Parę dni przed zaginięciem Lśniącej Gwiazdy.
Mróz pory nagich liści kłuł liliową kocicę w poduszki jej łap, mimo posiadania długiego futra niska marzła niemiłosiernie. Nie zwracała jednak zbytnio na to uwagi, była po prostu zbyt zamyślona. Jej myśli wirujące w jej głowie jak w tej chwili płatki śniegu w wietrze. Wyraz jej pyska był nieco zmartwiony, jednak inni członkowie patrolu byli zbyt zmęczeni i zajęci myślami o cieple własnych legowisk, by zauważyć. W pysku trzymała jedną chudą mysz, ale to nie było czymś, o co teraz dbała. Nie, w jej myślach krążyła inna rzecz — zostanie wojownikiem. Nie chodziło o nią, już dawno nosiła to miano. Chodziło bardziej o jej własnego brata. Cicha Łapa był uczniem zdecydowanie zbyt długo. Śnieg chrupał pod jej łapami z każdym krokiem, jednak nawet to nie mogło wyrwać ją z jej myśli. Około dwudziestu księżyców... A on nadal dzieli legowisko z uczniami. Zdecydowanie zbyt długo. Ona sama jakimś cudem została mianowana dosyć wcześnie, nawet jeśli była bezużyteczna (trochę zastanawiała się, czy po prostu nie chcieli męczyć jej byłej mentorki treningami z taką mróweczką jak ona).... A jej dużo użyteczniejszy, przynajmniej w jej mniemaniu brat nadal był jakimś cudem uczniem. Nie rozumiała tego. Modliła się do Klanu Gwiazdy od dzieciństwa o wiele rzeczy, nawet jeśli nadal nie umiała do końca uwierzyć. Jej brat zazwyczaj nie był jedną z nich, był zbyt perfekcyjny, żeby potrzebował jakoś dużo pomocy. Jednak ostatnio, o dziwo główną z rzeczy przebijających się w jej modlitwach było mianowanie brata. Nie mogła go stracić, słyszała, że kiedyś były przypadki wygnania kota z powodu braku chęci nauki. Co prawda tego nie doświadczyła, nigdy kogoś takiego nie znała, ale sama myśl o tym, że mogą wygnać jej brata, sprawiała, że chciała krzyczeć, płakać i rosła jej gula w gardle. Nie chciała zostawiać brata, ale nie mogłaby porzucić Klanu Klifu i zostać zdrajczynią. Nie było jeszcze powodu, w końcu byli uczniowie nieco starsi od niego, ale nadal bała się o niego... Odetchnęła głośniej, jednak szum wiatru zagłuszył to dla innych. Próbowała więc o tym nie myśleć, jej myśli skoczyły więc na inne zmartwienie. Miała wrażenie, że Kurza Skorupa od dłuższego czasu znalazła sobie nowe towarzystwo, kiedy ostatnio rozmawiały? Czy nadal są przyjaciółkami? Co prawda nigdy głośno sobie tego nie powiedziały, ale tak było co nie..? Nie była tego do końca pewna. Czy powinna też znaleźć sobie kogoś nowego do lubienia..? Pszczeli Lilak, widziała ją jako kogoś mądrego, czyżby poznała się na niej? Czy to była kara od losu, za to, że nadal tęskni za matką? Westchnęła ponownie. Kotka zbyt pochłonięta myślami nie szła zbyt uważnie, nie zauważyła odrobinki lodu znajdującego się pod śniegiem. Liliowa co prawda nie upadła, ale jej noga przesunęła się do przodu, w dosyć nieprzyjemny sposób. Zastygła w miejscu, a reszta patrolu stanęła, po paru biciach serca nie słysząc jej kroków za nimi. Do okrągłych uszów kocicy przedostał się ledwo słyszalny głos:
— Pszczeli Lilaku? — Zapytała o dziwo... Kwiecista Werbena.
Reszta patrolu nie powiedziała nic, tylko odwrócili swoje łby, zapewnię zaciekawieni, co się dzieje. Pszczeli Lilak, nie wiedziała, czy to dlatego, że byli zbyt zmęczeni czy raczej stwierdzili, że Kwiecista Werbena cokolwiek się stało, załatwi to. Myśl o tym, że może nie obchodził ich los takiej małej mróweczki, jak ona sama przeszła po głowie Lilak. W każdym razie orientując się, że nadal stoi z wyciągniętą łapą ostrożnie ruszyła ją w swą stronę i uśmiechnęła się sztucznie do dymnej szylkretki. Odłożyła na chwile chudą mysz i odpowiedziała:
— Przepraszam, po prostu się poślizgnęłam — Odpowiedziała Liliowa.
— Nic ci nie jest? — Dopytała.
— Tak, możemy iść — Odrzekła Pszczeli Lilak, biorąc mysz z powrotem do pyska.
Patrol zaczął iść dalej w stronę obozu. Jednak Kwiecista Werbana tym razem szła bardziej z tyłu, niemal na równi z Pszczelim Lilakiem. Nieco dziwiło to liliową, nie rozumiała tego zachowania. Od czasu do czasu jej wzrok spuszczał się na wyższą, lecz nadal drobną kotkę. Nie martwiła się, że to zauważy, po tej stronie nie było zielonego oka (przypominającego jej strasznie kolorem świeże liście na drzewach) kotki. Była za to ogromna blizna, zdecydowanie pamiątka czegoś nieprzyjemnego. Nie wiedziała do końca skąd, Kwiecista Werbana ją miała. Okej, nie wiedziała tego zupełnie. Ciekawiło ją pochodzenie blizn szylkretki, jednak nie zamierzała o to pytać. To mogłoby być niemiłe. Zdecydowanie wiedziała jednak jedno — Kwiecista Werbana musi być na pewno bardzo silna. Silna i wytrzymała. Musiała przeżyć coś strasznego, a jednak wyszła z tego i nadal służy Klanowi Klifu... To jest coś, co się podziwia. Odetchnęła cicho. Ciekawe, jakim kotem jest Kwiecista Werbana. To była dziwna myśl, nigdy nie zwracała na nią uwagi. Czy był to znak, by spróbować z nią kiedyś porozmawiać? Kto wie, może się dogadają? Miała nadzieje, tylko jak do niej podejść? Kotka szybko pogrążyła się w rozmyślaniach na temat drugiej kotki, odrywając się na chwilę od zmartwień. W każdym razie po dłuższym czasie grupa kotów w końcu wróciła do obozu, a liliowa nadal była pogrążona w myślach. Chociaż rodziło się w niej też inne uczucie, ciekawość. Kotka była ciekawa Kwiecistej Werbany, nigdy wcześniej nie miała z nią zbytnio żadnych interakcji i chciała to zmienić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz