BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mistral. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mistral. Pokaż wszystkie posty

06 września 2026

Od Mistral CD. Modrogończyka

Niebieskie spojrzenie sunęło powoli po ziołach, które zielarka miała przed sobą porozrzucane po niemal całym składziku. Ciężko westchnęła, pozostawiając to wszystko w stanie, jak zastała — nie miała siły ani chęci na ogarnięcie tego, więc Gołąbek lub Modrogończyk mogli to za nią zrobić. Nawet jeśli to ona miała w jednym palcu łapy całą wiedzę na temat ziół i ogólnie leczniczych roślin. Po niedawnych wydarzeniach nie była zbytnio sobą, choć poza dziuplą skutecznie to ukrywała. Przecież była kotem, który dba o dobrostan psychiczny Owocowego Lasu, więc nie mogła sobie pozwolić, by inni dostrzegli pogorszenie jej samopoczucia. Najbardziej się obawiała jednak, że to wszystko może wpłynąć na jej pracę i może doprowadzić do podobnego przypadku, co Wiciokrzew, który musiał przejść na emeryturę.
Kiedy tylko miała chwilę dla siebie, spożywała niewielką ilość nasion maku z nadzieją, że na jakiś czas takie działanie będzie skuteczne i będzie mogła normalnie pracować. Na chwilę wkroczyła do składziku, gdzie był pewien nieporządek, chcąc znaleźć parę nasion, kiedy to do jej uszu dotarł dźwięk kroków Owocniaka, który zdecydował się odwiedzić uzdrowicieli. Purchawka z Modrogończykiem gdzieś wybyli, może na rodzinny spacer, a Gołąbek chyba poszedł do stosu. Dlatego też Mistral nie miała zbytnio wyboru i musiała sama przyjąć chorego.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

W duchu kocica odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że liliowy zwiadowca nie był, jak niektóre koty i od razu, gdy pojawiły się pierwsze objawy choroby, to przyszedł. Gdyby tego nie zrobił, to z kolejnym sezonem mogłaby wzrosnąć liczba chorych, którzy by zostali zarażeni białym kaszel, który mógłby się rozwinąć w poważniejsze stadia.
Kiedy tylko Gołąbek powrócił do dziupli, przejął doglądanie chorego, dzięki czemu kotka mogła się oddalić gdzieś, gdzie nikt nie powinien jej niepokoić. Oczywiście jak na złość tuż przed nią pojawił się Modrogończyk, na co przewróciła oczami. W ostatnich dniach ten młodziak wyjątkowo działa jej na nerwy, szczególnie tym swoim przekonywaniem na siłę Owocniaków, którzy dotąd nie wykazywali chęci wiary we Wszechmatkę. Ironią było, że czekoladowy zgłosił się z radą w tej sprawie, chcąc przekonać zmarłego Fruczaka.
— Czegoś konkretnego potrzebujesz? — spytała, ukrywając irytację, która aż sama jej się cisnęła na język. Jednak nie mogła się wyżywać na młodszym, który jedynie nie pojmował jeszcze wielu rzeczy.

<Gońcu?>

Wyleczeni: Kurka

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Białofutra powoli zmniejszała swoją częstotliwość odwiedzin w legowisku starszych, które miały się wiązać z liliowym starszym. Może i kocur próbował zwieść zielarkę, lecz ta nie miała zamiaru dać się tak łatwo, dlatego też postanowiła na razie dać mu więcej przestrzeni, czasu. Momenty, które dawniej spędzała u jego boku, tak teraz ich część poświęcała innym kotom w Owocowym Lesie, będących w stanie, który wymagał jej ingerencji. Nie było może ich zbyt wiele, lecz ona wolałaby, aby nie było ani jednego takiego przypadku — nawet jeśli brzmiało to na dziecinne mrzonki, marzenia.
Jeden z przypadków, które wzięła, była Kasztanka, która zdawała się niemal marnieć w oczach przez swojego, pożal się Wszechmatko partnera, który zdecydowanie nie był najlepszą partią w całym Owocowym Lesie. Ba! Ten sam kocur niedawno próbował ją omamić swymi wdziękami w lecznicy, kiedy to przyszedł z bolącym zębem — na jego nieszczęście trafił na kotkę, która nie da się owinąć wokół palca pierwszemu kocurowi lub innej kotce. Niebieskooka najchętniej doradziłaby stróżce, aby dała sobie z nim spokój, lecz aż zbyt dobrze widziała, że mimo wszystko kocha tego srebrnego wojownika i chciałaby żyć u jego boku.
Młódka właśnie opuszczała legowisko stróżów, w którym jeszcze chwilę wcześniej rozmawiała z Kasztanką, kiedy to po lewej dostrzegła Miodunkę oddalającą się od krzewu kaliny, gdzie przebywali najstarsi członkowie Owocowego Lasu. Nieco zmrużyła oczy, mając wrażenie, że coś złego mogło się stać — i w sumie zbytnio się nie pomyliła. Ledwo wsunęła głowę do legowiska, a już dostrzegła nieobecność jednego z kotów i to oczywiście tego, na którym mocno jej zależało w ostatnich księżycach. Jak piorun dorwała czekoladowo srebrną kocicę, zaczynając od razu wypytywać o dawnego uzdrowiciela.
— Przed chwilą wyszedł z obozu.
— Sam?! — spytała, czując, że zaraz przestanie panować nad sobą.
— No… tak.
Zielarka nie wiedziała dokładnie, ile minęło od wyjścia liliowego z obozu, lecz musiała się spieszyć. Dopadła pierwszego lepszego Owocniaka, który się nawinął i kazała mu wytropić Wiciokrzewa — w końcu ona nie wiedziała, jak to się robi, miała za sobą szkolenie z chorób i ziół. Nim Purchawka urodziła i Modrogończyk zdecydował się być szamanem, to ona była przygotowywana w jakimś stopniu do tej roli, a to wszystko teraz do niczego się nie przyda.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Z każdym krokiem, który kierował ich w stronę Drogi Grzmotu, czuła jak jej serce coraz bardziej przyspiesza, a w głowie pojawiają się najgorsze scenariusze związane z tym miejscem oraz losem liliowego. Przez brak jakiegokolwiek wojowniczego szkolenia, kondycja białofutrej była mizerna, lecz teraz starała się to ignorować, próbując nadążyć za tymczasowym tropicielem.
Ledwo dotarła nad ciemną cuchnącą ścieżkę, gdy do jej uszu dotarł ryk zbliżającego się potwora, a idealnie na środku drogi siedział sam Wiciokrzew. Z głośnym wołaniem wręcz do zdarcia gardła, miała się zerwać do ratunku, gdy została uprzedzona i towarzyszący jej kot rzucił się w stronę Wiciokrzewa. Wszystko działo się tak szybko, że do niebieskookiej ledwo dochodziło, co się wydarzyło — jeszcze chwilę temu w stronę jej dawnego mentora pędził Potwór, a ona z Fruczakiem stała na skraju drogi. Teraz było inaczej. Z przerażeniem obserwowała ciało stróża, z którego powoli uchodziło życie, a dawny uzdrowiciel odepchnięty od zagrożenia leżał kawałek dalej, bezpieczny, a przynajmniej na tę chwilę.
Z każdym uderzeniem serca oddech zielarki zaczynał coraz bardziej drżeć, zwiastując uzewnętrznienie pewnych emocji. Jednak nie mogła sobie na to pozwolić, nie teraz, gdy pręgowany nadal znajdował się na śmiertelnej drodze. Szybko zerknęła w obie strony, upewniając się, że żaden Potwór się nie zbliża, by następnie ruszyć do Wiciokrzewa, chcąc go zabrać na bezpieczne ubocze. Dopiero kiedy była pewna, że nic mu już nie zagraża, wkroczyła ponownie na Drogę Grzmotu i złapała ciało Fruczaka za skórę na karku, starając się je zaciągnąć w to samo miejsce, gdzie chwilę wcześniej zostawiła liliowego.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Powrót do obozu był ciężki, długi i odbywał się w grobowej ciszy. Wspólnymi siłami udało im się przetransportować stróża, aby bliskie mu koty mogły się z nim pożegnać ten ostatni raz. Widok czyjejś śmierci był czymś, czego raczej Mistral nigdy nie chciała doświadczyć, jednak stało się. Teraz jednak musiała zająć się Wiciokrzewem i wyciągnąć z niego powód, który spowodował taki obrót spraw.
— A więc słucham Wiciokrzewie, dlaczego opuściłeś obóz i to sam, by dotrzeć do Drogi Grzmotu na jej sam środek, nie robiąc sobie nic ze zbliżającego się Potwora. — Była przygotowana na to, że przez najbliższe wschody słońca może nie otrzymać upragnionej odpowiedzi, lecz nie miała zamiaru tego odpuścić.

<Wiciokrzewie?>

15 sierpnia 2026

Od Mistral CD. Mordor

Przeszłość

— Śmiesznie pachniesz. Boli mnie łapa — burknęła, siadając na ziemi przed kotką. — Co to zielarz? — zapytała w końcu.
Ledwo mianowana kotka, nawet nie zdążyła spytać o możliwą przyczynę bólu, kiedy to młódka zapytała, kim tak właściwie jest kot, którym od dzisiaj ona była.
— Zielarz pomaga szamanowi i uzdrowicielowi. Wraz z szamanem odprawia różne ceremonie związane z naszą wiarę we Wszechmatkę, z uzdrowicielem pomaga chorym, głównie poprzez zbieranie ziół dla potrzebujących Owocniaków — wyjaśniła z lekkim uśmiechem.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa

Czy Mistral zdążyła już nie raz ponarzekać na ilość chorych? Owszem, lecz najwidoczniej to wciąż było za mało, gdyż na widok Śnienia, który powstrzymywał się od odruchów wymiotnych, od razu zaczęła coś mruczeć pod nosem. Zapewne na ponowne uszczuplenie zapasów, które niedawno uzupełniała, a może na głupotę Owocniaków. Pewność miała jedynie sama kotka, a ona raczej z byle kim się nie podzieli swoim raczej dość krytycznym zdaniem.
W teorii mogłaby zajrzeć do Wiciokrzewu, lecz nie chciała zbytnio kocura nękać, zdając sobie sprawę, że wcześniej robiła to wręcz obsesyjnie, jakby bała się go zostawić bez swojej opieki. Teraz starała się przychodzić raz na dwa, trzy dni, przy okazji doglądając też innych starszych — może to nie zmieni wrażenia, które bardzo szybko zbudowała, lecz zawsze warto spróbować. Może dzięki temu pozostała część starszyzny również zechce podzielić się z nią własnymi zmartwieniami, przemyśleniami. Nawet jeśli swoich już trochę miała, szczególnie w ostatnich dniach, gdy w końcu zaczęła dochodzić do siebie po pojedynczych przypadkach halucynacji, będących wynikiem nieleczonej bezsenności, która pojawiła się u niej w poprzednim sezonie. Zachowała się nieco, jak Gołąbek, który pozwolił na to, by z niewielkiej rany na łapie powstała infekcja, zagrażająca zdrowiu. Byli siebie warci.
Kiedy tylko podała buremu zioła przeciwwymiotne, opuściła dziuple z zamiarem wzięcia dla Purchawki i Gołąbka czegoś do zjedzenia. Zdecydowanie dużym plusem było to, że stos ze zwierzyną mieścił się tuż obok drzewa, które zajmowali, dzięki czemu zielarka nie musiała jakoś bardzo się oddalać.
Właśnie miała sięgać po piszczkę, gdy wśród zdobyczy dostrzegła coś, co spowodowało, że zamarła w połowie ruchu. Pomiędzy ciepłymi ciałami ofiar polujących Owocniaków znajdowało się zwierzę, które nigdy nie powinno być martwe, ani tym bardziej trafić na stos. Nie wiedziała jakim cudem młody jerzyk bezwładnie spoczywał pomiędzy nornicami, ryjówkami i innymi zwierzynami łownymi. Przecież dla wszystkich wierzących we Wszechmatkę ptaki, szczególnie jerzyki i jaskółki, były święte! Kto mógł…! Ach no tak, w końcu w Owocowym Lesie od parunastu księżyców znajdują się dawni samotnicy, którzy chyba wciąż nie mają pojęcia o zwyczajach społeczności, do której dołączyli.
Zdenerwowana, trzepnęła końcówką ogona i delikatnie sięgnęła po ptaka. Nie miała zamiaru go tak zostawić, szczególnie źle mogłoby się to skończyć, gdyby jakiś wyjątkowo zagorzały wyznawca ją znalazł lub Purchawka. To mogłoby się źle skończyć. Może i szamanka ma dużo cierpliwości, leczw tej sprawie raczej szybko, by ją straciła. Nerwowo rozejrzała się, chcąc mieć pewność, że nikt jej nie nakryje ze świętym lotnikiem w pysku, po czym szybko czmychnęła z obozu. Nie oddaliła się daleko, a jedynie na tyle, by mieć pewność, że nikt ciekawski jej nie ujrzy.
Odłożyła delikatnie jerzyka, by następnie zacząć kopać niewielki dołek. Wszystko szło sprawnie, dopóki nie usłyszała głosu za sobą, akurat w momencie, gdy rozpoczynała przysypywanie ziemią biednego lotnika:
— Co tu robisz? — spytała Mordor, widocznie zaciekawiona poczynaniem Mistral.
— Ja… cóż… nic takiego — odparła, starając się dyskretnie dokończyć pochówek.

