Dopiero przy klonie Poinsecja się zatrzymała. Drzewo było młode. Młodsze niż otaczające je olsze. Tak drobne i jednocześnie ogromne. Jego korona przepełniona była rdzawymi odcieniami, które gdzieniegdzie wpadały w czerwień. Pomarańczowe ślepia mentorki kontrastowały z liśćmi drzewa. Gdyby nie narastający w uczennicy stres, na pewno doceniłaby piękno tego miejsca.
Poinsecja podeszła ciężkim krokiem ku pniowi klonu i usiadła pod nim. Zatopiła się w półmroku. Wrotycz niepewnie podążyła jej śladami. Łapy jej drżały. Próbowała to ukryć, lecz na marne.
Znów zrobiła coś nie tak.
Niemal automatycznie spuściła łeb i położyła uszy, chcąc wyrazić swą skruchę.
— Przestań — padło polecenie. — Przecież nie zrobię ci krzywdy, Wrotycz. Po prostu...
Ślepia Wrotycz wpatrywały się sztywno w ziemię. Bała się ujrzeć zawód na pysku mentorki. Znów zawiniła, wiedziała to.
Presja i ciężar, jaki odczuwała, nie ustępował. Wręcz się nasilały. Chciały wgnieść ją w ziemię.
— Ja przepraszam — miauknęła cicho. — Nie chciałam zrobić nic złego...
Poinsecja pokręciła łbem. Przywołała uczennice do siebie łapą. Wrotycz na miękkich kończynach pokonała dzielący je dystans. Usiadła obok swej mentorki, choć zatrzymując niewielką odległość, wciąż trzymając łebek nisko.
Silniejszy podmuch wiatru zmierzwił sierść obu kotek. Gałęzie klonu, porwane przez wiatr, drgały nerwowo. Liście zaczęły opadać, tworząc coś na wzór czerwonego deszczu.
Wzrok Wrotycz nie potrafił się oderwać od wirujących w powietrzu kolorów. Manewrował pomiędzy lśniącymi w półmroku ślepiami mentorki a opadającymi liśćmi.
— Wrotycz — miauknęła Poinsecja. — Jesteś taka bezbronna. Pozbawiona nawet świadomości tego, co się wokół ciebie dzieje...
Wrotycz położyła po sobie uszy. Mentorka miała rację. Kotka wciąż słabo orientowała się w klanowych obyczajach i powiązaniach. Pytająco spojrzała na Poinsecję. Na jej pysku malowała się powaga. Pomarańczowe ślepia wpatrywały się w nią surowo.
— Nie rozmawiaj więcej z Purpurą. To nie jest dobry kot. — Mentorka urwała na uderzenie serca. — Nie wierz w jego słowa. Jest przepełniony fałszem. Żeruje na słabych kotach, takich jak ty.
Wrotycz mimowolnie zadrżała. Nie zdawała sobie z tego sprawy. Mimo spędzenia paru księżyców w Owocowym Lesie wciąż tak mało wiedziała o jego mieszkańcach.
Znów jej niewiedza odbijała się na niej rykoszetem.
— Dobrze. Już nie będę — mruknęła cicho, owijając się ogonem.
Poinsecja wyprostowała się. Uniosła łeb i spojrzała na swą uczennicę z góry. Zdawała się taka chłodna. Przytłaczająca. Wrotycz chciała rozpłaszczyć się na ziemi, byle pokazać jak żałowała tej krótkiej rozmowy.
— Nie znasz zasad tego świata. Nie wiesz, jak podli potrafią być inni. A Purpura jest nieprzewidywalny. Pewnie zrobi z ciebie pośmiewisko... Chcesz tego?
Wrotycz energicznie pokręciła łbem. Nie chciała wpadać znów w kłopoty. Te straszne emocje powodujące palpitacje serca... Nie chciała tego całego stresu.
Spojrzała zrozpaczona na mentorkę. Poczuła na sobie jej ogon.
— Nie wszystko stracone, Wrotycz. Wystarczy, że będziesz go unikać. Jak tylko będzie cię zaczepiać to przyjdź do mnie. Pomogę ci.
Ślepia Wrotycz zabłysły nadzieją, która już tak dawno nie zawitała w jej sercu. Wbiła spojrzenie w kotkę, starając się potwierdzić, że to co słyszała było prawdą. Zmrużone ślepia kotki, łagodny wyraz pyska, ciepło jej ogona. Nic nie zdradzało zagrożenia. Nic nie świadczyło o tym, że Poinsecja kłamała.
Lekko oparła się o kotkę, wciąż trzymając łebek nisko.
— Naprawdę? — wydusiła z siebie, trochę wstydząc się tego pytania.
Bała się też, że mentorka na nie źle zareaguje. Zdenerwuje się, że jej nie wierzyła...
— Wrotycz, jesteś moją uczennicą. Jestem za ciebie częściowo odpowiedzialna — miauknęła starsza, unosząc ogon do góry. — A ty nie masz nikogo poza mną w Owocowym Lesie.
Niewielkie ciepełko zagrzało liche ciało Wrotycz. Nie pamiętała już kiedy komuś zależało na niej. Tak naprawdę. Zamruczała cicho, chowając pysk w futrze mentorki.
[628 słów]
[13%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz