BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Droździ Trel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Droździ Trel. Pokaż wszystkie posty

25 lipca 2021

Od Droździego Trelu cd. Jaśminowego Snu

- Nie martw się, będziemy uważać - zapewniło Jaśminowy Sen, bez praktycznie żadnej emocji na pyszczku - A jeśli napotkamy któregoś z tych rybojadów, obronię cię.
Droździ Trel przełknął ślinę. Pokazał szynszylowemu swoją złą stronę, tę strachliwą i wiecznie obawiającą się o nocniaków. W końcu klan rybojadów mógł maskować swój zapach, przekradać się podziemnymi tunelami w kierunku klifiaków, kończąc misję na zabijaniu w nocy, wyskakując z cienia niczym asasyni.
Ledwo co zdołał powtrzymać nerwowy pisk. Prędzej czy później wybuchnie przy Jaśmin, w to nie wątpił. Każdy, kto kiedykolwiek spotkał burego, widział go pogrążonego w strachu i panice. Wojownik chciał znaleźć sposób (przyjaciela, wspomnienie, zjawisko, cokolwiek), który zakopałby większą część boidupstwa głęboko w nim, jak najgłębiej.
Szli, szli i szli, patrol okazał się zaskakująco spokojny, co jednocześnie zdziwiło, ale i zaskoczyło Droździ Trel. Nic nie wyskakiwało, dzień trwał w najlepsze, słońce przygrzewało, a spod łap klifiaków wzbijały się w powietrze tumany suchego pyłu ziemi.
- Ładna po-pogoda, prawda? - zapytał się Jaśminowego Snu, chcąc trochę ich zagadać, chociaż na krótki moment.
- Prawda - odparło szybko, rozglądając się pilnie po otoczeniu.
Zbliżali się do terenów Klanu Nocy.
Okoliczne krzaki zaszeleściły.
Drozd, Drozd - rozległ się głos w głowie burego. - Masz szansę pokazać swoją wojowniczą część, pokaż to Jaśminowemu Snowi, pokaż to.
Skoczył przed nich, przyjmując postawę obronną. Wysunął pazury, syknął w kierunku krzaków. Wyobraził sobie obserwującą go Maślakowy Zagajnik, tę, która ukształtowała tchórza Drozda. Pragnął splunąć jej w pysk pokazując chwilową dominację.
- Pokaż się! - miauknął na cały głos. - B-b-bo.... was zle-zlejemy! - dodał, niestety już jąkając się. Znowu to samo.
Pomimo to oczekiwał na tajemniczego wroga z krzaków.


<Jaśmin?>

Od Droździego Trelu cd. Barwinkowego Podmuchu

 - Jesteś mym pierwszym i jedynym uczniem. Zajmujesz specjalne miejsce w moim sercu - powiedział Barwinkowy Podmuch, liżąc burego po głowie.
Droździ Trel, pomimo przywiązania i braku emanowania od czarnego złych intencji, spiął się. Pomimo księżyców spędzonych z przemiłym mentorem nie umiał w kontakty międzykocie. Szczególnie wymagające dotyku. Dotyk kojarzył mu się tylko z jednym - z przemocą, strachem i samymi złymi rzeczami. Nie potrafił się wyzbyć tych wszystkich negatywnych emocji i skojarzeń, nie potrafił. Zwyczajnie nie potrafił
- To jak? Idziemy na spacer? - zapytał pogodnym tonem starszy.
Żółtooki kiwnął głową niepewnie, od razu wybiegając z legowiska. Przystanął, słysząc wstającego z ziemi Barwinka. Odwrócił głowę w jego kierunku, uśmiechając się niepewnie. 
Uśmiechnął się. On. Uśmiechnął się. Pokazał wewnętrznego siebie, Droździego Bohatera.
- Wyglądasz przepięknie z uśmiechem na pyszczku - powiedział szczerze czarny, zrównując się z dawnym uczniem.
- J-ja... - przełknął ślinę ciemniejszy, próbując opanować drżenie głosu. Nie zamierzał przy każdym aż tak się jąkać. Nie, nie po to został wojownikiem, aby na zawsze pozostać boidupą. - Ty też wyglądasz zajebiście! Znaczy... pi-pię-pjenknie - wyjąkał, źle wymawiając słowo.
Barwinkowy Podmuch zaśmiał się, ocierając głowę o Droździ Trel.
- I takiego szczerego Drozda chciałbym widzieć za każdym razem - miauknął starszy do wojownika, gdy wychodzili już z obozu.
Powitało ich chłodne powietrze, słońce zbliżało się ku horyzontowi. Zbliżał się wieczór.
Kocury szły spokojnym tempem, zanurzając się we własnych myślach.
Drozd przypomniał sobie swój trening. Jakoś przeszedł przez te ksieżyce, jakoś. Drżał w nocy, słysząc nieznane dźwięki, czające się w bezkresnej ciemności, a zdołał ukończyć szkolenie, obejmujące mordowanie małych, niewinnych istotek, by tylko je zjeść. Pokiwał głową, wpadając na wystający z ziemi drzewny pieniek.
Odsunął się od drzewca, wydając zduszony pomruk i pusząc ogon.
- Wszystko dobrze?! - zapytał się Barwinek, podchodząc do własnego podopiecznego.
- Nie... Zagapiłem się. Zamyśliłem, przepraszam - mruknął Droździ Trel, nie patrząc na dawnego mentora.
- Za nic nie przepraszaj - skomentował czarny.
W myślach burego pojawiło się pytanie, które już od dłuższego czasu kwitło w jego umyśle.
- Czy.... byłeś kiedyś zakochany? Jakie to uczucie? - zapytał się, spoglądając w oczy starszego.

<Barwinku?>

11 lipca 2021

Od Droździego Trelu

Miał iść na patrol, z kimś obcym, kimś, kogo nie znał. Znowu, znowu z obcymi. Znowu zwykłe sprawdzenie terenu stanie się koszmarem, a nie przyjemnością.
Po przyzwyczajeniu się do Barwinkowego Podmuchu zdołał polubić patrole, znacznie bardziej niż walkę, polowanie, wymienianie mchu za karę, pomoc medykom w zbieraniu ziół. Podczas przeszukiwania terenu mógł się rozluźnić, wczuć w odgłosy przyrody, nauczyć się rozróżniać te gorsze dźwięki od przyjemniejszych.
Po prostu jakimś cudem otoczenie wprawiało kocura w błogi nastrój, przynosiło ukojenie rozedrganym emocjom, jakby przenosił się do alternatywnego, kociego świata.
Przy obcych tak nie potrafił. Przy obcych pozostawał w chłodnej rzeczywistości, bojąc się i obawiając o każde wypowiedziane słowo. Przy obcych... spinał się, zmieniał, nie pokazywał nic z ukrytego wnętrza pewnego siebie Droździego Trelu, którym pragnął się stać.
To nie będzie nic strasznego, to nie będzie nic strasznego. Nie spieprzysz tego, będzie dobrze. Przejdziecie teren, chwilę pogadacie, ty pójdziesz w lewo lub w prawo, ona przez środek i pójdzie gładko. Jak zwykle, jak z Fałszywym Sercem, jak z Mlecznym Płatkiem, jak z Barwinkowym Podmuchem. Wyobraź ich koło siebie, ich wygląd, kształt, zapachy. Wsłuchaj się w głos - myślał sobie, próbując uspokoić narastającą w sobie panikę. Musiał się uspokoić, nie mógł pokazać się z tej paskudnej strony.
A jeśli ten kot bądź ta kotka zna Drozda i nie przyjdzie, bo pamięta go ze zgromadzenia? A może sam, sama, odbębni patrol, wahając się reakcji burego? 
To ostatnie na chwilę spowolniło szybkie bicie serca kota, nie musiałby uczestniczyć w interakcji towarzyskiej i zwyczajnie mógłby odpocząć, poszukać braci i spędzić z nimi czas. 
To byli jego jedyni przyjaciele, nie miał więcej znajomości. Stanowił samotną przystań wśród wszystkich klfiaków.
Czy kiedykolwiek odnajdzie to szczęście? Czy ktokolwiek dostrzeże w nim kiedyś przyjaciela? Może to szczera przyjaźń zabrałaby strach i stres daleko stąd? 
Tyle pytań, na żadne nie znał odpowiedzi.
Widok czekoladowej kotki, zmierzającej ku niemu, zwiększył mu tętno.
- Idziemy razem na patrol, prawda? - zapytała się, wkraczając powoli w dystans ucieczki Droździego Trelu.
- T-tak... Idźm-my, b-bo się ście-ściemna - odpowiedział spięty bury.

<Jaśmin?>

Od Droździej Łapy (Droździego Trelu) cd. Barwinkowego Podmuchu

time skip do teraz 

Droździ Trel chodził wokoło obozu, ponieważ wpadł na bardzo społeczny pomysł, co jak na burą kulkę strachu naprawdę dziwne. Zazwyczaj ograniczał kontakt z innymi do absolutnego minimum, a teraz? Zapragnął odwiedzić Barwinkowy Podmuch w legowisku starszych, ażeby zwyczajnie... podziękować? Czy tam po prostu okazać wdzięczność za cierpliwość podczas treningów.
Zainspirował go do tego sen. Widział w nim czarnego, tulącego syna Łabędziego Pluska i szeptającego cicho: Już nic ci nie grozi, zabrałem ci cały twój strach. Gdy żółtooki się obudził, po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu odczuł ulgę i spokój, wielkie jak nigdy dotąd. I to przez obecność dawnego mentora w marzeniach sennych.
Klan Gwiazd zlitował się nad brzydkim i paskudnym Droździm Grubasem i postanowił pokazać mu fragment swojej dobroci.
Drozd szukał w obozie i bardzo blisko wejścia czegoś, co stanowiłoby prezent dla starszego i pokazywałoby cień wdzięczności, skierowanej od ucznia ku nauczycielowi.
Chwilę poturlał ubitą kulkę mchu, kichnął przez znalezienie kupki ptasich piór, zwiał daleko od żerującego stada bocianów. Jednym wyjściem z klanu przeżył więcej, niż mógłby kiedykolwiek się spodziewać.
A co jeśli nie znajdzie nic? Przyjdzie z pustymi łapami, a Barwinkowy Podmuch przytuli go z niewielkim uśmiechem na pysku. Zapomni szybko, że dawny podopieczny przyszedł, może jedynie zapamięta drżące z niepokoju ciało burego.
W końcu coś znalazł, coś ciekawego, coś odróżniającego się barwą od reszty otoczenia. Znalazł to pod kamieniem, przygniecione, lecz wygrzebał to zgrabnie czubkiem pazura.
Od razu udał się do starszyzny. Wszedł nieśmiało niosąc w ustach prezent dla mentora. Położył przedmiot tuż przy leżącym Barwinku.
- Wi-witaj... Oto ja - miauknął Droździ Trel, uśmiechając się nieśmiało.
- Czy to... uschły jesienny liść? - zapytał się Barwinkowy Podmuch, patrząc na prezent od dawnego ucznia.
Drozd automatycznie się spiął, patrząc w dół, na czubek własnych łap. Poniżył się, a przecież chciał dobrze. Chciał być dobrze zapamiętany! Chociaż raz.
- J-ja... Tak-k. To liść... Jesienny. Suchy, bo... nie lubi być mokry - palnął bury, czując drżenie wibrysów. - Jest kolorowy.... jak... jak... nasze wspólnie spędzone treningi, c-c-co n-nie? To najbardziej kolorowa rzecz, jaką znalazłem. Gdybym przyniósł kwiaty... zachowałbym się jak... jak.. gej... 
Eh, znowu to samo. Oby Barwinek nie odebrał zachowania kocura jako dziwaczne.

<Bawinku?>

10 lipca 2021

Od Droździej Łapy (Droździego Trelu) cd. Fałszywej Łapy (Fałszywego Serca)

 Zauważył nadchodzących Zajęczy Omyk oraz Ciemną Dolinę, kroczących pewnie ku braciom. Fałszywa Łapa wysunął do przodu ogon, zachęcając burego do pójścia naprzód. Te dwie rzeczy uświadomiły Droździej Łapie jedną rzecz - czas na patrol. Do tego z obcymi kotami. Nie znał zbyt dobrze dochodzących wojowników.
Żółtooki potrafił wyjść na patrol tylko z Barwinkowym Podmuchem. Obecność czarnego dodawała mu otuchy, przyzwyczaił się do mentora, przy którym potrafił mdleć ze strachu. Obawiał się reakcji starszego od siebie na każdy błąd czy nawet na sam paskudny wygląd ucznia.
A teraz stała przed nim prawdziwa okazja patrolu, z obcymi, z Fałszywym.
- J-ja... Muszę w krzaczki! - miauknął szybko bury, uciekając.
Na resztę dnia zaszył się w legowisku uczniów, starając się uciszyć skołatane nerwy. Znowu zachował się jak tchórz. Łatka przerażenia przypięła się kocurka od momentu wyjścia z ciała Maślakowego Zagajnika.

teraz

- Pierś do przodu, ogon do tyłu, spojrzenie przed siebie. Głowa nie na łapy, ciało rozluźnione, futro... pozostaje futrem - mówił do siebie Droździ Trel, próbując nauczyć się pozy pewnego siebie kota.
Wiosenne powietrze objęło swoim powiewem burego. Wojownik wysunął przednią kończynę do przodu, wziął kilka oddechów, pozwalając chwilowemu spokojowi roznieść się po całym organizmie. Za chwilę zmieni się w Drozda Pewny Trel, zostawiając na kilka uderzeń serca Drozda Łamagę w odmętach umysłu.
- Jestem gotów - miauknął do pustej przestrzeni.
Wykonał kilka kroków naprzód, patrząc prosto przed siebie i uśmiechając się krzywo do rosnącej dookoła trawy. Raz, dwa, raz, dwa, maszerował żwawo i względnie rytmicznie. Ogon dyndał rozluźniony to w prawo, to w lewo, czasami dotykając tylne łapy wojownika.
- Drozd? Co ty robisz? - usłyszał głos Fałszywego Serca.
Pozorna pewność burego znikła jak za ucieczką ryby w rzece. Odwrócił się, gładkie dotychczas futro zmierzwiło się, ciało spięło jak struna od gitary. Spojrzał na brata, kuląc się.
- H-h-h-hej... C-c-co? - zdołał wydukać ciemniejszy.
- Nie masz się czego bać. To ja, tylko ja - powiedział Fałszywy, z delikatnym błyskiem w oku.
- Ma-mam... Byłem pewny siebie, naprawdę! Zmieniłem się i czułem jak Droździa Gwiazda. Mogłem pokonać każdego wroga. Do momentu, gdy nie przyszedłeś... Sam umiem zachować spokój, z innymi nie - rzekł smutno bury.
Cóż, zapowiadała się psychologiczna godzina pełna rozmów o samoocenie.

<brat?>

Od Droździego Trelu cd. Aroniowej Łapy (Mlecznego Płatka)

Przełknął ślinę, słysząc głos Aroniowej Łapy. Mieli wyjść grupowo na szukanie zabawek dla kociąt. Poza obóz, poza bezpieczny obóz. Wyjść ku obcej przygodzie, ku nieznanemu lądowi (chociaż teren Klanu Klifu znał dobrze, lecz nawet najbliższy spacer stanowił dla burego kilometrowy spacer). 
Bał się, zresztą jak zwykle. Czego oczekiwać po nim, po Droździe. Podobno drozdy są zwiastunami dobrej nowiny czy tam długiego życia, ale uczeń wojownika nie czuł się gotowy na dalsze egzystowanie. Skakał z przerażenia na dźwięk najmniejszego szelestu czy złamania gałęzi, a teraz czekało go wyjście po zabawki.
Myśląc o tym wszystkim zemdlał, widząc przed żółtymi ślepiami przerażone spojrzenie siostry.

