozbył się pajęczych sieci z głowy na tyle, by zauwaźyć choć skrawek jego wyjątkowości? Powierzyć mu młodą, kształtną duszę? Judaszowcowy Pocałunek myślał, że w życiu się nie doczeka chwili, w którym nareszcie na czyjegoś mentora przywódca zdecyduje się wybrać kogoś kompetentnego. Bo jak tu brać kogokolwiek w tym klanie poważnie, jeśli na mentorów wybiera się na wpół ślepych, niedoświadczonych i zdecydowanie za mało inteligentnych wojowników? O ile w ogóle zasługiwali na to, by tak ich nazywać. Według Judaszowca, miano wojownika było niewątpliwie rozdawane o wiele szczodrzej, niż być powinno...
Ceremonia mianowania nowych uczniów zakończyła się i tak, jak Pochmurny Płomień już zabierał swoją świeżo upieczoną uczennicę na zewnątrz obozu, Judaszowiec wpatrywał się w małą szylkretkę oceniającym wzrokiem, bez słowa. Odwzajemniała wzrok, jednak bardziej zaciekawiony i być może nawet nieco zlękniony – lodowate spojrzenie, grymas i płaty gołej skóry nie pomagały wojownikowi w wyglądaniu na przyjaznego. Nie żeby kiedykolwiek próbował.
— Masz duże, silne łapy — przerwał w końcu ciszę, głosem prawie tak samo zimnym, jak jego oczy. Czyżby to była pochwała? — Lecz zwykle pod wielkimi muskułami ukrywa się mały, mysi móżdżek.
— Przepraszam? — zapytała Jeżówka, mrugając widocznie ze zdziwienia. Judaszowcowy Pocałunek uniósł łeb, aby spojrzeć na nią jeszcze bardziej z góry.
— Mam tylko szczerą nadzieję, że udowodnisz, że nie jesteś jednym z nich — mruknął i zanim uczennica zdążyła zebrać myśli, by cokolwiek odpowiedzieć, odwrócił się w stronę wyjścia z obozu. Przymrużył nieco oczy, gdy słońce poraziło go swoim światłem. — Nie ma co marnować czasu. Nie po to Klan Gwiazdy dał nam dzień, by spędzać go na nic nie wnoszących pogaduszkach — i tak też wyszedł, zmuszając kotkę do podążenia za nim.

