BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilcza Zamieć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilcza Zamieć. Pokaż wszystkie posty

20 sierpnia 2022

Od Wilczej Zamieci

Patrzyła na martwe ciało brata. Sztywne. Splamione krwiom. Zbezczeszczone. Zimne. Pozbawione wszystkiego co kochała. Nie słyszała słów Kamiennej Agonii. Były szumem. Szumem w przepaści rozpaczy. 
Nie żył.
Jej jedyne oparcie. Jedyny członek rodziny. Wsparcie. Nadzieja. Pierwsze szczęśliwe wspomnienia. Ułamek ciepła. Uśmiech potrafiący załatać wszelką pustkę. Powód, dla którego wciąż żyła.
Odszedł. Został zamordowany. Leżał martwy pod jej łapami. Zielone oczy skrywające tyle w sobie, teraz jedynie pusto spoglądały na snujące się po niebie chmury. 
Zduszony pisk wydobył się z jej gardła. Przeszywający smutek zalał ją. Przygniótł, zabierając ze sobą wszystko. Ostatnią rozsądną myśl. Łzy niczym deszcz uderzały głucho o ziemię. Biegła. Nie chciała zaakceptować tej rzeczywistości. Musiała uciec... Jak najdalej stąd. 

* * *

Niewielka czarna plama trzęsła się pod traktorem. Wiatr przetrzepywał futro kotki chłodnym powiewem, sprawiając, że coraz bardziej skulała się. Mokre od łez łapy trzęsły się z zimna. Nie potrafiła przestać. Ilekroć spojrzała na zieloną trawę przypominała sobie niegdyś wesołe ślepia brata. Wszystko było przepełnione wspomnieniami z nim. Wysunęła pazury, wbijając je w mokrą ziemię. Nie mogła tego znieść. Nie mogła. To wszystko było za trudne. Sama świadomość, że on... że już nigdy go nie zobaczy. Nigdy nie porozmawiają. Tak strasznie żałowała. Żałowała dystansu, jaki się pomiędzy nimi pojawił. Żałowała, że go nie uratowała. Powinna. Powinna ona nie żyć. Zajęcza Gwiazda był ich zbawcą. Księciem na białym rumaku zesłanym przez los. Był dobry. Pełen ciepła. Wyrozumienia. Widziała, jak na niego patrzyli. Uratował ich przed tyrankom. Przywrócił normalność. 
A ona - kpina i pośmiewisko. Ciężar od zawsze. Nienawidzona przez klan. Nienawidzona przez własne kocięta. Wariatka. Niewarta mysiego ogona. Każdemu z jej bliskich tylko sprawiała kłopoty. Kamienną Agonię pewnie nie spotkałby taki los, gdyby nie Wilcza Zamieć. 
To przez nią to się wszystko wydarzyło. Gdyby tylko... gdyby tylko uległa Konwaliowej Rzece. Oddała się w jej łapy. Nie sprawiłaby Kamień tyle ciężaru. Uratowałaby brata. Lisia Gwiazda by jej nie zniszczył. Piaskowa Gwiazda nie przejęłaby władzy nad Zajączkiem. 
Lecz to wszystko było na marne. Za późno. Zniszczyła jak zwykle wszystko swoim egoizmem. 
Poczuła ciepło. Znajomy zapach. Ciężki oddech. Otulającą ją lekko czarną kitę. Próbowała uciec. Nie zasługiwała na nie. Nie chciała go. Nie mogła go przyjąć...
— Wilcza... — uspokajający, zachrypiany głos rozległ się nad jej uchem. — Proszę, nie płacz. To moja wina. Powinnam była ci powiedzieć. Przepraszam, że tak zwiałam, zamiast wyjaśnić ci, co planuję. Ja... Zając nie miał umrzeć. To nie tak miało być. Miał wrócić. Do ciebie, do Gliny, do mnie, do całego Klanu Burzy. Ale... za późno. Za późno się zorientowałam i... — urwała, po czym westchnęła głęboko.  — Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam, ja nie chciałam, żeby to się przydarzyło... — położyła po sobie uszy, speszona płaczem ukochanej.
Płacz nasilił się. Wilcza zacisnęła pysk, próbując zdusić w sobie kolejny przepełniony bólem ryk. Nie potrafiła tego wytrzymać. Nie potrafiła wykrzyczeć kotce, jak bardzo nienawidzi jej w tym momencie. Jak bardzo chciałaby się jej odegrać. Rozszarpać. Zbić. Wylać z siebie cały ból i rozpacz, jaką wyrządziła. Której nie będzie w stanie naprawić.
Odebrała jej coś cenniejszego od jej własnego życia.
Jedyne co Kamień potrafiła zrobić, to wbić pazury w ziemię i odwrócić wzrok. Jasne. Jedyne co potrafiła robić to siać ból i zniszczenie, nawet niecelowo. Wystarczyło, że była w kogoś pobliżu i już wszystko psuła. Łzy wyleciały z jej policzków.
— Wiem, że w tym momencie pewnie masz ochotę mnie zamordować, tak jak ja... jego — przełknęła ślinę. — Tyle bólu ci sprawiłam. Przez całe życie. Tyle goryczy i zawodu. Niepotrzebnych kłótni i stresu. A teraz odebrałam ci brata... — zacisnęła powieki i odwróciła się w kierunku Wilczej,  kładąc brodę na jej barku. — Wilcza, proszę, odezwij się. Możesz nawet powiedzieć, że mnie nienawidzisz. Że żałujesz tego, że uratowałaś mi życie. Że, do cholery, żałujesz każdego jednego uderzenia serca spędzonego ze mną. Ale odezwij się. Proszę. Zając... też był dla mnie bliski. Też za nim tęsknię. Mój plan był durny. Mogłam się spodziewać, że to nie wyjdzie. Jakie ja mam szanse z kimś takim jak Piaskowa Gwiazda? — wysyczała, spuszczając wzrok.  Spojrzenie złagodniało i kotka jedynie westchnęła. — Chciałam cię bronić. Nie pozwolić ci więcej cierpieć. A jedyne co sprawiłam to to, że cierpisz coraz bardziej. Mieli co do mnie rację. To jedyne co potrafię zrobić. Krzywdzić. Skrzywdziłam ciebie, Glinę, Zająca... Krzywdzę wszystkich, na których mi zależy. To moja natura? Może to moje przeznaczenie, być jak ona? — splunęła, wbijając załzawiony wzrok na swoje łapy.
Wilcza nie potrafiła tego słuchać. Nie chciała jej ranić. Tak bardzo nie chciała, żeby Kamień przez nią cierpiała. Nie chciała, żeby o sobie tak myślała. Lecz nie potrafiła się odezwać. Nie potrafiła zaprzeczyć. Nienawidziła jej, jak i nie potrafiła zranić. Niekończący się paradoks znów odbierał jej głos. 
Chciała uciec, lecz zdrętwiały łapy odmawiały posłuszeństwa - jedynie spuściła łeb tonąc w swej niemocy.
Kotka spojrzała w oczy partnerce - o ile po tym co jej zrobiła miała czelność wciąż ją tak nazywać.
— Wilcza. Powiedz, żebym odeszła, to odejdę. Powiedz, żebym została, to zostanę, żeby cię chronić. Ale jeśli nie chcesz mieć już ze mną nic wspólnego... zrozumiem. Nie chcę być powodem twojego cierpienia. Masz prawo mnie nienawidzić. Też nie potrafiłabym wybaczyć komuś, kto zabiłby Glinę. — westchnęła ciężko. — Przepraszam, że nie udało mi sie zrobić tego co obiecałam ci księżyce temu. Przepraszam, że zamiast stania się silniejszą, jesteś tylko bardziej zrozpaczona. Przeze mnie.
Wilcza nie umiała na to odpowiedź. Nie potrafiła zadecydować. Jedynie łzy uderzające głucho o ziemię przeszywały ciszę między kotkami. Siwa skuliła się. Najmocniej jak mogła. Najciaśniej. Próbując jedynie ukryć się przed zrozpaczonymi ślepiami w kolorze liści klonów.
Widząc, że żadna rozmowa nie dojdzie do skutku, jedynie polizała delikatnie Wilczą za uchem, tak jak kiedyś na zgromadzeniu. Siwa zadrżała. Zielone oczy łagodnie wpatrywały się w oko siwej. 
— Przepraszam — wyszeptała ostatni raz, odwracając się i zaczynając oddalać się od kotki, chociaż każdy jeden mięsień błagał ją, by została. Nie mogła. Nie mogła patrzeć Wilczej w oko. Po tym co jej zrobiła. Znowu.
Odeszła. Każdy krok sprawiał, że serce Wilczej krajało się coraz mocniej.
Zraniła ją.
Znów. 

29 kwietnia 2022

Od Wilczej Zamieci CD. Kamiennej Agonii

Wilcza czuła jak umiera wewnętrznie. Szczypiorkowa Łodyga zdawała się pojawić znikąd, a już zdążyła wprowadzić tyle zamieszania. Serce siwej krajało się, słysząc te wszystkie słowa, które szylkretka kierowała w stronę czarnej.
"Pasujecie do siebie. Niech śmiecie trzymają się z innymi śmieciami. Obie jesteście równie bezużyteczne."
Lęk i gniew przelewał się w jej wątłym ciele. Szczypior miała rację. Miała rację do co niej. Lecz jak mogła mówić tak o Kamiennej. Przecież... przecież ona tyle osiągnęła. Dobrego i złego. Na pewno więcej niż Wilcza. Marna i bezużyteczna Wilcza. Ściśnięte gardło uniemożliwiało odpowiedzenie kotce. Chciała móc zareagować jak stara Kamień. Nakrzyczeć na kotkę. Zagrozić jej. Wyzwać ją od śmieci. Pogonić. 
Tak bardzo chciała móc to zrobić. 
Wyprostować drżącą sylwetkę. Wysunąć dawno zdarte pazury. Postawić sztywno siwą zniszczoną sierść. 
Pomarańczowe ślipię powędrowało w stronę Kamień. Kotka spoglądała na nią. Jej ponure i wyblakłe ślipia nie przypominały kota, którym niegdyś była. Pozbawiony skrzy były niczym cierń prosto w serce. Ostry i przeszywający. 
— O-odejdź... — cichy głos z jej gardła ledwo dotarł do uszu szylkretki. 
Szydzące spojrzenie przeniosło się na nią. 
— Hę? Mówiłaś coś do mnie? Wybacz, ale z tych pisków i jęków nic się nie da zrozumieć. — miauknęła kpiąco. — Taka stara, a nadal nie potrafi mówić. Żałosne. 
Wilcza od razu pożałowała swojego czynu. Jedynie pogorszyła sprawę. Jak zawsze. Całe życie stała w tym samym bagnie od narodzin. Wszyscy się zmieniali. Lecz ona nadal była bezużyteczną, trzęsącą się kupą gnoju. 
— Szczypiorku? 
Borówkowa Mordka patrzyła niepewnie na kotkę. 
— Czego? — syknęła wojowniczka, niechętnie odrywając wzrok od czarnej i kładąc futro. 
— Zapomniałaś, że miałyśmy razem się wybrać na polowanie? — mruknęła tamta, szurając łapą w ziemi. — Jeśli ci jednak nie pasuje to powiedz, ale bardzo liczyłam nasz wspólny wypad... — dodała cicho. 
Szczypiorkowa Łodyga westchnęła. I skierowała się w stronę wyjścia z kociarni. 
— Nie myślcie, że z wami skończyłam. Nie zamierzam wam tego darować. Reszta może nie ma odwagi wam tego wypomnieć, lecz ja nie.

* * *
*po tamtym zgromadzeniu*

"Jeśli... Jeśli będę z tobą, nie boję się Piaskowej Gwiazdy."
Te słowa odbijały się echem w siwym łbie. Nieskończenie. Co uderzenie serca. Czuła ciepło jej ciała. Leżącego tuż koło niej. Żar wędrował po pysku kotki. Dotknęła niepewnie go. Zdawała się wciąż czuć pocałunek. Zupełnie jakby wcale się nie skończył. Zawstydzona zamknęła ślipię.
Nie mogła uwierzyć, że to rzeczywistość. Że to stało się naprawdę. Wydarzyło się pomiędzy nimi. To. Nie wiedziała nawet jak to nazwać. Nie wiedziała, jak teraz powinna się zachowywać wobec drugiej kotki. Co mówić. Stres zaczął zjadać ją od środka. 
Czy zdoła sprostać temu wszystkiemu? Czy zdoła wytrzymać te wszystkie zniesmaczone spojrzenia i szydzące komentarze? 
Plotki i wyśmiania. 
Czy Kamienna Agonia to wytrzyma?
Kotka zawsze zasługiwała na kogoś lepszego. Kogoś równie dzielnego i odważnego co ona. Kogoś kto będzie umiał ją obronić. Być jej podporą. Wsparciem. Przyjacielem. Doradcą. Słuchaczem. Kimś kto nie zwieje z podwiniętym ogonem. Nie będzie płakał przez większość swojego marnego życia. Kogoś kto będzie umiał stawić czoło problemom i je rozwiązać, a nie wiecznie przed nimi uciekać. 
Wilcza czuła głęboko w sobie, że nie nadaje się dla Kamiennej. 
Lecz tak bardzo starała się okłamywać siebie, że jest inaczej. 



* * *

Zarzut morderstwa kociąt spadł na Kamienną Agonie. Wilcza nie wierzyła, że kotka byłaby do tego zdolna. Raczej. Obydwie już zabiły. Na obydwóch ciążyła już to brzemię. Lecz czy siwa odważyłaby się na taki czyn. Morderstwa niewinnych kociąt za sam kolor futra. Pozbawienia ich życia by nie poszły ścieżką swoich rodziców. Wschodząca Łapa był niewiele starszy. Tak samo niewinny. A i tak to zrobiła. Omamiona. Zmanipulowana. Głupia. Stracił życie bez powodu. Przez kaprys martwej kotki. Przez nierozwagę siwej. 
Spoglądała na zwiniętą w kłębek Kamienną Agonie. Odrzuconą. Znienawidzoną. Los pastwił się nad kotką. Tonęła w bagnie mroku. Marniała z każdym dniem. Z każdym uderzeniem serca. 
A Wilcza nie potrafiła jej pomóc. Bezsilność zżerała ją od środka. Problemy kotki ciążyły jej w każdej chwili. Ciągnęły na dół. Nie umiała nic zrobić. Nie umiała nic powiedzieć. Bo co mogła?
"Nie martw się, będzie lepiej? Masz chociaż mnie. Jakoś to przetrwamy."
Nie. Kamień znienawidziłaby ją za to. Za puste kłamstwa. Za niepoprawny optymizm przynoszący więcej bólu niż wsparcia. Mogła jedynie na to patrzeć.
Cicho umierać wraz z nią. 


* * *

Nadszedł ten dzień. Wilcza niepewnie przekroczyła próg kociarni. Czarna zmarniała sylwetka nawet się nie poruszyła. Siwa nie miała odwagi zabrać głosu. Jedynie podeszła do kotki. Bała się jej dotknąć. Wątpiła, że to doda jej otuchy. Wątpiła, że jej osoba pomoże jakkolwiek kotce. Nie umiała zrobić nic by wesprzeć czarną. Nawet wyksztusić z siebie głupiego słowa. 
Kocięta wiły się przy matce. Piszczały. Niczym jej wiele księżyców temu. Rude plamy odznaczały się na małych ciałach. Dwa białe kocięta wyróżniły się na tle rudo-burej większości. 
Wilcza odwróciła wzrok. Nie mogła na to patrzeć. Dzieci jej brata. Świadomość, że Zajęcza Gwiazda się tego dopuścił. Że Kamień miała z nim kocięta. Była przerażająca. Okropna. Zżerała ją od środka. 
Wiedziała, że brat był opętany. Że to wszystko było dziełem Piaskowej Gwiazdy. Tyranki. Tyranki, która ją tak okaleczyła. Przez którą została zgwałcona. I Wilcza i Kamień. Kota, który zniszczył tyle żyć. Tyle żyć zakończył.
Kota, który żył wśród nich znów. 
Nie mogła tego wytrzymać. Nie mogła wytrzymać brzemia tej wiedzy.
Łzy zaczęły wyciekać z jej ślipia. Płakała przed wykończoną porodem kotką, nie potrafiąc zatrzymać łez. 

<kamień wybacz, ze tak długi i słabo :<< >

14 marca 2022

Od Wilczej Zamieci CD. Kamiennej Agonii

Serce szalało w siwej piersi wojownika. Ciężar kłamstw spoczywał na jej barkach. Płakał.
Gdyby była kimś innym. Gdyby tylko była kimś innym.
Nie potrafiła odpowiedzieć Kamiennej inaczej. Nie potrafiła jej zranić. Wyrzucić z siebie wszelkiego bólu, który ciążył na niej przez te wszystkie księżyce. Nie potrafiła dobić kotki, którą tak niesamowicie nienawidziła i jednocześnie towarzystwa pragnęła. 
Łzy czarnej moczyły jej furto. Nigdy nie widziała jej w tym stanie. Nie była już sobą. Zniszczono ją. Ktoś dokonał tego. Tego czego Wilcza tak pragnęła. 
Teraz żałowała. Obraz złamanej kotki bolał bardziej niż mogła się spodziewać. Krajał serce. Łamał na pół. Nie chciała tego. Nie w taki sposób. Nie dla niej. Była taka głupia. Dlaczego tak pomyślała. Dlaczego dopuściła do siebie taką myśl. Teraz nie było odwrotu. Teraz nie było ucieczki przed niewygodną rzeczywistością.
Tak bardzo żałowała. 
— Czy możemy zacząć od nowa? — zachrypiały żałosny głos dotarł do jej uszu.
Wtulona w nią istota nie przypominała Kamienną. Niegdyś pełne chłodu i oschłości serca zielone ślipia teraz załamane i zaczerwienione od łez. Wyprostowana sylwetka zgięta w pół. Umięśnione pewne siebie łapy, skulone i trzęsące się. Ostre prychnięcia zastąpił słaby szept. 
Klonowe liście upadły na ziemie, by zostać pochłonięte.
— Czy możemy zapomnieć o tym, co było wcześniej? 
Oderwała od nich wzrok. Czuła gulę rosnącą w gardle. Za każdym razem gdy na nie spojrzała. 
Nie potrafiła zapomnieć. Nie potrafiła wyprzeć z siebie morza bólu, której jej sprawiła. Przepłakanych nocy. Przepłakanych dni. Kryzysów, pozostawiających coraz więcej skrzywień na niej. 
Lecz nie potrafiła jej zranić. Nie potrafiła powiedzieć prawdy. Nie gdy była w tym stanie. Nie gdy tonęła w lawinie własnego bólu. 
— Tak. — jej słowa głucho odbiły się po kociarni. 
Zielone ślipia mieniły się w mroku. Mroku miejsca, które obydwie tak samo mocno nienawidziły. W którym sprawiono im tyle bólu. 
— Cieszę się, że się zgadzasz. Niewiele mi już zostało rzeczy, z których mogłabym być szczęśliwa. — była tak słaba. 
Tak lekka. Pozbawiona sił. Zdawało się, że byle pchnięcie mogłoby ją skrzywdzić.
Czarne futro ponownie przywarło do niej. Zapach bezsilności otoczył ją. Słabe ciepło biło od kotki. Oparła się lekko o nią. Nie była z nikim tak blisko. Nie znała tego. Naiwnie naśladowała ruchy Konwaliowej Rzeki. Siwy ogon niepewnie zaplątał się w okolice grzbietu dawnej zastępczyni, sprawiając, że niegdyś potężna i silna sylwetka teraz skryła się za niewielkim siwym ciałem. 

* * *

Księżyc zakradł się na niebo. Śnieg wypełniał mrok. Bok Kamień unosił się niespokojnie. Urwany oddech zdradzał burzę szalejącą w jej wnętrzu. Nie wiedziała czy śpi. Czy pogrążona w własnych przemyśleniach przeżywa koszmar ostatnich dni. 
Szelest. 
Czarne łapy przeszedł nerwowy skurcz. Wraz z nim wysunęły się pazury. Wychudzona sylwetka kręciła się niespokojnie. 
— Jak będzie się tak dalej rzucać to obudzi Iryska. — westchnęła cicho Szybka Łania, przysuwając śpiące kocie bliżej siebie.
Wilcza położyła uszy. Zapominała o pozostałych mieszkańcach kociarni. Ruda pojawiła się jeszcze za czasów jej pobytu. Skulona przysunęła się bliżej czarnej. Opuszki łap prawie dotknęły niespokojnie drgających kończyn Kamień. Tak blisko, lecz jednak daleko.
Nie potrafiła podnieść wzroku. Odejść. Czując na sobie spojrzenie zielonych ślip, zamarła w bez ruchu. Zbyt sztywna by drgnąć. Niechęć i lęk przed rudym pozostał głęboko zakorzeniony. Nie było powodu by jej ufać. Rudy przynosił tylko zło.
Odkąd pamiętała. 

* * *

Chude łapy nieprzytomnie podążały przed siebie. Czując na sobie wzrok rudej nie potrafiła zasnąć. Po nocy spędzonej w pół śnie, każdy krok zdawał się wyzwaniem. Zaspane pomarańczowe ślipię łapczywie wypatrywało obozowiska. Nie chciała być na patrolu. Nie z nimi. Czuła na sobie czujne spojrzenie Czajkowej Łapy oraz jej mentora. Widziała jej spragniony uwagi wzrok. Przypadkowe popisy. Głośniejsze słowa o tym, jak dużo już umie.
Chciała zniknąć.
Wydrapać sobie uszy.
Żółć podchodziło jej do gardła za każdym razem, gdy rudo-czarna sylwetka przemknęła przed jej łapami.
— Zostaw ją, Czajkowa Łapo. Ta bezużyteczna kupa futra nie jest warta twojej uwagi. — stwierdził Rozżarzony Płomień, widząc starania uczennicy.
Nie wytrzymała.
Chciała móc coś powiedzieć. Wykrzyczeć co o nim myśli. Sprezentować pazurami głęboko skrywane uczucia. Lecz lęk wygrał z gniewem. Lekko zjeżone futro stanęło na jej grzbiecie, gdy łapy zaczęły uciekać. Uciekać daleko od tego wszystkiego.

* * *

Powitało ją spojrzenie smutne spojrzenie zielonych ślip.
— Wilcza? — słaby głos zauważył, że coś było nie tak.
Wzięła głęboki oddech. Nie wiedziała co zrobić. Co zrobić. Zagubiona w tym wszystkim jedynie stała patrząc na nią. Niepewny krok. Ukradkowe spojrzenie. Rosnące napięcie w niej. Sama nie wiedziała dlaczego tutaj się skierowała. Czemu nie mogła od niej odejść. Zostawić samej sobie.
Jak ona ją.
Pozwolić jej poczuć ten ból.
Spojrzała niepewnie na zielone ślipia. Niegdyś tak silne. Teraz tak wypełnione rozpaczą. Poczuła łzy zbierające się w ślipiach. Była taka żałosna. Nie potrafiła zrozumieć siebie.
Jak miała drugiego kota?
— Coś się stało? — to pytanie brzmiało tak absurdalnie.
Tym bardziej z jej pyska.
Pokręciła łbem. Przysiadła się.
— C-chciałam jedynie wspólnie spędzić czas. — prawda zmieszana z kłamstwem wypłynęła z pyska.
Niepewnie pomarańczowe ślepię obserwowało bacznie czarną.

<Kamień?>

13 marca 2022

Od Wilczej Zamieci CD. Kamiennej Agonii

Pamiętała jej wzrok. Jej słowa. Odbijały się w głowie kotki bez końca. Poczucie ulgi. Ukojenie. Zniknęło. Czysta złość wypełniła jej miejsce. Starte pazury wbiły się w suchą ziemię kociarni. 
Zamknęła oko. 
Obraz czarnej sylwetki nachylonej nad nim znów wypełnił jej łeb. 
"Gdyby tylko ktoś spróbował go skrzywdzić. Nie dałabym mu chwili wytchnienia. Nie pozwolę, by coś mu się stało! Nie może skończyć jak Zwęglone Futro."
Słowa, których sama zawsze pragnęła padły w stronę istoty, której tak nienawidziła. Larwy. Pasożyta. Potomka tego, który odebrał jej wszystko. 
Widziała jej wzrok. Widziała, jak wiele uwagi mu poświęca. Jak jej czujne i zimne zielone ślipia podążają za bezradnymi krokami potomka diabła.
Została zdradzona. Zdradzona przez jedyną, która zdawała się ją rozumieć. 
Gniew i żal przelewał się w kotce za każdym razem, gdy czarne futro pojawiło się na horyzoncie. Uczucie bezradności rosło. Podobnie jak oni. 
Z bezradnych pędraków stały się uczniami. Każdego dnia stawali się silniejsi. Zdobywali uznanie i zaufanie. Mieli przyjaciół. Osiągnęli to czego ona nigdy nie mogła. Nie potrafiła. Spoglądała jedynie w oddali jak zdobywają to co zawsze było poza zasięgiem jej łap. Ukradli jej wszystko. Brata, Kamienną Agonię, chęć życia. Wszystko co jej pozostało po tamtej nocy. 
Nikt nie wiedział. Nikt nie wierzył jej. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że kocięta największego tyrana, który stąpał po tej ziemi biegały sobie beztrosko wśród nich. 
Wilcza nie zamierzała ich ratować. Już dawno temu została przez nich odrzucona. Nie miała zamiaru ich ratować. 


* * *

Biała sylwetka otoczona cierniami. Strużki krwi spływające po łapach. Kolce błyszczące w świetle księżyca.
— Z-zajączku...? — jej głos zbyt słaby, by przebić się przez ciszę nocną.
Mimo to białe uszy wyłapały go. Drgnęły nerwowo.
— Zając...? C-co się dzieje?
Uniósł łeb. Nienaturalnie. Sztucznie. Coś strzeliło w jego karku. Ich spojrzenia spotkały się. Zieleń zanikła wśród czerni. Czarne niczym smoła ślipia spojrzały się na nią.
— Nie mam teraz dla ciebie czasu. — syknął głosem wypełnionym bólem.
Łzy zebrały się w zdrowym ślepiu. Pokręciła łbem. Nie zostawiłaby go. On nigdy jej nie porzucił...
— Odejść! Wynoś się! — głos brata nabierał na sile.
Próbował rzucić się w jej stronę. Ciernię coraz mocniej wbijały się w łapy kocura. Czarne ciecz brudziła jasne furto.
— Wynoś się, głupia! — kolejne warknięcie.
Płakała. Jedynie to potrafiła zrobić. Jak zawsze. Bezradna i do niczego.

* * *

Zerwała się ze snu. Wspomnienie tamtego wieczoru wciąż ją bolało. Przypominało o tym co tak bardzo starała się z siebie wyrzucić. Nie miała już nikogo. Nawet brata.
Zajęcza Gwiazda przepadł. Odrzucił ją. Nawet na nią nie spoglądał. Wypełniony gniew, które źródła nie znała, gardził nią. Czuła to. Czuła jak wielką nienawiścią i obrzydzeniem darzy ją brat.
Jedyny kot, któremu mogła tak ufać zranił ją najbardziej.
Niczym ona.
Chłodne zielone ślipia rozglądały się po obozowisku. Szukały czegoś. Kogoś.
— Wilcza Zamiecio. — nie spodziewała się, że jej głos tak ją zaboli.
Odwróciła wzrok. Nie potrafiła na nią spojrzeć. Nie po tym.
— Wilcza Zamiecio. — głos stał się stanowczy. — Zamierzasz zignorować patrol?
Wbiła pazury w ziemię. Gdyby umiała się sprzeciwić. Gdyby potrafiła mówić o swoich uczuciach. Gdyby nie bała się wszystkiego. Gdyby była kimś innym. Gdyby tylko była kimś innym.
Ruszyła w stronę kotki. Nie odważyła się podnieść spojrzenia.
— Ciociu, idziemy na trening? — usłyszała jego głos.
Brązowe ślipia. Kolor śmierci. Morderca skryty w drobnej niewinnej sylwetce. Kamień miauknęła coś do niego. Wilcza nawet nie dosłyszała. Wystarczył sam fakt. Sam fakt tego wszystkiego. Gniew i żal przelewał się w kotce.
Zaufała jej. Po tylu zranieniach, słowach, których nie potrafiła zapomnieć. Po tylu pogardliwych spojrzeniach. Krzykach. Kłótniach.
I znów.
Znów dostała od niej pazurami w grzbiet. Znów została zdradzona.
Nic nie rozumiała. Nic.
Gdyby tylko doświadczyła tego co ona. Gdyby tylko poczuła ból, który przeżyła Wilcza. Ten straszny ból.
Lecz nie ośmieliła się tego powiedzieć. Nie ośmieliła się jej sprzeciwić.

* * *

Łapy nerwowo drgały na wietrze. Śnieg spadał wciąż z nieba. Świat tonął w bieli. Zalała sobą wszystko. Przykryła polanę. Wraz z nią pojawił się głód. Z dnia na dzień sterta z żywnością zwężała się. Lęk o przetrwanie zaglądał w oczy Burzaków. Zajęcza Gwiazda nie był zadowolony. Brat zmienił się. Nic nie pozostało w nim z kota, którego znała. Straciła go na zawsze. Straciła ostatniego członka swojej rodziny.
Wraz z nim siebie. Istniała, lecz nie czuła, że żyła. Wypełniona jedynie głuchym smutkiem potrafiła rozmyślać o tym co było. Żyć szczęśliwymi chwilami, które już nie zamierzały powrócić. Wspominać utracone.
Zbyt nieprzytomna, zbyt zdezorientowana by dojrzeć co się działo, usłyszała szept. Szept zbyt dobrze jej znany. Szczypiorkowa Łodyga. Wraz z Marchewkowym Grzbietem i Fretkowym Biegiem. Trójca, której nienawidziła równie mocno co Jego.
— Wiedziałam, że to się stanie. — zaczęła Szczypior.
— Ja od samego początku wiedziałam, że się puszcza po kątach. — dodała swoje trzy grosze Marchewka. — Wystarczyło spojrzeć, jak dostawia się do Jałówka. — prychnęła.
— Ja słyszałam, że kręciła z liderem Klanu Wilka. — podekscytowany szept Fretki wyróżniał się na tle tamtych.
Szczypiorkowa Łodyga zaśmiała się.
— Nawet ten brzydal by jej nie tknął. Może gdyby mu zapłaciła. Ale upaść tak nisko, żeby zrobić to z Wilczakiem? Nasza Kamyczek pewnie puściła się z Klifiakiem. Jak to obrzydlistwo Wilcza. — syknęła szylkretka.
Marchewka westchnęła, przeciągając się.
— Wiecie co? Powinniśmy na nią tak wołać. — mruknęła z uśmiechem, spoglądając w stronę Wilczej.
Siwa postawiła sierść.
— Co myślisz, Wilcza? Teraz twoja przyjaciółeczka cię nie obroni. Ryczy żałośnie w kociarni niczym ty. Kto by sądził, że okażecie się podobnie żałośnie słabe? — zaśmiała się kotka.
Siwa nie wierzyła własnym uszom. Pokręciła łbem. Kłamały. To nie było prawdą. Nie mogło. Po prostu nie mogło.
Jej łapy same ruszyły w stronę kociarni. Miejsca, którego tak nienawidziła. Do którego nigdy nie chciała wracać. Wypełnionego smutkiem i żalem. Jej największymi traumami.
Zatrzymała się.
Nie. Dlaczego do niej biegła. Nie powinna. Nie po tym co jej zrobiła. Kamień nie zasługiwała na jej współczucie. Nie po tym co jej zrobiła. Teraz i dawniej. Nikt nie sprawił jej byle bólu co ona. Lecz Wilcza mimo to nie potrafiła jej porzucić. Pomimo wszelkiego zła, którego jej wyrządziła. Smutku i potwornych słów, które skierowała w jej stronę. Odrzucenia i pogardy, które nie raz dojrzała w jej oczach.
Chciała, lecz nie potrafiła. Niczym przeklęta nie potrafiła.
Zielone zmęczone ślipia wpatrywały się w ziemię. Wyglądała żałośnie. Źle. Jak nie Kamień. Jak marna podróbka jej osoby.
— K-kamień. — głos łamał się w jej pół. — P-przepraszam... to m-moja wina.

<Kamień?>

07 lutego 2022

Od Wilczej Zamieci

Zamknęła ślipię zmęczona tym wszystkim. Siwy ogon okrył chude słabe ciało. Łapy przykryły łeb, próbując schować się przed resztą świata.
Przed hałasem. Gromadą wesołych okrzyków. Głośnymi chichotami. Rozbawionymi głosami. Radością na pyskach. Zabawami. Wesołą paplaniną bez większego sensu. Szczęściem, które zdawało się wypełniać każdego poza nią. Nie rozumiała tego. Nie umiała odczuwać radości, która rozkwitała wokół niej. Nie była częścią niej. Była zepsuta. Zniszczona. Upośledzone. Była jedynie niczym. Nikim. Wykluczonym z reszty świata. Pozbawiona tego, do czego dążyła całe życie. 

* * *


Kwiecista polana. Nie sądziła, że jeszcze ją zobaczy.
Odważyła się. Jednak. Pomimo tylu błędów. Potyczek. Znów ośmieliła pluć jej w pysk swoimi kłamstwami. Niezdolna do prawdziwych uczuć. Niezdolna do empatii. Znów ją nawiedziła.
Posiwiały ogon wił się nerwowo w powietrzu. Nie chciała jej widzieć. Nigdy więcej. Nie po tylu kłamstwach. Nie po tylu zagrywkach. Nie po wszystkich gierkach, gdzie była jedynie jej zabawką.
— Lisku, kochanie... — otworzyła pysk, by wydać z siebie znów ten irytujący głos.
Nie spojrzała na nią. Nie mogła. Łzy zebrały się w zdrowym ślepiu, obrazując jedynie fragment burzy rozpaczy w niej. Trzęsące łapy, wprawiały pobliskie kamyczki w drgania. Siwa sierść niczym kolce jeża odznaczała się na karku kota. 
Porzuciła ją. Zostawiła. Była taka sama jak pozostali. Tak samo zepsuta. Tak samo egoistyczna. Pozbawiona empatii. Pozbawiona dobra. Nic co wypadło z pyska tej kotki nie było szczere. Kłamstwo za kłamstwem. Łgała w każdym uderzeniu serca swojego życia. Jedynie to potrafiła zrobić. Niczym nie różniła się od pozostałych. Stworzyła i sprawiła, że Wilcza uwierzyła w coś czego nigdy nie było. Zamydliła jej oczy. Zawładnęła jej umysłem. Dała poczucie zrozumienia. Sprawiła, że siwa poczuła, że coś znaczy. Że dla kogoś coś znaczy. Nic bardziej mylnego. Wszystko okazało się jedynie kłamstwem. Paskudnym i obrzydliwym kłamstwem. 
Kroki. Niewielkie łaciate łapy zbliżały się do niej. Długiego futro falowało na wietrze z gracją. Zielone ślipia wypełnione czułością. Zdawała się idealna. Taka piękna. Taka dobra. Niezdolna do zbrodni, o które je oskarżała. 
— Nie. — wydusiła z siebie. — N-nie. Nie p-podchodź. 
Zatrzymała się. Urwany oddech. Zwiedziony wydech. Rozczarowanie sączyło się z niej. Przygniatało siwą. Dusiło. 
Nie. Nie była niczego winna. Nie ona zawiniła. Nie ona ją zostawiła. Nie ona się od niej odwróciła, gdy najbardziej jej potrzebowała. 
Gdy rozpaczliwie za nią tęskniła. Gdy była jedyną, której na tyle ufała. Której tak strasznie potrzebowała. Jej słów. Jej obecności. Jej samego spojrzenia. Poczucia, że nie jest sama z tym. 
Stała się jej całym światem tylko po to, by następnie go zmiażdżyć. 
Porzuciła ją. 
Wyrzuciła ze swojego życia. 
Oderwała i zgniotła niczym irytującego kleszcza. 
— Lisku. Wszystko jest zupełnie inne niż ci się wydaje. — jedynie to powiedziała. 
Zastygła.
Wszystko zataczało błędne koło. 
Ci, którzy zdawali się być z nią w końcu kończyli przeciwko niej. Obiecywali wsparcie. Dawali ulotne chwile szczęścia. Sprawiali, że cały jej świat zaczynał kręcić się wokół nich. Po to tylko, żeby następnie go zdeptać. Ukazać jak bardzo się myliła. Jak naiwna była. 
Zrobiła krok do tyłu, kręcąc łbem. Nie ośmieliła się spojrzeć na szylkretkę. Na malujące się na jej pysku emocje. Nie zniosłaby ich. 
Nie mogła już nikomu ufać. 
Zbyt wiele kolców wbito w nią. Zbyt wiele cierniów splątano wokół jej łap. Czuła je. Każdy z nich. Ich promieniujący ból zdrady. 
Nawet ona.
Nawet Kamienna Agonia ją zdradziła. 

13 stycznia 2022

Od Wilczej Zamieci CD. Kamiennej Agonii

—  Dla nas ta ryba to nic. Jak się ściemni, wrócimy do obozu i zapomnimy. — wypaliła Kamień oskarżycielskim tonem. — A ona właśnie straciła swoje życie. To jest dowód, jak bardzo świat jest brutalny. Tak samo będzie z każdym z nas. 
Wilcza spojrzała na rybę. Nieruchomą, martwą istotę. Wyrzuconą przez wir życia na skazanie. Pozostawioną samemu sobie. Bezużyteczną. Żadna z ryb nie będzie jej pamiętać. Tęsknić. Popłyną dalej aż same nie skończą podobnie. Ślepo podążając za tłumem. Za tym co wszystkim okazuje się oczywiste. 
Otworzyła pysk, by uderzenie serce później go zamknąć. Nie umiała ubrać w słowa tego co chciała powiedzieć. Jedynie wpatrywała się w martwe stworzenie. 
"To jest dowód, jak bardzo świat jest brutalnyTak samo będzie z każdym z nas."
Żadna z nich nie wiedziała ile czasu im pozostało. Co przyniesie przyszłość. Jak tragiczna i okropna się okaże. Położyła uszy. Ile nieszczęścia im ześle. 
— Z-zanieśmy... — zaczęła cicho. — J-ją... Narcyzowi. O-on s-się u-ucieszy. D-doceni. U-uważa j-je z-za dobre... d-dobre na f-futro. 
Kamienna Agonia westchnęła cicho, kręcąc łbem. Trudno było określić co czuła. Siwa otuliła się ogonem. Była taka beznadziejna. Nawet nie umiała odpowiedzieć na słowa kotki. Czarna musiała być zła na nią. Była tak okropnym rozmówcą. Zajmowała jedynie jej cenny czas. Zmuszała do niańczenia jej. Przez nią musiała pół dnia spędzić na podróży nad strumień. Wolała sobie nawet nie wyobrażać jak zirytowana kotka jest.
— Skoro tak mówisz. — miauknęła jedynie, spoglądając znów na potok. 
Wilcza powędrowała spojrzeniem za kotką. Jej zgarbiona lekko sylwetka była taka inna od tej dumnej i silnej, którą prezentowała w obozie. Zielone ślipia w kolorze liści klonu zamiast przepełnione furią zdawały się być gdzieś daleko myślami. Wiatr targał lekko czarne futro zastępczyni, lecz ta nie zwracała na to uwagi. Była gdzieś indziej. Wyglądała jakby...
— C-cierpiała... — zielone ślipia szybko przeszyły ją pytającym spojrzeniem. 
Wilcza uciekła pośpiesznie. Zawstydzona i zażenowana sobą schowała pysk za łapami. 
— Mówiłaś coś?
Serce siwej zabiło szybciej. Czerwień zachodzącego słońca splamił czarne futro. Zmarszczone brwi. Lekko drgający ogon zdradzający zniecierpliwienie. Para uszów skierowane w jej stronę. 
Przełknęła ciężko ślinę. 
— W-wyglądasz... — powtórzyła niepewnie, sama nie wiedząc, czy powinna to zrobić. — J-jakbyś... jakbyś... c-cierpiała. — wydusiła.
Zielone ślipia powędrowały w inną stronę. 
— Ciężko, żebym wyglądała inaczej. — odparła obojętnie. — Wracamy?
Wilcza niepewnie stanęła na łapach. Nie chciała wracać. Dusiła się tam. Męczyła. Czuła się jak wronia strawa. Bardziej bezużyteczna i nienawidzona niż kiedykolwiek indziej. Położyła uszy i kiwnęła łbem. Nie miała odwagi zajmować więcej czasu kotce. Miała lepsze sprawy na łbie niż ją. I tak pewnie czas z siwą był dla nią katorgą. 
Zastępczyni wzięła rybę w pysk i spojrzała na ciężarną. 
Ciężarną. 
Wilcza tak bardzo nienawidziła, że była tak traktowana. Nienawidziła tego stanu. Wszystkiego w nim. Łapy ją bolały. Grzbiet także. Każdy krok był wyczerpujący. Wiecznie głodny organizm domagał się jedzenia, którego kotka nie potrafiła tknąć. 
— Idziesz? — lekko zirytowany głos, sprawił, że drgnęła.
Podeszła do zastępczyni i starając się nie być ciężarem, zaczęła przebierać łapami. 

* * *

— Och, co za wspaniały podarunek. — staruszek uśmiechnął się szczerze. — Idealny dla tak wspaniałego kota jak ja. — dodał, biorąc się za rybę. 
Kamień zmarszczyła brwi zirytowana. Wilcza jedynie niepewnie na nią spoglądała. Nie chciała tam wracać. Nie dziś. Nie jutro. Lecz to zdawało się nieuchronne. Sasanek spał zwinięty w drobną kulkę. Orlikowy Szpet także drzemał niedaleko partnera. Większość obozowiska udała się na odpoczynek. Jedynie ich trójka pozostawała na łapach. 
— Idę. — ogłosiła Kamienna Agonia, wychodząc. — Też wróć do kociarni niedługo. Nie spraw Zajęczej Gwieździe niepotrzebnych nerwów. 
Opuściła ich. Wilcza niepewnie wpatrywała w znikającą w mroku sylwetkę. Później we własne łapy, gdy starszy delektował się przysmakiem Nocniaków. 
— Nigdy nie rozumiałem młodych. Zbyt zapatrzeni w siebie, by zadbać o mą wspaniałą osobę. Cieszę się, że chociaż wy miałyście trochę rozumu, by coś mi przynieść. To futro samo z siebie nie wygląda tak wspaniale. Będąc najstarszym kotem w klanie ciężko zadbać o boski wygląd. A wrażenie samo się nie zrobi. Wiesz to prawda? — zaczął miauczeć Narcyz. 
Wilcza usiadła, czując nieprzyjemny ból na grzbiecie. 
— Może nazwiesz jedno Narcyz? — zaproponował starszy. — To zaszczyt nosić me imię. A uwierz, nie proponuję to każdemu. To jak?
Siwa zdezorientowana pokręciła łbem. Nie rozumiała starszego. Nigdy nie potrafiła. Jego pewność siebie. Samouwielbienie. Były jej kompletnie obce. Nierozumiane. 
— Ała. —  miauknął urażony niebieski. — Może chociaż ze mną poplotkujesz? Co to za szczęściarz? —  wskazał łapą na brzuch siwej. 
Wilcza zastygła w bez ruchu. 
Szczęściarz? 
Dziwne uczucie zaczęło palić ją w łapy. Jej oprawca szczęściarzem? Kocur, który skrzywdził ją na zawsze. Który ją zniszczył. Roztrzaskał na kawałki. Zburzył wszystko nad czym pracowała. Odebrał jej część jej na zawsze. Przez którego to wszystko się działo. Którego plugawe pasożyty żyły w niej wysysając z niej życie. Tupnęła łapą, zaskakując samą siebie. 
— W-wypluj... w-wypluj t-te słowa. — syknęła, czując jak wszystko w niej buzuje. 
Zdziwiony starszy zjeżył futro. 
— Młodzież. Zawsze bez szacunku do tak wspaniałych starszych jak ja. — mruknął, nonszalancko odwracając się zadem do siwej. 
Wilcza wyszła cała podminowana ze starszyzny. 
Miała dość tego wszystkiego. 

* * *

Piski roznosiły się po kociarni. Glisty wiły się w legowisku niespokojnie. 
— Wilcza, proszę. — jedynie smutny głos brata, sprawiał, że potrafiła do nich podejść. 
Niechętnie i z obrzydzeniem położyła łapę w legowisku. Kocięta podeszły do niej, kręcąc się niezdarnie wokół. Wilcza zacisnęła ślepię i położyła się. Czuła jak podpełzają do niej. Jak ugniatają jej brzuch swymi małymi łapami. Jak ciągną mleko. 
Obrzydliwe. Nie mogła tego znieść. Chciała krzyczeć. Ryć pazurami w ziemi. Wić się i płakać z własnej niemocy. 
— Przyniosę ci coś. — miauknął Zajęcza Gwiazda, liżąc siostrę lekko w czoło. — Jesteś bardzo dzielna. 
Zacisnęła łapy, czując wbijające się w poduszkę pazury. Nie chciała być dzielna. Nie chciała uznania. Nie chciała mieć wspólnego z tymi istotami. Samo uwięzienie w tym samym pomieszczeniu było zbyt ciężkie. Umierała tu. Powoli.
Chciała, żeby zniknęły z powierzchni tego świata. Na zawsze. Przepadły bez śladu. Przestały istnieć. 
Lecz nie mogła zrobić tego bratu. Widziała, jak bardzo zależało mu na nich. Nie potrafiła tego zrozumieć. Były kociętami najgorszego kota w historii leśnych klanów. Tyrana gorszego od Piaskowej Gwiazdy. Lecz zdaniem większość zasługiwałyby żyć. By przypominać bez końca Wilczej o tamtej nocy. 
— Więc już po porodzie. — głos zdecydowanie nie należał do jej brata.
Przeniosła zapłakane spojrzenie na kotkę. Zastępczyni wpatrywała się w nią. W zielonych ślipiach urosła złość.
— Idiotyczne kocięta będą się musiały wychowywać z tobą w jednym klanie. Z nami. Ze wszystkimi. — syknęła, trzepiąc ogonem. 
Wilcza jedynie milczała, wpatrując się w czarną. 
— Na miejscu Jeżowej Ścieżki kazałabym ci je wywalić w krzaki. Ten oblech zrobił ci to, a teraz ty masz ponosić tego konsekwencje? Ten świat ma tak popieprzoną logikę. — warknęła, spoglądając w kąt kociarni. 
Zrobiła krok w jej stronę. Zimne zielone ślipia zlustrowały kocięta chłodnym spojrzeniem. Widziała jej skrzywienie na widok rudych plam. Obrzydzenie. Wściekłość. Wilcza chciała wstać. Odejść od nich. Schować się za Kamień. Pozwolić wydać na nie wyrok. Pozbyć się ich na zawsze.
Uczepione niej kocięta ssały mleko, ugniatając drobnymi łapami jej brzuch. Mruczały cicho zadowolone. Spragnione kontaktu z nią. 
— S-szkoda, ż-że n-nie j-jesteś... m-medykiem. — bąknęła przez łzy. 
Kamień trzepnęła uchem, kierując na nią wzrok.
— Jak je nazwałaś. 
Przełknęła ślinę.
Gdyby żyły w innym świecie. Gdyby były innymi kotami. Gdyby ta sytuacja była inna pewnie teraz wesoło podziwiałyby kocięta, zachwycając się ich drobnością i delikatnością. 
Narodziny były by czymś wspaniałym, a nie przekleństwem. 
Wilcza mogłaby na nie patrzeć. Umiałaby cieszyć się z ich pojawienia. Nie czułaby obrzydzenia. Nie płakałaby patrząc na nie. 
— R-róża... — miauknęła cicho, wskazując niechętnie łapą leżące na grzbiecie kocie. — C-czajka... — kolejne rude kocie, które wtulone w jej brzuch zasnęło. 
Wzrok kotki zatrzymał się na dwóch leżących na sobie kociętach. 
— P-pa... Pasikonik... i Węgielek. 
Kamienna Agonia utknęła wzrokiem na czarnym kocięciu. Wzięła wdech. W jej zielonych ślipiach pojawił się błysk. A zaraz po nim zaszkliły się. Zastępczyni szybko odwróciła łeb od Wilczej i młodych. 
— K-kamień...? — wydusiła cicho i niepewnie, wpatrując się w kotkę.
Zastępczyni nie odpowiedziała. Wstała i wyszła z kociarni. 
W Wilczej coś runęło. Odchodząca czarna sylwetka sprawiała, że nie mogła. Nie mogła tego wytrzymać. Nie wiedziała co się stało. Bała się, że ją uraziła. Że Kamień znienawidziła ją za to. Zhańbiła imię ważnego dla zastępczyni kota. Zhańbiła je nadając je plugawemu kocięciu.
Była potworem. 
Była taka głupia. Durna. Durna Wilcza. 
Wstała. Zerwała się na łapy, budząc młode, które zaczęły piszczeć i wiercić się. Znów zniszczyła wszystko. 
— Ka-kamień... j-ja... ja p-przepraszam... — wybiegła za kotką, która nie była wstanie nawet na nią spojrzeć. 

<Kamień?>


12 stycznia 2022

Od Wilczej Zamieci

Silny i przeszywający skurcz przeszedł przez ciało kotki. Zdezorientowana Wilcza pisnęła. Spojrzała przerażona na brata, który szybko zerwał się na łapy. 
— Zaczęło się. — miauknął Zajęcza Gwiazda. 
Jego zielone ślipia przepełnione były strachem. Siwa także się bała. Reakcja brata nie pomagała. Czuł, że coś jest nie tak. Wiedział, że to się nie skończy dobrze. Wszyscy wiedzieli. Trzymali ją w niepewności niczym krowę na rzeź. Łapy kotki zaczęły się telepać. Nie przeżyje tego. Nie przeżyje. Zdechnie. Zdechnie, gdy wszystko zaczęło nabierać kolorów. Może to wszystko było z litości. Nieszczere poświęcenie i przemęczanie się z nią. Dwa księżyce fałszywego uśmiechu dla reszty życia w spokoju i bez niej.
Wilcza zapowietrzyła się. Nie potrafiła oddychać. Przerażone pomarańczowe ślepię spojrzało na brata zrozpaczone. 
— Będzie dobrze, Wilcza. Nie martw się. Zaraz pójdę po Jeżową Ścieżkę. Będzie dobrze.   miauczał spanikowany kocur, uciekając spojrzeniem od cierpiącej siostry. 
Siwa pokręciła łbem. Nie będzie. Nie będzie. Kłamał. Łgał jej prosto w oczy. 
— N-nie... nie...  syczała, trzymając kurczowo łapę brata. 
Nie pozwoli mu odejść. Będzie patrzył na to. Na jej cierpienie. 
— Zajączku, co się dzieje?  do kociarni wpadł Glinka. 
Niebieski spojrzał na rodzeństwo, by następnie zrobić wielkie oczy. 
— Zaczęło się? 
— Tak! Leć po Jeżową Ścieżkę. — rozkazał biały, próbując przekonać samego siebie, że będzie dobrze.   Prędko.  ponaglił kocura.
Wilcza widziała na jego pysku, że okłamywał samego siebie. Łzy leciały po jej posiwiałych polikach. Nie chciała umierać. Nawet jeśli to wszystko było kłamstwem.
Kolejny skurcz. Gorszy. Mocniejszy. Przerażający. Krzyk wydobył się z jej pyska.  Nie krzyczała od tamtej nocy. Wbiła pazury w łapa brata, który miauczał coś do niej. Zacisnęła mocniej ślipia, licząc, że to pomoże. Nie pomagało. Potworny ból znów rozchodził się po jej ciele. I znów. I znów. Jęki i wrzaski wypełniły na nowo kociarnie zupełnie jak tamtego dnia. Płakała. Jedynie to mogła zrobić. Płakała, krzycząc.
— Wilcza, posłuchaj mnie...  ciepły ton głosu brata był niedoniesienia. 
— Z-zamknij się... Zamknij się... Z-zamknij się... — jęczała, wyginając się z bólu. 
Ból nie odpuszczał. Nie chciał odejść. Uwił sobie wygodnie gniazdko w jej ciele i nie zamierzał odpuścić.
— Wilcza Zamiecio, weź ten patyk. — szorstki głos pojawił się znikąd. 
Otworzyła ślepię, by ujrzeć szylkretowe futro. Nie na nie liczyła. Trąciła łapą kija, prychając wściekle. 
— Przetrzymajcie ją. To będzie długi dzień. — stwierdziła medyczka. 

* * *

Zapach mleka uderzył w jej nozdrze. Prawie zapomniała jak pachniał. Niewyraźne wspomnienia pojawiły się w jej łbie. Ona i Zajączek. I ich mama. Rozmazana, szylkretowa sylwetka uśmiechająca się do nich ciepło. Niemal całkowicie jej zapomniała. Otworzyła niepewnie ślepię. 
Kociarnia. 
Znów to przeklęte miejsce. Białe futro. Brat spał. Spokojnie. Jego klatka unosiła się i opadała. Wilcza chciała wstać. Lecz obolałe ciało nie pozwoliło na to. Coś poruszyło się koło niej. 
Nie. 
Nie. Nie. Nie. 
Pomarańczowe ślepie niechętnie spojrzało w tamtą stronę. 
Cztery. 
Cztery rudawo-czarne kształty wiły się obok niej. 
Zerwała się na łapy, ignorując ból. 
Nie. 
— Wilcza...? Wilcza, spokojnie. — odezwał się zaspany głos brata. 
Spojrzała przerażona w jego stronę. Łzy spływały jej po poliku. Kocur podszedł do niej. Niepewnie i lekko otulił ją ogonem. 
— Nie są takie straszne. Spójrz. — wskazał malce, które ruszały się po legowisku, piszcząc. — Szukają cię. 
Siwa pokręciła łbem. 
— N-nie... n-nie c-chce... — wydusiła z bólem. — W-weź... w-weź j-je...
Gardło piekło przy każdym słowie. Dotknęła łapą się niepewnie szyi. Zajęcz Gwiazda cicho westchnął. 
— Nie przeżyją bez ciebie. Nie teraz. Bez mleka umrą, Wilcza. Jesteś jedynym kotem, który może je wykarmić. — wyjaśnił jej brat. 
Kotka pokręciła łbem. Nie obchodziło jej to. Nie chciała ich. Na sam widok rudego futra przechodziły ją ciarki. Nie były jej. Były JEGO. Ich futro, ich zapach, ich pędzelki na uszach. Wszystko tego dowodziły. Były przeklęte.
Były kociętami Lisiej Gwiazdy. 
— Wilcza. Wilcza, spokojnie. Posłuchaj mnie, proszę. — zaczął brat, próbując uspokoić trzęsącą się kotkę. — Nie myśl o tym. Wiem, że jest trudno, ale postaraj się. One są niewinne. Zupełnie niezbrukane nim. To od nas zależy na jakie koty wyrosną, Wilcza. 
Podszedł powoli do piszczących coraz głośniej maluchów. Jedno z kociąt, złapało jego łapę, wtulając się w nią. 
— Spójrz. Wygląda zupełnie jak ty. — stwierdził cicho, przyglądając się powoli uspokajanemu kocięciu. — Jak go nazwiesz?
Wilcza spuściła łeb. Nie chciała nadawać imion. Nie zasługiwały na nie.
— G-glista. 
Zajęcza Gwiazda spojrzał na nią z krzywym uśmiechem. 
— Wygląda ci na Glistę? — zapytał, przyglądając się uważnie kociakowi. 
Siwa niepewnie podeszła do brata. Usiadła za nim, starając nie zbliżać się do nich. Czarne kocie miało inne plany. Zaczęło znów piszczeć, sprawiając, że reszta maluchów starała się podążyć za jego głosem. Wilcza obserwowała to z przerażeniem. To nie było normalne. Nikt jej tego nie powie.
Były przeklęte. 
— Może... Maczek? — zaproponował brat. 
Wilcza zmarszczyła brwi. Nie. Nikt nie chciał się nazywać od chwastu z pola. Spojrzała niechętnie na kocię. Imię musiało coś znaczyć.
"Oni wszyscy liczyli, że będę silna! Króliczy Sus, nadając mi takie imię, Świerszczowy Skok oczekując należnego im wsparcia! Gliniane Ucho, dla którego musiałam być oparciem, gdy nasza matka ginęła w męczarniach! - przypomniała sobie słowa zastępczyni. 
Imiona niosły ze sobą moc i przeznaczenie. Jeśli miał szansę zostać dobrym kotem, jak uważał Zajęcza Gwiazda, musiał mieć odpowiednie imię. Wilcza nie była całkowicie do tego przekonana, lecz wolała już kierować się tym niż znajomością kwiatów z polany. 
"Wiesz co nie doceniłam cię. Zwęglone Futro też mi się wydawał słaby, ale..."
Zwęglone Futro. Wojownik, którego nigdy nie poznała. Który zdobył tak dużą aprobatę Kamiennej Agonii. 
— Węgielek. — miauknęła cicho. 
Zajęcza Gwiazda uśmiechnął się lekko. Jego zielone ślipia wydawały się takie spokojne. Zupełnie jakby wszystko co złe było zupełnie za nimi. Wilcza chciała w to wierzyć. Ale wiedziała, że to kłamstwo.
— Śliczne imię. Pasuje do niego. Spójrz, jemu też się podoba. — miauknął, wskazując na wiercącego się malca. 
Siwa położyła uszy. Nie chciała się zbliżać do nich bliżej niż to konieczne. Mogła pobawić się w głupie nadawanie imion skoro bratu tak na tym zależało, lecz to nie zmieniało faktu, że nie mogła na nie patrzeć.
— A ta?  — wskazał na malca z rudą plamą na grzbiecie. — A może ona wygląda ci na Maczka? A może Pszczółka? 
Wilcza drgnęła na dźwięk tego imienia. Dobrze pamiętała rudą. Zbyt dobrze. Trzepnęła lekko ogonem  ze spuszczonym wzrokiem. 
— Nie? No dobrze, to może Jeżynka? A może Rudzik? Choć nie to bardziej męskie imię. — stwierdził brat, drapiąc się po łbie. — A może Czajka? Ładnie brzmi. Wiesz, że te ptaki zwiastują nadejście pory nowych liści? 
Wilcza kiwnęła łbem, byle mieć już za sobą. Chciała wyjść z tego miejsca. Zapomnieć o tym wszystkim. Uciec gdzieś daleko pozostawiając te kreatury za sobą. 
— A ona? — wskazał kolejne kocie. — Rozumiem, że Maczek nie przejdzie, więc może Żonkil? O, albo Róża. Co powiesz na Róże? Wspaniałą, śliczną, delikatną... — rozczulał się nad kocięciem
Wilcza wbiła pazury w ziemię. 
— J-jak c-chcesz... — wydusiła cicho, wpatrując się w świat poza kociarnią. 
Niektóre koty zaciekawione zaglądały. Inne szeptały na widok Wilczej. Drwiące uśmiechy na rudych pyskach. Zaniepokojone spojrzenia. Wilcza spuściła wzrok. Poza kociarnią nie czekało ją nic dobrego. Niechętnie zawróciła wzrokiem do brata. Jedno z kociąt wydostało się z legowiska. Niezgrabnie pełzało w jej stronę. 
Nerwowy dreszcz przeszedł przez grzbiet siwej. 
— W-weź j-je... — słaba prośba wypadła z jej pyska.
Zajęcza Gwiazda spojrzał smutno na kocie i złapał je lekko za kark. Włożył je z powrotem do legowiska.  Wilcza niepewnie podążyła za nim. Cała czwórka wiła i piszczała w posłaniu. 
— Są głodne. — stwierdził smutno biały. 
Wilcza położyła uszy. Odwróciła wzrok od kociąt. 
— A ona? — miauknął brat, wskazując uciekinierkę. — Musisz ty ją nazwać. Wybrała ciebie. — miauknął, lekko się uśmiechając. 
Wilcza zacisnęła ślepię. Nie chciała tu być. Chciała, żeby Kamień się tu zjawiła i zabrała ją stąd. Żeby kotka kazała jej bratu i Glince zająć się kociakami, a Wilcza mogła znów powrócić do swojego szarego i beznadziejnego życia. 
— Wilcza?
Spojrzała na tą pokraczną istotę. Na jej skalane bielą i rudym futro. Łzy spłynęły po poliku kotki. 
Imię. 
Zaczęła wymieniać wszystkie znane jej koty, które zasługiwały. Jałowca, Orlika, Zająca, Glinkę, Królika, Jelonka, Kozę, Niebo... Świerszcza. Zatrzymała się na tym imieniu.
Wpatrywała się w pokraczną istotę. Jelenie Kopytko kiedyś jej powiedział, że pasikoniki są symbolem szczęścia. Radości. Że zapowiadają zmiany w życiu. Silne i szybkie. 
— P-pasi... P-pasikonik... — wydusiła z siebie, wtulając się w futro brata. 
Miała dość. 

11 stycznia 2022

Od Wilczej Zamieci CD. Tygryska (Tygrysiej Łapy)

— Mogę cię jakoś pocieszyć?
Padło pytanie z pyszczka małej rudej istotki. Nie pamiętała, żeby ktokolwiek zadał jej takie pytanie. Pomarańczowe ślepię zdezorientowane uciekło wzrokiem na polanę. Nie wiedziała, jak na to odpowiedzieć. Wstała niepewnie na chudych łapach i zaczęła odchodzić. Nie miała lepszego pomysłu. Może kocięciem ktoś się zainteresuje i weźmie je od niej. 
— Gdzie idziesz? — miauknęło kocie, podążając za nią. — Uraziłam cię? Ucieczka nie jest dobrym rozwiązaniem na problemy. 
Wilcza zatrzymała się. Nie rozumiała tego stworzenia. Czemu nie mogło jak wszyscy sobie odpuścić? Zostawić ją. To nie było trudne. Wystarczyło ją zignorować. Uznać za bezużytecznego zużywacza powietrza i odejść. Nie. Uparcie podążało za nią. 
— C-czasem... n-nie m-ma i-innego w-wyjścia. — wydusiła z siebie lekko spanikowana Wilcza. 
Chciała jedynie, że by kotka sobie poszła. Zostawiła ją. Dała jej spokój. Nie drążyła tego tematu. Porzuciła ją. 
Kocie zmarszczyło brwi. 
— Nieprawda. Robiąc tak jedynie je pogłębiasz. Przed czym uciekasz? — padały kolejne pytania z jej małego pyszczka o chłodnym wyrazie. 
Siwa rozejrzała się nerwowo. Nie było nikogo kto mógłby zabrać od niej to stworzenie? Czemu tak uparcie się do niej dokleiło. Miało tyle kotów w Klanie Burzy. Czemu musiało paść na nią. Wzięła głębszy wdech, starając się opanować drżenie łap. Rude kocie nie mogło doprowadzić ją do płaczu. Już słyszała śmiech Szczypiorkowej Łodygi opowiadającej psiapsiółom jak to "Wilcza rozryczała się na widok rudego kociaka". 
— Z-zostaw m-mnie... — miauknęła żałośnie, nie wiedząc co innego może zrobić. 

<Tygrysek? sry za gniot, pierwsze oswajanie się>

10 stycznia 2022

Od Wilczej Zamieci CD. Kamiennej Agonii

—  Moja ciotka co rusz pyta mnie o to, czy chcę zostać matką i czy mam już kogoś na oku. — wyznała Kamienna Agonia. 
Wilcza spojrzała jedynie na kotkę. Znów rozmawiały. Jej dawne marzenie stało się rzeczywistością. Żałowała, że nie potrafiła się z tego bardziej cieszyć. Żałowała, że znów była żałosną i bezużyteczną kreaturą, którą tak gardziła. Bała się. Bała się, że Kamień znów ją przez to znienawidzi. Kotka nienawidziła słabości. Doświadczyła tego wiele razy. Nie chciała jej znów tracić. Nie gdy znów wszystko miało szansę się ułożyć. Gdyby tylko... gdyby tylko TO się nigdy nie stało.
Otuliła się ogonem, starając się ukryć przechodzące przez nią ciarki. Spojrzała na wronę. Podarunek od Kamień. Mdłości podchodziły jej do samego gardła na samą myśl o jedzeniu. Lecz nie mogła tego odrzucić. Po raz pierwszy dostała coś od niej. Od Kamiennej Agonii. Nie mogła tego odrzucić. Nie potrafiłaby. 
— C-chciała... c-chciałabyś? — miauknęła słabo, próbując podtrzymać rozmowę. 
Nie tracić jej. Zastępczyni zmarszczyła brwi. 
— Wychowywanie bachorów nie jest dla mnie. — odparła sucho. 
Wilcza położyła uszy. Dla niej też nie było. Nigdy nie chciała zostać matką. Nigdy nie chciała mieć kociąt. Jej koszmar zataczał pętlę. JEGO kocięta rosły w niej. Pasożyty wysysające z niej życie. Symbol jej słabości. Dowód bezradności. Gardziła nimi pomimo że jeszcze nie przyszły na świat. Nienawidziła i obwiniała o wszystko. Osłabiały ją. Niszczyły ją. Nie mogła znieść tego. Nie mogła znieść świadomości, że część JEGO żyje w jej brzuchu. Obrzydliwe. Upokarzające. Przerażające. 
— N-nie chce ich. — wyznała cicho. — N-nie... n-nie mogę z-znieść m-myśli, ż-że rosną w-we mnie. Ż-że to... ż-że to znów s-się dzieje. — wydusiła, czując zbierające się w ślepiu łzy. 
— Możesz oddać jej na wychowanie jakiejś kotce. — odparła czarna. — Borówkowa Mordka kocha kocięta. Ty nie będziesz miała problemu. Ale faktu, że są twoimi dziećmi, nie zmienisz.
Kamień zamilkła na uderzenie serca. Wilcza niepewnie spojrzała zapłakanym ślepiem w jej zielone oczy. To wszystko brzmiało tak prosto, lecz wątpiła, że pójdzie tak w realnym świecie. Borówkowa Mordka pewnie jej nienawidziła. Słyszała, jak Szczypiorkowa Łodyga opowiada jej jak żałosną kreatura jest Wilcza. Jak godna pożałowania i odrazy kotka nie zasługuje na życie w Klanie Burzy, jak i jej kocięta półkrwi. 
 — Poza tym, Jeżowa Ścieżka nie powinien ci odmawiać pozbycia się ich. Byłyby o wiele szczęśliwsze w Klanie Gwiazdy, niż na tym cholernym świecie. — stwierdziła kotka. 
Siwa lekko kiwnęła łbem. Nie mogła pojąć decyzji medyka. Nie rozumiała dlaczego tak pragnął jej nieszczęścia. Przeklęte kocięta tyrana były ważniejsze od jej marnego i żałosnego życia. Wiedziała, że nie przyniosą niczego dobrego. Nic co wyszło z niej nie mogło. 
— D-dziękuję. — szepnęła. — Za w-wszystko. — spojrzała niepewnie na chudą wronę. 
Zastępczyni mruknęła jedynie cicho pod nosem.
— Nie musisz dziękować. — stwierdziła, zbierając się do wyjścia. 
Wilcza obserwowała jak jej czarne łapy powoli coraz bardziej się do niego zbliżają. Nie chciała, żeby odchodziła. Nie chciała znów zostawać sama. Pogrążona we własnych myślach. Tonąca w tamtym dniu. Nie wytrzyma tego. Nie mogła tu tkwić ani uderzenia serca dłużej. 
— M-mogę... — zaczęła cicho.
Kamienna Agonia nawet jej nie usłyszała. Siwa przełknęła ciężko ślinę, czując gromadzące się w ślepiu łzy bezradności. Nie mogła tak dłużej.
— Mogę i-iść z tobą...? — wydusiła z siebie, wstając niepewnie.
Zielone ślipia odwróciły się w jej stronę zdziwione. Wpatrywała się w nią. Wilcza lekko się zawstydziła. Była namolna. Uciążliwa. Samolubna. Była ciężarem. Kamienna Agonia pewnie miała lepsze rzeczy na łbie niż niańczenie jej.
Położyła uszy i spuściła wzrok. 
— Możesz, ale czemu? — padło pytanie. 
Wilcza niepewnie spojrzała na kotkę. 
— N-nie w-wytrzymuję tu. — wyznała szczerze, sama dziwiąc się, że dzieli się z tymi myślami z kotką. 
Myśli i przemyślenia, które zawsze były tylko przez nią znane pod wpływem rozmowy, uciekały coraz bardziej z jej łba. Zaskoczona tym postawiła niepewnie krok w stronę kotki. Czarna poczekała aż do niej dojdzie i razem wyszły na zewnątrz. Promienie słoneczne uderzyły w Wilczą. Miłe ciepło pojawiło się na grzbiecie kotki. Zielona trawa kołysana lekko przez wiatr zdawała się taka miękka. Po niebie powoli snuły się leniwe obłoki. 
— J-jak t-tu pięknie... — miauknęła cicho do siebie. 
Kamienna Agonia spojrzała na niebo.
— Może ta pora zielonych liści będzie lżejsza niż ostatnia. — burknęła, ruszając przed siebie. 
Zdawała się mieć wiele spraw do załatwienia. Wilcza jedynie cicho podążyła za nią. Nie śmiała w niczym jej przeszkadzać. 

* * *

Czas płynął nieubłaganie. Brzuch Wilczej stawał się coraz większy. Coraz mniej potrafiła zignorować fakt rosnących w niej pasożytów. Coraz częściej płakała, czując wypełniającą bezsilność. Zajęcza Gwiazda odwiedzał ją. Obiecywał, że będzie dobrze. Że on i Glinka na pewno ją będą wspierać. Że nie zostanie sama. Że razem dadzą sobie radę. Siwa chciała w to wierzyć, ale dobrze wiedziała, że to wszystko było kłamstwem. 
Nie poradzi sobie. Nie z JEGO kociętami. Była coraz grubsza. Coraz słabsza. Coraz bardziej bezużyteczna i bezradna.
— To już niedługo? —  rozległ się chłodny głos. 
Wilcza spojrzała w stronę wejścia do kociarni. Dobrze jej znana sylwetka stała w wejściu. Para zielonych ślipi spoglądała na nią. Kiwnęła niepewnie łbem. Nie wiedziała za bardzo co powiedzieć. 
— Rozmawiałaś z Borówkową Mordką?
Pokręciła łbem. Nie potrafiła otworzyć pyska. Bała się, że wraz z tym wydobędzie się lament. Płacz i cały żal, który ciągle w niej rósł. Z każdym wschodem słońca. Czarna westchnęła i odwróciła się od niej. Najwidoczniej uznała, że nie ma co więcej zajmować jej czasu.
Ból pojawił się w sercu siwej. Nie chciała, żeby odchodziła. Nie chciała znów tu gnić. Sama. Sama z NIMI. Zwariuje. Zwariuje. Nie wytrzyma tego. Nie da rady. Wpatrywała się w powoli oddalającą sylwetkę. Nie chciała jej tracić...
— N-nie... — miauknęła głośniej niż myślała. 
Zielone ślipia szybko zwróciły się w jej stronę. Przeszyły ją na wylot. 
— Nie o-odchodź. P-proszę...

<Kamień?>


08 stycznia 2022

Od Wilczej Zamieci CD. Wrzosowej Rzeki

Zielone ślipia mierzyły ją zmartwionym spojrzeniem. Żałowała, że inne nie mogły na nią tak spoglądać. Łapy za trzęsły się pod wpływem silnych emocji. Wspomnienia tamtego dnia wciąż w niej siedziały. Nie potrafiła siedzieć w kociarni. Świadomość, że to wszystko było prawdą była zbyt ciężka Wciąż głupio próbowała wmówić sobie, że to kłamstwo. Zły sen. Nocna zmora, która minie wraz ze wschodem słońcem. Pomimo że tak wiele wschodów słońca już minęło. 
Łzy uderzyły o ziemię. 
— Mam kogoś zawołać? — zapytał zdezorientowany. 
Wilcza pokręciła łbem. Nie mogła sprawiać więcej problemów swoim najbliższym. Już zbyt wiele przez nią wycierpieli. Była ciężarem, który ciągle ciągnął ich w dół. Nie mogła ich znów męczyć. 
Nagły kaszel wyrwał się z pyska kotki. Męczący i suchy. Nie pozwalający zaczerpnąć powietrza. 
— Jesteś chora. — sama nie wiedziała czy to pytanie czy stwierdzenie. 
Każdy wiedział, że było z nią coś nie tak. 
— Byłaś z tym u Jeżowej Ścieżki? To nie brzmi dobrze. — miauczał wojownik. 
Wilcza położyła uszy. Nie chciała tam wracać. Nie po tym co ostatnio usłyszała od medyka. 
— Ja też nie lubię ziółek, ale czasem trzeba się przemóc. — mruknął na pocieszenie. — No chodź, najwyżej razem gdzieś je zakopiemy, gdy Wiśniowa Łapa nie będzie patrzeć. 
Siwa coraz mniej wiedziała jak z tego uciec. Niebieski się nie wycofywał. Nie zniechęcał jak większość. Nie wiedział, że była klanową zmorą? Wariatką Klanu Burzy. Pasożytem społecznym. 
Dlaczego jeszcze jej nie zostawił?
Niebieski wesoło podreptał do przodu. Nie wiedziała za bardzo co zrobić. Uciec? Zbyt szybko znów ją znajdzie. Nie miała gdzie uciekać. Narobi szumu wokół siebie. Kolejnego. Nieprzychylne spojrzenia i szepty na jej widok już stanowiły codzienność. Codzienność, z którą sobie nie radziła. Nie była wstanie znieść kolejnej sprawy kręcącej się wokół niej. Niechętnie i ze spuszczonym łbem podążyła za nim. 

* * *

Zielony kaszel. Diagnoza Jeżowej Ścieżki. Kwarantanna. Znów wylądowanie we żłobku. Zaciekawione jak i pogardliwe spojrzenia znów skierowane w jej stronę. Czuwający nad nią zamartwiony brat. Słowa Szczypiorkowej Łodygi, że dupodajka Klifiaków prawdopodobnie celowo próbowała roznieść choróbstwo po klanie. Wilcza leżała skulona z mocno przyciśniętymi uszami do łba. Nie mogła tego znieść. Mogła umrzeć. Lub pasożyty w niej.
Lecz zielone ślipia znów ją uratowały, jak i zniszczyły.
Całej jej życie krążyło wokół nich. 
"Jesteś bohaterem, uratowałeś ją. Nawet nie wiem jak ci dziękować." - słowa brata wypowiedziane do kocura głucho odbijały się w jej łbie. Był bohaterem, a ona ścierwem, które znów osłabił ich klan. Które znów prawie go zniszczyło.
Kroki. 
Otworzyła niechętnie ślipię, by ujrzeć parę białych łap. Łap jej "wybawcy". 
— Lepiej się już czujesz? 

<wrzos?>


wyleczona: wilcza

28 grudnia 2021

Od Wilczej Zamieci CD. Kamiennej Agonii

"Przepraszam."
Lekkie mrowienie na łapach. Wilcza zamknęła zdrowe ślipię, starając się odrzucić złe wspomnienia. Zapamiętać chwilę z Kamienną Agonią na zawsze. Skupić całkowicie na niej. Żyć nią. 

* * *

Chłodny poranek. Otworzyła ślipię. Automatycznie spojrzała w stronę gdzie leżała Kamień. Nie było jej. Zgodnie z jej słowami. Mdłości podeszły do gardła kotki. Wraz z wspomnieniami. Zacisnęła mocniej ślipię, starając się nie unosić płaczem. 
— Wilcza? — głos pełen smutku odezwał się.
Pełne łez pomarańczowe ślipię spojrzało na białego kocura. Zajęcza Gwiazda podbiegł do siostry. Otulił ją z każdej strony zupełnie jakby pragnął ochronić ją przed złem całego świata. Zesztywniała obolała. Dotyk przypominał jej tylko Jego. 
— Wilcza, błagam, powiedz co się stało. Kto ci to zrobił. — miauknął kocur, wbijając spojrzenie zielonych ślip w nią. 
Odwróciła od nich łeb.
— Błagam, powiedz mi. — dodał szeptem. 
Nie.
Nie mogła. Nie przeszłoby jej to przez gardło. 
— Wilcza, błagam. Nie możemy tego zostawić. On musi ponieść karę. — głos brata stał się poważniejszy. 
Siwa zacisnęła mocno ślipię, kręcąc łbem. Wszyscy wypytywali ją tylko o to. Wszyscy chcieli wszystko. Tylko to, tylko to i tak w kółko. Chciała o tym zapomnieć. Wymazać z pamięci. Z istnienia. Lecz każdy miał wobec niej tylko jedno pytanie. Pytanie, które sprawiało jej tyle bólu i rozpaczy. Pytanie, przez które nie potrafiła przestać płakać.
— Zajęcza Gwiazdo, wiem, że się martwisz. — spokojny głos medyka, zwrócił uwagę rodzeństwa. — Lecz myślę, że przez najbliższe wschody słońca mija się to z celem. Spójrz na nią. Musi odpocząć. — podkreślił ostatnie zdanie. 
Wilcza zwiesiła łeb. Znów była bezużytecznym pasożytem klanu. Znów jej byt przynosił same szkody. Uczynił ją tym czego tak bardzo nienawidziła. Znów zbyt przerażona, by żyć. Znów zbyt słaba, by żyć. Wszystkie jej starania. Wszystkie wysiłki. Poświęcenia. Poszły na marne. Zostały unicestwione. Wszystko się posypało. Znów nic nie miało sensu. 
"Przepraszam."
"Wiesz co, nie doceniłam cię."
"Wciąż jestem dumna z tego, co zrobiłaś na zgromadzeniu."
Powtarzała słowa czarnej niczym cichą modlitwę. 
— Wilcza? Wilcza? — głos brata powtarzał jej imię. 
Zmusiła się do spojrzenia na jego łapy. 
— Pamiętaj, że cię kocham. Najbardziej na świecie. — miauknął, lekko dotykając łapę siostry. — Pamiętaj o tym proszę. Zawsze będę przy tobie. Nieważne czy nam powiesz kto to był. 
Doceniała to. Naprawdę. Chciała jakoś to pokazać bratu. Lecz rozpacz gromadząca się w środku niej sprawiła, że tylko potrafiła znów wybuchnąć płaczem. Zalać się niechcianymi łzami, mamrocząc cicho niezrozumiałe słowa. Lider nic nie powiedział. Odszedł, pozostawiając płaczącą kotkę. Wierząc, że to będzie najlepsze co dla niej zrobi. 

* * *

Wschód słońca za wschodem.
Nie próbowała wstać. Bała się tego co czekało ją poza legowiskiem medyka. Spojrzeń. Szeptów. Wypytywania jej. Płakania publicznie. Stania się pośmiewiskiem.
Szczypiorkowa Łodyga już nie raz przesiadywała koło legowiska medyków, zupełnie przypadkiem, i mówiła swoim rudym przyjaciółkom jak to siostra lidera "dała dupy samotnikowi, żeby znów nie robić nic całymi dniami". Wilcza nie potrafiła tego znieść. Rzeczywistość ją przytłaczała. Koty szeptały. Wciąż ich słyszała. Słyszała co o niej mówili. Jak bardzo nią gardzili. Jak bardzo jej nienawidzili. Płakała. Nie potrafiła nic innego. Była bezsilna. Samotnia. Nie umiała sobie z tym poradzić. To wszystko ją przytłaczało. Za bardzo.
— Zamierzasz tutaj spędzić całą wieczność? — zirytowany głos, sprawił, że sierść siwej zjeżyła się. 
Para zielonych ślip zmierzyła ją chłodnym spojrzeniem. Położyła futro.
— N-nie. — ciche słowa z trudem wyszeptane rozniosły się po legowisku medyka. 
Kamienna Agonia zmarszczyła brwi. Jej ogon zawirował w powietrzu. Zrobiła krok w jej stronę. 
— Jeżowa Ścieżka coś mówił? — padło kolejne pytanie. 
Wilcza pokręciła łbem, uciekając spojrzeniem na łapy. 
— Lepiej, żebym porozmawiał z Wilczą na osobności pierw. — miauknął starszy medyk, wchodząc z bukietem ziół do legowiska.
Obie kotki powędrowały za nim wzrokiem. 
— Czemu? — miauknęła zdziwiona zastępczyni. 
Siwa ukradkiem spojrzała na nią. Dawno nie słyszała tej emocji w jej głosie. Czarna wpatrywała się w medyka, który milczał. Otulił się własnym posiwiałym czekoladowym ogonem. 
— Kamienna Agonio, jeśli chcesz pomóc zawołaj Zajęczą Gwiazdę. — stwierdził Jeżowa Ścieżka. — Dobrze, żeby był przy niej ktoś bliski. 
Czarna zmarszczyła brwi. 
— Kto powiedział, że chce pomóc. Chce wiedzieć czemu jeszcze nie może wrócić do swoich obowiązków. — burknęła twardo kotka. 
Medyk zwiesił łeb, spoglądając smutno na Wilczą. Siwa zamarła. 
Nie. 
Nie, nie, nie. 
Chciała się mylić. Znała to spojrzenie. Nie. To niemożliwe. To nie mogło się znów dziać. Pokręciła stanowczo łbem. To nie mogło się znów dziać. Wbiła zrozpaczone spojrzenie w medyka. Jeżowa Ścieżka nie zaprzeczył. Jego niebieskie ślipia spoglądały na nią ze współczuciem.
Serce kotki szalało. 
To nie mogło się dziać. Nie znów. Nie da rady. Nie wytrzyma. Sam fakt, że...
Sam fakt, że tam...
Złapała się za brzuch. Drżąca łapa wprawiła posiwiałe futro w wibracje. Pokręciła łbem, płacząc. 
To nie mogła być prawda.
Ona... 
Ona tego nie wytrzyma. 
— Co się dzieje? — miauknęła zdezorientowana Kamienna Agonia, spoglądając na tą dwójkę. 
Jeżowa Ścieżka otworzył niepewnie pysk. 
— Wilcza Zamieć nie będzie mogła wrócić do obowiązków wojownika przez najbliższe księżyce. — zaczął medyk ze wbitym spojrzeniem w siwą kotkę. — Spodziewa się młodych. 
Jęk. 
Jęk bezsilności i rozpaczy wydobył się z pyska Wilczej, zaskakując obydwa koty.
To nie mogła być prawda.
To nie mogła być prawda.
To nie mogła być prawda.
Ona tego nie wytrzyma. 
— Z-zabij... z-zabij... j-je... — błagała, wbijając pazury w poraniony brzuch. — Z-zabij... o-on... o-one... b-będą... Z-zabij... j-je... p-proszę...
Jeżowa Ścieżka pokręcił łbem. 
— Nie mogę tego zrobić, Wilcza Zamiecio. — miauknął ze współczuciem medyk. — One niczym nie zawiniły. 
Wilcza pokręciła łbem. Mylił się. Mylił. One nie mogły istnieć. Nie mogły. 
— Wilcza, co tu się do cholery dzieje. — twardy ton uderzył w kotkę, sprawiając ze przeniosła zapłakany wzrok na nią. — To jego dzieło? Tego Klifiaka? On ci to zrobił? Gadaj, Wilcza.
Zapłakana i roztrzęsiona kotka mogła jedynie kręcić łbem, zanosząc się coraz większym płaczem. 
Nie chciała ich. 
Sama wizja, że mogą go przypominać...
— Od zawsze wiedziałam, że ta banda mysich móżdżków w ogóle nie ma szacunku do Burzaków. — mruknęła wściekle Kamienna Agonia, bijąc ogonem na prawo i lewo. — Kto to był Wilcza? Powiedz. Powiedz mi. — jej ton stawał się coraz ostrzejszy. 
Zielone ślipia w kolorze liści klonu wypełniły się furią. Czarne niczym noc futro zjeżone. Kolczaste. Ociekające gniewem. Ostre pazury ryły ziemię. 
Otworzyła niepewnie pysk. Przełknęła ciężko ślinę. Czuła się jakby musiała przełknąć garść kamieni. Czuła na sobie ich czujne spojrzenia. Wbiła spojrzenie w łapy. 
— L-li... — zaczęła. 
Ogon zastępczyni świszczał w powietrzu. 
— Wyduś to z siebie. — rozkazała.
— L-lisia... G-gwiazda. — wydusiła na jednym oddechu. 
Cisza. Wszyscy ucichli. Wraz z nimi reszta świata. Wilcza bała się unieść spojrzenie. Bała się spojrzeć w ich pyski. 

<Kamień?>

26 grudnia 2021

Od Wilczej Zamieci CD. Kamiennej Agonii

Nie spodziewali się widoku białego futra, które szybko otuliło ich marną sylwetkę. Szczelnie. Zupełnie jakby uchronić ich przed wszelkim złem. Łzy spłynęły po siwym futrze. Wtulili się w sierść brata, głośno łkając. 
Szelest.
Unieśli spojrzenie, by zobaczyć odchodzącą sylwetkę Kamiennej Agonii. Jej zielone ślipia jak zwykle obdarowały ich zirytowanym spojrzeniem. Pewnym krokiem kotka pozostawiła rodzeństwo.
Pozostawiając Wilczą z samymi pytaniami. 

* * *

Para zielonych ślipi wpatrywało się w nich. Czujnie, lecz i z troską. Martwił się. Czuli to. Tak bardzo chcieliby tego uniknąć. Nie sprawiać mu więcej kłopotów. Lecz wciąż przyciągali nowe. Tonęli w nich ciągnąc za sobą brata. 
— Co się stało? — zatroskany głos dotarł do ich uszu. 
Pomarańczowe ślipię błądziło po legowisku lidera. Kiedyś bywali tu z innych powodów. Na myśl o Piaskowej Gwieździe futro zjeżyło się samo. Gwałtowne wzięcie oddechu. Pustka w łbie. Nie mogli o tym mu powiedzieć. Nie wybaczyłby im tego. Uznał za potwora. Potwora godnego Piaskowej Gwiazdy. 
— Wilcza... — łamiący głos brata, sprawił, że pojedyncze łzy spłynęły po poliku. 
Wiedzieli, że nie dadzą rady wiecznie siedzieć w ciszy. Ukrywać tego przed nim. Biały zawsze umiał wyciągać z kotów co chciał. Swoim ciepłym głosem, pogodnym spojrzeniem, czułymi gestami. Nie mogli się przyznać. Nienawiść brata byłaby gwoździem do ich trumny. Trumny, w której już i tak byli po uszy. 
— Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć. Proszę, powiedz co się stało. 
Niepewnie otworzyli pysk. 
— J-jak... j-jak... — niewyraźnie słowa wypadły z pyska. 
Zacisnęli mocniej ślipia. 
— J-jak... s-się... p-pogodzić... z-z... z-z... k-kim-mś? — wyduszone kłamstwo ciążyło im na gardle. 
Pomarańczowe ślipię powędrowało niepewnie po sylwetce brata. 
— Więc cały czas chodziło o Kamienną Agonię? 
Siwa sylwetka niepewnie kiwnęła łbem. Nie kłamali. Jedynie nie mówili całkowicie prawdy. 
— Oh, Wilcza. Gdybym tylko wiedział, że o to chodzi. — miauknął Zajęcza Gwiazda, lekko oddychając z ulgą. — Nie możesz tak się tym zamartwiać. To niezdrowe. Chciałbym dać ci dobrą poradę, lecz nie wiem za bardzo co pomiędzy wami zaszło. Może powinnyście się przeprosić i spróbować zacząć od nowa? Kamień jest uparta, lecz ma swój honor. Szczerych przeprosin nie zlekceważy. — stwierdził lider, uśmiechając się lekko do rodzeństwa. 
Położyli uszy. 
Przeprosić? 
Wątpił, że to będzie takie łatwe. Chciała spróbować. Już układała we łbie co powie kotce. Zniesmaczony spoglądał na podekscytowaną Wilczą. Wyjątkowo nie przejmowała się tym. Przeprosiny. Przeprosi Kamienną Agonie. I znów wszystko będzie jak po zgromadzeniu. Znów będzie z niej dumna. Znów będą... rozmawiać. Niespodziewany wybuch euforii rozległ się po chudym ciele. Zdawali się zapomnieć o ciężarze poprzedniego dnia. 
Pogodzenie się z Kamienną Agonią było wstanie naprawić wszystko co złe. 

* * *
*już po akcji z Lisią Gwiazdą*

Para łap znalazła się przed jej ślepiem. Czarnych. Szczupłych. Dobrze jej znanych. Nie miała siły unieść łba, by spojrzeć jej w pysk. 
— Co tu robisz, wronia strawo? — ostre jak zwykle syknięcie dotarło do jej uszu. — Nie wiesz, że twój brat znów sieje patrole w każdą stronę, aby cię znaleźć. A ty gnijesz sobie tutaj, jakby nigdy nic.
Wilcza nie potrafiła na to odpowiedzieć. Jedynie smutno zwiesiła łeb. 
— Co tak milczysz? Znów zapomniałaś języka? — podeszła bliżej. 
Na uderzenie serca zamilkła. Zesztywniała. 
— Co ci się stało? — padło pytanie. 
Wilcza pokręciła łbem. Schowała łapy. Nie mogła się o tym dowiedzieć. Nie mogła znów zobaczyć jak słaba i żałosna była. Nie mogła jeszcze bardziej nią gardzić. Nie mogła...
— Ogłuchłaś? Co tu się stało? Gadaj. — zastępczyni robiła się coraz bardziej nerwowa. 
Siwa jedynie cicho łkała, kręcąc łbem. Nie mogła się o tym dowiedzieć. Nie powinna jej znaleźć. Chciała, żeby odeszła. Zostawiła ją tutaj. Na pewną śmierć. Nie było dla niej przyszłości. Nie mogła żyć po tym. Nie da rady. Chciała jedynie tutaj zdechnąć. 
— O-odejdź... — słaby głos wydobył się z pyska. 
Zielone ślipia zmrużyły się. 
— Zapomnij. Gadaj co się tu stało. — rozkazała, obchodząc kotkę. 
Wilcza skuliła się mocniej. Nigdy wcześniej nie brzydziła się aż tak swojego ciała. Zhańbionego. Wykorzystanego jak śmieć. Brudnego. Nie chciała, żeby kotka widziała ją w takim stanie. Nie chciała, żeby ktokolwiek ją widział. Chciała jedynie zdechnąć. Przepaść w nicość. 
Wiedziała, że Kamień jej na to nie pozwoli. Zaciągnie do jej brata. Każą jej żyć. 
Podejrzliwy wzrok kotki wędrował po jej ciele. 
— Czemu śmierdzisz Klifiakiem?
Łzy napłynęły same do ślipia kotki. Pokręciła łbem, zanosząc się silniejszym płaczem. Ciche "nie" powtarzała w kółko, nie potrafiąc zrobić nic innego. 
— Dobra, koniec tej zabawy. Zabieram cię do Zajęczej Gwiazdy. — stwierdziła zastępczyni, łapiąc za kark kotki. 
Wilcza pisnęła, wyszarpując się. Wspomnienia ubiegłej nocy uderzyły w nią ze dwojoną siłą. Jego zapach. Jego śmiech. Szydercze spojrzenie. Pazury jeżdżące po jej brzuchu. 
— Z-zostaw m-mnie... B-błagam... Z-zostaw m-mnie... — zaczęła skomleć, kuląc się coraz bardziej. — Z-zrobię... w-wszystko... t-tylko... bła... błagam... b-błagam... n-nie rób t-tego...
Zdziwiona Kamień przyłożyła łapę do krwawiącej rany na karku siwej. 
— Kto ci to zrobi? — pełen goryczy głos rozległ się koło niej. — Kto? Mów. Kto to zrobił? Mów, Wilcza. Pożałuje. Zobaczysz, srogo pożałuje. Obiecuję ci to pożałuje dnia, w którym postawił swoją plugawą łapę na tym świecie. 
Wilcza jedynie kręciła łbem, łkając. Nie chciała tego pamiętać. Pragnęła z całych sił zapomnieć. Zapomnieć o tym wszystkim. 
— Klifiaki przestały się nas obawiać. Uważają nas za słabych. Takie ataki się powtórzą. Chcesz tego Wilcza? Chcesz? Nie. Nikt nie chce. Powiedz mi kto ci to zrobił. Już.
Roztrzęsione ciało targane kolejnymi falami dreszczy niepewnie uniosło łeb. Zapłakane pomarańczowe ślipię spojrzała na zastępczynię. 
— P-przep-praszam... — wydusiła jedynie, zanosząc się znów płaczem. 


* * *

Jej łapy wlekły się po ziemi. Kałuże moczyły siwe futro, zabierając ze sobą Jego zapach. Wilcza nie potrafiła się uspokoić. Chciała. Próbowała. Lecz nie potrafiła. Wciąż skaza w jej umyśle otwierała się na nowo doprowadzając do lawiny płaczu. Próbowała skupić się na czymś innym. Na ciepłym oddechu Kamiennej Agonii. Na rytmie wystukiwanym przez jej łapy. Na pewnym, lecz i w pewien sposób delikatnym chwycie jej skóry. Lecz wszystko przypominało jej o Nim. O tamtej nocy. Trawa. Chmury. Dotyk. Drugi kot. Wszystko wywoływało tak bardzo niechciane wspomnienia. 
— Wilcza!
Nie mogła unieść łba. Nie mogła spojrzeć na to jak bardzo go zmartwiła. 
— Zabiorę ją do Jeżowej Ścieżki. Później porozmawiacie. — stwierdziła zwięźle Kamień. 
Zajęcza Gwiazda spojrzał jedynie zmartwiony na siostrę. Nie protestował. Zupełnie jakby wiedział co się stało. Kątem oka widziała, jak Glinka przytula go. 
— Kamienna Agonio, co się stało? — zapytał medyk, widząc kotki. 
Zastępczyni odłożyła siwą na legowisko i podeszła do medyka. Rozmawiali szeptem. Wilcza uniosła zapłakane ślipię, próbując coś wyłapać, lecz morze emocji skutecznie jej to uniemożliwiało. 
— Wilcza, dam ci nasiona maku, dobrze? — miauknął czekoladowy, podchodząc spokojnie do kotki. — Weź je proszę. Musisz odpocząć. Jutro zajmiemy się resztą, dobrze? 
Siwa spojrzała niepewnie na Kamienną Agonie. Czarna kiwnęła łbem, podchodząc do wyjścia. Wilcza otworzyła szerzej ślipię. Nie. Nie mogła odejść. Nie mogła jej zostawić. 
Tak bardzo się bała.
— N-nie... n-nie o-odchodź... b-błagam... — miauknęła zachrypniętym od płaczu głosem. 
Zielone ślipia spojrzały na nią zirytowane. Westchnęła, lecz wróciła się. Usiadła lisią długość od kotki. 
— Jak zaśniesz to pójdę sobie. — ostrzegła od razu. 
Wilcza niepewnie kiwnęła łbem. 
— P-prze... p-przep-praszam... — szepnęła, zamykając ślipia. 


<Kamień?>




Od Wilczej Zamieci

*przed akcją w Klanie Klifu*

Oddychało. Wdech i wydech. Powtarzał w myślach stare lekcje Konwaliowej Rzeki. Szylkretka nie odezwała się do nich słowem od tamtego dnia. Lecz wiedzieli, że to tylko kwestia czasu. Lęk nie pozwalał im spać w nocy. Wyrzuty sumienia również. Cały czas widzieli tę scenę przed ślipiami. 
Zmasakrowane ciało małego niewinnego ucznia. 
Kociaka, który nie zrobił nic złego. Błędu jaki popełnili. 
Wdech i wydech. 
— Wilcza Zamiecio? 
Ich wzrok powędrował ku niewielkiej czarnej kupie futra. 
Pochmurnej Łapie. 
Ich uczniowi. 
Wilcza czuła, że Zajęcza Gwiazda dał jej go tylko z litości. W celu nadania sensu jej życiu. Podporządkowania go. Nie potrzebowała tego. Czuła się tylko bardziej przytłoczona. Coraz bardziej spadała w przepaść rozpaczy i strachu. 
— Czemu Zajęcza Gwiazda musiał mi dać takie mysie serce na mentora. — burknął czarny, spoglądając na kotkę zirytowany. — Idę do Bladego Zmierzchu i Cisowej Łapy. A ty sobie tutaj oddychaj skoro nic innego nie potrafisz. — wygarnął jej uczeń, pozostawiając ją samą. 
Łzy naleciały do ślipia kotki. Własny uczeń nią gardził. Nic dziwnego. Ona także sobą gardziła. Nienawidziła każdego swojego oddechu. Każdego uderzenia serca. 
Wstała. Roztrzęsiona spojrzała przed siebie. Nie rozumiała dlaczego nadal istniała na tym świecie. Kamień nie pozwoliła jej zginąć. Nie chciała jej zabić. Mimo że tak bardzo jej nienawidziła. Mimo że Wilcza ją zraniła. Zdradziła. Kamień jej nie zabiła. Wezwała jej brata. 
Cicha nadzieja pojawiła się w łbie czarnej. 
Nie. Twarde i stanowcze nie odezwało się w jej łbie. Nie pozwalał jej na to. Nie chciał znów na to patrzeć. Obydwoje cierpieli przez zastępczynię. Nie mógł pozwolić na to, by Kamienna Agonia znów roztrzaskała ich serce. Nie byli jej nic winni. Była chora. Uszkodzona. Niezdolna do kochania. Niezdolna do zaufania. Nie mogli się do niej zbliżać. 
Lecz dlaczego tak bardzo ciągnęło ją do niej. Do jej ślip w kolorze liści klonów. Stanowczego spojrzenia pełnego smutku i własnych obaw. Wysokiego wpadającego od razu w ucho głosu. Pewnego kroku. Do czułości, którą okazywała tak dziwnie.
Była niczym zamieć. 
A Wilcza nie potrafiła przed nią uciec. 
 * * *

Łapy same przywiodły ich w to miejsce. Nie rozumieli dlaczego wciąż u wracali. Jakby musieli się upewnić, że zbrodnia, którą popełnili wydarzyła się naprawdę. Śnieg dawno znikł z powierzchni. Pozostała jedynie woda. Błotniste kałuże bez dna. Były jak oni. Bezużyteczne. Zawadzały tylko innym. Nie były jak stanowcza i silna rzeka. Nie były jak deszcz dający ukojenie i nadzieję. Były nikim. 
Wilcza spojrzała na słońce znikające coraz bardziej za horyzontem. Skąpane w krwi niebo. Spuścił wzrok. Nie mogli na to patrzeć. 
Trzask. 
Zerwała się na łapy. Wbił  wzrok w ciemną polanę za nim. Kształt. Powoli zmierzał w ich stronę. Każdy krok budził coraz większy lęk w Wilczej. Para brązowych ślipi spojrzała na nich z mroku. 
— Witaj, pupilku mojej matki. — chropowaty głos powitał ich. 
Zrobiła krok w tył. Wystawił pazury. Obcy nie zdawał się być zaniepokojony. Bardziej rozbawiony. 
— Nie wspominała ci o mnie? 
Zjeżona Wilcza pokręciła łbem. 
— O swoim Lisku? O swoim ukochanym syneczku? 
Nic nie rozumiał. Przecież... on był Lisem. Lisim Płomieniem. Jego ojcem był Czapli Potok. A matką Konwaliowa Rzeka. Nieznajomy nie miał prawa o tym wiedzieć. Nie miał skąd. Nie mógł. Nie mógł. 
— Nie rozbawiaj mnie. — chropowaty głos syknął. — Naprawdę w to wierzyłaś? A ja myślałem, że to w moim klanie są same debile. 
Zbliżył się. Brązowe ślipia z zielonymi kropkami wpatrywały się prosto w nich. Wilcza położyła uszy, widząc swoje przerażone odbicie w nich. Chciała stąd uciec. Jak najdalej się da. Zapomnieć. 
Strach sparaliżował ich łapy. Niezdolni do ruchu. Niezdolni do myślenia. Jedynie wpatrywali się z przerażeniem w obcego.
Rudy szybkim ruchem łapy powalił ich na ziemię. Wilcza pisnęła żałośnie. Łzy pociekły ze zdrowego ślipia. Łapy drżały, uniemożliwiając jej ucieczkę. Kocur stanął na jej kończynach. Wysunął pazury. Ostre szpony wbiły się w jej łapy, przygniatając kotkę. 
— Proszę, nawet nie próbujesz uciekać. Piaskowa Gwiazda dobrze cię wychowała. — szepnął jej do ucha. — Pozdrów moją matkę i przekaż, żeby przestała hańbić moje imię. 
Skrzywiła się, czując mocne ugryzienie w kark.

* * *

Mocny deszcz uderzał nieruchome ciało. Woda spływała po siwym futrze, tworząc kałużę pod wojownikiem. Nie wiedziała ile tu leżała. Nie potrafiła. Jej umysł wypełniała tylko jedna scena. Ślipię pełne łez wpatrywało się martwo w poranioną łapę. Niewielka strużka krwi skapywała do kałuży. Nie próbowała wstać. Nie próbowała się poruszyć. Każdy ruch wywoływał w niej niewyobrażalny ból. 
Zadbał o to. 
Jej krzyki i płacz tylko go zachęcały. 
Zamknęła ślipię, czując jak kolejna fala rozpaczy i obrzydzenia przechodzi przez jej ciało. Chciała wymazać to ze swojego łba. Wymazać jego istnienie. Wymazać to co jej zrobił. Lecz obolałe ciało nie pozwalało. Pulsujący ból rozchodził się po nim, przypominając wciąż i wciąż Wilczej co się stało. Co jej zrobił. Łza bezsilności spłynęła po poliku kotki. 
Chciała umrzeć. 
Po prostu przepaść.