teraz

Siedział przy wejściu do obozu, czekając na Mleczny Płatek. Tym razem mieli we dwójkę zająć się patrolowaniem terenu, żeby skontrolować dobrostan okolicy, ewentualnie zatłuc przypadkowych samotników, wojowników z innych klanów. Bury zastrzygł uszami, słysząc dziwne dźwięki wieczorowej pory.
Nie, nie uda mi się. Znowu zemdleję, jak wtedy. To się źle skończy, wszystko się źle skończy. Mlecznemu Płatkowi coś się stanie. Muszę się izolować, by nikt nie ucierpiał - myślał pełen paniki wewnątrz. - Ty paskudo, ukryj się w krzakach...
Ciągle siebie dołował, widząc jednocześnie bezsens tego. Co przyniesie mu takie myślenie? Spotęguje tylko strach i ukryje nadzieję o przemianie w kogoś pewnego swojego losu.
- D-d-drozd-d? - usłyszał głos Mlecznego Płatka. Buremu pozwoliło to na przerwanie ciągu pesymistycznego toku rozumowania własnego siebie.
Droździ Trel wziął głęboki oddech, czas na spędzenie czasu z bratem i pokazanie mu, że nie trzeba się bać rodzeństwa.
- Przyszedłeś, cie-... - Drozd przełknął ślinę. Dalej, pokaż siłę! Pokaż innego siebie, chociaż raz, chociaż przy nim. - ... Cieszę się. Idziemy przed siebie i trzymamy się razem...- kontynuował, mówiąc szybko.
- Po-powtórzysz? Nie zro-zrozumia-ł-łem ci-cię - wyszeptał Mleczny Płatek.
- Musimy. Być. Razem - mówił bury, próbując uspokoić drżenie własnego pomiaukiwania.
W końcu wyszli, idąc równym tempem, łeb w łeb. Nie szli w przeciwnych kierunkach, ciepła ich ciał dodawały braciom wzajemnej otuchy. 
Im dalej od obozu, tym w Droździm Trelu wzrastała coraz większa panika. Nie chciał kroczyć dalej, tylko myśl o wielkim niebezpieczeństwie dodawała nieco motywacji ciemniejszemu z rodzeństwa, bo bez patrolu skaże Klan Klifu na zagładę.
Nagle zauważył wielki cień, kroczący ku nim. Wydawał strasznie głośne dźwięki, od których miejscowe ptactwo wzleciało ku ciemniejącemu niebu, pokrywającemu się z sekundy na sekundę coraz większą ilością gwiazd.
- MLECZNY PŁATKU! UCIEKAJ! ON NAS ZABIJE!! - krzyknął Droździ Trel, patrząc przerażony na współtowarzysza.
Znajdowali się w ogromnym niebezpieczeństwie.

<brat?>

09 lipca 2021

Od Droździej Łapy (Droździego Trelu) cd. Sroczej Łapy (Sroczego Pióra)

 Siedział z boku, starając się nie wychylać. Łapał łapczywe oddechy, kuląc się, bo wierzył naiwnie w głębi serca w moc własnego futra. Bury idealnie zlewa się z ziemią, nieprawdaż? Kamuflaż zapewni anonimowość, anonimowość brak uwagi, a to zapewni spokój.
Przynajmniej tak mu się zdawało.
Usłyszał ciche powitanie Sroczej Łapy i od razu podskoczył, wyglądając jak napompowana piłka w ciemniejszym kolorze. Sierść Droździej Łapy napuszyła się niesamowicie, serce zaczęło szybciej bić, a kolory otoczenia stały się jedną, wielką plamą, bez żadnych detali czy konturów przedmiotów.
- T-ty... N-nie za-za---bijajajaj... mnieeeeeeeeeee, nie zrobiłem nic z-złego - miauknął panicznie, unosząc ogon ku górze. Cofał się. - Ja... Muszę... iść... do.... krzaczków... - powiedział to, co pierwsze przyszło mu do głowy i zwiał.
Bury wziął głęboki wdech, gdy skrył się w bezpiecznej odległości od Sroczej Łapy. Ufff, w końcu był bezpieczny. Przynajmniej przez kilka uderzeń serca.

teraz

Stał przed legowiskiem medyka, bo usłyszał o omdleniach Sroczego Pióra i poczuł drobne fale współczucia wobec współklanowicza. Do uszu syna Łabędziego Plusku doszła jedna wielka paplanina Bursztynowego Pyłu. Droździ Trel nie wytrzymałby minuty treningu na medyka z takim kremowym gadułą. Umarłby na miejscu z nudów. Tak, z nudów. Ile można paplać i paplać, i paplać, i.... zgadnijcie co. Tak! Paplać! Bez wzięcia żadnego głębszego oddechu, bez żadnej przerwy, bez niczego. Bluszczowa Łapa musiał mieć nerwy ze stali (albo okazać się masochistą), że wytrzymywał obecność tego osobnika dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Westchnął ciężko, zauważając wychodzącego Srocze Pióro z legowiska medyków. 
Jak miał go zagadać? Jak rozpoczynać rozmowy bez zapowiedzi? Pobawić się w koci stand up? Zgrywać głupa? Wpaść na niego, udając, że chwilę wcześniej szukał wśród chmur inspiracji? 
Oj, oj, najbliższe chwile nie zapowiadały się ciekawie.
- Hej...h-hej... - przywitał się, podchodząc nieśmiale. Nie śmiał spojrzeć w oczy Sroczego Pióra, za bardzo się wstydził, totalnie. Żółty kolor przyciągał owady, więc pewnie podobnie działa to na złą opinię u kotów. - Chcesz.... iść na grzyby? Zna-zna-znaczy-y na zioła! Nie na ćpanie! Nie, nie, nie.... Źle... Inaczej - odchrząknął, czując drżenie poduszeczek łap i czubków uszu. Wyszedł na kretyna, totalnego kretyna! Nikogo innego. Oh, przodkowie, jak to się mogło stać? - Chceszpopatrzećnakociakiwżłobku? - wypalił Droździ Trel.

