BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kajzerka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kajzerka. Pokaż wszystkie posty

28 grudnia 2025

Od Kajzerki CD. Guziczka

gdy Guziczek był kociakiem
Kotka spojrzała z zaskoczeniem na kocię. Spodziewała się, że będzie mogła je teraz utulić do snu, a tu okazywało się, że jednak miało ono w sobie na tyle dużo wigoru, by poprosić ją o jakąś aktywność. Bajka? Raz dwa mu wyczaruje bajkę! Hm, tylko jaką...
— Była sobie kiedyś taka kotka wędrowniczka. Biedulka zgubiła swój dom i tak tułała się po świecie bez celu. Od Klanu Burzy, przez... — zamyśliła się na moment i w końcu stwierdziła, że trzeba coś nawymyślać — wysokie góry i doliny, aż po sam brzeg morza i różne wysepki. Z jednego kąta w drugi kąt, jednym słowem, i tak bez końca... I jej podróż trwałaby jeszcze baaardzo długo, lecz w końcu na jej drodze stanął kot. I wtedy kotka-wędrowniczka poznała swojego pierwszego przyjaciela.
— Kto to był? — zapytał mały Guziczek, wlepiając w matkę swoje błękitne oczka.
— Jak to kto? Ja! Wędrowniczka przyszła głodna i smutna, a nikt ode mnie nie wychodzi głodny! Trzeba było wyruszyć na wyprawę w poszukiwaniu posiłku. Dlatego wyruszyłam. I nagle wtedy na naszej drodze stanęła wielka, okrutna bestia! Skóra twarda jak kamienie, szeregi nóg niemożliwych do policzenia i ogromne, ostre jak kły szczypce, na których widok uciekłby niejeden wojownik.
Guziczek wyglądał na przejętego.
— I??? I co dalej? — miauknął przestraszony.
— I razem sprałyśmy ją na kwaśne jabłko i przerobiłyśmy na przepyszny obiad!

***

Już nie mogła zliczyć, ile dni ślęczała w tym legowisku. Chora. Zmęczona. Znudzona. Potwornie! Na jaskółki, wszyscy żałowali kaszlących ze względu na zarazę, co trzepała ich organizmy. Powinni ich żałować ze względu na tę nudę, której niczym nie dało się zapełnić! Bo gdy tylko wstawała, chcąc coś zrobić, wyjrzeć na lasek, zrobić choćby parę rundek wokół izolatki na rozprostowanie stawów, to zawsze podchodził jakiś uzdrowiciel i sadzał ją z powrotem na posłanie. Jeszcze mieli czelność krytykować jej pomysły. Ona wiedziała, czego potrzebuje najbardziej i nie było to leżenie w oczekiwaniu na przeminięcie choroby. Z chorobami się walczy, a nie się im poddaje. Zielony kaszel należało wypocić! Nie rozumiała, czemu żaden uzdolniony uzdrowiciel nie popierał jej pomysłu.
— Jak jeszcze chwilę tu poleżę, to korzenie wypuszczę i nigdy się mnie stąd nie pozbędziecie — rzuciła w stronę przechodzącej obok Jeżogłówki. — Ech, może to i dla was lepiej co? Na pewno nie dla mnie — rzuciła do siebie, mamrocząc pod nosem. — Ja tu zaraz zwariuję...
Gdy uzdrowicielka wyszła, w jej miejsce pojawił się odgłos przybywających kroków. Odwiedziny? Och, szczęśliwy ten, którego ktoś teraz miał odwiedzić! Wysłucha każdego słówka ich rozmowy i będzie analizować następne trzy wieki z tych nudów. Patrzyła wyczekująco na wejście do legowiska, by zaraz uśmiechnąć się szeroko, gdy w progu pojawił się...
Guziczek!
Jakie to cudowne uczucie, gdy jej kocię zechciało zobaczyć, co tam u niej! Raduje się serce, raduje się dusza i raduje się cała Kajzerka, która zaraz zerwała się z miejsca, by przytulić młodzieńca.
— Oj, Guziczku, jak dobrze, że cię widzę! Weź ty swoją mamę wyratuj! Powiedz, co... — Zaniosła się kaszlem, zaraz zginając się w pół. Gdy przestała, ponownie się wyprostowała i spojrzała na niego tak, jakby nic się nie stało. Kontynuowała rozmowę: — Powiedz, co tam się u ciebie dzieje. Kiedyś ja ci opowiadałam historyjki, to teraz czas, by role się odwróciły. Coś ciekawego poproszę. Bez żadnych smętów, bo zaraz zasnę — wymruczała, prowadząc go z powrotem na swoje legowisko, zanim ktokolwiek przyjdzie na nią nakrzyczeć.

<Guziczek?>

17 września 2025

Od Kajzerki CD. Czajki

przed mianowaniem kociąt na uczniów
— Kim tylko zechcesz, co tam tylko twoje serduszko sobie wymyśli — odpowiedziała, nie przerywając lizania Czajki. — Zwiadowcą, wojownikiem, stróżem, może nawet medykiem, jeśli naprawdę o tym marzysz. Byłbyś dobrym wojownikiem — miauknęła, zatrzymując na chwilę mycie, by przyjrzeć się swojemu kociakowi.
— Dlaczego?
— Masz w sobie taką gorliwość i te wyrywające się do zapasów łapki... — Uśmiechnęła się, zaczynając lizać własną pierś. Przymknęła lekko oczy. — Zwiadowcą też mógłbyś zostać, oczywiście. Tylko to bardziej skomplikowana robota... Sam wiesz przecież. Trzeba mieć nie tyle co dużo siły, a cierpliwości. Oj, ja bym nigdy nie mogła. Na gałęziach zachowuję się jak opasły jeż. Miej nadzieję, że nie odziedziczyłeś tego po mnie — zachichotała.
— Na pewno bym sobie poradził! — miauknął gorliwie, prostując się dumnie. 
— W to nie wątpię — powiedziała, przejeżdżając językiem po czubku głowy malca. — Byłbyś najlepszym zwiadowcą w całym Owocowym Lesie — dodała. Już po chwili w jej uszach dźwięczało zadowolone mruczenie Czajki.

***

Kilka dni po pierwszym opuszczeniu obozu przez Kajzerkę, gdy powróciła do obowiązków wojownika, wybrała się z Orzeszkiem do Owocowego Lasku.
Po raz pierwszy od tak dawna usłyszała pisk jerzyków. Przecinały niebo, latając wokół w wesołej chmarze. Trzepotały skrzydłami, ganiając za błonkówkami, tak beztroskie i szczęśliwe. I właśnie wtedy coś w niej pękło. Jakby zrozumiała nagle, co przez te długie księżyce napawało Orzeszka, Malinka czy Mirabelkę nadzieją. Zrozumiała, co widzieli, a czego jej serce nie było w stanie dostrzec.
Prawie się rozpłakała, tym razem jednak z radości, patrząc na pełen gracji lot ptaków. Miała wrażenie, że jeden z nich zamiast w górę, spoglądał prosto na nią. Jak gdyby chciał jej powiedzieć "jestem". "Wróciłam".

***

Ciężko było się jej przestawić. Za dużo czasu spędziła w żłobku, całe dnie leżąc i wylegując się na mszystym legowisku. Patrolowanie? Łowienie? Walka? Przecież ona już zupełnie zapomniała, jak się to robi! Najchętniej zostałaby już w obozie na wieki, by móc doglądać swoje kociaki o każdej porze dnia i nocy. No, właściwie już nie kociaki... Uczniów! Byli to już prawdziwi, wyrośnięci uczniowie!
Och, ileż to ona strachu się najadła od tego mianowania. Wiedziała, że jej synowie byli pod skrzydłami doświadczonych, dobrych zwiadowców, lecz nadal nie mogła przestać się o nich bać. Przecież tyle złych rzeczy mogło im się przytrafić poza obozem. Tyle drapieżników z chęcią schrupałoby ich na kolację! Każdy raport zwiadowców o jakiejkolwiek obecności lisów (nawet jeśli mówili o zwietrzałych śladach sprzed kilku wschodów słońca) sprawiał, że wyrywała sobie futerko z grzbietu. Nawet nie chciała o tym wszystkim myśleć...
Chociaż Gąska obrała ścieżkę stróża, dając mamusi odrobinę wytchnienia od wszystkich trosk. Jej nie groziło nic strasznego, a przynajmniej nie aż tak, jak jej braciom.
Odbębniła poranny graniczny patrol i od samego powrotu do obozu czekała cierpliwie na powrót swoich dzieci. Tym razem nawet jej córkę gdzieś posiało – przez gorącą pogodę stróże wybrali się nad rzekę, by przynieść z mchem odrobinę świeżej wody dla starszych. Szczególnie potrzebna była Rokitnikowi, który był praktycznie uziemiony. Był to miły gest. Trochę zazdrościła stróżom tak prostej roboty. Ona też by chciała móc cały dzień jedynie pomagać reszcie klanu, a nie w takie słońce zaprzątać sobie głowę czymś naprawdę ważnym.
W końcu do jej uszu dobiegł głos Czerwca. Odpowiedział mu głos Czajki. Kotka podniosła do góry ogon, ucieszona powrotem jednego z dzieci. Gdy tylko  niebieski przekroczył wejście do obozu, trzymając w pysku nornika, Kajzerka na niego napadła z prędkością burzy.
— Witaj, Czajeczko! Jak ci się trening podobał? Cóż za wspaniała zdobycz! Sam upolowałeś, tak? — zaczęła typowe dla siebie szczebiotanie.

<Czajko?>

06 września 2025

Od Kajzerki CD. Sówki

— Wy urwisy, wracać mi, ale już! — miauczała, goniąc Czajkę i Guziczka. Miała oddać się przyjemnej popołudniowej drzemce, gdy jej maluchy nagle wyskoczyły ze żłobka jak oparzone. Och, gdyby tylko były takie grzeczne jak Gąska! Ona nigdy nie wystawiała łapki za kociarnię bez pytania. Wprawdzie jej cichość nieco martwiła Kajzerkę, lecz doceniała, że z trójki kociąt chociaż jedno nie było tak rozbrykane...
Łapki może i mieli krótkie, ale przebierali nimi wystarczająco szybko i sprawnie, by uciekać przed matką i wymijać wszystkie przeszkody na swojej drodze. Kajzerka nieomal wpadła wprost w grupkę zwiadowców i ich posiłek, ledwie wykręcając przed zakrętem. W końcu bieg jej się znudził. Nie mogła gonić ich w nieskończoność, bo straciłaby dech w płucach. Zdecydowała się wykorzystać swoją najlepszą broń.
Gdy tylko znalazła się wystarczająco blisko, skoczyła, miażdżąc swoje kociaki pod masą jej łap.
— Hej! — wrzasnęli prawie jednogłośnie, nie potrafiąc powstrzymać śmiechu.
— Do żłobka, nicponie! — miauknęła żartobliwie. Szeroko się uśmiechała. — Myśleliście, że uda się wam uciec przede mną?! Ha! Dobre sobie! — mruknęła, podnosząc wysoko głowę jak paw. I wtedy kątem oka zauważyła stojącą niedaleko przywódczynię. Patrzyła na nią z dystansu, trzymając spuszczoną głowę, zgarbiona, wyraźnie przygnębiona. Nie musiała nawet jej pytać, by wiedzieć, że coś było nie tak. Nie obchodziło jej to, ile razy Sówka powie, że wszystko było w porządku. Po kotach było widać takie rzeczy, tak jak było teraz widać po niej.
— Naprawdę. Lećcie do żłobka. Zaraz do was dołączę — dodała poważniejszym, łagodniejszym tonem. Jej kociaki musiały zrozumieć, że był to koniec żartów, bo wyślizgnęły się z jej poluzowanego chwytu i po wymiauczeniu paru słów prędko tam popędziły. Chociaż raz byli ułożeni i się jej słuchali.
Podeszła do smętnie wyglądającej liderki.
— Jesteś pewna, że wszystko jest naprawdę w porządku? — miauknęła, choć wiedziała, jaka była prawdziwa odpowiedź na to pytanie. Sówka otworzyła pysk, zapewne by zaprzeczyć jak ostatnio, lecz milczała. Przez kilka uderzeń serca stały tak w ciszy, aż w końcu z ust Sówki uciekło ciche westchnięcie, a ona sama odwróciła głowę w drugą stronę.
— Wiesz, że nie pytam cię o to złośliwie. Po prostu... Widzę. Widzę i przykro mi na to patrzy. Marnie wyglądasz — dodała z wyraźną troską w głosie, jak matka, która martwiła się o własne dziecko. Ostatnim razem zaprzeczała, odmawiała pomocy, pamiętała to, ale może teraz będzie już inaczej?
— To... To jest coś, przez co po prostu muszę przebrnąć. Wiem, Kajzerko, że się przejmujesz, ale ja też wiem, że mogę na ciebie liczyć, jeśli będę cię potrzebować — zapewniła, zdobywając się na słaby uśmiech. Nie była w stanie stwierdzić, czy był szczery. — Nie myśl tyle o mnie. Myśl o swoich kociętach to one powinny liczyć się dla ciebie teraz najbardziej.
Kajzerka znów spojrzała na nią smutno.
— Ależ są dla mnie najważniejsze. To nie zmienia faktu, że się o ciebie martwię — wyznała. Nie miała wprawdzie szczególnie głębokiej relacji z kotką, przez co jej słowa brzmiały nieco dziwnie, ale naprawdę jej współczuła. — Przechodzisz przez dużo. Dużo tego, przez co ja sama przeszłam — miauknęła ciszej. — Mogę cię zrozumieć, jeśli tylko ze mną porozmawiasz.
Sówka podniosła z ziemi wzrok, by wlepić w nią spojrzenie swych płomiennych oczu.
— Będę pamiętać.

***

Powoli... Wszystko zaczynało być idealne. Groźne nagie drzewa odeszły – na otaczających obóz drzewach pojawiały się świeżozielone liście. Słonko przygrzewało, dawno roztopiło już resztki błotnistego śniegu. Wszystko powoli budziło się do życia. W końcu! Nie mogła już wytrzymać gnuśnienia w legowisku, gdy za ścianą ziąb.
Wokół niej rozrabiały kociaki. Borowik, Kurka, Czajka i Guziczek biegali wokół, wesoło miaucząc do siebie i chichocząc, rozświetlając cały obóz. W tamtej chwili świecił pustkami. Dochodziło południe, co oznaczało, że większość kotów była jeszcze zajęta swoimi sprawami. Polowania, treningi, patrole – nawet ci, co nie zostali do niczego wyznaczeni, chętnie wybierali się na spacery czy spotkania z przyjaciółmi. Cóż, było z czego korzystać. Kajzerka powiodła wzrokiem po niebie, które przykrywały powoli zieleniące się gałęzie. Spojrzała na bawiącą się beztrosko grupkę kociąt, później na leżącą w jej łapkach Gąskę, po czym zerknęła w bok, na leżącego przy niej partnera. Mruczał z zamkniętymi oczami, wyglądając, jakby powoli odpłynął w drzemkę. Zaśmiała się i jej spojrzenie powróciło na gromadkę. W końcu musiała ich pilnować, nawet w bezpiecznym obozie.
Wciąż tęskniła. I za tragicznie straconą Maślak, i za pozostawionym w Klanie Nocy Samowolną Łapą. To były jej dzieci. Pierwsze, które kochała, kochała tak bardzo, że rozłąka z nimi złamała jej serce. Czajka, Guziczek i Gąska dały jej poczucie sensu, gdy została całkiem sama. Kochała ich równie mocno, co swój pierwszy miot. Nie mogła się doczekać, aż będzie mogła obserwować, jak dorastają, a jednocześnie chciała, by ta chwila trwała wiecznie. By zostały już na zawsze tymi puchatymi, drobnymi kulkami futra, które gonią się nawzajem po zaroślach.
Usłyszała z zewnątrz czyjeś kroki. Zwróciła na nie uwagę tylko dlatego, że nadchodziła pora obiadu, a ona liczyła na powrót łowieckiego patrolu. Już od samego ranka czekała, aż na stos wpadnie świeża zwierzyna. Z uśmiechem na pysku obejrzała się w stronę odgłosów, by ocenić, czy wojownicy przynieśli coś dobrego i natychmiast ten spłynął jej z twarzy. Pobladła pod futrem, robiąc wielkie oczy.
Ambrowiec.
Natychmiast wstała na równe łapy, zrzucając na wpół śpiącego i widocznie zagubionego Orzeszka ze swojego barku. Wiedziała! Ostrzegała! Odkąd tylko została wygnana, jej głowy nie była w stanie opuścić myśl, że jeszcze tu wróci po swoją zemstę. To jej najeżone futro... Trójka gotowych do boju kocurów, których prowadziła... O nie, nie, nie... Nie na jej warcie! Nie przy jej pociechach!
— ATAK!!! Jesteśmy napadani!!! — wrzasnęła na całe gardło, strasząc i zbierając na równe nogi wszystkie koty, które do tej pory wylegiwały się beztrosko na polanie. Wojownicy, którzy dotąd drzemali na gałęziach drzew, omal z nich nie pospadali, zrywając się do niespodziewanej walki. Przywołała natychmiast do siebie kociaki (i Orzeszka), stając przed nimi jak mur. Jeśli chcieli się dostać do nich, musieli wpierw przejść przez nią! Im więcej spojrzeń zauważało obecność Ambrowiec, tym większa panika (lub ogień walki, kto co woli) obejmowała owocniaków. Sajgon ze swoim ojcem już syczeli, wyginając grzbiety, gotowi do rzucenia się w wir walki. Wyglądało na to, że już zaraz miał się zacząć...
— Nie! — miauknęła głośno Ambrowiec, a Kajzerka napięła mięśnie, spodziewając się, że zaraz rozlegnie się bojowy okrzyk. — Nie przyszliśmy, by walczyć. Jesteśmy tu by... Poprosić o azyl.
Mówiła tak, jakby te słowa ledwo przechodziły jej przez gardło. Jakby ten jeden raz duma, która sprawiła zresztą, że została wygnana z Owocowego Lasu, musiała zostać schowana do kieszeni. Kajzerka nadal stała twardo na swoim miejscu. To mogła być tylko podpucha. Nie zamierzała narażać młodych ze względu na swoją naiwność.
Patrzyła na grupę kotów, prawie nie mrugając, nie odrywając od nich wzroku nawet na uderzenie serca. Wyglądali na zmęczonych. Pod ich grubymi futrami rysowała się chudzizna i wystające kości. Pora nagich drzew musiała dać im w kość, a nowych liści nie przynieść takiej ulgi, jakiej się spodziewali. Ich skóry przecinały blizny – najbardziej widoczna była ta Kolendry, przechodząca przez jego prawy policzek. Właściwie... Nie wyglądała na bliznę. Była to świeża, ledwie zasklepiona rana, jakby stoczyli walkę najwyżej kilka wschodów słońca temu.
Najgorzej z nich wszystkich wyglądał jednak Fruczak. Kulił się gdzieś na końcu, widocznie przestraszony, poobijany i schorowany. Miał opuszczony łeb, nie tylko w akcie uległości, ale też zwyczajnie jakby nie mógł utrzymać jej w górze i mu ciążyła. Na chwilę Kajzerka poczuła niepewność. Wyglądali biednie. Nie jak zbrodniarze, którzy przyszli po swoją zemstę. Tylko czy słowa Ambrowiec mogły być szczere? Czy powinna jej ufać?
Wyglądała na najmniej poszkodowaną z nich wszystkich. W jej słowach była słyszalna nieszczerość, a jeśli były już szczere, to ich wymuszenie. Jak gdyby nie chciała tego wcale mówić. Jakby przyszła tu, bo musiała, a nie dlatego, że czegoś żałowała. Kajzerka pamiętała przecież, co mówiła chwilę przed swoim odejściem.
— Tak... Nie chcemy bitwy. Chcemy poprosić, byście nam wybaczyli — dodał po chwili Kolendra, podchodząc do boku swej matki. Jego głos przejawiał znacznie większy żal, podobnie jak jego oczy. Futra większości kotów wygładziły się, przynajmniej nieznacznie. Kajzerka wciąż była przygotowana na atak z zaskoczenia, lecz doszło do niej w końcu, że grupa Ambrowiec nie miała nawet siły na atak. Gdyby spróbowali, parę wojowników starłoby ich w uderzenie serca na mysi proch.
Sówka zeskoczyła ze swojego legowiska. Dołączyły do niej ich zastępczynie i szamanka, które poprosiły wygnańca i jej bliskich na stronę, by porozmawiać bez ciekawskich spojrzeń. Gdy wszyscy odeszli, Kajzerka w końcu odetchnęła z ulgą. Zagrożenie minęło. Byli bezpieczni.
Przynajmniej na chwilę...

***

Nie czuła się dobrze z obecnością Ambrowiec. Tak, była uwięziona, tak, znajdowała się pod czujnym okiem wojowników i zwiadowców, lecz nie mogła pozbyć się wrażenia, jakby knuła coś za ich plecami. Jakby odwet kocicy nadchodził nieuchronnie. Nie mogła spać spokojnie! Jej maleństwa właśnie opuściły jej skrzydło i nie mogła mieć na ich oka całą dobę. Skąd miała wiedzieć, że nic im się nie stanie? Jeszcze dostali na mentorów młode, niedoświadczone koty... O nie, powinna się przestać martwić, bo zaraz ją rozsadzi! To od pewnego czasu powtarzał jej Orzeszek. Może miał trochę racji, ale to nie sprawiało, że nagle stała się spokojna. Za każdym razem, gdy kocica migała jej w obozie, śledziła ją wzrokiem jak kryminalistkę. Podobnie Bukszpana – mógł być przecież jej partnerem w zbrodni. Oboje byli szemrani. Miała takie przeczucie.
Siedziała nieopodal Sówki, wpatrując się w leżącą spokojnie Ambrowiec. Jakby nic się nie stało, jakby tak miało być. Kajzerka położyła po sobie uszy. Nie wyglądała nawet przejętą tym, że Fruczak, jej własne kocię, trafił do lecznicy i znajdował się pod czujnym okiem Kruszynki. Gdyby to ona była na jej miejscu, wyrywałaby sobie sierść z grzbietu, nie będąc w stanie nawet na chwilę się zrelaksować czy zmrużyć oko. Nie rozumiała jej spokoju. Napawał ją niepokojem. Jaka matka ignorowała swoje ciężko chore dziecko?
— Myślisz, że była to dobra decyzja? — miauknęła zaniepokojona, przenosząc wzrok na Sówkę. Liczyła na to, że będzie wiedziała, o co jej chodzi.

<Sówko?>

31 sierpnia 2025

Od Kajzerki CD. Kurki

Zaśmiała się delikatnie, lecz szczerze na słowa kociaka.
— Och, słoneczko, dziękuję ci bardzo! A jeśli chodzi o twoje pytanie, cóż — chichotała, choć przez ten chichot przebijała się niepewność co do dobieranych przez siebie słów. Czy Borowik i Kurka wiedzieli, że byli przygarnięci? Czernidłak i Puma im już powiedzieli, czy może jeszcze z tym czekali? Hmm, nie była pewna... W tym rzadkim przebłysku pomyślunku przed powiedzeniem jakiejś głupoty, w końcu zdecydowała się zatrzymać język za zębami. Przynajmniej trochę. — Tak już czasem jest, widzisz! Czajka, Guziczek i Gąska mają mamę i tatę, jak większość kotów, inni mają dwie mamy, jak Jeżyna i Topola, a jeszcze inni dwóch tatów jak ty i twój braciszek. A czasem niektórzy mają tylko mamę, tylko tatę, albo w bardzo przykrych okolicznościach nie mają nikogo. — Posmutniała na pyszczku. Trochę dziwnie było o tym mówić kociakowi. Sam był przecież sierotką. Dobrze, że zostali adoptowani. — Ale każda rodzina jest piękna pomimo tych wszystkich różnic! Masz świetnych rodziców, tak samo, jak i moje kociaki — miauknęła i przypomniała sobie, że trzyma w łapkach na wpół śpiącą Gąskę. Powróciła do delikatnego wylizywania jej futra, by było pachnące, gładkie i lśniące. Ona miała taką śliczną sierść! Krótką, przylegającą i już niezwiastującą żadnych problemów. Pomimo tego, że cała trójka była jeszcze oseskami, po Czajce i Guziczku mogła już poznać, że ten puszek nie zniknie z księżycami. Będą mieć tak problematyczną sierść, jak ona. Oj, ileż to z nimi będzie roboty, jak zaczną biegać i tarzać się w kurzu!
— Och — wydał z siebie malec i już miał coś dodać, gdy Kajzerka go uprzedziła, mówiąc do siebie:
— Na jerzyki i jaskółki, kiedy ty się tak poczochrałeś, co? — wymruczała, przygotowując tym razem do kąpieli Guziczka. Kociak wywijał się spod jej języka, piskliwie miaucząc i pomimo niewielkiej siły próbując za wszelką cenę uciec z uścisku matki. Na marne. Nie uchroni się przed nią tak, jak nie uchronili Czajka i Gąska! — Muszę cię wyszorować, ty brudasku jeden — dodała pomiędzy liźnięciami.
— A kiedy będę mógł się z nimi pobawić? — dopytał Kurka, patrząc uważnie na "bitwę" swojego kolegi karmicielką.
— Jeszcze trochę — zaśmiała się, kończąc mycie syna. — No już, już, daję ci spokój — dodała znów do Guziczka, odstawiając go do swojego brzucha i reszty swego rodzeństwa. Po tym ponownie spojrzała na Kurkę. — Jeszcze nie mają nawet otwartych oczek. Teraz są nieporadne, ale zanim się obejrzysz, już będziesz mógł z nimi ganiać. Może nawet za kilkanaście wschodów słońca? — Jej wzrok z powrotem powędrował na energicznie (przynajmniej na tyle, o ile noworodek mógł być energiczny) poruszającego się Guziczka. Wywołał na jej pyszczku uśmiech. — Wygląda na to, że już się nie mogą doczekać.
— Mogę podejść? — zapytał malec, na co Kajzerka odpowiedziała mu gorliwym skinieniem głowy. Zrobił kilka kroków w jej stronę i nachylił się nad jej puszystym ogonem, by obejrzeć bezradnie czołgające się po ziemi (lub śpiące) kocięta. Patrzyła raz na nie, a raz na niego.
— Widzisz, jakie są drobne? Trzeba być z nimi ostrożnym, bo nawet mały podmuch wiatru jest w stanie je skrzywdzić. Jeszcze trochę i będą takie jak ty — tłumaczyła, nieco przestrzegając młodego kocurka. Nie chciała, by przypadkiem coś zrobił jej kochanym dzieciom! Im dłużej się przypatrywała Kurce, tym bardziej rzucała się jej w oczy plamka na czubku jego głowy. Choć sama nigdy nie należała do czyściochów, skoro już i tak myła swe dzieci, to mogła pójść za ciosem. — Ty też się umorusałeś! Chodź no... — miauknęła i bez ostrzeżenia przyciągnęła malucha do siebie, by porządnie go wylizać do czysta.

<Kurko?>

19 sierpnia 2025

Od Kajzerki

Teraz oboje siedzieli nad grobami swoich bliskich.
Był mroźny, zimowy wieczór. Wicher przebijał się przez drzewa, by uderzyć im prosto w oczy i oziębić wątłe ciała. Kajzerka napuszała więc sierść, chcąc zatrzymać przy sobie choć odrobinę ciepła. Orzeszek wtulał się w nią, opatulony ogonem jak puszystym szalikiem, delikatnie drżąc. Milczeli. Ciszę mąciły tylko szelest drzew, szum wiatru oraz ich własne oddechy. Na chwilę wzrok zamgliła jej chmurka pary, którą wypuściła z pyska. Ta jednak szybko rozmyła się w powietrzu, ujawniając chowający się za nią obraz. Dwa kurhanki, wykopane w zziębniętej ziemi. Tak niepozorne, że można by pomyśleć, że były to duże krecie kopce. Chowały w sobie zwłoki jej córki i jego ojca.
Śmierć Bryzy była właściwie kwestią czasu. I tak imponującym było to, jak długie życie ofiarował mu los. Szczególnie patrząc na stopniowo tracone przez niego zmysły i dziwne, dziwne zachowania... Lubiła teścia, choć faktem było, że czas płynął nieubłaganie i w końcu musiał po niego przyjść. Szkoda tylko, że nie zmarł w swoim legowisku, otoczony miłością i opieką, a "odłowiony" za późno z mrozu, wśród rozpaczliwie próbujących go uratować medyczek.
Oba groby wyglądały pusto, wręcz jakby były porzucone. W środku pory nagich drzew ciężko było o jakikolwiek ładny kwiat czy inny podarek. Zresztą, nie mieli nawet kiedy tego szukać. Ona zajmowała się piątką kociąt w zatłoczonym żłobku, a on obozowiskiem. Przez kilka dni wschodów właściwie sam. Starsi koledzy Orzeszka z jednej profesji zmarli, a Puma dużo czasu spędzał w żłobku, towarzysząc swoim dzieciom i partnerce czarnego. Musiało być to stresujące, nawet pomimo tego, że praca stróża nie należała do zbyt wymagających. 
— Nie powinniśmy już wracać? — zapytała cicho, czując, jak kocur zaczyna coraz mocniej dygotać. — Nie wiem, czy Czajka, Guziczek i Gąska zasną beze mnie, a jest już późno...
— Dlaczego on musiał tak umrzeć — wymamrotał pod nosem Orzeszek, nawet nie pytając, nie odpowiadając na słowa swej partnerki. Westchnęła, przytulając go bliżej do siebie. Nie chciała, by się przeziębił.
— Maślak też została — zawahała się przez moment — nam odebrana w okropnym momencie.
Oboje zamilkli; ciszę znów przerywały szelest drzew, szum wiatru oraz ich własne oddechy.
— Pora nagich drzew jest okropna — mruknął, nie odrywając smętnego wzroku od grobu swojego ojca. — Chciałem, by, jeśli już musiał to zrobić, to odszedł w słońcu, kwiatach i śpiewie ptaków. Nie teraz, nie w takim smutku i mroku. Nawet lasy pozbawione są jaskółek i jerzyków. To takie... Obce.
Powoli skinęła kocurowi głową. W jakiś sposób go rozumiała, nawet jeśli wierzyła w coś innego. Chociaż właściwie... Już długo nie była pewna, w co. Jej oczy na chwilę poszybowały w górę. Chciała spojrzeć w niebo, to niebo pełne gwiazd, które niegdyś dawało jej nadzieję na lepsze jutro. Straciła je już dawno temu. Miała wrażenie, że wraz z porwaniem przodkowie ją porzucili. Srebrna Skóra, jeśli za tymi zbitymi chmurami jeszcze lśniła, to już nie dla niej. Nie chciała jej. Zostawiła ją na własną łapę.
— Wrócą, gdy zazielenią się liście — miauknęła z dziwną dla niej powagą w głosie.
Czy jej rodzice jeszcze żyli? — to pytanie pojawiło jej się w głowie, wzbierając w gardle nieprzyjemną gulę. Jeśli tak, musieli być równie wiekowi co Bryza, a to udawało się niewielu. Spuściła wzrok. Czy Poranny Ferwor umierał z przeświadczeniem, że zawiódł, wychowując zdrajczynię? Czy Kawcze Serce umierała w zupełnej niewiedzy, co się stało z jej córkami, równej tej, w której je sama pozostawiła? Co z Cyranką? Nie słyszała o niej od tak dawna. Może założyła swoją rodzinę? Jeju, mogła mieć siostrzeńców, a nawet o tym nie wiedziała! A nawet gdyby chciała się tym podzielić z Orzeszkiem, nie zrozumiałby jej. On był jedynakiem; z silnym żalem, że nie posiadał żadnego rodzeństwa, lecz to nie zmieniało faktu, że jedynakiem. Nie zrozumiałby tej tęsknoty, bo nie była to tylko tęsknota za przyjacielem, ale i przeznaczonym jej, najbliższym z bliskich, z których dzieliła wpierw łono, potem posłanie, a na końcu i legowisko. Cóż, przynajmniej o brata nie musiała się już martwić – od dawna znała jego los. Nawet nie chciała zaczynać o Samowolnej Łapie. Jej małe kocię... Zgromadzenie, na którym z nim rozmawiała było równie pokrzepiające, co okropnie bolesne. Cała niewiedza godziła w jej serce, przebijając je na wylot lub krusząc jak śmierć jej ukochanej córki.
Nawet nie zauważyła, gdy te wszystkie myśli zaczęły wypływać z niej przez usta w nie do końca zrozumiałym mamrocie. Gdy jednak spostrzegła, że to, co dźwięczało jej w uszach nie było tylko wewnętrznym monologiem, ale i jej własnym głosem, w końcu umilkła.
Czuła zakłopotanie. Rzadko kiedy wspominała o swojej rodzinie, nawet tak bliskiemu kotu, jakim był dla niej Orzeszek. Zwłaszcza teraz, po wielu księżycach rozłąki, gdy po tak kochanych dla niej kotach pozostało tylko rozmyte wspomnienie. 
— To... To chyba naprawdę czas, by wrócić do domu, nie uważasz? — zapytał nieśmiało, jakby sam nie wiedział, co odpowiedzieć na jej cały wywód. Cieszyła się z tego równie, co smuciła. Niby nie lubiła, gdy ktoś inny ciągnął z nią ten temat, ale... Oj, Kajzerko, przymknij się już i faktycznie go posłuchaj! Czas do posłań! Czajka, Guziczek i Gąska na ciebie czekają!
— Tak, tak — odpowiedziała z nagłą, choć ściszoną, gorliwością, wstając z miejsca. Już powoli przymarzała do tego miejsca. Zdecydowanie była to pora na powrót. — Mam tylko nadzieję, że Puma naprawdę z nimi został... Musiał przecież zostać, prawda? Och, nie myślisz przecież, że mógłby zostawić nasze kociaki same, prawda? Przecież to takie małe urwisy... 
— Spokojnie — miauknął kojącym głosem Orzeszek. Wciąż trzymał się jej futrzastego, ciepłego boku. — Przecież ma tam i swoje młode. Patrząc na to, ile teraz Świergot ma pomocników, wątpię że by go potrzebowała. Na pewno ich pilnuje — dodał, uśmiechając się nieznacznie.
— Ale ty wiesz, jakie one są! Guziczek się ostatnio przypałętał do Czerwca poza obozem... Wszystko mogło się stać, wszystko! Lis, borsuk, włóczęga, Ambrowiec... Jak nie mam na nich oka to czuję się nieswojo, aż mi łapy świerzbią...
— Spokojnie — powtórzył, tym razem szeptem, a w głosie miał coś tak łagodnego, że nawet ktoś tak rozgadany jak Kajzerka stracił wypowiadane przedtem z niepokojem troski. Zamknęła pysk i ruszyła przed siebie, praktycznie krok w krok ze swoim partnerem, w kierunku obozu. Z ciemnych chmur, które już od dawna wisiały nad nimi jak groźba, zaczął spadać deszcz, pogarszając już i tak wystarczająco brzydką, nieprzyjemną pogodę. 
Z tej mrocznej i przeszywająco mroźnej scenerii jakimś cudem rozległy się pojedyncze chichoty, ożywające na powrót wspomnienia o dawnych schadzkach i plusk niby przypadkowych wdepnięć w kałużę. Teraz już byli pewni, że obudzą się rankiem z przeziębieniem. Zdawało się to być teraz jednak tylko błahostką; godną wymianą za ten szczery, od dawna oczekiwany śmiech.

09 sierpnia 2025

Od Kajzerki do Guziczka

Powoli traciła zmysły.
Słowa Świergot docierały do jej podświadomości, lecz nie chciała ich akceptować. Nie chciała przyjąć, że kociąt tak naprawdę nie było. Nadal prosiła Orzeszka o ogórecznik, wylizywała brzuch, jakby miało to w czymś pomóc i trwała w żłobku, zamknięta w czterech ścianach. Nikt chyba nie miał serca jej stamtąd wygonić. Może nie wszyscy wiedzieli? Nie była pewna czy to, co mówiła jej szamanka, doszło do uszu współklanowców. Chciała, by też wierzyli w to, że jej się uda. Urodzi i zaraz będzie po sprawie, Świergot się naprawdę pomyli. Błagała, by tak było. Prosiła cokolwiek było tam u góry, by błogosławili jej kocięta. Dla niej nie była to po prostu zwykła ciąża. To była ostatnia nadzieja. Jedyny cud.

***

Przytulała do siebie mysz. Nie była zwykłą zdobyczą ze stosu, a prawdziwym, żywym stworzeniem. Siedziała przy jej boku, unieruchomiona ze strachu przed wielkim drapieżnikiem, który mógł pozbawić jej życia jednym ruchem szczęk. Kajzerka jednak nie była głodna. Nie była w tej chwili w stanie patrzeć na gryzonia jak na posiłek. Patrzyła inaczej, wręcz matczynie na jej okrągłe ciałko, krótkie łapki, zaokrąglone uszka... Przymknięte oczka, które za parę dni już powinny się otworzyć i pokazać całemu światu ich szaro-błękitną barwę...
Wtuliła się głębiej w swoje legowisko, nie zapominając przysunąć do brzucha swojego "kocięcia", by nie zmarzło. Nadeszła pora nagich drzew, a z nią mroźne noce. Chciała przecież, by spało spokojnie, w cieple i miłości. 
Pociągnęła nosem, po czym załkała cicho, zakrywając mysz ogonem.
Przestawała wierzyć...

***

Obudziła się późnym rankiem z łbem ciężkim jak głaz. Obejrzała się wokół, by spostrzec, że jej "córeczki" już nie było. Położyła po sobie uszy. Biedna, uciekła gdzieś w ten ziąb... Miała nadzieję, że chociaż przez chwilę czuła się kochana, jak prawdziwe kocię...
— Kajzerko? — Usłyszała niepewne miauknięcie Orzeszka, które sprawiło, że podniosła na jego wzrok. Och. Nie zauważyła, gdy wchodził.
— Co tu robisz? — zapytała z pustką równej tej, która nastała w jej sercu zaraz po śmierci Maślak.
— Czekałem, aż się obudzisz — wyjaśnił, patrząc na partnerkę z wyraźnym żalem. On też cierpiał, wiedziała to, widziała w jego oczach. Pytanie tylko czy z powodu kociąt, czy jej. Przychodził ciągle. Pytał o wszystko. Przynosił co tylko chciała, jak wcześniej. Nie pokazywał tak bardzo po sobie, jak bolała go ta strata. Cóż... Przynajmniej nie tak, jak Kajzerka. — Jesteś głodna? Zjadłaś tamtą mysz?
Nie odpowiedziała.
— Przyniosę ci coś ze stosu, dobrze? — miauknął i zanim Kajzerka zdążyła otworzyć pysk, by mu odmówić, kocur już pędził, by wybrać jej jakiś smaczny kąsek. Westchnęła. Nie chciała jeść. Przez kilka ostatnich wschodów słońca robiła to dla kociąt, dla nadziei, lecz teraz ta nadzieja wygasła. Nie miała po co tego robić. I tak nie urodzi. I tak wszystko było na marne. Ten świat jej nienawidził.
Za Orzeszkiem pojawiły się koty. Wrócił świtowy patrol, nic nowego, pomyślałaby sobie, gdyby nie zawiniątka, które nieśli w pyskach. Tym razem nie była to świeża zwierzyna... Kajzerka wytężyła wzrok, rozpoznając znajome kształty. Jej źrenice rozszerzyły się, gdy zdała sobie prawę, na co właśnie patrzyła. Kaczka, Przypływ i Topola trzymali za karki po jednym małym nowonarodzonym kociaku.
Wstała i minęła swojego partnera, który wybierał dla niej śniadanie, prawie tratując go jak czołg. Miała wrażenie, że coś do niej powiedział, ale nie słyszała co. Do jej uszu dobiegały wyłącznie ciche, kocięce piski.
— Znaleźliśmy je przy drodze grzmotu, w Dębowej Ostoi. Zostały po prostu wyrzucone z brzucha potwora przez dwunogów i zostawione pod jednym z drzew. Po tym zniknęli — tłumaczyła wszystko Pieczarce Przypływ. — Są bardzo młode, potrzebują...
— Matki — miauknęła cicho Kajzerka, wychodząc kotom naprzeciw. Pyski wszystkich zwróciły się ku niej, lecz ona patrzyła tylko w trzy konkretne punkciki. Trzy maleństwa. Trzy małe iskierki nadziei. — Potrzebują mnie. Są moje. Musicie mi je dać, daj mi go — dodała, podchodząc do kotki i wręcz wyrywając jej z pyszczka pierwszego kociaka. Zaskoczona wojowniczka natychmiast go puściła, a Kajzerka, średnio świadoma tego, co się w ogóle działo, zaniosła go na swoje posłanie. Niebiesko-biały kocurek miauczał delikatnie, gdy zostawiła go samego, chcąc pójść po jego rodzeństwo, lecz zaraz zostało jej przyniesione przez ich wybawców. Trzy maluchy zostały postawione obok siebie, a Kajzerka położyła się przy nich, otulając futerkiem. Były chłodne... Biedactwa... Jej małe biedactwa...
— Ćśś, już jesteście bezpieczne — miauknęła delikatnie do jednego, piszczącego gorliwie kocięcia, przysuwając do niego swój pysk. Orzeszek patrzył na wszystko, stojąc w progu, nieco oszołomiony. Nie raczył jednak wypowiedzieć słowa. Nie raczył przerwać tej chwili.