<Mordor, ile widziałaś?>

Wyleczeni: Śnienie

Od Mistral CD. Pierścienia

Przeszłość

Pojawiając się w żłobku oraz rozpoczynając rozmowę z młodym Pierścieniem, nie spodziewała się po kocurze tego typu zabaw. Jasne, kociaki często wymyślały sobie zajęcia, które zajmą ich czas w żłobku, lecz kotka nie kojarzyła, by któreś wpadło na taki pomysł. Była nieco zaintrygowana tym, ale i nieco sceptyczna, jakby doszukiwała się w tym drugiego dna, które może nawet nie istniało. W końcu nie była jeszcze oficjalnie zielarzem Owocowego Lasu i jej podejrzenia mogły być błędne.
— Mama mówi, że w obozie jest dużo żuczków! — oznajmił, przesuwając rozmarzone spojrzenie na wyjście ze żłobka. Nagle gwałtownie odwrócił głowę w kierunku Mistral. — Zabierz mnie do obozu — zażądał. — Chcę poszukać żuczków!
Na początku uczennica zamrugała parę razy, jakby upewniając się, że to, co kocurek powiedział, faktycznie miało miejsce.
— Cóż… Nie wiem, co na to twoja mama — mruknęła, spoglądając na Rohan. Ta jedynie machnęła łapą, będą pogrążona w jakiejś rozmowie z Purchawką. — W takim razie chodźmy, tylko nie oddalaj się za daleko, w obozie są też inni i możesz wpaść pod ich łapy — dodała, spokojnym krokiem opuszczając kociarnię, kiedy to srebrny niemal wybiegł, jak poparzony, lecz po chwili zwolnił, biorąc pod uwagę słowa białej lub po prostu przytłoczyła go ilość nowych doświadczeń.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa

Pora nowych liście powoli dobiegała ku końcowi, lecz nic nie zapowiadało, aby podobnie było w przypadku chorych Owocniaków, którzy przez ostatnie dni aż nadto odwiedzali trójkę mieszkańców dziupli. Zielarka miała wrażenie, że ledwo co jednego dnia wyleczyli parę kotów, a już następnego ze wschodem słońca zjawiały się kolejne. Dlatego też ta już nie kryła ciężkiego westchnienia, które opuściło jej pysk, gdy po śniadaniu ujrzała w dziupli kolejnego pacjenta. Na szczęście niedawno w towarzystwie Wrony uzupełniła zapas ziół, więc ten teraz nie prezentował się tak krucho.
W legowisku uzdrowicieli zawitał liliowy wojownik, ten widząc młodą kotkę, próbował się uśmiechnąć, jakby sam ten gest miał sprawić, że niebieskooka padnie do jego łap, kompletnie oczarowana kocurem. Ale właśnie, próbował, gdyż tylko na tym poprzestał z powodu bólu zęba, który mu doskwierał, powodując na pysku widoczny grymas z powodu dyskomfortu. Mimo to, niezrażony nieudaną próbą, podszedł bezpośrednio do młodszej, uważając, że to pierwsze fatalne wrażenie nie zaburzyło jego czaru i charyzmy. Ta jedynie przewróciła oczami, pozwalając Purpurze na jego dalsze przedstawienie — czekała tylko na dogodny moment, by podciąć mu skrzydła tych swoich prób oczarowania kocicy.
— Witaj p- — Nie dokończył, gdyż niebieskooka najzwyczajniej w świecie go wyminęła, jakby był tylko powietrzem. — Zaczekaj!
— Nie jestem uzdrowicielem, Gołąbek się chętnie tobą zajmie — oznajmiła. — Prawda? — spytała, spoglądając na burego, który szybko skinął głową, jakby obawiając się tego, co może się stać, gdy odmówi. — Widzisz? Więc daruj sobie te zaloty, bo one na mnie akurat nie działają. Lepiej dojdź do porozumienia z Kasztanką — rzuciła na odchodne.
Za plecami zdołała jeszcze usłyszeć, jak wojownik w końcu się poddaje i mówi uzdrowicielowi, co mu dolega. Ból zęba wyjaśniał, czemu starszemu nie udał się zawadiacki uśmiech, który miał ją oczarować. Prychnęła na to pod nosem, w Owocowym Lesie wieści szybko się rozchodzą, więc nie trudno było usłyszeć, że pomiędzy Kasztanką a Purpurą ostatnio niezbyt dobrze się układa. Biała współczuła kotce, przez chwilę zastanawiając się, jak tak dwa różne koty zdołały się połączyć w związek partnerski. Chyba zostanie to dla niej tajemnicą, dopóki sama z kimś się nie zwiąże, może wtedy dowie się, co jest tak niesamowitego w tym wszystkim.
Miała właśnie wychodzić na krótki spacer, który był po prostu sposobem na zabicie czasu, nim wróci do dziupli z nadzieją, że nie przebywa w niej pręgowany kocur. Plan ten został pokrzyżowany przez wpadnięcie na Bratek. Uczennica nawet nie zdołała wypowiedzieć ani słowa, gdy zaniosła się kaszlem, który aż wywołał lekki grymas na pysku Mistral.
— Idź do Gołąbka. Nie brzmi to na zwykły kaszel — oznajmiła i nie oczekując odpowiedzi, wyminęła młódkę, by następnie opuścić bezpieczny azyl. Nie planowała się daleko oddalać, jedynie na tyle, by w razie niebezpieczeństwa ktoś mógł przybyć z pomocą. Na samą myśl o byciu bezradnej w takiej sytuacji, trzepnęła końcówką ogona. Wizja ta bardzo jej nie leżała, lecz zdawała sobie sprawę, że na obecny moment w Owocowym Lesie jest już wystarczająco dużo kotów, które posiadają umiejętności w dziedzinie walki i medycyny — wątpiła, aby Czereśnia zgodził się jeszcze na jej doszkolenie.
Przysiadła pod jednym z drzew, obserwując, jak liście powoli kołyszą się w rytmie podmuchów powietrza. Wyglądały, jakby tańczyły do melodii, którą tylko dla nich nucił wiatr, gnający wysoko pomiędzy gałęziami w koronach potężnych drzew. W pewnym momencie w zasięgu jej wzroku pojawił się jerzyk. Pierwsza myśl, która przyszła jej do głowy, że to może Wszechmatka chce jej coś przekazać — że może nie jest sama, powinna wziąć się w garść. Jednak… czy była w stanie, widząc, w jakim stanie znajdował się Wiciokrzew? Starszy przecież był niemal cieniem dawnego siebie. I dlaczego? Ponieważ jej żal po śmierci matki był zbyt duży, by być, chociaż nieco milszą dla liliowego. W dodatku ten popełnił śmiertelny błąd. Śmiertelny nie dla niego, a dla młodego wojownika, który był bratem Purpury i Kropli.
Dotychczas nie pozwoliła sobie choćby na chwilę słabości, przecież miała na barkach zdrowie psychiczne całego Owocowego Lasu. Gdyby okazała coś innego niż spokój, zrozumienie, inni mogliby zacząć wątpić w to, czy nadaje się na zielarza. Ciężko pracowała, przykładała się do treningów i Wiciokrzewu i Purchawki. Robiła wszystko, by być najlepszą, idealną na to stanowisko.
Nawet nie zauważyła, gdy z powodu jednego ptaka po jej policzkach zaczęły spływać łzy w cichym płaczu. Płaczu, który wyrażał więcej niż słowa. Płaczu tak potrzebny dla niej, a mimo wszystko duszonym od paru księżyców. Płaczu, który pokazywał, że nie jest kimś, kto jest w stanie unieść nie tylko swoje, ale i innych problemy, zmartwienia.
Z tego stanu wyrwał ją dopiero dźwięk zbliżających się kroków, które należały do dwójki Owocniaków. Szybko przetarła łapą policzki i oczy, mając nadzieję, że nie będzie po niej widać, iż jeszcze uderzenie serca temu płakała, niczym mały kociak, który zgubił swoją mamę.
— Witaj Pierścieniu, Daglezjo — mruknęła, po odchrząknięciu, by mieć pewność, że jej głos się nie załamie w połowie słowa. — Zmierzacie na trening?
— Tak — odparła szylkretka.
— A czy… mogłabym pójść z wami i poobserwować? — Początkowo na to pytanie, wojowniczka zmrużyła nieco oczy, jakby doszukując się ukrytych intencji w tym pytaniu, lecz finalnie wzruszyła ramionami i ruszyła w dalszą drogę. Biała uznała to za niemą zgodę, więc już po chwili kroczyła obok Pierścienia, który nieco wyrósł, odkąd go spotkała po raz pierwszy. — Jak tam u ciebie Pierścieniu?

<Pierścieniu?>

Wyleczeni: Purpura, Bratek

Od Mistral CD. Wrony

Przeszłość

Niebieskooka właśnie powoli kończyła porządki w składziku, notując przy tym w głowie nazwy ziół, których zaczynało powoli brakować. Kiedy tylko zakończyła, miała już pytać resztę towarzystwa, czy nie chcą czegoś ze stosu, kiedy niespodziewanie piszczki same wparowały do dziupli, a tak dokładniej to zostały przeniesione przez córkę Figi. Biała kojarzyła ją głównie z momentów, gdy Czereśnia opuszczał obóz, a tuż obok niego podążała szkoląca się młódka.
— Witajcie, Wiciokrzewie, Gołąbku i Mistral! Przyniosłam wam coś do jedzenia. – Odłożyła każdemu po zwierzynie tuż przed łapami, by na samym końcu przysiąść obok Mistral. — Słyszałam, że zostałaś zielarką. Gratuluję!
— Dzięki — mruknęła, odgryzając kawałek nornicy.
— Mama mi opowiadała, że dawno temu to stanowisko zostało obsadzone przez kogoś. Jak podoba ci się ta praca, na czym ona polega i czy wiesz, dlaczego tak długo było puste?
— Widać, że Ci nie brak ciekawości, Wrono — mruknęła pomiędzy kęsami. — Ale to dobrze.
Zielarka właśnie miała brać się do odpowiedzi na pytania uczennicy, gdy do legowiska wszedł chory Owocniak. Kotka od razu wyłapała jego obecność, czemu chyba nie podołała dwójka kocurów, która o czymś rozmawiała. Nie mając zbytnio innego wyjścia, ciche westchnęła, pozostawiając na wpół zjedzoną nornicę oraz dymną.
— Wybacz Wrono, lecz obowiązki wzywają. Jeśli nie masz nic przeciwko, to wolałabym, abyś wyszła. Nie chce ryzykować żadnej epidemii w Owocowym Lesie — wyjaśniła. Pomarańczowooka jedynie skinęła głową i opuściła dziuplę. Mistral nie była pewna, czy młodsza zrozumiała to jako prośbę, czy po prostu pozbycie się jej, lecz miała nadzieję, że ta nie obrazi się na nią ani nic podobnego.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa

W ostatnim czasie, a tak w sumie to w ostatnich dniach, w dziupli uzdrowicieli przewinęło się już sporo chorych Owocniaków, jakby ci tylko czekali do ostatniego momentu, by udać się do Purchawki, Mistral i Gołąbka, aby otrzymać zioła na swoje dolegliwości. Biała aż zbyt dobrze widziała, jak zapas medykamentów się znacznie uszczuplił, miała wręcz ochotę syczeć na coraz to kolejnych odwiedzających wnętrze drzewa. Jednak trzymała nerwy na wodzy, niemal non stop utrzymując lekki uśmiech na jasnym pysku. Choć w duchu już zdążyła parę kotów zamordować. Oczywiście nie na serio, nigdy nie dałaby rady tego zrobić, nie ze względu na brak jakiegokolwiek wyszkolenia w zakresie walki, lecz po prostu każdy w Owocowym Lesie był jak członek wielkiej rodziny.
— Witajcie. — W zaciszu dziupli rozbrzmiał głęboki, spokojny głos lidera ich społeczności.
— No niech zgadnę, wielki pan lider zachorował i dopiero na ostatnią chwilę przychodzi? — mruknęła, wychylając się ze składzika, który mieścił się głębiej w drzewie.
— Mistral! — skarciła ją Purchawka.
— No co? Ty wiesz, ile ziół nagle nam niemal brakuje? Ten ptasi móżdżek. — Wskazała łapą na burego uzdrowiciela. — Sam nie potrafił od razu zająć się zranioną łapą, czekał, aż się rozwinie infekcja, albo gorzej!
— To może ja przyjdę innym razem — zaproponował czekoladowy, przysłuchując się temu z boku.
— Nie nie, spokojnie Czereśnio — odparła szamanka, wskazując na posłanie, które po chwili zajął dawny zwiadowca.
Purchawka miała właśnie pytać kocura o dolegliwości, Gołąbek miał podejść i wyczekiwać poleceń starszej, a Mistral zniknąć w składziku, kiedy do legowiska przybyła Całunka. Zielarka już miała coś powiedzieć, lecz spojrzenie dawnej mentorki ją powstrzymało — obserwowała jedynie, jak ta z uzdrowicielem zajmują się chorymi, czekając na ich werdykt w przyniesieniu danych ziół.
— Potrzebuje aksamitki.
— A ja ogórecznika, wrotyczu lub lawendy.
Na ich słowa na pysku niebieskookiej zagościł cień uśmiechu, lecz nie żadnego przyjaznego, raczej takiego w stylu kpiny.
— Cóż… — zaczęła dość niewinnie, wykonując parę kroków w ich stronę. — Tak się składa, że akurat właśnie tego nam brakuje. Także musicie poczekać, aż je zbiorę i przyniosę.
Nie czekała na odpowiedź kogokolwiek na jej słowa, po prostu ich wyminęła, wychodząc z dziupli. Dopiero wtedy ciężko westchnęła, zdając sobie sprawę z tego, ile może to zająć oraz ile będzie dźwigania. Najłatwiej byłoby kogoś wziąć do pomocy, lecz Orchidea jakiś czas temu przeniosła się do starszyzny, a to z nią niebieskooka najczęściej wychodziła poza obóz, gdy musiała samotnie pozbierać zioła. To nie tak, że Mistral się bała samej opuszczać azyl, lecz brała pod uwagę możliwe dzikie zwierzę lub samotnika, a wtedy czekałaby ją rychła śmierć. Bo co ona mogła, mając samo szkolenie związane z chorobami i ziołami? Rzucić w napastnika nasionami maku na uspokojenie? Dobre.
Przez chwilę uważnie obserwowała koty na polanie, gdy w pewnym momencie dostrzegła niedawno mianowaną zwiadowczynię. Dumna ze swojego wyboru, ruszyła w kierunku dymnej, niemal następnie zagradzając jej drogę, gdyby ta próbowała wymigać się od pomocy zielarce.
— Hej Wrono. Mam do ciebie prośbę, potrzebuje kogoś, kto pójdzie i pomoże mi przy zbieraniu ziół. Piszesz się? — spytała i niemal po uderzeniu serca sama dała sobie odpowiedź: — Super, to idziemy.
Niebieskooka lekkim krokiem skierowała się w stronę wyjścia, a Wrona nie mając zbytnio wyboru, ruszyła za nią.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

— Wiem, że parę księżyców temu, gdy przyszłaś do nas z piszczkami, gratulacjami dla mnie oraz pytaniami, to mogłam brzmieć nie miło, gdy cię wyganiałam, lecz nie miałam nic złego na myśli. Jeśli chcesz, to mogę Ci nawet teraz odpowiedzieć na te pytania. — Ledwo wyszły z obozu, a starsza od razu podjęła rozmowę, po drodze zgarniając jakieś liście do późniejszego transportu ziół, które oczywiście musiała nieść Wrona. — Chciałaś wiedzieć, czy mi się to podoba. Owszem, znam każdą potrzebną roślinę, by kogoś wyleczyć, mogę komuś uratować życie, choć to bardziej zadanie uzdrowicieli. Ja najczęściej właśnie wychodzę i zbieram rośliny oraz towarzyszę Purchawce w ceremoniach związanych ze Wszechmatką, lecz to również robi jej syn. Na czym polega bycie zielarzem? Głównie właśnie zbieranie ziół, lecz też leczenie chorych, choć ja się zajmuję bardziej sferą psychiczną niżeli fizyczną. Można w sumie powiedzieć, że jestem nieco połączeniem stróża pod względem dbania o dobrostan Owocniaków oraz uzdrowiciela, pod względem leczenia. Niby mógłby to robić szaman lub uzdrowiciel, lecz z jakiegoś powodu jest to zadanie zielarza. A co do tego, że długo to stanowisko było puste, to nie znam do końca szczegółów.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Kiedy tylko wrócili, zwiadowczyni u boku zielarki, wkroczyła do dziupli, gdzie zaniosła uzbierane zioła aż do samego składziku. Ledwo zdążyła odłożyć pakunki, gdy starsza porwała z nich parę ziół i podała Purchawce oraz Gołąbkowi.
— No, mam nadzieję, że udało mi się odpowiedzieć na twoje dawne pytania oraz nie masz mi za złe tamtej sytuacji.

<Wrono?>

Wyleczeni: Czereśnia, Całunka

Od Mistral CD. Łzy (Łzawej Łapy)

Przeszłość

Biała kotka mając chwilę oddechu od leczenia chorych w Owocowym Lesie, opuściła dziuplę. Mimo zjedzenia czegoś na śniadanie czuła nieprzyjemne ssanie, świadczące o tym, że poprzednia piszczka najwidoczniej nie wystarczyła na długo. Wystarczył krótki moment, raptem parę uderzeń serca, gdy we wnętrzu drzewa nikogo nie było, a już przypałętała się tam dwójka kociąt Purchawki. Widząc czekoladowego kocurka przed wejściem, machnęła końcówką ogona i ruszyła w jego kierunku. Ten widząc nadchodzącą zielarkę, nieco się skulił, doskonale wiedząc, że prawie zrobił coś, czego nie powinien. Mistral jedynie ruchem głowy wskazała mu żłobek, a młodzik od razu zrozumiał przekaz i sprawnie wrócił pod opiekę matki.
Z Modrogończykiem jej szybko poszło, lecz inaczej mogła się sprawa mieć w przypadku czarnej młódki, która zdecydowanie śmielej zajrzała do wnętrza legowiska. Niebieskooka odłożyła po cichu piszczkę, by następnie niespodziewanie przemówić, zaskakując tym samym Łzę.
— Co ty tu robisz, kociaku? — Cudem powstrzymała się od syknięcia przy tym.
— My- — zaczęła, lecz musiała zdać sobie sprawę, iż jej brata już nie ma z nią. — Rozglądam się tylko po moim legowisku — odparła z lekkim chłodem, nie kryjąc też dumy, która zapewne wynikała z tego, że jest córką szamanki Owocowego Lasu i myśli, że wszystko jej wolno.
“Twoje legowisko? No raczej po moim robaczywy trupie” — prychnęła w myślach, gryząc się przy tym w język, by faktycznie tak koteczce nie odpowiedzieć.
— To nie jest miejsce dla kociąt. Wyjdź stąd.
— TAK SIĘ SKŁADA, że moja MAMA zarządza TYM miejscem. Więc TY stąd wyjdź.
— TAK SIĘ SKŁADA, że TWOJA mama mnie szkoliła i obecnie jestem ZIELARZEM — fuknęła i nie czekając na jakiekolwiek “ale” ze strony Łzy, złapała ją za skórę na karku i nie zwracając uwagi na jej protesty, zaniosła ją do Purchawki. Oczywiście Mistral nie szczędząc przy tym poinformowania szamanki o zaistniałej sytuacji, przez co starsza wyjaśniła kociakom, że nie można przeszkadzać w pracy innym kotom.
Może i jakoś bardzo nie usatysfakcjonowało to białej, lecz lepsze to niż nic. Nim opuściła kociarnię, odprowadziła krnąbrną kotkę swoim chłodnym wzrokiem, a następnie obróciła się na pięcie i wyszła.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa

Kotka cicho jęknęła pod nosem, gdy promienie słońca zaczęły się przebijać przez korony drzew, wpadając idealnie do dziupli. Zwinięta na posłaniu, zakryła oczy łapą z nadzieją, że to pozwoli jej na, choć chwilę snu, jednak próbę tę przerwało ciche krzątanie się Gołąbka. Ciężko westchnęła, podnosząc się końcowo z legowiska. Wciąż nie do końca obudzona, skierowała się do uzdrowiciela, który utykając na przednią łapę, próbował coś zrobić.
— Gołąbku… — mruknęła zaspana, czego potwierdzeniem było późniejsze ziewnięcie. —Wiesz, jaka jest pora?
— Przepraszam, nie chciałem Cię obudzić — wymruczał bury, na co zielarka przewróciła oczami.
— Lepiej powiedz, co Ci się stało z łapą.
— Ach! To nic takiego, serio — zaczął gorączkowo zapewniać. Po chwili jednak przestał, gdy dawna samotniczka zgromiła go wzrokiem. Kocur spuścił wzrok na swoje łapy, co biała wykorzystała, by lekko go popchnąć.
— Siadaj i pokazuj to. Nie jesteś już małym kociakiem Gołąbku, jeśli uzdrowiciel będzie chorować, to kto wyleczy innych w Owocowym Lesie? — spytała retorycznie, przyglądając się łapie zielonookiego. Rana zaczęła się sączyć, tworząc widoczny obrzęk w miejscu, gdzie występowała. Sięgnęła po zielę, które zaczęła przeżuwać na papkę w celu otrzymania soku. Ten bezpośrednio skapywał z jej pyska na zranioną kończynę młodszego.
— I kto to mówi? Kto ostatnio ciągle zmaga się z bezsennością?
— Ja to inna kwestia… — odparła nieco niewyraźnie.
— Daj spokój. Nie zgrywaj takiej twardzielki, która bierze wszystko na swoje barki. To nic takiego prosić o pomoc, szczególnie przy Wicio- — urwał, kiedy kotka niespodziewanie wypluła trybulę idealnie pod łapy chorego.
— Jak chcesz wtykać nos w nieswoje sprawy, to sam ogarnij tę infekcję — prychnęła.
Obróciła się na pięcie, czując, jak złość powoli w niej narasta. Za sobą usłyszała jedynie ciche westchnięcie uzdrowiciela, który był skazany na dalsze przeżuwanie papki, zapewne nie chcąc jeszcze bardziej denerwować niebieskooką. Machnęła rozwścieczona ogonem, przez co wywołała podmuch powietrza, który poderwał część lżejszych medykamentów, dotychczas równo ułożonych. Fuknęła na to pod nosem, zabierając się od razu do porządków.
Najgorzej było ze zbieraniem nasion maku, których część wylądowała niemal w każdym zakamarku dziupli.
— Widzisz? Byłabym lepsza od ciebie. — Nagle usłyszała głos kogoś, kogo już od dawna nie było w Owocowym Lesie.
— Zamknij się… — warknęła pod nosem, zwracając uwagę Gołąbka.
— Mówiłaś coś?
— Nie, zajmij się lepiej tym przeżuwaniem i idź po coś do jedzenia.
“Na Wszechmatkę, czemu jak muszę mieć halucynację to z tą zadufaną córką Purchawki…” — nie czekając dłużej na kolejne objawy bagatelizowanej bezsenności, sięgnęła po parę nasion maku. Gdy tylko je przełknęła, wzięła jeszcze liść macierzanki.
“Obym już nie musiała z tobą mieć więcej kontaktu, Łzo.”