<Sroczku?>

Wyleczony: Srocze Pióro

21 maja 2021

Od Droździej Łapy (Droździego Trelu)

 Nie zapamiętał kompletnie nic z własnego mianowania, jakby zmiana imienia i rangi była czymś więcej niż awansem i wejściem w dorosłość.
Przez kilka godzin po usłyszeniu o ceremonii nie jadł kompletnie nic. Siedział w legowisku, oddychając spazmatycznie i patrząc sporadycznie w inne koty, przyglądające się z politowaniem na niego. Bał się, znowu się bał. Okazał się gorszy od Fałszywego Serca, chociaż miał szansę pokazać swoją wartość. Jednak lider wolał inaczej.
Obiecał Barwinkowemu Podmuchowi rozmowę, taką szczerą. Przynajmniej w teorii, bo wieczne przerażenie Droździej Łapy nie zawsze pozwalała mu na prawdziwe wyrażenie własnego zdania czy emocji. Upośledzona motywacja nie pomagała w dobraniu słów. Cóż, takie życie.
Na następny dzień po raz ostatni udał się na patrol jako uczeń. Trzymał się jak przylepa własnego mentora, nie odstępując go ani o krok. Skupiał się na wyczuciu obcych zapachów, żeby w razie zagrożenia móc uciec, żeby chociaż przeżyć. Procesy umysłowe zachodzące w małej głowie burego podsuwały kocurowi czarne scenariusze odnośnie mianowania.
Doszło do tego, ledwo co stanął w pobliżu Lwiej Gwiazdy, przełykając ślinę i czując pragnienie. Ledwo co  zdołał wyrzec głośniej swoją obietnicę służenia klanowi. Nie zapamiętał nic z monologu przywódcy. Z kokonu przerażenia wyrwał go tylko głos dziesiątki kotów Klanu Klifu.
- Droździ Trel! Droździ Trel!
Trel? Co to? Coś, co śpiewają prawdziwe drozdy? Trelu trelu? A może to hańbiący człon, który ma go pogrążyć do końca życia? Uświadamiać na każdym kroku, jaki paskudny się okazał?
Spojrzał na Barwinkowy Podmuch, uśmiechającego się serdecznie.
Bury od razu udał się na nocne czuwanie, mentor opowiadał mu o nim praktycznie cały czas. Ten wyjątkowy moment, taka inicjacja, polegająca na milczeniu do wschodu słońca. Nic trudnego, prawda?
Dla Drozda były to najgorsze godziny w jego krótkim życiu. Cały czas leżał na ziemi, wbijając pazury przy każdym gwałtownym dźwięku. Nasłuchiwał z przyzwyczajenia. Zdawało mu się, że w oddali świecą ku niemu krwistoczerwone ślipia drapieżników, chcące go pożreć. Prawie skoczył, słysząc dźwięk pękającej gałązki.
Widząc pierwsze promienie słońca od razu wbiegł do obozu. Zaszył się gdzieś w kącie i nie wyglądał z własnej kryjówki do momentu porannego posiłku. Głód nie pytał się młodego wojownika o pozwolenie ja zaspokojenie. Instynkt musiał się nasycić, niezależnie od strachu Droździego Trelu. 

12 kwietnia 2021

Od Droździej Łapy

dosyć dawno temu 

- Nie zrobisz tego! Jak to wykonasz, to.... Sama sprzątnę mech! O ile będzie mi się chciało. Mam tyle WAŻNYCH spraw do przemyślenia, że nie potrafisz sobie tego wyobrazić, Drozduniu - paplała jak zawsze Popielata Łapa. Kotka nie potrafiła zamknąć pyska, byleby usłyszeć magiczne słowa: Wspaniała z ciebie przyjaciółka!
Droździa Łapa po raz kolejny miał sprzątać mech. Znowu, znowu, znowu. Lwia Gwiazda widział w burym idealnego woźnego. Za jakie grzechy klanu? Jednak żółtooki nie miał nic do miauczenia, decyzja lidera to decyzja lidera. Przez narzekanie skończyłby w legowisku starszych, w żłobku, w każdym brudnym kąciku obozu.
Niebieska ubzdurała sobie, że Drozd nie wybierze się do legowiska królowych i ich gówniaków i nie zagada pierwszego lepszego kociaka. Po co miałby to robić? Po co... On.. Miał.... Mówić... Do kogoś obcego. Kogoś, kto na niego spojrzy, kto oceni, kto zrzyga się na jego widok.
Pokręcił stanowczo głową. Zamierzał się sprzeciwić, pozostać asertywnym. Musiał, musiał, po prostu musiał. Inaczej skończy gorzej niż Bursztynowa Łapa na ostatnim zgromadzeniu.
Miał tupnąć nogą, dumnie wypiąć pierś i spojrzeć niebieskiej prosto w oczy, centralnie w źrenice. Tylko... Zamiast tego wydał cichy pisk, przez co spotkał się z głośnym śmiechem kotki.
- Jesteś rozkoszny, Drozduniu. A może wolisz Drozduś? Droździełek? Drozdełeł? Ptaszek? Ptaszunio? Wybieraj - mówiła Popielata Łapa.
- N... Nie chcę. Jestem Droździa Ła-ła-ła... Łap-pa - wydukał, onieśmielony spojrzeniem pomarańczowych oczy. Pomarańczowe oczy, najgorsze, co go spotkało. To właśnie ślepia w tym odcieniu posiadały koty, wywołujące w nim największy strach i obawę.
- Dobrze, Łałałałappo - prychnęła z rozbawieniem niebieska. - Idź lepiej do żłobka, bo zaraz odór mchu mnie uśpi.
- N... Nie.... Nie.... Nie. Nie chcę. Nie idę. Nie... Nie - powiedział tylko, cofając się w kierunku wyjścia. Drżał, drżał jak osika.
Bądź jak Fałszywy, ale piękny jak Aronia. Pewny jak Fałszywy, piękny jak Aronia - mówił sobie w myślach rodzeństwo go mobilizowało. Chociaż ono.
Popielata Łapa wydała dziwny dźwięk, jakby połączenie warkotu lisa, syku węża i krzyku z Pustki... Przynajmniej tak odczytał to bury. Od razu wybiegł z legowiska, wpadając po drodze na Słoneczną Łapę. Czekoladowa uśmiechnęła się spokojnie do Droździej Łapy, a ten położył uszy po sobie.
- C... Co? J-ja... N-nie ro-rozkazuj miii... Jestemniewinnymiałemsprzątaćmechale... Ale coś nie wy-wyszło - wydukał piskliwie.
- Spokojnie, nie zrobię ci nic złego. Spokojnie - mruknęła kotka, uśmiechając się życzliwie. - Popielata Łapa znowu coś narozrabiała?
- N-nie... N-nie... Pójdę już... Bra-brat... Znaczy żło-b-bek wo-woła-ła-a - wydukał Droździa Łapa, ledwo co przełykając ślinę. - Mech czeka.... - dodał cicho.
- Nie do końca usłyszałam ostatnie słowa, ale... Powodzenia! I miłego dnia! - powiedziała radosnym tonem Słoneczna Łapa.
Drozd odetchnął z ulgą. Chociaż na chwilę. Uff, stres i strach opuścił ciało burego. Po kilku krótkich rozmowach ze znanymi sobie kotami w końcu doszedł do kącika matek z dziećmi. Pisk grona głosików spowodował szybkie wycofanie się ucznia z tego miejsca. Nie, niw wytrzyma tam. Zbyt dużo hałasu, za dużo dzieci. Zdepcze któreś, na pewno rozdepta.
Cofając się wpadł zadem na Zadymiony Pysk.
Nie, tylko nie on... Błagam, nie on - pomyślał bury, wpadając ponownie w panikę. Nim czarny wojownik zdołał coś powiedzieć, syn Łabędziego Plusku skoczył wysoko, wyżej niż ścięty pniak, wydając bardzo dziwny dźwięk, połączenie pisku i wysokiego miauknięcia. Upadł na tylek, jęcząc z bólu. Przynajmniej skończył jako koci Adam Małysz, a nie pacjent u medyków.
- Droździa Łapa, wielki mazgaj - miauknął Zadymiony Pysk, ignorując w pierwszej chwili skok ucznia w przestworza. - Przeszkadzasz mi. A ten pisk... Gorzej niż królowa podczas porodu.
Droździa Łapa położył uszy po sobie.
- Prze... Prze.... Przerażamprzepraszamprzeprze - mówił bez ładu. Czekoladowy odcień oczu wojownika przerażał Drozda, od tak, tak po prostu.
- Zmykaj lepiej - dodał na koniec Zadymiony Pysk.
Uczniowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Od razu pojawił się w żłobku, tuż przy jakimś pręgowanym burasku.
- G-gdzie m-mech? M-muszę... Jestem sprzątaczem. Zrobię to i już sobie i-i-idę - wydusił ostatkiem sił.

<Sroczku?>

14 pkt

27 marca 2021

Od Droździej Łapy

po zgro

Droździa Łapa spał jak nigdy dotąd, śniąc o wydarzeniach z pierwszego zgromadzenia. Tak dziwnego i... Nietypowego. Bowiem jego brat, jego własny brat, Fałszywa Łapa, dyskutował z kimś z Klanu Nocy. Niejaki Zboże. Bury naprawdę nie chciał wnikać, dlaczego liliowy podjął dyskusję z obcym kocurem, tym bardziej z podobno znienawidzonego obozu. Cóż, najważniejsze, że czarny w końcu pokazał pazury. Nareszcie udowadnił, że potrafi się wydrzeć, że posiada w swoim wnętrzu prawdziwego, odważnego Droździą Łapę.
Kocur śnił o zgromadzeniu. Widział tam Fałszywego, stojącego na kamieniu liderów i patrzącego na zebrane wokoło klany. Atmosfera wydawała się napięta, a jedynym dźwiękiem wśród nocnej ciszy okazał się nie rozchodzący się głos, lecz rytmiczne bicie serc każdego z uczestników wydarzenia. Z tłumu wyłonił się Zboże, pokazując język liliowemu. Droździa Łapa wyglądał w tym śnie jak prawdziwy, muskularny wojownik, a nie spasiona parówka. Chciał rzucić się na nocniaka, lecz cmoknięcie dobiegające ze strony skały liderów ostudziło zapał żółtookiego. 
Zboże podszedł do Fałszywego i... Zaczęli się o siebie ocierać, na oczach wszystkich. Bez żadnego wstydu, bez żadnej wiadomości. Wypalili z publicznymi pieszczotami. 
Ucznia obudziło patanie po głowie. Niczego niespodziewający się Drozd podskoczył zaspany i pobiegł w kąt, drżąc ze strachu. Czuł miarowe stukanie szkliwa dolnych zębów o górne, co oznaczało podwyższone poczucie niepokoju, strachu i innycg takich emocji.
Cholera, przecież... Przecież miałem mięśnie, byłem potężny. Byłem.... Byłem lepszy.... Nie taki paskudny - rzucił do siebie w myślach, przypominając sobie o otaczającej rzeczywistości.
- Ale podskoczyłeś! Nigdy się nie przyzwyczaję - miauknęła Słoneczna Łapa. Obok niej stała Popielata Łapa. Niebieska na pewno go obudziła, czekoladowa to zbyt uprzejme stworzenie, żeby posadzić ją o przerywanie spokojnego snu. - Popiół nie chce uwierzyć o obecności ćpunów na zgromadzeniu. Przecież ich widziałeś, prawda?
- Po... Po co ty się chwaliłaś, że widziałaś coś... Takiego? - zapytał się nieśmiało. Ech, nigdy nie zrozumie kotek. Chociaż lepsze opowiadanie o szalejących kotach niż o ostrym zapachu moczu jego i Aroniowej Łapy na skale liderów. Co miał poradzić na to, iż obecność większej ilości kotów, do tego obcych, przyspieszyło produkcję moczu? - Tak, Bursztynowa Łapa kogoś zatruł ko... Ko... Kociśmietanką - powiedział, nie znając nazwy zioła.
- Kociśmietanka! Ha, ha! Bo padnę - zaśmiała się Popielata Łapa. Z oczu niebieskiej pociekły łzy rozbawienia. - Mówi się kocimiętka!
- Daj mu, proszę, spokój. Każdy ma prawo się pomylić. Nawet ty czy ja - rzuciła obronnie Słoneczna Łapa. - Mówiłam prawdę. Nasz uczeń medyka pofolgował z ziołami z uczniem  Klanu Wilka i samotniczką. Rozumiesz to? Dwaj medycy i jedna kotka spoza klanów. To zły omen.
- Eeeee, nie chce mi się o tym myśleć. Wracam na mech - uznała Popielata Łapa, kładąc się na swoim posłaniu.
Droździa Łapa pospiesznie opuścił legowisko uczniów. Jego głowy nie mogły opuścić myśli dotyczące brata. Fałszywa Łapa i Zboże, Fałszywa Łapa i Zboże, Fałszywa Łapa i...
Nie potrafił uwierzyć, że brat mógł wyrosnąć na geja! I to kochającego kogoś z Klanu Nocy! Nawet, jeśli nie miauczał do rybojada zbyt miłych słów, to mogła to być przykrywka do prawdziwych emocji we wnętrzu Fałszywego!
Znalazł liliowego blisko wejścia do obozu Klanu Klifu. Bury zatrzymał się. Mocno kusiło go zagadanie starszego od siebie na temat poznanego na zgromadzeniu towarzysza, lecz... Czy Fałszywa Łapa się nie wkurzy? Może porzuci Drozda po takiej rozmowie? Albo wypłynie mu piana z pyska jak Maślakowemu Zagajnikowi? Albo zniknie nagle jak Łabędzi Plusk?
Potrząnsął głową, a sierść zmierzwiła się. Nie, nie czas na takie myśli.
- Ej... Braciszku... - miauknął Droździa Łapa, od razu zapominając w panice, co tak właściwie chciał rzec. Serce zabiło mu szybciej, a ogon zadrżał. Choinka, choinka, dlaczego? Klanie Gwiazdy, pomóż mi ułożyć słowa, kochani gwiezdni, blagam was, zaklinam, proszę. - Jakwyglądazbliżeniesiędwóchkocurów.... Znaczy.... Aaaaa, nic! Nic nie mówiłem! Zapomnij... Nie zabijaj mnie za Zboże!

