BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Berberysowa Bryza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Berberysowa Bryza. Pokaż wszystkie posty

08 kwietnia 2020

Od Berberysowej Bryzy CD Żywicznej Mordki

Musiała przyznać, że ostatnie księżyce były chyba najlepszymi, jakie przytrafiły jej się w życiu. Nie tylko uporała się z treningiem Żmii, co już w sobie przywróciło jej sporo chęci do życia, lecz zdawało się, że między nią a Żywicą w końcu zastał spokój. Dawna kłótnia przeszła do dalekiej przeszłości, a oni sami znowu spędzali ze sobą mnóstwo czasu, najczęściej śmiejąc się z różnych historii albo po prostu ciesząc się ciepłem bliskiego sercu kota. Przez samą świadomość obecności syna Sroczki na jej łaciatym pyszczku pojawiał się szeroki uśmiech, a ona miała ochotę dziękować Gwiezdnym za wszystko, co spotkało ją w życiu. 
— Przebaczone — wymruczała radośnie, powracając myślami do obecnej sytuacji. Gdy zimny wiatr zaatakował jej kruchą sylwetkę, mocniej przywarła do gęstego futra partnera, nie mając zamiaru nigdy wypuścić go z własnego uścisku.

***

Nieświadomie skierowała swe kroki w stronę żłobka, chcąc odwiedzić Borówkowy Nos i kociaki. Nie mogła uwierzyć, że jej ukochana przyjaciółka doczekała się potomstwa! Trzy małe kuleczki wierciły się u jej czarno-białego boku od rana do nocy, wydając z siebie przeurocze piski i miauknięcia. Wiedziała, że ich ojcem był zmarły Żurawinowe Bagno, wujek Żywicznej Mordki, który stracił życie tuż przed narodzinami kociąt, jednak Borówka nie załamała się po nagłej tragedii. Zamiast głębokiej rozpaczy czy żalu, kocica zdawała się przelewać całą swoją miłość na najmłodsze pokolenie klifiaków, na okrągło mrucząc opowieści o wspaniałości ich ojca. 
— Cześć, Berberys — wymruczała na powitanie karmicielka, posyłając zastępczyni swój ciepły uśmiech. Calico podeszła, by usiąść niedaleko legowiska Macierzanki i również na jej pyszczek wkroczył wesoły wyraz. 
— Jak się czujesz? — zapytała z troską w głosie szylkretka, zauważając zmęczenie w ślipiach bicolorki, która jedynie owinęła kitą chrapiące kociaki.
— Nie można przy nich zmrużyć oka, bo zaraz roznieśliby cały żłobek — westchnęła ciężko, ponownie przenosząc wzrok na trójkolorową wojowniczkę. Krótkowłosa nieco się spięła, widząc tajemniczy błysk w niebieskich oczach przyjaciółki, która z uśmieszkiem na nią spoglądała.
— Co się stało? — miauknęła zaniepokojona, również spuszczając wzrok na swoje ciało. Wszystkie łapy były na swoim miejscu, gęste futro, co prawda poprzecinane w paru miejscach bliznami, nie wyróżniało się niczym specjalnym, tak samo jak łaciaty ogon. — Borówko, o co ci chodzi? — dodała zestresowana dziwnym zachowaniem przyjaciółki, która jedynie uniosła brwi.
— Jak mogłaś jeszcze mi o tym nie powiedzieć? — żachnęła się udawanie, wlepiając w nią pełne radosnych iskierek ślipia. — Przecież to wspaniała nowina!
— Zaraz, powoli — rozkazała zdezorientowana córka Gronostajowego Kroku, kręcąc ze zrezygnowaniem łbem. — Jaka znowu nowina? Jesteś pewna, że zmęczenie nie odbiera ci powoli zdrowego rozsądku? — zaśmiała się ciepło, chcąc jakoś pozbyć się nieprzyjemnego uczucia spowodowanego podejrzeniami królowej.
— No taka, że spodziewasz się kociąt głuptasie — odparła w końcu z rozczuleniem starsza, powodując u calico cichy okrzyk pełen zaskoczenia. — Nawet nie udawaj, że nie widzisz, jak zaokrąglił ci się brzuszek przez ostatni księżyc! — kontynuowała dalej, jednak szylkreta dawno przestała jej słuchać.
Od momentu, w którym z czarno-białego pyska padło słowo "kocięta'', Berberysowa Bryza nie wierzyła własnym uszom. Jak to? Co to w ogóle za niedorzeczne teorie? Przecież jest zastępczynią! Skąd w głowie Borówkowego Nosa narodził się taki pomysł? To nie tak, że żółtooka nie chciała takich własnych, małych kuleczek, ale nie była jeszcze gotowa. Miała na głowie wystarczająco dużo obowiązków jako zastępca klanu i nawet wolała nie myśleć o tym, co mogłoby się wydarzyć w razie wylądowania w kociarni. Czując, jak łzy zbierają się w jej ślipiach, pokręciła z niedowierzaniem łbem. Prędko przeprosiła trajkotającą królową i opuściła żłobek, wlepiając pełne obawy oczęta w faktycznie nieco nabrzmiały brzuch. 
— Nie nie nie, to nie może być prawda, nie teraz — mruknęła sama do siebie, usiłując przywrócić do normy przyspieszony oddech. Chociaż nigdy o tym nie myślała, słowa przyjaciółki mocno nią wstrząsnęły, pomimo, że nie wierzyła w te brednie. Przebierała łapami w zimnym śniegu, nie mając siły ruszyć się przez dziwne uczucie ogarniające jej serce i uniosła mordkę dopiero wtedy, gdy usłyszała dobrze znany głos.
— B-berberys? C-co s-się s-stało? — wyjąkał zaniepokojony Żywica, przesuwając ogonem po jej rozdygotanym boku. Spojrzała prosto w jego cudowne, pomarańczowe ślipia, próbując odnaleźć upragniony spokój. — W-wyglądasz, j-jakbyś m-miała za-zaraz się prze-przewrócić — dodał zmartwiony, przysuwając się delikatnie w stronę partnerki. Trójkolorowa zaczynała wyczuwać niepokój, który dopadł pręgowanego.
— J-ja — zaczęła, lecz szybko zamilkła, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Nie miała pojęcia, jak mogłaby powiedzieć kocurowi o dręczących ją myślach.
— M-może i-idź d-do m-medyka — zaproponował drżącym głosem, dziwiąc się na nieobecnym spojrzeniem kocicy, która ospale skinęła głową i niczym w transie podążyła do legowiska pełnego ziół.
***

Musiało minąć kilka wschodów słońca, zanim calico dopuściła do siebie słowa Sokolego Skrzydła. Wiedziała, że medyk nie miał wątpliwości co do swojej diagnozy, jednak... W jej brzuchu znajdowały się kocięta. Prawdziwe, żyjące maleńkie kocięta, które zamierzały w przyszłości wesoło tuptać wokół niej w kociarni. Gdy tylko usłyszała, jak niebieski kocur potwierdza przypuszczenia Borówkowego Nosa, wszystkie emocje momentalnie ją opuściły, dając miejsce zwykłemu zdezorientowaniu. 
Spodziewała się własnych potomków i ogromnie się z tego cieszyła, jednak strach przed nieplanowanym macierzyństwem spędzał jej sen z powiek każdej nocy. Nie mogła uwierzyć, że ona i Żywiczna Mordka zostaną rodzicami i przez pewien czas w ogóle zapomniała o konieczności poinformowania go o tym. Kręciła się od rana do wieczora po terenach Klanu Klifu, starając się poukładać sobie wszystko w głowie, przez co nieco zaniedbała kontakt z innymi kotami. Mimo to wiedziała, że zanim komukolwiek o tym powie, będzie musiała sama całkowicie oswoić się z tym faktem. 
Wracając z kolejnego wieczornego patrolu, doczłapała resztką sił do wygodnego posłania w legowisku wojowników i zdyszana opadła na świeżo wymieniony mech. Wyprostowała obolałe łapy, by rozluźnić spięte mięśnie, a następnie oczekiwała momentu, w którym liliowa mordka partnera pojawi się u wejścia. Nie musiała czekać długo; szczupła sylwetka kocura po jakimś czasie pojawiła się na posłaniu obok, a niepewne mruknięcie dotarło do niej natychmiastowo. 
— C-co t-tam? — zaczął cicho, wiercąc się i kręcąc, by zająć wygodną pozycje. Po zwinięciu się w kłębek, uniósł łeb w stronę siedzącej sztywno calico i uniósł w oczekiwaniu brwi.
— Żywiczna Mordko — zaczęła poważnie, po raz pierwszy od dawna zwracając się do niego pełnym imieniem, jednak na sam dźwięk hardości w swoim głosie, porzuciła cały ten pomysł z przesadną wzniosłością tej chwili. — J-ja... — wyjąkała, a jej oddech znacznie przyspieszył. — T-t-ty... — żółte ślipia niebezpiecznie zalśniły gromadzącymi się w nich łzami. — M-my zostaniemy rodzicami — oznajmiła w końcu, patrząc zszokowanemu partnerowi prosto w oczy. 


<Żywico? Nie zejdź na zawał>

29 marca 2020

Od Berberysowej Bryzy CD Żmijowego Płaczu

Kocica była zdziwiona nagle przyjaznym nastawieniem swojej uczennicy, jednak nie odezwała się na ten temat ani słowem, gdyż jej to odpowiadało. Widząc szeroko otwarte, brązowe ślipia spoglądające na nią jak kilka księżyców temu w kociarni, na jej pyszczek wstąpił niewielki uśmiech. Postanowiła nieco przybliżyć się do siedzącej kilka długości lisa dalej uczennicy, by kontynuować trening walki, lecz nagła prośba koteczki zatrzymała ją w miejscu.
— Opowiedz proszę! — wykrzyknęła błagalnym tonem, unosząc lekko końcówkę ogonka do góry. Zaskoczona zastępczyni spojrzała na córkę rudego lidera, zastanawiając się, czy aby na pewno nie znajduje się w jakimś śnie. Czyżby Klan Gwiazdy wysłuchał jej próśb i Żmijka faktycznie zaczęła się słuchać? Cóż, w takim razie mała chwila przeznaczona na historię nikomu nie zaszkodzi, prawda? 
— Kiedy byłam małym kociakiem — zaczęła tajemniczo, owijając kitą jasne łapy i kontynuując.— Patrol pewnego razu przyniósł do obozu dwójkę młodych z Klanu Nocy, kotkę o imieniu Dzik i kocurka Skałę — wyjaśniła swojej wychowance, która nieco zmarszczyła w konsternacji brewki.
— Porwali ich? — zapytała z niedowierzaniem, nieco jeżąc sierść na karku. Przez pyszczek Berberys przemknął grymas zmieszania, gdyż ona sama do końca nie była pewna odpowiedzi na pytanie koteczki. Podobno sprawcą nagłego pojawienia się wtedy kociąt był Lisia Gwiazda, lecz calico nie chciała uwierzyć, że wspaniałomyślny i rozważny lider byłby w stanie zrobić takie okropieństwo! Poza tym, jakby mogła chociażby zasugerować coś takiego jego córce?
— Szczerze mówiąc, to sama nigdy nie poznałam dokładnie całej tej historii — westchnęła, mając nadzieję, że młodsza nie będzie dalej drążyła dalej tego tematu. Chociaż widziała jej niezadowolone spojrzenie, Żmija się nie odezwała, więc zastępczyni dodała. — Za to mogę ci powiedzieć, że Dzik była bardzo miłą i mądrą kotką, którą naprawdę polubiłam. Niestety, tak samo niespodziewanie jak się pojawiła również zniknęła i straciłam z nią kontakt — zakończyła pobrzmiewającym smutkiem tonem, lecz szybko uniosła łeb i posłała szylkretce poważne spojrzenie. — Ale pamiętaj, że każdy kot z innego klanu jest naszym wrogiem, któremu nie można pod żadnym pozorem zaufać — skwitowała trochę za ostro, po czym wyprostowała łapy i leniwie przeciągnęła w promieniach popołudniowego słońca. Jesienny wiatr nasilał się z każdą minioną chwilą, coraz bardziej doskwierając dwójce szylkretek, co skłoniło partnerkę Żywicy do pacnięcia barku córki Zachód ogonem.
— Chodź, wracamy do obozu — oznajmiła wyjątkowo wesołym tonem, którego powodem był przyjemnie spędzony czas w towarzystwie koteczki. Gdyby tak wszystkie ich treningi przebiegały w ten sposób! Zauważając zdziwienie malujące się na pysku uczennicy, przewróciła żółtymi ślipiami i dodała z przekąsem. — Chyba, że znowu chcesz trenować walkę do zachodu słońca.
— N-nie — miauknęła prędko w odpowiedzi terminatorka i z wielkim zaskoczeniem podążyła za mentorką w stronę wysokich skalnych ścian.
 ***
Duma wypełniała ją po koniuszek ogona, gdy z miejsca pod skarpą obserwowała ceremonię mianowania córki Lisiej Gwiazdy. Pomimo nieco napiętych relacji między kotkami, była jej pierwszym (i miała nadzieję, że nie ostatnim) uczniem, przez co wytworzyła z nią specyficzną więź, którą nie tak łatwo rozerwać. Cicho westchnęła, gdy cały klan zaczął wykrzykiwać nowe imię calico, jakim było Żmijowy Płacz. Zastępczyni musiała przyznać, że było jak najbardziej trafione! Czując na sobie rozbawione spojrzenie Borówkowego Nosa, uśmiechnęła się pod nosem i uniosła brwi w geście zdziwienia.
— Myślałam, się nie lubicie — szepnęła cicho bicolorka, na co Berberys jedynie wzruszyła ramionami i nie odezwała się słowem. Czarno-biała miała połowicznie rację co do odczuć córki Rosomaka, gdyż z jednej strony żółtooka miała dość Żmijki, a jednak choć w małym stopniu darzyła ją sympatią. Stwierdzając, że nie czas na rozmyślania, wstała i kierując się w stronę świeżo mianowanej wojowniczki, by pogratulować jej nowego tytułu, na odchodne miauknęła.
— Teraz przynajmniej nie będę musiała użerać się z nią na treningach — zaśmiała się powodując u przyjaciółki cichy chichot, a następnie z westchnieniem wtopiła się w tłum otaczający Żmijowy Płacz.


<Żmijo? Myślę, że na razie możemy zakończyć sesyjkę, chyba, że masz jakiś pomysł>

Od Berberysowej Bryzy CD Tańczącej Pieśni

Zdenerwowana wtargnęła do obozu, starając się ze wszystkich sił ignorować głośny szloch Żmijowej Łapy. Zanim uczennica zdołała wydobyć z siebie przeciągłe jęknięcie, żółtooka cichym sykiem przegoniła ją od siebie i ruszyła do stosu ze zwierzyną. Zanim jednak udało jej się odnaleźć jakąś piszczkę, znajomy zapach przykuł uwagę calico i ta od razu podążyła jego śladem. Dostrzegając smukłą sylwetkę Tańczącej Pieśni, z niewielkim uśmiechem na pysku szybko przydreptała do boku kocicy i na powitanie przejechała ogonem po białym grzbiecie.
— Cześć Berberys —  zamruczała przyjaźnie, zwracając w jej stronę pysk. —  To jak z tym naszym spacerkiem? —  zapytała z nadzieją, wlepiając w niebieską jasne, zielone ślipia.
— Aa, spacerek —  zaśmiała się nerwowo szylkretka, w duszy chcąc zagrzebać się pod ziemię ze wstydu z powodu zapomnienia o umówionym spotkaniu. Przełknęła ślinę, co nie umknęło uwadze rozmówczyni, która nieco zmarszczyła brwi w oczekiwaniu. Przez ten cały stres i gniew związany z treningiem córki Lisiej Gwiazdy totalnie o tym zapomniała! Jednak nie mogła sprawić zawodu przyjaciółce, która wyszła z tą propozycją już jakiś czas temu, więc szybko pokiwała łbem na zgodę. — Tak, myślę, że dobrze mi zrobi trochę świeżego powietrza. Chodźmy — poleciła wesoło, kierując się w stronę wyjścia z obozu i starając się zapomnieć o wyczerpaniu oraz głodzie.
— Jak ci minął dzień? — zaczęła rozmowę Jodła, przysuwając się nieco bliżej calico, by zrównać z nią krok. Równocześnie na biały pysk wstąpiło małe zachwycenie w miarę ładną pogodą, szelestem kolorowych liści pod łapami i dźwięcznym trelem ptaków na gałęziach drzew. Żółtooka nieco zmarszczyła nos na wspomnienie wydarzeń minionego dnia, lecz nie chcąc ciągle narzekać, skłoniła się do odpowiedzi.
— Całkiem dobrze. Podczas polowania ze Żmijową Łapą udało mi się złapać dwie wiewiórki i drozda — miauknęła, ukrywając fakt o wrzaskach niebieskiej uczennicy, które przepłoszyły całą zwierzynę na odległość kilkunastu lisów. Wiedziała, że czasami powinna odpuścić brązowookiej, jednak nie mogła przecież okazać takiej uległości! Skoro ona przeżyła morderczy trening Lisiej Gwiazdy, to i jego kapryśna córka da radę ukończyć szkolenie pod jej okiem. — A tobie? Wydarzyło się coś ciekawego na patrolu? 
— Nic wartego uwagi — westchnęła czarna vanka, przeskakując nad omszonym głazem stojącym na drodze. Gdy zgrabnie wylądowała tuż przed nim, znudzonym głosem kontynuowała. — Jedynie Bluszczowy Poranek narzekał na wszystkie "zasady", które wprowadziła mu Makowy Kielich. Szczerze mówiąc, to nie wiem czy bardziej współczuję Bluszczowi czy jej - nigdy nie przestaną się kłócić o najmniejsze pierdoły!
— Nawet nie wspominaj mi o tej mysiej strawie — parsknęła teatralnie złotooka, wysuwając pazury na samo wspomnienie brata Żywicznej Mordki, który kiedyś nie dawał jej ani chwili spokoju. Przyspieszyła, by dołączyć do Tańczącej Pieśni, a następnie wraz z kotką ruszyła w stronę lasu.
***
Ogłuszający wrzask, przeraźliwe krzyki, ciepła, wręcz gorąca krew - wszystkie te rzeczy towarzyszyły jej, gdy z mordem w oczach rozglądała się po zniszczonej polanie. Martwe ciała kotów plątały się niczym jesienne liście pod łapami walczących wojowników, a znajome sylwetki Klifiaków co rusz śmigały jej przed rozszerzonymi źrenicami. Z trudem łapała oddech, co było skutkiem szerokiej rany na gardle, jednak nie mogła wycofać się z bitwy. Zduszając w sobie ból, z pełnym gniewu charkotem rzuciła się na masywnego rudzielca śmierdzącego odorem śmierci i bez zawahania wgryzła w tylną łapę kocura. Podczas dotkliwego wgryzania się w ciało wojownika, poczuła nagłe chapnięcie w uchu, co skutecznie odciągnęło jej uwagę. Wrzeszcząc i sycząc na wszystkie strony, ze strachem w ślipiach przyglądała się końcówce swego ucha w pysku jakiejś kocicy. Dymna wypluła kulkę niebieskiej sierści, a następnie rzuciła się na leżącą na ziemi, która momentalnie wychyliła się, tym samym zatapiając ostre kły w delikatnym podgardle przeciwniczki. Z zadowoleniem przetoczyła się razem z walczącą po raz ostatni raz szylkretką, mocno raniąc brzuch przeciwniczki, aby potem z błyskiem w oku odrzucić ją na bok. Miała już ruszyć dalej, jednak coś zmusiło ją do zerknięcia na martwą już kotkę, a dziwne uczucie zalewające córę Rosomaka po koniuszek ogona chwilowo przytrzymało ją w miejscu. 
— Dzik? — mruknęła pozbawionym emocji tonem, lecz szybko odrzuciła od siebie wizję zamordowania przyjaciółki. Zabiła wojowniczkę wrogiego klanu, nie bliskiego sercu kota. Z uśmiechem uderzyła w płowego kocura stojącego nieopodal i nie myśląc zbyt wiele, całkowicie oddała się wojennemu zamieszaniu. Szarpała, gryzła i pluła dopóki nie usłyszała wrzasku świadczącego o zakończeniu, co i tak nie powstrzymało ją przed zadaniem kilku ran wojownikowi obok. Z sykiem odwróciła się w stronę wyjścia z obozu, a świadomość oraz trzeźwe myśli powoli powracały z powrotem do jej łba. Akurat w momencie, w którym miała analizować ogólny stan zdrowia Klifiaków, dostrzegła człapiącą w jej stronę czarną vankę i zdyszana zagadnęła.
— Wszystko w porządku?

<Tańcząca? Przepraszam, że tak dłuugo ;-;>

17 marca 2020

Od Berberysowej Bryzy CD Żywicznej Mordki

Starała się ignorować wstrętny odór Sroczego Żaru od momentu, w którym tylko postawiła łapę w środku kociarni. O ile jeszcze małe, cynamonowe kociaki były w miarę znośne, to ta parszywa mysia strawa przyprawiała ją o bóle głowy i chęci wymiotów. Starała się opanować jedynie ze względu na ukochanego Żywicę, który przecież powinien poznać swoje rodzeństwo, bez względu na relacje z matką. Chociaż żółtooka nie za bardzo miała pojęcie o posiadaniu brata czy siostry, to była pewna, że jest to jeden z największych skarbów na ziemi. Spojrzała na bezpiecznie schowane za matką kocięce sylwetki, a przez jej pyszczek przebiegł grymas niemałej zazdrości; wiedziała, że nie powinna czegoś takiego odczuwać, ale Piesek i Pójdźka mieli rodzicielkę i starsze rodzeństwo z wujostwem, a ona jedynie Żywicę. Zauważając, jak cynamonka nieco rozszerza ślipia, szybko odwróciła łeb w stronę partnera, który z tajemniczym wyrazem pyska spoglądał na niebieską królową. W myślach skarciła się za nieprzemyślane zachowanie, a następnie podążyła wzrokiem po kociarni, próbując przypomnieć sobie własne dzieciństwo, co wcale nie było takie proste. Przez ostatnie księżyce w jej życiu wydarzyła masa rzeczy, tych mniej i bardziej przyjemnych, co skutkowało utrudnieniem w przeszukiwaniu najdalszych wspomnień. Jednak zanim na dobre pogrążyła się we własnych rozmyślaniach, rzekomą ciszę w legowisku przerwał cichy głos liliowego kocura, nieśmiało zerkającego w jej stronę. 
— C-chciałabyś m-mieć k-kiedyś k-kocięta? — zaproponował, patrząc na beztrosko bawiącego się Pieska, przez co łapy calico nieco zdrętwiały. Zdawałoby się, że wyjątkowo w tym momencie pokłócone ze sobą kocicę poczuły coś podobnego - olbrzymie zdziwienie na słowa pręgowanego wojownika. Jednak ścieżki, którymi podążyły ich następne myśli, znacząco się od siebie różniły.
— Kiedyś na pewno — mruknęła nieco zawstydzona Berberys, owijając plamiastą kitą szczupłe łapy. Policzki oraz uszy niemiłosiernie ją piekły, a sama bała się nawiązać jakikolwiek kontakt wzrokowy, by rozmówca nie zauważył iskierek strachu w jej ślipiach. Jasne, bardzo chciała kocięta, jednak kłótnia z partnerem uświadomiła kotce wiele rzeczy. Po pierwsze, życie wcale nie jest tak kolorowe jak kiedyś je postrzegała, a śmierć i niebezpieczeństwa czekają na każdym, nawet najmniejszym kroku. Nawet nie chciała wyobrażać sobie scenariusza, w którym niewinne kuleczki zwinięte u jej boku spotyka coś okropnego, a ona nie jest w stanie ich obronić! Poza tym, po nocach nadal śniły jej się koszmary związane z byciem bezlitosnym potworem, jak to kiedyś określił ją sam Żywica. Co, jeśli i dla potomków nie okazałaby się żadnym wsparciem w trudnych chwilach? Szybko odgarniając od siebie czarne myśli, nastawiła uszu, gdy dobiegł do niej kpiący ton Sroki.
— Proszę cię, ja nawet nie wiem, czy mój syn jest prawdziwym kocurem! — wykrzyknęła głosem pobrzmiewającym czystym jadem, na co syn Zlepka wydawał się o wiele mniejszy i bezbronny niż zazwyczaj. Szylkretka poczuła nagłą chęć rzucenia się do gardła cętkowanej, by następnie zdrapać jej ten paskudny uśmieszek z równie brzydkiej mordy, lecz ostatnimi siłami się powstrzymała. "Masz szczęście, że są tu kociaki i Żywica" przemknęło jej przez myśl, gdy wygładzała sierść na karku, ignorując wypowiedź teściowej. Najwidoczniej starsza odczuwała tak wielką chęć wywołania afery z zastępczynią, że nie mogła darować sobie następnego komentarza. — Ale wiem, że ty nie będziesz miała nic przeciwko puszczeniu się z jakimś samotnikiem, prawda? Zupełnie jak twoja matka — warknęła ostro, szczerząc w stronę żółtookiej kły. Córka Rosomaka w tamtym momencie nie była w stanie pozwalającym na racjonalne myślenie - zbyt duży natłok sprzecznych emocji przyćmił jej spokojniejszą stronę i rozjuszona kocica natychmiastowo wysunęła pazury. 
— Przynajmniej zrobiła to raz, a nie dwa, jak pewna tłusta pieszczoszka ponownie grzejąca zad na posłaniu uczniów, Srocza Łapo — syknęła w odwecie, unosząc dumnie ogon w górę i kierując się do wyjścia z kociarni. Jednak z każdym krokiem pewność siebie uciekała z niej niczym duch z upolowanej piszczki i po opuszczeniu obozu na drżących łapach, intuicyjnie skierowała się w stronę lasu. Krocząc przez nieporośnięty drzewami obszar terenu, nie czuła ani gniewu ani płaczu; zamiast tego jej umysł był wyjątkowo pusty i niezdolny do przyswajania żadnych emocji. Wlepiła puste spojrzenie w przestrzeń przed sobą, chociaż sama nie wiedziała po co. Potrzebowała coś ze sobą zrobić, cokolwiek, by zająć czymś oszołomiony rozmową z siostrą Żurawinowego Bagna łeb. Akurat w momencie, w którym miała udać się na polowanie wśród wysokich drzew nieopodal, lekko zachrypnięty głos przywrócił do niej część trzeźwych myśli.
— B-Berberys-s — wyjąkał liliowy kocur, podchodząc do stojącej w bezruchu zastępczyni. Obrzucił ją zmartwionym spojrzeniem pomarańczowych ślipi, a następnie niepewnie podszedł bliżej, by stamtąd czekać na reakcje kocicy. Szylkretka uniosła pyszczek do góry, by nawiązać z partnerem kontakt wzrokowy, lecz szybko przymknęła powieki, chcąc ukryć choć trochę zażenowania.
— Przepraszam — westchnęła ciężko, powoli opuszczając łeb na białe futerko na piersi kocura. Pozwoliła sobie na szybkie zaciągnięcie się jego uspokajającą wonią, przywodzącą na myśl same ciepłe wspomnienia. — Nie powinnam była tak naskakiwać na Sroczą Łapę — dodała skruszona, mocniej przylegając do ciała partnera, który wydał z siebie ciche westchnienie. Szybkim ruchem języka przeciągnęła po jego sierści na mordce, a następnie nieznacznie się odsunęła. 
— D-dzięki, ż-że s-stanęłaś w m-mojej obronie — odparł po kilku chwilach spędzonych w zupełnej ciszy, czym wyrwał zamyśloną calico z pewnego rodzaju transu. Siostra Lamparta posłała mu rozczulone spojrzenie i delikatnie pacnęła ogonem w bark.
— Jak mogłabym tego nie zrobić? — perliście się zaśmiała, jednak na widok powagi na liliowym pyszczku jej niepokój znowu powrócił; czyżby kocur był mimo wszystko na nią zły? Spanikowana próbowała wytrzymać w miejscu, nie umierając przy tym z obawy o popsucie relacji z ukochanym.  
— Je-jednak m-myślę, ż-że po-powinnyście się ja-jakoś p-pogodzić — wyjąkał pospiesznie, nie pozwalając kotce niczego wtrącić. — W-wiem, że j-jest cz-czasami w-wredna, je-jednak m-ma swoje po-powody — zaczął maniakalnie tłumaczyć zachowanie matki, na co Berberys poczuła nagły przypływ irytacji, lecz starała się to w sobie zdusić. Nieważne, co pręgowany będzie jej wmawiał, ona i tak nie zmieni swojego zdania o niebieskiej królowej, która górowała na szczycie jej czarnej listy.
— Postaram się coś wymyślić — obiecała, by uspokoić zestresowanego wojownika, jednak w duchu odganiała od siebie tę myśl; tak naprawdę nigdy tego nie zrobi. Gdy usłyszała już spokojniejsze westchnienie, zerknęła w przeciwną stronę, zastanawiając się nad następnymi słowami. Nie do końca pewna tego, czy powinna je wypowiedzieć na głos, w końcu zdecydowała się to zrobić. Przesunęła łapami po trawiastym podłożu, a następnie splotła własną kitę z tą należącą do partnera, tym samym opierając się o jego bok. Natrafiając na zaskoczone spojrzenie pomarańczowych oczu, po raz ostatni postarała się zebrać w kupkę porozrzucane myśli, by po chwili dodać. 
— Nadal nie odpowiedziałam ci na twoje pytanie, Żywico — zaczęła nieśmiało, czując delikatne spięcie mięśni pręgowanego; przejechała po jego grzbiecie końcówką ogona, mając nadzieję na dodanie mu otuchy. — Oczywiście, że chciałabym mieć z tobą kociaki — uśmiechnęła się ciepło, niemalże nie przewracając się na widok strachu i paniki na pyszczku samca. — Oczywiście, jeśli ty również byś tego chciał — dodała dla sprostowania, nie chcąc pozostawić żadnych niedociągnięć. Nim wojownik zdążył coś miauknąć, ona już kontynuowała. — Jednak na pewno nie teraz, ponieważ ledwo co radzę sobie z tymi wszystkimi patrolami, treningami Żmijowej Łapy, obowiązkami. Wiem, że to może wydawać się głupie, ale chyba jeszcze się z tym nie oswoiłam — wyznała partnerowi, czując jak niewielki kamyczek spada jej z serca. Poczuła się nieco lepiej po tym, jak zdradziła cząstkę swoich ostatnich uczuć komuś zaufanemu, kto na pewno by jej nie wyśmiał. Czując szorstki język liliowego za uszami, ponownie wtuliła się w pierś kocura, dziękując Klanu Gwiazdy za zesłanie jej takiego anioła.
— Wi-wiem, ż-że ś-świetnie s-sobie p-poradzisz — zapewnił pocieszającym mruknięciem, na co zastępczyni krótko musnęła go nosem po zawstydzonej mordce. Następnie, z tajemniczym uśmieszkiem mocno popchnęła go w bok, przez co syn Zlepka wpadł z impetem w stertę różnobarwnych liści, wywołując u partnerki salwę śmiechu. — Be-berberys? — wyjąkał oszołomiony zachowaniem zazwyczaj usiłującej zachować powagę kocicy. Zauważając, jak calico ma zamiar wykorzystać sytuację i użyć go jako wygodnej poduszki, szybko odsunął się z miejsca, posyłając jej domagające się odpowiedzi spojrzenie.
— Co powiesz na małą bitwę? — zaproponowała zadziornie, podskakując bliżej partnera niczym prawdziwy kociak szykujący się na zabawę. Szczerze powiedziawszy, to chyba właśnie tego brakowało jej przez minione księżyce - zupełnego olania powinności wobec klanu na chociaż krótką  chwilę i poświęcenia tego czasu na beztroskie chwile z bliskimi. — Możesz też potraktować to jako trening walki, zwał jak zwał — dodała, przewracając iskrzącymi ślipiami, aby po chwili naskoczyć na kocura. Próbowała utrzymać się na jego grzbiecie, jednak przez brak użycia pazurów, znaczącą różnicę wzrostu oraz fakt, że liliowy zgrabnym ruchem ją z siebie zrzucił, jakoś tak znalazła się zagrzebana w stosie pomarańczowo-czerwonych liści.  Z cichym fuknięciem próbowała się wydostać spod zdradzieckiej pułapki, jednak z każdą chwilą na jej ciało napierało co raz to więcej małych roślinek, aż szylkretka w końcu zrozumiała, co się działo. Pomimo beznadziejnego położenia nie mogła odmówić sobie krótkiego chichotu,  spowodowanego perfidnym pomysłem partnera. Postanowiła przeczekać trochę czasu beż żadnego drgnięcia ciała, mając w głowie ułożony równie sprytny plan; tak jak myślała, po krótkim momencie zaniepokojony nagłym zaprzestaniem samoobrony ukochanej Żywica schylił łeb w jej stronę. Przyczajona kocica wyczekała odpowiedniej chwili i błyskawicznie objęła szyję samca kolorowymi łapkami, tym samym zmuszając go do zatonięcia w kaskadzie barwnych liści razem z nią.
— Lepiej pogódź się z przegraną — wymruczała z uśmieszkiem, lecz zamiast ponownie zaatakować, jedynie mocniej przywarła do liliowego próbując zdobyć trochę ciepła, gdy powiew jesiennego wiatru zmierzwił ich futra. 



<Żywico? Przepraszam, że tak długo aa>

23 lutego 2020

Od Berberysowej Bryzy CD Tańczącej Pieśni

Berberysowa Bryza niemal pękała z dumy, gdy obserwowała ceremonię mianowania na ucznia Tańczącej, a obecnie właściwie Tańczącej Łapy. Chociaż nieco skrzywiła się, gdy usłyszała imię Zachodzącego Promyka jako mentorki kocicy, nadal głośno wykrzykiwała nowe miano terminatorki. Szczerze powiedziawszy, z burą wojowniczką nigdy nie miała dobrych relacji, a sprawę pogorszyła tylko śmierć Zaskrońcowego Syku; może dlatego tak rozśmieszyło ją przywalenie nosem czarnej vanki w matkę Żmijki? Nie chciała jednak wypominać niewielkiego błędu ślepej kocicy, dlatego, gdy ta podeszła do niej po zakończonej ceremonii, nie odezwała się o tym ani słowem.
— To co, oficjalnie należę do Klanu Klifu — zagadnęła pogodnie zielonooka, posyłając zastępczyni przyjazny uśmiech.
— I to mnie bardzo cieszy — odparła wesoło calico, kładąc pstrokaty ogon na białym barku Jodły. — Wierzę, że zostaniesz dumą naszego klanu, Tańcząca Łapo.

***
Zdenerwowana Berberys stanowczym krokiem wkroczyła na obozową polankę, niosąc w pysku martwe ciałka wróbla i myszy. Z jej żółtych ślipi niemal wyskakiwały gniewne iskierki, gdy odprowadzała wzrokiem Żmijową Łapę do legowiska uczniów, a następnie strzepnęła zirytowana trójkolorową kitą. Odłożyła upolowane piszczki na pokaźny stosik, próbując zapomnieć o dzisiejszym treningu, który okazał się totalną porażką. Nie dość, że samo wyciągnięcie kapryśnej terminatorki z legowiska stanowiło problem, to przez połowę dnia zdołały upolować jedynie parę, zwykłych zdobyczy, co jeszcze bardziej rozdrażniło wymagającą mentorkę. Nie tego oczekiwała od swojej uczennicy! Gdyby sama przyniosła taką ilość piszczek jako uczennica, Lisia Gwiazda najpewniej powyrywałby jej z łba uszy a na dodatek łapy. Ze zrezygnowanym westchnieniem, odwróciła pysk w stronę wejścia na polankę, a słonecznikowym ślipiom ukazała się smukła sylwetka Tańczącej Pieśni, co nieco rozpogodziło naburmuszoną mordkę łaciatej.  Korzystając okazji, że od czasu mianowania na wojownika, koło vanki nie kręciła się Zachodzący Promyk, skierowała się w stronę młodszej. Musiała przyznać, że była pod wrażeniem tak szybkiego ukończenia treningu przez zielonooką; ile ona by dała, żeby Żmija też potrafiła osiągnąć coś takiego! Wesoło mrucząc na powitanie, musnęła ogonem bok córki Brzozy i miauknęła.
— Jak ci minął dzień? — zapytała, mając nadzieję, że o wiele lepiej od tego jej.
— W porządku — kocica posłała w stronę calico uśmiech, zaczynając kierować się w stronę słonecznego miejsca stosu ze zwierzyną. — A tobie?
— Gdyby tylko Żmijowa Łapa była nieco chętniej nastawiona do nauki, powiedziałabym, że całkiem nieźle — odparła z lekką nutą zmęczenia w głosie. Na zdziwiony wyraz pyska ślepej wojowniczki, jedynie wzruszyła ramionami i burknęła. — Nic nigdy nie jest idealne, prawda?
— Racja — czarna pokiwała łbem, przyznając tym samym szylkretce rację. — Wiesz, może za niedługo trochę się poprawi? — podsunęła przepiękną myśl zielonooka, wybierając dla siebie pulchną nornicę, by następnie zatopić kły w jej kruchym ciałku.
— Mam taką nadzieję — zakończyła nieprzyjemny temat Berberys, również wybierając ze stosu pierwszą lepszą piszczkę. — A ty chciałabyś mieć kiedyś jakiegoś ucznia? Chociaż to przede wszystkim obowiązek, czasami można złapać z nim wspólny język i zapoczątkować nową przyjaźń — miauknęła zastępczyni, siląc się na wesoły ton głosu, lecz nieco marszcząc pyszczek na swoje własne słowa.  Czemu wychwalała mentorowanie, skoro sama była w tym beznadziejna?

<Tańcząca?>

Od Berberysowej Bryzy CD Żmijowej Łapy

Żółtooka z niedowierzaniem obserwowała, jak malutka szylkretka na początku wyzywa ją od najgorszych, a następnie z płaczem gna przed siebie, nie zważając na nic ani na nikogo. Zastępczyni wydała z siebie prychnięcie pełne frustracji i wysunęła w nagłym przypływie gniewu pazury, chcąc jakoś się uspokoić, jednak nie było to takie proste zadanie. Miała świadomość, że strasznie ostro potraktowała córkę Zachodzącego Promyka, jednak nie czuła z tego powodu wyrzutów sumienia. Musiała znaleźć skuteczny sposób na postawienie koteczki do pionu, bo nie chciała wieczność męczyć się z treningiem tej beksy, a na chwilę obecną niewiele wskazywało na mianowanie calico. Biorąc głęboki wdech świeżego powietrza, schowała błyszczące pazury i udała się w stronę legowiska medyka, by poprosić Poranną Łapę o kilka ziaren maku na uspokojenie, gdyż w tamtej chwili byłaby w stanie rozszarpać swoją uczennicę.

***

Chociaż minęło kilka wschodów słońca od nagłej zmiany w relacjach Berberys i córki Lisiej Gwiazdy, napięta atmosfera między nimi wcale nie uległa złagodzeniu. Partnerka Żywicznej Mordki wyciskała z brązowookiej wszystko do ostatniej kropli, starając się ograniczyć jej wolny czas do minimum, byleby jak najszybciej nauczyć terminatorki czegokolwiek. Zdawało się, że jedyną rzeczą, jaka łączyła kotki poza w miarę podobnym umaszczeniem, była wspólna chęć jak najszybszego ukończenia treningu. Żadnej z nich nie uśmiechało się również widzenia pyszczka tej drugiej przez niemal cały dzień, więc gdy tylko do tego dochodziło, nikt nie śmiał się przerywać zdenerwowanym kocicom. Obecnie trenowały różne sposoby walki niedaleko nowego obozu, skacząc wokół siebie z uniesionymi futrami. Berberysowa Bryza specjalnie wybrała tę formę treningu, by chociaż trochę rozładować całą wzajemną złość, która spędzała za każdym razem uśmiech z jej mordki.
— Żmijowa Łapo, przyłóż się do tego! — krzyknęła starsza szylkretka, wymierzając cios w łaciaty bok uczennicy. Pomimo zirytowania, nigdy nie uderzyła jej za mocno czy z wysuniętymi pazurami, gdyż w głębi serca nadal widziała w niej uroczą Żmijkę z czasów kocięcych, która zdecydowanie była jej osobistym faworytem w miocie Zachodzącego Promyka. Zauważając, jak łapy mniejszej zaczynają drżeć z powodu zmęczenia, zarządziła krótką przerwę i  uwagą obserwowała ruchy terminatorki. Po chwili postanowiła sprawdzić jej wiedzę z rzeczy czysto teoretycznych i zapytała.
— Co wiesz o kotach z innych klanów? — mruknęła, lustrując koteczkę oczekującym wzrokiem.

<Żmijko? Przepraszam za tego gniota>

07 lutego 2020

Od Berberysowej Bryzy CD Tańczącej

Opowiadając nowo poznanej kocicy o klanowym życiu, Berberys zyskała chwilę, by porządnie zlustrować ją od góry do dołu. Chociaż była mocno wychudzona i niezwykle szczupła, zastępczyni wiedziała, że dzięki odpowiedniemu treningowi nabrałaby odpowiedniej masy oraz wypracowała mięśnie. Jedyną niepewnością pozostawał dla niej problem ze wzrokiem u kotki, przez który w przyszłości mogła mieć niemałe problemy z polowaniem czy walką. Calico nawet nie wyobrażała sobie życia bez możliwości podziwiania otaczającej ją natury albo zlokalizowania wroga podczas potyczki! Kończąc swoją wypowiedź o rangach w klanach, vanka uprzejmie przerwała jej zaskakująco niskim głosem, przez co zyskała uwagę córki Gronostaj.
— A... Jeśli chciałabym do was dołączyć, mogłabym? — zapytała, wlepiając w szylkretkę przeszywający na wylot wzrok wyblakłych ślipi. — Jeśli będzie trzeba, sama pójdę do waszego lidera — dodała moment później, jak gdyby chciała upewnić kocicę, że sama potrafi o siebie zadbać. Żółtooka musiała przyznać, że czarna od samego początku przypadła jej do gustu, a samowystarczalność jedynie wzmocniła poprzednią opinię. Pozwalając sobie na chwilę pełną napięcia, następnie wstała i z powagą miauknęła.
— Oczywiście, że jest taka możliwość, jednak nie gwarantuję ci tego — odparła z mało wyczuwalnym smutkiem w głosie, zdając sobie sprawę z tego, jakim kotem jest Lis. Wiedziała, że ma szczęście należeć do niewielkiego kręgu osobników, które rudzielec akceptuje; inni uciekali przed nim z piskiem, gdy tylko na nich spojrzał. Odchrząkając, ciągnęła. — Lisia Gwiazda jest wspaniałym, aczkolwiek surowym oraz wymagającym przywódcą. Będziesz musiała dowieść mu, że zasługujesz na miano członkini Klanu Klifu — zakończyła dostojnym tonem, wznosząc dumnie ogon do góry. Wiedziała, że ryzykuje proponowaniem zielonookiej dołączeniem do jej rodzimego klanu, gdyż opcje były dwie. Albo obie dostaną po pyskach, albo samotniczka zasili ich szeregi w zamian za oddaną służbę współbratymcom. 
— Nie boję się — rzuciła zdecydowanie vanka, również prostując łapy. Wyraz panujący na jasnym pysku dawał jasno do zrozumienia, że zrobi wszystko co w jej mocy, by udowodnić swoją wartość. — Już podjęłam decyzję i nic mnie od niej nie odciągnie — dodała nieco ostro, chcąc zakończyć temat.
— W takim razie chodź za mną, zaprowadzę cię do naszego obozu — mruknęła z aprobatą, nurkując z powrotem w zielone krzewy, by następnie wyłonić się wśród cieni rzucanych przez otaczające je drzewa.
— Co tak długo? — syknął zniecierpliwiony Martwy Cień, po chwili rzucając zdezorientowane spojrzenie w stronę niemal całkowicie białej kotki. — Co to za parszywa pokraka?!
— Stul pysk, Martwy Cieniu — odwarknęła w jego stronę zastępczyni, totalnie ignorując żądze mordu iskrzącą w jego ślipiach. Zamiast tego, wysunęła się na przód patrolu wraz z idącą u jej boku vanką i spokojnie miauknęła. — Nie przejmuj się nim, Tańcząca. To zwykły gbur i tyle.
***
Wkraczając do obozu, na patrolu Berberys spoczął wzrok wszystkich obecnych wtedy na polance. Żółtooka zdawała się jednak mieć w nosie ich zdziwione spojrzenia i zamiast wytłumaczenia, kim jest nieznajoma kotka krocząca obok niej,  pełnym wdzięku chodem skierowała się natychmiastowo do legowiska lidera. Początkowo tylko ona zajrzała do środka, by oznajmić mentorowi powód jej niezapowiedzianych odwiedzin.
— Lisia Gwiazdo, na dzisiejszym patrolu spotkałam samotniczkę, która chciałaby dołączyć do Klanu Klifu — miauknęło z nutą hardości w głosie, zwracając tym samym uwagę rudzielca. Brązowooki uniósł łeb w stronę wejścia do swojego legowiska i niby od niechcenie mruknął "wprowadź ją". Zachęcającym pacnięciem ogona wskazała kotce, gdzie ma się skierować, po  czym stanęła w progu legowiska. 
— Dlaczego twierdzisz, że ta przybłęda przyda się nam w klanie? — zapytał pręgowany, okrążając dookoła czarno-białą. 
— Udowodniła mi, że potrafi sama o siebie zadbać i nie boi się wyzwań — odpowiedziała zgodnie z prawdą calico, na co syn Konwalii jedynie skinął łbem. Moment później nakazał swojej uczennicy wyjście pod pretekstem rozmowy w cztery ślipia, co żółtooka wykonała bez stawiania najmniejszych oporów. Cierpliwie czekała nieopodal legowiska, chcąc dowiedzieć się czy Jodła dostanie możliwość zamieszkania wśród nich. Pomimo faktu, iż nie okazywała tego na zewnątrz, w środku aż wrzała z niepewności, dlatego gdy tylko różowy nos pojawił się w zasięgu jej wzroku, natychmiastowo obarczyła młodszą pytaniem.
— I jaka jest decyzja Lisiej Gwiazdy?

<Tańcząca?>

06 lutego 2020

Od Berberysowej Bryzy CD Żmijowej Łapy

Berberys naprawdę nie spodziewała się, że Żmijka z pociesznej kuleczki mogła momentalnie stać nieznośną marudą. Od momentu mianowania z jej pyszczka wypływało samo zrzędzenie i marudzenie, które przyprawiało starszą kocicę o ból głowy i choć starała się to ignorować, wiedziała, że długo tak nie wytrzyma. Zaledwie parę wschodów słońca temu, na samą myśl o posiadaniu ucznia na jej mordkę wkraczał uśmiech, a trójkolorowy ogon wędrował wysoko do góry. Nawet podczas ceremonii ledwo mogła usiedzieć, kocięce podekscytowanie tak niebywale udzieliło się żółtookiej, że niektórzy ze starszych wojowników posyłali jej zdziwione spojrzenia. Cały urok szkolenia córy Lisiej Gwiazdy prysnął w momencie pierwszego treningu, podczas którego młodziutka calico zalała się płaczem i nawet pocieszające słowa Berberys nic nie zadziałały. Partnerka Żywicy była niemal pewna, że następnego dnia wszystko będzie już w porządku, a szopka odstawiona przez wnuczkę Zaskrońcowego Syku była spowodowana szokiem związanym z mianowaniem na ucznia. Na jej nieszczęście, szloch i lament Żmii powtarzał się każdego dnia, gdy tylko zastępczyni zwiastowała co będą robić na najbliższym treningu. Szkolenie koteczki stało się dla siostry Lamparciego Skoku istnym koszmarem, który każdego ranka spędzał jej sen z oczu i zmuszał do wymuszonego uśmiechu. Stając na progu legowiska uczniów prędko namierzyła posłanie brązowookiej terminatorki i modląc się w duchu do Klanu Gwiazdy, zawołała.
— Żmijowa Łapo! — miauknęła ze znikomą nadzieją, że być może ten dzień będzie stanowił ukojenie dla jej zszarganych nerwów. Jednak zamiast uśmiechniętej mordki calico, wyraz jej pyska wskazywał na jedno - koteczka była na granicy wybuchnięcia szlochem i rzucenia się na podłogę, byleby nie ruszyć się z obozu przez resztę dnia. — Dzisiaj też nie masz humoru? — zapytała zmartwiona, lecz tak naprawdę była wykończona wiecznym zrzędzeniem uczennicy. Nie czekając na odpowiedź, którą przecież i tak dobrze znała, skierowała się w stronę wyjścia z obozu, dając córce jej mentora chwilkę na ogarnięcie się. Zauważając, jak koteczka ociężałym krokiem oraz z zaszklonymi ślipiami dołącza do jej boku, odparła.
— Teraz udamy się na polowa — zanim zastępczyni zdążyła obwieścić plany na dzisiejszą sesję, podopieczna szylkretki wybuchnęła donośnym płaczem, nie zdając sobie nawet sprawy z konsekwencji swoich czynów.
Wszystkie koty obecne na polanie skierowały wzrok na zrezygnowaną Berberysową Bryzę oraz beczącą Żmiję, przez co futro tej pierwszej znacznie się uniosło. Doskonale zdawała sobie sprawę z ich kpiących spojrzeń posyłanych w jej stronę, dlatego zwróciła płonące gniewem oczy w stronę zszokowanej terminatorki.
— Żmijowa Łapo! — warknęła, szczerząc przy tym ostre kły. Puchata kitą miotała na obie strony, a wysunięte pazury zalśniły promieniami porannego słońca. — Myślisz, że będę dalej tolerowała takie zachowanie? Za kogo ty się niby uważasz, co? Na razie jesteś totalnym zerem i jeśli nie zaczniesz się mnie słuchać, pozostaniesz nim do końca swoich dni! — wybuchnęła czystą złością, co skutkowało lekkim skuleniem się córki Zachodzącego Promyka. Pomimo pozornej łagodności godnej prawdziwego baranka, Berberysowa Bryza potrafiła postawić na swoim jeśli tego chciała, a obecnie w środku gotowała się przez nieposłuszność uczennicy. — Mam w nosie to, że jesteś córką lidera; ja sama przeszłam wycieńczający trening pełen wyrzeczeń i choć chciałam ci tego oszczędzić, jasno pokazałaś mi czego ci potrzeba. Od tego momentu aż do mianowania na wojowniczkę nie będziesz miała ani chwili wytchnienia, zrozumiano? A teraz zmiataj do lasu, bo jeśli do szczytowania słońca nie będzie przede mną leżał stos zwierzyny, możesz pożegnać się z jedzeniem przez trzy najbliższe wschody słońca! — wyrzuciła z siebie, cały czas dysząc. Tym razem naprawdę nie żartowała; od teraz nie miała zamiaru umilać terminatorce szkolenia w najmniejszym stopniu. Musiała nauczyć się nieco pokory.


<Żmijko?>

05 lutego 2020

Od Berberysowej Bryzy CD Pieska

Powracając z udanego polowania, Berberysowa Bryza postanowiła zaglądnąć do kociarni. Jednak za nim udało jej się skierować w tamtą stronę, do jej uszu dotarło pełne energii miauknięcie Lwiej Grzywy, który momentalnie zatrzymał się przy jej. Calico z uśmiechem spojrzała na rudego i wsłuchała się w płynące z jego pyszczka słowa.
— Berberysowa Bryzo, czy mógłbym dołączyć do patrolu Niebiańskiego Lotu? — zapytał prosząco, zerkając w stronę cynamonowego. Rozbawiona zastępczyni jedynie skinęła łbem i z czułością przyglądała się, jak van dobiega do boku ojca i zaczyna o czymś nawijać. Chociaż przyjaciel Rubinki nigdy by tego nie przyznał, widać było, że był !dumny ze swojego potomstwa. Żółtooka westchnęła z wyczuwalnym smutkiem, gdy bolesna prawda dotarła do niej ponownie; nigdy nie było jej dane poznać ojca, a biologiczna matka umarła niedługo po ich narodzinach.  Z opowieści Sójczego Skrzydła Berberys dowiedziała się, że miała rodzeństwo, ale przebywali ze sobą zbyt krótko, by zapamiętała chociaż ich imiona. Spojrzała z bólem na bezchmurne, błękitne niebo, a blask złotego słońca chwilowo ją oślepił. Prędko spuściła wzrok i zamrugała kilkukrotnie, wciąż mając przed oczami jasne plamy. Mysi móżdżek! Przecież Srebrna Skóra nie jest teraz widoczna i nie ma szans, by zobaczyła matkę! Z nieco naburmuszoną miną w kilku skokach znalazła się przy kociarni, a gdy tylko postawiła łapę w środku, usłyszała wesoły głosik należący do Pieska.
— Bejbejysowa Bjyzo! — zawołał piskliwym tonem, wpadając jej pod łapy. — Pobawisz się ze mnjom? Nudzi mi się! — dodał, by następnie wlepić w kocicę pełne nadziei ślipia. Córka Rosomaka uprzednio rozglądnęła się w okół, chcąc upewnić się, że Sroczy Żar, będąca mamą malucha, wciąż śpi. Zauważając, jak cętkowane futro królowej miarowo opada i się podnosi, rozluźniła spięte mięśnie i skierowała pyszczek w stronę zniecierpliwionego kocurka. — Słyszysz mnje?! A może jesteś głuchja?! — krzyknął pogardliwie cętkowany, niemiłosiernie przypominając w ten sposób swoją matkę.
— Oczywiście, że nie jestem, maluchu — odparła ze spokojem kocica, jednak nie sposób było ukryć, że swoim podobieństwem do teściowej kociak stracił w jej oczach. Wiedziała, że nie powinna  obwiniać go coś takiego, bo sam nie decydował o własnej rodzicielce, lecz zastępczyni zyskiwała opinię o kimś przy pierwszym wrażeniu. Jeśli już na samym początku zostałeś skreślony, to chyba tylko cudem mógłbyś podskoczyć na wyższe miejsce na jej liście! Owijając przednie łapy ogonem, spojrzała na młodszego i mimo wszystko zdecydowała się przystać na propozycję  malucha. — W co chcesz się pobawić?
<Piesku?>


02 lutego 2020

Od Berberysowej Bryzy CD Tańczącej

Pierwszy raz od kilku księżyców, Berberysowa Bryza nie miała żadnych problemów z otworzeniem żółtych ślipi i wstaniu na równe łapy. Niemal błyskawicznie wyskoczyła z legowiska, lecz zanim to zrobiła, oglądnęła się za siebie. Z czułością zlustrowała sylwetkę śpiącego Żywicy, a na jej łaciaty pyszczek wkradł się szeroki uśmiech. Nie dość, że parę wschodów słońca temu dotarli na miejsce, to w dodatku pogodziła się ze swoim partnerem, co chyba napawało ją największym szczęściem. Chociaż nadal z trudem przychodziło im okazywanie sobie czułości w postaci gestów, kocica była pewna, że za niedługo powrócą do dawnej relacji i wspólnego wylegiwania się w słońcu. Mimo wszystko potrząsnęła energicznie łbem, chcąc zmotywować się do dalszego działania; musi przecież wyznaczyć patrole. To, że dopiero dotarli na miejsce nie zwalnia ich z pilnowania (jeszcze dokładnie nieokreślonego) terytorium czy polowania na zwierzynę, której teraz im nie brakowało. Pewnym siebie krokiem skierowała się na mniej więcej środek obozu, a następnie z dumą obserwowała jak jej współbratymcy gromadzą się wokół, by dowiedzieć się o dzisiejszych patrolach.
— Na poranny patrol, który poprowadzę ja, pójdą Martwy Cień, Żmijowa Łapa oraz Tęczowa Zatoczka z Miętową Łapą — oznajmiła, wyznaczając po chwili następne składy. Gdy każdy z klifiaków wiedział już, co ma robić, machnięciem ogona ogłosiła wyruszenie swojego patrolu. Starała się ignorować pełne pogardy prychnięcia swojej uczennicy i wysunęła się na sam przód, by zrównać kroki z drobniutką buraską. Choć doskonale wiedziała, że Żywiczna Mordka wcale się w niej nie zakochał, cały czas w głębi serca chowała do niej bezpodstawną urazę za tamtą sytuację, o której vanka najpewniej nie miała pojęcia. Posyłając jej wymuszony uśmiech, rozglądnęła się dookoła, próbując wypatrzeć coś nietypowego, jednak przez dłuższy moment nic się nie działo. Dopiero w momencie, gdy mieli już wracać, zza pobliskich krzewów usłyszeli podejrzane szmery. Szybkim, aczkolwiek stanowczym machnięciem ogona nakazała reszcie się nie ruszać, by następnie ostrożnym krokiem powoli posuwać się w tamtą stronę. Wyraźnie wyczuwała woń obcego kota, jednak ze względu na pewność, że jest to tylko jeden osobnik, postanowiła sprawdzić to sama. Napinając wszystkie mięśnie przygotowywała się do skoku, lecz nieznany zdawał się nie wykonywać żadnego, choćby najmniejszego ruchu. Lekko zdziwiona wyprostowała się i opuściła nastroszone futerko, by po chwili ze stanowczym wyrazem pyska stanąć przed szczupłą, czarno-białą kocicą, która nieznacznie pochylała w stronę calico głowę. Koteczka wpatrywała się w nią przeszywającymi na wylot zielonymi ślipiami, przez co córa Rosomaka nieco się cofnęła. Czyżby jej się wydawało, czy coś ze wzrokiem vanki było nie w porządku? 
— Kim jesteś i czemu znajdujesz się na terytorium Klanu Klifu? — zapytała oschle, wysuwając ostre pazury. Nie zrobiła jednak tego, aby rzucić się na młodszą; chciała jedynie w razie czego mieć się czymś obronić.
— Mam na imię Tańcząca — odparła ze stoickim spokojem zielonooka, lecz w jej głosie pobrzmiewał chłód. Uniosła śnieżny pyszczek w stronę zastępczyni oraz dodała. — I nie mam pojęcia, co to jest Klan Klifu.
— Jesteś samotniczką? — miauknęła bez zastanowienia calico, a Jodła odpowiedziała jej pewnym skinięciem głowy. Żółtooka zlustrowała potomkinię Brzozy uważnym spojrzeniem, a następnie kontynuowała. — Klan Klifu to jeden z pięciu leśnych klanów, które zajmują te obszary. Nazywam się Berberysowa Bryza i jestem zastępczynią wcześniej wspomnianego klanu. Jeśli chcesz, mogę opowiedzieć ci trochę o naszym życiu — zaproponowała z nutką niepewności, chowając wcześniej wysunięte pazury.

<Tańcząca? Wybacz, że tak długo ;-;>

25 stycznia 2020

Od Berberysowej Bryzy CD Sroczego Żaru

Dostrzegając, jak pyszczek kotki wygina się w bolesnym grymasie, futro stanęło jej dęba. Czy to ten moment? Czy na świat za chwilkę przyjdą kocięta Sroki? Szybko jednak się otrząsnęła, gdy niebieska warknęła na nią, by prędko przyprowadziła medyka do kociarni. Nie zwlekając ani sekundy dłużej, pognała przed siebie, ignorując przy tym zdziwione spojrzenia posyłane calico przez odpoczywające dookoła koty. Nerwowo rozglądnęła się wokół siebie, starając się namierzyć żółtymi ślipiami sylwetkę Sokolego Skrzydła czy Szybującej Mewy, jednak nigdzie nie widziała kocurów. Zirytowana strzepnęła końcówką ogona; gdzie podziewa się medyk, kiedy akurat jest potrzebny? Mimo wszystko, zanim córa Rosomaka zdążyła przekląć na głos uzdrowicieli, ci sami pojawili się w zasięgu jej wzroku. Czując niewyobrażalną ulgę w sercu, pędem znalazła się tuż przy bicolorze i niemalże wrzasnęła.
— Sroczy Żar zaczęła rodzić! Szybko! — krzyczała zdenerwowana, popychając kocura w stronę krzewów jeżyn. Zszokowany uczeń Lśniącego Słońca na początku nie do końca wiedział, co się dzieje, jednak prędko wziął się w garść i ruszył w stronę chwilowej kociarni. Calico kroczyła tuż za nim, jednak przy wejściu zatrzymała się; nie była gotowa i nie chciała być świadkiem wydawania na świat kociąt, bynajmniej nie teraz. Z czujnie postawionymi uszami nasłuchiwała odgłosów dobiegających z środka, siedząc przed pokaźnym krzewem oraz odganiając każdego zaciekawionego przechodnia. Jasne, potem mogą przyjść, ale nie w czasie porodu! Zważając na okropne wrzaski kotki, zastępczyni była pewna, że niebieska przeżywa ogromny ból, którego nawet nie potrafiła sobie wyobrazić. Jej kruchym ciałem wstrząsnął dreszcz. Mimo wszystko, sama też będzie chciała przez to przejść, jeśli zdecyduje się na kociaki. Jednakże teraz było na nie stanowczo za wcześnie — dodatkowo sprawę potęgowała jej obecna ranga oraz kłótnia z partnerem, która mocno odbiła się na córze Gronostaj. Kierując pysk w stronę żłobka, pomodliła się w duchu do Klanu Gwiazd, by Sroka wytrzymała jeszcze trochę, a następnie żółtooka skierowała się w stronę legowiska wojowników.
***
Następnego wschodu słońca, gdy tylko kotka znalazła chwilę wolnego czasu, od razu zawitała do kociarni. Oczywiście uprzednio pochwyciła ze stosu świeżo upolowanego wróbla, a także pożyczyła od medyków trochę nawilżonego mchu, by ulżyć królowej w ten upał. Z pełnym pyskiem wkroczyła między krzewy, a jej wzrok wyłapał cętkowaną leżącą kilka długości ogona dalej. Niepewnie podeszła bliżej, a jej ślipiom ukazały się dwie, malutkie kuleczki. Ich cynamonowe futerko lśniło w blasku słońca, a grzbieciki delikatnie unosiły pod wpływem oddechu. Niespodziewany ruch Sroczego Żaru przerwał jednak zachwyt zastępczyni, która wskazała łapą na przyniesione rzeczy i spokojnie miauknęła.
— Przyniosłam ci coś na wzmocnienie — powiedziała, a gdy zmęczone, pomarańczowe ślipia zlustrowały sylwetkę calico, ta schyliła lekko łeb w stronę kociaków. — Są przepiękne. Jak mają na imię?

