To miało być zwykłe spotkanie rodzinne. No, prawie zwykłe, jeśli brać pod uwagę to, że wszyscy, prócz Wieczornika, byli już dawno martwi. Co jakiś czas odwiedzał ich groby, przynosił nowe kwiaty, ewentualnie szepnął kilka słów. O ile nie zapominał. Nie było nikogo, kto mógłby ich odwiedzać (prócz Zwinkowego Ogona czasem przychodzącej do mamy, ale miał wrażenie, że ona zapominała jeszcze częściej, niż on sam), więc cała odpowiedzialność spadła na jego łapy. Nie lubił być odpowiedzialny.
A jakież zdziwienie uderzyło w wojownika, kiedy w tym praktycznie zawsze spokojnym miejscu znalazł uczniaka, robiącego coś co najmniej niepokojącego. Wieczornik był zdezorientowany i jego dobrane na szybko słowa wychodziły zdecydowanie zbyt niemrawo. Jednak nagle Bezchmurna Łapa zadał mu zupełnie niepasujące do sytuacji pytanie, a on musiał zacząć trzeźwo myśleć i… Odpowiedzieć mu, tak po prostu? On wciąż nie przestawał kopać… Westchnął bezsilnie.
– Wieczornik to taki kwiat. Jasny, fioletowy albo biały, delikatny. W sumie to chyba mi pasuje – zaśmiał się nieco nerwowo.
Widział, jak kocurek nadstawia uszu na jego słowa. I tylko tyle. Rudzielec wziął głęboki wdech. I wydech. Postarał się zacisnąć zęby i brzmieć stanowczo.
– Bezchmurna Łapo, nie powinieneś tego robić. Zostaw ten grób w spokoju. Daj mamie… Odpocząć.
Zero wyraźnej reakcji. Słuchał go w ogóle? A może po prostu nie dawał tego po sobie poznać…
– Zobacz, tam leży moja rodzina – wskazał ogonem na kilka kupek ziemi parę kroków dalej – nikt ich nie próbuje odkopać. Leżą tak, bo zmarłym należy się szacunek. Choć pewnie o tym wiesz.
A przynajmniej miał nadzieję, że wiedział. Niestety, patrząc na jego wybryki, śmiał powątpiewać.
– Dlaczego to robisz? – rzucił jeszcze, wpatrując się gdzieś przed siebie, bardziej zamyślonym niż nieobecnym wzrokiem.
Nie otrzymał odpowiedzi.