BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pietruszkowa Błyskawica x Terpsychora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pietruszkowa Błyskawica x Terpsychora. Pokaż wszystkie posty

01 czerwca 2025

Od Terpsychory CD. Pietruszkowej Błyskawicy

W końcu przybyli.
Trwało to znacznie dłużej niż początkowo przewidywała szylkretka. Zaczynała się już irytować; nie po to przeszły tyle, nie przedzierały się przez to przeklęte miasto, przez te “urocze” ogródki Dwunożnych, obserwowane przez szydzące ślepia przeklętych, leniwych i tłustych pieszczochów, szepczących i chichoczących pod nosem. Jednak od początku mówiła samej sobie, że sama pierwsza nie pójdzie, nie stawi się w obozie. Duma jej na to nie pozwalała. Wiele, bardzo wiele księżyców temu postanowiła, że jej łapa już tam nie postanie. Żywa czy martwa; nie chce widzieć tej uciskającej, przeklętej jaskini, gdzie odebrano jej resztki godności, gdzie wciąż czuć smród jej kary i mleka, które wciskano tym zaszczanym, żałosnym bachorom, tym pomiotom Srokoszowej Gwiazdy. To wszystko dalej nim cuchnie.

Ale doczekała się. W końcu mogła zacząć to, co powinna zrobić już dawno temu, może jeszcze za czasów uczniowskich, zanim odeszła.
Szczerze powiedziawszy, spodziewała się liczniejszej delegacji.
Pamiętała kotkę, która stała na samym przodzie. Nie umiała przypomnieć sobie jej imienia, ale była do jej piersi przyczepiona jedna bardzo ważna łatka - to matka tego parszywego kocura, który zatruwał jej młode księżyce. Jej pysk był łagodny, przyjazny, można by było powiedzieć, że wręcz kocięco ufny, gdyby nie to, że był niemal całkowicie pokryty siwymi niteczkami, a oczy, chociaż pełne ciepła, zmęczone i rozedrgane.
Kot stojący za nią również był wiekowy; jego pysk, chociaż wtedy wciąż błękitny, gdzieś pozostał w jej pamięci. Jego postać, chociaż zmarnowana przez długie księżyce służby, była pokaźna, silna. Oczy, chłodne i stanowcze; zupełnie niepodobne do zielonej, zapraszającej łąki…
Specjalnie pokierowała teraz wzrok na młodsze postacie. Nie znała ich; nie miała jak. Po jednej stronie stała kremowa, widocznie bardzo dumna kotka o ostrych rysach; jej kły zapewne również takie były. Patrzyła nieufnie; wyzywająco… Czujnie. Z każdym ruchem szylkretki, ciało Klifiaczki delikatnie drgało, jakby miało zaraz wystrzelić do ataku; jednak hamowała się.
Po drugiej czekała brązowa wojowniczka; widocznie młoda, ale pewna i spokojna. Jej wzrok szybował między samotniczkami, jakby chciał zapamiętać szczegóły każdej z nich. Pomarańczowe ślepia skakały, zaglądały nawet tam, gdzie przez ciemność, nic nie mogły dostrzec. Ta uważność zaciekawiła Terpsychore; kotka jakby czegoś szukała lub kogoś… Nie było jednak możliwe, aby znała którąkolwiek z jej towarzyszek.
W końcu zaszczyciła swoją uwagą ostatniego członka patrolu.
Kiedy jej zielone ślepie skrzyżowało się z tak charakterystycznymi oczami Pokrzywowych Zarośli, pokaźny wojownik zadrżał. Samotniczka posłała mu delikatny, niemal nieśmiały uśmiech. 
"Oh… Mój malutki Pokrzywek… "
Bez chwili zawahania, kocur zaczął przeciskać się między pozostałymi, stojącymi na przodzie, kotkami. Kiedy stanął bezpośrednio przed siostrą, wydawał się już być na granicy płaczu.
— Taniec? — wydukał cicho słabym głosem. Reszta milczała. Najstarszy wojownik, stojący teraz jako jedyny na tyłach, skrzywił się widocznie. Za to bura szylkretka rozwarła pysk, jakby ją samą olśniło. Młodsza część delegacji stała zdezorientowana.
— Ah… Czy to możliwe..? — wyszeptała Liściasta Gwiazda, odwracając się do Dzwonka, który nie odpowiedział. Chciała coś jeszcze powiedzieć, tym razem do samej liliowej, ale przerwała jej.
— Oh Pokrzywku — wymruczała czule, spoglądając na rozedrganego pysk brata. — Mój mały braciszku. Jak się cieszę, że znów cię widzę. Tak się ciesze, że nic ci nie jest… — Rzucił się mu na kark, zakładając łapy na barki, krzyżując je na kłębie. Jaskółka nieznacznie się nastroszyła; była zdezorientowana i przez moment myślała, że samotniczka rzuca mu się do gardła. Bura jednak zatrzymała ją.
Zabliźniony pysk wtopił się w gęstą grzywę. Terpsychora była szczerze szczęśliwa, że go widzi, że jest cały i drowy. Przynajmniej go nie zdołali jej odebrać. On na pewno wciąż jest dobry.
Wojownik położył brodę na jej chudej szyi, liżąc delikatną sierść. Mruczenie rodzeństwa było głośne, niemal wypełniało szopę. Nikt nie chciał przerywać tej chwili czułości.
Liściasta Gwiazda odetchnęło z ulgą; teraz przecież nic nie mogło pójść źle.
W końcu dwójka oderwała się ze swoich objęć. Przez chwilę stali jeszcze, dotykając się czołami. Teraz można było łatwo zauważyć podobieństwo, które czaiło się w szczegółach na ich pyskach. Mimo że sylwetkami od zawsze bardzo się różnili (no może prócz wysokiego wzrostu), gdyż Pokrzywek podobny był z postury do ojca, a Taniec wręcz przeciwnie; była to kopia Srebrnej Szadzi.
— Prz-przepraszam was bardzo, rozumiem, że to dla was, moi drodzy, bardzo ważna, bardzo niesamowita chwila, lecz czy moglibyśmy… — powiedziała serdecznie, nieco nieśmiała, przywódczyni Klifiaków, robiąc krok do przodu, wyglądając zza Pokrzywowych Zarośli. Zdrowe oko samotniczki przeniosło się na jej postać. Przez chwile pojawiła się w nim zniecierpliwiona iskierka; starsza jednak nie zauważyła jej. Zanim zdążyła dokończyć, Terpsychora odsunęła się od brata i przybrała przyjazną maskę.
— Ah! Oczywiście, wejdźcie. Na zewnątrz jest nieprzyjemnie, chłód wszędzie, zimny wiatr przedziera się nawet przez szczeliny w ścianach, nawet budowle Dwunożnych nie są w stanie go zatrzymać. No, ale na pewno jest tutaj przyjemniej, cieplej, niż poza. Nie jak w jaskini i obozie, ale… Ale jest dobrze — mówiła prędko, raźnie i z uśmiechem. Bura odwzajemniła te energie, podobnie Pokrzywa. Reszta Klifiaków była bardziej sceptyczna; kroki były krótkie, ostrożny, wzrok rozedrgany, czujny… Każdy z nich patrzył w inną stronę; spoglądał na inną towarzyszkę liliowej. Większość pozostawała nieco w cieniu, ale ich roziskrzone ślepia były niczym świetliki, niczym bardzo niebezpieczne świetliki. Jedynie wielka, srebrna kocica siedziała może krok za jednooką, pozostając w pełni na widoku. Wypychała pierś, jakby chciała pokazać, jaka jest ogromna i pokaźna. To właśnie jej obecność najbardziej przeszkadzała grupce wojowników. W końcu Taniec zwróciła się bezpośrednio do Dzwonkowego Szmeru, który prowadził wojnę na spojrzenie z Zośką, której wzrok spod lekko przymrużonych ślepiów wręcz atakował pointa.
— Nie przejmujcie się! Nie mamy złych zamiarów, po prostu… Ta szopa stała pusta, puściutka, a deszcz tak ciął, kiedy dotarłyśmy do granicy… Jakoś tak zostało, że nigdy nie opuściłyśmy jej. Rozumiecie, tak tutaj przyjemnie i bezpiecznie. — Posłała uśmiech czekoladowej, która delikatnie go odwzajemniła.
— To tereny Klanu Klifu — syknął nagle starszy wojownik, odrywając oczy od srebrnej, na co ta wyszczerzył się z triumfem do stojącej obok niej niemal całej czarnej samotniczki. Obie parsknęły cichym śmiechem. Dzwonek znów prychnął, tym razem w ich stronę.
— Oh tak tak! Wiem to, oczywiście, że to wiem — rzuciła przez bark. Złapała w zęby jakiś stary worek, który zostawili po sobie Bezwłosi. Skinieniem łba zaprosiła Klifiaków, aby na nim przysiadli. Liliowy kocur i bura szylkretka bez zawahania podreptali tam; reszta w końcu też się usadowiła. — Gdyby ta szopa nie była w miejscu, w którym jest, nigdy byśmy w niej nie zostały. Przecież to oczywiste — zaśmiała się.
— Myślisz, że nie mamy innych zmartwień na głowie? Że możesz sobie tak po prostu przyleźć, nie obchodzi mnie, kim jesteś, czy tam byłaś, i żerować na NASZYCH terenach? Jeden parszywy samotnik to za wiele, a co dopiero cała zgraja. A ta — Tutaj wskazał na Żelazną Zośkę — Ta to pewnie zeżarła już tyle, co cały Klan Klifu. — Dzwonkowy Szmer wrogo odsłaniał zęby.
— Dzwonkowy Szmerze, proszę, uspokój się… — mruknęła do niego Listek. — Przyszliśmy tutaj jako przyjaciele — powiedziała to wpół do niego, a wpół do grupy kotek, siedzącej naprzeciw. — No ale właśnie… Co się stało? Jak to się stało, że tutaj jesteś? No i kim są twoje towarzyszki? — Pierwsze dwa pytania aż przesączone były troską, niemal matczyną, a ostatnie zabarwione ogromną ciekawością.
— Ale ze mnie gapa! — zaśmiała się z samej siebie Taniec. Po kolei podchodziła do kotek i przedstawiała je. Miały to wszystko ustalone. Kiwały głowami, sprawiały wrażenie lekko zdenerwowanych. Świetnie odgrywały swoje role. Każda robiła to naturalnie, zabarwiając je o kapkę prawdziwego charakteru. Walka pozostawała stoicka i opanowana, chociaż ogon jej drżał. Sola i Natta siedziały bokami przylepionymi do siebie i w międzyczasie podszeptywały coś do siebie, jakby komentowały ze zdenerwowania wszystko, co się dzieje. Skorek mamrotała pod nosem, biegając wzrokiem po zgromadzonych w szopie kotach, co kilka chwil posyłając komuś niezgrabny uśmieszek. Zośka wpatrywała się głównie najstarszego wojownika, tocząc z nim dalej cichą wojnę. Najlepiej grała Jagienka. Tylko że wszyscy wiedzieli, że uzdrowicielka wcale nie musi nakładać na pysk maski. Była zestresowana, była rozedrgana. Siedziała skryta za ogonem olbrzymki, nie chcąc, aby ktokolwiek zwracał na nią uwagi.
— W takim razie miło mi was wszystkie poznać — powiedziała serdecznie Listek, odwracając się kolejno do reszty patrolu. Jej wzrok jakby wymusił ich do zgodzenia się z tym; pokiwali głowami, niektórzy bardziej, inni mniej szczerze. — Ale to nie wyjaśnia twojego powrotu… Ah! Nie mówię, że źle, że wróciłaś. Wybacz, nie pamiętam dokładnie, dlaczego nas opuściłaś, to było tak dawno temu… Ale wasza matka na pewno się tak ucieszy, prawda Pokrzywowe Zarośla? — zwróciła się po części do niego, a po części do samotniczki.
— A więc mama ma się dobrze? — Oczy Terpsychory otworzyły się szerzej. Brat skinął lekko łbem. Bał się, że zaraz będzie musiał powiedzieć coś jeszcze. — Jakże się ciesze! Jakże dobrze, oh! Jaka nowina dobra! Braciszku, nie smuć się. Wiem, co chcesz mi powiedzieć… — Jasnomorskie oczy zmrużyły się skonfundowane. — J-ja miałam sen pewnej nocy. Straszny, okropny wręcz sen… — Tutaj na moment stanęła, udając, jak gula żalu grzęźnie jej w gardle. Tak naprawdę już dawno pogodziła się z tą częścią koszmaru, która przekazała jej wieść o śmierci Koperka. — Wiem, że ojca już z nami nie ma… Ale teraz może biegać i podziwiać ten wspaniały świat z gwiezdnych łąk, prawda? On tak kochał wszystko, co pochodziło od ziemi… Na pewno jest szczęśliwy…
— T-tak. Masz rację, na pewno jest… — mruknął pod nosem liliowy wojownik.
— Przepraszam, ale z tego, co wiem, nie przyszliśmy tutaj wspominać. — Po raz pierwszy odezwała się czekoladowa kotka. Jej głos nie był wrogi, jedynie dość… Zagubiony? Jakby cała ta wyprawa nie do końca szła tak, jak sobie wyobrażała. Chociaż takie odczucia mieli zapewne wszyscy, którzy brali w niej udział. — Proszę nie zrozumieć mnie źle, to wielka ulga, że nie jesteście żadną szajką, ale… Ale mam wrażenie, że jest tu jeszcze wiele, naprawdę wiele spraw i tematów, które są ważne i warte poruszenia.
— Tak, masz rację Pietruszkowa Błyskawico — zgodziła się liderka. — Wróćmy się do początku. Dlaczego przybyłyście?
— Gdzie byłaś te wszystkie księżyce? — dodał jeszcze Pokrzywek.
— Przybyłam rozprawić się z tym, co zniszczyło moją młodość — odpowiedziała niemal nonszalancko. Koty zmrużyły ślepia.
— Słucham? — odezwała się kremowa, młoda kotka. Jej zielone ślepia były przymrużone.
— Wy dwie. — Wskazała najpierw na Pietruszkę, a zaraz potem na Jaskółkę. — Jesteście młode. Nie wiecie, kim jestem, nie znacie mnie i tego, co stało się, kiedy byłam uczennicą Klanu Klifu. Ale tak jak powiedziałaś, to nie czas na wspominanie, zwłaszcza że to nie są miłe wspomnienia, a na pewno nie dla mnie. Ale przywędrowałam, aby odebrać swoją godność, którą mi wtedy odebrano. Wyszarpać ją z jego łap.
— Nie rozumiem — mruknęła najmłodsza. Próbowała szukać rozjaśnienia w osobie liderki, ale jej pysk był równie zmieszany. Trójka kotów, która znała samotniczkę z czasów, kiedy była wciąż klanowym kotem, myślała bardzo intensywnie. W końcu liliowy otworzył pysk.
— Oh! Taniec, ale Srokoszowa Gwiazda już nie żyje… — powiedział, robiąc krok bliżej.
— Na-naprawdę? — szok na pysku kotki był niemal przerysowany, niemal zbyt dramatyczny. — Czy to prawda? — zwróciła się do reszty Klifiaków. Kiwnęli łbami. — Ah! Ah! A więc to tak… Więc kto, kto jest teraz na czele? Czy to ten równie parszywy Kania?
— Oh nie — zaśmiała się radośnie Liściasta Gwiazda. — To mi przypadł ten ogromny zaszczyt, aby stać na jego czele.
— Tak, nikt się nie spodziewał, ale Liściasta Gwiazda jest wspaniałą, bardzo troskliwą liderką — powiedział Pokrzywowe Zarośla, a bura posłała mu wdzięczne spojrzenie.
— To wspaniale… Ah! Jaka ulga… — wyszeptała, wpatrzona w ziemie.
— Tak, możesz teraz wrócić. Nic nie stoi na przeszkodzie, siostrzyczko — zaproponował kocur. Zielone oko powędrowało do góry, pokręciła głową.
— Nie, nie… To nie takie proste — mruknęła, a jej słowa były zabarwione smutkiem.
— W takim razie, wynoście się stąd — wyrzucił Dzwonkowy Szmer.
— D-dlaczego? Na pewno wszystko się ułoży. Taniec, proszę… Mama się tak ucieszy. Poznasz moją partnerkę! Ah! Taniec! Taniec zostałaś nawet ciocią, proszę, chodź do domu… Poznasz mojego syna, moją córkę… — błagał wręcz jasnooki. Jego ton kłuł ją w serce. Wiedziała, że nie mogła. Nie mogła pozwolić, aby jej maska zrosła się z pyskiem, aby stała się rzeczywistością.
Pokiwała żałośnie łbem. Pokrzywowe Zarośle spuścił smętnie łeb, nie naciskał poraz kolejny.
— Ciesze się, że wszystko ta wspaniale się układa… Naprawdę — powiedziała delikatnie, miękko.
— No właśnie my w tej sprawie, bo NIE wszystko dobrze się układa — wycedziła chłodno Pikująca Jaskółka.
— Spokojnie moja droga — uciszyła ją Listek. Wzięła głęboki oddech. — Przychodzimy w pewnej sprawie… Jeśli dobrze pamiętam, przepraszam, że wracam do tych nieprzyjemnych chwil, ale to bardzo ważne, to twoją karą za… Niesubordynację, była opieka nad kociętami Gąsiorkowej Łaty, prawda? — Samotniczka kiwnęła łbem. — Na pewno pamiętasz Obuwik, miała taką śliczną kręconą sierść, takie śliczne, upstroszone futerko…
— Tak, pamiętam… Była podobna do matki — rzuciła, nie ukrywając chłodu, który niosły wspomnienia tamtych chwil.
— Tak, była… — zgodziła się szeptem starsza. — Obuwik, a raczej Zagubiony Obuwik, została znaleziona martwa… Nie chcemy was oczywiście obwiniać! Już jakiś czas czuliśmy zapachy twoich towarzyszek na naszych terenach, ale okazywałyście się zbyt sprytne i nieulotne dla nas — zwróciła się do pozostałych z uprzejmym uśmiechem. — Nie wiedzieliśmy wtedy, że wśród tych zapachów i tych samotników, którzy zdawali się zagościć na naszych terenach, jesteś ty. Baliśmy się, że ta grupa nie dość, że zjada naszą zwierzynę, to jeszcze poluje na naszych wojowników.
— Prościej mówiąc… Myśleliście, że to my zabiliśmy Obuwik? — Wyraz szoku wpłynął na oszramioną mordkę.
— T-tak, ale teraz wiemy, że to nie wy! — powiedziała bardzo gwałtownie bura.
— A skąd taka pewność?! — Zjeżył się Dzwonkowy Szmer. Zrobił krok naprzód. Oczy miał wąskie, a dziąsła odsłonięte. Żelazna Zośka również zerwała się z miejsca, ale zatrzymała ją czekoladowa łapa Walki. — Nie ufaj jej słowom tak bezmyślnie, Liściasta Gwiazdo!
— Och… Biedna mała Obuwik… Pamiętam, jak pomagałam jej stać o tych jej wątych, niepewnych łapach… Pamiętam, jak nakierowywałam ją, kiedy jeszcze oczka miała zlepione, do brzucha Gąsiorek… Pamiętam, jak obserwowałam jej zabawy z rodzeństwem, kiedy ich matka chciała odetchnąć i wybrać się na spacer… — Niezauważalnie ugryzła się w język, aby łzy nabiegły jej do oka. Fałszywa kropla całkowicie zaważyła o ich niewinności. Troskliwa, matczyna łapa przywódczyni podniosła jej brodę. Kotki patrzyły na siebie. — Och… Liściasta gwiazdo, tak mi przykro… To okropne… Czy my, skoro byliśmy okropnymi podejrzanymi, możemy coś zrobić, cokolwiek?
— Najważniejsze, że jestem pewna, że tego nie zrobiłyście, to już wystarczająca ulga dla mnie — miauknęła troskliwie.
— Nie, nie! Proszę cię. Chce, abyśmy mogły w jakiś sposób zapłacić za swój pobyt tutaj. — Otarła się o łapę, która dalej trzymała jej bródkę.
— Najlepszą zapłatą będzie to, że się stąd wyniesiecie — burknął Dzwonek.
— To takie miłe z waszej strony… — Zamyśliła się liderka. Oczy jej rozjaśniały. — Ah! Ciało zostało znalezione przez Pietruszkową Błyskawicę przy granicy z Klanem Wilka… No i było całe mokre… Jeśli to nie samotnicy, bo jesteście nimi wy, moje drogie, to na pewno był to ktoś ze stamtąd… Ah… To okropne — jęknęła żałośnie.
— Będziemy patrolować waszą granicę! — rzuciła bez namysłu Taniec. — Sama powiedziałaś, Liściasta Gwiazdo, że moje towarzyszki są niemal niezauważalne, i to na terenach Klanu Klifu, a co dopiero wśród koron drzew. Zostawcie to w naszych łapach. Proszę! Czuje się odpowiedzialna, nawet jeśli to nie na naszych łapach czuć smród niewinnej krwi! Bo muszę przyznać, że fakt; kręciłyśmy się po terenach… Ale gdybyśmy tylko były w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie… Mogłybyśmy temu zapobiec… Ja-ja — majaczyła, dukała niczym szalona. W końcu troskliwa łapa znów dotknęła jej pyska.
— Nie obwiniajcie się… To ja powinnam dbać o bezpieczeństwo moich wojowników… — mruknęła z żalem liderka.
— Za żadne skarby nie pozwolę na to, aby jakieś przybłędy patrolowały NASZE tereny! — wrzasnął Dzwonkowy Szmer. — Liścasta Gwiado, nie możesz na to pozwolić.
— Proszę, Dzwonku… Uspokój się. Przecież to nie byle jaka samotniczka… Taniec urodziła się i wychowała w Klanie Klifu, wielu naszych wojowników nawet tym nie może się poszczycić — mruknęła bura. Rzadko, kiedy przybierała taki ton. — To byłoby bardzo pomocne… Zwłaszcza że nasi wojownicy muszą polować… Czy jest coś, czego wymagacie w zamian?
— Żartujesz oczywiście prawda Liściasta Gwiazdo? — zapytała raptownie Jaskółka, wpatrując się w liderkę z niedowierzaniem. Kiedy ta nic nie odpowiedziała, skrzywiła się nieznacznie, ale już nic nie powiedziała.
— To niedorzeczne! — powiedział ojciec kremowej, jakby dokańczając wypowiedź córki, która nie chciała pyskować liderce. — To tereny Klanu Klifu, powinniśmy je przegonić, a ty chcesz im jeszcze coś obiecywać?!
— Nic od was nie chcemy, zapewniam! — oznajmiła prędko liliowa. — Chciałybyśmy jedynie… Jedynie móc tutaj pozostać. Szopa jest bardzo bezpieczna, a zaraz zapewne spadnie tyle śniegu… Nawet jeśli miałybyśmy wrócić, skąd przyszłyśmy… Zaspy by nas przykryły, a ja sama nie mogłabym żyć z tym wszystkim, co teraz usłyszałam…
— Dobrze mówisz, idzie Pora Nagich Drzew, a wy chcecie jeść naszą zwierzynę! — sprzeczał się dalej wojownik.
— Spokój… — rozkazała niepewnie liderka, jakby takie polecenie były dla niej nienaturalne. — Klan Klifu nie ucierpi. Rano i wieczorem będą wychodzić dwa mniejsze patrole jednocześnie, oba idące w przeciwnych kierunkach, omijając granicę z Klanem Wilka, który przypada wam do obrony — zwróciła się tutaj do Taniec, w której już kipiało poczucie zwycięstwa. — Po dotarciu do miejsca, które kończy patrol, wybiorą się oni na polowanie, a więc przyniosą dodatkową zwierzynę. Więcej czasu na łowy, mniej na zaznaczanie terenu.
— Jak mają zaznaczać teren, skoro to same kotki?! — wybuchnął po raz kolejny.
— Mogę codziennie wybierać się na granicę i sam ją zaznaczać — zaproponował Pokrzywowe Zarośla, który od jakiegoś czasu siedział cicho.
— O! No widzisz Dzwonkowy Szmerze? Wszystko załatwione! — Uśmiechnęła się serdecznie liderka. Wojownik siedział teraz przygarbiony, nastroszony i obrażony na cały świat. Nic już więcej nie powiedział. — Czy to wam pasuję? Za obronę naszej granicy możecie spokojnie poruszać się po terenach Klanu Klifu.
— Dziękujemy Liściasta Gwiazdo, masz moje słowo, że zrobimy wszystko, aby dowiedzieć się, kto dokonał tego okropnego czynu… Sprawiedliwość zawsze znajdzie drogę — miauknęła pełna nadziei jednooka.
— To ja dziękuje. Dziękuje, że okazałyście się takimi sympatycznymi przybłędkami — powiedziała, jakby jej rozmówczynie były kociętami. — Ciesze się, że doszłyśmy tak zgrabnie do porozumienia.
— Mamy więc umowę… — Uśmiechnęła się, mrużąc oko.
— Tak, mamy, w rzeczy samej. — Liliowa zbliżyła się, pochyliła głowę, a bura polizała ja po czole. — A teraz, moje drogie przyjaciółki, musimy się już zbierać, chociaż jak mówicie, ta kryjówka jest niebywale przytulna. Nic dziwnego, że tak się do niej przywiązałyście. Aż mi się futerko stroszy, kiedy myślę o powrocie na ten ziąb. Prawda Pietruszko? — zwróciła się do wojowniczki, która od dłuższego czasu nic nie mówiła.
— Ah, tak, tak… — wydukała. Koty z Klanu Klifu zaczęły się wstawać i przeciągać łapy. Tym razem Dzwonkowy Szmer i Pikująca Jaskółka szli na przodzie, mrucząc coś do siebie. Za nimi poszła liderka. Pokrzywek zrobił krok w stronę siostry.
— Ciesze się, że do nas wróciłaś… — mruknął, ponownie przytulając jej pysk do swojej puchatej szyi.
— Bardzo tęskniłam… Czy-czy przyprowadziłbyś mamę? — zapytała niepewnie. Nie wiedziała, w jakim stanie jest Srebrna Szadź; musiała być już przecież bardzo wiekową kotką.
— Oczywiście! Och… Taniec, jak ona się ucieszy… Nawet nie wiem jak jej mam to powiedzieć. — Czuła drżenie emocji w jego delikatnym głosie.
— Twoje kocięta i partnerkę też chętnie poznam… Ciesze się, że jesteś szczęśliwy, naprawdę — powiedziała, odsuwając pysk, żeby spojrzeć w jego jasne oczy.
— Poznasz ich wszystkich, obiecuję. — Polizał ją jeszcze po nosie i skierował się do reszty.
Poza grupką przy drewnianych wrotach stała jeszcze czekoladowa. Samotniczka patrzyła na nią, ale jej wzrok był… Dziwnie niepewny. Czego chciała? W końcu odezwała się.
— Prze-przepraszam, ale mam pytanie — zaczęła.
— Słucham w takim razie, mam nadzieję, że będę w stanie pomóc. — Uśmiechnęła się nieznacznie Terpsychora.
— Czy kiedy tutaj przybyłyście, znaczy się dokładnie do tego miejsca, czy nie było tu pary kotów? — Samotniczka zmrużyła ślepie. Pamiętała zapach, który przenikał ciepłą słomę, pamiętała woń mleka i łożyska. Pamiętała cień kotki, która ucieka przed nimi w krzaki.
— Nie, przykro mi… — odparła ze smutkiem, a Pietruszkowa Błyskawica jedynie kiwnęła łbem rozczarowana. Skinęła jeszcze raz na pożegnanie i dołączyła do grupki, która już znikała za zakrętem.


Terpsychora westchnęła głęboko, kiedy cały patrol się ulotnił. Odwrócił się do swoich przyjaciółek z wypiętą piersią i podniesioną brwią.
— Brawo moje drogie, to było wyborne. — Przeciągnęła swój kościsty grzbiet i osunęła się na ziemie. Mierzyła wzrokiem po kolei każdą kotkę. — Rozchmurz się już Kwiatuszku, poszli sobie — zwróciła się do Jagienki, która dalej siedziała za wielkim ogonem Zośki.
— Mmm… — mruknęła uzdrowicielka. — Twój brat wydaję się miły…
— Oczywiście, to u nas przecież rodzinne! — zaśmiała się liliowa, a zaraz dołączyła do niej Skorek i siostry.
— A widzieliście tego starucha? Gotowało się w nim aż, niemalże na mnie skoczył, to by było dopiero! — Zośka wybuchła gromkim rechotem, dając kuksańca Walce, która siedziała obok. Czekoladowa przewróciła oczami, a olbrzymka prychnęła. — A tobie co się znowu nie podoba?
— Mówiłaś, że wszyscy nam zaufają — zignorowała srebrną i zaczęła drążyć dziurę w pysku Terpsychory. — On nie był zbyt ufny. Ani on, ani ta młoda kremowa kotka.
— Spokojnie. Mamy w naszych łapach liderkę, mamy mojego brata. Nic nam nie będzie — rzuciła niby od niechcenia, przesuwając językiem po nodze.
— To niedorzeczne… Przecież słyszałaś co powiedzieli; nic tu po nas. Wracajmy, bo źle na tym skończymy — ostrzegła ją Walka, ale szylkretka przewróciła okiem.
— Jesteś niepoważna, zjadłaś spleśniałe mięso w mieście? — zapytała pół żartem.
— Ja? Po co tu teraz jesteśmy? — Pochyliła się nad leżącą. 
— Oh… Walko, moja droga przyjaciółko, przecież dobrze wiesz czemu… — Uśmiechnęła się delikatnie, acz znacząco.

Od Pietruszkowej Błyskawicy Do Terpsychory

Dwa wschody słońca wcześniej

Liście już opadły z drzew, których gałęzie od dawna były nagie. Lodowaty wiatr stał się codziennością, a deszcz zmieszany ze śniegiem tworzył błotniste pułapki. Mimo to temperatura nie była tak niska, jak można by się spodziewać. Las spowijał mrożący krew w żyłach spokój. Ciszę co chwila przerywały odgłosy zwierząt. Stado jeleni ostrożnie stąpało między drzewami, gdzieś przemknął samotny młody lis, a tuż za nim gronostaj o lśniącej sierści. Wśród cieni mignęła łasica, a nawet tajemnicze zwierzę przypominające kota — może to była kuna? Jednak przede wszystkim to koty znały ten las najlepiej. To one nim władały. To ich łapy najczęściej dotykały leśnej ziemi.
Ostatnimi dniami poruszały się jednak ostrożniej.
Wśród gęstych krzewów zamigotało czekoladowe, pręgowane futerko. Białe znaczenia na łapach błyszczały, gdy właścicielka tego futra mocno wczepiała pazury w ziemię. Uszy drżały, wyłapując każdy dźwięk. Pomarańczowe oczy omiatały okolicę z intensywną czujnością. Nagle rozbłysły determinacją. Mięśnie napięły się jak cięciwa. Liście wzbiły się w powietrze. Szmer. I cisza. Pietruszkowa Błyskawica uniosła głowę. W pysku trzymała nornika, którego małe ciałko bezwładnie zwisało spomiędzy jej zębów.
— Jak zwykle celny atak — rozległ się za nią spokojny, przyjazny głos.
Zza pnia wysunęła się szylkretowa kotka o miękkim, kręconym futerku. Zagubiony Obuwik spojrzała na zdobycz młodszej kotki i uśmiechnęła się lekko, jakby spełniło się to, na co po cichu liczyła.
— Nie tylko ona tak potrafi! — z krzaków dobiegł przytłumiony głos.
Chwilę później pojawił się niski, okrągły kocurek. Mysi Postrach – imię to niezbyt pasowało do jego pękatej postury – dumnie wypiął pierś i rzucił na ziemię upolowaną sójkę.
— Dziękuję, Zagubiony Obuwiku. A ty, Myszku, lepiej uważaj, żeby te pióra nie przysłoniły ci węchu — rzuciła z figlarnym uśmiechem Pietruszkowa Błyskawica, dokuczając młodszemu przyjacielowi.
Poczochrała mu futerko na głowie, po czym ostrożnie ukryła swoją zdobycz pod warstwą ściółki. Następnie ruszyła dalej, lekko stąpając po opadłych liściach.
Koty poruszały się przez las, jakby były jego częścią. Znały każdy zapach, każdy zakamarek, każdy skrzypiący konar. Dlatego nagła zmiana zapachów zatrzymała je niemal natychmiast. Futra zjeżyły im się na karkach. Przywarły do ziemi, sunąc naprzód niczym cienie. Jednak jedyne, co znalazły, to odciski łap i połamane gałęzie krzaków. Ślady szybko się urywały, jakby winowajcy rozpłynęli się w powietrzu. Po chwili koty podniosły się i zaczęły przeszukiwać okolicę.
— To znów te koty! Jak śmią tak bezkarnie panoszyć się na naszych terenach?! Jak im się udaje znikać bez śladu?! — zawył z rozpaczy Myszka, przysiadając przy nadgryzionym ptaku. Robaki już zaczęły go oblegać.
— Mamy już Porę Nagich Drzew, a te koty zabierają nam jedzenie. Nawet nie zjadają wszystkiego... — mruknęła z rezygnacją Obuwik i westchnęła ciężko.
Od kilku wschodów słońca w obozie mówi się o tych samych śladach – o zapachach, porzuconych resztkach zwierzyny. Intruzi byli sprytni i szybcy. Nawet mimo liczebnej przewagi Klanu Klifu, wciąż umykali nieuchwytni jak mgła. Pietruszkowej Błyskawicy do głowy zaczęły zakradać się niepokojące myśli. A co, jeśli te koty to rodzina kociąt, które niedawno znalazła? Z jednej strony to by tłumaczyło wiele... a z drugiej – serce ścisnęło jej się z niepokoju – pokochała tę trójkę. Nie chciała ich oddawać. Nigdy.
— Weźmy zwierzynę i wracajmy do obozu — westchnęła cicho, odwracając się od towarzyszy.
Myszka natychmiast zauważył, że coś się zmieniło. Wyraz pyska kotki przygasł. Była zatopiona w myślach, lecz nadal czujna – jakby zmysły działały niezależnie od emocji. Może w pojedynkę udałoby się komuś ich dopaść? W jednokotowym patrolu łatwiej się poruszać – szybciej, ciszej, bez zbędnego zwracania uwagi. Bez konieczności chronienia reszty grupy. Wśród poszarzałego lasu, coraz bardziej ogołoconego z liści, cisza zdawała się mieć własne życie. Koty zniknęły między drzewami, niosąc ze sobą niepokój, pytania bez odpowiedzi i coraz chłodniejsze powietrze.

Słońce ustąpiło miejsca księżycowi. Zapadła noc — pełna ciszy, a jednocześnie przesycona szeptami w obozie. Zanim gwiazdy zniknęły z granatowego nieba, a promienie świtu zaczęły przełamywać ciemność, delikatnie malując horyzont smugami bladego światła, w obozie coś się poruszyło.

Pietruszkowa Błyskawica uniosła się powoli z ciepłego, mchowego posłania. Ostrożnie stawiając kroki, ominęła śpiących pobratymców, unosząc wysoko ogon. Cicho zeskoczyła z półki skalnej na niższy poziom jaskini, w której panował przytłumiony półmrok. Zatrzymała się przy stosie zwierzyny, wpatrując się w niego z rosnącym niepokojem. Stos był niewielki. Zbyt mały, jak na potrzeby całego klanu.
— Ranny z ciebie ptaszek — odezwała się ochrypłym, zmęczonym głosem Liściasta Gwiazda, która właśnie podeszła do młodszej kotki. Usiadła obok, owijając swoje łapy długim, szorstkim ogonem.
— Witaj, Liściasta Gwiazdo — odpowiedziała Pietruszka z uprzejmym skinieniem głowy. Choć nie darzyła obecnej przywódczyni szczególną sympatią, to szacunek należał się każdemu, kto nosił blizny i odpowiedzialność przywództwa. A dopóki nikt nie ginął z jej łap, nie miała zamiaru się buntować.
— Zapewne dołączysz dziś do jak największej liczby patroli — mruknęła nagle liderka, nie patrząc jej w oczy.
— Pewnie tak. Klan mnie potrzebuje. Każdego z nas. Musimy uzupełnić stos — westchnęła Pietruszka, zerkając w stronę żłobka, gdzie spały najmłodsze kocięta. Pora Nagich Drzew nie oszczędzała nikogo, a najsłabsi ginęli pierwsi. Serce kotki ścisnęło się boleśnie na myśl, że któreś z dzieci mogłoby cierpieć głód. Była gotowa głodować, byle one miały co jeść.
— Rozumiem. Jednak idź dziś tylko na jeden patrol i odpocznij. Zmęczenie to też nasz wróg — powiedziała cicho Liściasta Gwiazda, podnosząc się z ziemi i odchodząc w kierunku swojego legowiska.
Pietruszka nie odpowiedziała. Tylko patrzyła za odchodzącą przywódczynią, która – co od razu dostrzegła – nie wzięła dla siebie żadnego kawałka mięsa. To było znamienne. Choć upominała innych, sama odmawiała sobie jedzenia, by zapewnić je klanowi. Ten gest, niemal niezauważalny, przemówił do niej głośniej niż wszystkie słowa.

Słońce przedarło się przez horyzont, rozlewając po niebie kolory ognia. Płomienne barwy powoli ustępowały miejsca błękitowi, który jednak szybko zniknął pod ciężkimi, szarymi chmurami. Choć niebo było zasnute, słońce znalazło się już w zenicie. Południe minęło, a wraz z nim nastały kłopoty.

Pietruszkowa Błyskawica wskoczyła radośnie do jaskini. Wróciła właśnie z patrolu, który — krótko mówiąc — okazał się całkiem udany. Razem z pozostałymi wojownikami odłożyła zdobytą zwierzynę na stos i przypomniawszy sobie radę Liściastej Gwiazdy, postanowiła w końcu odpocząć. Wskoczyła na kamienną półkę, gdzie znajdowały się legowiska wojowników. Szybko odnalazła swoje miejsce. Wyciągnęła się na posłaniu jak struna, pozwalając ciału zatonąć w miękkim mchu. Przymknęła oczy i chłonęła dźwięki obozu — ciche rozmowy kotów, stukot łap o skałę, kojący szum wodospadu w oddali. Jedynym, czego jej brakowało, był cień znajomej sylwetki przy boku. Wieczne Zaćmienie, medyczka klanu, spędziła cały dzień w swoim legowisku. Najwyraźniej miała kilku pacjentów. Pietruszka westchnęła. Świat wydawał się dziś zbyt spokojny. Idealny wręcz. Mimo Pory Nagich Drzew, wszystko jakoś się układało. Ach, może gdyby nie cieszyła się tym szczęściem aż tak beztrosko… nic by się nie posypało.
Nagle ciszę przerwał rozdzierający wrzask. W powietrzu uniósł się zapach — woda... i krew.
Każdy kot w obozie zerwał się na łapy. Z legowisk zaczęli wychodzić wojownicy, starszyzna i uczniowie, zdezorientowani i zaniepokojeni. Pietruszka również zeskoczyła z półki. Futro na karku zjeżyło się wysoko, uszy cofnęły, a z pyska wyrwał się jej niemy krzyk. W wejściu do jaskini stali: Delikatna Bryza, Paprociowy Zagajnik i Eter. Ich spojrzenia były różne, ale to właśnie po Paprociowym Zagajniku najłatwiej było odczytać emocje — przerażenie, żal, bezsilność. Na barkach Etera spoczywało ciało Zagubionego Obuwika. Tak znajome, a jednak już… obce.
Liściasta Gwiazda podbiegła do nich pierwsza, a wokół zaczęli zbierać się inni członkowie klanu. Pietruszka przecisnęła się przez tłum. Już wcześniej, między ramionami kotów, dostrzegła ciemną plamę futra — tylko jeden kot miał taką sierść. Szylkretowa, gęsta, kręcona… A teraz loki były oklapnięte, przemoknięte. Z ciała sączyła się woda, tworząc coraz większą kałużę pod bezwładnymi łapami. Nie… jedna z tych łap zniknęła. Brakowało przedniej.
— Znaleźliśmy ją przy Pogorzelistku, blisko rzeki, tuż przy granicy z Klanem Wilka — wydukał w końcu Paprociowy Zagajnik, ledwo powstrzymując głos przed załamaniem.
Przez zgromadzonych przedostał się Pomocny Wróbelek — brat zmarłej. Bez słowa rzucił się do jej boku, przytulając się do martwego ciała. Rozpacz rozdarła ciszę.
Wszyscy zgromadzeni zaczęli szeptać między sobą. Każdy był przygnębiony śmiercią kotki, jednak nie dało się zapomnieć, że była córką Srokoszowej Gwiazdy. Ale czy powinni obwiniać ją za błędy jej ojca? Czy powinna zostać ukarana tylko za to, że miała we krwi dziedzictwo wadliwego lidera?
— Klan Gwiazdy karze całą rodzinę Srokoszowej Gwiazdy! Kto będzie następny? — dało się słyszeć pośród tłumu.
— Została znaleziona blisko Klanu Wilka. To oni ją zabili! — ktoś splunął, a inni przytaknęli.
— Jak można było zabić kogoś na Pogorzelisku! To znak!
— Tracimy wojowników podczas Pory Nagich Drzew. To niedobrze — szepty żalu stawały się coraz mniej słyszalne wobec narastających głosów domagających się sprawiedliwości.
Może i Zagubiony Obuwik nie była szczególnie popularna w klanie, ale była lubiana – miła, spokojna, a jednocześnie zawsze chętna do pomocy. Nigdy nie miała szansy założyć rodziny ani zdobyć grupki przyjaciół. Koty Klanu Klifu zaczęły się niepokoić. Machały ogonami i tupały łapami, dyskutując między sobą. Co należało teraz zrobić?
— Trzeba się zemścić na Klanie Wilka!
— Nie wiemy, czy to oni! Może to Klan Gwiazdy nas karze!
Sprzeczne opinie zaczęły wzburzać powietrze wokół ciała zmarłej. Koty jeżyły futra i szczerzyły kły. Pora Nagich Drzew, stres po kolejnej stracie – wszystko to powodowało kłótnie, nawet między najbliższymi przyjaciółmi. Milczenie liderki wcale nie uspokajało sytuacji.
— Dajcie przemówić Liściastej Gwieździe! — warknęła w końcu Delikatna Bryza, przecinając powietrze ogonem.
Wszyscy zamilkli dopiero po kilku sekundach, wbijając wzrok w przywódczynię. Oczekiwali jej decyzji. Czy pójdą walczyć z Klanem Wilka?
Liderka przełknęła ślinę. W swojej roli czuła się naprawdę niepewnie.
— Porozmawiam z Judaszowcowym Pocałunkiem i najstarszymi klanu. Dojdziemy do porozumienia, co należy zrobić. A jutro pochowamy Zagubionego Obuwika na Pogorzelisku — odparła w końcu.
Skinęła krótko głową nad ciałem zmarłej i odeszła do swojego legowiska, zbierając grupę najmądrzejszych i najstarszych kotów – tych, którzy oczywiście wierzyli w przodków.
Reszta kotów zwiesiła głowy. Nieliczni dzielili się językami z kotką. Inni, z szacunku do tradycji, skinęli przed nią głowami i odeszli, by dalej dyskutować o wszystkim. Pietruszka również podeszła. Bez słowa pożegnała to, co zostało z kotki, a potem wycofała się i skierowała ku żłobkowi. Musiała wyjaśnić wszystko swoim córkom. Nie pozwoliła im jednak zobaczyć ciała. Obraz krwi, brakującej łapy i pustego spojrzenia… to byłby za duży ciężar dla młodych, delikatnych umysłów. Zamiast tego, opowiedziała im cicho, że czasem nawet najwięksi wojownicy nie wracają.

Teraźniejszość

Ciemne chmury zawisły nad klanami, a wraz z nimi nadszedł chłód — nie tak przenikliwy, jak można by się spodziewać, lecz wciąż nieprzyjemny. Deszcz mieszał się ze śniegiem, tworząc grząskie błotne pułapki, w które z łatwością wpadały nieuważne łapy. Zwierzęta toczyły cichą, ale bezwzględną walkę o każdy skrawek pożywienia.

Czekoladowe futro Pietruszki migało pośród splątanych krzewów. Jej ruchy były zwinne i skupione — niczym cień sunęła między drzewami, tropiąc ledwo wyczuwalny zapach nornika. Gdy nagle przystanęła, uniosła głowę ku poszarpanym koronam drzew. Lodowaty wiatr wdarł się między gałęzie i natychmiast zaplątał się w jej sierść, szarpiąc ją na wszystkie strony. Ale to nie był zwyczajny podmuch. Niósł ze sobą zapachy. Znajome: wilgotna kora, ślad jelenia, granice terytorium... i coś jeszcze. Coś, czego każdy kot z Klanu Klifu szukał z rosnącym niepokojem. Zapach intruzów. Świeży. Namacalny. Tuż za drzewami. Pietruszka instynktownie rzuciła się do przodu, gotowa ruszyć tropem. Jednak już po chwili zawahała się. Zatrzymała się, zaciskając łapy w miękkim błocie. Jej serce biło szybko, a w głowie tłukły się pytania. Czy to mogli być rodzice jej adoptowanych córek? A może zupełnie obce koty? Czy rozsądnie jest iść tam samemu? Przez chwilę chodziła w kółko, odwracając się raz w jedną, raz w drugą stronę. Las wydawał się milczeć w oczekiwaniu na jej decyzję. W końcu podjęła ją — musiała to sprawdzić teraz, zanim trop zniknie wśród drzew. Jeśli to oznacza rozłąkę z dziećmi… cóż, może powinny wrócić do swojej prawdziwej rodziny. Może one nie były jej pisane. Może to próba od Gwiezdnych Przodków. Czy potrafi postawić ich dobro ponad własne? Z sercem ściśniętym w skurczu, wojowniczka rzuciła się w gęstwinę. Trop był świeży — połamane gałęzie, ślady łap w rozmokłym błocie. Natychmiast nastroszyła futro i ruszyła w pościg. Z gracją omijała drzewa, przeskakiwała spróchniałe pnie, przemykała pod niskimi gałęziami. Im dalej biegła, tym silniejsze stawały się jej wątpliwości. Czy jej nos mógł ją oszukać? Las się kończył. Przed nią rozciągały się złote kłosy traw. Czy to możliwe, że się tam ukryli? To nie miałoby sensu. Te trawy były regularnie zbierane przez ludzi. To miejsce nie dawało żadnego bezpieczeństwa. Na granicy lasu Pietruszka przywarła do ziemi. Jej uszy poruszały się niespokojnie w każdą stronę, wychwytując najmniejszy szelest. Wokół panowała niepokojąca cisza. Z gardła kotki wyrwało się ciche przełknięcie śliny, gdy niemalże czołgając się, ruszyła naprzód — ukryta w ostatnich kępach traw. Szła powoli, ostrożnie, aż jej bursztynowe oczy dostrzegły zarys drewnianej szopy. W jej wnętrzu panował mrok. To właśnie tutaj jej nos wskazywał cel. Zapach był intensywny, nie do pomylenia.
Zbliżyła się o kilka kroków, skradając się przy samym gruncie. I wtedy je zobaczyła.
Para oczu. Potem kolejna. I kolejna.
Zamrugała. Koty — cztery? Pięć? A może więcej — wpatrywały się w nią z wnętrza szopy. Ich spojrzenia pełne były zdziwienia, nieufności, a nawet złości. Gdy jedno z nich syknęło, dźwięk był tak potężny, jakby w środku czaił się rozwścieczony borsuk. Pietruszka nie potrzebowała więcej znaków. Wiedziała, kiedy odpuścić. Odbiła się tylnymi łapami i rzuciła do ucieczki, błyskawicznie znikając między drzewami.
Biegła, nie oglądając się za siebie. Nie wiedziała, ilu ich było — czterech? Pięciu? Może nawet więcej. Nawet jako jedna z najlepszych wojowniczek klanu, nie miała szans w starciu z tyloma przeciwnikami. Las migał po bokach jak rozmazana plama. Błoto chlupotało pod łapami. Pietruszka pędziła przed siebie, prosto do obozu.
Muszę zdążyć, zanim się przeniosą. Zanim znikną.

Odgłosy łap uderzających o ściółkę leśną niosły się echem między drzewami, skutecznie płosząc wszelką zwierzynę. Były wyraźne, głośne, nie do pomylenia. Ktoś biegł. Szybko. Bardzo szybko. Byle tylko zdążyć na czas.

Pietruszka niemal wpadła do jaskini, o włos mijając się z Kornikową Korą. Minęła go bez słowa, nie zaszczycając nawet spojrzeniem. Jej przyspieszone ruchy, szeroko rozszerzone źrenice oraz bijąca od niej mieszanka determinacji i niepokoju natychmiast przyciągnęły uwagę wszystkich klanowiczów. Koty odwracały głowy, śledząc, jak wojowniczka nerwowo rozgląda się wokół, szukając kogoś lub czegoś. To zamieszanie nie uszło uwadze Liściastej Gwiazdy. Przywódczyni wyszła z mroku swojego legowiska, z ogonem uniesionym w pytającym geście.
— Liściasta Gwiazdo! — zawołała Pietruszka, podchodząc szybkim krokiem i kłaniając się nisko.
— Pietruszkowa Błyskawico, co się stało? — zapytała liderka, przerywając jej stanowczym tonem.
Z legowiska medyka wysunęła się również Wieczne Zaćmienie. Jej łapa zadrżała, jakby chciała podejść do ukochanej, lecz zawahała się. Wzrok wszystkich obecnych był skupiony na centrum wydarzeń, a ona nie chciała przyciągać dodatkowej uwagi. Pozostała więc w miejscu, obserwując z rosnącym niepokojem całą sytuację.
— Wiem, gdzie ukrywają się intruzi — wypaliła Pietruszka, nie owijając w bawełnę. Nie było na to czasu. — W tym dziwnym gnieździe z drewna, które postawili dwunożni — dodała, patrząc prosto w oczy przywódczyni.
Liściasta Gwiazda drgnęła. Jej wąsy poruszyły się lekko, jakby łapały myśli krążące w powietrzu. Zamilkła na chwilę, wpatrując się w wojowniczkę.
— Jest ich kilku. Trudno dokładnie powiedzieć... może pięciu, może więcej — dodała Pietruszka, zbliżając się jeszcze o krok, jakby próbując wymusić decyzję. W obozie zapanowała cisza, a oczy wszystkich zwróciły się ku liderce. Koty wstały, napięte i gotowe – jakby jedno słowo miało zamienić je w cienie gotowe do ataku.
— Pietruszkowa Błyskawico, Dzwonkowy Szmerze, Pokrzywowe Zarośla, Pikująca Jaskółko i Delikatna Bryzo – odezwała się Liściasta Gwiazda. — Dołączacie do mojego patrolu. Idziemy z wizytą do tych samotników.
Jej głos był spokojny, lecz stanowczy. Ruszyła naprzód – gotowa. Czy na rozmowę? A może na walkę? Część tej historii była już napisana, lecz dla zgromadzonych kotów wciąż pozostawała tajemnicą. Pietruszka bez wahania dołączyła do przywódczyni. Odwróciła się, łapiąc wzrok Wiecznego Zaćmienia. Skinęła jej głową, dając znak: Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Potem jej spojrzenie powędrowało ku trzem małym kotkom, które obserwowały sytuację ze żłobka. Kukuła czuwała nad Gołąbkiem i Przepiórką, trzymając je z dala od wejścia. Maluchy patrzyły z zaciekawieniem i niepokojem, nie rozumiejąc jeszcze, co się dzieje. Pozostali wybrani do patrolu żegnali się z bliskimi. Czuć było napięcie w powietrzu – jak tuż przed burzą. Gdy patrol wyruszył, za ich plecami rozległy się nawoływania i życzenia powodzenia. Każdy w obozie miał nadzieję, że ta wyprawa zakończy się bez krwi. Ale wojownicy nie mogli być tego pewni.

Tętent łap niósł się echem przez las. Zwierzyna ukryta w norkach cicho obserwowała przemieszczającą się grupę kotów. Bezpieczna. Niewidoczna. Teraz nie była celem.

Na granicy lasu i łąki Liściasta Gwiazda zatrzymała się nagle. Jej ogon drgnął, a spojrzenie przeszyło najbliższe krzaki.
— Nie idziemy na walkę — oznajmiła spokojnym, ale stanowczym tonem. — Chcemy porozmawiać. Poprosić je o opuszczenie naszych terenów. Jeśli się nie zgodzą…
Urwała, nie kończąc myśli. Sam dźwięk słów o walce i potencjalnym rozlewie krwi zdawał się sprawiać jej fizyczny ból. Każdy z wojowników skinął głową, lecz mimo to ich mięśnie napięły się jak postronki. Wiedzieli, że z samotnikami rzadko udaje się rozmawiać. Zbyt często kończyło się to walką. Mimo wszystko Pietruszka miała nadzieję. Głęboko w sercu wierzyła, że tym razem będzie inaczej. Tak samo jak jej przywódczyni, nie znosiła przemocy. Nigdy jeszcze nie uczestniczyła w bitwie i wcale nie pragnęła zmienić tego stanu rzeczy.

Grupa kotów zbliżała się do szopy zdecydowanym krokiem. Ich łapy stąpały głośno, wyraźnie, nie ukrywając obecności. Lokatorzy drewnianego gniazda natychmiast ich dostrzegli.

Przed wejściem do szopy stanęła Liściasta Gwiazda, wbijając wzrok w ciemność między deskami. Po jej lewej stronie znajdowała się Pietruszkowa Błyskawica, po prawej – Pikująca Jaskółka. Pozostali wojownicy ustawili się nieco z tyłu, gotowi, lecz z dystansem. Staranie zachowywali pozory spokoju. Ich postawa miała być przyjazna, otwarta. Ale futra na karkach zjeżyły im się samoistnie – czy z niepokoju, czy z chłodu wiatru i napiętej atmosfery?
Zgrzyt drewna. Skrzypienie desek. Cichy szelest. Patrol wstrzymał oddech.
Z wnętrza szopy wynurzyła się pierwsza postać – potężna, umięśniona srebrna kotka z rudymi, ognistymi plamami na futrze. Jej oczy płonęły gniewem, lecz nie ruszyła się do ataku. Z jej lewej strony pojawiła się czekoladowa kocica – przeciętnego wzrostu, bez ogona, pokryta starymi bliznami. Po prawej stanęła smukła, wysoka szylkretka, której postawa przypominała napięty łuk. Cała trójka patrzyła w milczeniu. Czekały. Czujne. Gotowe. Wreszcie z cienia wyłoniła się kolejna kotka – liliowa, szylkretowa, o pręgowanym futrze i sylwetce wysokiej, niemal groteskowo chudej. Przez jej zamglone, przekrwione oko przebiegała szrama, jak pęknięcie w lodzie. Stanęła między pozostałymi trzema kotkami, a potem podeszła krok do przodu. Teraz dzielił ją od Liściastej Gwiazdy zaledwie jeden ruch łapy. Nikt się nie poruszył. Tylko wiatr huczał cicho między deskami starej szopy. Z wnętrza budowli wyłaniały się cienie trzech innych kotek. Obserwowały wszystko uważnie. Cisza rozciągała się niczym niewidzialna mgła. Kilka uderzeń serca… może więcej. Czas dłużył się nieznośnie, jakby świat wstrzymał oddech. Nagle ciszę przerwał ruch. Pokrzywowe Zarośla, niespodziewanie dla wszystkich, pchnął delikatnie Pietruszkę i Liściastą Gwiazdę do przodu, jakby w transie. Sam stanął obok nich, zamarły, z oczami szeroko otwartymi. Wpatrywał się w liliową kotkę tak, jakby zobaczył ducha.
— Taniec? — wyszeptał z trudem, jego głos drżał.
Wojownik przełknął ślinę. W jego oczach błyszczała nadzieja, zaskoczenie i głęboki żal.
Pietruszka spojrzała na niego zdezorientowana. Nie wiedziała, kim była ta kotka. Co łączyło ją z Pokrzywowymi Zaroślami? Nic się jej nie kleiło, ale nie śmiała odezwać się ani słowem. Tak jak reszta – trwała w milczeniu. Dwie grupy kotów wpatrywały się w siebie nawzajem. Klan Klifu. Samotniczki. A pomiędzy nimi cisza tak gęsta, że można by ją było przeciąć pazurem.

<Terpsychoro?>