Przeszłość
Kocur zareagował na słowa Kocimiętkowego Wiru i podszedł do niej.
– Tak mamo?
– Koszmarna Łapo, chce cię zapoznać z twoją babką, Dyniową Skórką. – kiwnęła głową w stronę starszej.
– Witaj, Koszmarna Łapo! Jak miło cię poznać! Jak ty wyrosłeś! Jaki kawaler! Pamiętam, jak Kocimiętka mówiła mi, jaki byłeś mały…
– Mamo! – zawstydziła się zielonooka
– Oj tam, kiedyś był, teraz to wszystkie koty na niego polecą. – zaśmiała się – może pójdziemy na spacer?
– Dobry pomysł! – mruknęła radośnie mistrzyni.
Koszmarowi również się to podobało. Kochał swoją rodzinę w nieco unikalny sposób. Razem wyszli z obozu, ciesząc się rześkim powietrzem. Koszmar bardzo dobrze się czuł w obecności Dyniowej Skórki, super się z nią rozmawiało, a na dodatek lubiła kości! Doszli do wielkiego jeziora. Woda lśniła w słabym świetle słońca. Na tej wodzie była czarna wyspa, jakby zwęglona. Tam było również drzewo, które jako jedyne się na niej trzymało.
– To tam był kradzież skór! – rzekła Kocimiętkowy Wir – mieszka w tamtym drzewie i wychodzi tylko wtedy, gdy znajdzie nowe ofiary…
– Mamo, nie jestem już mały! Znam prawdę! – miałknął lekko oburzony kocur. Przecież musiał gdzieś się wygrzewać na słońcu, albo chociaż suszyć skóry.
– No dobrze, masz rację, to tylko była bajeczka, ale podobała ci się, prawda?
Koszmarna Łapa nie spodziewał się takiej odpowiedzi, ale tylko kiwnął główką.
– Jaka historyjka? Kocimiętko, jaką ciekawą historię opowiedziałaś?
– O zbieraczu skór, mogę później ci opowiedzieć.
W powrocie do obozu babcia pokazywała buremu kocurkowi ptaki, żartowali sobie, a nawet upolowała dla niego mysz.
– Nie, babciu, nie mogę tego przyjąć…
– Jedz, upolujemy jeszcze coś na stos.
Kocurek nie chciał się kłócić, a więc zjadł trochę i oddał co nieco matce.
– Już jesteśmy! – mruknęła młodsza ruda kotka.
– Cieszę się, że mogłam poznać chociaż jednego z moich wnuków bliżej. Może następnym razem się uda. Idę wypełnić inne obowiązki, ty pewnie też musisz, przecież jesteś mistrzynią! – liznęła delikatnie Kocimiętkowy Wir między uszami – miłego dnia! – Dyniowa Skórka machnęła ogonem i odeszła w głąb obozu.
– Też pójdę mamo, chwilę odpocznę… – mruknął niebieskooki – Pa, Kocimiętkowy Wirze! – mruknął i poszedł do swojego legowiska.
***
– Koszmarna Łapo, czas na trening! – bury usłyszał wołanie, które, jak później się okazało, należało do jego mentorki, Nadciągającego Pomroku.
– Już idę! – miauknął, rozciągnął się, przelizał kilka razy po klatce piersiowej i wyszedł z szylkretką z obozu.
Dzień był nieco chłodniejszy od poprzedniego, a liście szeleściły pod jego łapami. Gałęzie trzeszczały pod podmuchem wiatru. Pora Nagich Drzew była za rogiem.
Kotka zatrzymała się przy grubym drzewie i machnęła ogonem, aby również się zatrzymał.
– Dzisiaj będziemy uczyć się wspinać na drzewa. Wysuń pazury, wczep się w korę i się podciągnij, jasne?
– Jasne. – miałknął, popatrzył się na nią tajemniczo wyzywająco, wczepił się w pień. Pospieszył się jednak i zamiast się podciągnąć, stracił podparcie tylnych łap i uderzył się udem o korę.
– Uważaj! Nie tak szybko! Najpierw wolniej, najwyżej potem przyspieszysz.
Kocur kiwnął głową i wolniej wszedł bez większego problemu. Było dość wysoko. Niezbyt lubił wysokości. Był typem ociężałego kocura, a siedzenie na rozkołysanej gałęzi nie było dla niego komfortowe.
– Teraz zejdź! – krzyknęła Pomrok.
Pręgowany wbił pazury tylnych kończyn w korę i delikatnie zsunął się z drzewa. Lekko zakręciło mu się w głowie. Udało mu się jednak odzyskać równowagę i ostatni odcinek pominął, zeskakując na liście, które skruszyły się pod jego ciężarem.
– Bardzo dobrze. Teraz spróbujmy na sośnie. – mruknęła szylkretka.
Kora sosny była bardziej śliska, a odłamki kory łatwiej się odrywały. Jednakże chciał wykonać to wyzwanie i zaczął się wdrapywać do góry.
– Teraz schodź! – krzyknęła szylkretka.
Kocur chciał zaimponować mentorce i wdrapywał się dalej.
– Koszmarna Łapo! Możesz sobie zrobić krzywdę! – zawtórowała wezwanie.
Bury nic sobie z tego nie robił.
– Wracaj! – wydarła się.
Kocur nie chciał denerwować mentorki, więc zszedł z drzewa.
– Byłeś głuchy czy co? – zdenerwowała się Nadciągający Pomrok – mogłeś sobie zrobić krzywdę, a nie potrzebujemy inwalidów! – kocur nie mógł odgadnąć czy mówi żartem, czy na serio.
– Przepraszam ciociu, to był ostatni raz.
– Mam nadzieję. – poruszyła uszami – a teraz chodź, musimy coś dołożyć do sterty zwierzyny.
Teraźniejszość
Koszmarna Łapa patrzył się w przestrzeń. Nie można było wyczytać z jego pyska żadnych emocji. Wiatr muskał jego futro. Dzisiaj się dowiedział, że jego babcia, Dyniowa Skórka, nie żyje. Czuł… pustkę. Taką przygnębiającą pustkę. Ruda kotka była dobrym członkiem rodziny, choć miał z nią styczność tylko podczas tego jednego spaceru.
Ocknął się trochę z transu. A co z jego matką! Musi być niezwykle przygnębiona. Otrząsnął się, przeleciał wzrokiem po obozie i namierzył Kocimiętkowy Wir. Podbiegł do niej i lekko dotknął ją ogonem.
– Cześć mamo! Jak się czujesz?
<Kocimiętkowy Wirze?>
[734 słowa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz