Sen
Najpierw było ciemno i cicho. Przed oczami miała tylko czerń, a w uszach dudniące bicie własnego serca. Było szybkie i niespokojne. Po chwili usłyszała również kapanie wody. Odwróciła się w kierunku dźwięku i zobaczyła przezroczystą kroplę wody zawieszoną gdzieś na wysokości jej oczu. Co dziwne, ją widziała dokładnie. Niepewnie podeszła trochę bliżej. Wtedy kropla zaczęła pulsować i zmieniać kształt. Pęczniała, aż odgłos kapania zmienił się w szum pędzącej wody, a sama kropla stała się wstęgą przypominającą lewitujący strumień, który otoczył ją. Takich wstęg pojawiało się coraz więcej, pędzących coraz szybciej i otaczających ją z każdej strony, sprawiając wrażenie pułapki. Szum zamieniał się w ryk mieszający się z dudnieniem jej serca, przyprawiając ją o ból głowy. Żaden z dźwięków nie zamierzał przestać przyspieszać. Obróciła się dookoła w nadziei na znalezienie wyjścia ze splotu wody. Nie było go jednak. Wezbrała w niej panika, kiedy w wodzie widziała odbicia wspomnień. Test na medyka, spacery z Topielcem, rozstania i powroty, otrucie Jabłoniowego Sadu… Położyła po sobie uszy z mieszanki strachu i frustracji. Wspomnienia biegły dalej. Wieść o zamachu, ucieczka dzieci, przepowiednia… „Przestańcie!” — miała ochotę krzyczeć i machać pazurami na oślep, ale coś ją powstrzymywało. Aż w końcu dostrzegła morderstwo Bladego Lica. Cała ta woda zebrała się w jedną masę i z impetem uderzyła w Cisowe Tchnienie, zabierając ją ze sobą. Charczała, próbowała wypłynąć na powierzchnię i panicznie wiosłowała łapami, ale tafla się nie zbliżała. Coś trzymało ją tutaj na dole. Nagle fala wody rozbiła się o coś twardego, rzucając ją o to z wielką siłą.
***
Natychmiast poderwała się na równe łapy i zjeżona, oddychając szybko, rozejrzała się panicznie po okrytej mrokiem lecznicy.
— Cisowe Tchnienie? — mruknęło zmartwionym głosem Roztargniony Koperek. Na jeno pysku malowało się zmęczenie, troska i lekki strach przed postawą stojącej kocicy. Szybkim krokiem podeszła do asystenta i zbliżyła swój pysk do jeno, po czym wyszeptała prędko urywanym głosem:
— Nie ufaj im. Nie ufaj temu, co mówią. Chroń się i uważaj na każdego — bredziła w paranoi. — I obiecaj mi jedno. Znajdź mnie w Mrocznej Puszczy.
Liliowe zdawało się niewiele rozumieć z jej słów. Ona sama zresztą chyba nie do końca wiedziała, co mówiła. Mimo tego skinęło głową. Może przez zaspanie lub pośpiech? A może rzeczywiście postanowiło ślepo jej zaufać? Tego już się nie dowiedziała.
***
Następnego ranka wyruszyła samotnie na zbieranie ziół. Była okropnie nerwowa. Po śnie była jeszcze bardziej przekonana o czyhającym na nią niebezpieczeństwie niż zazwyczaj. Oczy bez przerwy przesuwały się w każdą stronę, starając się wyłapać jakąkolwiek nieprawidłowość. Końcówka ogona trzęsła się nieustannie, a postawa jej ciała bardziej przypominała skradanie się niż spokojny spacer po terenach własnego klanu. Miała wrażenie, że słyszała szepty. Niektóre przypominały jej o własnych czynach, prawie doprowadzając do płaczu. Inne ostrzegały o niebezpieczeństwie, którego nie była w stanie nigdzie zobaczyć. Jej myśli były zupełnie oddalone od ziół. Omijała większe ich skupiska, jakby ich tam nie było, a mniejsze kępki deptała przez nieuwagę. Kiedy tak szła szybko przez tereny, nagle przed jej oczami pojawiła się rudo-biała sylwetka i zanim zdążyła cokolwiek pomyśleć, postać syknęła z bólu i wlepiła w nią zaskoczony wzrok. Szylkretka zamarła, patrząc na krwawiące zadrapanie na barku Kocimiętkowego Wiru, a następnie na swoją uniesioną łapę z obnażonymi pazurami, spomiędzy których wystawał kosmyk futra mistrzyni. Myśli w jej głowie połączyły się momentalnie. Jeśli ktoś się dowie — jest po niej. Nie może dopuścić, żeby kotka wróciła do obozu. Skoczyła na zielonooką, która zrobiła unik, przez co spadła na ziemię. Z trudem podniosła się i spróbowała zaszarżować, ale została mocno odepchnięta. Chciała podjąć kolejną próbę ataku, lecz nie była w stanie. Brakło jej oddechu, a mięśnie piekły od wysiłku i siły upadku. Była w stanie tylko bezsilnie patrzeć aż jej los zostaje przypieczętowany, a Kocimiętkowy Wir biegnie do obozu. Z rezygnacją położyła łeb na ziemi. To koniec… Zabiją ją… Wreszcie mają pretekst… Ciekawe czy kiedy dołączy do Mrocznej Puszczy, zobaczy tam swoje zdradzieckie dzieci... Właśnie! Mogła uciec tak jak one! Jeśli uda jej się wymknąć z obozu w nocy, zanim Zalotna Gwiazda zdąży zorganizować jej zabójstwo, uratuje się! Uśmiechnęła się słabo, trzymając się tej iskierki nadziei, kiedy podnosiła się na cztery nogi i otrzepywała z kurzu.
***
TW: Opis walki, dalej trochę mocniejszy opis obrażeń
Przez cały dzień nie wychodziła ze swojego legowiska. Nikt nie mógł jej tam nic zrobić. Świadków byłoby zbyt wielu. Kiedy tereny klanów zostały przykryte mrokiem, ona jako jedyna z medyków nie spała. Cicho i pospiesznie zażyła trochę ziół wzmacniających i wysunęła się z nory. Wspięła się po ścianie obozu i wyszła pomiędzy krzakami, mając nadzieję, że szelest tym spowodowany nie zaalarmuje wojownika stojącego na straży. Potem już nie próbowała być cicho. Biegła ile sił w łapach. To była jej szansa. Mogła być wolna. No właśnie. Mogła. Poczuła na swojej skórze palące spojrzenie jakby jakiegoś drapieżnika. Przeszedł ją dreszcz. Odwróciła się. Pomiędzy drzewami stała Zalotna Gwiazda. Nie kryła się. Wyglądała na pewną.
— N-nie możesz mi nic zrobić! Ja… jestem medyczką! Po-potrzebujecie mnie! — mówiła, starając się przekonać siebie samą. Na jej pysku widniał jednak niepewny uśmiech.
— Klan Wilka nie potrzebuje przestarzałych zdrajców, Cisowe Tchnienie — młodsza warknęła i rzuciła się na nią. Stara medyczka ledwo uchyliła się od ciosu prosto w gardło, zamiast tego zyskując długą i głęboką szramę na boku. W tym stanie nie mogła uciekać. Utrata krwi i tak prędzej czy później wpędziłaby ją w szpony bezgwiezdnej ziemi. Ale nie zamierzała się poddać. Będzie walczyć do końca. Chociażby, żeby zostawić jeden ślad na skórze przywódczyni. Znak dla jej towarzyszy z legowiska. Coś, co sugerowałoby, że jej śmierć nie była nieszczęśliwym wypadkiem. Kłapnęła zębami w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się ogon przeciwniczki. Musiała być bliżej, jeśli miała trafić choć jeden raz. Podbiegła do vanki i udało jej się zahaczyć pazurami o futro na jej łapie. Szybko szarpnęła ją do siebie, nie robiąc sobie nic z tego, że zaczęła lecieć do tyłu. Gardło Zalotnej Gwiazdy było tak blisko… Gdyby tylko szybko ją ugryzła, byłoby po wszystkim. Ma przecież tylko jedno życie... Nie zdążyła jednak. Poczuła mocne uderzenie z tyłu głowy i osunęła się na ziemię. Jej krew zaczynała wypływać i brukać glebę, a oczy zaczynały zasnuwać się mrokiem. Ostatnie co zobaczyła, to sylwetkę vanki pochylającą się nad jej szyją.