Sesja wstrzymana

Wyleczeni: Gołąbek, Mistral

16 lipca 2026

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Po błędzie Wiciokrzewu była zmuszona przejąć szkolenie Gołąbka, gdyż tak naprawdę jako jedyna wśród mieszkańców dziupli uzdrowicieli go nie miała. Purchawka szkoliła Modrogończyka na przyszłego szamana, na co biała niezbyt przychylnie spoglądała. Obecnie bardziej im się przydadzą uzdrowiciele niż kolejny szaman, w dodatku wolała nie dopuszczać do siebie myśli, że jej dawna mentorka niedługo odejdzie do starszyzny na emeryturę. Nie chciała, by ta opuszczała ich legowisko — wystarczyło, że liliowy to uczynił.
Dawniej może i przeszkadzała jej obecność Wiciokrzewu, szczególnie na początku, kiedy to nadal żyła śmiercią swojej matki, jednak teraz wszystko wyglądało inaczej. Zielonooki był dla niej nieco, jak zastępczy ojciec, gdyż biologicznego nigdy nie poznała, a rodzicielka raczej mało co o nim mówiła. Po tylko księżycach Mistral też już powoli zaczynała zapominać momenty jako kociak, które spędzała u boku białej samotniczki.
Miała wrażenie, że odkąd pręgowanego kocura nie ma blisko, wszystko jakoś powoli się wali na jej oczach. Poczucie przytłoczenia coraz częściej jej towarzyszyło, aż w końcu przerodziło się w bezsenność, którą bagatelizowała. Nawet jeśli doskonale znała skutki swych działań, to uważała, że czas, który dotychczas poświęcała na sen, mogła wykorzystać na plan dotarcia do Wiciokrzewu, by ten w końcu otworzył się na nią.

«★»

Jasne spojrzenie powoli sunęło po każdym kocie w obozie, kiedy to zielarka wychyliła nos poza dziuplę. W pysku trzymała zawiniątko ziół, które w jej mniemaniu powinny pomóc emerytowanemu uzdrowicielowi — co dzień próbowała jakoś do niego dotrzeć. Jej wizyty w legowisku starszyzny stały się tak częste, że już pozostali Owocniacy nie spoglądali w stronę wejścia, kiedy tylko do ich uszu docierał dźwięk stawianych kroków. Może i zachowanie kotki było nieco egoistyczne, lecz pozostali mieli opiekę uczniów oraz stróżów, Wiciokrzew natomiast był tylko w jej łapach. Nie miała zamiaru komukolwiek pozwolić zniszczyć to, co skrupulatnie w ostatnich księżycach budowała.
Ledwo zdążyła wykonać pierwsze kroki w stronę ośnieżonego centrum obozu, kiedy przed nią pojawił się liliowy zwiadowca. Nieco tym zirytowana, trzepnęła końcówką ogona, choć na jej pysku widniał lekki uśmiech.
— Co Cię sprowadza Kurko? — spytała, kiedy tylko odłożyła trzymane zioła na ziemię przed swoimi łapami.
— Moja córka choruje i obawiamy się w żłobku, że to kocięcy kaszel.
— Przyprowadź ją — oznajmiła, na co starszy skinął głową i ulotnił się do żłóbka. W tym czasie biała westchnęła, obracając się na pięcie, by przygotować zioła dla Alki. Że też akurat teraz ktoś musiał jej ogon zawracać, szybko się z tym uwinie i pójdzie do Wiciokrzewu.
Długo nie musiała czekać na zmartwionego rodzica ze swoją pociechą. Do teraz Mistral myślała, że wyleczenie koteczki pójdzie szybko i sprawnie, lecz bardzo się myliła. Czekoladowa na każdą próbę podania ziół kręciła nosem, non stop oznajmiając, co jej się w nich nie podoba. Zielarka początkowo myślała, że wyjdzie z siebie w takim tempie i miała ochotę wręcz siłą wepchnąć lekarstwa w ten pyskaty pyszczek. Dopiero z późniejszą pomocą Gołąbka udało się namówić czekoladową.
— Nigdy więcej… — mruknęła, kładąc się na swoim posłaniu w głębi dziupli.
— Fakt, to był oporny przypadek — przyznał jej rację młodszy.
— Miałam iść do Wiciokrzewu, lecz Kurka z Alką mi plany pokrzyżowali… — poskarżyła się, mając dość tego wszystkiego. Odkąd pręgowany otruł Smugę i trafił do starszyzny, każda para łap się liczyła przy leczeniu Owocniaków. Na szczęście niewielką pomoc stanowił Modrogończyk, który postanowił iść w ślady matki.
— Teraz idź, ja na razie nigdzie się nie wybieram.
— Dzięki Ci Gołąbku, wiszę Ci największą piszczkę, kiedy tylko pora nagich drzew minie.
Nie czekając dłużej, podniosła się z dotychczasowego miejsca i niemal jak poparzona opuściła dziuplę, wcześniej zgarniając pakunek ziół, który przygotowała z myślą o starszym.

«★»

— Wiciokrzewie — zaczęła, podchodząc do zielonookiego. — Jak się dzisiaj czujesz? — spytała, ostrożnie kładąc zioła na ziemi, by następnie usiąść przed dawnym uzdrowicielem. Liczyła, że może dziś jej się uda z nim porozmawiać, że w końcu nadszedł dzień, kiedy to kocur, choć minimalnie się bardziej na nią otworzy.

<Wiciokrzewie?>

Wyleczeni:
Alka

21 maja 2026

Od Mistral Do Mordor

Młódka wylegiwała się w słonecznej części polany obozu. Jej plecy były przyjemnie ogrzewane przez zieloną trawę, która wcześniej była wystawiona na działanie promieni wielkiej, jasnej kuli na niebie. Po błękitnym nieboskłonie leniwie przemieszczały się w wyższych partiach, gdzie kocie oko nie było w stanie sięgnąć. Ptaki głównie latały niżej, więc przyszła zielarka Owocowego Lasu mogło dostrzec ich sylwetki na tle białych, pierzastych obłoków. Dopiero niedawno pojęła, co tak naprawdę urzekało szamankę w obserwacji nieba, że kiedy tylko mogła, to biała mogła ją znaleźć leżącą w centrum obozu ze wzrokiem utkwionym w niebie. Starsza też lubowała się w nazywaniu chmur, jakby miało to sprawić, że te pozostaną w danym kształcie, niestrudzenie opierające się bezlitosnym prądom wiatru, które pchał je dalej, naruszając delikatną strukturę.
Niebieskie oczy leniwie śledziły ruch coraz to kolejnych chmur, kiedy ta, którą wzięła za obiekt obserwacji, znikała, przysłonięta koronami drzew, otaczającego ją lasu. Po chwili ciężko westchnęła, czując, jak jej ciało rozluźnia się coraz bardziej – tego jej właśnie było trzeba. W ostatnich dniach starał się, jak mogła, by pokazać Wiciokrzewu, że jest gotowa ukończyć szkolenie i zająć stanowisko oficjalnego zielarza Owocowego Lasu, szczególnie iż to kocur teraz dźwigał na barkach zdrowie pobratymców, gdyż szamanka przebywała w kociarni, a on był jedynym uzdrowicielem po tym, jak Poranek postanowił zakończyć swoje życie wśród nich. Tylko że wcześniej nie było takiego problemu, jak teraz, ponieważ mieli jeszcze Purchawkę, a dymna teraz była zajęta wychowywaniem potomstwa. Mistral nie miała serca jej o cokolwiek prosić w kierunku jej mianowania, gdyż doskonale wiedziała, że zgodnie z sojuszem część kociąt zostanie oddana pod opiekę ojca za parę księżyców, więc starsza zapewne chciała, jak najwięcej czasu spędzić z nimi.
W końcu oderwała spojrzenie od nieba, by skierować je na legowisko starszyzny. Te znajdowało się pomiędzy dwoma krzewami kaliny, które kolejno to od bliźniaczych klonów zajmowali stróżowie i królowe z kociętami. Środkowy krzew zajmowała czwórka kotów, a wśród nich dawna liderka oraz jej zastępczyni, Przypływ z Pieczarką. Ich towarzyszami była najstarsza kotka, Kajzerka, oraz Lis, który był niewiele starszy od niej, lecz z powodu ran odniesionych po spotkaniu z rudym drapieżnikiem, nie był w stanie kontynuować szkolenia na stróża, biorąc też pod uwagę jego poważne problemy z równowagą. Kocur nie był w stanie ustać nawet na łapach, szczególnie że jedna z nich była na tyle zmasakrowana, że przez księżyce źle się zrosła i tak naprawdę nie nadawała się do użytku.
Młody Lis był zdecydowanie najbardziej wymagającym kotem w Owocowym Lesie pod względem opieki uzdrowicieli. Z Pieczarką było podobnie, gdyż po walce z bobrami straciła kończynę – niby nic wielkiego patrząc na to, iż Wiciokrzew także kiedyś stracił łapę, lecz on był młodszy od dawnej liderki. Na szczęście uzdrowiciele nie byli sami sobie pozostawienie z opieką nad starszymi, gdyż byli jeszcze stróżowie mieszkający tuż obok. Każdy z nich posiadał bardzo podstawową wiedzę medyczną, będąc w stanie odciążyć uzdrowicieli, biorąc się za leczenie mniej poważnych obrażeń, które najczęściej wymagały jedynie opatrunku.
Wiciokrzew wraz z Gołąbkiem znajdował się u starszych, kiedy to Mistral spostrzegła ruch przy żłobku. Niebieskie ślepia od razu skierowały się na kota, który opuszczał kalinę – jej źrenice zwęziły się nieco, kiedy to ujrzała Purchawkę, która zmierzała w stronę uczennicy. Od razu obróciła się na brzuch i wstała z ziemi.
— Purchawko — zaczęła, lecz została uciszona przez szamankę.
— Lubczyk i floks.
— Co? — spytała zdziwiona, nie rozumiejąc słów żółtookiej.
— Na co podajemy lubczyk i floks.
— Zmieszane razem pomagają w leczeniu kaszlu.
— Macierzanka?
— Łagodzi nerwowość, niepokój i stres.
— Olcha?
— Pomaga przy bólu zęba.
— Tatarak?
— Na infekcje. — Z ostatnią odpowiedzią białej, dymna skinęła głową, a jej pysk przyozdabiał uśmiech. Po tym kotka odeszła bez słowa pod drzewo, gdzie mieściło się legowisko Czereśni.
Szok nadal trzymał się uczennicy, kiedy obserwowała rozmowę między Purchawką a liderem Owocowego Lasu, nie rozumiejąc zbytnio zachowania królowej. Dopiero po chwili otrząsnęła się z tego stanu i od razu zerknęła do żłóbka, Rohan obserwowała zabawę swoich kociąt z czwórką od czarnej. Mimowolnie odetchnęła z ulgą na ten widok – nie wiedziała czemu, ale obawiała się, że kotka mogła ot tak zostawić potomstwo bez jakiejkolwiek opieki.

«★»

Dziwne zachowanie Purchawki wyjaśniło się, kiedy to w czasie Wysokiego Słońca czekoladowy lider zwołał Owocniaków. Każdy był ciekaw powodu, dla którego Czereśnia postanowił ich zebrać w jednym miejscu. Żółtooki znajdował się na najniższej gałęzi topoli i kiedy tłum w miarę ucich, rozpoczął przemowę:
— Mistral, wystąp.
Niebieskooka zdziwiona rozejrzała się po zebranych, szukając wzrokiem Purchawki. Kotka stała w wejściu do żłobka wraz z Rohan i kociakami, a jej pysk zdobił uśmiech dumy ze swojej uczennicy. Dopiero po chwili wyszła przed innych, stając przed Czereśnią, który nad nią górował.
— Najwyższy czas, abyś stała się zielarzem, zajmując profesję, która długo pozostawała pusta. Wykazałaś się wytrwałością i empatią. Czy przysięgasz pozostać lojalna naszej społeczności i dbać o jej zdrowie?
— Przysięgam.
— A zatem witamy cię jako nowego zielarza Owocowego Lasu! — Zebrani od razu zaczęli głośno skandować imię młódki.
O zmierzchu kotka wyszła wraz z szamanką poza obóz, by jej już dawna uczennica odbyła ostatnią ceremonię tego dnia, czyli rytuał Poznania Oblicza Swego Mienia, gdzie otrzyma także Imię Duszy. Każdy kot inaczej odkrywał swoje imię, dlatego też biała nieco się stresowała, szczególnie przez to, że mentorka poświęcała jej czas, który powinien być przeznaczony dla kociąt. Na szczęście daleko nie odeszły, kiedy zawiał silny wiatr, zrywając z drzew jeszcze parę młodych i słabych liści, które zaczęły tańczyć wokół ich dwójki.
— Chyba już poznałaś swoje mienie, Orkanie Muskający Skraj Przepaści.

«★»

Sprawnie wróciły do obozu, od razu udając się do żłobka, gdzie cztery kociaki czekały na swoją mamę. Mistral już im nie przeszkadzała, chcąc porozmawiać chwilę z Rohan, jednak jej uwagę przykuł młoda szylkretka, która zdawała się ją zabijać wzrokiem. Mimowolnie się wzdrygnęła, nim postanowiła podejść do młódki.
— Witaj Mordor.

<Mordor?>
[937 słów]

[19%]

Od Mistral Do Pierścienia

W ostatnich dniach, jak nie księżycach sporo się działo – szokująca prawda o Ziemniaku, ucieczka Czajki, bobry, miot sojuszniczy między Owocowym Lasem a Klanem Burzy. W tym wszystkim Wiciokrzew pozostał sam jako uzdrowiciel, gdyż Purchawka przebywała w kociarni, jako królowa i matka czwórki maluchów, które niedawno przyszły na świat. Kocur teraz miał na głowie aż dwójkę uczniów, z czego Mistral była bardziej niezależna, gdyż koniec jej szkolenia zbliżał się wielkimi krokami, a przynajmniej tak uważała młódka – chciała, jak najszybciej zostać zielarzem i nie być już ciężarem dla ojca, który miał do wyszkolenia jeszcze Gołąbka. Dlatego też, kiedy mogła, to brała na siebie leczenie Owocniaków, doglądanie starszyzny oraz swojej mentorki i najmłodszych członków ich społeczności.
Do tego, co jakiś czas odwiedzała czwórkę więźniów, głównie ze względu na niedawną chorobę Poziomkowej Polany, ale i sprawdzanie ogólnego stanu pozostałych. Na szczęście nikt z dawnych samotników już nie chorował, więc biała nie musiała się martwić o kolejną niespodziewaną epidemię, której mogli doświadczyć w czasie problemów z bobrami. Z ich powodu część starszych odeszła, trafiając pod opiekę Wszechmatki.
Uczennica właśnie przysłuchiwała się ojcu, do którego dykcji zdążyła się już na tyle przyzwyczaić, że ta nie przeszkadzała jej w żadnym stopniu. Starszy wraz z burym młodzikiem znajdował się w składziku z ziołami i po kolei tłumaczyć każdą roślinę – czym jest, gdzie znaleźć, jak i kiedy stosować. Mistral oczywiście posiadała już tę wiedzę, więc kiedy tylko widziała, jak liliowy wskazuje na kolejny medykament, niebieskooka w myślach od razu wymieniała najważniejsze informacje. Na obecny moment nie miała zbyt wiele do roboty, a po zapasy wychodziła z jakimś wojownikiem raptem parę wschodów słońca temu. Już myślała, że wyleczyli wszystkich chorych w tym, kiedy usłyszała czyjeś kroki w legowisku.
Z lekkim uśmiechem wycofała się ze składziku i już miała pytać przybysza, co mu dolega, kiedy to ujrzała przed sobą srebrną zastępczynię. Nic do kotki nie miała, lecz to i owo słyszało się o jej temperamencie, który przekazała dwójce kociąt, którymi musiał zajmować się biedny Topola. To właśnie na swojego partnera czekoladowa zrzuciła obowiązek wychowania potomstwa, co raczej nie przypadło do gustu, lecz nie jej było to oceniać – w końcu była jedynie uczennicą i znajdą, którą księżyce temu przyprowadzić Wiciokrzew do obozu. Mistral początkowo też nie była istny uosobieniem grzeczności, jednak dzięki wpływowi Purchawki zmieniła się, tak? Tak.
— Witaj Figo, coś dolega, że pomiędzy obowiązkami znalazłaś czas na przyjście do nas? — spytała, starając się brzmieć na tyle przyjaźnie, by później nie być na celowniku zastępczyni.
— Jest może Wiciokrzew?
“Jeszcze jakieś widzimisię robi… Spokojnie, pozytywne nastawienie.”
— Niestety jest zajęty treningiem Gołąbka, lecz jestem ja — odparła, by następnie wskazać kotce jedno z posłań.
— Wolałabym –
— Nalegam — przerwała jej, co spotkała się ze spojrzeniem srebrnej spod przymrużonych powiek. W końcu jednak zajęła miejsce, na które chwilę wcześniej wskazywała młodsza. — To, co dolega? — spytała ponownie, podchodząc bliżej pręgowanej.
— Swędzi mnie ucho.
“Ach tak, przy oklapniętych uszach łatwiej o infekcje” — pomyślała, a fidze jedynie skinęła głową, by oddalić się po aksamitkę.
— Wiciokrzewie, masz może pod łapą aksamitkę? — zapytała, pojawiając się na nowo w składziku, gdzie bury uczeń właśnie próbował sobie przypomnieć zastosowanie jagód jałowca. Biała tylko kątem oka zerknęła na ciemne kulki u jego łap, w których miał utkwiony wzrok, dopóki nie usłyszał starszej.
— Ja wiem, gdzie jest! — wyrwał się ochoczo, na co Mistral przewróciła oczami z uśmiechem. Kocurek miał zapała, to musiała przyznać.
— Ty to tam się skup na jałowcu, bo w tyle z wiedzą będziesz — oznajmiła zaczepnie, a w międzyczasie liliowy sięgnął po upragnioną przez jego córkę roślinę. — Chcecie coś później zjeść? — dodała, mając w planach udać się po zwierzynę przed odwiedzinami Purchawki w żłobku.
— Wiewiórkę.
— N-nornicę.
— Przyniosę, kiedy tylko wyjdę od Purchawki.
— To dla niej a-aksamitka? — dopytywał zielonooki uzdrowiciel.
— Nie, Figa przyszła z infekcją ucha. — Ojciec jedynie skinął na jej słowa i wrócił do treningu burasa. W tym czasie niebieskooka z kwiatem w pysku podeszła do zastępczyni, by przeżuć roślinę na papkę, którą następnie nałożyła w miejscu infekcji, choć czekoladowa raczej nie była zbytnio zadowolona z tego powodu. Mistral jednak nie obchodziło jej kręcenie nosem – skoro przyszła to musiała się liczyć z takim obrotem spraw.

«★»

Kiedy tylko srebrna opuściła dziuplę, po chwili w ślad za nią podążyła uczennica. Ona jednak swoje kroki skierowała prosto do żłobka, w którym na szczęście już nie przebywała dwójka kociąt tworzących istny chaos na tak małej przestrzeni. Jedno z nich za mentora dostało Figę, a drugie samego Czereśnie. Dzięki ich nieobecności w legowisku panował tam istny spokój, które od paru księżyców brakowało. Oczywiście Purchawka nie była jedyną królową, gdyż oprócz niej była jeszcze Rohan z trójką potomstwa, z czego dwójka z nich odziedziczyła nietypową biel po matce.
— Witaj Purchawko, Rohan — przywitała się na wstępnie, by następnie podejść do małych kulek, które ciasno leżały przy brzuchu dymnej. Dwójka z nich to kotki i kolejna to kocury, niemal każde było czarno-białe oprócz Modrogończyka, gdyż ten był czekoladowy. Niby cała czwórka była podobna do siebie, a jednak inna – różniła ich też ilość bieli, gdyż Gończyk i Zew mieli jej niewiele w porównaniu do sióstr, Łza była bicolorem, a Psianka arlekinem.
Chwilę porozmawiała ze swoją mentorką, dzieląc się wieściami, jakie miała dla niej. Później podeszła do Rohan, a przynajmniej taki był plan, gdyż na jej drodze pojawił się srebrny kocurek, który obserwował jakiegoś robaka na ziemi.
— Hej Pierścieniu — zaczęła, kucając, by znajdować się mniej więcej na wysokości kociaka. — Co tam obserwujesz? — spytała, samej skupiając na chwile wzrok na drobnym żyjątku.

<Pierścieniu?>
[887 słów]

[18%]

Wyleczeni: Figa

17 maja 2026

Od Mistral Do Wrony

Kiedy tylko pierwsza fala szoku nowymi członkami Owocowego Lasu minęła, biała miała wrażenie, jakby każdy w jakiś sposób odetchnął, nawet jeśli zwiadowcy i wojownicy mieli więcej do roboty przez kolejne pyski do wykarmienia. Uczennica zastanawiała się nawet, czy by samej nie spróbować zapolować lub nieco ograniczyć ilość piszczek, które brała ze stosu — szybko jednak zrezygnowała z obu pomysłów, uznając, że w przypadku pierwszego nie będzie z siebie jakiegoś pośmiewiska robić, a przy drugim to po prostu byłoby głupotą głodzić się z powodu paru nowych kotów. Szczególnie że była pora nowych liście, więc zwierzyny aż tak nie brakowało, jak w czasie nagich drzew, kiedy to przymrozki dają o sobie znać na niemal każdym kroku.
Wraz z Purpurą właśnie wracała ze zbierania ziół, by uzupełnić braki po zimniejszej porze roku. Przy okazji wojownik niósł w pysku upolowaną wiewiórkę, która w czasie ich wyprawy popełniła największy błąd życia, zbliżając się do dwójki Owocniaków. Oboje przez większość czasu byli niczym myszy w poszyciu, kiedy uczennica zbierała rośliny do składziku, dlatego też rude stworzenie za późno zdało sobie sprawę z zagrożenia, schodząc z drzewa. Purpura nie wahał się, kiedy tylko gryzoń znalazł się w zasięgu jego skoku. Mistral nawet powieka nie drgnęła na ruch starszego — była zbyt zajęta zbieraniem ziół, by przejmować się zwierzyną, plus ufała wojownikowi, że w razie zagrożenia ją obroni.
Ledwo przekroczyła obóz, a już jakiś kociak przebiegł jej przed łapami. Machnęła ogonem, przez przypadek trącając Purpurę, hamując się przed wydaniem z siebie zdenerwowanego fuknięcia. Może i przeszła sporą zmianę charakteru dzięki Purchawce, jednak mimo to nie lubiła, kiedy jakiś kociak plątał się jej pod łapami. Wojownik spojrzał na nią pytającym spojrzeniem, na co kotka przepraszająco się do niego uśmiechnęła, by następnie rozejść się w swoje strony — liliowy do stosu, a biała do dziupli. Przywitała się skinięciem głowy z Wiciokrzewem i Gołąbkiem, którzy byli zajęci treningiem młodszego. Fakt, iż zielonooki miał aż dwójkę uczniów na raz, motywował Mistral, by jak najszybciej ukończyć swoje szkolenie i objąć profesję, które długi czas było puste, jakby czekało na nią.
— Mistral, możesz się z-zająć Kroplą? — Do jej uszu dobiegł głos ojca.
— Zaraz! — odpowiedziała, przyspieszając swoje ruchu w składziku. Po dłuższej chwili wyłoniła się i przywitała z kotką, która ledwo powstrzymywała się przed drapaniem. Niebieskookiej to wystarczyło, by na szybko zniknąć po aksamitkę i wrócić z nią do chorej. Płatki wraz z liśćmi przeżuła na papkę i zaczęła ją nakładać w miejscach, gdzie stróż czuł swędzenie.
Kiedy tylko Kropla opuścił legowiska uzdrowicieli, uczennica sama chciała to uczynić, chcąc wziąć coś na ząb.
— Chcecie coś ze stosu? — spytała dwójkę kocurów.
— Ja chce nornicę! — odparł radośnie bury. Niebieskooka skinęła głową, jako znak, że przyjęła jego prośbę do wiadomości.
— Sam później coś w-wezmę… — poinformował liliowy, co spotkało się z mało przychylnym spojrzeniem córki.
— Trzymam za słowo, inaczej powiem Purchawce — rzuciła, by następnie skierować się do wyjścia. Miała szczęście, że stos ze zwierzyną był tuż obok ich legowiska, więc daleko nie musiała chodzić, choć i tak to wystarczyło, aby jakiś kociak wpadł na nią. — Uważaj! — fuknęła na jedno z dzieci Figi. Dopiero po chwili zdała sobie z tego sprawę, a wolałaby nie ściągać na siebie gniewu zastępczyni. — Znaczy, uważaj następnym razem malcu, co? Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia — poprawiła się, posyłając kociakowi uśmiech.

<Wrono?>
[534 słowa]

[11%]


Wyleczeni: Kropla

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Przeszłość

Po niedawnych wydarzenia w Owocowym Lesie niebieskooka zaczynała się coraz bardziej martwić stanem liliowego uzdrowiciela. Często z nieco zmrużonymi oczami obserwowała kocura, doszukując się każdych oznak, świadczących o jego pogorszonym stanie. Nie wiedziała zbytnio co z tym zrobić, biorąc pod uwagę, iż coś na wzór empatii wobec innych pojawiło się u niej coś niedawno i głównie za sprawą Purchawki. Dymna po tylu księżycach stała się niemal matką dla uczennicy — biała z czasem zaczęła być zapatrzona w nią jako wzór do naśladowania. Mistral podziwiała to, jak większość Owocniaków aż lgnie do jej ciepła. Młódka nawet przestała z jakąkolwiek niechęcią uczęszczać na spotkania organizowane przez szamankę. Ba! Sama nawet zaczęła się na nich udzielać, dzieląc się swoim strachem przed lisami. Kiedy tylko podzieliła się z innymi starym, bolesnym wspomnieniem, poczuła, jakby ktoś zdjął z jej barków niewyobrażalny ciężar.
Prowadząc swoje obserwacje, podążała często za kocurem niemal krok w kroku. Podobnie było w przypadku, kiedy to Wiciokrzew wraz z Purchawką wyszli z dziupli do legowiska starszyzny. Młódka pozostała na zewnątrz, czekając, aż zielonooki zakończy podawanie ziół choremu Lisowi. Biała już dawno zakończyła swe kąśliwe przytyki wobec starszego, lecz nadal widziała jego obawy, kiedy to mieli ze sobą styczność. Czuła palące poczucie winy na samą myśl swojego wcześniejszego zachowania wobec mentora, jednak za każdym razem, kiedy próbowała go przeprosić, rezygnowała z tego pomysłu lub zmieniała temat.
Zamyślona, nie zauważyła, kiedy to Wiciokrzew opuszczał odwiedzane legowisko, by następnie wpaść na córkę. Tej na szczęście udało się zachować równowagę, dzięki czemu uniknęła upadku. Kiedy miała pewność, że stoi stabilnie, skierowała swoje spojrzenie na pysk uzdrowiciela, nawiązując z nim krótki kontakt wzrokowy, który został przerwany ze strony liliowego.
— Czy… coś Cię gryzie? — spytała nieco niepewnie, nie będąc pewna, czy powinna poruszać ten temat, jednak coś jej mówiło, że musi. — I nie mów, że nic, bo widać, że coś jest nie tak. Proszę… Jesteś moim mentorem i jednocześnie kotem, który mnie i brata ocalił przed śmiercią w lesie, dlatego… Chce wiedzieć, co się dzieje.

«★»

Obecnie

Niebieskooka miała wrażenie, że odkąd do Owocowego Lasu dołączyło parę nowych kotów, to ma łapy pełne roboty. A jakby tego było mało, to Purchawka musiała się przenieść do kociarni, gdyż lada dzień miała się spodziewać kociąt, mających być symbolem sojuszu z Klanem Burzy. Mistral nie była do końca przekonana, ogólnie sam zamysł sojuszniczego miotu jej nie przypadł do gustu, lecz nic nie mogła z tym zrobić, w końcu nadal była uczennicą, choć coś czuła, że niedługo ulegnie to zmianie.
Wracając do obecnej sytuacji w obozie, nie tylko ona miała łapy pełne roboty, gdyż nowo przybyli zostali więźniami, których ktoś musiał w końcu pilnować, nie? Dodatkowo pewna wśród nich szylkretka podobno miała łapy zbrukane niewinną krwią. Sama Purchawka zaoferowała się z pomocą resocjalizacji morderczyni — przyszła zielarka Owocniaków nie była do końca przekonana ani tym bardziej zadowolona z pomysłu, lecz ufała szamance, choć czasem obawiała się o jej życie, kiedy to przychodzili po Rysi Trop. Jednakże odkąd dymna przeniosła się do żłobka, spotkania dla chętnych nieco stanęły pod znakiem zapytania.
Mistral raz na jakiś czas przychodziła odwiedzić więźniów, a bardziej to spytać się pilnujących ich kotów, czy ktoś z przetrzymywanych pod nadzorem potrzebuje pomocy. Za którymś razem usłyszała, że szylkret, Poziomkowa Polana, ma sztywną kończynę. Poprosiła strażników o możliwość porozmawiania z kocurem — chwilę później znalazła się w dole pod opieką jednego z wartowników, by przeprowadzić krótką rozmowę z chorym. Kocur był dość nieśmiały i niemal, co słowo się jąkał. Dawniej niebieskooka, by już po paru słowach Poziomka stała w tej dziurze zirytowana i zniecierpliwiona, jednak teraz? Istna oaza spokoju z drobnym uśmiechem na pysku, mającym zapewnić rozmówcę, że wszystko w porządku i uczennica go wysłucha.
Kiedy tylko kocur zakończył swój monolog o urazie, młódka skinęła głową i po poinformowaniu, że zaraz wróci, skierowała się w stronę, z której przyszła, by po wyjściu z dziury od razu udać się do legowiska uzdrowicieli. Nie zwracając uwagi, czy Wiciokrzew i jego kolejny uczeń znajdują się w dziupli, skierowała swoje kroki do składziku, z którego wzięła korzeń żywokostu i ziarna maku. Jego pikantny zapach niemal od razu uderzył w nozdrza białej, lecz ta jakby znieczulona na to, wybyła chwilę później z dziupli. Dość szybko powróciła do więźniów — strażnicy bez pytania pozwolili jej zejść do osadzonych. Kocur nadal znajdował się w miejscu, gdzie wcześniej go zostawiła.
Przykucnęła przy chorym, podając mu najpierw mak. Nim przeżuje żywokost na papkę i nałoży na bark, musiała wcześniej nastawić kończynę, co do przyjemniejszych należeć nie będzie. Gdy była w miarę pewna, że zjedzone przez Poziomka ziarna uśmierzą ból, poprosiła wartownika o pomoc, by następnie dość wyćwiczonym ruchem nastawić bark. Oczywiście, tak czy siak, szylkret zawył z bólu, jednak ten był mniejszy niż gdyby nie zjadł wcześniej ziaren maku.
Ignorując nieco przeszywające spojrzenia pozostały więźniów, wzięła przyniesiony korzeń żywokostu, by zacząć go przeżuwać na papkę. Może sprawiała wrażenie persony bez uczuć, skoro kompletnie zignorowała wcześniejszy krzyk ze strony Poziomka.
— Gotowe, przez parę dni będę przychodzić i sprawdzać Twój stan — oznajmiła, zerkając później na kota, który schodzić z nią do tej przeklętej dziury.

«★»

Zmęczona, nawet nie wiedząc zbytnio po czym, padła na posłanie w legowisku uzdrowicieli akurat w momencie, kiedy Wiciokrzew zjawił się w dziupli. Lekko machnęła ogonem z lawendą od Purchawki, od razu zaczynając śledzić kocura wzrokiem — dałabym sobie łapę uciąć, że widziała, jak kocur wzdrygnął się pod ciężarem jej spojrzenia.

<Wiciokrzewie?>
[879 słów]

[18%]


Wyleczeni: Poziomkowa Polana

01 maja 2026

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Przeszłość

— Coś często mdlejesz — rzuciła w stronę liliowego kocura, który jakiś czas temu został przetransportowany do lecznicy, kiedy to zemdlał idealnie na środku obozu. — Weź sobie parę dni wolnego od tego wszystkiego, w końcu Owocowy Las się nie zawali, kiedy to tylko ja z Purchawką i Porankiem będziemy leczyć. A tobie to może na dobre wyjdzie — dodała, aby następnie wyminąć starszego i udać się do składziku ziół. Młódka nie zamierzała tracić cennego czasu na naukę medykamentów, a przy okazji może znajdzie kolejne braki, które później będą idealnym pretekstem do opuszczenia obozu.

Może i Mistral dość często zachowywała się wyniośle wobec innych, lecz nadal żyła stratą matki. Raczej nikt nie chce być świadkiem, jak lis rozszarpuje ciało twojej rodzicielki, która oddała życie za te twoje. W dodatku, kiedy ujrzała, jak takie samo rude stworzenie wpada do obozu za pewnym głupim uczniem, wszystko w niej na nowo odżyło. Ukrywała fakt, iż opuszczanie bezpiecznego obozu również napawało ją strachem — kiedy udawała się z Purchawką lub jednym z uzdrowicieli na zbieranie ziół, to raczej nie brali nikogo dodatkowego. Choć też zdarzały się pewne wyjątki, na przykład młódka pamiętała, jak parę razy z nimi szła Orchidea, szczególnie po tym ataku lisa, gdzie istniało ryzyko, że jakieś osobniki kręcą się w pobliżu.

Obecnie

Kolejne księżyce mijały, a biała kotka zdecydowanie na dobre zagościła w legowisku uzdrowicieli Owocowego Lasu, nawet jeśli jej nauki nie do końca skupiały się na przyszłej roli uzdrowiciela. Młódka pamięta, jakby to wczoraj Purchawka oznajmiła, iż wybiera ją jako swoją uczennicę, by została w przyszłości nowym zielarzem w ich społeczności. Stanowisko to dość długo było puste, a dokładnie od momentu, kiedy to dymna została szamanką, zastępując swoją poprzedniczkę, która odeszła do Wszechmatki. Mistral nigdy nie dopytywała o zmarłą, gdyż tak naprawdę nie było jej to potrzebne do czegokolwiek, a uczennica dodatkowo była nieco pochłonięta niedawnym pomysłem swojej mentorki. Purchawka wymyśliła otwarte spotkania teraupetyczne, na które regularnie przychodziło parę kotów, a mianowicie Lis, Kajzerka, Przypływ, Drobinka, Miodunka, Mgiełka i Całunka. Każdy z nich miał swoje własne powody, dla których pojawiali się w tym skromnym towarzystwie i dzielili się tym, co im leży na sercu.
Niebieskooka początkowo była dość sceptycznie do tego nastawiona, a nawet zamierała się łapami przy początkowych namowach Purchawki, oczywiście mając na uwagę to, jaki miała sposób bycia uczennica, a był on dość kontrowersyjny. Choć dało się zauważyć, że odkąd ta szkoliła się na zielarza, coś w jej charakterze uległo zmianie, jakby sama szamanka miała jakiś pozytywny wpływ na to. Nikt raczej na to nie narzekał, gdyż przy wcześniejszym nastawieniu Mistral do wszystkich, to każdy, a przynajmniej większość starała się przychodzić do Poranku, Wiciokrzewu czy nawet Gołąbka, szkolącego się pod okiem rudego uzdrowiciela. Biała początkowo jedynie zbywała to machnięciami łapą, uważając, że każdy to mysi móżdżek, skoro myślą, że jest ona gorsza od pozostałych Owocniaków, którzy razem zamieszkiwali dziuplę.
W końcu jednak zaczęły następować pewne drobne zmiany w zachowaniu Mistral, początkowo były to nieśmiałe uśmiechy, kiedy ktoś akurat przychodził do legowiska, a ona była w środku. Z czasem zaczęła schodzić z tonu i zaprzestała swych opryskliwych uwag. Najbardziej na tym wszystkim skorzystał Wiciokrzew, który mógł odetchnąć z ulgą, kiedy nie musiał się obawiać dość ciętych uwag ze strony młodszej. Po jakimś czasie nawet zaczął pojawiać się wstyd za swoje wcześniejsze zachowanie wobec swojego mentora. Chciała go przeprosić, lecz zawsze nagle coś odciągało ją od tego lub sam kocur był akurat w danym momencie czymś zajęty. Czy Wszechmatka chciała, by młódka żyła z narastającym poczuciem winy, które z każdym dniem paliło coraz bardziej?
Wir mało przyjemnych myśli został przerwany przez pojawienie się cętkowanego zwiadowcy w legowisku. Akurat uczennice była wraz z Purchawką, gdyż Poranek był zajęty szkoleniem Gołąbka, a Wiciokrzew gdzieś niedawno wybył. Szamanka od razu przywitała Guziczka, zaczynając nieco trajkotać jak katarynka, na co Mistral rozbawiona przewróciła oczami. Zielonooka zdążyła już chyba każdemu z osobna w Owocowym Lesie powiedzieć o spotkaniach niewielkiej, które miały cel terapeutyczny i poprawienie dobrostanu psychicznego każdego, kto chciał przyjść. Za każdym razem przybyli mogli liczyć na kwiatki od Gołąbka, który ten zbierał je akurat na te okazje — początkowo niebieskooka dość sceptycznie do tego wszystkiego podchodziła, lecz z czasem sama zaczęła pojawiać się na spotkaniach, tłumacząc się przed samą sobą, że dzięki temu będzie lepszym zielarzem w przyszłości, kiedy tylko nadejdzie dzień, gdy zostanie mianowana.
— Purchawko, chyba już każdy w Owocowym Lesie wie o twoim pomyśle, nie musisz każdemu z osobna o tym mówić — odparła z drobnym uśmiechem, podchodząc do szamanki i zwiadowcy. — Lepiej poszukaj Wiciokrzewu — dodała, spoglądając przez chwilę na mentorkę. Ta krótka chwila wystarczyła, by dymna zrozumiała pewne obawy ze strony Mistral, których raczej nie wypowiadała głośno.
— Jesteś pewna, że dasz sobie radę sama? — spytał niepewnie Guziczek. Biała rozumiała jego obawy, w końcu nadal była uczennicą i to raczej dość młodą, lecz jej wiedza powoli zaczynała dorównywać tej, którą posiadali pozostali.
— Oczywiście! Skoro mam aż dwóch mentorów — odparła, a następnie wskazała wolne posłanie z mchu. Starszy po chwili wahania je zajął, a kotka mogła na spokojnie przyjrzeć się jego oku. Było one załzawione i ropiało, co musiało być mało przyjemne, dlatego też bez zbędnego zwlekania ruszyła po jaskółcze ziele. Dość sprawnie odnalazła odpowiedni medykament, więc już po chwili ponownie znalazła się przy chorym, choć na tym jej zadanie się nie kończyło, gdyż glistnik musiała najpierw przeżuć, a następnie jako okład nałożyć na zainfekowane oko.

«★»

Mistral ciężko odetchnęła, kiedy tylko wypuściła z legowiska zwiadowcę. Czuła, jak ją szczęka boli od zbyt intensywnego przeżuwania ziela, lecz wolała mieć pewność, że papka będzie odpowiednia i zadziała, kiedy położy ją na oku Guziczka. Na szczęście obecny ból się opłacić, gdyż właśnie obserwowała, jak kocur wita się ze swoim partnerem, który także był zwiadowcą. Oba kocury nosiły na sobie dość świeże rany po walce z bobrami — żałowała, że musiała, jak na ostrych krzewach czekać na powrót liliowego uzdrowiciela. Kiedy tylko ich cała grupa wyruszyła, obawiała się, że coś może nie pójść po myśli Pieczarki i Czereśni, czego skutkiem będzie narażenie Wiciokrzewu i Drobinki na atak wroga. Na szczęście im nic się nie stało, a co Mistral dziękowała Wszechmatce.
— Wiciokrzewie, gdzie byłeś? — spytała, kiedy tylko starszy znalazł się na tyle blisko, by nie musiała krzyczeć na cały obóz.

<Wiciokrzewie?>
[1017 słów]

[20%]


Wyleczeni: Guziczek

22 marca 2026

Od Mistral

Pora zielonych liści powoli dobiegała końca, a zapas ziół nie był obiecujący, co mogło być złym omenem na nadchodzące sezony, szczególnie że miało być coraz chłodniej, więc raczej nic zbytnio już nie będzie kwitnąć. Niebieskooka opuściła składzik, by niemal od razu się minąć z Wiciokrzewem, który szedł po jakieś zioła. Nieco zdziwiona zamrugała parę razy, myśląc, że wyleczyli już wszystkich chorych w tym sezonie, jednakże musiała być w błędzie.
— Wiciokrzewie, sprawdzałam przed chwilą zioła, nie musisz tego robić — zagaiła, spoglądając w stronę kocura.
— N-nie o t-to c-chodzi — wyjąkał, biorąc po kolei zioła wzmacniające i przeciwwymiotne, co jeszcze bardziej przykuło uwagę uczennicy.
— To o co? Po co ci te zioła? — dopytywała, podchodząc bliżej swojego ojca, choć nie wiedziała o tym fakcie. Nawet przez myśl jej nie przeszło, by być spokrewnioną z uzdrowicielem, a co dopiero jakimś lowelasem, jakim był Jaskier — była w pełni przekonana, że jej matka nie zniżyłaby się do takiego poziomu, by utrzymywać tego typu stosunki z wędrującym uzdrowicielem.
— D-dla s-starszyzny — przyznał.
— Jak to dla starszyzny? Myślałam, że wszystkich w tym sezonie uleczyliśmy…
— O-ostatnio s-skarżą s-się na w-wymioty, bóle b-brzucha i b-biegunkę, c-choć p-parę i-innych k-kotów podobnie — odparł starszy, kończąc powoli pakować poszczególne zioła w zawiniątka.
— Jakaś epidemia, zakaźna choroba? — zaczęła się zastanawiać na głos.
— N-nie w-wiem, a-ale m-muszę to z-zanieść.
— Pomogę ci, a później z Purchawką pójdziemy po wodę oraz pozbierać zioła — poinformowała liliowego.
— D-dziękuję.
— Nie dziękuj, tylko rusz ten stary zad.

«★»

W legowisku starszyzny panował niemały zamęt, niektórzy zwijali się z bólu brzucha lub wymiotowali po kątach, przez co na białym pysku Mistral pojawił się widoczny grymas. Z zawiniątkiem między zębami podeszła do dawnej szylkretowej wojowniczki, która zaciskała szczękę z powodu bólu. Uczennica od razu odłożyła pakunek ziół, by następnie podać jagody jałowca i liście malwy na później. Potem podeszła do kolejnego kota z podobnymi objawami i podało to samo.
Kiedy tylko udzielili każdemu wszystkim szybkiej pomocy i podali zioła, niebieskooka wyszła, chcąc odetchnąć świeżym powietrzem oraz znaleźć Purchawkę — w takim tempie zabraknie im ziół i Owocniacy będą coraz bardziej chorować, aż w końcu znajdą się w krytycznym stanie. Machnęła ogonem przyozdobionym łodyżką lawendy, by ruszyć na poszukiwania szamanki i drugiego uzdrowiciela, w końcu ktoś musi pomóc Wiciokrzewowi, kiedy to jej nie będzie w obozie wraz ze zwariowaną kocicą. Znalezienie Poranka było znacznie łatwiejsze niż odszukanie Purchawki, gdyż kocica miała w zwyczaju włóczyć się w okolicach obozu i zbierać rzeczy na talizmany. Gdy tylko przekazała wieści starszemu uzdrowicielowi, ciężko westchnęła, szukając wzrokiem kota, którego mogłaby wykorzystać do swoich celów. Nawet jeśli szkoliła się na zielarza, to nadal była uczniem i samotne opuszczanie obozu było dla niej zabronione, także odszukała wzrokiem liliową wojowniczkę, którą już miała okazję poznać.
— Orchideo, pójdziesz ze mną — zarządziła i nie czekając na jakikolwiek sprzeciw starszej, ruszyła w stronę wyjścia z obozu.
— C-czekaj — zawołała pomarańczowooka, będąc nadal w szoku słowami uczennicy.
— Nie ma “czekaj”, trzeba uzupełnić zioła, a Purchawki nie ma w pobliżu. Samej nie wyjdę, więc mi pomożesz — wyjaśniła pokrótce, nie mając zamiaru tracić czasu, dlatego też słowa te wypowiadała w marszu, nie przewidując nawet opcji zatrzymania się, dopóki nie dotrze do jednego z docelowych miejsc, by pozbierać zioła.

[517 słów]

[10%]

19 marca 2026

Od Mistral Do Śpiewającej Łapy

Niebieskooka ciężko padła na posłanie w dziupli, mając wrażenie, że Purchawka i Wiciokrzew dziś ją przeciągnęli wzdłuż i wszerz całego terytorium Owocowego Lasu, a jej obolałe łapy wołają o pomstę. Musiała przyznać, że liliowy pomimo braku jednej z kończyn to całkiem nieźle dawał sobie radę, będąc w stanie utrzymać całkiem żwawe tempo, które nawet dla młódki było drobnym wyzwaniem po jakimś czasie chodzenia. Po chwili ciężko westchnęła z męczeńską nutą, kiedy uświadomiła sobie, że przecież cała brudna i zakurzona nie pójdzie spać — musi się dobrze prezentować, choć też zapewne rano nie będzie miała na tyle czasu, by ogarnąć z grubsza swoją bujną sierść. Ta miała tendencje do plątania się i tworzenia kołtunów, które pozostawione na pastwę losu mogły przysporzyć dużych problemów w późniejszym czasie.
W końcu podniosła się ociężale, by z na wpół przymkniętymi powiekami rozpocząć powolne wylizywanie białej szaty. Na posmak ziemi na języku nieco się skrzywiła, notując w głowie, aby później pójść coś jeszcze zjeść i uzupełnić płyny — przecież nie może sobie pozwolić, żeby nagle zemdleć z odwodnienia na środku obozu. Musiała być dobrym przykładem dla innych, szczególnie młodszych członków, którzy to najczęściej byli przeciwni przyjmowaniu ziół, będące w większości przypadków gorzkie w smaku. Mistral nie zamierzała się później z takimi podrostkami użerać, jeszcze czego! Nie będzie się litować nad kimś, ponieważ smak leków im nie podchodzi, też coś. Ona na ich miejscu, by chyba dziękowała za to, niżeli narzekała — biorąc pod uwagę, że w ostatnich dniach zbyt często czuła na języku smak gruntu lub czegoś innego, co później zabijało niemal całe odczucia smakowe w trakcie posiłku. Jeszcze brakowało, aby nagle drobinki ziemi zaczęły jej chrzęścić między zębami. Mimowolnie wzdrygnęła się na tę myśl.
W czasie tych przemyśleń dotarła z językiem do ogona, z którym zawsze było najwięcej roboty, szczególnie iż sierść na nim była długa i wyjątkowo gęsta. Dodatkowo lawenda podarowana przez Purchawkę zaczynała powoli usychać, więc będzie musiała ją podmienić w najbliższych, a obecną łodygę z kilkoma kwiatostanami zachowa, zapewne tworząc dodatkowy element do posłania. W sumie to przydałoby się jakoś ozdobić tę plątaninę mchu i patyków, by nie wyglądało tak… nudnie i przeciętnie. Może jutro z rana, kiedy tylko pierwszy patrol zwiadowców powróci, to wyciągnie któregoś z uzdrowicieli lub kogokolwiek innego, kogo będzie mieć akurat pod łapą, by pomógł jej ze znalezieniem jakichś piór. Było parę kotów w Owocowym Lesie, które posiadały kolekcje ptasiego upierzenia, więc zapewne znają też miejsca, w którym może być go na tyle, by i Mistral pozbierała parę i przyniosła ze sobą do legowiska uzdrowicieli.
“Przydałoby się też poszukać jakichś ziół, które zamaskują zapach śmierci” — pomyślała, uświadamiając sobie nagle, ile było przypadków zgonu w ostatnich księżycach. W takim tempie to chyba połowa Owocowego Lasu znajdzie się głęboko pod ziemią, niżeli po niej stąpając.

«★»

Zaraz po powrocie patrolu, została wyciągnięta z wygodnego posłania przez dymną szamankę, która miała zamiar nieco zintegrować uczennicę z innymi członkami ich społeczności, co już raczej od początku było skazane na porażkę w większości przypadków. Głównie ze względu, że biała znaczną część Owocniaków traktowała niczym głupców, którzy jedynie ciągną za sobą innych — dobrym przykładem był Lis, którego młódka obwiniała o śmierć Pumy oraz Muchy, nawet jeśli drugiego kocura nie kojarzyła zbytnio. To tak bicolor, który za życia był stróżem i był jej nieco bardziej znany, gdyż zdarzyło się parę razy, by zawitał do żłobka i na przykład pomagał Fruczakowi z dwójką znajdek. Niebieskookiej wtedy zdawało się, że Świergotkowi znacznie łatwiej było zawierać wszelkie nowe znajomości niż jej — swe obserwacje i późniejsze domysły brała z tego, iż rudy często na swoim pyszczku nosi uśmiech, co u niej raczej czymś codziennym nie było. Szczególnie jeśli mówimy o takim szczerym, radosnym, jak na kociaka przystało. Jednocześnie nienawidziła arlekina za to, ponieważ zachowywał się, jakby ich ukochana matka nie zmarła rozszarpana przez lisa, jakby w ogólnie nie był świadkiem tej katastrofy.
— Purchawko, przydałoby się pozbierać zioła maskujące śmierć — zagaiła niebieskooka, kiedy tylko nieco oddalili się od obozu Owocowego Lasu. Pod opieką szamanki nauczyła się nieco więcej taktu i zdawała sobie sprawę, że innym nadal może być ciężko po śmierci niektórych członków — nawet jeśli ona sama nie umiała im zbytnio w tym współczuć. Fakt, straciła Tramontanę, jednak ona nie przechodziła żałoby, a jedynym co czuła to tęsknotę za nią i złość na rude zwierzę, które postanowiło zniszczyć jej rodzinę. Nie było u mniej miejsca na łzy, smutek, czy marazm — przeżyła to i jedyne, co mogła robić to wszystko, by matka była z niej dumna, gdyby nadal stąpała po tych ziemiach.
— Racja, chyba lawenda z miętą się kończą — przytaknęła starsza, zmieniając nieco dotychczasowy kierunek marszu. — W dodatku wrzos podobnie.
Owocowy Las miał o tyle szczęścia, że na swoim terenie posiadali Wrzosową Polanę, także akurat tych roślin mieli pod dostatkiem, o ile susza wszystkiego nie wyjałowiła i na miejscu nie zastaną wysuszonych kwiatostanów, które cudem utrzymują się łodygi. Oprócz tego na podobny los były narażone inne zbierane medykamenty, które rosły na wrzosowiskach lub ich pobliżu.