<Sroko?>

19 stycznia 2020

Od Berberysowej Bryzy CD Żywicznej Mordki

Zauważając kierującą się w jej stronę Borówkowy Nos, zaciekawiona uniosła pyszczek i posłała kotce zaintrygowane spojrzenie. Niedawno Lisia Gwiazda ogłosił kolejną przerwę na odpoczynek i Berberys postanowiła w pełni z tego skorzystać. Dzięki temu, że łaciata koteczka początkowo zmuszała ją do jedzenia, znów nabrała sylwetki godnej silnej zastępczyni, ale również posiadającej pociągającej delikatności, co napawało ją ogromną dumą. Poza tym już nie spędzała całych dni na mordujących patrolach, lecz choć i tak intensywnie wykorzystywała swój wolny czas, to znajdowała chwilkę na popołudniową drzemkę. Jedynym zmartwieniem wagi ciężkiej, które wisiało jej na sercu, pozostawała kwestia Żywicznej Mordki, z którym nie zamieniła słowa od kilku dobrych księżyców. Okropnie tęskniła za liliowym kocurkiem, jednak nie zamierzała być zbyt natarczywa i mu się narzucać. Przecież prosto w pysk powiedział jej, że staje się bezlitosnym potworem! Nie sądziła, że taka urocza klucha jak on byłby w stanie zdobyć się na powiedzenie tego, co tylko potęgowało poczucie winy. Dobiła Zaskrońcowy Syk na rozkaz Lisiej Gwiazdy, bo czarna rzuciła się liderowi do gardła; co mogła innego zrobić w takiej sytuacji? Dobra, ale nic nie usprawiedliwiało jej bójki z samą matką liliowego, ciężarną Sroczy Żar, która obecnie przesiadywała w kociarni wraz ze swoim nowym miotem. Chociaż obie kocice jako tako się pogodziły, to jednak w momencie szarpaniny calico musiała koszmarnie stracić w pomarańczowych ślipiach partnera, który teraz na sto procent nie będzie chciał zamienić z nią ani jednego słowa. Czy może nadal nazywać go partnerem po tych wszystkich milczących wschodach słońcach, kłótni, stawania się potworem? Odczuwając nalegające szturchnięcie Macierzanki otrząsnęła się, z cichym jękiem podnosząc się na łapy. Gorące promienie słońca skąpały jej futerko niewyobrażalnym żarem, gdy nieco zaspana przeciągnęła się. Słysząc rozbawione westchnięcie przyjaciółki, lekko uniosła brwi i czekała na wyjaśnienie niebieskookiej.
— Kiedyś nie mogłam zmusić cię do położenia się, a teraz z trudem wyciągam cię na polowanie — zaśmiała się, na co calico posłała jej lekko urażone spojrzenie. Przecież wcale nie leżała całe dnie w legowisku!  — No nic, to chyba lepiej, bo się tak nie przemęczasz — dodała po chwili lekko zatroskanym głosem. Berberysowej Bryzie zrobiło się mimo wszystko cieplutko na serduchu, gdyż starsza kocica zachowywała się w stosunku do niej niczym prawdziwa matka, co złotooka wyjątkowo doceniała. Pacając ją przyjacielsko ogonem, ruszyła przed siebie, by jak najszybciej rozprostować łapy w cieniu pobliskiego lasu, który stanowił swojego rodzaju błogą odmianę na panujący wszędzie żar. Z uśmiechem krocząc przez zacieniony obszar, gawędziła z Borówką o wszystkim jak i o niczym, po czym niespodziewanie bicolorka zatrzymała się w miejscu i rozglądnęła dookoła. Zdezorientowana córa Rosomaka już miała zapytać, o co chodzi, gdy niebieskooka podekscytowana miauknęła.
— Wiesz co, chyba czegoś zapomniałam, zaraz wracam! — rzuciła na szybko, nim pospiesznie odbiegła w przeciwną stronę i skoczyła w gęste zarośla jakiś jeżyn. Calico nie miała najmniejszego pojęcia, o co mogła chodzić kocicy, ale nie chciało jej się gonić czarno-białej w taki upał, dlatego po prostu wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę ogromnego drzewa, dającego przyjemny cień. Jednakże gdy tylko słonecznikowe ślipia zarejestrowały sylwetkę Żywicznej Mordki, wpatrującego się w nią niczym w ducha, chciała zapaść się pod ziemię. Już wtedy dotarło do niej, że dziwne zachowanie Borówkowego Nosa było spowodowane planem pogodzenia jej z kocurem, ale nie miała czasu na rozważanie tej strategii. Już miała się odwrócić i uciec, gdy usłyszała niepewny głos, który znała aż za dobrze.
— B-Ber-Berber-rys? — wyjąkał cichutko, wlepiając w nią pomarańczowe ślipia. Kocica niemal przewróciła się, gdy załapała z nim kontakt wzrokowy, ale nieco łamiącym się głosem odpowiedziała.
— T-tak, Żywiczna Mordko? — odparła, zerkając kątem oka na kocura, który pociągnął różowym noskiem. Zdenerwowana wciągnęła powietrze i przełknęła ciężko ślinę, po czym z uwagą wsłuchała się w następne słowa liliowego.
— C-Co t-tu ro-robisz? — mruknął nieśmiało spuszczając wzrok na swoje łapy. Zastępczyni uniosła lekko pyszczek w górę i niemrawo odpowiedziała.
— Miałam polować z Borówkowym Nosem, jednak czegoś zapomniała i zgaduję, że chyba na nią poczekam? — zapytała, próbując rozładować napiętą atmosferę, lecz ciszę panującą między nimi przerywał jedynie ciężki oddech syna Sroczego Żaru. Serce calico bezlitośnie szybko biło, całe ciała niemalże płonęło ogniem, a w głowie tłumiły się miliony myśli. Powinna się odezwać? Czy może po prostu odejść? Zestresowana spojrzała na pręgowanego, a nagle jeden pomysł zaczął przyćmiewać pozostałe. A gdyby tak... spróbowała się z nim pogodzić? Nie mogła dłużej znosić ich relacji, cierpiała z każdym kolejnym wschodem słońca, a skoro on i tak nie chciałby być już jej partnerem, to czemu chociażby nie spróbować? "Dobra, weź się w garść i to zrób!" skarciła się w myślach, po czym biorąc głęboki oddech, niepewnie zaczęła.
  — Przepraszam — wyrzuciła z siebie spanikowana, a gdy brat Jarzębinowego Strumienia uniósł łeb, z zaszklonymi ślipiami ciągnęła. — Przepraszam za to wszystko. Jest mi tak koszmarnie głupio za te głupie, przemilczane księżyce, trafienie do medyka, n-naszą kłótnię, śmierć Ja-Jarzębinki, do-dobicie Zaskrońcowego Syku i wa-walkę z twoją m-matką — wypaliła pospiesznie na jednym wydechu, chcąc jak najszybciej to z siebie wydusić. Choć z każdym kolejnym słowem jej głos coraz bardziej się załamywał, a łzy kapały na suchą ziemię, nie przestawała, lecz stanowczo ciągnęła. — W-wiem, że uwa-uważasz m-mnie z-za o-okro-o-opnego po-potwora i n-nie dziwię ci si-się, a-ale bła-błagam, wy-wybacz mi — wyjąkała żałośnie, po czym usiadła, zmuszona przez drżące łapy. Spuściła głowę na dół, chcąc ukryć się przed otaczającym ją światem i jedynie cicho dodała. — T-tak ba-bardzo c-cię ko-kocham i n-nie ch-chcę stra-stracić, cho-o-oć wiem, że j-już to zrobiłam, Ży-żywico.
— B-Ber-be-be-rys — niespodziewanie odezwał się syn Zlepka, również trzęsąc się na swoich patykowatych łapach. Zdruzgotana calico nie miała nawet siły unieść łba, więc o uwadze poświęcanej w tamtej chwili kocurowi świadczyły jedynie uważnie sterczące uszy. — T-też c-cię ko-kocha-am — załkał, a jego ślipia przypominały bardziej wodospad niż oczy, gdyż pieniące się w nich łzy rzewnie spływały po puchatych polikach kocura, co tylko boleśnie kroiło serce calico na drobne kawałki. — T-tak stra-asz-asznie by-było mi c-ciebie b-brak — wydukał żałośnie, opadając na zacienioną ziemię pod grubym konarem masywnego drzewa, by następnie cicho łkać, nie mogąc zdobyć się na ponowne spojrzenie na kotkę. Berberysowa Bryza z trudem podniosła się na łapy i stwierdzając, że nie może zrobić nic więcej, ułożyła się przy boku swojego partnera. Oparła łeb na jego karku, a gdy kojąca, znajoma woń wypełniła jej nozdrza, zaniosła się niepohamowanym szlochem, który moczył liliowe futerko.


< Żywico? <3 >

14 stycznia 2020

Od Berberysowej Bryzy CD Żmii

Trójkolorowa kocica z trudem utrzymywała się własnych łapach, powoli krocząc za tłumem członków Klanu Klifu. Okropny upał, który sprawiał, że wszystkim kręciło się w głowie, dotkliwie szczypał ją w oczy i powodował zawroty we łbie. Ciężko dysząc, na dygoczących łapach przyspieszyła i zrównała się z córką Wschodzącej Fali oraz jej kociakiem Miętkiem. Przywitała się przyjaźnie z królową oraz rudzielcem, aby następnie upewnić się, czy wszystko jest w porządku.
— Niczego ci nie brakuje, Liliowa Sadzawko? Nie jesteś spragniona albo głodna? — zapytała troskliwie siostra Lamparta, mierząc szczupłą sylwetkę Lilii zmartwionym wzrokiem. Obecna podróż była uciążliwa dla każdego członka klanu, jednak kocica nawet nie wyobrażała sobie dodatkowo opiekowania się w tym czasie dzieciakiem! Nie wspominając już o tym, że najmłodsze pokolenie cały czas marudziło i narzekało, bo zwyczajnie byli przemęczeni i od tego całego maszerowania potwornie bolały ich łapki. Złocistymi ślipiami przebiegła po sylwetkach kotów, mając na celu odszukanie kolejnej z królowych, a dokładniej mówiąc Zachodzącego Promyka. Dostrzegając, jak buraska znika i odłącza się na chwilę od grupy zastrzygła uszami, jednak po chwili się uspokoiła. Siostra Węgorza zapewne postanowiła pochłeptać nieco wody z pobliskiego strumyka, co wcale nie było głupim pomysłem, zważając na panujący zewsząd skwar oraz żar. Berberys spokojnym krokiem skierowała się w stronę potomków Zachód, by nacieszyć oczy ich roześmianymi pyszczkami. Gdy tylko znalazła się kilka długości lisich ogonów od rozbrykanej gromadki kociaków, usłyszała wesołe wołanie jej ulubienicy.
— Berberysowa Bryza! — krzyknęła malutka Żmijka, podbiegając na króciutkich łapkach do zastępczyni. — Dawno cię nie widziałam — dodała, mierząc żółtooką uważnym wzrokiem orzechowych ślipi.
— Przepraszam, byłam dosyć... zajęta — mruknęła nieco zmieszana calico, przypominając sobie, jak wylądowała u medyka z powodu wycieńczenia. Na samo wspomnienie tej całej sytuacji zalewała ją ogromna fala wstydu i nie zamierzać o tym koteczce. — A u ciebie wszystko w porządku? 
— Tak, tylko straaasznie pieką mnie łapki — poskarżyła się młodsza, wyciągając przednią kończynę do przodu na znak potwierdzenia swoich słów. — Chciałabym już być w jakimś porządnym obozie, a nie łazić nie wiadomo gdzie.
— Na pewno za niedługo dotrzemy, dasz radę — miauknęła zachęcająco partnerka Żywicznej Mordki, posyłając córce Lisa pokrzepiający uśmiech. — Klan Gwiazdy wskaże nam nowe miejsce, w którym będzie pełno zwierzyny i przepiękny, bezpieczny obóz.
— Tylko niech się pospieszą — burknęła Żmijka, na co na pysk wnuczki Błękitnej Łapy wkradł się tajemniczy wyraz pyska. Zdawała sobie sprawę z tego, że ich klan z każdym dniem słabnie i naprawdę nie pogardziłaby jakąś wskazówką od ich przodków. Potrząsnęło szybko łbem, chcąc odgonić od siebie wszystkie te myśli i postanowiła zmienić temat.
— A ty chciałabyś zostać medyczką czy wojowniczką? Bo jeśli wybrałabyś tą drugą opcję, to ciekawi mnie, czy masz już jakiegoś mentora na oku? — zapytała z lekką nutą nadziei w głosie. Nie ukrywała, że miała ogromną ochotę dostać do wyszkolenia któreś z kociaków rudego lidera, a w szczególności Żmiję.

<Żmijko?>  

Od Berberysowej Bryzy CD. Sroczego Żaru

Sama do końca nie ogarniała, jakim cudem znalazła się w obecnej sytuacji. Dobra, Berberys była w stanie wybaczyć naprawdę ogrom rzeczy, ale okładanie własnego syna pazurami to już naprawdę zbyt wiele! Żywica chciał jedynie skłonić Sroczy Żar do zjedzenia cholernej piszczki, ponieważ się o nią martwił, a ona podrapała go do krwi. Zauważając bordowe kropelki lśniące na liliowym policzku, córa Rosomaka nie wytrzymała i nie zważając na fakt, iż od kilku księżyców prawie w ogóle się do siebie nie odzywali, stanęła w jego obronie. Nie dość, że następnie ta niebieska zrzęda zwyzywała ją i Lisią Gwiazdę, zaczęła stroszyć futro oraz wbijać w nią nienawistny wzrok pomarańczowych ślipi. Zanim calico zdążyła się opanować i udobruchać starszą wojowniczkę, ta bez zbędnego zastanowienia się na nią rzuciła. Szarawe futerko na karku drobnej zastępczyni momentalnie się nastroszyło, aby następnie okryć się brudną ziemią poprzez popchnięcie przez cętkowaną. Z głośnym sykiem Berberys zaczęła szaleńczo drapać pokaźny brzuch kocicy, która pomimo różnicy wzrostu dysponowała o wiele większą siłą. Po paru koszmarnych chwilach Sroka w końcu nieznacznie rozluźniła uchwyt, co umożliwiło żółtookiej wyślizgnięcie się z pomiędzy krótkich niebieskich łap. Szczerząc ostre kły rzuciła się na kark cętkowanej, zapominając przy tym o wszystkim co ją otaczało. W tamtym momencie liczyło się tylko jedno — zemsta oraz nauczka za zniewagę jej osoby. Jednakże uczepienie się starszej wcale nie należało do tak prostego zadania, na jakie wyglądało. Siostra Zimorodkowej Pieśni zawzięcie wierzgała i prychała, kręcąc się przy tym na boki, przez co calico ponownie wylądowała poobijana na ziemi. Przerażenie, które w tamtej chwili ja ogarnęło, trudno jest nawet opisać. Widząc zakrwawione pazury Sroki zbliżające się do jej pyska, była niemal pewna, że zaraz zostanie pozbawiona oczu lub jej gardło zostanie brutalnie poharatane. Ale chwila; przecież Berberysowa Bryza nie mogła pozwolić na to, by ta pokraka ją pokonała! Zbierając w sobie resztki sił, w ostatnią chwilę wyrwała się spod żelaznego uścisku jednookiej kocicy i na drżących łapach przystanęła z boku. Szkarłatna krew kapała jej strużkami z różowego nosa, który obecnie zmienił swoją barwę na bordowy, podbite oko okropnie szczypało, natomiast liczne rozcięcia na skórze parzyły niczym prawdziwy ogień. Z trudem uniosła obolały łeb w stronę ciężarnej, która wcale nie znajdowała się w lepszym stanie, jednak uczennica Lisa nie mogła określić jak bardzo została zraniona, gdyż Niebiański Lot właśnie odciągał ją od miejsca zdarzenia.
— Berberysowa Bryzo! Szybko, musisz iść do Sokolego Skrzydła! — krzyczała spanikowana Borówkowy Nos, popychając delikatnie kotkę w stronę niebieskiego bicolora. Córa Gronostajowego Kroku zdawała się nie słyszeć słów zdenerwowanej łaciatej kocicy i jedynie tępo wpatrywała się w szczupłą sylwetkę należącą do jej partnera. Gdy zszokowany kocur w końcu odwrócił łeb w jej stronę, a ich spojrzenia skrzyżowały, zastępczyni poczuła niewyobrażalną rozpacz i wstyd rosnące w gardle. Słonecznikowe ślipia natychmiast zaszkliły się słonymi łzami, które prędko zaczęły hurtowo moczyć suchą ziemię, a podrapany pysk wykrzywił w wyrazie takiej beznadziejności, że nawet największy gbur by się odwrócił. Nie mogąc dłużej wytrzymać tego kontaktu wzrokowego, Berberysowa Bryza pospiesznie podążyła za Borówką, chcąc zapaść się pod ziemię.

***

Od jej walki ze Sroczym Żarem upłynęło kilkanaście wchodów słońca, a obie kocice powróciły już do siebie. Co ciekawe, cętkowana powróciła ponadto do żłobka, który na obecną chwilę stanowiły gęste krzewy jeżyn rosnącą tuż przy ich tymczasowym obozowisku. Zastępczyni długo zastanawiała się nad zrealizowaniem swojego pomysłu, jednak po paru godzinach stwierdziła, że musi spróbować. Nie chciała dłużej kłócić się za starszą wojowniczką, nie teraz gdy wszyscy byli osłabieni a niebieska spodziewała się kociąt. Z zamyślenia wyrwało ją pokrzepiające szturchnięcie Borówki, która przez ostatnie dni stanowiła jedną z jej największych podpór. Łaciata kotka dotrzymywała siostrze Lamparciego Skoku towarzystwa i nadzorowała posiłki, przez co powolutku powracała sylwetka starej Berberys. Żółtooka była jej naprawdę wdzięczna, ale nie zaprzeczała, że wolałaby na miejscu wojowniczki zauważyć znajomą liliową mordkę. Tak bardzo brakowało jej ciepła pręgowanego kocura, tak strasznie doskwierał brak popołudni spędzonych na mizianiu się noskami czy ogonami, które teraz stanowiły jedynie blade wspomnienie. Ze zrezygnowanym westchnieniem pochwyciła w zęby pulchną nornicę i skierowała kroki w stronę chwilowej kociarni. Teraz Żywica na pewno już nigdy jej obejmie, gdyż uważa ją za stuprocentowego potwora, którym rzekomo się stawała. Na samą myśl o tym, chciała rozpłakać się jak jakieś dziecko, a nie miała teraz na to czasu. Wkroczyła pewnym krokiem w gęstwiny jeżyn, aby następnie zatrzymać się przy wpatrującej się w nią nienawistnym wzrokiem Sroczym Żarze,
— Przyniosłam ci nornicę, abyś nabrała siły zanim ruszymy w dalszą drogę — miauknęła poważnym tonem, przysuwając pulchniutkie zwierzątko w stronę ciężarnej. Widząc błysk w oczach starszej nieco się rozluźniła; widocznie cętkowana była naprawdę głodna i nie zamierzała znowu wszczynać bójki o marną zdobycz. — Jak się czujesz?

<Sroczko? Mam się szykować kolejne opierniczanie?>

06 stycznia 2020

Od Berberysowej Bryzy CD. Cyprys

jeszcze przed wyruszeniem w podróż

Zastępczyni właśnie wracała z samotnego, porannego polowania. Chociaż słońce jeszcze nie wzeszło, to przynajmniej nie leżała bez sensu w legowisku, lecz upolowała jakąś lichą zdobycz. Ociężałymi ze zmęczenia krokami skierowała się w stronę marnego stosiku zdobyczy, by odłożyć nędznego drozda na jego nowe miejsce. Zdecydowanie powinni opuścić już te tereny, nieważne jak bardzo tego nie chciała. Jak tak dalej pójdzie, to przecież z każdym następnym wschodem słońca będą głodować! Już ledwie co starczało dla karmicielek, których niedawno całkiem przybyło. Znużonym wzrokiem zerknęła w stronę spokojnego żłobka. Czasami sama zastanawiała się, jak to jest mieć własne kociaki i ta wizja naprawdę jej się podobała. Jednak ostatnie wydarzenia, takie jak zostanie zastępcą czy kłótnia z Żywiczną Mordką, naprawdę odcisnęły na niej swoje ślady. Teraz nie miała na głowie tylko własnych problemów; musiała zatroszczyć się też o potrzeby współbratymców, co wcale nie było takie proste. Już miała udać się do legowiska wojowników, gdy jej uszy niespodziewanie dobiegły przytłumione krzyki dochodzące z kociarni. Zaintrygowana zastrzygła uszami, a na łaciaty pyszczek wstąpił niewielki uśmiech. Ciekawe, co te małe rozrabiaki znowu wymyśliły? Odrzucając swój początkowy pomysł na chwilową drzemkę, wesołym krokiem udała się w stronę hałasu. Przystając w wejściu do jaskini zerknęła, czy aby na pewno nie będzie przeszkadzać, lecz zauważając zaistniałą sytuację, nieco ją zamurowało. 
— Nje pjawda Nocku! — powiedziała pewnym siebie tonem głosu malutka Cyprys i wypięła pierś w stronę swojego braciszka, Nocka, który zerkał na nią z pogardą. Berberys przyglądała się tej scenie z nieodgadnionym wyrazem pyska, lecz postanowiła na razie nie interweniować. Była ciekawa, jak szylkretka poradzi sobie z niemiłym kocurkiem, będącym utrapieniem dla wszystkich dookoła. Skąd taki szkrab znał tyle nieładnych słówek? Zmrużyła swoje słonecznikowe ślipia, lustrując dzieci Lisiej Gwiazdy tajemniczym spojrzeniem, po czym powoli ruszyła do środka. Akurat, gdy stawiała pełną łatek łapkę, przestraszona Cyprys zaniosła się głośnym szlochem, a czarny kociak wlepił orzechowe oczęta w ruszającą w jego stronę zastępczyni. Córka Gronostajowego Kroku delikatnie położyła ogon na grzbiecie koteczki i uspokajająco szepnęła.
— Hej, wszystko jest w porządku. On już nic ci nie zrobi, prawda? — miauknęła z powagą, wpatrując się we wnuczka Zaskroniec, którą ostatnio bez wahania dobiła. Zauważając jego niezwykłe podobieństwo do starszej kocicy nieco się speszyła; w końcu to była jego babcia. Szylkretka z obawą zerknęła w stronę chrapiącej w kącie Zachodzący Promyk i po raz pierwszy zastanowiła się, czy buraska chciałaby, żeby siostra Lamparta utrzymywała kontakt z jej dziećmi po pozbawieniu jej matki życia. 
— A co mi zrobisz? — prychnął arogancko, jednak wydawał się lekko speszony nagłym pojawieniem się calico. Żółtooka wręcz zaniemówiła, gdy dotarło do niej, jakim tonem zwracał się do niej ten bachor. Tak, Berberys naprawdę było można teraz łatwo zdenerwować, co nie kończyło się zwykle za dobrze. Zniżając pysk do poziomu kociaka wyszczerzyła białe kiełki i cichutko syknęła.
— Coś, czego konsekwencje będą mogły być nieodwracalne — odpowiedziała, a kocurek szybko czmychnął do reszty rodzeństwa, śpiącego u boku córki Skorpiona. Przeklinając w myślach swoją nieprzemyślaną reakcję, odwróciła się ponownie do zapłakanej Cyprys i przyjaźnie miauknęła. — Wszystko w porządku? Jak się czujesz?

<Cyprys?>

Od Berberysowej Bryzy CD Lisiej Gwiazdy

Od jakiegoś czasu kotka miała wrażenie, że jedynym pocieszeniem w ten smętny okres stanowi najmłodsze pokolenie Klanu Klifu. Żmijka, Świst, Nocek oraz Cyprys, będący kociakami samego lidera i Zachodzącego Promyka, wesoło biegali między łapami wędrujących wojowników. Choć  już nie raz spowodowali niemałe zamieszanie, większość klifiaków nie była w stanie na nich nakrzyczeć. W końcu, ujrzenie takiego małego, roześmianego pyszczka powodowało, że wspomnienia z dzieciństwa same do ciebie powracały. A kto nie poczułby się lepiej, mając w głowie obraz beztroskich zabaw z rodzeństwem czy bezpiecznych nocy u boku matki? Dodatkowo, niedawno Liliowa Sadzawka wydała na świat przeuroczego Miętka, który pomimo tego, że cechował się nadzwyczajnym narcyzmem, to nadal był kochanym dzieciaczkiem. Z uśmiechem spojrzała na kroczącego z przodu Lisią Gwiazdę i próbującą naśladować dumny krok ojca Cyprys. Nie zwlekając, kilkoma zwinnymi susami znalazła się przy swoim mentorze i skinęła mu łbem, by następnie przywitać się z uradowaną calico. Chwilkę później jej uwaga w pełni skupiła się na słowach wypowiadanych przez rudzielca, który był już zmęczony tą całą wędrówką.
— Lepiej się czujesz? — miauknął znudzonym tonem, po czym przeciągle ziewnął, ukazując kotce cały szereg ostrych niczym brzytwy kłów.
— Tak, o wiele — odpowiedziała nieco zawstydzona faktem, że tuż po otrzymaniu tak ważnej funkcji wylądowała u medyka. Zastrzygła uszami, powracając wzrokiem na jego smukłą sylwetkę i ze skruchą dodała. — Przepraszam, że tak wyszło.
— Radzę ci nie przepraszać, tylko wziąć się w garść i nie dopuścić, by zaistniała taka następna sytuacja — warknął stanowczo, mierząc ją ostrym spojrzeniem orzechowych ślipi. — Nie chcę, by moja zastępczyni lądowała u Sokolego Skrzydła, gdy mamy cały klan do ogarnięcia.
— Oczywiście, Lisia Gwiazdo. Już nic coś takiego nie będzie miało miejsca — obiecała poważnym tonem kocica, odwracając łeb przed siebie. Jej oczom ukazał się ogromny las skąpany w promieniach zachodzącego słońca, zdający się jarzyć prawdziwym ogniem. Niewielkie dreszcze przeszły przez drobne ciało szylkretki, gdy przypomniała sobie ostatnie zgromadzenie. Niebywałą ulewę, szalejące pioruny, nieokiełznane płomienie doszczętnie trawiące ich domy. Z jej gardła wydobyło się ciche westchnienie przepełnione tęsknotą za dawnymi terenami, lecz szybko przybrała znowu maskę zdecydowanej zastępczyni i kontynuowała. — Mam nadzieję, że Klan Gwiazdy będzie nam sprzyjał gdziekolwiek postanowimy się osiedlić. Z ich pomocą powinno nam się udać — miauknęła pewna siebie i swoją wiarę w zmarłych przodków, jednak słysząc pogardliwe prychnięcie ze strony syna Czaplej Gwiazdy, przekrzywiła pytająco łeb w jego stronę. Minęła krótka chwila ciszy, po której kocica odważyła się w końcu zadać cisnące się na język pytanie. — Czy... miałeś ostatnio jakieś wskazówki odnośnie naszej wędrówki?

<Lisku?>

05 stycznia 2020

Od Berberysowej Bryzy CD Żywicznej Mordki

Przeprowadzka wcale nie należała do przyjemnych czynności. Zamiast wesołego wędrowania w promieniach słoneczka, Klan Klifu ciągle spotykały ulewy, koty nieustannie wpadały na siebie nawzajem, a kociaki jęczały z powodu zmęczenia i znudzenia. Z resztą, tak naprawdę to nie tylko one; większość wojowników również narzekała na ich obecną sytuację i Berberys miała czasami ochotę strzelić im w pysk za to całe marudzenie. Jednak póki co miała ważniejsze sprawy ciążące na głowie, więc cudem powstrzymywała się od użycia siły. Razem z Lisią Gwiazdą musiała odpowiadać za odpowiednie tempo, a dodatkowo wyznaczanie patroli i miejsc na odpoczynek, o którym wszyscy marzyli. Córka Gronostajowego Kroki pomimo wszystkiego wcale im się nie dziwiła, ponieważ Lis nie chciał pozwolić na jakiekolwiek zwolnienie i brnął przed siebie, nie zwracając uwagi na stan członków swojego klanu. Dlatego ze wszystkich sił próbowała podnosić ich na duchu i namawiała do dalszego marszu, obiecując całe masy pożywienia i szczęścia na przyszłych terenach, chociaż sama nie miała do tego pewności. Dyskutowała parę razy na ten temat ze swoim mentorem, lecz do tej pory nie otrzymali żadnych wskazówek od Klanu Gwiazdy, więc pozostawała im tylko opcja ciągłej podróży w nieznane. Poza tym, rudzielec wcale nie był pozytywnie nastawiony na tą całą przeprowadzkę, więc kocica wolała nie rozdrażniać go zaczynaniem tego tematu. Gdy po krótkim postoju na posiłek ruszyli dalej, jej uszy wyłapały kolejne zrzędzenia Sroczego Żaru, która ostatnimi czasy wszystko wyolbrzymiała i narzekała gorzej od najmłodszego pokolenia, więc calico stwierdziła, że musi z nią o tym w końcu porozmawiać. Przez to jej ględzenie wszyscy przebywający w otoczeniu cętkowanej również zaczynali chodzić z ogonami smętnie opuszczonymi na ziemię, co znacznie wpływało na ich tempo. Żółtooka już miała podejść do starszej kocicy, gdy zauważyła, że ta prycha na swojego liliowego syna, którego zastępczyni tak kochała. Przez pierwsze chwile nie potrafiła zdobyć się na nic innego niż tępe wpatrywanie się w jego szczupłą sylwetkę, gdyż buzujące w niej emocje prawie się z niej wylewały. Nie rozmawiali ze sobą przez okropnie długi czas. Czy powinna podejść i spróbować się pogodzić? Cichy głosik w jej łebku właśnie do tego ją namawiał, lecz inny, znacznie głośniejszy, przywoływał wspomnienie ich kłótni. Żywiczna Mordka wprost wyznał jej, że przeobraziła się w potwora, który bez zawahania zabił Zaskroniec. Ale przecież starsza kocica próbowała zabić ich lidera! Do każdego wojownika należało chronić własnego przywódcę, a skoro Lis uważał, że to ona da sobie radę z uporaniem się z czarną, nie mogła przecież odmówić. Dodatkowo, syn Zlepka ze łzami w ślipiach zarzucił calico zdradę oraz pozostawienie go samego po tragedii, jaką była śmierć Jarzębinowego Strumienia. Po tym wszystkim trójkolorowa kotka nie była w stanie tak po prostu nawiązać z nim rozmowy; jasne, kochała go nad życie, ale nie zamierzała zamieniać z nim ani jednego słówka. Po pewnym czasie powoli nabierała przekonania, że być może liliowy ma rację. Może faktycznie staje się zwyczajnym, bezdusznym stworem, który w nosie ma innych? A gdyby tak wtedy przybyła wcześniej na miejsce zgromadzeń, to Jarzębinowy Strumień zalewałaby ich teraz tym swoim optymistycznym trajkotaniem? Pogrążając się w czarnym kłębowisku myśli, nieświadomie zwalniała, cały czas mierząc swojego partnera nieobecnym wzrokiem. Dopiero jego niepewny głos przywołał ją do równie złej rzeczywistości.
— B-b-berbery-ys? — mruknął zaskoczony, nie będący gotowy na pierwszą rozmowę od prawie połowy księżyca. 
Zdezorientowana zastępczyni odchrząknęła, uciekając wzrokiem od pomarańczowych ślipi kocura, który ostrożnie ją obserwował. Czując nagły przypływ wstydu i i gniewu, szylkretka ponownie wlepiła w niego słonecznikowe oczęta. Nie potrafiła od tak go przeprosić i spróbować naprawić z nim relację. Jeśli faktycznie zdaniem kocura była potworem, nie chciała mieszać się w jego życie, ogarnięta zbyt wielkim strachem, że znowu coś zepsuje. Zmierzyła go chłodnym wzrokiem i choć w środku serce jej pękało, wydusiła z siebie kilka słów odpowiedzi.
—  Żywiczna Mordko, weź się w garść — mruknęła cicho, siląc się na stanowczy ton i po chwili dodała. — I porozmawiaj ze Sroczym Żarem, by nie jęczała tak dalej, bo inaczej Lisia Gwiazda naprawdę się zdenerwuje — ostrzegła go, by następnie prędko wmieszać się w tłum innych kotów.