***
Stała na równych łapach, dysząc ciężko i spoglądając w dół. Widziała krew powoli zastygającą na jej szyi. Czuła też zakrzepniętą krew na tyle głowy i małą strużkę szkarłatnej posoki cieknącą z kącika jej ust. Jej bok nadal pulsował z bólu. Pod jej łapami była zimna ziemia poplamiona tą samą cieczą. Całe otoczenie wypełniał metaliczny zapach. Nie miała wątpliwości, gdzie była. Uniosła wzrok i ku jej lekkiemu zdziwieniu napotkała tam podobny, lecz żółty, należący do dymnego kocura. Pierwszy raz od dawna nie patrzyła na Topielcowy Lament z chłodem. Bardziej z wyczekiwaniem i zmęczeniem. Zaatakuje ją? Kocur podniósł łapę, jak gdyby chciał ruszyć naprzód, lecz zawisła ona w bezruchu. Teraz po prostu wpatrywał się w nią. Nie rozumiała jego zachowania. Nie rozstali się w najlepszych stosunkach, a on… nie był na nią wściekły?
— Nareszcie jesteś — zaśmiał się wymuszenie, trochę szorstko. Słyszała ten dźwięk wielokrotnie wcześniej. Przywoływał on dość przykre wspomnienia. Utrzymywali kontakt wzrokowy.
— Czy dzieci… — Ciszę przerwało urwane zdanie, po którym oczy dymnego zalśniły łzami. — Powiedz mi, że są bezpieczne...
W jej oczach zabłysło lekkie zdziwienie. Tak dawno nie spędzała z nimi czasu, że praktycznie zapomniała o tym, że ma dzieci… Chociaż… może już ich nie miała. Otarła łapą strużkę krwi z kącika pyska, zamieniając ją w smugę na policzku.
— Nie wiem. Raczej nie — miauknęła tylko, nadal trochę otumaniona z powodu walki i uderzenia w łeb. Czarny nie skomentował tego. Spoglądając na nią w milczeniu, opuścił łapę i zlustrował jej poobijane ciało. Zamrugał powoli.
— A... Co tu robisz? Wyglądasz... Inaczej, niż myślałem. Tak długo cię nie było. Myślałem, że już nie wrócisz.
Przekręciła głowę na bok, nie rozumiejąc.
— O czym ty mówisz? W końcu by mnie dorwali — odparła, nie wiedząc, na ile kocur był świadomy jej czynów.
— Tiaaa — parsknął, lecz w jego głosie nie dało się słyszeć żadnej radości. Brzmiał sucho, bezosobowo, a wydźwięk jego słów niósł się po Mrocznej Puszczy, aby następnie zwyczajnie zaginąć pośród drzew. — Nareszcie jesteś tu, gdzie twoje miejsce... Czekaliśmy.
W jej sercu pojawił się niepokój. Była jednak zbyt zmęczona ciągłą walką lub ucieczką, żeby jej futro się zjeżyło.
— „My”? — zapytała. Kto tu jeszcze mógł czekać? Na pewno nie Zalotna Gwiazda. Właśnie, może lepiej, żeby nie zostawali w jednym miejscu…
— Inni... — szepnął, a jego oczy ściemniały. — Nie każdy się cieszy z twojego przybycia. Właściwie... Nikt się tutaj z niczego nie cieszy. Bądź uważna.
Rozejrzała się dookoła, kiedy jednak nie zauważyła żadnej innej postaci, podeszła do niego i musnęła go ogonem, po czym postawiła jeszcze kilka kroków naprzód. Na zdziwione spojrzenie partnera odpowiedziała:
— Chodźmy, razem.
Kiedy dymny podszedł do jej boku i wspólnie zagłębili się w krwawy las, nie żałowała już niczego. Zrobiła, co mogła, a teraz wróciła ponownie do kota, który był dla niej chyba najważniejszy. I zamierzała zapłacić za to każdą cenę. Nawet jeśli resztę wieczności będą musieli uciekać od innych dusz w tym przeklętym miejscu… będą razem. W końcu zdrajcy przyciągają zdrajców, nieprawdaż?
Mówiłam, że się zobaczymy, zdrajco [*]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz