BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mewa x Wilcza Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mewa x Wilcza Łapa. Pokaż wszystkie posty

16 sierpnia 2025

Od Wilczego Skowytu CD. Mewy

Wilczy Skowyt przyzwyczaił się do tego, że każdy dzień zaczynał w obozie. Wstawał, jadł, słuchał rozkazów, szedł na patrol lub polowanie. Wszystko według planu, bez miejsca na „a może dziś inaczej”. Ale od tamtej pory, odkąd spotkał Mewę, w jego głowie co chwila pojawiała się myśl: a gdyby po prostu… pójść tam znowu? Nie musiał mieć powodu. Wystarczyło, że wiedział, iż tam będzie ciszej. I że ona tam może być. Tego wieczoru znów wymknął się, już bez tej niepewności, jak wtedy, gdy był jeszcze Wilczą Łapą. Teraz jego kroki były pewne, miękkie, ciche. Niósł ze sobą drobną zdobycz — wróbla — nawet nie wiedząc, czy ona to przyjmie. Ale coś mu mówiło, że warto spróbować. Kiedy dotarł do stawu, Mewa siedziała na tym samym kamieniu, jakby w ogóle się nie ruszała od ostatniego spotkania. Spojrzała na niego krótko, ale jej uszy lekko drgnęły.
— Spóźniłeś się — stwierdziła sucho.
— Przyniosłem ci coś — mruknął, kładąc ptaka obok kamienia.
Zmrużyła oczy.
— Nie jestem w twoim klanie. Nie musisz mnie karmić.
— Wiem. Ale pomyślałem, że może… po prostu masz ochotę.
Patrzyli na siebie chwilę w ciszy. W końcu Mewa przeciągnęła się i złapała zdobycz. Nie podziękowała. Ale nie odepchnęła jej też.
— A więc… Wilczy Skowyt — powiedziała nagle. — Brzmi groźniej niż Wilcza Łapa.
— Tak mnie nazwali wczoraj. Oficjalnie jestem wojownikiem.
— Gratulacje — mruknęła, jakby mówiła o pogodzie. — I co? Czujesz się teraz inaczej?
— Trochę.  Ale… wciąż mam ochotę tu przychodzić.
— To się źle skończy — skwitowała, ale nie brzmiała, jakby chciała go wygonić.
Siedzieli chwilę w milczeniu, słuchając jak wieczór gęstnieje. Nad wodą przeleciał ptak, gdzieś w trawie plusnęła ryba. Mewa odwróciła głowę w jego stronę.
— Wojownik, który ucieka z obozu, żeby spotykać się z samotniczką. Ciekawe, co na to twoi wielcy starsi.
Wilczy Skowyt uśmiechnął się lekko.
— Nie muszą wiedzieć.
Ona prychnęła.
— Ty i twoje tajemnice.
— Ty też masz swoje — odpowiedział, a w jego głosie było coś, co sprawiło, że przez moment jej ogon lekko drgnął.
Noc zrobiła się chłodniejsza, a ich oddechy unosiły się w powietrzu jak mgła. Wilczy Skowyt czuł, że coś w tej ciszy jest inne niż wcześniej. Jakby las sam czekał na to, co się stanie. Ale żadne z nich się nie odezwało.
Mewa w końcu wstała.
— Chodź. Pokażę ci coś.
I bez czekania ruszyła w las.
Wilczy Skowyt podążał za Mewą bez słowa. Poruszała się szybko, ale cicho, jak cień przemykający między drzewami. Miał wrażenie, że zna każdy pień, każdy kamień — jakby las sam robił jej miejsce do przejścia. Szli długo. W końcu minęli znajome ścieżki i zanurzyli się w gęstwinę, gdzie świerki rosły tak blisko siebie, że ich gałęzie splatały się nad głowami, odcinając resztki blasku gwiazd. Pachniało igliwiem i wilgotną ziemią.
— Daleko jeszcze? — mruknął, gdy musiał się schylić, żeby przecisnąć się pod zwisającymi gałęziami.
— Prawie. — Jej głos był cichy, ale stanowczy.
Kiedy w końcu wyszli na małą polankę, odetchnął. W środku rosło jedno, ogromne drzewo — stare, z szerokim pniem i konarami, które rozpościerały się jak ramiona. Pod nim leżała warstwa miękkiego mchu, aż kusiło, żeby się na nim położyć. Pośrodku polany znajdowało się niewielkie zagłębienie w ziemi, wypełnione wodą. Tafla była tak gładka, że odbijała gwiazdy jak lustro.
— To… piękne — powiedział bez namysłu.
— Wiem. — Mewa przeszła przez mech i usiadła tuż nad wodą. — Tutaj nikt nie przychodzi. Nie ma patroli, nie ma hałasu. Tylko to.
Wilczy Skowyt usiadł obok niej. Pachniała lasem, ale też czymś cieplejszym, czymś, czego nie potrafił nazwać. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, patrząc, jak w odbiciu pojawia się coraz więcej gwiazd.
— Czemu mnie tu przyprowadziłaś? — zapytał cicho.
Mewa wzruszyła ramionami.
— Może chciałam zobaczyć, czy potrafisz siedzieć cicho dłużej niż chwilę.
— Potrafię.
— Udowodnij. — Spojrzała na niego kątem oka, a w jej spojrzeniu mignęło coś łagodniejszego niż zwykle.
Cisza między nimi zgęstniała, ale była ciepła. Gdzieś w trawie zaszeleścił żuk, gdzieś dalej pohukiwała sowa. Wilczy Skowyt czuł, że mógłby tu siedzieć godzinami, nic nie mówiąc.
Po chwili Mewa położyła się na boku, opierając łeb na łapie. — Gwiazdy wyglądają tu inaczej.
— Może dlatego, że tu jest lepiej niż w obozie.
— Albo dlatego, że nie patrzysz na nie sam.
Spojrzał na nią. Jej futro było ciemniejsze w blasku księżyca, ale oczy błyszczały, odbijając noc. Poczuł dziwne ciepło w środku — nie to, co po wygranej walce czy udanym polowaniu. Coś spokojniejszego.
Mewa uśmiechnęła się lekko, prawie niezauważalnie. — No dobra, wojowniku. Może jednak nie jesteś aż taki zły.
— Ty też nie. — Wilczy Skowyt zaśmiał się cicho. 
I tak zostali. Las wokół nich szeptał, a woda odbijała gwiazdy, które patrzyły na nich z góry, jakby wiedziały coś, czego oni jeszcze nie rozumieli. Wilczy Skowyt leżał na mchu, patrząc w górę. Powietrze było rześkie, pachniało żywicą i wodą. Gdzieś w oddali przemknął jeż, ale nawet on wydawał się poruszać ciszej niż zwykle. Mewa przesunęła się bliżej. Nie tak, żeby ich futra się dotykały, ale na tyle, że czuł jej ciepło. Udawał, że dalej wpatruje się w gwiazdy, ale tak naprawdę każde uderzenie jej serca — ledwo wyczuwalne przez ziemię — przyciągało jego uwagę.
— Wiesz… — zaczęła nagle. — Nigdy wcześniej nie przyprowadziłam tu żadnego kota.
— Czemu mnie? — spytał, zanim zdążył ugryźć się w język.
Przez moment myślał, że nie odpowie. Potem westchnęła.
— Bo… nie czuję, że muszę przed tobą udawać.
Te słowa utkwiły w nim mocniej niż się spodziewał. Zawsze musiał być kimś — uczniem, wojownikiem, członkiem Klanu. A tutaj, z nią, mógł po prostu być. Mewa obróciła głowę, patrząc na niego. Jej oczy były ciemne, odbijające światło jak dwie małe tafle wody.
— I może… jesteś mniej irytujący, kiedy milczysz.
Uśmiechnął się, ale nie spuścił wzroku.
— Ty też.
Nie wiadomo kto pierwszy się poruszył, ale nagle ich futra musnęły się lekko. Niby przypadek. Niby nic. A jednak w tej chwili poczuł, że cały las zamilkł, jakby chciał, by to trwało. Mewa nie odsunęła się. Wręcz przeciwnie — po chwili jej ogon dotknął jego łapy. Tylko tyle. Żadnych słów, żadnych obietnic. Ale w tym geście było więcej niż w niejednym przemówieniu starszyzny.
— Jutro też tu przyjdziesz? — zapytała szeptem.
— Tak — odpowiedział od razu, jakby to było oczywiste.
Przez dłuższą chwilę patrzyli w noc, aż w końcu Mewa zamknęła oczy, a jej oddech stał się spokojniejszy. Wilczy Skowyt został tak, czuwając. Nie po to, by ją pilnować. Po prostu… chciał jeszcze trochę zostać w tym świecie, gdzie wszystko było proste. Biała kotka cicho mruczała, obecność kocura dodawała jej otuchy. Na pewno był to najprzyjemniejszy wieczór obu dwóch kotów.

< hej... Mewo?>

30 lipca 2025

Od Mewy do Wilczej Łapy

To był zwykły dzień. Przynajmniej z początku. Słońce przemykało przez liście, a las pachniał świeżym mchem i rozgrzaną korą. Mewa obudziła się wcześnie — nie dlatego, że musiała, po prostu tak już miała. Otworzyła oczy, przeciągnęła się leniwie i powąchała powietrze. Nic nowego. Żadnych dziwnych zapachów. Żadnych obcych. I dobrze. Wstała i przeszła się do strumienia. Nieśpiesznie, jak kot, który nigdzie się nie spieszy — bo nie musi. Wypiła trochę chłodnej wody, po drodze złapała młodego ptaka. Nie był zbyt bystry. Ani szybki. Ale był. Zjadła go w cieniu paproci, potem przez chwilę leżała z brzuchem do góry, nasłuchując, jak wiatr przegania ptaki nad głową. Tak wyglądały jej dni. Cisza. Tereny tylko dla niej. Nikt nie patrzył jej przez ramię. Nikt nie kazał jej iść na patrol, nie rozkazywał, nie oceniał. Sama wybierała, gdzie pójdzie i co zrobi.

︶⊹︶︶୨୧︶︶⊹︶

W południe z trudem wspięła się na stare drzewo — to, które miało dziuplę z porośniętym mchem wejściem. Lubiła tam siadać. Stamtąd widać było kawałek łąki po drugiej stronie strumienia. Czasem pojawiały się tam mewy, a czasem nieostrożne myszy. Dzisiaj nie było żadnych zwierząt. Były za to chmury. Ogromne, puchate, dryfujące powoli po niebie. Przez chwilę Mewa po prostu patrzyła. Leżała na gałęzi i gapiła się na nie, próbując nie myśleć o niczym. Ale jej myśli, jak zwykle, wracały. O tym, że dawno nie rozmawiała z żadnym innym kotem. Nie żeby jej tego brakowało. Nie lubiła tłumu. Ale… czasem cisza była aż za głośna. Czasem za bardzo czuć było, że wszystko, co robi, robi sama. Bez świadków. Bez śladów. Jakby nie istniała. Popołudnie spędziła na włóczeniu się bez celu. Przeszła się przez swoje ulubione ścieżki, sprawdziła nory, których nikt dawno nie odwiedzał. Znalazła głupi kawałek korzenia wyglądający jak skręcony ogon i postanowiła zostawić go sobie. Po co? Nie wiedziała. Może jako coś „dziwnego” w dniu, który był jak każdy inny.

︶⊹︶︶୨୧︶︶⊹︶

Wilcza Łapa nie powinien był tak oddalać się od patrolu. Wiedział to doskonale. Ale stare koty były nudne, a on miał już dość słuchania tego, jak jego pobratymcy narzekają... Więc, zamiast obwąchiwać zasikane krzaki, odsunął się od grupy i wymknął w ciemność. Las był chłodniejszy, bardziej wilgotny, jakby każdy liść szeptał „uważaj”. Ale Wilcza Łapa był pewien siebie. Przemykał cicho między drzewami, aż dotarł do niewielkiego zagajnika, którego nigdy wcześniej nie widział. I wtedy się zaczęło.
— Co tu robisz?! — Warknięcie rozdarło ciszę jak pazur przez mchy. Zza paproci wyskoczyła kotka. Była mniejsza od niego, ale miała błysk w oku i futro tak dzikie, jakby spała w koronach drzew. Stanęła przed nim jak zapora.
— To teren Klanu Wilka — syknął Wilcza Łapa, zaskoczony jej pojawieniem się, ale nie zamierzał się cofać.
— Nie jestem w twoim durnym klanie, a to miejsce nie należy do nikogo — odburknęła i zbliżyła się niebezpiecznie. — Zawracaj, zanim pogonię cię zębami.
Wilcza Łapa zmrużył oczy. 
— Spróbuj! Jestem silniejszy niż ci się wydaje.
Przez chwilę oboje stali z napiętymi mięśniami. Potem kotka prychnęła i odwróciła się.
— Nie mam czasu na głupie bójki. Chcesz sobie tu chodzić? To chodź. Ale nie przeszkadzaj.
Zaskoczony, ruszył za nią. 
— Nie boisz się, że cię zaatakuję?
— Gdybyś miał odwagę, zrobiłbyś to już dawno.
Szedł za nią przez krzaki, ciekaw, dokąd zmierza. Po chwili dotarli do małego stawu. Kotka wskoczyła na kamień i zaczęła się myć, jakby go tam w ogóle nie było.
— Jak masz na imię? — spytał w końcu.
— Mewa.
— Co za imię, jak nie od kota.
— Wolę las niż klan. I nie potrzebuję twojej opinii.
Zapadła cisza. Ale dziwnie komfortowa.
— Wilcza Łapa — rzucił. — Nie jesteś aż taka wkurzająca, jak wyglądałaś na początku.
— Ty za to jesteś dokładnie tak uparty, jak wyglądałeś.
I oboje się uśmiechnęli. Nie padły żadne wielkie słowa. Nie było przyrzeczeń przyjaźni, nikt nie wspomniał o klanach, duchach czy przeznaczeniu. Po prostu dwoje kotów siedziało razem przy wodzie, każdy z własnego świata — ale jakby na chwilę w tym samym miejscu.
Po rozmowie, gdzieś zza pleców Wilczej Łapy dobiegł nawołujący go głos jednego ze zdenerwowanych wojowników. Odbiegł pospiesznie, zostawiając kotkę samą.

︶⊹︶︶୨୧︶︶⊹︶

Następnego dnia Wilczej Łapie znowu udało się na moment oddalić od reszty. Tym razem nie szedł bez celu – wiedział dokładnie, gdzie skręcić, które krzaki ominąć, gdzie stąpać cicho. I wiedział, że ktoś tam już na niego czeka. Kiedy dotarł do małego stawu, Mewa leżała na tym samym kamieniu co wcześniej, z ogonem owiniętym wokół łap. Spojrzała na niego bez większego entuzjazmu, ale kątem pyska coś jej drgnęło. Może uśmiech. A może po prostu miał halucynacje z niewyspania.
— Nie myślałam, że naprawdę przyjdziesz — mruknęła.
— A ja nie sądziłem, że się pojawisz przed czasem.
Usiadł obok niej, zostawiając między nimi bezpieczną odległość. Przez chwilę tylko patrzyli na wodę. Była spokojna, z lekkimi kręgami od spadających liści.
— Więc… co robi samotniczka przez cały dzień? — zapytał w końcu Wilcza Łapa.
— Unikam klanów. Jem. Śpię. Obserwuję ptaki, które nie mają pojęcia, że są śledzone. — Przeciągnęła się leniwie. — A ty? Jak wygląda życie kociaka w życiu z zasadami?
— Wstajesz, trenujesz, robisz, co ci każą, nie pytasz, czemu. Jak zrobisz coś źle, słyszysz „tak się nie robi, to niehonorowe.”
— Brzmi jak zabójcza nuda.
— Czasem jest… fajnie. Ale często chciałbym po prostu iść, gdzie chcę. Jak ty.
Mewa przyjrzała mu się uważnie. 
— Nie jesteś taki, jak myślałam.
— A jaki miałem być?
— Wredny, spięty, z nosem w kodeksie wojownika.
— No dobra, trochę taki jestem. — roześmiał się. — Ale nie cały czas.
Zapadła cisza. Taka luźna, spokojna. Żadne z nich nie czuło potrzeby mówić na siłę. Las dookoła był cichy, ale nie martwy – co chwila coś zaszeleściło, zatrzepotało, zapikało.
— A czemu „Mewa”? — spytał po dłuższej chwili.
— Bo nie jestem jak koty z lasu. Lubię wysokość. Wolność. I nie siedzę w jednym miejscu. A mewy… są wszędzie, i nigdzie. I.. mój tata kochał mewy.
— Chyba rozumiem.
Mewa spojrzała na niebo, które zaczynało ciemnieć. 
— Musisz wracać, co?
Wilcza Łapa westchnął. 
— Tak. Jak wrócę za późno będą mnie wypytywać...
— To nie spóźnij się jutro. — Wstała i przeciągnęła się. — Po południu. Tutaj.
Wilcza Łapa uśmiechnął się. 
— Będę. Obiecuję.
I odszedł, z głową pełną nowego spokoju i myślą, że las poza obozem może być o wiele ciekawszy, niż mu mówiono. Mewa siedziała sama. Rzeka, przy której jeszcze chwilę temu była z Wilczą Łapą, teraz znów należała tylko do niej. Cienie stały się dłuższe, a powierzchnia wody przestała odbijać cokolwiek prócz ciemności. Szelesty lasu powróciły na swoje miejsce – niepokojące i znajome jednocześnie. Podniosła wzrok. Gwiazdy wychodziły leniwie zza koron drzew, jedna po drugiej, jakby bały się, że ktoś je zobaczy za wcześnie. Mewa przeciągnęła się, westchnęła cicho i zeskoczyła z kamienia. Wolnym krokiem ruszyła w głąb lasu. Znała to miejsce lepiej niż czubek własnego ogona – każdy głaz, każde drzewo, nawet te krzywo rosnące, znały ją od kociaka. Znały też ciszę, którą zostawiała za sobą, odkąd zdecydowała, że samotność to najlepsza towarzyszka. Ale dziś ta cisza jakoś inaczej brzmiała. Dotarła do swojego miejsca – nie była to żadna konkretna nora, nie było nawet mchu ułożonego w porządną kupkę. Po prostu kawałek ziemi pod rozłożystym jałowcem. Gałęzie chroniły przed wiatrem, a zapach igieł koił nerwy. Kiedyś to miejsce wydawało się idealne. Położyła się na boku i wtuliła pysk w ogon. Liście szurały cicho nad jej głową, jakby coś chodziło wśród gałęzi, ale nie przejęła się tym. Las gadał cały czas. Trzeba było tylko wiedzieć, kiedy mówi do ciebie, a kiedy tylko sobie. Zamknęła oczy. Przez chwilę nic nie myślała. Po prostu słuchała bicia własnego serca i oddychała. Ale potem… no oczywiście. Wilcza Łapa. „Nie jesteś aż taka wkurzająca, jak wyglądałaś na początku.” —Co za mysi móżdżek! - Mewa warknęła w myślach. A jednak, miała ochotę mu odpowiedzieć. Głośno. Teraz. Choćby tylko po to, żeby go znów usłyszeć. Odwróciła się na drugi bok. Jego zapach wciąż unosił się w powietrzu, słaby, ale był. Świeży. Jakby zostawił coś celowo. Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś ją tak traktuje. Że ktoś nie oczekuje niczego, nie chce niczego narzucić. Że po prostu… jest. Ziewnęła. Powieki robiły się ciężkie, łapy rozluźniły się. Myśli odpływały powoli – jedna po drugiej. Jeszcze raz spojrzała w ciemność, jakby oczekiwała, że gdzieś między gałęziami mignie znajoma sylwetka. Ale nie. Została sama. I było jej z tym… trochę mniej wygodnie niż zwykle. Zasnęła nieświadomie, z ogonem jeszcze lekko poruszającym się przy łapach. A las dalej gadał swoje. Cicho. Szeptem. Bez końca. Po nie wielkiej chwili samotniczka zasnęła.

<Wilcza Łapo?>