BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zajęcza Troska x Zdradziecka Rybka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zajęcza Troska x Zdradziecka Rybka. Pokaż wszystkie posty

24 czerwca 2023

Od Zajęczej Troski CD. Zdradzieckiej Rybki

Kim był jej ojciec w tym momencie dla klanu?
Niczym. Nic nieznaczącym bytem, który sunął się po obozie niczym cień, przemykał między pełnymi wigoru wojownikami i stanowił jedynie obraz żałości. Zajęczej Trosce nie było go nawet żal, sam skazał się na taki los, odrzucił nawet jej "pomoc". Już dawno mogła ukrócić jego cierpienie, oszczędzić tych przykrych widoków Nocniakom, a mimo to pozwalała mu dalej istnieć.
On już nie miał nikogo, kto byłby dla niego wsparciem. Bliscy mu zdechli, a zresztą — były to zwykłe insekty, skoro okazały mu jakiekolwiek współczucie. Byli słabi, a tacy umierali pierwsi.
Spojrzeniem omiotła swoje otoczenie. Słońce górowało na niebie, a panująca cisza niemalże irytowała ją. Nic ciekawego się nie działo, zero widowisk, zero zabawy. Potrzebowała rozrywki. Wrażeń, przyjemności i krwi. Tej szkarłatnej cieczy, która tak zawsze kusiła ją swym słodkim zapachem.
Oblizała pysk i obejrzała się na mizerną sylwetkę ojca. Kulił się, mdlał niemalże na jej widok — już sama nie wiedziała, czy ze strachu, czy z wycieńczenia. A mimo to wciąż zajmował pozycję wojownika, chociaż wiek spychał go od niedawna do starszyzny.
Zmarszczyła z niesmakiem pysk.
— Nie płaszcz się już tak. Na nic ci to nie pomoże — stwierdziła, odwracając z zażenowania wzrok. — Zrób coś ze sobą. Przynosisz wstyd nie tylko sobie, ale i całemu klanowi — rzuciła oschle, nim nie zdecydowała się zwyczajnie od niego odejść. Nie miała ani sił, ani chęci, na bawienie się w wizerunek "dobrej córki". I tak nikogo to nie interesowało. Liderzy zmieniali się szybciej niż pogoda, a oni, jako ci przeciętni wojownicy, jedynie zgadzali się na to, w oczekiwaniu na lepsze czasy.
Zajęła miejsce pośród grupy kotek, do których towarzystwa zdążyła już porządnie przywyknąć. Stały się nieodłącznym elementem jej dnia, fragmentem rutyny, zarazem tak nużącej, ale i spokojnej.
Była poniekąd zmieszana własnymi myślami. Z jednej strony miała dosyć wojen, walk z samotnikami i ryzykowania własnym życiem dla dobra ogółu. Kiedy jednak nic się nie działo, dopadała ją chęć na zmiany, na władowanie w siebie dużej dawki adrenaliny i parciu przed siebie.
Sroczka znalazła sobie kocięta z wody i choć Zając na przełomie księżyców zdążyła sobie uświadomić, że nie lubi dzieci, tak starała się dla ukochanej przyjaciółki zmienić nastawienie. Na szczęście były to same kotki i żadna z nich nie miała czekoladowego futra, więc była nadzieja, że coś z nich wyrośnie.
Po raz kolejny spojrzała na ojca. Naprawdę, nie nadawał się już do życia. Jak te młode duszyczki miały tu spokojnie dorastać, skoro taki bezwartościowy dziad pałętał się bezkarnie po obozie?
Zadarła w górę pysk i zmrużyła oczy, powoli rozmyślając nad sensowym rozwiązaniem.
Nadeszła pora odciążyć klan z pasożytniczych pysków do wykarmienia.

***

Mijały dni i noce, podczas których cierpliwie wyczekiwała dogodnego momentu. Ojciec jej nie ufał, sam by za nią po tamtym pamiętnym razie drugi raz nigdzie nie wyszedł. Był jak nic najstarszym kotem w klanie, a mimo to wciąż posyłali go na patrole.
Szczęście uśmiechnęło się do niej, gdy imię Zdradzieckiej Rybki padło tuż obok Makowego Pola i Cedrowej Rozwagi. Zaoferowała znajomym, że pójdzie za nie, a swój warunek przedstawi im po powrocie. Nie skomentowały tego w żaden sposób. Po prostu się zgodziły.
Czekoladowy zadrżał na jej widok. Nie chciał się ruszyć i gdyby nie kilka wyszeptanych gróźb nawiązujących do Kruczej Gwiazdy, mogliby stać na obszarach obozu do końca życia.
Choć nie spekulowała, by dla kocura mógł być to długi okres czasu.
— Nie stresuj się tak, naprawdę. Przecież cię nie zjem — mruknęła pobłażliwie, z dumą przemieszczając się coraz to bliżej okolic Brzozowego Zagajnika.
Odkąd widniał tam łeb białego samotnika nabity na pal, Nocniaki unikały tych rejonów. Widok był odrażający, ale zważywszy na jej plany, było to doskonałe miejsce.
— G-gdzie ty idziesz? — wykrztusił, zatrzymując się gwałtownie. — T-tu się kończą nasze tereny. K-koniec patrolu. — Wypowiadanie każdego słowa zdawało się sprawiać mu okropny ból.
Niespiesznie obejrzała się na niego, lekko się uśmiechając.
— Nie tylko nasze tereny się tu kończą — stwierdziła, pozwalając łapom rozluźnić się. Pazury wysunęły się powoli, a ona niespiesznie oblizała językiem pysk.
Kocur skulił się. Cofnął się zaledwie o krok, niemalże sam zdeptując sobie ogon.
— C-co m-masz na myśli? — spytał, a jego wąskie źrenice wprost zdradzały jego strach.
— Coś oczywistego — odparła, uśmiechając się szyderczo. — Twoją śmierć, drogi ojcze.
Pisnął. Kwik bliski dźwiękom myszy wydobył się z niego szybciej, niż zdążyła przejść do akcji. Polała się krew, pojawił się krzyk i odgłos pękających, słabych kości. Była zachwycona swoją własną siłą, która karmiona nienawiścią i wstydem, jaki znosiła, będąc jego dzieckiem, dała radę go powalić. Napędzona tak wieloma negatywnymi uczuciami dała radę dokonać tego, co dotychczas było dla niej niemożliwe.
— Mam nadzieję, że jeśli Gwiezdni się pomylili i zesłali Kruczą w odmęty Mrocznej Puszczy, to dane ci będzie paść u jej łap — zamruczała, na myśl o tym, jak cudownie byłoby spotkać kotkę po śmierć.
— Nie mów o tej wariatce! — wykrztusił, a jego ciało ogarnęło drżenie. — Zostaw mnie! Proszę, po prostu mnie zostaw! — Jego lament dochodził do jej uszu z opóźnieniem. Wpatrywała się w niego, widziała ruch jego pyska, ale słowa słyszała dopiero po dłuższej chwili.
Był słaby. O wiele słabszy od niej.
Przez chwilę jedynie sunęła pazurami po jego ciele. Wbijała je w losowe miejsca, patrząc, jak strumienie krwi ciekły z jego boku.
— Powinieneś być mi wdzięczny. Udajesz się na odpoczynek.
Otworzyła szerzej szczękę i gdy w końcu nasyciła się widokiem jego przerażonego pyska, zacisnęła zęby na jego gardle. Ostatnie krzyki opuścił jego ciało.
I było po wszystkim.
Umarł. To był koniec. Spełniła wolę Kruczej Gwiazdy i dopięła swego celu. Pozbyła się największego pasożyta w klanie.
Otarła łapa pysk, odsuwając się od kocura.
Krew splamiła jej białe futro. To będzie ciężkie do zmycia, ale przesiedzi pół dnia nad rzeką, byleby choć trochę wrócić do swojego koloru.
Została ostatnia z rodziny. Siostra, brat, matka i ojciec nie żyli. Z jej ciotek i wujków, a także kuzynów, niewielu jeszcze krążyło po tym świecie.
Zaciągnęła jego ciało spory kawałek dalej od granicy i skryła go w zaroślach. Może znajdzie go wygłodniałe zwierzę, może któryś patrol omyłkowo ruszy za granicę i dotrze do niego. Możliwości było wiele, o ile ktokolwiek zainteresuje się brakiem wojownika, który i tak był mało widocznym wrakiem. Nie wiadomo zresztą, ile minie dni, nim ktoś się zorientuje o jego zaginięciu. O ile ktokolwiek raczy to zrobić.
Nikt w końcu nie powinien zatęsknić za takim jak on.

***

Przysiadła wieczorem w pobliżu trójki kotek. Sroczy Lot najpewniej siedziała z kociętami, a Mglista Zatoka dopełniała swoich zastępczych obowiązków.
Makowe Pole z wysoko uniesionym pyskiem zawiesiła na niej wzrok. Wydawała się odrażona jej brudnym od błota futrem.
— Gdzieś ty się szlajała? — zagadnęła wesoło Pszczela Dumą, zerkając co jakiś czas ukradkiem na burą kotkę. — Wyglądasz dosyć nieszczęśliwie.
— A, wzięło mnie dzisiaj na spacer — zaśmiała się, prostując przednie łapy. — Możecie mi obiecać, że jakby ktoś kiedyś zainteresował się moimi poczynaniami tego dnia, to zapewnicie, że byłam przez cały czas z wami?
Cedr i Mak wymieniły ze sobą znaczące spojrzenia. To one wymieniły się z nią na patrol. To one mogły domyślić się, co zrobiła.
— Oczywiście. — Srebrna uśmiechnęła się z gracją. — O nic się nie martw.

***

Minęło sporo dni, nim wojownicy zaczęli szeptać o tym, jak dawno nie widzieli Zdradzieckiej Rybki.
Śnieżna Gwiazda z niechęcią wydawała się wysyłać patrole poszukiwawcze, które co rusz wracały z niczym. Liliowa często brała w nich udział, byleby jej postawa "przejętej córki" czyniła ją niewinną.
Spodziewała się, że zabicie ojca będzie czymś niesamowitym. Jak na razie jedyne co czuła, to zwykły spokój, bo dotrzymała obietnicy i pozbyła się kocura, wedle woli byłej mentorki.
Po raz ostatni przeciągnęła się i skinęła głową swoim znajomym. Mak i Cedr wydawały się niewzruszone, a nawet jak najbardziej popierały pozbycie się tego słabego ogniwa. Za to Pszczółka mamrotała momentami, że szkoda jej czekoladowego, ale poza tym nie miała żadnych pretensji. Najpewniej nie chciała odstawać od znajomych, więc dopasowała się do nich.
Zając przemknęła do kociarni, po raz kolejny przyjrzeć się czterem młodym kotkom. Oczyszczała swą zbrodnię zapewnieniami, że zrobiła to poniekąd dla ich dobra. Dzięki niej nie będą musiały znosić tak okropnego widoku słabości.

23 czerwca 2023

Od Zdradzieckiej Rybki CD. Zajęczej Troski

Atak był niespodziewany. Krzyknął, sycząc wrogo na napastnika, którym okazała się... jego córka. Krew odpłynęła mu z pyska i przestraszony zrobił to co umiał najlepiej - uciekł. O nie, nie, nie! Nie chciał znów przeżywać ponownie tego piekła! 
— Zostaw mnie demonie!
— Stój! — rzuciła donośnie, choć nawet nie oczekiwała, że jej posłucha. — Mam dla ciebie propozycję, abyś na zawsze pozbył się swojego koszmaru z życia! — rzuciła na zachętę, siadając i najpewniej delektując się smakiem jego krwi. Była w końcu nienormalną wariatką! Samym Zajęczą Gwiazdą! Współpracowała z nim! Ona i inni! 
Jednakże jej słowa go zainteresowały. Zatrzymał się i odwrócił w jej stronę. Chciał pozbyć się Zająca ze swojego życia. I to bardzo. Istniał jakiś sposób? Jeśli tak, to był gotów stanąć śmierci w twarz, byle zdobyć tą informację. Nie podszedł jednak do córki, zachowując dystans.
— Jaka to propozycja?
Zajęcza Troska uśmiechnęła się delikatnie. Nie ruszyła się z miejsca, jakby nie chcąc go spłoszyć. 
— Byś odnalazł wieczny spokój, musisz stapiać na właściwą drogę — oświadczyła, patrząc na niego z niespotykanym dotąd u niej spokojem. — Musisz nawrócić się. Uwierzyć w Kruczą Gwiazdę i to jej powierzyć swoje wszelkie zmartwienia. Jeśli to ona w sporej mierze budziła w tobie lęk — ucięła z niesmakiem. — To jest twoim głównym problemem. A by pozbyć się problemu, trzeba znaleźć się u jego źródła, zacząć od korzeni.
Jego sierść stanęła dęba. Co?! Cofnął się aż nie uderzył tyłkiem o pień drzewa. 
— Nie! To wariatka! Zrobiła ze mnie szaleńca. Zabiła moje dzieci i partnerkę. Nie zasługuję na czczenie. Nie! — Kręcił głową. — To chore! Złe! Nie! Zostaw mnie Zajęcza Gwiazdo. Nie zmuszaj do tego. Błagam — załkał. — Pozwól mi żyć w spokoju. Proszę... Odpuść mi. Ja chcę tylko byś przestał mnie nękać. Błagam.
Bał się, tak cholernie się bał! Dlaczego mu to robił? Czemu nie chciał odejść? Tylko o to prosił. Błagał prawie codziennie, nawet na kolanach, a on zawsze był, zawsze przy nim, odbierając mu dech pod wodą.
— Nie unoś się — rzuciła ostrzej, krzywiąc się na dźwięk jego żałosnych pisków. — Ona tego nie lubi. A słyszy każde twoje słowo. Jest tu, za tobą — wyznała, uśmiechając się, gdy ten obrócił spłoszony łeb. — Nie ujrzysz jej. Nie jesteś tego godzien, by ją widzieć. Ale nie denerwuj się. Jeśli mi zaufasz, będziesz posłuszny, to wyzwolę cię od tego cierpienia.
Skulił się na jej ostry ton, zaraz rozglądając się przestraszony za wspomnianą zjawą. To brzmiało tak źle! Tak okropnie! Nie chciał jej widzieć, nie chciał, aby tu była! Pisnął, po czym gorliwie pokiwał głową. Zrobi wszystko, aby ta zmora odeszła. Wszystko. 
— D-dobrze. Będę posłuszny. Będę. T-tylko niech nie robi mi krzywdy.
— Słowa to za mało. Ona chce dowodów na twoją wierność. — Rozejrzała się niespiesznie, po czym na jej pysk wpełzał lekki uśmiech. — Pragnie by na dowód twojego oddania, wykonał jej polecenie. Masz wejść na to drzewo i skoczyć z najwyżej gałęzi na ziemię.
Miał zeskoczyć z najwyższej gałęzi?! Przecież to pewna śmierć! Bardzo mu to śmierdziało, lecz odwrócił się i wspiął na drzewo tylko po to, aby zwiększyć ten nieprzyjemny dystans pomiędzy córką a sobą. A potem? Co potem? Ziemia była tak wysoko, a on skulił się, nie mając zamiaru tego robić. Nie był aż taki szalony. Jego łapa nigdy nie dotknęłaby pustki. Miał nadzieję, że wojowniczka tu do niego nie przyjdzie, aby go zepchnąć... Liczył na to, że zaraz znudzi się i zostawi go w spokoju.
Mijały uderzenia serca, a ona wciąż tam była, wciąż stała i wlepiała w niego swoje oczy. Widział jak zaczęła się powoli irytować. Nie potrafił jednak tego zrobić. 
— No skacz! — syknęła. — Krucza Gwiazda nie lubi jak się zwleka.
Skulił się bardziej na gałęzi. Przecież to było samobójstwo! Za to córka nie wydawała się chętna odpuścić. Zszedł nieco niżej i dopiero wtedy skoczył, gdy miał pewność, że upadek nie spowoduje jego nagłej śmierci. Skrzywił się jednak, bo mimo wszystko to bolało. Zaskomlał pod nosem, kulejąc i odsuwając się od Zając na bezpieczną odległość. 
— Skoczyłem. Teraz mnie zostaw!
Powieka zadrżała jej ze złości na niewypełnienie jej poleceń. Podeszła do niego śmiałym krokiem i gwałtownie docisnęła jego łeb do ziemi, powoli wysuwając pazury. Jednocześnie nachyliła się ku jego uchu i cicho wyszeptała. 
— Krucza Gwiazda jest tobą zawiedziona. Nie powinieneś narażać się jej majestatowi — syknęła. — Koszmary będą nawiedzać cię coraz częściej, to kara za nieposłuszeństwo.
Zadrżał, a oddech przyśpieszył mu gwałtownie. Podwinął ogon pod siebie, kiwając łbem. Koszmary... To niewielka cena za życie. 
— Przepraszam... Nie chcę umrzeć... Zabiłbym się. Zlituj się...
— Niekoniecznie — odparła. — Jeśli Krucza Gwiazda dostrzeże, że się starasz, to uchroni cię od zgonu. 
Przełknął ślinę. Uchroni? Ona? Miał ochotę parsknąć jej w pysk, lecz się powstrzymał. Najwidoczniej Zajęcza Troska mało co wiedziała o swojej zwariowanej mentorce. Nie rozumiała, że była mordercą, paskudnym mordercą, który zabił tak wiele mu drogocennych osób. 
— Wątpię... Ona nie jest litościwa... Marzy jej się moja śmierć. Na pewno. Na pewno — szeptał pod nosem spięty, mając ochotę już wrócić do obozu. 
Zajęcza Troska przyglądała się jeszcze chwilę jego przygarbionej, żałosnej postawie, a następnie zabrała łapę z jego pyska. Czym prędzej zwiał z powrotem do obozu, dziękując w duchu, że tym razem udało mu się wywinąć śmierci. 

***

Nie za bardzo wiedział co działo się w Klanie Nocy. Daliowa Gwiazda, jego siostrzenica wprowadziła rządy tak podobne do tych, które sprawowała Krucza Gwiazda. Wciąż nie mógł znieść tego, że zabiła Rudzikowy Śpiew, który został pozbawiony życia o tak, jak zwykły śmieć, a jego ciało zostało rzucone na żer rybom. Płakał za nim wciąż, tak bardzo i rzewnie, co dzień, że przestał zwracać uwagę na otoczenie.
Był już stary, stary. A to oznaczało, że prędzej czy później Krucza Gwiazda szepnie Dalii, aby pozbyła się własnego wuja. I oczywiście szansa nadeszła, gdy jakaś grupa samotników ich zaatakowała. Nie brał w tym udziału. Wywinął się obowiązkowi jak tchórz. Skrył się i nie wychodził ze swojej kryjówki, aż nie usłyszał jak w obozie rozlegają się podniesione głosy. Daliowa Gwiazda nie żyła. To była... ulga... Ulga dla jego serca. Tym razem musiało być lepiej. Śnieżna Gwiazda, nowa liderka, wydawała mu się normalna. Ale pozory mogły mylić. Ile razy już widział wariatkę na tej pozycji? Może ciągnął swój do swego? 
Gdy widział na horyzoncie córkę, a raczej... obcą mu już całkowicie kotkę, padał do ziemi, zamykając oczy i udając, że nie istniał. Chciał dać jej poczucie, że jej ojca już nie było. Że wcale nie kręcił się w obozie. Że odszedł... Ale prawda była taka, że nie potrafił całkowicie sprawiać takich pozorów. 
Poranek był... nieco chłodnawy. Taki rześki po falach upałów, które ich dotykały przez ostatnie dni. Czuł napięcie. Towarzyszyło mu przez dłuższy czas. Nieokreślony lęk o własne życie. Dlatego też wymknął się z obozu i skierował kroki przed siebie. Aby uciec przed nieuniknionym. 

<Zając?>

09 kwietnia 2023

Od Zajęczej Łapy(Zajęczej Troski) CD. Zdradzieckiej Rybki

Przystanęła nad nim, uważnie przyglądając się wybrakowanej z sił sylwetce. Czekoladowy kolor futra nasuwał jej na myśl jedynie słabość, którą emanował. Był nic niewartym pasożytem, którego trzymanie w klanie wynikało jedynie z litości ich lidera.
— Miałeś iść z nami na trening, nie pamiętasz? — spytała niechętnie, bo wcale go tam nawet nie chciała. To było niestety ustalone z góry, a jej ubliżało przebywanie w jego towarzystwie. Kto tutaj był karany, on czy ona?
— Nie mam na to ochoty — odparł, co jej wcale nie przeszkadzało. Bażancie Futro dla zasady kazał jej po niego przyjść, ale skoro ten nie zamierzał ruszyć się ze swojego miejsca, to nie będzie go poganiać.
Wzruszyła ramionami i powoli wycofała się z legowiska. Widziała już zaintrygowany wzrok mentora, zaskoczonego, że nikt nie ruszył za nią.
— I gdzie on? — westchnął znużony.
— Nie chce mu się — odpowiedziała zgodnie z prawdą. — A ja nie będę go zmuszać. Musimy go brać? Równie dobrze może leżeć sobie tam do ś… — urwała, zdając sobie sprawę, że nie powinna stosować owego słownictwa w pobliżu Bażanciego Futra — …świtu — sprecyzowała.
Kocur przewrócił oczami, przyglądając się przez dłuższą chwilę wejściu.
— Trudno. Zostawimy go, twój trening jest ważniejszy niż jego humorki — uznał, a gdy tylko obrócił się tyłem, na jej pysku zagościł uśmiech pełen zadowolenia. Tak powinno być od początku. Czy te wszystkie sceny były konieczne?

***

Przekrzywiła łeb.
I o co tak naprawdę była ta cała wojna? Poszli, polała się krew, a potem wrócili do siebie. Jedyne, co się zmieniło, to to, że kilku straciło życie, a w zamian za to mieli znowu Źródlany Dzwonek. Zbędna szopka, kotkę dało się odbić inaczej, jeśli już im tak na niej zależało.
Najbardziej Zajęczą Troskę obrzydzał sojusz z Klanem Burzy. Przecież z tego co słyszała, poprzednia wojna wynikała ze współpracy królikojadów z Wilczakami, a oni stali się główną ofiarą. Nastąpiły roszady w "dobrych relacjach", a teraz i tak powracali do standardów — każdy był sobie obcy. Według niej tak powinno być od początku.
W tym całym harmidrze, zmianach władzy i przelewie krwi, zdążyła zapomnieć o swoim ojcu.
Wiódł zdecydowanie za spokojne życie, a ona, choć zaczęła go olewać, miała poczucie, że nie może mu pozwolić na szczęśliwy odpoczynek na starość. Wojna zabrała tyle żyć — w tym jej byłego mentora, którego tolerowała, co było rzadkością w jej kontaktach z kocurami. I dlaczego on umarł, a ten bezużyteczny pasożyt dalej mógł egzystować?
Wsunęła się do legowiska.
Ostatni raz rozmawiała z nim po śmierci Rudzikowego Śpiewu. Majaczył nad brzegiem rzeki, a jego wzrok utkwiony w wodzie sprawiał, że miała ochotę go tam zwyczajnie wrzucić.
— Co powiesz na spacer? — rzucił wprost, stawiając sprawę jasno. — Przestań być leniwą masą tłuszczu i rusz się w końcu zrobić coś pożytecznego. Klan sam się nie wykarmi — zauważyła, choć w jej głowie było coś znacznie ciekawszego, niż polowania.
Położył po sobie uszy. Takiej reakcji się właśnie spodziewała.
— Nie z tobą — burknął, wycofując się w głąb legowiska i patrząc na nią z uporem godnym kocięcia.
Parsknęła. Cichy, pełen szyderczości śmiech opuścił jej gardło.
— To idź sam. Ale nie siedź tu. Rób cokolwiek — nakazała, zadzierając pysk. — Daliowa Gwiazda nie jest szczęśliwa, że musi trzymać w szeregach takiego pasożyta. I wcale jej się nie dziwię.
Skrzywił się, a końce jego uszu drgnęły niespokojnie.
— Pójdę sam... — mruknął smętnie pod nosem, wstając i wymijając z podwiniętym ogonem córkę. Nie ruszała się, chcąc, by na chwilę zagościło w nim złudne poczucie spokoju.
Dała sobie chwilę przerwy, a potem upewniając się, że żadni potencjalni świadkowie nie podążają ich tropem, rozpoczęła swą pogoń. W odpowiedniej odległości trzymała jego tempo. Przez cały ten czas czuła ekscytację narastającą w jej wnętrzu.
Tyle czekała na tę chwilę. Dalia powinna być jej wdzięczna, jeśli zajmie się odpowiednio tym odpadkiem.
Oblizała się, gdy przystanął. W niczym nie przypominał dumnego wojownika, który miałby prawo nazywać się członkiem Klanu Nocy.
Był jedynie żałosną imitacją kota.
Na zgiętych kończynach, niemalże bezgłośnie, zaszła go od tyłu. Każdy krok był przemyślany, a jej wzrok nieustanie balansował między nim, a jej trasą. Omijała wszelkie liście i gałęzie, by nie zdradzić w głupi sposób swojej obecności.
A potem skoczyła.
Zatopiła zęby w jego karku, ale tylko na krótko. Posmak krwi wystarczył, by poczuła się spełniona.
Uskoczyła na bok i z fascynacją spojrzała na zastygłego w bezruchu kocura. Nie chciała go w końcu zabić.
Jeszcze nie teraz.

<Rybka?>

06 listopada 2022

Od Zdradzieckiej Rybki cd Zajęczej Łapy

Uciekł jak tchórz, ale nie mógł tego wytrzymać. Ten kot... To był on. Zajęcza Gwiazda! Nie powiedzą mu, że zwariował! Doskonale widział jego biel sierści i zieleń oczu! To był on! On! 
Tak... Zostawił na pastwę losu swoją córkę. Miał nadzieję, że wściekły umarlak ją zamorduje i pozbędzie się przez to dwóch problemów za jednym razem. 
Schował się pomiędzy drzewami, uspokajając rozszalałe serce. Nie pobiegł za nim. Jak dobrze. Drżał jeszcze od nagromadzonych emocji, ale również przez zimno, które zewsząd go otaczało. Nie miał pojęcia czy już po wszystkim, czy Zające się wymordowały. Bał się sprawdzić z obawy, że go dorwą. Dlatego też siedział w miejscu, nasłuchując czy wróg się nie zbliża. 
Słysząc skrzypnięcie śniegu i psioczenie pod nosem, nadstawił uszu. Bażancie Futro. Zbliżał się tu. Nie wiedział, czy powinien mu ufać. Mógł być w zmowie ze swoim demonicznym pracodawcą. Nie wyściubił nosa ze swojej kryjówki, obserwując go z oddali. 
— Do cholery jasnej, Zdradziecka Rybko, wyłaź! — wydarł się, a on już wiedział, że miał przesrane. 
Nie wyszedł. Nie mógł. On go zabiję. Na pewno to knuł przez ten cały czas. Był szalony. Nienormalny. Współpracował z jego córką i jeszcze jej bronił. Ktoś taki jak on nie miał dobrych intencji. 
— Wyłaź, bo powiem Rudzikowemu Śpiewowi, co zrobiłeś, zasrany tchórzu! Wtedy na pewno zamknie cię w jakimś dole i tam zdechniesz, słyszysz?! 
To... Nie brzmiało zachęcająco. Powoli wyszedł z kryjówki, obawiając się, że to co mówił mogło się spełnić. Widział w końcu jaki był rudy. Był po stronie jego córki. Nie chciał go słuchać. Uważał, że ześwirował, ale... to nie tak! To było nie tak! Czemu nie chciał mu uwierzyć?! 
Bury widząc go, zwrócił w jego kierunku łeb, strosząc sierść. 
— Co ty sobie myślałeś?! Doszczętnie zwariowałeś?! Zostawiłeś swoją córkę samą na pastwę losu! Nie wstyd ci?! — wydarł się na niego. 
Nie rozumiał o co mu się rozchodziło. Przecież to był dobry plan! Zajęcza Gwiazda przez to straci swoją marionetkę, a on uwolni się od tej kreatury raz na zawsze! Czemu jej bronił? Bo co? Bo był jej mentorem i zaczął się troszczyć o tego potwora?! 
— Nie — rzekł spokojnie, kładąc po sobie uszy. — Nie jest moją córką, to potwór. Chcę mnie zabić. Knuje to z Zajęczą Gwiazdą. Jest nienormalna. Była szpiegiem Kruczej Gwiazdy. To jej wina, że moja rodzina zginęła z jej łap! 
Wojownik skrócił pomiędzy nimi dystans, a on się cofnął, uderzając placami o drzewo. Widać było po jego oczach, że był zirytowany całą tą sytuacją. 
— To są twoje urojenia! Nie wierzę... Sądziłem, że już ci się poprawiło, ale byłem w błędzie. Najpierw woda, potem Bezchmurne Niebo, Niezapominajkowa Gwiazda, Zajęcza Łapa, a teraz co? Ja? Ja szpieg wedle twojego chorego umysłu? — parsknął, kręcąc głową. — Posłuchaj jak to brzmi! To co zrobiłeś jest niewybaczalne! Nawet nie czujesz skruchy! 
Gapił się na niego tępo, chcąc nawiać, ale ten nawet nie zamierzał mu na to pozwolić. Gdy dojrzał co robił, popchnął go z powrotem na drzewo, wciągając ze wściekłością mroźne powietrze. 
— Nie zasługujesz na nią — warknął, a on nie za bardzo zrozumiał o co mu się rozchodziło. Mówił o jego córce? Jeżeli chciał ją mu odebrać, bo nie nadawał się na rodzica, to proszę bardzo. Ucieszyłby się, gdyby ta zniknęła z jego życia. Byle tylko nie pilnowała go, byle nie zostać z nią sam na sam. 
— Dałeś się jej omotać — zaśmiał się jak szaleniec. — Omotała cię. Nakarmiła kłamstwami. Nie znasz jej prawdziwego oblicza. To. Potwór. — warknął. 
— Jedynym potworem jesteś ty — Wojownik wyprostował się, górując na jego przygarbioną sylwetką. 
Przełknął ślinę, gapiąc się na niego w ciszy. Ten jego zdegustowany wyraz pyska, który tak często widział u Kruczej Gwiazdy... Czy to możliwe, że się mylił? Może Bażancie Futro działał na jej zlecenie? Dreszcz przebiegł mu po grzbiecie. Nie odpowiedział mu, wlepiając wzrok we własne łapy. 
— Wracamy. — w końcu zarządził, łapiąc go za kark i szarpiąc do przodu, by ruszył przodem. 
Potknął się i upadł w śnieg, wstając zaraz na drżące łapy. Rzucił mu pełne niepokoju spojrzenie, rozglądając się jeszcze raz po otoczeniu. Nie dojrzał nic jednak niepokojącego, więc zmuszony, przez kolejne popchnięcie, ruszył ku obozowi. 

***

Bażancie Futro powiadomił lidera o jego tchórzliwym wyczynie. Nie podobało mu się to. Bał się, co sobie pomyśli Rudzik. Co z nim teraz zrobi. Gdy bury wyszedł, wepchał go do środka, ponieważ rudy chciał z nim pomówić. Przełknął ślinę, wlepiając ślepia w kocura, który miał bardzo zmęczony wyraz pyska. 
— Dlaczego to zrobiłeś? — zapytał. Czuł w jego głosie zwód. Nie chciał tego, ale... On nie rozumiał! Nigdy go nie potrafił zrozumieć. 
— To były dwa Zające. Musiałem ich tam zostawić. Wtedy na zawsze bym się od niego uwolnił. Jeżeli bym został... umarłbym. — wyjaśnił. — Czemu miałem pomagać potworowi, skoro dopadła go zasłużona karma? 
— Po raz ostatni powtórzę. Zajęcza Gwiazda nie żyje i nie miałby powodu, aby tu przyjść. A twoja córka nie jest z nim w żaden sposób powiązana, a zostawienie jej było bardzo niehonorowe i mogło się skończyć tragedią — westchnął, zakrywając pysk łapą. — Co ja mam z tobą zrobić, Zdradziecka Rybko?
Pociągnął nosem, słysząc jego słowa. Nie chciał tam się rozryczeć, ale coraz bardziej nie potrafił powstrzymać łez, które gromadziły mu się w oczach. Zwiesił łeb, wbijając pazury w ziemię. Nie wierzył mu, nigdy nie uwierzy. Nie zmieni mu nawet tego okropnego imienia. Czemu? Bo za bardzo przejmuje się opinią innych, którzy go nienawidzili? Sądził, że jak zostanie liderem, to raz na zawsze pozbędzie się swoich problemów. Że Tulipan, Orzech oraz Wzburzona zapłacą za swoje zbrodnię. Tak się nie stało. Nadal byli bezkarni. Nadal cieszyli się swoim zwycięstwem. 
— Nie zamykaj mnie w dziurze, proszę — załkał. — Nie chcę tak umrzeć. Nie zrobiłem nic złego. Gdybyś ty miał szansę pozbyć się Kruczej Gwiazdy... Zostawiłbyś ją tam też. Zabiłeś ją w końcu. Rozumiesz jaka była. Co robiła. Czemu nie dostrzegasz, że po tamtej nocy... Po tamtej nocy, gdy zjawił się on... — Wziął głębszy oddech. — Wszystko się zmieniło? A czemu? Dlaczego? Czemu do tego doszło, Rudzik? Wiesz czemu? Bo Zając mnie topiła w wodzie! Chciała mnie zamordować. A potem pojawił się on. Jej wspólnik. To nie są moje urojenia! Bażancie Futro z nią współpracuje. Został przekupiony. Musisz mi uwierzyć, Rudzik. Błagam. Oni są szaleni, nie ja! 
— Twoja córka nie mogła topić cię w wodzie. Proszę cię, Zdradziecka Rybko, przestań stwarzać problemy tam, gdzie i tak ich za dużo — charknął z lekka zirytowany. — Idź już. I nie chce więcej słyszeć o Zajęczej Gwieździe. Choćby jeszcze jeden raz o nim powiesz, a ten dół nie będzie złą opcją — odparł delikatnie. — Nie bierz tego do siebie. Po prostu mnie to męczy.
Zacisnął pysk. Nie mógł mówić. Nie mógł. Miał milczeć, chociaż działo się wokół to zło? Musiał najwyraźniej tak zrobić. Skoro i tak mu nie wierzył, a skończyć w dole nie chciał. Trzeba było zaakceptować swój los, co było dla niego strasznie trudne. 
Skinął na to tylko łbem, po czym wyszedł, zostawiając go samego. Czuł się tak, jakby życie na powrót mu się zawaliło. 

***

Po rozmowie z Rudzikiem starał się wszystko ignorować. Chodził z tą dwójką na treningi, lecz nie wtrącał się, nie mówił, tylko szedł za nimi jak kaczuszka za swoją matką. Stawał kiedy oni zatrzymywali się, szedł gdy szli. Nie odpowiadał na zaczepki, po prostu nie istniał. Był głuchy i ślepy na otaczającą go rzeczywistość. Stracił chęci do życia. Jeszcze Zanikające Echo została zamknięta w starszyźnie, przez co obawiał się ją odwiedzać. Nie miał pojęcia co zrobiła, ale nie zamierzał bardziej podpaść Rudzikowi. 
Przewrócił się na drugi bok na swoim posłaniu, widząc w wejściu Zajęczą Łapę. Jego sierść się najeżyła, chociaż wzrok skrył przed tym potworem. Słyszał jak podchodzi. Zareagował dopiero, gdy zawisła nad nim niczym sęp. 
— Zostaw mnie. — miauknął, zamykając oczy. 
Byle nie widzieć tej bieli, tego zadowolonego wzroku. Nie chciał mieć z tym potworem nic wspólnego. Nadal ciężko mu było znieść fakt, że nikt mu nie wierzył, a uważali za wariata. Nie był szalony! Nie wyobraził sobie tego, że chciała go zabić! To, że wtedy się jej odwdzięczył, zostawiając na pastwę losu, było sprawiedliwe. 

<Zając?>

Od Zajęczej Łapy CD. Zdradzieckiej Rybki

Chwilowo był pozytywnie zaskoczona odpowiedziami lidera. Nie zrobił z niej demona, nie uwierzył w maniakalne mamrotanie jej ojca, tylko w jakiś sposób ją bronił. Z drugiej strony zwalenie obowiązku pilnowania tego starego dziada na jej barki było według niej frustrujące, ale nie będzie wymagała od zwykłego mysiego móżdżka cudów. Póki jej niczego nie utrudniał, mógł sobie beztrosko żyć.
— Zajęcza Gwiazda nie mógł wrócić. Nie ma go i nie będzie, musisz pozwolić przeszłości odejść, Zdradziecka Rybko — mruknął rudy, ocierając ze zmęczenia pysk łapą. — Bażancie Futro i twoja córka ci pomogą, proszę, nie twórz zbędnych problemów...
Liliowa czuła ulgę. Szło jej aż za dobrze, ale tym się nie przejmowała. Uniosła wzrok ku górze, spoglądając na Srebrną Skórę. Krucza Gwiazda musiała wspierać ją z góry.
Gdy pochyliła głowę, dostrzegła, że czekoladowy położył po sobie uszy. Chwilę milczał, po czym po prostu wyszedł, nie odpowiadając rudemu. Ten spojrzał zdekoncentrowany wprost na nią, a ona jedynie wzruszyła ramionami. Nie zamierzała dłużej przebywać w jego towarzystwie. Ojciec jej uciekł, a ona potrzebowała mu trochę dopiec i wykorzystać władze nad nim, którą właśnie otrzymała.
— Tatoo, gdzie uciekasz? — zamruczała, goniąc za nim.
Umknął do legowiska wojowników. Podążała krok w krok za nim, obserwując, jak zwija się w kulkę na mchu. A potem niespodziewanie zwrócił łeb w jej stronę, strosząc sierść.
— Idź sobie, zostaw mnie — syknął, szurając ogonem po ziemi to w jedną, to w drugą stronę.
— Mam cię czasem pilnować, nie słyszałeś? — zauważyła ze spokojem, bo inne koty obecne dookoła nich ograniczały jej możliwości. Tu szczerość nie przejdzie, jeśli chce dalej być aniołkiem. — Sam pan lider tak powiedział.
— Jestem w legowisku, nic mi się tu nie stanie. Nie musisz nade mną stać. Wyjdź — zażądał ze złością. — Tobie nie, ale innym może już tak. Mnie ugryzłeś bez powodu w łapę, to kto wie, co siedzi jeszcze w twojej głowie i do czego jesteś zdolny? — Podniosła głos, licząc, że ktokolwiek zwróci na nich uwagę. — Ałaaa, moja łapa, dalej tak mocno boli... — zawyła z rozpaczą, liżąc się po obolałym miejscu.
— T-to nie ja. Sama się w nią ugryzłaś! — rzucił oskarżycielsko. — Gdybym to był ja, to na pewno straciłabyś całą łapę — zawarczał pod nosem, co wywołało w niej niemałą satysfakcję. Sam kopał pod sobą dołek.
— Nie powinieneś grozić swojej córce. — Chłodny ton głosu Bażanciego Futra przykuł ich uwagę. Bury stanął niemalże między nimi, łypiąc czujnym okiem to na czekoladowego, a to na swoją uczennicę. Swą interwencją zaimponował jej w tym momencie.
— Mogę mu to wybaczyć — westchnęła liliowa, czując zadowolenie z powodu takiego obrotu sytuacji. Coraz częściej wszystko szło po jej myśli, jakby los na każdym kroku potwierdzał jej, że to, co robi, jest dobre. — Skoro i tak uważa mnie za Zajęczą Gwiazdę...
Z pyska jej mentora uciekło głębokie stękniecie. Machnął ogonem, skupiając swe spojrzenie na Rybce.
— Czyli Rudzikowy Śpiew mówił prawdę. Znowu będziesz wariował co noc?
Kocur drgnął, gdy usłyszał głos Bażanta. Zwiesił po sobie uszy, kręcąc głową.
— N-nie... Nie będę. Nie mam koszmarów. O-on przesadza. — Zmrużył oczy, prychając. — A ty... ty się wytłumacz, czemu po tym wszystkim, co razem przeżyliśmy, przeszedłeś na stronę Zajęczej Gwiazdy? Od kiedy mu służysz? Rudzik o wszystkim mi powiedział. Zdrajca — syknął do niego, machając wrogo ogonem.
Bury osłupiał, a po chwili cicho prychnął.
— Nie mogę służyć komuś, kto nie żyje. Uspokój się z tymi oskarżeniami, bo porozmawiamy inaczej — syknął, kładąc po sobie uszy. — Siedź tu, bo dziś wyjątkowo nie mam sił na użeranie się z tobą. Zajęcza Łapo, chodź, pójdziemy na trening. Potem... Potem będziemy się z nim męczyć.
Liliowa skinęła głową, a gdy jej mentor wyszedł, uśmiechnęła się triumfalnie do ojca. Jej wyraz pyska mówił jedno.
"Przegrałeś".

***

Tym razem plan był inny. Ze względu na trudniejszą sytuację w związku z wszechobecnym białym puchem, mieli zabrać ze sobą jej ojca. Trening treningiem, ale coraz mniejsza ilość piszczek zmusiła ich do wzięcia sobą dodatkowej pary łap. Nawet jeśli nic nie złapie, to chociaż pomoże im dźwigać to, co sami upolują.
— Zdradziecka Rybko, idziesz z nami, ale z góry mówię, że nie chce słyszeć nic o żadnej Zajęczej Gwieździe — orzekł bury, patrząc niechętnie na czekoladowego. Ich niegdyś pozytywne relacje znowu uległy pogorszeniu, a liliowa była nawet dumna, że jest z lekka temu winna.
Czekoladowy wlekł się za nimi. Jedyne co było słychać z jego strony, to ociężałe kroki, powodujące głośne skrzypnięcie śniegu. Wcześniej bardzo zapierał się temu, żeby z nimi iść, ale koniec końców nie miał wyboru.
— Nic przecież nie mówię — burknął w stronę kocura. — Zajmij się szkoleniem demona, mną się nie przejmuj — poinformował.
— Nie widzę tu żadnego demona, tylko twoją córkę — odparł ze znużeniem Bażancie Futro. — Radziłbym przyspieszyć, bo strasznie nas spowalniasz, a ja wolałbym wrócić do obozu, nim zrobi się ciemno.
Vanka nie przejmowała się nimi. Coraz częściej wszystko wychodziło na jej korzyść, a to ją niezmiernie satysfakcjonowało. Takie życie było momentami wręcz za łatwe, ale nie marudziła. Podziwianie ośnieżonego krajobrazu odwróciło jej uwagę od polowań. Cały czas słyszała za sobą szmer kroków ojca, który na obecną chwilę sprawiał wrażenie pozbawionego wszelkich chęci do życia. Gdyby mógł, najpewniej nigdy nie wchodziłby w jej drogę. Tyle że ona nie mogłaby być szczęśliwa wiedząc, że jego byt jest za spokojny.
— Bażancie Futro, czy możemy tu zapolować? — zapytała, chcąc obrócić się w stronę mentora. Problem był taki, że nie zastała go tam, gdzie powinien stać. Momentalnie sierść na jej karku stanęła dęba, a ona sama przełknęła ślinę, z lekka przestraszona zniknięciem kocura. — Gdzie on jest? — spytała, patrząc z niepokojem na Zdradziecką Rybkę, który nawet nie zaszczycił jej spojrzeniem.
Nie zdążył jednak udzielić jej odpowiedzi. Spomiędzy wysokich drzew wyłoniła się ledwo widoczna kocia sylwetka. Obcy wydzielał bardzo nieprzyjemny zapach, a jego białe futro zlewało się z otoczeniem. Jedyne co sprawiało, że go spostrzegli, to intensywnie zielone ślepia.
Zmarszczył nos, patrząc na nich złowrogo.
— Czego tu szukacie? — syknął, nastawiając uszu. — Wy z tych wielkich grup, co tu nie dawno zawędrowały? Leniwce — prychnął, uderzając ogonem o ziemię. — Zabieracie mi jedzenie.
Zając obróciła z lekka spanikowany wzrok na ojca. Nie spodziewała się zastać go skulonego za nią i kryjącego pysk pod łapami. Wyglądał na ogromnie przerażonego widokiem nieznajomego.
— Znasz go? — wymamrotała szeptem.
Ten pokręcił głową.
— W-wygląda jak Zajęcza Gwiazda — wydukał, drżąc z ogarniającego przerażenia. Nim liliowa zdążyła westchnąć, zirytowana jego ciągłym myśleniem o zmarłym już liderze Klanu Burzy, coś odepchnęło ją w bok, a następnie przyszpiliło do ziemi.
Poczuła na sobie ciężar, a po chwili okropny odór owiał jej pysk.
— Myślę, że ani on, ani ty nie stanowicie dla mnie problemu — stwierdził kocur, wysuwając pazury i opierając swoją łapę o jej pysk. — Nie kombinuj nic, a oszczędzę ci tę uroczą mordkę.
Spięła się. Paskudny samiec, zresztą, jak każdy, na którego się natykała. Tylnymi łapami odepchnęła go od siebie, a gdy ten poturlał się parę mysich kroków dalej, zerwała się. Rozejrzała się za ojcem, ale jedyne co ujrzała, to czekoladowy ogon znikający w oddali pomiędzy drzewami.
Zostawił ją.
Własny ojciec, którego nieważne jak bardzo nienawidziła, porzucił ją na rychłą śmierć.
— O, twój kochany cię opuścił? — zakpił kocur.
— To mój ojciec, idioto — syknęła, odskakując w tył, gdy ten zaszarżował wprost na nią.
— Rzeczywiście, za stary jak na partnera — przyznał, oblizując pysk. — Przez was nie mam co jeść, ale może jak wyzbędę się jednego pyska do wykarmienia, to zostawicie mi chociaż jedną mysz — mruknął, obchodząc ją dookoła.
Obracała się wraz z każdym jego krokiem. Serce biło jej jak oszalałe, a ona sama była pewna, że zaraz zejdzie na zawał. Nieznajomy budził w niej niepokój, grożąc jej śmiercią. Była na to za młoda, miała całe życie przed sobą i cel do spełnienia. Nie może umrzeć, dopóki nie zrobi tego, co obiecała Kruczej Gwieździe.
A teraz miała kolejny powód, aby ubić swojego ojca. Tchórz ją zostawił, a dobrze musiał wiedzieć, że sama nie da rady.
Zając zaklinała swoją powolność. Nie ucieknie mu, na pewno jest od niej szybszy. Czy będzie w stanie pokonać go w walce? Raczej nie, wyglądał na silniejszego. Musiała zwlekać, może się zmęczy, albo nadarzy się cud i ją oszczędzi.
— Nie szukam zwady... — odezwała się, kuląc uszy, gdy postąpił o krok bliżej.
— A ja szukam pożywienia, które ty i tobie podobni zabieracie mi sprzed nosa — syknął, a zaraz po tym poczuła przenikliwy ból na grzbiecie. Zgarbiła się, czując wbijające się pod jej skórę kły. Na oślep wycelowała łapą w bok i usłyszała syknięcie. Poluźnił zgryz, a ona odsunęła się i nie czekając na jego kolejny ruch, przeryła mu pazurami pysk.
— Ty wstrętna...
— Zajęcza Łapo! — Głos Bażanciego Futra rozproszył ją. Poczuła ulgę, ale zaraz po tym została powalona na ziemię. Jej biel i ta przeciwnika musiały zlewać się ze sobą, bo bury pomimo pędzenia w ich stronę, zdawał się wahać nad miejscem, w które powinien zaatakować.
— Więcej was matka nie miała? — prychnął nieznajomy, a gdy tylko ponownie odepchnęła go tylnymi łapami, jej mentor zdołał wypatrzeć przeciwnika i zaatakował go.
Jasny puch pokryła czerwona barwa. Uczennica nie wiedziała nawet, kto był jej właścicielem. Otarła pysk i spojrzała w osłupieniu na własne kończyny. Wszystko ją bolało, a w uszach świszczało od wysokiego poziomu adrenaliny we krwi.
Przełknęła ślinę i widząc, że Bażant na moment traci kontrolę, ruszyła pędem na przeciwnika. Uczepiła się jego grzbietu i wgryzła w kark. Czuła, że wyżywa się na nim za wszelkie czyny kocurów, jakie ją w życiu zraniły. Za ojca, który nie dosyć, że zawsze sprawiał jej wstyd, tak teraz zostawił ją na pastwę losu, jak i za Nastroszoną Łapę, dogryzającego jej i obrzydzającego ją samą mową i podejściem do zwykłych spraw.
Nie wytrzymała i zeskoczyła z białego. Ten odsunął się w tył, łypiąc na nich nieufnym wzrokiem. Dotychczas mleczne futro zbrukane zostało zewsząd krwią. Z każdym krokiem oddalał się, najwyraźniej próbując uciec.
Chciała rzucić się ku niemu. Wykończyć go i upewnić się, że nigdy tu nie wróci. Bażant jednak wystawił łapę, powstrzymując ją przed tym.
— Zostaw go. Niech ucieka — polecił, biorąc głęboki wdech i rozglądając się po otoczeniu. — Gdzie twój ojciec? — zapytał zmartwiony.
Zajęcza Łapa zdrętwiała. Przełknęła ślinę i spuściła wzrok na ziemię.
— Uciekł — wykrztusiła, zastanawiając się, dlaczego tak bardzo nie może powstrzymać drżenia własnego głosy. — Ten samotnik... uznał go za Zajęczą Gwiazdę. Podczas gdy mnie atakowano, on zwiał. Gdzieś tam. Między drzewami — pisnęła, nie mogąc opanować przyśpieszonego oddechu.
Mogła zginąć. Tak po prostu.
— Ci... Spokojnie, już nic ci nie grozi — zapewnił wojownik, obchodząc ją dookoła i przyglądając się, czy nie ma żadnych ran na ciele. — Dobrze ci poszło. Musisz być naprawdę waleczna, że tak długo dawałaś ra...
— Nie mów do mnie jak do kocięcia — poprosiła. — Wiem, co mówiłam nieraz o moim ojcu. Że zdrajcy zasługują na śmierć. Czy nie miałam jednak racji, skoro zostawił mnie tu samą? Chciał pozwolić mi... zginąć — wydukała, ocierając pysk. To na pewno nie łzy. Ona przecież nie płacze.
Bażant wahał się. Nie potrafił jej odpowiedzieć. Tak jak mogła się tego spodziewać.
— Przykro mi, Zajęcza Łapo. Kiedyś naprawdę nie był taki. Z Pędzącym Wiatrem byś się dogadała, ale on umarł. Przepadł w Klanie Burzy...
— Dla mnie to go nie usprawiedliwia — przerwała mu z głośnych charknięciem. — Chciał dać mi umrzeć, rozumiesz? Własnej córce. To nie jest normalne! — syknęła, zanosząc się cichym płaczem. — Nawet... Nawet gdyby byłby tu Nastroszona Łapa, ja... Ja pomogłabym mu. Nienawidzę go, ale nie zostawiłabym prawowitego członka klanu na śmierć! A on? On to zrobił! — warczała, bijąc wściekle ogonem o ziemię. — A zresztą, nie mów nic. Tobie... Tobie dziękuję. Znalazłeś mnie i uratowałeś, ale o reszcie zapomnijmy.  Nie mam już żadnego rodzica — wykrztusiła, mijając mentora i kierując swe kroki do obozu.
Miała serdecznie wszystkiego dosyć.

 
<Rybko?>

[przyznano 25%]

03 listopada 2022

Od Zdradzieckiej Rybki cd Zajęczej Łapy

Gapił się na Rudzika, ledwo co rozumiejąc słowa wypowiadane przez Zając. Co. Co takiego?! Przecież to nie było tak! Zaczął od razu kręcić głową. Nie mógł jej od tak uwierzyć! Nie jego Rudzik! Ona kłamała! Kłamała jak pies! Wcale jej nie zaatakował, to ona! To ona, a raczej ten biały potwór! Nie widział jak wyglądał?! Że niby sam sobie to zrobił?! To było niewykonalne! Nie był tak szalony! 
— To nie ja! To Zajęcza Gwiazda! On był tu, był i mnie zaatakował. Chciał mnie zabić, był żądny zemsty i krwi! — miauczał maniakalnie, robiąc krok w stronę rudego. — Musisz mi uwierzyć, musisz! Rudzik, ja przecież bym sobie tego nie zrobił! Zaatakowano mnie! To był Zajęcza Gwiazda, widziałem go. Słyszałem jego głos. To on! On jest tu, nie zostawił nas, wrócił i chcę zniszczyć Klan Nocy. Musisz go powstrzymać, tak jak wtedy... Musisz! — Zaczął się trząść, widząc jego minę. Nie... Nie. On musiał mu uwierzyć. Zaczął łapać głębsze oddechy, kręcąc głową i wbijając wzrok w łapy. — Rudzik, Rudzik uwierz mi, błagam, uwierz. On wrócił. Wrócił. Jest tu, jest. Zabiję mnie, zabiję, zabiję...
Rudy kocur zawahał się, co sprawiło, że nadzieja w nim na powrót odżyła. Tak! wierzył mu! Wierzył!
— Nikogo tam nie było — westchnęła jego córka, kręcąc głową. — Czasem wydaję mi się, że to we mnie widzi tę... Zajęczą Gwiazdę. 
Co takiego?! Jak to go nie było?! Był widział go! I miała rację! Bo to nią sterował, nią! Jej ciałem! To była ona! Ona żywiła tego pasożyta! 
 — Cóż... — zawahał się rudzielec. — Jest... Jest to możliwe. Mogłabyś póki co mieć oko na swojego ojca? Powinienem o coś zapytać Bażancie Futro — westchnął, a kotka z lekka się rozpromieniła. — Tylko czy byłby w stanie tak podrapać się po grzbiecie? 
Zamrugała. Tak! To był dowód świadczący przeciw jego winie! Te rany to były kocie pazury! Rudzik mu uwierzy! Mu uwierzy! Ukarze tego pomiota, ukarze i Zajęcza Gwiazda nie będzie miał jak już go nawiedzać! 
— Szczerze, to nie wiem. Takiego go już zastałam, a po drodze było pełno krzewów. Nie mogłam go dogonić, ale nie wiem, czy coś go tam nie zaatakowała. Brzozowy Zagajnik leży na granicy, mogło go coś tam dopaść — zasugerowała, sycząc nagle. — Ał, moja łapa. Koniecznie muszę do medyka... 
— Dobrze, idźcie tam oboje, pogadamy jutro — odparł, przyglądając się z niepokojem ranom Rybki.
Co takiego? Jak to mieli iść? Jak to jutro pogadają?! Nie! Nie Rudzik! Nie! Nie mógł mu tego zrobić! Powinien działać teraz, a nie bagatelizować tą całą sprawę! Był już liderem! Kimś potężnym! Mógł ją stracić! Zabić! Zabić Zająca! 
— Nie! Nigdzie nie idę! Nie możesz tego zbagatelizować Rudzik, bo będzie za późno! On tu przyjdzie i nas wszystkich zabiję. Wiesz, że jest do tego zdolny! — miauczał, nie chcąc nigdzie iść. Czemu musiał skonsultować się z Bażantem? Był to też wmieszany? Zamrugał zdumiony. — Bażant z nim współpracuję? — palnął, gapiąc się na niego w szoku. Wiedział o tym? Jak długo? Sądził, że bury jest jednym z nich. To był zdrajca? Czuł jak powoli siły go opuszczają. Jak miał walczyć z czymś tak potężnym?! To było ponad niego. Wstał naglę i kulejąc udał się do medyka. Był zakrwawiony, a to było złe, bo tracił przez to masę sił. Wierzył, że Rudzik podejmie dobrą decyzję. Skoro wiedział, że Bażant brał w tym udział, to na pewno go z rana ukarzę!
— Zdradziecka Rybko — oświadczył z powagą jeszcze kocur. — Zajęczej Gwiazdy już nie ma. Umarł i nie wróci, a wszystkie złe duszę zostały na dawnych terenach. Nie musisz się nim przejmować, to jest tylko w twojej głowie — tłumaczył delikatnie. 
Jak to było to tylko w jego głowie?! To nie mogło być fałszywe! Zatrzymał się, odwracając do niego natychmiastowo, nie wierząc w to co mówił. Nie wierzył mu?! Przecież... Przecież znał go! Znał! Ile razy mu o nim mówił! Wtedy mu wierzył, a teraz uważał, że to były jakieś jego halucynację?! 
— On tu jest! Jest! Naprawdę jest! Przyszedł za nami! — syknął. — I zmień mi nareszcie imię. Nie jestem zdrajcą, chcę normalne imię, Kruczej Gwiazdy już nie ma, ty jesteś liderem, znieś mi je — zażądał, a widząc jak córka się kołyszę, a księżyc oświetla jej białą sierść, zrobiło mu się słabo. — M-m-muszę iść — dodał jeszcze, wpadając szybko do legowiska medyka, chowając się za zaspanym Muchomorzym Jadem, który został przez niego stratowany.
— Tato poczekaj! — Popędziła za nim, zatrzymując się w środku, spoglądając przepraszająco na medyka. — Strasznie mu odbiło, przepraszam. Nie wiem, co się dzieje, ale wyrwał sobie sierść, gryzł się, a potem jeszcze zaatakował mnie — westchnęła, wystawiając poranioną łapę.
Ona kłamała! Tak nie było! Przecież... To ona, nie... Zając ją opętał i to zrobił! Nie pamiętała?! Bał się jej, tak cholernie się bał. Nie wiadomo, kiedy znów jej odbiję. Czemu Rudzik tego nie widział? To był plan... Jakiś ich plan...! Spisek! 
— To był Zajęcza Gwiazda! Opętał cię! — miauknął do córki, jeżąc sierść. 
Zmęczony medyk opatrzył im rany i kazał iść spać. Widząc jednak jego nabuzowanie dał mu jakieś zioła, po których zrobiło mu się senno. Padł tam jak martwy, śpiąc do samego rana, zapominając o tej okropnej nocy.

***

— Tato, obudź się — zamruczała mu do ucha, lekko trzęsąc go łapą. — Wstawaj. Pan lider chce z nami pogadać.
Otworzył zaspane oczy, ziewając. Co... Co on robił u medyka? Rany go dalej piekły, ale miał na nich pajęczynę. Wczorajsza noc przypomniała mu się, ale teraz zdawała się nocnym koszmarem, a nie czymś rzeczywistym. Wstał ciężko na łapy i udał się z córką do Rudzika. Kulał i nie za bardzo ufał swojej córce, lecz będzie tam Rudzik. On go ocali. Na pewno. Weszli do jego legowiska, gdzie od razu usiadł ciężko przed rudym, wbijając w niego wzrok.
— O co chodzi?
— Myślałem trochę nad tym, co stało się tej nocy. Po przeglądaniu paru spraw z Bażancim Futrem uznałem, że... Przyda ci się towarzystwo i stała opieka — zaczął, spoglądając na liliową. Ta zastrzegła zaciekawiona uchem. — Nie chcę, byś przeżywał co noc na nowo te koszmary, więc od teraz będziesz tkwić pod opieką swojej córki i Bażanciego Futra. Będziesz towarzyszył im na treningach, a Bażant będzie pilnował cię w legowisku wojownika. Gdy będzie zajęty, Zajęcza Łapa zajmie się pilnowaniem ciebie. Czy mogę cię o to prosić? — zwrócił się do uczennicy. 
Ta potrzebowała dłuższej chwili nim odpowiedziała.
— Oczywiście, ale co jeśli znowu weźmie mnie za Zajęczą Gwiazdę? 
— Mam nadzieję, że to się nie powtórzy, ale dla twojego bezpieczeństwa pilnować będziesz go przede wszystkim w obozie, gdzie inni będą mieć na was oko. Zresztą, te koszmary nawiedzają go tylko nocą, więc wtedy kontrolę nad nim będzie sprawował Bażant. Też czasem popilnuję go, by odciągnąć waszą dwójkę od tego... Obowiązku. Wydawałaś mi się po prostu zmartwiona stanem ojca i myślałem, że będziesz chciała mu pomóc. 
— Będę — rzekła. 
Rudy uśmiechnął się z wdzięcznością. 
— Dziękuję. Na pewno wezmę to pod uwagę, gdy przyjdzie pora mianować cię na wojowniczkę. 
Zając zastrzygła uszami. 
Co. Co takiego?! Jak to opieka? Jak to pomoc? Przecież... Otworzył z szokiem pysk, gapiąc się na niego niedowierzająco. Kolejni będą patrzeć mu na łapy? Znowu odebrano mu wolność?! 
— A-ale... — zatkało go. Nie spodziewał się tego po Rudziku. Czy jego córka go omotała? Coś powiedziała? Nie rozumiał. Przecież wiedział jak nie znosił czegoś takiego! A co jeśli zaczną się nad nim ponownie znęcać? Rudzik wiedział, mówił mu przecież, że jego córka to potwór! 
— A-ale... Ale ja nie chcę — jęknął, krzywiąc nos. — Rudzik, zwariowałeś?! Nie jestem niebezpieczny! Nikt nie musi mnie pilnować! Jestem całkowicie normalny!
— Rozumiem twoje obawy, ale w tym momencie stanowisz zagrożenie nie tylko dla siebie, ale i dla innych — wyjaśnił, wskazując na skaleczoną łapę jego córki. 
Zajęcza Łapa z lekka ignorowała ich, jakby knuła już jakiś istnie szatański plan na zniszczenie mu życia. 
Pokręcił łbem, otwierając i zamykając pysk.
— Nie bądź śmieszny... Sama się ugryzła w tą łapę! To nie była moja wina! Ona kłamię! Rudzik... Nie rób mi tego! Przecież jesteśmy przyjaciółmi! — wyskomlał.
Rudy spoważniał i schylił łeb. 
— Jesteśmy, ale... To nie oznacza, że będę traktował cię ulgowo. 
Liliowej omal szczęka nie opadła za to mu owszem. Nie wierzył w to co słyszał. 
— Nie gryzłabym się sama w łapę, naprawdę Rudzikowy Śpiewie. Chciałabym już zostać wojowniczką, a robienie z siebie kaleki tylko przedłużyłoby mój trening — stwierdziła z żalem. — A on i tak trwa już długo... — dodała z wyrzutami. 
Rudy nie wydawał się jakoś specjalnie przekonany, ale pokiwał lekko głową. 
— Zdradziecka Rybko, to wszystko tylko i wyłącznie dla dobra całego klanu. Możesz dalej polować, spacerować i robić co chcesz, tylko wolę... Wolę by ktoś miał czasem ma ciebie oko.
Zwiesił smętnie uszy po bokach, nie wierząc w to co słyszał. Jego Rudzik coś takiego mówił? Brzmiał jakby nakładał mu karę, a nie chciał pomóc! 
— Nie skrzywdziłbym przecież nikogo! Nie zostawiaj mnie z nią samą — Zadrżał, zerkając przerażony na swoją córkę. — To przez nią Bławatek i Lilka umarły. Ona zachęciła Kruczą Gwiazdę do ich zabicia!
Mina rudego znacznie zrzędła. 
— Myślę, że nie powinieneś o to winić córki. To jednak była również jej rodzina i takie oskarżenia są nie na miejscu — miauknął łagodnie. — A o tej tyrance zapomnij. Nie ma jej i nie wróci, a czasu nie cofniemy.
— W życiu nie chciałabym śmierci mojej matki i siostry! — wtrąciła się Zając, patrząc z wyrzutami na ojca. — One przynajmniej nie uważały mnie za opętaną... — pisnęła, przełykając ślinę.
Co takiego?! Nie wierzył, że ten demon mógłby być do czegoś takiego zdolny?! Czyżby każdy kto zostawał liderem tracił intelekt?!
Posłał córce pełne niepokoju spojrzenie, które przeniósł na rudego. 
— A-a-ale Zajęcza Gwiazda... On... On tu był. A jeśli i ona się zjawi? Ja jej nie chcę. Odegnaj ich wszystkich. Niech dadzą mi spokój! 

<Córeczko?>

Od Zajęczej Łapy CD. Zdradzieckiej Rybki

Przyciśnięty grzbietem do kory kocur był widokiem niczym z jej najskrytszych marzeń. Obraz słabości, przed którą ostatnio nieustannie się bronił. Dowód na to, że był gorszy. Nie tylko od niej.
Od każdego.
— To nie zdziw się, że sięgam po to, czego pragnę — rzekła z wyższością, a następnie skoczyła w jego stronę i wbiła zębiska w jego ogon, wyrywając mu sporą kępkę sierści i ponownie atakując. Działa niczym głodne zwierzę. Pragnęła widzieć jego cierpienie, wymalowane na tym krzywym i paskudnym pysku.
Krzyknął spanikowany. Zareagował od razu, kopiąc ją w nos tylnymi łapami. Gdy ona łapała równowagę, zerwał się z ziemi, z którą dopiero co zderzył się przez jej czyn.
— Zostaw mnie! — Wysunął pazury.
Odsunęła się powoli, oblizując pysk. Czuła przenikliwy ból w miejscu, w którym oberwała. Spojrzała poważnie na kocura, a złość i obrzydzenie wręcz pulsowały jej w żyłach. Śmiał ją dotknąć. Skrzywdził ją, choć to on miał obrywać.
Był od niej silniejszy, to fakt. Fakt, który bardzo psuł jej plany.
— Nie nauczyłeś się — zaczęła, strosząc futro. — Nie zrozumiałeś, że do mnie nie skacze się z zębiskami? — syknęła, obchodząc go dookoła. Bacznie obserwowała jego ogon. Chciała go zwieść, bo w rzeczywistości planowała zaatakować jego grzbiet. Posunąć się o ten jeden, mały krok dalej.
Niemalże słyszała bicie jego serca. Łomotało mu coraz szybciej. Bał się jej, to było bardziej niż pewne. Miał nisko położone uszy, co go najbardziej zdradzało.
— J-ja nie skaczę! Ty skaczesz! Ugryzłeś mnie. — Widząc gdzie patrzy, schował ogon między łapy. Żałosny ruch, ale samo to, że dalej miał ją za opętaną, poprawiało jej humor. — Błagam... Zostaw mnie. Nikomu nie powiem, że tu jesteś — zapewniał. Był całkowicie zdesperowany, co było widać gołym okiem.
— To chyba oczywiste — odparła. — Obowiązuje cię milczenie od samego początku. A poza tym zachowujesz się jak wariat, a nikt takim nie wierzy... — westchnęła z ulgą, dalej udając, że czai się na jego kitę.
Pokiwał energicznie łbem. Zaplusował brakiem sporów.
— M-masz rację. A-ale... M-może się zlituj nade mną? Obiecałeś, że już mnie nie skrzywdzisz jak będę ci podległy. M-możemy się do-dogadać... — zaproponował, cofając się wolno.
Skrzywiła się. To byłoby nudne.
— Gdzie uciekasz? — charknęła i nie czekając dłużej na jego reakcje, rzuciła się mu na grzbiet i wbiła w niego pazury. — Nie taka była umowa — syknęła mu wprost do ucha.
Pisnął, przylegając do ziemi, wręcz zastygając z przerażenia. Czuła w końcu, że góruje. Był bezbronny, a ona miała krew pod łapami.
— A... A jaka była? — miauknął spięty.
— Taka, że milczysz, gdy ja mówię — warknęła. — Nie mówisz nikomu o tym, co się między nami dzieje, rozumiesz? Bo i tak nikt ci nie uwierzy. A wiesz, dlaczego? — zaśmiała się. — Bo jesteś wariatem. Skończonym debilem. Nie próbuj tym bardziej latać z tak żałosnymi oskarżeniami do tej śmiesznej namiastki lidera.
Zacisnął pysk, ale nic nie powiedział. Milczał w bezruchu, jakby uznał to za najlepszą strategie na ten moment.
Zawahała się, a następnie zeskoczyła z niego i stanęła na przeciw.
Miała to zrobić tak, by pozostać niewinną. Wiedziała, że sam jej powrót z pokaleczonym ojcem będzie świadczył o jej winie, tym bardziej, gdy ma na sobie odrobinę krwi. Zmycie jej nie będzie aż tak łatwe. Musiała ustalić spójną wersję wydarzeń i sprawić, by ta trafiła do odpowiedniego kota.
Dlatego też oparła się na tym, co niegdyś słyszała. Przez pewien okres życia jej ojciec sam się kaleczył, więc nic nie stało na przeszkodzie, aby do tego wrócił. Przecież potwory przeszłości nigdy nie opuszczają tego, kogo dopadną. Mogą zniknąć, dać złudne poczucie bezpieczeństwa, ale koniec końców wrócą ze zdwojoną siłą.
— To zaboli tylko chwilę — ostrzegła, a następnie wgryzła się w jego przednią łapę, pozwalając krwi ściec na trawę. Zgarnęła odrobinę czerwieni i przyozdobiła mu nią pysk, po czym wbiła kły w drugą kończynę, czyniąc to samo, co z pierwszą.
Wrzasnął. Słodki krzyk przerażenia wręcz zachwycał jej uszy. Wydał z siebie kolejny okrzyk, gdy wbiła się w jego drugą łapę. Nie została jednak, ku jej zaskoczeniu, odepchnięta. Cóż za nagła zmiana, ledwo co śmiał się jej prosto w pysk, a teraz kulił się, niczym mysz przyciśnięta do ziemi.
Gdy skończyła, przyłożyła mu z łapy prosto w pysk. Tak dla wyzbycia się tego, co ją ostatnio dręczyło. Nadmiar negatywnych emocji niszczył ją od środka, traciła wiarę we własny sukces, bo wszystko zdawało się być skierowane przeciwko niej. A tak nie powinno być, musiała w końcu to sobie udowodnić. A do tego przekonać się, że śmierć Kruczej Gwiazdy to nie koniec świata. To miało być jej wzmocnienie. Jej nowe źródło przypływu siły.
— To wszystko twoja wina — wykrztusiła, ocierając pysk. Skąd to nagłe uczucie szczypania pod powiekami? Płacz? Nie było na to mowy. Czarna była wspaniała, ale musiała poradzić sobie bez niej. Chociaż na ten moment tęsknota rozbudzona w sercu liliowej była spowodowana brakiem matki i siostry. Tej dwójki, która rzeczywiście o nią dbała i przez którą czuła się kochana. Dlaczego akurat one? Zdradziecka Rybka powinien zostać ukarany, ale czy naprawdę jej dawna mentorka nie mogła zabić tego rudego szczyla? Ta cała akcja doprowadziła go do władzy, co było wręcz niedorzeczne.
— Zasługujesz tak naprawdę na śmierć, rozumiesz? — syknęła. Musiała przestać być taka desperacyjna, użalanie się nad sobą jej w niczym nie pomoże. Miała stać się katem, a nie podzielić los ojca i przyjąć rolę ofiary.
Czekoladowy położył po sobie uszy, marszcząc nos. Minęła chwila, nim powoli skinął łbem, gapiąc się na nią zdezorientowany tym, co się tu właściwie działo.
Coś się w niej pękło. Nie zareagował tak, jak chciała. Dosłownie nijak nie zareagował, tylko kulił się. Płaszczył, zamiast pokazać, że go to boli. Zając nie mogła stać się zwycięzcą, dopóki sam jej tego nie powiedział.
— Dlaczego nic nie mówisz? — Podniosła głos. — Choć raz przyznaj się do winy! Wiecznie uciekasz od odpowiedzialności! — warknęła, szczerząc kły. — Nie rycz, nie kul się, tylko rób cokolwiek!
— B-bo mi zakazałeś mówić... — przypomniał. Zdawało jej się, że dalej słyszała szybsze bicie jego serca. Jakby to chciało wyskoczyć z klatki piersiowej kocura i nigdy nie wracać na prawowite miejsce.
— Ja... Ja nie wiem o jakiej winie mówisz. Co niby zrobiłem? No... Uciekałem przed tobą, fakt, ale... Ale jesteś przerażający... — wyznał z trudem, garbiąc się mocniej. Po raz kolejny nasuwało jej się obraźliwe stwierdzenie. Tym razem miała przed sobą obraz nędzy.
Wściekła trzepnęła ogonem i po raz kolejny wyrwała mu kępę sierści, tym razem z okolic klatki piersiowej. By być bliżej serca, którego przebicie spowodowałoby śmierć.
To było łatwe, bo aż tak się nie buntował. Był żałosny i tyle.
Po tym wszystkim musiała zadbać o realizm jej planu. Niechętnie ugryzła się sama w kończynę. Tak, by móc udowodnić, że to wszystko to jego zasługa. Kochana córeczka chciała mu pomóc, a ten w nagrodę ją dziabnął. Brzmiało idealnie.
— Chodź, wracamy do obozu — oświadczyła grobowym tonem.
Gdy tylko przekroczą jego próg, wróci do bycia niewinnym Zajączkiem.
Drżał tam, patrząc na nią jak na wybryk natury. Najwidoczniej nic nie rozumiał. Dopiero jej groźniejsze spojrzenie sprawiło, że wstał na chwiejne łapy, krzywiąc się. Było ciemno, a las sprawiał ponure, złowieszcze wrażenie. Zaczął kulejąc, wlec się za nią.
Przy rzece otaczającej wyspę, na której mieszkali, zawahał się. Musiała uderzyć głośniej łapą o ziemię, aby zwrócić jego uwagę i zmotywować do przebrnięcia na drugi brzeg. Jego fobia była wręcz śmieszna, nocniak bojący się wody. Czysty absurd, z którym nie mogła być spokrewniona. 
Oczyściła po drodze z lekka pysk i pazury. Łapę pozostawiła okrytą czerwienią
Na tle obozu wyłoniła się niewyraźna sylwetka. W blasku księżyca widać było odbijające się rude plamy, jednak chwilę zajęło jej rozpoznanie właściciela tego ciała.
Choć nie cierpiała lidera prawie tak samo mocno, jak ojca, teraz go potrzebowała. Jeśli był tak naiwny, na jakiego wyglądał i brzmiał, sprawa była z góry załatwiona.
— Gdzie byliście? Usłyszałem, że oboje uciekliście przez wodę i miałem za wami wysyłać patrol...
Powstrzymała się od warknięcia. Biedny, zmartwiony pan przywódca, raz na jakiś czas zgrywał przejętego ich losem, cóż za fałszywość. Krucza taka nie była, ona mówiła wprost to, o czym myślała. Ci, którzy nie byli warci jej uwagi, nie dostaliby pomocy. Zresztą, łatwiej mówić, trudniej zrobić.
Odchrząknęła. Czas na przedstawienie.
— Mojemu ojcu odbiło — rzuciła zrozpaczona, zaczynając ciężej oddychać. Jej żółte ślepia zaszkliły się. — Dziwnie się zachowywał, krzyczał coś o jakiejś Zajęczej Gwieździe, a potem chciał się utopić — oznajmiła z przejęciem, przykładając łapę do pyska. — Próbowałam mu pomóc, a on nazwał mnie potworem i uciekł. Nie wiedziałam, co zrobić. Przepraszam, nie powinnam sama ingerować, ale bałam się, co sobie może zrobić, jeśli stracę czas na szukanie pomocy. Mogliśmy go potem nie odnaleźć, więc wolałam... Wolałam go od razu ratować — przyznała z niepewnością w głosie. — Znalazłam go w Brzozowym Zagajniku. Wyrywał sobie sierść, cały był zadrapany i piana ciekła mu z pyska. Chciałam mu pomóc, ale ugryzł mnie — mówiąc to, uniosła zakrwawioną kończynę. — Nie wiem, ile czasu minęło, nim doszedł do tego stanu co teraz, ale zgodził się w końcu ze mną wrócić.
Zapadła cisza. Rudzikowy Śpiew wpatrywał się w skupieniu w jej ojca, a potem przerzucił wzrok na jej ranę. Jego spojrzenie mówiło wszystko.
— Zabierz Zdradziecką Rybkę do medyka i poproś, aby ciebie też opatrzył. Jeśli wróci do normalnego stanu, to przyjdź z nim jutro do mnie, a jeśli dalej będzie wariował, to podejdź sama — poprosił.
Powstrzymała się od promiennego uśmiechu. Uwierzył jej. Ot tak, parę słów, trochę łez i był jej.
— Dobrze — zapewniła drżącym głosem, czekając, aż jej ojciec cokolwiek powie. Niech tylko spróbuje zepsuć jej plan, a rozszarpie go tu i teraz. Bażant sam zdradził jej parę istotnych informacji na treningu, Nie mówił niestety tego, co najistotniejsze, ale między wersami wyłapała, że Rudzik wiedział o tym, co kiedyś działo się z czekoladowym, więc Zając uznała, że może jej naprawdę uwierzyć, jeśli powie, że historia zatacza koło. 

<Najukochańszy ojcze o którego śmierci wcale nie marzę?>

[przyznano 5%]

28 października 2022

Od Zdradzieckiej Rybki cd Zajęczej Łapy

Potwór go gonił. Czuł jego kły już na sobie. Biegł niczym wiatr, co definiowało jego poprzednie imię. Woda chlapała mu pod łapami, powodując większą panikę. Dopiero twardy grunt dodał mu pewności siebie, gdy starał się zgubić białą zjawę. Bał się. Strach wręcz dusił go w piersi. Wpadł do brzozowego zagajnika, lawirując pomiędzy drzewami. Na wrzosowiskach był widoczny jak na łapie, a teraz zyskał nieco ochrony. Musiał się skryć. Musiał! Rozejrzał się, dostrzegając przewrócone drzewo. Schował się za nim, uważnie nasłuchując, próbując opanować szalejące serce.
Usłyszał szelest. Delikatnie wyjrzał zza swojej kryjówki, a widząc biel ducha, zacisnął ze strachu zęby. On tu był. Szedł po niego. Zabiję go. Czuł to w kościach. Zaczął bardziej drżeć, przeklinając się w duchu, że chciał wybrać się nocą na polowanie. Teraz on został zwierzyną. Skulił się, nasłuchując z szybko łomoczącym sercem otoczenia. Może przejdzie i go nie zwęszy. Miał taką nadzieję. Czuł swój stres, który wyostrzał mu wszystkie zmysły. Nie potrafił czekać. Chciał wiedzieć, czy go zgubił.
— Rybko — zamruczała donośnie. — Nie możesz chować się w nieskończoność. Będę bardzo rozjuszony, jeśli zaraz nie zjawisz się przede mną...
Rozjuszony? A wcześniej już nie był? Bał się wyjść. Przecież go zabiję jeśli to zrobi! Dreszcze przeszły mu bardziej przez ciało, a oddech przyspieszył. Nie miał jak go zastraszyć, bo niczego nie posiadał na czym mu zależało. Wyjrzał lekko ze swojej kryjówki sprawdzając, jak daleko od niego był. I wtedy ich wzrok się spotkał. Spanikowany zerwał się do ucieczki. 
Musiał uciec, musiał! Jednak po kilku króliczych skokach, potknął się upadając na ziemię. Nie widział co go przewróciło, bo było ciemno, ale skutecznie zatrzymało to jego ucieczkę. Skrzywił się, po czym odwrócił, co było błędem. Zjawa go dopadła. Krzyknął ze strachu, widząc jej pysk skąpany w mroku i biel sierści, kuląc się.
Vanka z uśmiechem zbliżyła się ku niemu. 
— I po co uciekałeś? Zapomniałeś, że każda droga prowadzi wprost pod moje łapy? — spytała ze spokojem.
Wziął głęboki oddech, łapiąc łapczywie powietrze. Drżał coraz bardziej, jakby wyszedł dopiero co z lodowatej wody. Podkulił ogon, cofając się, aż nie zderzył się z drzewem. 
— N-nie chcę... D-daj mi spokój. — Zjeżył się. — B-błagam...
— Czego nie chcesz? — mruknęła, wrzucając na pysk niewinny uśmiech. Podeszła do niego i uniosła łapę z wysuniętym pazurami. — Nie mówisz konkretów, a ja nie rozumiem, o co ci chodzi. Trzeba ci pomóc nauczyć się ładnie wysławiać? — spytała, ocierając ostrym końcem pazura jego nos. — Ałć. To musiało boleć — westchnęła, a następnie zadała mocniejszy cios.
Pisnął, czując jej pazur, przecinający jego nos. Zapach krwi dotarł do niego, a kolejny cios sprawił, że się zachwiał, kuląc się bardziej. 
— Nie musisz mi pomagać! J-ja sobie poradzę. Nie bij... przepraszam! Nie chciałem cię zezłościć! — miauczał, chcąc uspokoić krwiożerczą zjawę, która chciała go najpewniej dzisiejszej nocy zabić.
— Ale to zrobiłeś — odparła, strosząc się. — Twoje zachowanie ostatnimi czasami wzmaga moją wściekłość. Cieszysz się jak głupi, bo wasz klan zmierza ku upadkowi. Ale dobrze, mi to na łapę, obiecałem wam upadek.
Nie rozumiał tego. Cieszył się, że klan upadał? Co? Rudzik nie dopuści do tego! To pod rządami Kruczej prawie wszyscy wymarli! 
Przełknął ślinę, patrząc na nią z obawą. Skinął łbem, zgadzając się jednak z szaleńcem, by połechtać jego ego. Musiał uciec. Jakoś. Czuł za sobą jednak twarda korę drzewa, która mu to uniemożliwiała. 
— O-o-oczywiście. P-pamiętam... — Oby udało mu się to przeżyć. Zaczął modlić się w duchu do Klanu Gwiazdy o ratunek. 

<Zajączku?>

Od Zajęczej Łapy CD. Zdradzieckiej Rybki

Zatrzymała się w miejscu i z trudem powstrzymała się od rzucenia mu się do gardła. Nie teraz, jeszcze nie była gotowa, choć pazury same rwały jej się z miejsca. Znoszenie jego perfidnego uśmiechu było ponad jej siły. Cieszył się jak skończony dureń, bo jedyna nadzieja na chwałę ich klanu przepadła, niczym kamień rzucony do rzeki.

***

Treningi z Bażancim Futrem jej nie satysfakcjonowały. Tęskniła za Kruczą Gwiazdą i co noc siadała na środku ich nowego obozu, kierowała wzrok ku rozgwieżdżonemu niebu i wypatrywała na nim znaku od niej. Jakakolwiek informacja o tym, że jest tam, czuwa nad nimi i nie pozwoli przepaść.
Spróbowała wkręcić się w relacje Cedr, Pszczółki i Mak i nawet jej się to udało, choć to trio bywało nierozłączne. Musiała mieć jednak jakichkolwiek sprzymierzeńców, bo zdawało jej się, że klan zaczyna roić się od samych idiotów.
Spojrzała z obrzydzeniem na ojca, który wyszedł z legowiska.
— Gdzie idziesz? — spytała oschle. — Zamierzasz przekazać Klanowi Burzy, gdzie mamy obóz? Powinnam poinformować lidera, czy już mu powiedziałeś i może jeszcze lecisz na jego polecenie? — syknęła.
To całe klejenie się czekoladowego do rudego ją coraz bardziej denerwowało. Nic dziwnego, że nie tęsknił za zmarłą partnerką i córką, skoro tak szybko potrafił zadowolić się innym towarzystwem.
— Przestań tak kąsać. Nie idę do Burzaków, lecz na polowanie. Klanowi przyda się pokarm — miauknął, mijając ją jakby nigdy nic.
— Na polowanie w środku nocy? — Prychnęła, a widząc, jak wchodzi do wody, poczuła dreszcz ekscytacji na grzbiecie. Wahał się, nim zanurzył głębiej łapy. Zważywszy na to, że dookoła nie było potencjalnych świadków, wcieliła swój nagły plan w życie. Ruszyła pędem w jego stronę, a następnie wskoczyła na niego i przytrzymała mu chwilę głowę pod taflą. Próbowała walczyć z jego nagłą próbą zrzucenia jej, ale nieudolnie.
Wyrwał się, kaszląc i plując, a następnie odsunął się na brzeg.
— Co ty robisz?! — syknął na nią, a gdy zawiesił na jej skąpanym w świetle księżyca jasnym futrze, zamarł.
Poczuła na moment tę siłę, która wyparowała z niej wraz ze śmiercią mentorki. Obiecała Kruczej Gwieździe, że kiedyś zabije ojca. Może nie była to jeszcze ta noc, ale prędzej czy później nadejdzie odpowiedni czas, by i ona pogrążyła go w otchłań rozpaczy.
 — To, co powinnam zrobić już dawno — oświadczyła.
Zjeżył sierść.
— Z-zostaw mnie potworze! O-odejdź! Ty nie żyjesz! Nie żyjesz! — mamrotał pod nosem, wytrzeszczając na nią oczy. Zaczął drżeć na ciele, cofając się bardziej od kotki ze strachem.
Skrzywiła się, słysząc te szaleńczą paplaninę. Nie obchodziło ją, za kogo ją teraz bierze i co tak naprawdę widzi.
— Jedynym, który powinien odejść, jesteś ty — warknęła. — Zbyt długo byłeś traktowany ulgowo.
Gdyby to ona miała władzę, jego ciało już dawno spoczęłoby na dnie rzeki.
— Co? Topiłeś mnie! Jak to byłem traktowany ulgowo? Za mało ci mojego cierpienia sadysto?! —  wydarł się na nią, widząc w niej zapewne swojego kata z przeszłości. — A kto mnie głodził i bił? Kto połamał mi łapy?! Nie ty?
Teraz miała pewność. Znowu stała się Zajęczą Gwiazdą, tym okrutnym tyranem, który był jedyną opcją na zastraszenie go. Na początku życia irytowało ją to porównania, jednak teraz stała się jego ogromną fanką. Była o krok od zwycięstwa.
— Nie będę zaprzeczał tym czynom. Sam ściągnąłeś na siebie taki los. Chciałeś być bohaterem, a dobrze wiesz, jak tacy kończą — mruknęła, próbując poukładać w głowie w logiczny sposób znane jej informacje z życia ojca. Zawsze, gdy brał ją za byłego lidera Burzaków, dowiadywała się coraz to nowszych i ciekawszych rzeczy.
— W-wiem. — Skulił się, biorąc szybkie oddechy. — Z-zostaw mnie. Błagam. Nie prześladuj mnie. Już mi się układało w życiu, zapomniałem o tobie, a ty... Jak możesz tak tu stać przede mną, jak gdyby nigdy nic?!
To pytanie było najbanalniejszym, jakie mogła usłyszeć.
— Nie mogę znieść spokoju, jaki nastał w twoim życiu. Twoją radość jest powodem do mojego cierpienia. Nie odejdę, dopóki i ty nie podzielisz mojego losu.
Pokręcił szybko głową. A potem, ku jej zaskoczeniu, zerwał się i uciekł w panice, gdzieś w głąb nowych terenów.
Obejrzała się. Ktoś wyszedł z legowiska wojowników, najpewniej zbudzony jego krzykami. Widziała tylko zarys sylwetki, ale kolor sierści zlewał jej się z otoczeniem. Zawahała się.
Ruszyć za ojcem, czy skryć się w legowisku? Zresztą, jeśli ten ktoś ją teraz nakryje, to i tak będzie musiała się tłumaczyć z tego całego zamieszania.  W końcu otrzepała się, a następnie wskoczyła do wody i przepłynęła na drugą stronę. Gdy jej łapy dotknęły lądu, rzuciła się biegiem w ślad za ojcem.

<Rybko?>

[przyznano 5%]

19 października 2022

Od Zdradzieckiej Rybki cd Zajęczej Łapy

Córka naprawdę miała spaczone pojęcie rodziny. Nie mógł uwierzyć, że byli z jednej krwi. Jak to śmierć jej matki i siostry była potrzebna? Komu i na co? A to go uważała za nieczułego, gdy sama zachowywała się niczym najgorszy potwór. Została półsierotą, powinna ryczeć i stoczyć się na samo dno, bo została tylko z nim sama. A ona? Wydawała się strasznie pewna siebie! 
Słysząc ostatnie słowa zamarł zatrzymując się. Złość wymalowała się na jego pysku.
Jak to... Jak to doniosła Kruczej Gwieździe?! A więc dlatego czarna chciała go zniszczyć, dlatego pokusiła się o zamordowanie jego najbliższych... Wiedziała o ich planie. Sądził, że dobrze kryli się z bratem Bławatkowego Potoku i że ich rozmowy były bezpieczne. Mylił się. Ten demon z Mrocznej Puszczy o wszystkim wiedział. To tak naprawdę z jej winy, straciła wszystko co kochała, tak samo jak i on. Zamordowała swoją matkę i siostrę, aby go zniszczyć... Przecież... To było chore! Gdyby tego nie zrobiła, te dwie kotki dalej by żyły! 
— Co takiego? Ty doniosłaś?! — zapowietrzył się aż. — No i co? Dumna z siebie jesteś? Zabiłaś tym sposobem świadomie swoją siostrę oraz matkę — syknął, krzywiąc się z obrzydzeniem. — W imię czego? By mnie dobić? To spójrz córeczko, bo nie ma we mnie żadnego bólu czy smutku. Gdybyś nie zdradziła Kruczej Gwieździe tych informacji, pewnie by dalej żyła. Więc w sumie zamordowałaś i ją... — Zrozumienie nagle pojawiło się na jego pysku. Racja... Gdyby tego nie zrobiła, to nikt by nie uwierzył, że czarna mordowała. Dalej by chodziła po świecie. Umarłaby ze starości, pochowana z szacunkiem, bo była liderką, a tak... A tak mógł zbezcześcić jej zwłoki, które zostały rzucone wroną na pożarcie. Uśmiechnął się. — To dzięki tobie nie żyje. Dałaś jej pretekst, spuściła gardę i... i zobaczyli jej prawdziwą twarz. Dziękuję. — Nigdy nie sądził, że to zrobił, ale tak. Naprawdę jej dziękował. 
Zauważył jak ta się spięła na te słowa.
 — Przynajmniej umarła jako prawdziwa wojowniczka. Przyczyniła się chwały naszego klanu, zrobiła coś dobrego i dzięki temu nie padliśmy w najgorszych czasach, gdy dopadła nas głodówka. Od teraz zaczniemy się już tylko staczać, rozumiesz? — syknęła.  — Przez takich jak ty. I co, i nagle wszyscy zapomnieli, jak nas upokorzyłeś? Jesteś zwykłym zdrajcą, a żyjesz jak reszta. Widać już, że lider jest ci przychylny i niesprawiedliwe kieruje klanem. Żałosne, obyście obaj zdechli jak najszybciej — prychnęła.
Zaśmiał się. Oj... Ale próbowała się bronić. To było takie... żałosne. Owszem. Żył jak reszta, a nawet będzie i lepiej! Niedługo Rudzikowy Śpiew ukarze wszystkich, którzy nadepnęli mu na odcisk. Vanka również się w to wpisywała.  
— Biedna, Zajączek... Biedactwo... Tylko to ci już pozostało. Narzekać i biadolić na swój los — Uśmiechnął się szerzej. — Ojoj, jak mi przykro. A Krucze Futro — bo na bycie gwiazdą nie zasługiwała — umarła nie jak wojowniczka, lecz niczym szczur. Zagryziona przez sprawiedliwość.
— Sprawiedliwością nazywasz znanego z sikania pod samego siebie kocura, który po prostu wykorzystał to, że była przez chwilę słabsza? Honorowym zagraniem byłoby poczekanie, aż odzyska siły, a nie atak, gdy nawet nie miała szans się bronić — burknęła.
Co ona wiedziała o honorze? Ta jej mentorka od siedmiu boleści, nie stosowała tego pojęcia w swoich brudnych zagrywkach. Mordowała słabych i schorowanych, bo uważała ich za śmiecie. Nie dała im szansy zmierzyć się w pojedynku. Nie dała im wyboru. 
— Najlepiej zabić, gdy wróg jest osłabiony. — wymruczał zadowolony. — Biedna Zajączek. Straciła swoją ukochaną mentorkę. Przegrała. Hah — Wyszczerzył się do niej szeroko. — Słyszałem, że uczy cię teraz Bażancie Futro. To mój przyjaciel. Na pewno cię ustawi do pionu. 
Wierzył w to, bo znał kocura. Wiele razem przeszli. Może szepnie mu kilka słówek, by nie oszczędzał kotki. Powinien go zrozumieć. Nie potrzebowała forów, bo dziecinka straciła matkę i siostrę. Zasługiwała na najgorszy trening w całym swoim życiu! Szkoda, że on jej nie dostał pod skrzydła. Zabawiłby się z nią... Bardzo, bardzo brutalnie. 
— Żaden kocur nie będzie mnie ustawiał do pionu — fuknęła. — No tak, twój przyjaciel, czyli taka sama kanalia jak ty. Wspaniale, po tym świecie chodzą sami idioci — prychnęła.
— Tak. Ty jedyna wielka i wspaniała. Teraz właśnie smakujesz prawdziwego życia kochana. Jest gorzkie i brutalne. Teraz ty sięgnęłaś dna! — zamruczał uradowany, trącając ją łapą w bok.
Specjalnie ją podjudzał, bo wiedział, że nie mogła mu podskoczyć. Skończyła się era, gdzie kulił przed nią ogon. Dni szczęścia malowały się przed nim pięknymi, jasnymi barwami. A ona? Do niej powędrowały burzowe chmury! Ha! Jak cudownie! 
Odskoczyła na ten jego ruch, strosząc sierść do granic możliwości. 
 — Nie dotykaj mnie! Co za zepsuty zboczeniec, maca własną córkę! — wydarła się, patrząc na niego nienawistnie.
Co ona tam miauczała pod nosem? Że ją macał? Niby z której strony? Widać było, że miała ogromne problemy ze sobą. Co jak co, ale nie przystawiałby się do córki. Prędzej wypatroszyłby ją i zbezcześcił jej zwłoki, jak tej jej mentorki. 
— Nie interesują mnie młode kotki jak ty — fuknął. — Nie przesadzaj córeczko. Pogódź się z tym, że wygrałem — Uśmiechnął się.
— Co to za wygrana jak żadnej walki nie było? Nic nie robisz, tylko obijasz się całymi dniami. Świetny wojownik, naprawdę — prychnęła.
Widział jej niezadowolenie. Przynosiło mu dziwną radość. Zwykle to ona czerpała satysfakcje z jego cierpienia, tym razem było na odwrót. Nie mógł do tego przywyknąć, ale ten jej wyraz pyska, wręcz nie mógł opuścić jego umysłu. 
— Marudź sobie, marudź dalej. — rzucił zadowolony. — Teraz odżyje, gdy tej wrony nie ma z nami. Na dodatek nie mam obstawy. Moje życie się polepszy, te wojownicze również i zacznę coś robić.
I to była prawda. Pierwsze co zamierzał zrobić, to pójść na samotne polowanie. Ciągle ktoś patrzył mu na łapy, a czasem wpychał w kłujące zarośla czy też doświadczał przemocy fizycznej. A tak? Wierzył, że odżyje i przyda się klanowi jako jeden z najlepszych wojowników! Czuł to w kościach i w tym cudownym uniesieniu radości, które go wypełniało.
— Tak, a myszy zaczną latać — burknęła.
— Jeszcze się przekonamy córeczko — zachichotał głupio, przyspieszając radośnie kroku, pozostawiając ją na pewno w parszywym nastroju. 
Dostrzegł kątem oka jak zatrzymała się, mając taką minę, jakby chciała go zamordować. Ha! Smak zwycięstwa był cudowny...

<Zajączku? UwU>

14 października 2022

Od Zajęczej Łapy CD. Zdradzieckiej Rybki

Z wysoko postawionymi uszami starała się ignorować cały świat. W tym i go i to z największą szczególnością.
Nie miała chęci na wchodzenie w jakąkolwiek integrację z nim, szczególnie po tym wszystkim, co się stało. Nie zaszczyciła go spojrzeniem, gdy mówił jej nad głową o tym całym, zaistniałym chaosie. Jej zdaniem klan powinien przeżywać żałobę, a zamiast tego zachowywali się tak, jakby strata kogoś tak wspaniałego nie była najgorszą możliwą tragedią, jaka mogła ich spotkać.
— Z czego się tak naprawdę cieszysz? — prychnęła. — Przepraszam, ale powtórz. Ty wygrałeś? A co zrobiłeś? Kombinowałeś po kątach jak obalić Kruczą Gwiazdę. Spiskowałeś przeciw władzy. Łamałeś nieustannie kodeks i koniec końców czujesz satysfakcję z powodu własnej głupoty? — Podniosła głos, zażenowana jego podejściem do tak poważnego tematu.  — Jesteś po prostu żałosny. Zmarli ci bliscy, a ty zamiast ich opłakiwać cieszysz się, bo wystarczająco dużo razy wypiąłeś się komuś dupą i wróciłeś do normalnych praw. A to niesprawiedliwe — mruknęła, prostując się. — Dlaczego ktoś tak silny i oddany klanowi jak ja jest stawiany na równi z tak bezużytecznym mysim bobkiem jak ty? — syknęła.
— Z czego się cieszę? Ponieważ wygrałem. Wszystko poszło tak jak zaplanowałem — wymruczał zadowolony. — Kodeks mówi, że można wystąpić przeciw liderowi, jeżeli nadużywa swej władzy, mordując koty. Twoja matka i siostra na pewno to rozumieją. Żal mi, że ta wariatka je zabiła, ale nie potrafię płakać. Uznaj mnie za potwora, ale taka prawda. Wygrałem z tą szują. Nie wiesz jak cudownie bezcześciło się jej zwłoki — zamruczał zadowolony, a ona momentalnie wyszczerzyła zęby. — Nie zepsujesz mi już humoru, Zajączku. Nieważne co powiesz. To najszczęśliwsze chwile mojego życia.
Z grymasem na pysku zmierzyła go ostrym spojrzenie i warknęła cicho.
— Nie mów do mnie "Zajączku". Nie masz prawa zwracać się do mnie inaczej, niż pełnym imieniem, a już najlepiej, byś w ogóle zamknął gębę. Mama i Lilka nie żyją tylko i wyłącznie z twojej winy, a ty dalej sądzisz, że "uznanie za potwora" nie jest niczym złym? — charknęła. — Jest okropnie złe. Ty jesteś największą porażką tego klanu — oświadczyła, czując dziwne ukłucie w sercu. Naprawdę aż tak miał głęboko gdzieś Bławatek, że po jej odejściu w ogóle nie był tym przejęty? To już więcej płakał za Jesionkiem. Może faworyzował to, co miało czekoladową sierść?
— Przeze mnie? Z jakiej racji to moja wina? To Krucza Gwiazda je zabiła. Ten chory potwór. Sama wpadła na ten pomysł — przypomniał jej to. — Mogła nie zrzucać niewinnych kotów z urwiska — prychnął. — I będę się zwracał do ciebie jak chciał. Teraz jestem jedynym członkiem twojej rodzinki. Więc Zajączku... — zaśmiał się. — Żadna mama czy Krucza Gwiazda nie ocali ci tyłka. Ja i Rudzik jesteśmy przyjaciółmi. Wie o wszystkim co robiła Krucza oraz ty. Mi wierzy, mi ufa — wymieniał z zadowoleniem. — Jesteś skończona córeczko, więc bądź grzeczna
Sierść na grzbiecie gwałtownie jej się zjeżyła. Lider był utrudnieniem, ale jeśli zajmie się tym dobrze, to nie będzie to jej problem, a właśnie Zdradzieckiej Rybki.
— A co ja niby zrobiłam? — warknęła.
— Zadawałaś się z Zajęczą Gwiazdą, namawiałaś mnie do samobójstwa, chciałaś mnie publicznie stracić i nękałaś psychicznie — wymieniał jej występki. — Masz wiele za uszami. Nie zgrywaj świętoszka — zażądał z oburzeniem.
— Jak miałam się z nim zadawać, skoro zdechł zanim się urodziłam? — burknęła. — Nie masz dowodów na to, o czym mówisz — dodała spokojniej. — Ale nie zaprzeczam, że dalej chciałabym cię zabić. A ty nikomu tego i tak nie udowodnisz. W końcu gdyby nie ty, mama i Lilka dalej by żyły...
— Sama przyznałaś, że z nim rozmawiasz! Da się komunikować z duchami! — przerwał jej, olewając temat rodziny. — Mam! Na to, że jesteś jakaś nienormalna skoro masz marzenie, by mnie wkopać do piachu — syknął. — Ale ci się nie uda — Uśmiechnął się szeroko. — Już nie. I jak to gdyby nie ja? To nie moja wina. Krucza Gwiazda je zabiła. To jej wina! Ta twoja cudowna mentorka, pozbawiła cię rodziny. Powinnaś jej nienawidzić! Zresztą... ty też nie opłakujesz bliskich. Co z tobą? Nie kochałaś mamusi i siostry? — przedrzeźniał ją.
— Kochałam. Ale ich śmierć najwyraźniej była światu potrzebna — rzuciła, kuląc uszy. — Nie udawaj niewinnego. Słyszałam twoje wszystkie rozmowy z Szafirowym Blaskiem. Znałam was cały plan i wiem, do czego zmierzaliście. — Odsunęła się na parę kroków i wyprostowała dumnie. — To ja na was doniosłam, a śmierć Liliowej Łapy zapewne była dla ciebie ostrzeżeniem. Gdyby nie banda idiotów, którzy przyszli tam w nocy i znaleźli się w złym miejscu o nieodpowiednim czasie, to może to ty leżałbyś na dole.

<Rybko?>

[przyznano 5%]

12 października 2022

Od Zdradzieckiej Rybki cd Zajęczej Łapy

Wierzył, że jego syn trafił do Klanu Gwiazdy. Wcale nie był złym kotem. Był dobrym malcem. Jedynym kto zasługiwał na znalezienie się w Mrocznej Puszczy, była właśnie Zając. Pokręcił głową, odwracając się do niej, by widzieć ten przebrzydły pysk, który mówił tak okropne rzeczy. 
— Ty trafisz do Mrocznej Puszczy, a nie twój brat. Tam nie ma kociąt. Nawet jeśli nic nie dokonał w życiu, to oznacza, że nie był zły. Wierzę, że jest z dziadkiem, gdzie jego miejsce. Ty za to... ciebie tam nikt nie zechce. Jesteś... zepsuta. Wadliwa — Skrzywił pysk. — Nienormalna, okrutna, sadystyczna. Zadajesz się z duchem z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. To ty zasługujesz, by tam trafić! Ty! Ty demonie! — warknął z ogniem w oczach.
Wyszczerzyła zezłoszczona kły. 
— Nie masz prawda tak o mnie mówić — warknęła. — W przeciwieństwie do ciebie robię coś dobrego dla klanu. Poluję więcej, niż sama jem, żeby dbać o innych. O tych, którzy zasługują na życie. Ty za to wypinasz się na nas dupą i lecisz do Burzaków wygadywać się z naszych problemów. Dobrze się czujesz, potworze? — syknęła, strosząc futro.
Jak ona mogła, jak ona śmiała?! Dał jej życie, a tak się mu odpłacała?! Nienawidził jej! Znów to uczucie, by pozbyć się jej raz na zawsze, go ogarnęło. Przecież wtedy pozbyłby się problemu! Nie musiałby znosić jej przytyków i przykrych słów. I tak pisana mu była Mroczna Puszcza. Wiedział, że tam trafi i nie spotka się z synem. On nie był w tak okropnym miejscu. Nie mógł. Klan Gwiazdy był litościwy dla takich malców. 
— Również poluje! I do nikogo nie latam, pilnują mnie. Gdybym znów zdradził, nie skończyłoby się to dla mnie dobrze, więc pomyśl nim coś powiesz! — syknął. — Skoro nie chcę umrzeć, to jasne, że nie popełnię drugi raz tego samego błędu. Nie bierz mnie na litość. Dobrze wiemy, że to ty jesteś potworem, a nie ja. Chcesz mnie zniszczyć, zamordować wraz z tą swoją ukochaną mentorką — Również jego sierść się zjeżyła. — Nie dam wam się zabić. Nie jak Bezchmurne Niebo i Goździkowe Ziele. To wasza sprawka. Wiem to. Jesteście morderczyniami. Macie gdzieś życie swoich współklanowiczów. Wszyscy to wiedzą. Krucza jest stara, to kwestia czasu, aż trafi do starszyzny i poczuje się jak swoje ofiary. A ty... Ty zawodzisz naszą rodzinę, bo zamiast wziąć sprawy we własne łapy i pozbyć się prawdziwego problemu, skupiasz się na jakichś głupotach! — warknął.
Ah, czemu nie przejrzy na oczy? Mogłaby pozbyć się tej wrony... Ale oczywiście... To były tylko marzenia. Nie spełni ich. Nigdy. Dlaczego? Bo była taka sama jak czarna. Zepsuta...
Spojrzała na niego w oszołomieniu, wbijając pazury głębiej w ziemię. 
— Ja jestem zawodem rodziny? — zaczęła łagodnie, choć jej sierść na karku drastycznie się nastroszyła. — Jakim prawem śmiesz mnie nazywać zawodem rodziny, kiedy jesteś tylko nic niewartym śmieciem? — Podniosła głos, mierząc go wściekłym spojrzeniem. — Zdradziłeś klan. Zostawiłeś mamę. Jesteś bezużytecznym brzemieniem, który ciągnie się za tym klanem jak smród za gównem. Mam wymieniać dalej, czy naprawdę jesteś aż tak tępy, by nie móc dojrzeć prawdy? W przeciwieństwie do ciebie zależy mi na innych. Zależy mi na tych, którzy dbają o dobro klanu. Nie jestem jak ty zwykłym egoistą, który dba jedynie o własny zad — syknęła z obrzydzeniem. — Nie mogę na ciebie czasem patrzeć, jesteś wielką kupą nieszczęścia.
Położył po sobie uszy. Te jej słowa... Miała rację. Dostrzegał to. Nie był już dawnym sobą. Tym silnym Pędzącym Wiatrem, który wyznawał podobne wartości co córka. Cały gniew z niego natychmiast uleciał, a głowa zwiesiła się smętnie. Jak dziwnie było czuć się z powrotem tak słaby! Przez chwilę mógł zasmakować siły, tej cudownej mocy, która go pchała do działania. A teraz? Wystarczyło tylko kilka słów, by strząsnąć go z tego stanu. 
— To jak nie możesz na mnie patrzeć, to odejdź. Nie zawracaj mi głowy — miauknął — Żyj swoim życiem, a mnie zostaw w spokoju.
Niech odejdzie, niech go zostawi. On nie będzie nękał jej, a ona go. Będą żyć z dala od siebie, nie przyznając do bycia rodziną. 
— Nie mogę — odparła natychmiastowo. — Nie mogę pozwolić na to, by takie wyrzutki społeczne panoszyły się w obrębie szanujących się wojowników. Najlepiej byś zrobił dla siebie i dla nas wszystkich, gdybyś po prostu odszedł.
No tak... Spodziewał się tych słow. Słyszał je praktycznie zawsze, gdy córka do niego podchodziła, kpiąc i nasyłając na niego Zajęczą Gwiazdę. 
Wbił pazury w ziemię. 
— J-ja też nie mogę. — wyznał cicho. — J-jak tak ci zależy na oczyszczeniu klanu, to zajmij się Zanikającym Echo. Ona nie może spać nawet w obozie, w przeciwieństwie do mnie. Czyli... czyli nie jestem aż tak na dnie jak sądzisz.
Tak. Nasyłał ją na siostrę Rudzika. Czy czuł z tego powodu poczucie winy, a może wstyd? Niezbyt. Zrobiłby wszystko, by ta go zostawiła w spokoju i znalazła sobie inną ofiarę. Miał jej po prostu dość. 
Spojrzała na niego z pogardą, a z jej gardła wydobyło się ciche prychnięcie. 
— Sam udowadniasz w tym momencie, że jesteś gorszy. Skoro daje radę żyć poza obozem, to oznacza, że dysponuje większą siłą od ciebie. Ty jesteś zwykłą sierotą, która sama by tam nie przetrwała. A Krucza Gwiazda woli mieć oko na tych prawdziwych zdrajców — dodała.
Położył po sobie uszy, wstając. Nie chciał dalej rozwodzić się z kotką na te tematy, bo wiedział, że jej nie przegada. 
— Czas ruszać dalej — burknął tylko, odchodząc.

***

Krucza Gwiazda nie żyła! Normalnie nie mógł w to uwierzyć! Promieniał szczęściem mimo faktu, że stracił córkę i byłą partnerkę, bo wariatka zrzuciła je ze wzgórza. Gdyby nie te radosne wieści, pewnie ryczałby całe dnie, ale nie potrafił. Nie potrafił! Gdy tylko zdechła, zmasakrował jej zwłoki z miłą chęcią, czując satysfakcję, że ta wronia strawa wkopała się przez te swoje intrygi. Uwielbiał ten jej martwy wyraz pyska. Napawał się nim niczym wariat, przez co niektórzy zaczęli dziwnie na niego zerkać. Ale tak się cieszył! To było cudowne uczucie! Ta wolność, zrzucenie z barków tego cierpienia.
Teraz też szedł z wielkim uśmiechem, pozbawiony na dodatek swojej obstawy. Był... Wolny! Rudzik ich ocalił! Jego bohater! Tak bardzo mu był za to wdzięczny. Nie spodziewał się, że to on zada ostateczny cios. Na samą myśl o kocurze, wzbierała w nim duma. Teraz wszystko się zmieni na lepsze. 
Zaśmiał się pod nosem, nie mogąc przestać. Nawet pojawienie się Zajęczej Łapy obok niego, nie sprawiło, że skulił się ze strachu, jak to miało miejsce ostatnimi czasy. 
— Wygraliśmy — Posłał jej wyszczerz. — Już niedługo Rudzik cię wygna potworku.

<Zając?>

28 września 2022

Od Zajęczej Łapy CD. Zdradzieckiej Rybki

Spojrzała na niego z politowaniem. Jak zwykle nie potrafił utrzymać rozmowy na poziomie, jego brak jakichkolwiek sensownych argument wręcz załamywał ją. Tacy jak on powinni mieć dożywotni zakaz uczęszczania na zgromadzenia. Z prawdziwymi Nocniakami podyskutować nie potrafił, za to Burzakom wyśpiewałby zapewne wszystko, co tylko chcieliby wiedzieć.
— Nie masz nic do powiedzenia? — zapytała ze znużeniem. — Można się było tego po tobie spodziewać. Skoro i tak nie używasz języka, to dlaczego by ci go nie wyrwać? — prychnęła, uderzając ogonem o ziemię. Z satysfakcją obserwowała, jak wzniesiony do góry kurz osiada się na jego czekoladowym futrze. I tak od dawna widać było, że przestał o siebie dbać, więc ten dodatkowy brud wiele nie zmieniał. Jego pozlepiana sierść natychmiastowo zjeżyła się.
— Używam. Jednak z tobą już skończyłem rozmowę — przypomniał jej, nie reagując na nią, dalej tkwiąc odwrócony do niej tyłem.
Zastrzygła uszami, prostując się dumnie. Zdrajca nie miał najwyraźniej na nic sił i próbował ją przepłoszyć ze swojego otoczenia, jednak ona dopiero zaczynała się z nim bawić, więc nie zamierzała dawać mu spokoju.
— A to dlaczego? Powinieneś słuchać słów mądrzejszych. Zresztą, sam udowadniasz, że nie nadawałeś się na ojca, skoro nie potrafisz rozmawiać z własnymi dziećmi — stwierdziła. Zaraz to na jej pysk wkradł się zwycięski uśmiech. — Chociaż spójrz na to inaczej. Ze swoim ukochanym synkiem mógłbyś porozmawiać, droga do niego nie jest wcale taka trudna — zauważyła.
Zadrżał, biorąc głęboki oddech.
— Nie chciałem być ojcem -— wyznał, strosząc się. — Nie wspominaj go! Nie masz prawa! — Pociągnął nosem. — On... On już jest w lepszym miejscu z moim dziadkiem. Nie pogadam z nim... Nigdy... Przenigdy... — zaniósł się szlochem.
Parsknęła z poirytowaniem. Tak bardzo lubił powtarzać o Jesionowej Gwieździe. Czasami brzmiał, jakby miał na jego punkcie niezdrową obsesję, a fakt, że nadał takie imię synowi, o czymś świadczył. Ona w końcu został a nazwana tak, jak lider innego klanu, który się nad nim znęcał.
— Myślisz, że ktokolwiek, kto był z tobą spokrewniony, nie trafi tak jak ty do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd? — wysnuła swoją myśl. — Błagam cię, nikt nie wpuści kogoś twojego pokroju na Srebrną Skórę. Twój ukochany synalek nie przysłużył się na tyle światu, by tam trafić. Był bezużytecznym pasożytem wyżerającym klanowi zapasy. Trafił więc tam, gdzie jego miejsce i gdzie wkrótce i ty zawitasz — rzekła pewnie, mimowolnie wysuwając pazury. Gdyby tylko mogła, rozszarpałaby go tu i teraz. Zdrowy rozsądek zabraniał jej jednak narażać się na wygnanie w tak młodym wieku. Koty w tym klanie nie rozumiały jeszcze, że zdrajców należy tępić i mogłyby źle zareagować na taki czyn.

<Zdradziecka Rybko?>

[przyznano 5%]

14 września 2022

Od Zdradzieckiej Rybki cd Zajęczej Łapy

— I co tatusiu, zagadka rozwiązana? — parsknęła. — Znalazłeś swojego mordercę, czy potrzebujesz niczym durne kocię mieć odpowiedź podsuniętą pod sam nos? — zakpiła.
Spojrzał na nią ciężkim wzrokiem, nie odpowiadając na to pytanie. Długo nad tym myślał. Bardzo długo. Wręcz w pewnej chwili dopadła go panika, gdy uświadomił sobie, że mógł być odpowiedzialny za śmierć syna. Bo kogo mógł znać jak samego siebie? No właśnie tylko siebie! Nie mógł przez to spać i wlókł się za kotami niczym cień. Czy był w stanie nieświadomie dać kocięciu rybę? Skoro widział rzeczy, które nie istniały, mógł robić coś bez swojej wiedzy. A może znów był opętany? 
— N-nie chcę o tym mówić — Zwiesił smętnie łeb. 
Wędrówka, jego problemy sercowe i psychiczne, bardzo go wymęczyły. Bławatek nie tak dawno, jasno dała mu do zrozumienia, że ma jej się nie pokazywać na oczy. Zresztą nie był w stanie na nią spojrzeć z myślą, że odpowiadał za śmierć syna. Na dodatek ostatnie ogłoszenie Kruczej Gwiazdy sprawiło, że serce mu stanęło, a świat zamarł. Wybrała Zajączek na swoją uczennice. Nie zastanawiał się komu przypadnie zaszczyt szkolenia tego demona... No i chyba słusznie. Nie wróżyło to nic dobrego. Nie dla niego. Przecież... przecież ona ją zniszczy! Nastawi bardziej przeciwko niemu. Czy Zajęcza Łapa już naskarżyła jej na to co plótł? Na pewno. Był bardziej inwigilowany. Teraz pewnie też przyszła z niego coś wyciągnąć, by pochwalić się liderce do czego jest zdolna. 
Pociągnął nosem, czując spływające po policzkach łzy. Tym sposobem Krucza Gwiazda dawała mu jasno do zrozumienia, że przegrał. Próbowała go dobić. Nie miał pojęcia czemu, już był na samym dnie. Coraz bardziej widział w córce swojego oprawcę. Te same białe łapy... Na szczęście nie miała jego oczu... Gdyby tak było, chyba nie dałby rady wytrzymać w jej towarzystwie ani uderzenia serca. Uczennica, która przed nim stała, nie była już jego córką. To był demon. 
— Z-zostaw mnie — dodał.
Uśmiechnęła się szerzej, dzielnie drepcząc przy jego boku. Jej kroki wydawały się głośne, jakby nie chciała pozwolić kocurowi zapomnieć o swojej obecności. 
— Najpierw mnie bijesz, a teraz każesz zostawić? — spytała przesłodzonym głosem. — Oj tato, brzydko. Może chciałam ci przebaczyć?
Zjeżył futro na karku, słysząc jak za nim podąża. Nie chciała go zostawić. Była jak cień. Uczepiła się go niczym pasożyt. Wysysała z niego siły. 
— A... a chcesz to zrobić? — rzucił bez wiary w głosie. 
Było to dziwne. Niepodobne do niej. Sądził, że to on powinien ją przeprosić. W końcu to z jego winy dostała po łbie. Czyżby Bławatek ją nasłała? A może to był jakiś podły plan Kruczej Gwiazdy? 
Mlasnęła z niesmakiem, odwracając od niego wzrok.  
— To zależy od tego, czy zniżysz się do odpowiedniego poziomu — rzekła. — Choć to niemożliwe, byś znalazł inny sposób na dostanie się pod ziemię niż śmierć.
On miał się zniżać? Czy nie był już najniżej jak mógł? Słysząc wzmiankę o ziemi i śmierci, miał ochotę jej parsknąć w pysk. No tak. Ciągle ta sama śpiewka. Już tyle razy ją nadawała, że zrozumiał jej sens. Chciała jego śmierci. Pragnęła jej. Nic się nie zmieniło. Żałował, że nie ubił jej, gdy się urodziła. Wmówiłby Bławatek, że to wina Tulipan czy kogoś innego. Tak, to byłoby lepsze niż słuchanie jej niezadowolonych jęków. Na dodatek... zaczął brać te słowa bardzo na poważnie. A co jeśli go kiedyś zamorduje? Krucza Gwiazda jak nic, by ją ochroniła przed konsekwencjami. Nie miał tu żadnych sojuszników. Znaczy miał... Ale ile ich było, w obliczu tak potężnej władzy, jaką sprawował lider?
— Nie zależy mi na twoim przebaczeniu — miauknął, siadając pod drzewem, gdy usłyszał głośny okrzyk, że to czas na postój. — Więc sobie daruj. Nie zabiję się, nie upokorzę, odpuść sobie, bo to strata czasu — Najeżył sierść.
Łapy z ulgą przyjęły ten chwilowy odpoczynek. Szkoda tylko, że jego umysł nie miał takiego zaszczytu. Ta biała mucha, krążyła mu nad uchem, wsączając w niego swój jad. Nic dziwnego, że czuł się chory. 
— Nie strosz się tak, bo zaczynasz przypominać tego nieokrzesanego dzikusa ze żłobka — syknęła, patrząc na niego z obrzydzeniem. — Czyli zamierzasz dalej reprezentować sobą jedno wielkie nic? — prychnęła.
Nie miał pojęcia o kim mówiła. Nie znał tych kociąt Tulipanowego Płatku. Widząc jej wyraz pyska, coś ścisnęło go za serce. Tak... Nadal go bolał fakt, że ktoś kogo powołał na świat, odwdzięcza się w taki sposób. Był szpetny, obrzydliwy... Nic sobą nie prezentował. Zwykły śmieć, który powoli się podnosił z kolan, by upaść na nie ponownie. 
—  Dla ciebie jestem niczym.  Nieważne co zrobię, by to zmienić, tak będziesz mnie postrzegać. Chciałem wyjść na prostą, ale ty to zniszczyłaś — warknął pod nosem, wbijając pazury w ziemię. — Wygrałyście. Obie. Ty i Krucza Gwiazda — syknął, rozluźniając napięte mięśnie.
Znów zbierało mu się na płacz. Porażka miała okropny gorzki posmak. Nie był w stanie zrobić nic. Cały świat odwrócił się przeciwko niemu. Był sam. Sam z tym problemem. Nie wiedział jak ochronić się przed zgubnym wpływem Zająca i jego nowej partnerki w zbrodni. Pewnie świetnie się bawił. Chciał go przecież zniszczyć. Odebrać mu całe szczęście z życia. Wychodziło mu to nader dobrze. 
— A to prowadziliśmy w ogóle jakąś walkę? — parsknęła. — Od początku byłam zwycięzcą. Kwestia była w tym, byś to ty zaakceptował w końcu swoją porażkę. 
Położył po sobie uszy, nic nie dodając. Tak. Rzeczywiście tak było. Jednak nadal miał nadzieję w Niezapominajkowej Gwieździe, więc starał się być pozytywnej myśli. Gdy kocur go wykpił, stracił wszystkie chęci. Nic się nie zmieni. Czas było przywyknąć do takiego życia. Nie zamierzał jednak dawać córce nadziei na swoją śmierć. Nie był aż takim tchórzem. Coś jeszcze trzymało go w tym okropnym świecie. 
Odwrócił się do niej tyłem, kładąc na ziemi, jasno dając jej do zrozumienia, że nie chcę jej widzieć. Pragnął zwinąć się w kłębek i pocierpieć w samotności. Czuł jednak, że to nie było mu pisane. 

<Zając?>