Narzucił szybkie tempo. Jeżeli Jeżówka oczekiwała, że da jej fory, mogła sobie pomarzyć. Judaszowcowy Pocałunek nie zamierzał powołać na wojownika kogoś, kto się na to nie nadaje. W końcu Przyczajona Kania również nie był delikatny, a Judaszowca wytrenował bezbłędnie; jego uczeń chciał pomnożyć ten niebywały sukces na tyle, na ile było to możliwe.
Powiedzenie, że był miło zaskoczony byłoby przegięciem, lecz zdecydowanie Judasz nie był zawiedziony pierwszym wrażeniem, które wywarła na nim jego uczennica. Jeżówka, być może cicho sapała, lecz szła przed siebie u boku czekoladowego, nie wykazując oznak specjalnego zmęczenia. Wytrwałość to ważna cecha, pomyślał, lecz nie pochwalił jej głośno. Wystarczy już to, co powiedział przy mianowaniu. Był i tak dziś wyjątkowo hojny.
— Pogorzelisko — zatrzymał się nagle i wymruczał do Jeżówkowej Łapy, która stanęła dopiero po uderzeniu serca, nieco zdezorientowana. Podążyła za spojrzeniem kocura, które osiadło na rozłożystych, wierzbowych gałęziach, które tą porą roku były już prawie nagie. Pod korzeniami drzewa, a także ogółem w jego okolicy rozpościerała się tylko sucha, wyjałowiona ziemia. W niektórych miejscach można było zauważyć wyraźnie zaznaczone kopce. Na nielicznych z nich poza stojącymi na grzbietach kamykami znajdowały się pozostawione wcześniej przez innych, gnijące już kwiaty lub pióra, które zdążył poszarpać deszcz i wiatr.
— Co to za miejsce? — spytała kotka, kładąc po sobie nieznacznie uszy.
— Klanowe cmentarzysko. Rośnie tu wyłącznie ta wierzba, wszystko inne jest martwe łącznie z tym, co się kryje pod ziemią — mówił beznamiętnym tonem, wpatrując się w dal. — Zaraz pod drzewem chowani są liderzy, by oddać im szacunek. Poza Pogorzeliskiem grzebie się zdrajców.
Jeżówkowa Łapa patrzyła się w gołą ziemię tak, jakby czegoś w niej wypatrywała. Judaszowcowy Pocałunek dopiero po chwili przypomniał sobie, że nie tak dawno kotka przeżyła stratę. Z pewnością była jeszcze pogrążona w żałobie. — Pamiętaj, że nieważne, gdzie twój brat jest, gwiezdni przyjmą go z otwartymi łapami. Być może nawet teraz na ciebie spogląda, bądź na twoją siostrę — mówił, szczerze nie wierząc w scenariusz, w którym Mniszek mógłby przeżyć atak jastrzębia. Ten ptak bywał zabójczy nawet i dla dorosłych, co dopiero dla niewyrośniętych kociąt. Cóż... takie życie. — Nie mamy całego dnia. Wolisz wpierw zapoznać się z resztą naszego terytorium, czy granicami?
Jeżówka w końcu oderwała oczy od Pogorzeliska i spojrzała na swojego mentora, zamyślona.
— To może...
— Właściwie, jak pójdziemy na granice to zrobimy równe koło, zamiast się wracać. Nieważne — zamilkł, lecz nie na długo, ponieważ szybko dotarli do brzegu wody. Usłana głazami rzeka nie była wyzwaniem do przemierzenia dla wojownika, lecz uczeń mógł mieć z nią problem. Nie zaprzątało to głowy Judaszowcowego Pocałunku, przynajmniej na początku. Po pokonaniu paru susów zauważył, że kotka zdołała wdrapać się jedynie na jeden, obawiając się nieco skoku na następny, a szczególnie chybienia i wpadnięcia prosto do wody.
— Hej — burknął, odwracając łeb, stojąc już w połowie rzeki. Jeżówkowa Łapa spojrzała się na niego pytającym wzrokiem.
— Nie potrafię pływać — wytłumaczyła krótko i spojrzała na własne łapy. Odsunęła je od krawędzi skały, kiedy woda chlusnęła tuż obok nich.
— Przecież nie musisz — Judaszowiec uniósł jedną brew. — Och, ci uczniowie teraz to takie boi-wróbelki... — wymamrotał do siebie, ale szylkretka mogła to bez problemu usłyszeć. Jej mentor znalazł się obok niej w parę chwil, przysiadając na mniejszym kamieniu od tego, na którym stała Jeżówka. — To wszystko jest proste jak połknięcie płotki. Masz szczęście, że nie ma ciężkich opadów deszczu, bo wszystko byłoby mokre i śliskie Użyj pazurów, chyba nikt ci ich nie wyrwał. Skocz, chwyć się, złap równowagę i dalej, dalej! — pospieszał ją. — Wyciągnę cię, jeśli wpadniesz pod taflę.
Widział, jak w ślepiach kotki zaczyna błyszczeć zmieszana ze strachem determinacja. Jeżówkowa Łapa przygotowywała się do skoku, unosząc do góry zad, zniżając głowę.
— Tak jest — odparła, nim jednym sprawnym susem stanęła na drugim głazie. Zachwiała się, jednak mocno trzymając chropowatej nawierzchni, bez dużych problemów zdołała wyprostować się i powtórzyć proces. Judaszowiec zauważył nawet, jak po paru skokach, mniej lub bardziej koślawych (lecz chociaż udanych!) bura zaczyna się uśmiechać z satysfakcji.
— I tak trzymać! — powiedział głośno w stronę uczennicy i podążył za nią.

Sowi Strażnik, Czarne Gniazda, Sekretny Tunel; Klan Nocy, Klan Burzy, Klan Wilka. Sporo informacji i miejsc do spamiętania jak na jedno popołudnie, ale Jeżówka zdawała się pochłaniać wiedzę, pomimo narastającego zmęczenia. Jeśli myślała, że trening będzie jak harce w żłobku, ostro się myliła, oj, ostro! — pomyślał sobie, kiedy znów znaleźli się po tej samej stronie rzeki, co trochę ponad godzinę temu. 
— Przepraszam, Judaszowcowy Pocałunku, lecz czy możemy przystanąć? — zapytała go szylkretka, na co z automatu machnął ogonem. — Bolą mnie opuszki łap od chodzenia.
— Gdyby gonił cię lis, nie poprosiłabyś go o pauzę — wymamrotał tylko.
— Cóż, nie wydaje mi się, żeby mnie gonił — odparła, a Judaszowcowy Pocałunek zmarszczył brwi. 
— Może zacząć — syknął. — Nie przesadzaj. Jestem prawie pewien, że twoja siostra oblatała już całe tereny zamiast się mazgaić.
Jeżówka widocznie chciała coś odpowiedzieć, ale powstrzymała się, nie chcąc wywoływać z mentorem niepotrzebnych kłótni. Zamiast tego tylko skinęła głową i westchnęła. 
— Zatrzymamy się przy Kaczym Bajorku — powiedział jej cicho po dłuższym, wypełnionym ciszą momencie.

Dopiero, gdy zatrzymywali się przy zbiorniku wody, jakim był staw, Judasz spostrzegł, że jego uczennica utyka na jedną z przednich łap. To dlatego poprosiła go o postój. Jakby nie mogła tak od razu! Ech, uczniowie... Dał jej znak do odpoczynku, po czym, kiedy kotka zdążyła się wygodnie usadowić przy brzegu malowniczego zbiornika, usiadł obok niej.
— Pokaż łapę — warknął, a skonfundowana uczennica wykonała rozkaz, wyciągając spod torsu prawą kończynę. — Nie, nie tą. Tą drugą — dodał, a kiedy Jeżówkowa Łapa podała mu łapę, on złapał ją i przekręcił. W skórze na palcu uczennicy schował się wbity kolec. — Następnym razem mów tak od razu, a nie, że cię tylko nogi bolą. Jeszcze by ci się wdało zakażenie — wymruczał, po czym nachylił się i sprawnym ruchem szczęki wyrwał cierń z opuszka, co nie obyło się bez cichego pisku Jeżówki. Judaszowcowy Pocałunek wypluł na ziemię okrwawiony przy nasadzie, zaostrzony kawałek drewna, który wpadł między trawy. 
— Auć — miauknęła, spoglądając na swoją łapę. — Dziękuję?
— Teraz porządnie wyliż. Nie będę bawił się w medyka i szukał ziół, a takie kolce to pestka. W trakcie treningu wiesz, ile jeszcze ich nałapiesz? I lepiej chodź z tym do medyka, bo marnie skończysz — przestrzegł ją, nie wspominając o własnym przykładzie, jednak można było wywnioskować, że to właśnie o sobie mówił poprzez spojrzenie się na wyłysiały grzbiet. 
Jeżówka, dokładnie liżąc ranę, obserwowała bacznie staw, który późną porą opadających liści stał prawie pusty.
— Dlaczego nazywa się to Kaczym Bajorkiem?
— Kaczki odlatują na porę nagich drzew i wracają, kiedy robi się cieplej. Jak i większość ptaków — w trakcie, gdy mówił, przeleciała nad nim prędka sikora. Obejrzał się za nią i wrócił do rozmowy. — Niektóre pozostają, i dobrze, bo byśmy pomarli z głodu. Oj, masz ty szczęście, że urodziłaś się po tym sezonie.
— Dlaczego? — zapytała, unosząc ciekawsko jedno ucho do góry.
— W całym lesie – głód. Zwierzyny tyle, że połowa klanu chodziła z pustym brzuchem. To zmęczenie, te zaspy śniegu, ten mróz! Miejmy tylko nadzieję, że teraz Klan Gwiazdy okaże się dla nas łaskawszy — wymruczał i podniósł się na nogi. — Dobra, koniec tego dobrego. Już cię nie boli? — zapytał, szturchając jej łapę.
— Nie, nie, jest dobrze — odpowiedziała Jeżówkowa Łapa, otrząsając się z listków i innych śmieci, jakie złapała gęstym futrem. — Co jeszcze pozostało nam do zobaczenia?
— Studnia i Złote Kłosy. I, w końcu, spokój na dziś.

***

Judaszowiec zawsze był pierwszym mentorem do wyciągania swojego ucznia z legowiska. Kiedy reszta młodych kotów była pogrążona w głębokim śnie, a promienie słońca dopiero co zaczynały rozjaśniać smoliście czarne niebo, brązowy wojownik już się przepychał, by porwać Jeżówkową Łapę. Wiedział, że nie przysparza sobie tym specjalnej sympatii u młodej kotki, ale (jak już większość klanu zdołała się przekonać) Judaszowcowy Pocałunek nie należał do kotów, które przejmowały się cudzym zdaniem. Dla niego liczyło się zahartowanie kocicy. Chciał, by była jak kamień, twarda i niezłomna, a musiał przyznać, że akurat Jeżówka była pod to przygotowana przez samych Gwiezdnych, miała dobre predyspozycje. Nawet jeśli teraz tego nie rozumie, podziękuję mi za parę księżyców, myślał. Był pewien, że jego terminatorka szybko wszystkich przegoni.
Zaspana (choć z każdym dniem coraz mniej) szylkretka goniła za swoim mentorem, kiedy ten prowadził ją na trawiaste połacie Klanu Klifu. W powietrzu unosił się zapach deszczu, który spadł zaraz przed świtem, a łapy kotów zapadały się w wodzie sączącej się z nasiąkniętej nią ziemi. Pogoda nie była przyjemna, to Judasz musiał przyznać, lecz nie zanosiło się na siarczyste mrozy i braki w zwierzynie. I chwała! Gwiazdy zawsze słuchały jego próśb. 
— Co zamierzamy dziś trenować? — zapytała Jeżówka, omijając większe kałuże, chociaż od samego chodu już jej łapy były całe mokre, podobnie jak puszysta końcówka ogona. W takich chwilach wojownik dziękował za krótką, przylegającą do ciała sierść, co nie chroniła przed zimnem, lecz chociaż nie namakała tak, jak ta posiadana chociażby przez jego uczennicę.
— Co chciałabyś trenować? — odpowiedział następnym pytaniem.
— Chciałabym... Chciałabym spróbować swoich sił w walce — powiedziała cicho, na co mimowolnie Judaszowcowy Pocałunek prychnął śmiechem.
— Obawiam się, że na to jeszcze trochę za wcześnie — mruknął. Choć z chęcią spuściłby jej łomot, tak, by przekonała się o co prosi, tak uważał, że jest na to jeszcze nieprzygotowana. — Nie potrafisz dobrze złapać myszy, a walka to o wiele bardziej skomplikowana gra. Jeszcze do tego dojrzejesz — pacnął ją po głowie. — Skoro najwyraźniej ta pora nagich drzew zamierza ugościć nas bardziej deszczami niż śniegami, warto, byś poduczyła się tropienia zwierzyny w takich warunkach. 
— Trudno tu cokolwiek wyczuć — zauważyła Jeżówka, węsząc w powietrzu. Zdawałoby się, że wokół nie ma żadnej żywej duszy poza tą dwójką, a praktyczna ciemność, w jakiej się znajdowali, nie pomagała. Światło słoneczne dopiero zaczynało oświetlać ścieżki i unosić się ponad horyzont, a wraz z nim budzić się zwierzyna, lecz czy oby na pewno?
— Próbuj — odparł jej tylko, wzruszając ramionami. — Będę cię obserwował i za tobą szedł. Możesz mnie zawlec ze sobą na drugi koniec terenów, ale do obozu nie wracasz z pustym pyskiem. Nawet jakbyśmy mieli siedzieć tu do wieczora — ostrzegł ją, chcąc zachęcić kotkę do działania. Przecież nie ma dla młodego ucznia większego koszmaru, niż przesiedzenie całego dnia na treningu. Tak samo jak lepszej motywacji niż groźba.

<Jeżówko?>

[1929 słów]
[przyznano 19%]

Wyleczeni: Jeżówkowa Łapa