***

Czas wieczornego postoju był okazją do wytchnienia po całodniowej wędrówce dla wszystkich, więc każdy wtedy albo natychmiastowo zasypiał, albo próbował pożywić się jakąkolwiek zwierzyną, która akurat znajdowała się na prowizorycznym stosiku. Berberysowa Bryza jednak nie była w stanie zmusić się do żadnej z tych czynności i jedynie bez celu obchodziła granice ich tymczasowych obozów lub wypatrywała zwierzyny w leśnej gęstwinie. Pomimo nieustannego burczenia w brzuchu czy opadających ślipi, kocicy naprawdę odpowiadał taki tryb życia, ponieważ nie miała czasu na użalanie się nad sobą. Wmawiała sobie, że takim sposobem przynajmniej robi coś pożytecznego dla współbratymców, chociaż wszystko to działo się kosztem jej własnego zdrowia. Właśnie dlatego, gdy szylkretka planowała wymknąć się na polowanie, poczuła na swoim karku pacnięcie ogonem. Zdziwiona odwróciła się do tyłu, a jej przemęczonym ślipiom ukazał się nie kto inny jak Lisia Gwiazda, wpatrujący się w nią z nieukrywanym zirytowaniem.
— Berberys, w tej chwili masz iść coś zjeść, bo nie chcę zobaczyć cię kolejny raz u medyka  — warknął, lustrując trójkolorową kotkę wzrokiem zabraniającym dyskusji. Pomimo pchającego się do pyska "ale", szylkretka w porę ugryzła się w język. Tylko głupi kłóciłby się z synem Czaplego Potoku w takim stanie. Niechętnie skinęła łbem na znak zgody i skierowała swe kroki w stronę kilku lichych zdobyczy, cały czas czując na sobie stanowcze spojrzenie lidera. Nie zwracała uwagi na otoczenie, pragnąc jak najszybciej przełknąć kilka kęsów i znów znaleźć sobie jakieś zajęcie. To całe roztargnienie przyczyniło się do tego, że  nie zauważyła, jak liliowy łeb Żywicy również schyla się po mizerną mysz, sprawiając, że ich nosy prawie się dotknęły.

< Żywiczna Mordko? Naprawdę przepraszam za tego gniota >

Ob Berberysowej Bryzy

jeszcze przed wyruszeniem w podróż

Pomarańczowe promienie zachodzącego słońca delikatnie opadały na rozciągające się przed nową zastępczynią tereny. Jej żółte ślipia nieznacznie się zaszkliły, gdy uświadomiła sobie, że już z następnym wschodem słońca będzie zmuszona opuścić je na zawsze. Serce kocicy ścisnął gorzki żal i z cichym westchnieniem przymknęła oczy, powracając do wesołych wspomnień ukrytych w głębinach jej pamięci. To właśnie tutaj przyszła na świat, to tutaj dorastała, została wojowniczką, a niedawno nawet przejęła funkcję zastępcy. Przemykając wzrokiem po wysokich sosnach, których korony się wspinały się ku pierzastym obłokom, przypomniała sobie wszystkie treningi z Lisią Gwiazdą oraz to, jak bardzo zmordowana człapała na drżących łapach z powrotem do obozu. Pomimo tamtego wycieńczenia, to właśnie dzięki niemu nabrała wytrzymałości i siły, dzięki czemu długotrwała walka nie sprawiała jej większych trudności. Spojrzenie słonecznikowych ślipi natrafiło na piaszczyste wybrzeże, a słodkie chwile spędzone tam z jej partnerem sprawiły, że nieznaczny uśmieszek pojawił się na łaciatym pyszczku. Jednak po ich ostatniej kłótni, czy kocur nadal uznawał ją za wybrankę? Przecież wprost powiedział calico, że po dobiciu Zaskrońcowego Syku stała się bezdusznym potworem i po prostu się na niej zawiódł. Pamiętała swoje niedowierzanie i wściekłe prychnięcie, gdy prędko opuściła obozową polanę, by uniknąć kontaktu z kimkolwiek oprócz samotności. Miała ochotę rozryczeć się jak mały kociak, lecz o dziwo, nie potrafiła uronić ani jednej łzy. W pewnym momencie próbowała nawet wydrzeć słoną wydzielinę z oczu na siłę, czego srogo później żałowała, bo prawie naraziła się na utratę wzroku. Od tamtej pory zamieniła z liliowym maksymalnie kilka słów, a minął już przecież ponad księżyc. Bezradna kocica poderwała się z miejsca na skraju klifu, a do jej uszu dotarł krzyk pochodzący od chyba najbardziej wkurzającego kocura na całym świecie.
— Berberys, poczekaj! — krzyknął Bluszczowy Poranek, brat Żywicznej Mordki, który ubzdurał sobie, że szylkretka zostanie jego partnerką. Córka Rosomaka miała ochotę rzucić się do gardła tej spasionej kupie futra; nigdy nie zamierzała związać się z innym kocurem niż z liliowym potomkiem Zlepka i jasno przedstawiła sprawę uczniowi Baraniego Łba.
— Czego chcesz? — zapytała siląc się mimo wszystko na minimalnie miły ton głosu i zlustrowała kocura od góry do dołu pogardliwym wzrokiem. — Nie mam całego dnia na twoje głupoty.
— Oj, no przestań, wiem, że ci się podobam — pewny siebie zamruczał, podchodząc do kotki i próbując przylgnąć do niej swym masywnym bokiem, na co kocica jedynie odskoczyła w bok. — Pokażę ci, co to znaczy być w prawdziwym związku! Ten mysi bobek na ciebie nie zasługuje.
— Jeszcze raz powiesz o nim w ten sposób — zasyczała gniewnie, unosząc do góry futro i odwracając się w stronę lasu. Na odchodne rzuciła niezłomnemu Bluszczowi zaledwie cichy pomruk. — A gwarantuję ci, że nie wrócisz do obozu w jednym kawałku.
***
Berberysowa Bryza przyjrzała się dokładnie uczestnikom nocnego patrolu, który to właśnie ona miała poprowadzić. Jeszcze nie przywykła do tego, że to na nią spadła odpowiedzialność wyznaczania składów i planowania współbratymcom całego dnia, ale jakoś dawała sobie radę. Chociaż wizja przeprowadzki miała urzeczywistnić się już następnego wschodu słońca, nikt z przez nią wybranych nie protestował wyruszenia po raz ostatni na obchód i tak wyniszczonych już terenów. W głębi serca każdy odczuwał decyzję o opuszczeniu obecnego terytorium na swój własny sposób i chciał po raz ostatni rzucić okiem na swój dawny dom. Tym razem zdecydowała się wyznaczyć Kozią Nóżkę, Rubinowy Kamyk, Łabędzi Plusk, Barwinkową Łapę oraz Żywiczną Mordkę. Co do liliowego kocura, Berberys na początku nie była pewna, czy dobrze postępuje wybierając go. Jednak czuła wewnętrzną potrzebę postąpienia właśnie w ten sposób; nie chciała żegnać się z obszarami stanowiącymi jej miejsce na tym świecie bez ukochanego nawet, jeśli nie mieli wymienić wtedy ze sobą ani jednego słowa. Gdy wszyscy się już zebrali, kocica dała znak do wymarszu poprzez uniesienie ogona i cała grupka klifiaków opuściła obóz. Przez większość czasu nikt się nie odzywał i przemierzali spalone terytorium w luźnej, nieco smutnej atmosferze, jednak nikomu to zbytnio nie przeszkadzało. Po paru chwilach uwagę Berberysowej Bryzy przykuło poruszenie się w krzakach na granicy z Klanem Wilka, więc zaintrygowana dała znak Rubince, żeby poprowadziła patrol dalej. Przez moment próbowała wychwycić w niewielkiej grupce smukłą sylwetkę syna Sroczego Żaru, lecz gdy nigdzie go nie zauważyła, szybko czmychnęła w pobliskie gęstwiny, zdenerwowana nawołując.
— Żywiczna Mordko? Żywico! — wrzasnęła, ostrożnie stawiając łapy na obcym obszarze. Obawa o ukochanego ścisnęła jej serce. Czemu kocur postanowił udać się na tereny wrogiego klanu? I czy aby na pewno to zrobił? Wątpliwości kocicy rozwiał jednak widok rozbłysku ślipi, gdyż nabrała przekonania, że należą one do brata Jarzębinki. Z ulgą ruszyła w stronę ich właściciela, lekko niepewnie mówiąc. — Żywiczna Mordko, co ty wyrabiasz na terenach Klanu Wilka?

<Wilcze Serce?>

30 grudnia 2019

Od Berberysowej Bryzy CD. Żmii

Dawna uczennica Lisiej gwiazdy musiała przyznać, że nowe nabytki Klanu Klifu były po prostu przeurocze. Każdy z nich posiadał w sobie coś wyjątkowego i niepowtarzalnego, przyciągającego uwagę przechodnia. Dlatego, gdy malutka Żmija wtuliła się w jej łapy, kotka nie była w stanie powstrzymać uśmiechu pchającego się na pyszczek. Jednak czując, jak mniejsza zaczyna się lekko trząść, schyliła łebek w jej stronę.
— W takim razie nie stójmy tak w progu i chodźmy głębiej, bo tam jest cieplej — miauknęła zachęcająco i lekko popchnęła kociaka w stronę Zachodzącego Promyka, która chrapała w kącie. Nie chcąc budzić zmęczonej królowej, calico przysiadła w bezpiecznej odległości i posłała Żmijce szczery uśmiech. — Cieplej?
— Hm, tak — odparła, przyglądając się z uwagą wojowniczce. Po chwili namysłu z jej gardełka wydobyło się pytanie skierowane do szylkretki. — A ty znasz Lisią Gwiazdę?
— Oh, oczywiście, że tak — odpowiedziała Berberys. — Jest naszym liderem, a w dodatku był moim mentorem, gdy byłam mniej więcej w twoim wieku — dodała, a oczy kociaka zalśniły na jej słowa.
— Tata był twoim mentorem?! — miauknęła zaskoczona, lekko otwierając pyszczek ze zdziwienia.— Wow, ale fajnie! Też chciałabym zostać uczennicą — powiedziała nieco smutniej, spuszczając wzrok czekoladowych ślipi na łapy.
Berberys zrobiło się trochę szkoda kociaka; sama pamiętała całe to podniecenie spowodowane oczekiwaniem na mianowanie. Pomimo tego, gdy już została terminatorką, po całodniowym treningu wracała do obozu półżywa, a czasu na odpoczynek nie miała wcale tak wiele. Nie chcąc, żeby malutka kotka się smuciła, machnęła tuż przed jej noskiem swoją kitą. Orzechowe oczęta skupiły się na ogonie wojowniczki, jednak gdy ich właścicielka miała już wykonać skok, Berberys prędko uniosła cel tej całej zabawy.
— Zanim zostanie ci przydzielony mentor, ja mogę cię trochę potrenować — żóltooka uśmiechnęła się tajemniczo i rzuciła koteczce zachęcające spojrzenie.



< Żmijo? Przepraszam, że tak długo :( >