«★»

— Uważaj na Drogę Grzmotu, potwory nie patrzą, kogo zabijają — przestrzegła ją dymna, na co biała jedynie skinęła głową i ruszyła w głąb Wrzosowej Polany. Niby nie powinny się rozdzielać, jednak teren wrzosowisko był raczej nizinny i z dość daleka można było dostrzec drugiego kota, więc Purchawka nie obawiała się o swoją uczennicę. Poza tym była pewna, że w razie czego sobie poradzi i nie zrobi niczego głupiego — w końcu nie należała do tego typu person.
Mistral jak dotąd była jedynie w tych okolicach z może parę razy i zawsze nieco ją ciągnęło w stronę granicy z Klanem Burzy. Jak dotąd nie miała przyjemności doświadczyć bliskich interakcji z klanowiczami, gdyż była za młoda, by pójść na ostatnie zgromadzenie, co raczej nie przeszkadzało kotce. Powoli zbliżała się do śmierdzącej Drogi Grzmotu, co jakiś czas zatrzymując się, by zebrać bardziej soczyste pędy wrzosu lub innych roślin, aż w końcu była w stanie dostrzec teren po drugiej stronie czarnej ścieżki. Z postawionymi uszami niemal na sztorc uważnie nasłuchiwała możliwych zbliżających się potworów, lecz z jednej, jak i drugiej strony piszczała cisza, a jedynymi dźwiękami, jakie docierały do jej białych uszu, był nikły szum wiatru, bicie własnego serca i… kroki po drugiej stronie, za granicą Klanu Burzy. Po chwili jej oczom ukazał się fragment kremowego futra.

<Śpiewająca Łapo?>
[1023 słowa]

[Przyznano 20%]

Od Mistral

Niecały księżyc minął, odkąd biała młódka została uczniem, a jeszcze mniej czasu przeminęło od momentu, kiedy to Purchawka zadeklarowała się, że będzie drugą mentorką Mistral, nauczając jej głównie tego, co będzie musiała wiedzieć jako przyszły zielarz. Niebieskookiej znacznie łatwiej szło z nauką ziół i chorób, niż z przekonaniem się do Wszechmatki — przez dość negatywne nastawienie do kotów żyjących w klanach i tego typu społecznościach, uważała, że nie istnieją żadne nadnaturalne siły, a po śmierci nikt nie zamienia się w ptaki. Szamanka nie naciskała na swoją uczennicę, jednak czasem subtelnie jej przypominała, by na przykład podziękowała Wszechmatce za posiłek, udane zbiory ziół, czy też małą ilość chorujących kotów.
Mistral początkowo jasno pokazywała swoje niezadowolenie na ten temat, jednak w tak krótkim czasie polubiła mentorkę, że niechęć do tego pokazywała jedynie, gdy po całym dniu miała dość obcowania z kimkolwiek. Introwertyczna strona i niechęć przekazana przez Tramontanę u młódki była niewielką przeszkodą, która mogła zaważyć o przyszłości kotki w danej nacji, jednak powoli pojawiał się promyk nadziei — skoro do Purchawki się przekonała, to może do innych także? Szamanka niemal na każdym kroku przekazywała niebieskookiej ciepło, którego od dawna doświadczała ze strony Owocniaków. Jednakże to od samej młódki mogło dużo zależeć, gdyż jeśli nie będzie wykazywać żadnych chęci pozostania w ich otwartej społeczności, to z wiekiem może mieć pod górkę. Oczywiście nie było to zasadą, gdyż w Owocowym Lesie było parę kotów, które miało zadziorny charakter i ostry język, lecz żadne z nich nie piastowało tak odpowiedzialnego stanowiska, jak uzdrowiciel, zielarz czy szaman. Wszystkie nacje są potrzebne do harmonijnego funkcjonowania społeczności, ale to właśnie na barkach uzdrowicieli spoczywał obowiązek leczenia chorych, zielarza zbieranie ziół i dbanie o dobrostan psychiczny członków, a szaman natomiast był odpowiedzialny za wszelkie ceremonie związane ze Wszechmatką lub naznaczeniem uchu innych odpowiednią ilością cięć.

«★»

Uczennica dość szybko przywykła do faktu, iż była szkolona nie przez jednego, a przez dwóch różnych mentorów, którzy byli dość różni od siebie. Przy Wiciokrzewie biała musiała wykazywać się niezwykłą cierpliwością i wyrozumiałością, by znieść jego wypowiedzi, które ciągle były przesiąknięte zająknięciami. Purchawka natomiast miała dość ubogi zasób słownictwa, także przy niej niebieskooka musiała nieco uważać jakich określeń używa w czasie rozmowy ze starszą — po pierwszym dniu stwierdziła, że sezony im zajmie szkolenie, jeśli ta będzie musiała tłumaczyć niemal połowę swoich wypowiedzi, przekształcając je na znacznie prostsze. Można powiedzieć, że Mistral przy szamance czuła się niczym przy kociaku, którego słownictwo ogranicza się do tego, które zdążył usłyszeć od innych kotów.
Mistral większość wolnego czasu spędzała nad ziołami, które mieściły się w składziku, jakimś cudem mieszczącym się w ich dziupli, chłonąc wiedzę, którą otrzymywała od dwójki mentorów. Jej spojrzenie padło na ziarna maku, których zapasy powoli się kończył, na co cicho westchnęła pod nosem. Po tym niebieskie oczy powędrowały na kolejne zioło, a raczej puste miejsce — na jej pysku od razu pojawił się grymas. Podniosła się z dotychczasowego miejsca i gniewnie machnęła ogonem, uważając, by lawenda, którą otrzymała od Purchawki, pozostała w niezmiennym położeniu.
— Wiciokrzewie, nie mamy korzenia łopianu — poinformowała liliowego, który akurat witał się z Czerwcem. Młódka jedynie skinęła głową w stronę czekoladowego zwiadowcy, podchodząc bliżej uzdrowiciela. — Gdzie jest Purchawka? Obiecała, że dziś pójdziemy zbierać zioła — dodała, zasiadając obok starszego. Uczennica przeniosła na chorego nieco zmrużone oczy, by bez słowa podnieść się i wrócić do składziku, z którego ledwo chwilę temu się wyłoniła. Długo jednak tam nie zabawiła, gdyż po paru uderzeniach serca wyszła, niosąc w pysku zawiniątko.
— Proszę, ogórecznik na gorączkę — wymruczała, podsuwając zioło starszej.
— S-skąd t-ty…
— To i owo Purchawka mnie już czegoś nauczyła — wyjaśniła, wzruszając ramionami. W tym czasie Czerwiec z grymasem na pysku zjadł podane liście. Po tym zwiadowca pożegnał się z nimi.
— N-nawet n-nie zdążyłem g-go o n-nic zapytać, a-a t-ty j-już w-wiedziałaś, co j-jej dolega.
— Zmysł obserwacji jest ważny, szczególnie zauważania subtelnych zmian — odparła, spoglądając na zielonookiego. — A więc widziałeś może Purchawkę? Trzeba uzupełnić zapasy, póki sezon sprzyja.
— P-poszła c-coś zjeść.
— Ta jej obserwacji chmur i ich nazywania kiedyś mnie wykończy… Znając ją, zamiast jeść, to wyleguje się w słońcu i spogląda w niebo.

«★»

Młódka się nie myliła, co do poczynań mentorki, gdyż kiedy tylko opuściła dziuplę, jej oczom ukazał się widok dymnej, leżącej niemal na środku obozu. Niebieskooka pociągnęła językiem po swojej śnieżnobiałej sierści na klatce piersiowej, przywołując do siebie odpowiednio duże pokłady cierpliwości. Po chwili ruszyła w kierunku starszej, by stanąć tuż nad nią i cicho odchrząknąć.
— Łopian się skończył. Obiecałaś zbieranie ziół — odrzekła, spoglądając na błogi wyraz pyska szamanki. W takich momentach zastanawiała się, czy kocica może czegoś po kryjomu nie bierze, w końcu kocimiętka była w stanie uzależnić.
— Dołącz do mnie, pooglądajmy chmury — wymruczała żółtooka.
— Purchawko.
— Chociaż chwilę, nie biegnij tak za wszystkim — dodała, co spotkało się z ciężkim westchnieniem, kiedy tylko biała postanowiła jej ulec, dołączając do raczej niecodziennego zajęcia i to idealnie pośrodku obozu.
— Dobrze, ale potem zioła. — Na te słowa usłyszała obok siebie cichy chichot, na co zdziwiona skierowała swoje spojrzenie na Purchawkę.

«★»

— Orchideo, dołącz do nas.
“Chwila, co? Tego nie było w planach! Purchawko, czemu… Przecież mieliśmy we dwie iść…”
— Ale… — zaczęła niebieskooka, lecz nie dokończyła, widząc uśmiech na pysku dymnej.
— Wojownik się przyda — wyjaśniła, chwilę przed tym, jak liliowa podeszła do nich na tyle blisko, by mogła usłyszeć ich słowa.
— Idziecie zbierać zioła? — spytała kotka, której wibrysy były lekko kręcone, co nieco przykuło uwagę białej.
— Tak! A ktoś musi nas obronić przed bobrami w razie czego.
— Chcecie udać się w pobliże ich terenów? — Nuta niepokoju pojawiła się w głosie wojowniczki.
— Łopian rośnie przy wybrzeżach rzek, więc nie mamy zbyt dużego wyboru. Jeśli się obawiasz, to weźmiemy kogoś innego — odparła. — Młodszego — dodała, wbijając niewielki cierń prosto w serce liliowej.
“Coś dużo kotów w Owocowym Lesie jest liliowych” — przeszło jej przez myśl, kiedy bacznym wzrokiem śledziła sylwetkę rozmówczyni. Liczne szramy, półdługa sierść, pędzelki na uszach. Przez chwilę Mistral zdawała się zapamiętywać każdy skrawek ciała Orchidei.
— Słoneczko, to było niemiłe — zganiła ją szamanka.
— Wybacz mi Purchawko. Ty także Orchideo — powiedziała młódka, jakby doskonale wiedziała, czego oczekuje od niej dymna.
— N-nic się nie stało i chętnie z wami pójdę.

«★»

Dymna prowadziła ich trójkę wzdłuż linii brzegowej rzeki, która przepływała przez tereny Owocowego Lasu, a przez obecne skwary jej poziom widocznie się obniżył, lecz nie oznaczało to, że nie stanowi żadnego zagrożenia. Biała słyszała, że parę kotów w niej utonęło przez swoją nierozwagę, dlatego też blisko trzymała się swojej mentorki dla swojego i jej bezpieczeństwa — dziwiła się jakimś cudem Purchawka ze swoimi zezem, daje radę wychodzić po zioła i nie zabić się po drodze. Przecież nie raz widziała, jak ta przez przypadek wpada na drzewo, nawet teraz w czasie ich podróży szamanka przynajmniej dwa razy uderzyła głową w pień, a kolejne tyle była blisko. Niebieskooka kątem oka obserwowała przybrzeżną roślinność, szukając w niej łopianu. W końcu jej jasny wzrok spostrzegł to, po co się wybrały.
Znalezienie rośliny pół biedy, jednak ta z fioletowymi kwiatostanami miała mocno rozgałęzione korzenie, których wykopanie trochę trwało.
— Już nie dziwię się, że zwykle jest go mniej… — westchnęła, przedzierając się przez zarośla, by następnie przystąpić do kopania. Nikt nie mówił, że uzdrowiciele i zielarze są kotami pracującymi fizycznie.
“No ta, bo na pewno jedynie leżą i pięknie pachną” — sarknęła w myślach, odgarniając kolejne ilości ziemi.

[1188 słów - wyleczenie postaci NPC + zbieranie ziół w towarzystwie szamana]

[Przyznano 24% + 5% + 5%]

Wyleczeni: Czerwiec