<Guziczku?>

Od Kajzerki

Nie... Nie rozumiała.
Przecież była w ciąży. Przedłużała się, to prawda, Świergot przed czymś ją ostrzegała, wszystko prawda... Co jednak z jej kociętami? Co się stało?
Miały przyjść na świat już kilka wschodów słońca temu. Wiedziała, czuła to, patrzyła wciąż na swój okrągły brzuch, przez który przysięgała, że widziała ich malutkie łapki. A jednak objawy ustępowały. To cudowne uczucie, które wypełniało ją przez cały księżyc, nagle zniknęło, jak zdmuchnięty płomyk. Jej brzuch zmalał. Zaczerwienione sutki zaczęły chować się w grubym, długim futrze. 
Nie była w stanie słuchać słów starej szamanki. Myliła się. Wcale nie poroniła. Nie mogła przecież poronić. Kocięta zesłała jej Maślak, by pocieszyć ją po swej śmierci. Świat nie mógł jej ich odebrać. Był okrutny, lecz nie na tyle okrutny.
Została w żłobku. Orzeszek nie opuszczał jej boku, choć jego obecność nie była tak pocieszająca, jak by tego chciała. Wydawało jej się że wierzył w to, co mówiła Świergot i czekał, aż jego ukochana też to zrozumie. Kajzerka wiedziała jednak, że były to tylko kłamstwa. Czekała na swój poród i swe piękne, zdrowe kociaki. Musiała dać im szansę. Może po prostu potrzebowały więcej czasu niż inni? Nie poroniła, nie, nie. Nie zrobiliby jej tego. Musiała być cierpliwa. Nic więcej.

08 sierpnia 2025

Od Kajzerki CD. Sówki

dawno
— Oj, uwierz mi, było blisko — odpowiedziała na śmiech przyjaciółki. — Parę razy prawie bym wdepnęła w to świństwo! Jakaś masakra! — narzekała i, dla demonstracji, tupnęła silnie łapą o ziemię. Nie spodziewała się jednak nagłej fali kłującego bólu, który przeszedł przez nią w tym momencie. — AŁA!!! — wykrzyczała nagle.
— Co się stało? — miauknęła zaskoczona Sówka, wyglądając na zmartwioną. Kajzerka uniosła łapę, by zobaczyć... Tak. Szklany odłamek. A tak właśnie myślała, że coś ją uwierało. Musiał się zapodziać w futrze pomiędzy poduszkami. Co za mysie bobki to tam podłożyły! — Och. Powinnaś udać się z tym do Świergot...
— I tak też zrobię. Wiesz, jednak lubię mieć łapy bez ubytków — mruknęła ironicznie i zaczęła swój spacer do lecznicy. — Ałć. Ała. Ałć — mruczała pod nosem po każdym kroku. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że mogła po prostu podnieść łapę i dokuśtykać tam na trzech. Kurczę, piękna innowacja!
Zadowolona ze swojego olśniewającego pomysłu, zostawiła przywódczynię samą, znikając w dziupli prowadzącej do legowiska medyków.

***

Jej brzuch zaokrąglał się bardziej i bardziej. Stara szamanka nieraz wspominała coś o niskiej laktacji czy możliwych komplikacjach, które mogły się pojawić, lecz Kajzerka była głucha na jej przestrogi. Zjadała jedynie podstawione jej listki ogórecznika i wesoło odpowiadała, że wszystko będzie w porządku. Przecież co miało być teraz nie tak? Przeżyła już jeden poród, drugi nie mógł być taki straszny. Stara kocica na pewno gadała jej głupoty. Sama nigdy w ciąży nie była, to nie wiedziała tyle, co ona. Próbowała ją tylko niepotrzebnie zmartwić!
Już prawie nie wychodziła z kociarni i nie, że by chciała – tam czuła się od pewnego czasu najlepiej. Nie potrafiła już myśleć o niczym innym niż o tupocie małych łapek, słodkich piskach i drobnych kuleczkach, które już lada chwila miały roznosić to miejsce w proch. Och, tak bardzo nie mogła się doczekać, by powitać ich małe skarby...
Orzeszek ciągle ją odwiedzał. Nie potrzebowała uczestniczyć w życiu społeczności, by znać wszystkie nowinki. Każda plotka trafiała do niej w trzy uderzenia serca. Jedna nawet nieco szybciej... Nawet tak ciężko śpiąca osoba jak Kajzerka została obudzona przez poranną awanturę, która miała miejsce kilka wschodów słońca temu. Nie była pewna o co dokładnie poszło. Wiedziała, że Ambrowiec zarzucała swojemu partnerowi znęcanie się nad nią i nad ich kociakami i żądała od Sówki, by go wygnała. Orzeszek, jak i wiele innych kotów w Owocowym Lesie, czekali w napięciu na wybór liderki. Cóż, nie dziwiła się im. Też byłaby pewnie bardzo zainteresowana tą całą sytuacją, gdyby ciąża nie przyćmiewała jej całego umysłu...
W końcu nadszedł dzień, którego wszystko miało się wyjaśnić. Wszyscy wiedzieli, co powie Sówka, gdy wskoczy na topolę i zwoła wszystkich na zgromadzenie. Zdołała tym wywołać z legowiska nawet Kajzerkę – chciała zobaczyć, co zadecyduje jej przyjaciółka. Sama nie była pewna, co o tym wszystkim myśleć. Nie znała najlepiej ani Ambrowiec, ani Chrząszcza, który nigdy nie wyglądał na złego kota. Z drugiej strony, czemu mieliby nie wierzyć kotce? Czy ktoś był tak okrutny, by kłamać o doświadczonej krzywdzie, wplątując w to jeszcze kocięta? Kajzerka uważała, że nie. Chyba. A co Sówka, to tylko ona mogła to wiedzieć.
Usiadła wraz ze swoim partnerem niedaleko kociarni. Jej wzrok przeskakiwał z niemożliwej do odczytania przywódczyni, na pewną siebie Ambrowiec i jej osowiałego, jakby czekającego już na wyrok partnera.
— Owocowy Lesie! Zapewne wiecie, jaki jest powód tego zebrania — mówiła donośnie, gromko, lecz z nutą zmęczenia w głosie. Czy to przez emocjonujące starcie dwóch owocniaków, które musiała rozwiązać, czy może złą relację z Kaczką ostatnimi czasy? Orzeszek trochę jej mówił o tym, że ostatnio kotki oddaliły się od siebie, chociaż Kajzerka (jak można było się spodziewać) nie zwracała na to większej uwagi. Lubiła wsadzać nos w nieswoje sprawy, ale nieprzyjemnie się jej słuchało o takich rzeczach, gdy w roli głównej były tak lubiane przez nią koty. No nic. Czekała na werdykt Sówki, ignorując podekscytowane szepty swojego chłoptasia na temat tego, co postanowiła liderka. — Podjęłam decyzję, na którą wielu z was czekało. Ambrowiec — wypowiedziała imię kocicy, której oczy lśniły jak dwie gwiazdy — wraz z tym dniem nie jesteś już członkinią Owocowego Lasu. 
Uśmiech, który subtelnie wkradał się na pysk stróżki, nagle zmył się z niego jak strącone przez wiatr jabłko. Podobnie znikł triumfalny błysk w oczach. Patrzyła z niedowierzaniem na przywódczynię przez kilka uderzeń serca. Wszyscy milczeli.
— Twoje kocięta jednak mają wybór. Owocowy Las stoi dla nich otworem — dodała Sówka, co wydawało się tylko jeszcze bardziej rozjudzić kotkę.
— Och — miauknął cicho do jej ucha Orzeszek. — To będzie niezłe...
— ...CO — wydusiła z siebie Ambrowiec, wychodząc z tłumu na sam środek. Kajzerka widziała, jakie wbijała w przywódczynię nienawistne, wręcz zdradzone spojrzenie. Jakby chciała wypalić jej między oczami dziurę samym wzrokiem. — To istny skandal! Czy wy tego wszystkiego nie widzicie?! — krzyknęła, obracając się, by spojrzeć na każdego zgromadzonego kota. Kajzerka skrzywiła się na pysku, gdy zielone oczy kotki zatrzymały się na chwilę na niej. Halo, czemu ją w to wplątywała? Do Sówki mogła mieć wąty, ona nie maczała w tym palców!
— No... Naprawdę niezłe... — odpowiedziała swojemu partnerowi. 
— Nie spodziewałam się po tobie Sówko, że wybierzesz słuchanie oprawców, zamiast ofiar. I co gorsza, jeszcze dodatkowo ukarzesz jedną z nich za samo zgłoszenie trudnej sytuacji! — miauczała głośno do stojącej na gałęzi liderki ze szczerym bólem w głosie. Kajzerce aż zrobiło się jej szkoda. Co, jeśli Ambrowiec miała rację? Czy ta decyzja o wygnaniu nie była nieco zbyt ostra, zwłaszcza w sytuacji, gdzie nie było żadnych dowodów?
Zanim kocica zdążyła powiedzieć coś więcej, z tłumu wyłonił się Kolendra, który z poirytowanym wyrazem pyska podszedł do matki, by stanąć u jej boku. Dotknęła się z nim nosami, powiedziała coś cicho (a przynajmniej na tyle cicho, by nie usłyszała tego Kajzerka) i ponownie zwróciła wzrok ku swojej nowej największej nemesis – Sówce. 
Minęło kilka długich uderzeń serca. Kajzerka poczuła, jak coś muska jej futro. Odruchowo przesunęła się trochę na bok, by zaraz ujrzeć idącego nieco niepewnym krokiem Fruczaka. 
— Hę, go akurat bym się nie spodziewała — skomentowała to, mówiąc wciąż do Orzeszka. Mogła być jednak pewna, że doszło to do uszu przechodzącego obok ucznia.
— Ma silną więź z Kolendrą... Może to go przekonało — szepnął o wiele dyskretniej jej partner.
— To potwarz dla wszystkich cierpiących! I, jak widać, nie tylko ja to to rozumiem! — mówiła dalej Ambrowiec, gdy do niej dołączył ostatni kot – Bukszpan. Zaraz po tym obejrzała się, by znaleźć w tłumie ostatniego ze swoich synów. Patrzyła na niego pytająco, lecz on stał w miejscu jak zaklęty głaz, zachowując równie kamienną co postawę minę. Po kilku uderzeniach serca prychnęła na niego z pogardą, by odwrócić się i kontynuować swój wywód. — Chcę, byś wiedziała, że właśnie wyrzucasz kogoś niewinnego na rzecz jednego okrutnika, który teraz uśmiecha się pod nosem, wiedząc, że wszystkich omamił. Mam nadzieję, że Owocowy Las wkrótce przejrzy na oczy i sam ciebie osądzi — wycedziła przez zęby. — Żegnam! — dodała na koniec, zamykając oczy i podnosząc do góry brodę.
Cały Owocowy Las patrzył, jak grupa kotów z nadętą jak paw Ambrowiec na czele wychodzi z obozu. Rzuciła ostatnie wściekłe spojrzenie Sówce i odeszła, zaskakująco prędko znikając pośród drzew.
— Dereńka, Mucha, Żagnica — odezwała się chrapliwym głosem Gruszka, wywołując trójkę wojowników. — Wy, idźcie za nimi, by upewnić się, że opuszczą nasze tereny na dobre — rozkazała.
Kajzerka zamrugała parę razy. Serio się porobiło. Właśnie stracili czwórkę kotów (czego niby mogli się spodziewać po groźbach kotki, ale no nadal!), która do tego mogła stanowić dla nich niebezpieczeństwo. W końcu mogli chcieć się zemścić za tę wielką niesprawiedliwość, która ich  spotkała, prawda? O nie, ona swoich kociąt nigdy z obozu nie wypuści, jeśli oni będą grasować w okolicy! Przecież widziała, jak Ambrowiec się na nią gapiła! Co, jeśli będzie chciała zjeść jej kocięta w odwecie za to wygnanie...
— Kurczę, słabo — zdołała tylko z siebie wydusić jako kolejny komentarz, tym razem już zdecydowanie za głośno, by usłyszał to tylko jej partner.

<Sówko?>

04 sierpnia 2025

Od Kajzerki

Natychmiast przeprowadziła się do żłobka, zapominając o wszystkich troskach. Jej mała, słodka córeczka zesłała dla niej prawdziwy dar. Nie umiała posiąść się ze szczęścia, które wypełniało ją od łap aż po czubki uszu. Przybicie, melancholia i wyczerpanie, z których mogły ją znać od księżyca koty, nagle zmieniło się w czystą radość. Nikt się już o nią nie martwił. Nie musiał. Wiedziała, że Maślak nie chciała, by smuciła się w takich okolicznościach. Dała jej najlepszy prezent, o jaki tylko mogła prosić.
— Myślałaś już nad imionami?
— Oczywiście, że myślałam, głuptasku! — zachichotała, zdzielając przyjaciela po łbie. — Och, mam tyle różnych pomysłów... Ale musiałabym je wszystkie najpierw zobaczyć, by cokolwiek zdecydować! Przecież imiona muszą być starannie dobrane, z dobrym znaczeniem, tak by pasowały do kota jak ulał... — Popatrzyła czule na swój zaokrąglony brzuch. Jej kocięta były tam i dojrzewały, a ona zniecierpliwiona nie mogła się doczekać, aż zobaczy ich małe łebki i usłyszy te urocze piski.
— A tak mniej więcej? — Malinek uniósł jedną brew.
— Hmm... W sumie to nie wiem... Wszystko wokół jest takie piękne, że mogłabym po tym nazwać swoje kocię! Cała natura, która nas otacza...
— Chyba nie tą porą nagich drzew — zaśmiał się pod nosem, za co znowu psotnie dostał w pysk.
— Hej! Próbujesz ostudzić mój entuzjazm, ale to ci się nie uda — miauknęła, gdy wojownik rozcierał łapą uderzenie. — Właściwie... Mam taki jeden konkretny pomysł. Chciałabym jednemu kociakowi nadać imię po Maślak — zdradziła.
Malinek uśmiechnął się.
— To całkiem urocze — przyznał po chwili.
— Tak... Co do reszty jeszcze nie jestem pewna, ale pomysły same mi przyjdą na myśl, gdy tylko je ujrzę. Jestem tego pewna.
— A przeczuwasz już, ile ich będzie? — zapytał, przeciągając się po ziemi. Wyglądał jakby mościł się w tym miejscu wygodnie, jakby planował niedługo naprawdę tu wrócić.
— Świergot mi mówiła, że raczej będzie mniej niż więcej. Poprosiłam też Jeżynkę o taką przysługę... Wiedziałeś, że jej brat potrafi wróżyć, ile kociaków ktoś będzie miał w miocie? Poprosiłam ją, by go przekonała, byłam taka ciekawa!
— I co ci przepowiedział? Niech zgadnę, dziesięć? — parsknął rozbawiony
— Nie, trzy! — miauknęła z podekscytowaniem. Liczyła na powiększenie swojej rodziny o więcej kociaków, lecz na żaden wynik nie zamierzała narzekać. Kochałaby wszystkie tak samo, bez względu na to, czy byłoby ich dziesięć, pięć, czy tylko jedno. — Układał jakieś kupki z listkami i kazał mi wylosować. Gładkie oznaczały kocurki, a pokarbowane kotki.
— I? Co ci wyszło?
— Właściwie, każde inne. Jeden kocurek, jedna koteczka i... Nie wiem. Było niby gładkie, ale miało dziwne, zawinięte krawędzie — powiedziała, po czym przyszło do jej głowy kolejne zmartwienie. — Na jerzyki i jaskółki, myślisz, że to zły znak? To nie znaczy, że będzie chore, prawda? — W jej głosie narastała panika.
— Spokojnie, Kajzerko — odpowiedział natychmiast Malinek, gładząc po jej futrze ogonem, zanim zdążyła się rozkręcić. — Może to po prostu znaczy, że będzie takie jak ja? — Uśmiechnął się psotnie.
Kotka westchnęła.
— No może... Nie wiem, zależy mi tylko na tym, by były zdrowe i szczęśliwe — miauknęła cichym, delikatnym (szczególnie jak na nią) głosem. — Mogą być jakiekolwiek, byle były. Pokocham je bez względu na wszystko. Wiesz, jak wiele dla mnie znaczą.
— Wiem, wiem — odpowiedział, spoglądając na chwilę w dal. Zamilkł. — A od kiedy ty mówisz "na jerzyki i jaskółki", co?
Strzepnęła uchem. Dziwne pytanie, pomyślała.
— A nie wiem. Ostatnio rozmawiałam praktycznie tylko z Orzeszkiem i jakoś przesiąkłam jego mową — zaśmiała się delikatnie. — Zanim jeszcze dowiedziałam się o tej ciąży, mówił mi trochę o Wszechmatce. Pocieszał mnie, że wszystkie jaskółki, które widzę na niebie mogą być Maślak. I... Pomagało. Lepiej się czułam z myślą, że gdzieś jest.
Znów nastała krótka cisza.
— Lepiej czułam się, wierząc, że ktokolwiek jest na górze, nie nienawidzi mnie jak Klan Gwiazdy — dodała, pusząc nieco swoje futerko. Przeniosła smętny wzrok na ziemię. Malinek otworzył delikatnie pysk, jakby próbował coś powiedzieć, lecz nie potrafił dobrać odpowiednich słów. W końcu się poddał. Trwali tak przez chwilę w dziwnej ciszy.
— A w ogó –
— Witaj, Kajzerko — miauknął miękko Orzeszek, wchodząc do żłobka. Natychmiast porzuciła smutki i uśmiechnęła się szeroko. Gdy kocur podszedł, zetknęła się z nim nosami. — Wszystko w porządku?
— Tak, Malinek dotrzymuje mi towarzystwa. — Gdy to powiedziała, on i wymieniony przez nią kot wymienili ze sobą niezręczne, nieco nerwowe spojrzenia. Kajzerka jednak nie zwróciła na to uwagi. — Nie mógłbyś mi przynieść nic ze stosu? Troszkę zgłodniałam...
— Już się robi! — powiedział, pędząc po piszczkę. Od śmierci Maślak właściwie spełniał każdą zachciankę, jaką przed nim postawiła. Nie w takim sensie, że go wykorzystywała, ale on sam chciał wykonywać jej małe przysługi. Bardzo go doceniała. Nie była pewna, jak by przebrnęła śmierć córki, gdyby nie miała go u swego boku.
— Słuchaj, nadal mi trochę głupio za to wtedy, jak się pokłóciliśmy... — odezwał się nagle Malinek, drapiąc się po uchu, jakby dla ukrycia zdenerwowania.
— Och, nie martw się. Ja też powiedziałam parę rzeczy... Zapomnijmy o tym po prostu. Zgoda?
Orzeszek ponownie znalazł się w wejściu do żłobka, niosąc w pysku za ogonki trzy myszy. Malinek jednak nie zwrócił na niego uwagi, a jedynie spojrzał na przyjaciółkę z delikatnym uśmiechem, tym razem nie rozrabiaki.
— Zgoda.

30 lipca 2025

Od Kajzerki

Nic nie było w stanie wyciągnąć jej z letargu. Żadna osoba, żaden podarek i żadne pocieszające zioło. Czuła się tak, jakby ktoś brutalnie wyrwał jej z piersi kawałek serca i kazał sobie z tym poradzić. Tak po prostu.
Nie była w stanie uczestniczyć w życiu społeczności. Nie mogła chodzić na patrole, polowania czy treningi. Przestała opuszczać obóz, ba, nawet swoje własne legowisko. Jedyną rzeczą, która potrafiła skłonić ją do wstania, były odwiedziny grobu córki. Zwykle chodziła z Orzeszkiem, który starał się nie odstępować jej nawet na krok. I on miał jednak obowiązki. Czasem nie mógł jej powstrzymać i przychodziła tam w samotności.
Tam płakała. Rozmawiała, opowiadała córce o swoim dniu (choć prawie zawsze mówiła to samo), jakby ta nadal żyła. Prosiła Orzeszka o czerwone kwiaty i choć prawie już była pora nagich drzew, zawsze udawało mu się znaleźć choć jedną zeschniętą sztukę. Zawsze dekorowała nimi skromny kurhanek. Pamiętała, gdy wplatała je w jej sierść. Chciałaby jeszcze raz dotknąć jej puszystego, miękkiego futerka.
— Jesteś pewna, że nie powinnaś pójść do Świergot? — miauknął zatroskany Orzeszek, patrząc na leżącą bez życia partnerkę. Wpatrywała się w ubitą glebę.
— I co mi powie? — odburknęła. — Dała mi już mak.
— Więcej rzeczy może ci pomóc niż tylko mak...
Nie chciała go słuchać tak samo bardzo, jak nie chciała, by milczał. Pragnęła jego obecności przy jej boku i odganiała go zaraz po sobie. Nie wiedziała dlaczego. Kochała go przecież tak mocno. Śmierć Maślak sprawiała, że była znacznie bardziej zmienna i nerwowa, sprawiając, że mówiła i robiła rzeczy, których bardzo żałowała. Może chociaż tym razem powinna się posłuchać jego słów...
Wzniosła się na łapy bez słowa. Czuła ciężkość w swoim ciele. Tak, jakby przez te kilka wschodów słońca jej waga się podwoiła. Orzeszek uśmiechnął się delikatnie, od razu stając przy niej, jakby oferował siebie jako podpórkę. Zaprowadził ją w ten sposób do legowiska medyka.
Wiedziała, co powie jej stara medyczka. Wiedziała, że jej nie pomoże. Nie była w stanie, chyba że posiadła umiejętność wskrzeszania umarłych. Nieważne, jakim ziołem próbowałaby ją nafaszerować, nic by nie zmieniła. Jej złamane serce było silniejsze niż najmocniejsze leki.
— Witaj, Świergot — przywitał się za nią Orzeszek, gdy przekroczyli próg lecznicy. Kocica spojrzała na nią z żalem. Już tu była. Już rozmowa z szamanką nic jej nie dała. Nie wierzyła, że tym razem będzie inaczej.
— Źle wyglądasz — wymruczała do niej. Kajzerka podniosła na kocicę wzrok, który poprzednio wbijała w ziemię. Była zmęczona, nie, wyczerpana i można było to zobaczyć po jej podkrążonych oczach. Odpowiedziała jej tylko martwym spojrzeniem. — Może cię obejrzę?
— Po co? — mruknęła nieprzyjemnie. Nie ruszyła się, jednak gdy Świergot wstała i podeszła do niej. Było jej wszystko jedno. Niech ją ogląda. Niech patrzy na to słabe, cierpiące równie co umysł ciało. Niech znów jej powie, że potrzebuje odpoczynku czy jakiś inny kocopoł. Nie obchodziło jej to.
Medyczka chodziła wokół, obserwując dokładnie swoją pacjentkę, jakby czegoś szukała. Mamrotała przy tym coś pod nosem, jakby wymieniała objawy, lecz Kajzerka jej nie słuchała.
— Mogłabyś się położyć, Kajzerko? — zapytała łagodnie, ale i dociekliwie. Kocica nie ruszyła się na legowisko, które prawdopodobnie ta miała na myśli, tylko opadła na ziemię w miejscu, w którym przed chwilą stała. Orzeszek przyglądał się temu wszystkiemu z zagubieniem.
— Coś... Coś jej naprawdę jest? — zapytał, widocznie zaniepokojony, gdy Świergot odgarniała łapami sierść na brzuchu jego partnerki. Patrzyła dokładnie, jakby chciała coś wyczuć i zobaczyć.
W końcu wyglądało na to, że znalazła to, czego szukała. Okrągły, nabrzmiały, intensywnie różowy sutek.
Zakryła go z powrotem futrem i usiadła obok.
— Staraliście się o kocięta, prawda? — zapytała, patrząc w stronę Orzeszka, jednak tym samym wytrąciła Kajzerkę z transu. Nagle zadrżała, a jej łeb uniósł się, by spojrzeć prosto w pysk medyczki. Otworzyła szeroko oczy.
— Tak — miauknęła głośno, pewnie i z wyczuwalnym napięciem, w końcu odzywając się czymś innym niż pomrukiem czy szlochem.
— Wygląda na to, że się wam udało — wymruczała Świergot.
Jej oczy zalśniły, jakby właśnie patrzyła na płomień. Na iskierkę nadziei, która właśnie się rozpaliła. Otworzyła pysk w szoku. Zerwała się na równe łapy.
— Nie... — Mimowolnie uciekło z ust.
— Tak. Najwyraźniej Maślak zostawiła po sobie pewne pocieszenie.
Kajzerka spojrzała najpierw na nią. Potem na Orzeszka. Po uderzeniu serca ciszy z piskiem rzuciła się na swojego partnera, przyciskając go do ściany drzewa. Płakała. Po raz pierwszy od długich jak księżyce dni nie z rozdzierającego żalu, a szczerego szczęścia. Nie wierzyła swoim uszom. To był sen. Jakiś obłęd! Czy naprawdę po tak długim czasie w końcu im się udało? Czy to znak od losu, że Maślak do niej wróci?
Kocur nic nie odpowiedział. Może dlatego, że prawie się dusił, dociśnięty jej ciężkim cielskiem. Ona jednak nie potrzebowała odpowiedzi. Nie potrzebowała usłyszeć żadnych innych słów. Wtuliła załzawiony pysk w jego krótką sierść, radośnie łkając, jeśli było to w ogóle możliwe.
To był ich nowy początek.
To był jej nowy początek.

27 lipca 2025

Od Kajzerki

Bezwładne ciało Maślak.
Z całej zbieraniny rannych kotów, Kajzerka była w stanie patrzeć w tylko jeden nieruchomy punkt. A swoim oczom nie wierzyła. To musiała być przecież jakaś pomyłka. Te zwłoki należały do Mirabelki, prawda? Może Ambrowiec? Może Muchy???
Przecież nie do jej małego cudu...
Łkanie wielu kotów przebijało się przez obozowy, szczególnie nasilony w tym momencie gwar. Lament Kajzerki wybrzmiewał jednak najgłośniej ze wszystkich. Krzyczała. Szlochała. Płakała. Wtulała się w zakrwawione ciało swojej córki, raz po raz trącając ją nosem w nadziei, że jest w niej jeszcze dogasająca iskierka życia. To musiał być przecież tylko taki żart. Głupi kawał ze strony losu. Już się nabrała, mieli ją, mógł się skończyć. Maślak mogła zamrugać oczkami i podnieść się z tej chłodnej, zmokłej ziemi. 
— Wstań, proszę — mruczała przez łzy, jakby samą siebie próbowała przekonać, że wojowniczka jeszcze żyła. Że może wszystko było tylko omamem, złym snem. — Masz takie brudne futerko... Jak ty się chcesz wszystkim pokazać, co? — mamrotała cicho, dla innych kotów prawie niezrozumiale. — No już, proszę... Nie możesz tu zostać... Nie możesz... Nie możesz mi tego zrobić...
Poczuła, jak coś dotyka jej grzbietu. Gwałtownie odwróciła łeb w tę stronę, jak gdyby właśnie została ugryziona. Był to jednak tylko Orzeszek. Kiedy zrozumiała, że to on, jedynie smętnie powlekła wzrokiem z powrotem w kierunku córki, by po chwili opaść i z powrotem zacząć głośno szlochać.
— Maślanko... — miauknęła czule prosto do jej ucha. Nie poruszyło się. Nie strzepnęło. Nic. — Ty wiesz przecież, jak bardzo cię kocham — dodała zniekształconym przez płacz głosem przed tym, jak zamienił się w rozlazłe jęki. Położyła łeb na burym futrze. Mówiła coś o miłości, o tym, że bez niej sobie nie poradzi, że jest zbyt młoda, że nie zasłużyła, by skończyć w taki sposób... Sama już nie wiedziała, co wychodzi z jej ust. Bełkotała, nie mogąc zamilknąć.
Ciało pod nią zdawało się chłodnieć z każdą mijającą chwilą. Przez jej bezpieczny, ciepły zapach i odrażający odór jej zabójcy przebijało się coś jeszcze. Śmierć. Leżała z trupem, który nieustannie przypominał o tym, że już nie żył. Zaschnięta krew z sierści przechodziła na jej rude futro. Jej bok ani razu się nie poruszył. Już jej tu nie było, bez względu na to, jak bardzo jej matka nie chciała tego zaakceptować.
— Kajzerko... — wymruczał cicho i niepewnie Orzeszek. Nie zwróciła na niego uwagi. Nie teraz. Wciąż wtulała się w sierść zmarłej córki, głośno łkając. Zwracała ku sobie spojrzenia, albo może bardziej je odwracała, gdy koty nie chciały patrzeć na jej ból. — Jest mi tak przykro...
Powiedział coś więcej, lecz go nie słuchała. Miała wrażenie, że świat wokół niej wyparował. Była tylko ona i jej córka w wielkiej, pustej przestrzeni.
Kocur cicho przysiadł obok niej. Nie poruszyła się. Nie odrzuciła go. Było jej już wszystko jedno.

***

Wymyła ją dokładnie. Po raz pierwszy od wielu księżyców myła jej futro tak, jak gdy była kociakiem i nie potrafiła jeszcze zrobić tego sama. Jej maleńka Maślak... Kiedy ona tak wyrosła? Kiedy stała się wojowniczką, którą wysyła się na tak poważne wyprawy? Przecież w jej oczach wciąż była oseskiem ssącym z jej brzucha mleko. Nie powinna tam pójść. Powinna była ją powstrzymać.
Już nie pachniała śmiercią. Świergot natarła ją ziołami, szczególnie lawendą, która zakrywała przykre wonie. Zwinięto ją w kłębuszek, a nie rzucono na ziemię jak zwierzynę po patrolu. Wyglądała tak spokojnie, jakby spała. Kajzerka mogła przysiąc, że zobaczyła nawet na jej pyszczku delikatny uśmiech. Nie przestawała płakać. Nie mogła powstrzymać łez, które cisnęły jej się na powieki nawet wtedy, gdy mocno je ściskała. Bolała ją już pierś – mówili, że to od nieustającego łkania, lecz ona wiedziała lepiej. To jej serce trzaskało się na kawałki i przebijało ją od środka, jak kawałki połamanej kości.
Z utęsknieniem patrzyła, jak ciało Maślak (i innych zmarłych w bitwie z sępem kotów) znika pod warstwą świeżej ziemi. Chciała z nią ostatni raz porozmawiać, pożegnać się, chociaż kilkoma słowami. Zobaczyć błysk w jej oczach. Przynajmniej jeszcze raz wtulić nos w futro i poczuć jej zapach, jak jeszcze kilka chwil temu. Jakaś jej cząstka nadal nie rozumiała, że jej córka odeszła na zawsze. Wciąż liczyła na to, że się podniesie i przywita, a jutro zjedzą posiłek we wspólnym gronie. Wplecie jeszcze czerwone kwiatki w jej futro i powie, jak ślicznie wygląda...
Oparła się o Orzeszka i zamknęła oczy. Ten polizał ją po piersi, próbując jakoś ją pocieszyć, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Choć nie odpowiadała, była wdzięczna, że tu był.
Po śmierci Maślak nie miała tu w klanie nikogo innego.

08 czerwca 2025

Od Kajzerki CD. Czernidłaka

dawno
Phi! Jeśli Czernidłak myślał, że ONA czegoś nie zrobi, to był w straszliwym błędzie! Czym prędzej dobrała się do grzyba, zatapiając w nim zęby, odgryzając kawałek i przeżuwając tak, jakby był to najlepszy posiłek, jaki zjadła w całym swoim życiu. Nie zamierzała w końcu łowić myszy dla jakiegoś byle jełopa!
Kocur dobił do niej i również skosztował przysmaku, chociaż nie obejmował tego ich zakład. Niepotrzebnie. Skłamała mu, że był dobry, by jej nie wyśmiał. Tak naprawdę smakował obrzydliwie...
— ...Kajzerka? Czernidłak? — Usłyszała zza pleców zdziwiony, może nawet zdenerwowany głos Kaczki. — Co wy..?
— Na osty i ciernie! Nikt wam nie mówił, że grzyby są trujące, wy mysie móżdżki?! — zawarczała na nich Leszczyna, która pewnie, gdyby nikt jej nie zatrzymał, sama wytrąciłaby ich wyszukany posiłek spod pysków. Na szczęście, była tu z nimi Kaczka, która wręcz odruchowo zagrodziła jej drogę. Trujące? To w głębi trochę zaniepokoiło Kajzerkę... Co szybko to zdusiła. Pff. Trujące. Gdyby było trujące to na pewno ktoś by już jej dawno o tym powiedział.
— Spokojna głowa, Leszczyno! Nic nam nie będzie — zapewniła kotkę i pośrednio też jej nieco zaniepokojonego kolegę. Nawet ostentacyjnie strzepnęła łapą. — Nie musisz się już tak o nas martwić.

Resztę dnia spędzili na rzyganiu. Czujne oko Świergot, Pumy i w szczególności Orzeszka nie opuszczało tej dwójki, dopóki dostatecznie nie uszczuplili składziku krwawnika w lecznicy. Mimo paniki, którą wyczuwała w szczególności po swoim przyjacielu, ona pozostawała spokojna, przynajmniej na tyle, na ile można było być spokojnym po zjedzeniu śmiertelnej trucizny. Wyglądała nawet na... Zadowoloną?

Już parę dni później z głupkowatym uśmiechem na pyszczku pałaszowała mysz, którą złowił dla niej Czernidłak. Tak. Było warto. Zdecydowanie.

***

Cieszyła ją ta dobra, ładna pogoda. Najbardziej podobał jej się powrót kwiatów na dotychczas błotniste, puste łąki. W końcu miała na czym zawiesić oko. Chociaż woda to był jej żywioł, nie przepadała za deszczami w nagie drzewa. Wolała już, gdy spadał miękki, śnieżny puch, bo nim chociaż można było się pobawić. Ten pierwszy tylko pogłębiał nieprzyjemny mróz.
Ostatnio... Nie spędzała tak dużo czasu z Maślak. W końcu jej córka była już dorosła – nie potrzebowała swojej mamy tak samo, jak kiedy była młodsza. Czy to podobało się Kajzerce? Oczywiście, że nie. Musiała to jednak jakoś znosić. Przecież Maślak dorównywała jej już wzrostem, nawet jeśli w głowie jej matki wciąż była tym puchatym, słodkim maleństwem.
Zdążyła już porozmawiać z córką o Orzeszku. Mówienie swojej córce, że miała kogoś nowego było dla niej trochę dziwne, lecz ta przyjęła to z uśmiechem na pyszczku. Nie miała z tym żadnych problemów (zresztą, dlaczego by miała mieć... Nigdy nawet nie poznała swojego ojca, więc trudno, by zrodziły się u niej z tego powodu jakieś pretensje). Kilka razy nawet porozmawiała ze swoim ojczymem, co rozczulało serce kocicy. Jej marzeniem było, by Maślak zaczęła traktować go jak prawdziwego ojca, choć czuła, że mogła być już na to trochę za stara. No nic. Nie chciała stawiać jej takich oczekiwań – samo to, że się dogadywali, było już dla niej wystarczające.
W końcu udało im się znaleźć moment na zacieśnienie więzów. Wybrała się z nią na zbieranie świeżych, wiosennych kwiatów – może to trochę dziecinne i oklepane, ale z pewnością nie dla Kajzerki, która to uwielbiała.
— Najpiękniejsze zawsze się kryją na leśnych łąkach — mruczała, truchcikiem przemierzając Owocowy Lasek. Kierowała się bliżej strumyka, ponieważ wiele roślin lubiło towarzyszącą mu wilgoć. Oczy kotki zalśniły, gdy zobaczyła kępkę kwitnących bluszczyków kryjących się w cieniu jednego z drzew. Poczekała, aż bzycząca, pobierająca nektar pszczoła odleci i czym prędzej dobiła do rośliny. Delikatnie odgryzała główki z kawałkami łodyg tak, by wygodnie wpleść je w swoją sierść.
— Śliczne — skomentowała Maślak, pomagając matce wybrać te najładniejsze i najbardziej otwarte. Kajzerka nie musiała nawet prosić jej o pomoc w przyozdobieniu futerka, ponieważ ta bez pytania zaczęła dekorować jej sierść. Uśmiechnęła się do niej ciepło.
— Jeszcze tutaj. — Wskazała ogonem na brakujące, "łyse" miejsce. 
— Nie ruszaj się tak — rzuciła do niej żartobliwie Maślak, gdy jeden z wsadzonych przez nią w futro kwiatów odpadł. Kajzerka stanęła w bezruchu... Na pewien czas... Najbardziej, jak tylko umiała, to na pewno. Gdy wszystko było skończone, podeszła do potoku i nachyliła się nad płynącą wodą. Przez kilka uderzeń serca kotka wpatrywała się we własne odbicie. Wyglądała ślicznie.
— No, teraz pora na ciebie! — miauknęła do córki, odwracając się w jej stronę.
— Bardzo ci do twarzy z tym fioletem... Myślisz, że jaki kolor by mi pasował? — zapytała podczas oglądania się wokół w poszukiwaniu własnej ozdóbki.
Kajzerka zamyśliła się na chwilę.
— Hm... Na pewno fiolet, tak jak mi, bo masz to po mnie. Ale lepiej będzie, jeśli znajdziemy ci coś innego — zaśmiała się. — Żółć i pomarańcz mogą się zlać... Hmm... To może czerwień? Ładnie ci podbije bure futerko — zaproponowała w końcu. Maślak skinęła głową.
— A wiesz, gdzie mogą rosnąć czerwone kwiaty? — Podążyła za matką, która wyglądała, jakby znała drogę. 
— Ja wiem wszystko! 
Wpadły na polanę. Oczy Kajzerki bacznie skanowały otoczenie w poszukiwaniu roślin w wyznaczonym kolorze, lecz w tym miejscu ich nie było, albo kryły się w zaroślach. Był natomiast jeden biegający wokół kos, który jeszcze nie zauważył dwóch wojowniczek.
Oraz swojego łowcy...
Nagle z drzewa powyżej jak piorun wypadł Czernidłak, rzucając się z pazurami na bezbronną ptaszynę. Niestety, zeskakując zaszeleścił liśćmi, co spłoszyło ją spłoszyło. Kos wzbił się w powietrze, pozbawiając kocura zdobyczy na stos.
Kajzerka, zamiast się jednak przywitać ze znajomym, znów zwróciła się do córki.
— Patrz, a jemu by tak dobrze niebieskie pasowały! Tamte nawroty, które mijaliśmy, miały taki sam odcień, co jego oczy! — miauknęła głośno, wystarczająco, by zdezorientowany zwiadowca ją usłyszał.
— O, prawda!
— ...hę?
— Kurczę, grzechem by było tak to zostawić. Chodź, Czernidłak! — zaprosiła go ruchem łapki. — Jak ciebie przyozdobimy, to na pewno twojemu chłopakowi się spodoba!

<Czernidłaku?>

18 maja 2025

Od Kajzerki

porą zielonych liści
Tak właśnie mijały im ciepłe poranki, upalne południa i chłodne wieczory. Na ganianiu się w wysokich trawach, chowaniu wśród koron drzew, pluskaniu w kałużach, drzemkach razem na jednej gałęzi... Każdy już dawno zauważył, że coś było na rzeczy. Mało kto jednak mówił to głośno, a przynajmniej nie na tyle, by doszło to do uszu zakochanej pary. Zresztą, byli zbyt skupieni na sobie, by słuchać szeptów innych.
Gdy Kajzerka patrzyła w stronę Orzeszka, miała wrażenie, że raz jeszcze patrzy w pyszczek Bajgla. Nie dlatego, że wyglądał podobnie; na widok przyjaciela jej serduszko podskakiwało w dokładnie ten sam sposób, jak przed wieloma księżycami, gdy poznawała złocistego pieszczoszka. Miała pewność, że nie tylko ona czuła się w ten sposób. W oczach kocura widziała ciepły błysk, a kiedy tylko ocierała się o jego policzek, ten zawsze był rozpalony.
A przecież nie było w nim nic wyjątkowego. Orzeszek nie należał do charyzmatycznych rozrabiak, w których towarzystwie uwielbiała obracać się Kajzerka. Wręcz przeciwnie, w towarzystwie innych zawsze wyglądał niezręcznie i trzymał się z daleka od wszelkich kłopotów...
— Jak przyjemnie grzeje — Orzeszek wymruczał cicho, przeciągając się po ciepłej ziemi. Wojowniczka przyglądała się mu z uśmiechem i przymrużonymi oczami. Tylko ci najbardziej spostrzegawczy mogli zauważyć, że za fasadą pozornego zmęczenia kryła się mała, psotna iskierka.
Kiedy tylko kocur przymknął powieki, Kajzerka wypaliła w jego stronę, łapiąc go w "śmiertelny" uścisk. Gdy zobaczyła nagłą panikę wymalowaną na pysku Orzeszka, zaśmiała się. Przetoczyli się po trawach, gniotąc po drodze kilka polnych kwiatów.
Nigdy się nie spodziewał jej ataków. Nigdy nie był w stanie sam jej zaskoczyć, choć wielokrotnie naprawdę próbował. Za każdym razem i tak kończył przygnieciony pod ciężarem jej wielkich łap. Chyba powoli akceptował to, że nie był godnym przeciwnikiem dla kogoś tak obeznanego w psikusach, jak ona.
— I tu mnie masz — mruknął i przewrócił oczami, gdy tylko w końcu się zatrzymali. — Powinienem się już do tego przyzwyczaić...
— Jestem zdziwiona, że jeszcze nie zdążyłeś tego zrobić — przyznała, wciąż wbijając w niego zdziczały wzrok. Przeciągle westchnęła i na chwilę zamilkła, wpatrując się w jego pysk. Złapali intensywny kontakt wzrokowy.
A może właśnie kogoś takiego jej było trzeba? Spokojniejszego, pokorniejszego, który ratowałby ją przed realizacją wszystkich durnych pomysłów, które pojawiały się w jej głowie? Albo przynajmniej sprawiał, że realizowała je razem z nim, a nie innym mysim móżdżkiem...
Nagle Kajzerka zluzowała mięśnie, oparła łeb o pierś kocura i położyła się na nim. Poprawiła nieco pozę, by było jej wygodniej. Orzeszek nagle wstrzymał oddech; trudno było powiedzieć czy to przez onieśmielenie, czy wagę, która na nim wylądowała...
— Nie zgniatam cię za bardzo? — zapytała sennie, nosem wtulając się w jego krótką sierść.
— Tylko trochę... — parsknął cichym śmiechem.
I znów zamilkli. Jedynym, co można było usłyszeć, było mruczenie – to głośne i czułe Kajzerki oraz cichsze, bardziej nieśmiałe, Orzeszka.

***

porą opadających liści
Gdy już sen zszedł z ciężkich powiek kocicy, ta przeciągnęła się w swoim legowisku. Zapowiadało się na kolejny leniwy poranek...
Od dnia zgromadzenia, pierwszego od wielu księżyców, nie mogła przestać myśleć o spotkaniu z Mewim Puchem. Pf, jakim Mewim Puchem, jego ukochanym synkiem Bagietką! Nie sądziła, że jeszcze kiedyś go zobaczy. Marzyła o tym bardzo długo, lecz spełnienie tego marzenia wcale nie było takie, jakim je sobie wyobrażała...
Nawet nie zdążyła nawet go o nic zapytać. Kim był, co robił, czy był szczęśliwy... Tęsknił za nią przez całe życie, a może dopiero niedawno odkrył prawdę? W końcu tamta szara kotka (Mżawka? Czy dobrze pamiętała jej imię?) zwróciła się do niego "synku"... A gdy już mu zdradziła prawdę, musiała uciec! Nie mogła nawet spokojnie z nim pogadać, porządnie go wyściskać po rozłące. Kiedy spotkają się po raz drugi? Czy kiedykolwiek się spotkają po raz drugi? Co, jeśli widziała go już ostatni raz w życiu i nawet nie zdążyła ani razu w całym życiu usłyszeć, jak nazywa ją mamą?
Nie mogła nawet powiedzieć o tym Orzeszkowi! Nikomu nie mogła powiedzieć! Przecież nikomu jeszcze nie powiedziała, że była nocniaczką, to był jej sekret! Mimo wszystko miała wrażenie, że ten zauważał jej niepokój. Często pytał, czy wszystko było w porządku. Czasem odpowiadała na to pytanie nerwowym nie, czasem wybuchała płaczem. Różnie. Orzeszek nie zadawał większej ilości pytań, tylko wycierał jej smarki, co końcowo nie było wcale takie złe...
Kajzerka nie mogła jednak przeleżeć w jednym miejscu całego dnia! Jakby tylko Gruszka ją zauważyła, od razu wysłałaby ją na trzy patrolowe rundki dookoła terytorium. Już i tak wystarczająco zaszła temu zsiwiałemu borsukowi za skórę... Zamiast jednak spokojnie rozejrzeć się po obozowisku, przekąsić coś na szybko i wyjść na polowanie, wojowniczka pisnęła, gdy okazało się, że nie zeskakuje na pustą trawę. Zanim zdążyła się przekręcić, wylądowała prosto na raczej niezadowolonym z tej sytuacji... Malinku.
— Hej!!! Co ty tutaj robisz? — miauknęła ze zdziwieniem, schodząc z przygniecionego kolegi. Ten burknął coś niezrozumiale pod nosem, złożył się do kupy i otrzepał z kurzu. W końcu otworzył pysk, by coś jej powiedzieć, lecz zamiast słów wypadł z niego kaszel i dodatkowa porcja pyłu. — Ty jesteś naprawdę mysiomózgi, by przesiadywać zaraz pod legowiskiem wojowników!
— Czekałem na ciebie! Chciałem ci zrobić niespodziankę, ale nie moja wina, że śpisz jak popielica w nagie drzewa... — Zakaszlał jeszcze raz, tym razem definitywnie. — Ty też byś się w końcu zagapiła i znudziła, gdybyś koczowała tutaj przez pół ranka! Ale ja nie o tym. Wolisz, abym cię zbił tutaj, czy poza obozem?
Kotka osłupiała. Zbił..?
— Ale że jak?
— Oj tam, pogadał! Bo z pewnością mamy o czym pogadać — mruknął, machając ogonem. Żadne słowa Malinka nie pomagały jej w zrozumieniu, co ten miał na myśli. Zrobiła coś złego? Może nadal miał jej za złe tego chrząszcza, którego ostatnio podrzuciła mu do legowiska...
— No to poza? — odpowiedziała nadal zdezorientowana i podążyła za wojownikiem, który natychmiast przyspieszonym krokiem wyszedł poza obóz. Zapuszczał się głębiej w las, a w jego towarzyszce narastał niepokój. Malinek lubił robić jej kawały, nawet te niekonwencjonalne, lecz coś jej podpowiadało, że tym razem nie planował wywinąć jej psikusa...
— No to tak, powiem ci to prosto w oczy... — W końcu stanął przed jednym z drzew, obrócił się w jej stronę na pięcie i usiadł. Wyglądał, jakby chciał poważnie owinąć ogon wokół swoich łap, lecz ten ciągle podrygiwał, rzucając się na wszystkie strony. — Musisz zacząć się szanować!
Miała nadzieję, że jego słowa coś mu wyjaśnią, lecz wyglądało na to, że wszystko szło w drugą stronę.
— Ale o co ci chodzi!? — miauknęła w końcu, nie tyle, co zirytowana, co już zgłupiała. — Przestań być taki tajemniczy i po prostu mów! — poprosiła, nerwowo odchylając do tyłu uszy.
— Chodzi mi o Orzeszka!
— Orzeszka? A co masz do niego?
— To, że latacie wokół jak dwa zakochane ptaszki od tylu księżyców! Wszyscy to widzą, wszyscy to słyszą, a nowinek brak! To fajny kolega, lubię z nim poplotkować, ale nie przesadzajmy! Co, jeśli tylko się tobą bawi? — zapytał zmartwionym tonem. — Przecież już dawno powinien cię zapytać o związek.
Początkowo Kajzerka patrzyła na swojego przyjaciela z niedowierzaniem, które z każdym następnym słowem zamieniało się we wściekłość. Nawet jego ckliwy ton nie powstrzymał pojawiającego się na pysku kocicy grymasu.
— Kto ci pozwolił tak o nim mówić? — fuknęła wpierw, robiąc pojedynczy krok w tył. — W ogóle go nie znasz. To kot o złotym sercu, który nigdy by mnie nie wykorzystał i jak widać, ty tego nie rozumiesz!
— Tylko nie sądzisz, że już dawno powinniście być już partnerami? Może coś ukrywa, nigdy nie wiesz takich rzeczy! — Nadal próbował ją przekonać.
— Nie masz prawa mu nic zarzucić! Orzeszek nie musi nić robić, by ci cokolwiek udowadniać. Ja wiem, że mnie kocha i to jest dla mnie najważniejsze.
— Naprawdę chcesz być z kimś, kto nigdy ci nie powie, co tak naprawdę między wami jest?
Wojowniczka milczała przez chwilę, po czym nieoczekiwanie nasyczała na kompana.
— Tak! Ktoś taki jest o wiele lepszy niż przyjaciel, który tak naprawdę chce mi zepsuć moją relację!
— Ale... Ale ja tego nie powiedziałem! — wykrzyczał spłoszony Malinek, ale Kajzerka nie chciała już go słuchać.
— A ja nie potrzebuję rad od kogoś, kto nie ma w tej kwestii żadnego doświadczenia — burknęła, odwracając się od wojownika. — Nie musisz się wtrącać w nieswoje sprawy, szczególnie jeśli ci się tak nie podobają. — W końcu zaczęła odchodzić. Nie zamierzała z nim dalej rozmawiać, jeśli chciał obrażać jej bliskich.
— Oj Kajzerka, nie bądź taka! Przecież ja nie chcę dla ciebie źle, uwierz mi! Po prostu zwracam ci uwa... — Malinek podążył za nią wolniejszym krokiem. Odpowiedziała mu bez ruszania głową:
— Nie chcę tych uwag. To, co jest między mną a Orzeszkiem powinno zostać między nami. Nie potrzebujemy wścibskich nosów, które wpychają się tu bez pytania — mruknęła nieprzyjemnie, po czym przyspieszyła kroku, odchodząc między drzewa i krzewy. Malinek wyraźnie chciał za nią pójść, lecz po wpatrywaniu się przez parę uderzeń serca w odchodzącą sylwetkę przyjaciółki, w końcu zrezygnował i westchnął.

***

Znów byli razem. Znaczy, ona i Orzeszek, oczywiście. Deszcz zaskoczył ich, gdy wybierali się na Wrzosową Polanę i potrzebowali miejsca schronu – stała się nim Upadła Gwiazda, która akurat znajdowała się niedaleko. Krople odbijały się ze stukotem o jej twardą powłokę, stanowiąc dużo lepszą ochronę niż las.
Tym razem jednak Kajzerka nie brykała wokół wesoło jak kocię. Nie paplała, opowiadając od godziny tę samą, słyszaną już przez wszystkich parę razy historię. Właściwie nic nie mówiła. Siedziała przy krawędzi roztrzaskanego samolotu, wpatrując się w ziemię.
Czarny podszedł bliżej i otarł się o jej bok.
— Wszystko w porządku? — zapytał cicho. — Wydajesz się dzisiaj jakaś taka... Nie w sosie — dodał żartobliwie po chwili.
Kajzerka jednak, zamiast głośno się zaśmiać, jedynie westchnęła.
Myślała o słowach przyjaciela. O tym, że może Orzeszek coś przed nią ukrywał. Oczywiście wcale nie wierzyła jego słowom, ale to zasiało w niej inny niepokój. Właściwie to ona ukrywała coś przed nim...
W końcu nigdy nikomu tak naprawdę nie zdradziła swojej historii. Znaczy się, były zarówno niewygodne plotki, jak i koty, które ją znały (takie jak Sówka, z którą poznała się na zgromadzeniu, czy Świergot, którą rozpoznała ją po ostrzeżeniu Sroczej Gwiazdy), lecz po przyjściu do Owocowego Lasu... Właściwie nie poruszała z nikim tego tematu. Była to część jej przeszłości, której nie było warto rozgrzebywać. W końcu, gdyby wszyscy o tym wiedzieli, mogłoby jej tu nie być. Nawet jeśli do tych miejsc nie dosięgał kodeks wojownika, mało kotów było chętnych do przetrzymywania u siebie wygnanego zdrajcy.
— Rozumiem, że ta cisza oznacza nie — wymruczał, gdy nie otrzymał od niej odpowiedzi. — Jeśli coś cię trapi, to wiesz, że możesz mi to powiedzieć.
Przełknęła nerwowo ślinę, zastanawiając się, czy był to dobry pomysł. Nie powinna była tego zaczynać...
— A jak ci powiem to... Nie zostawisz mnie? — miauknęła, spoglądając kocurowi w oczy.
— Oczywiście, że nie! Na Wszechmatkę, chyba nikogo nie zabiłaś, prawda?
Spojrzała na swoje łapy, próbując zebrać myśli.
— ...prawda? — dodał przestraszony, nieznacznie się od niej odsuwając.
— Nie! Nie — odpowiedziała natychmiast Kajzerka. To tylko żart, czy naprawdę widział w niej takiego kota? — To... Coś innego.
Orzeszek skinął głową.
— Możesz mówić. Słyszałem już tyle różnych opowieści, że naprawdę, niczym mnie nie zdziwisz — zapewnił kotkę, która nerwowo podrygiwała ogonem. Próbowała w głowie ułożyć sobie słowa, ale te rozsypywały się na wszystkie strony, tworząc jeden wielki chaos.
— No to... Wiesz, skąd jestem? — zaczęła, przebierając łapkami.
— Nie chciałem pytać. Podejrzewałem, że to nie jest dla ciebie zbyt szczęśliwa historia. No i te głupie plotki...
— Były prawdziwe — wymamrotała pod nosem i położyła po sobie uszy.
— Słucham?
— Były prawdziwe. Jestem wygnańcem z Klanu Nocy.
Orzeszek zamrugał parę razy, patrząc na nią z wyraźnym zaskoczeniem.
— Naprawdę? Myślałem, że to tylko zbieg okoliczności... W końcu nie wyglądałaś na zdrajczynię. Nadal nie wyglądasz. Dlaczego..?
— Nie wiem, dlaczego ci nie powiedziałam tego wcześniej — odpowiedziała od razu, pociągając głośno nosem.
— Chodzi mi o to, dlaczego cię wygnano? — sprecyzował Orzeszek. — Pamiętam tylko to, co mówiły owocniaki niedługo po tym, jak dołączyłaś. Wiesz, że byłaś nielojalna, bratałaś się z obcoklanowcami... — wymieniał. — Puściłaś się z pieszczochem... — dodał cicho, jakby nie chciał, by kotka to usłyszała. Niestety to nie wystarczyło. Kajzerka spuściła głowę.
— Pewnego dnia zauważyłam na naszym terytorium dwunogów. Rozbili tam jakiś obóz, nie wiem, nieważne. Mieli także ze sobą swojego piecucha i wystawili dla niego jedzenie. No i... Nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, by spróbować. Poznałam ich pupilka, a potem jakaś głupia ciekawość kazała mi tam wrócić. I właśnie wtedy wpadłam w ich pułapkę. Złapali mnie w jakiś "transporter", zabrali do brzucha potwora, nałożyli na szyję obróżkę i... Zostałam pieszczoszką — opowiadała, przez cały czas machając ogonem. — Chciałam wrócić do domu. Naprawdę! Było mi tam bardzo dziwnie, nawet pomimo tego, że dawali jedzenie, głaskali mnie, poświęcali uwagę... No a Bajgiel był jedynym kotem, z którym mogłam o czymkolwiek porozmawiać. Bez niego bym tam chyba oszalała — zaśmiała się słabo, po czym od razu wróciła do smętnej miny. — Zbliżyliśmy się do siebie. Nawet bardzo. Wszystkie starsze koty zawsze mnie ostrzegały przed kotami spoza klanu, pieszczochy uznając za leniwe mysie móżdżki, ale on nie był taki. Robił wszystko, bym poczuła się tam dobrze. Był bardziej troskliwy niż niejeden wojownik Klanu Nocy. Byliśmy partnerami. Znaczy, nie wiem, czy kiedykolwiek mnie o to zapytał, ale na pewno tak uważaliśmy. Planowałam z nim uciec z powrotem do klanu, tak, by wszyscy byli szczęśliwi, ale on nie chciał odejść. Podobało mu się takie życie, ale ja ciągle tęskniłam. I w końcu, gdy zwęszyłam okazję, po prostu stamtąd uciekłam. Szwendałam się po mieście, próbując odnaleźć drogę do domu. Po kilku wschodach słońca w końcu wróciłam i nie posiadałam się z radości! To był koniec! — Uśmiechnęła się na wspomnienie o szczęściu z zobaczenia terenów swojego klanu, przyjaciół, znanego jej dobrze obozowiska. Niestety i ono zostało prędko roztrzaskane. — Kiedy tylko Srocza Gwiazda wysłuchała mojej historii, uznała mnie za zdrajcę. Właściwie, nie tylko ona. Wielu wojowników też. Już miała mnie wygnać, ale...
— Kocięta? — przerwał jej Orzeszek, który do tej pory jedynie przytakiwał na każde wypowiedziane przez nią słową.
— Tak — miauknęła, ponuro skinając głową. — Kocięta. Zemdlałam, a gdy obudziłam się u medyczki, ta powiedziała, że jestem brzemienna. Kazali mi odejść, kiedy tylko urodzę. Ten okres był straszny — przyznała, przypominając sobie o groźnej minie przywódczyni, ostrych słowach Różanej Woni i ostatniej rozmowie z Karasiową Ławicą. — Powiedzieli mi, że mogę zostawić kocięta tam, lub wziąć je ze sobą. Tak długo nie mogłam się zdecydować. Wiedziałam, że samotność i ta niepewność mnie rozsadzi. Chciałam uczestniczyć w ich życiu. Chciałam patrzeć, jak dorastają. Nie chciałam, by nocniaki im coś wsadziły do głowy i mnie... Znienawidziły. A z drugiej strony tak okropnie się bałam, że biorąc je ze sobą, je stracę. Oprócz tych paru dni, kiedy szukałam ścieżki prowadzącej mnie do klanu, nigdy nie prowadziłam samotniczego życia. Przecież czekało nas tam tyle niebezpieczeństw. Nie mogłam być pewna, że sobie poradzę i je wykarmię. Mogło się stać tyle różnych rzeczy, a gdyby tylko... Umarły — wydusiła, ledwo przesuwając to słowo przez gardło — nigdy bym sobie tego nie wybaczyła.
Kocur nadal jej dokładnie słuchał, a gdy urwała, przysunął się trochę bliżej. Owinął ogon wokół jej pleców, co dodało jej odrobiny otuchy.
— Byłaś bardzo odważna, biorąc ze sobą tu Maślak — miauknął, chcąc ją pocieszyć. Jąkał się, widocznie niepewny tego, co powinien powiedzieć, ale Kajzerka nie zwracała na to uwagi. Mógłby nie mówić nic; jego sama obecność sprawiała, że czuła się nieco lepiej.
— Ale... Ty nie wiesz. — Pokręciła głową, znów odwracając wzrok w stronę deszczowej scenerii. — Maślak nie jest moim jedynym kocięciem.
Pomimo że widziała go tylko kątem oka, zauważyła, jak Orzeszek otwiera szeroko w szoku oczy.
— ...co się stało z resztą?
— Był jeszcze jeden. Nazwałam go Bagietka — wymruczała, a jej oczy nagle się zaszkliły. Właściwie, sama była zdziwiona, że wytrzymała tyle bez płaczu. — Malutki, czarnobiały... Słabo go pamiętałam. Może dlatego, że to go pozostawiłam w żłobku Klanu Nocy, pod opieką innej karmicielki, gdy był zaledwie oseskiem. Przed odejściem nakarmiłam go, umyłam, porządnie przytuliłam, a później... musiałam odejść...
Jej głos co parę słów załamywał się, zlepiając wszystkie litery w jedno, na wpół zrozumiałe bagno. Ciągle siąkała nosem i wypuszczała z oczu łzy, lecz nie opierała się nim. Nie mogła ich już powstrzymać.
Wcisnęła głowę pod brodę swojego towarzysza, kuląc się jak kociak. Ten jednak nie protestował. Nie pisnął nawet słówkiem.
— I pomyślisz teraz, że to smutne. Że tęsknię, bo nie widziałam go już od tak wielu sezonów. Ale... Ja go spotkałam — mówiła ciszej, wyraźnie płaczliwym tonem. — Na ostatnim zgromadzeniu podszedł do mnie. Powiedział mi, że szuka swojej mamy.
Orzeszek otworzył pysk, by coś powiedzieć, ale nie mógł znaleźć odpowiednich słów.
— Nawet go nie rozpoznałam. Myślałam, że to może jakiś wyrośnięty uczeń, który jeszcze się nie odnajdował na skale. Nie wiem.
Pauza.
— Jaka matka nie jest w stanie rozpoznać własnego kociaka? — wydukała, pogrążając się w ciężkim, brzydkim płaczu. Opadła na ziemię, chowając w łapkach swój pysk. Przez jej głowę przemykało tyle myśli, że próba wyrażenia ich kończyła się jedynie bełkotem.
— Ostatni raz widziałaś go wiele księżyców temu. Mało kto by kogoś takiego rozpoznał — odpowiedział, wpatrując się w leżące obok niego duże, futrzaste zawiniątko, które wydawało z siebie żałosne dźwięki.
— Jestem... Jestem okropną mamą... — bąknęła, mocno się jąkając.
— Nie mów tak — miauknął natychmiast Orzeszek. — Nie jesteś złą matką. Zrobiłaś to, co wtedy było dla ciebie słuszne. Zostawiłaś go tam w trosce o jego dobro.
— Był sierotą... Każdy w klanie wiedział, że jest dzieckiem zdrajcy... Musiał się czuć jak wyrzutek... — mruczała cicho pod nosem, na wpół do niego, na wpół do siebie.
Poczuła ciepłe ciało kocura u swojego boku. Położył się przy niej, pozwalając, by ta wtuliła się w jego futro. Nastała między nimi cisza, przerywana głośnym pociąganiem nosem, łkaniem i uspokajającym, niepewnym mruczeniem.
Lejący się przed nimi z nieba deszcz stopniowo słabł, zamieniając się w lekką mżawkę, aż w końcu stukot kropel całkowicie ustał. Słońce grzało i świeciło coraz słabiej. Powinni już wracać, ale żadne z nich nie powiedziało tego głośno. Kajzerka zupełnie o tym zapomniała. Pogrążyła się w smutku, który kotłował się w niej do tej pory. Potrzebowała tego przysłowiowego ramienia, w które mogła się wypłakać, a które stanowił w tej chwili dla niej towarzyszący przez ten cały czas stróż.
— I jeszcze... dziś... — Podniosła głowę — pokłóciłam się z Malinkiem. Chciał mi coś powiedzieć, ale ja na niego nakrzyczałam i teraz na pewno jest na mnie zły.
Źrenice w ognistych oczach Orzeszka nagle się rozszerzyły.
— Rozmawiałaś z nim dzisiaj?
— T-tak — wymruczała, zastanawiając się, czy powinna mu wyznać o czym. Przez chwilę ze sobą walczyła, aż w końcu dała za wygraną. Już i tak dziś powiedziała mu o wiele za dużo. — Powiedział mi, że możesz mnie oszukiwać. Że może... Może nie jesteśmy partnerami, bo coś przede mną ukrywasz albo bawisz się moimi uczuciami — szepnęła, przerywając na kilka uderzeń serca. — I wtedy ja zaczęłam cię bronić, bo wiem, że tak nie jest i posunęłam się chyba trochę za daleko... I potem sobie pomyślałam, że to ja przecież tyle ukrywałam przed tobą no i...
— On też do mnie przyszedł — westchnął, wcinając się jej w słowo. Zaskoczona Kajzerka spojrzała w jego pysk. Nie obraził się na nią całkowicie? — Powiedział mi w sumie to samo, ale w drugą stronę. Że mam coś w końcu z tym zrobić, bo zasługujesz na kogoś, kto postawi ci sprawę jasno. I... miał rację. — Przez cały czas Kajzerka nie odrywała od niego oczu, licząc, że w końcu padną słowa, na które czekała. — Bałem się, choć wszyscy wokół mnie do tego przekonywali. Jakoś... Nie wiem. Miałem wrażenie, że to wszystko sobie wymyśliłem, że to kolejna bajka, jaką ułożyłem w swojej głowie. W końcu z wieloma kotami zachowujesz się podobnie. W sensie! Jesteś bardzo uczuciowa i wylewna. Coś mi mówiło, że może te wszystkie spotkania były czysto przyjacielskie, a robiąc krok zrobiłbym z siebie mysiego móżdżka.
Urwał na chwilę.
— Podobałaś mi się od dawna — wymamrotał nieśmiało, uciekając wzrokiem. — Ale bałem się podejść. Nie wiedziałem, jak się to robi. Przypływ czasem szturchała mnie nosem, bym w końcu do ciebie zagadał, ale sam nie mogłem się do tego zmusić. A kiedy ty zaczęłaś ze mną wychodzić na ziołowe patrole, nadal myślałem, że jeśli tylko coś zrobię, to to zepsuję. Rozmawialiśmy częściej i częściej, byliśmy ze sobą bliżej... Jakoś nie zauważyłem tego upływu księżyców. Jakoś wciąż nie mogłem się przemóc. Kiedy dziś Malinek powiedział mi o tym, nagle to wszystko zrozumiałem. Przepraszam cię, Kajzerko — miauknął i położył po sobie uszy. — Nie wiem na co liczyłem przez ten cały czas.
— Nie musisz mnie przepraszać — odpowiedziała natychmiast, ale kocur kontynuował, jakby zupełnie jej nie słyszał:
— Chciałem to dzisiaj zrobić. Dlatego szliśmy na Wrzosową Polanę. Chciałem ci wręczyć kwiaty w twoim ulubionym kolorze... Wydaje mi się jednak, że ta rozmowa potoczyła się za daleko, by teraz ją przerywać i tam iść. Szczególnie że się rozpadało — zaśmiał się delikatnie, nerwowo przebierając łapkami. — No więc... Tak. To wszystko na pewno zabrzmi głupio, ale... Uwielbiam twoje towarzystwo. Jesteś bardzo żywiołowa i zawsze ubarwiasz tym każde nasze spotkanie i rozmowę. Nie wiem, czy można się w ogóle z tobą nudzić. — Uśmiechnął się. — Nawet nie wiedziałem, że mogło mi brakować kogoś takiego jak ty. Naprawdę doceniam każdy moment i teraz nie wyobrażam sobie, że mogłoby cię tu nie być. Bardzo cię podziwiam za to, że jesteś tak pewna siebie, niczego się nie boisz. Mówisz bez jąkania i robisz to, co chcesz, nie zważając na ryzyko. Właściwie... Poza dziś i kilkoma innymi razami nie widziałem, byś płakała. Jesteś wiecznie tak radosna, że zarażasz tym innych. Mnie również.
— Iii? — miauknęła przeciągle, ucieszona wszystkimi komplementami.
— I naprawdę... Naprawdę się zakochałem — przyznał w końcu, na co jej oczy zaśmiały się wesoło. — Chciałbym, byśmy byli oficjalni. Czy chciałabyś zostać...
— Tak! — wrzasnęła, nie pozwalając mu nawet na dokończenie zdania. Przytuliła się do niego, mrucząc głośno. Głowę oparła o jego łeb, zakrywając połowę twarzy Orzeszka swoją długą sierścią. — Wiesz, że ja też cię uwielbiam, prawda? — wymruczała z zamkniętymi oczami.
— Wiem — odparł, chichocząc cicho. — I wiem też, że jeśli nie pofatygujemy się do obozu, to Sówka zacznie zjadać sobie futro, zastanawiając się, co nas zjadło. Przecież wiesz, jak było z Kamyczkiem! Chcesz, by znowu miała łyse placki?
— Ale jesteś taki wygodny... — miauknęła cicho, jak przez sen, moszcząc się wygodniej na ziemi.
— Obiecuję ci, że będę równie wygodny w obozie — zapewnił kotkę, wstając z miejsca. Otrzepał się z pyłu, który zdążył na nim osiąść. — Chodź. Nie chcesz się tłumaczyć poszukiwawczemu patrolowi — dodał po chwili. Niezadowolona Kajzerka przeciągnęła się, wyginając swój grzbiet, ziewnęła i poszła za ukochanym. Ani na chwilę nie traciła z pyska uśmiechu.