<Fałszywy?>

7 pkt

Od Droździej Łapy cd. Barwinkowego Podmuchu

dawno temu, dzień mianowania

Doszło do tego. Zostanie uczniem, uczniem wojownika. 
Uczniem kogo? Nie wiedział. W głowie widział paskudny cień, łapiący go, ściskający fałdy paskudnego tłuszczu na brzuchu, wyrywającego wibrysy, ogon. Wyzwalającego w nim strach. Drozd chciał się wyrwać, wysuwał pazury jak Fałszywy, by zaatakować. W głowie starał się skleić z myśli pysk Aronii, płaczącej, widzącej walkę czarnego z niewidzialnym mentorem. 
Wygram, wygram, wygram to na pewno! - mówił głośno, sam do siebie, w odpowiedzi słysząc odbijający się w głowie paskudny śmiech cienistego kota. 
Przegram, przegram, przegram jak zawsze - dodał po chwili kocurek. 
Śmiech tak bardzo przypominał Maślakowy Zagajnik, tak jak on przypominał ją. Jako jedyny z trójki. Młodsza i starszy wdali się w ojca. A on? Naznaczony został piętnem matki. 
- E-ej, t-teraz t-twoja ko-kolej - szepnęła Aronia, trącając brata nosem. 
Cienisty kot zniknął, a zamiast niego pojawiła się chmara kotów stojących wokoło przywódcy, Lwiej Gwiazdy. 
Ledwo co wybąkał słowo "super", gdy lider powiedział buremu imię mentora. 
Że kogo?! Dostał jakiś Podmuch? Podmuch!!! Barwinowy Podmuch! Brzmiało to strasznie bardzo, bardzo strasznie. Jak imię porywacza! 
Może.... Oni zostaną porwani! Tak! Lwia Gwiazda uknuł podstęp z tym przerażającym Bursztynową Łapą! 
Fałszywy... Znaczy Fałszywą Łapię porwie Zimorodek i Blask. Ogromny, świecący w mroku kot. A Aronię... Bidulkę, zabierze Mech i Mordka. A jego... Barwinek i Podmuch.
Musiał uciec. Inaczej skończy zakopany w ziemi bez oczu, ogona, wirusów i pazurów. 
Drozdowi stanął na drodze czarny, duży kocur, uśmiechnięty od ucha do ucha. 
- Witaj, mały! Jestem od dzisiaj twoim mentorem! Nazywam się Barwinkowy Podmuch, a ty musisz być Droździa Łapa - miauknął przyjaznym tonem. 
Ej, ten mentor może być całkiem spoko kolesiem... 
CZYONPOWIEDZIAŁBARWINKOWYPODMUCH?! 
- AAAAAA! PORYWACZE NADESZLI! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! - wrzasnął Drozd, biegnąc na oślep w nieznanym sobie kierunku. 
Spanikował, porywacz w formie mentora, a ta czerń... Barwimek musiał być tym cienistym kotem z jego myśli! A gdzie Podmuch? Czy... Podmuch to inne imię śmierci?
Wpadł na jakiegoś burego bicolora, którym okazał się Wiesiołkowa Łapa. Młodszy od razu cofnął się od napotkanego ucznia, sycząc i kuląc się. 
- Ojej... Coś się stało? Uciekasz przed kimś? - zapytał się zielonooki, uśmiechając się przyjaźnie. Sama mimika pyska kompletnie nie pasowała do wielkiego smutku wymalowanego w głębi ślipiów kocura. 
- Go... Go... - Drozd przełknął ślinę. - Go-goni-ni-iii m-mnie Ba-Ba.... Duch.... Cie-cienisty Du-duch... Po-podmu-much - wybąkał. 
- Chodzi ci o Barwinkowy Podmuch? Przecież to przyjazny kocur! Nie masz się co go bać - odpowiedział ze zdziwieniem Wiesiołkowa Łapa. 
Po chwili doszła do nich niebieska dymna, Popielata Łapa. Przerażony Drozd cofnął się, blednąc strasznie. 
- Ojej, to jeden z tych nowych! Uciekł, drąc się. Barwinek cię szuka. Znalazłam cię, teraz idę na mech. Żadnego treningu dzisiaj - mruknęła leniwie dymna. 
- CO?! NIEEEE! - Najmłodszy podskoczył jak poparzony, zauważając majaczący czarny krztałt za Popielatą Łapą i Wiesiołkową Łapą. Przebiegł między nimi, uciekając przerażony. 
- Co za dziwne dziecko... - mruknęła na sam koniec niebieska. 
Bury wpadł do legowiska straszyzny. Ukrył się za ciałem nieznanego sobie bicolora, znanego szerzej jako Sokole Skrzydło. 
- K-k-k-kryj m-m-mnie - szepnął Drozd, zasłaniając sobie oczy. Skulił się na tyle, na ile pozwalało mu ciałko. Musiał pozostać jak najmniejszy, inaczej porywacz go znajdzie. 
- No, proszę. Najpierw Bursztynowa Łapa wpada i trajkocze jak najęty, a teraz taka kulka wpada i używa mnie jak barykady... - mówił spokojnym tonem niebieski. 
Barwinowy Podmuch stanął nad ciałem leżącego ze starszyzny i od razu zobaczył swojego pierwszego (i pechowego) ucznia. 
- To twoje? Ojoj... Mały, twój porywacz po ciebie przyszedł - powiedział Sokole Skrzydło, patając Drozda po głowie. Bury w odpowiedzi pisnął jak nowonarodzona kotka. Odsłonił oczy, patrząc żółtymi ślepiami pełnymi strachu na czarnego. 
Znalazł się w pułapce, znowh zrobi z siebie ofiarę losu. 
-*Nie! Nie zabijaj mnie! Ja... Ja nie miałem być taki gruby i paskudny, i.... Nie, nie... To nie tak... Wybacz, mój.... Panie? Mentorze? Potworze? Nie wiem... Nie bij mnie.... Nie.... Nie... Nie chciałem.... Ja.... Nie jestem silny. Ja.... - mówił spanikowany Drozd, a właściwie już Droździa Łapa. 
Nie powróci do bezpiecznego żłobka, od dzisiaj nie zdoła już uciec żadnemu z wojowników, bo zmuszony zostanie dp współpracy z nimi pod groźbą wygnania. 

<Barwinku?>

15 pkt

25 marca 2021

Od Drozda (Droździej Łapy)

Urodził się i już pierwsze minuty życia pokazały biologicznej matce, że urodziła największą boidupę Klanu Klifu.
Drozd, jeden z niechcianych synów, jedyny wyróżniający się kolorem futra. Potomek Łabędziego Plusku i Maślakowego Zagajnika. Brat Fałszywego i Aronii.
Po wyjściu z brzucha matki drżał, bardziej niż brat i siostra. Otaczający jego drobne ciałko chłód przyprawił malucha o dreszcze i szybciej bicie serca. Od razu przysunął się blisko swojego rodzeństwa, chociaż słysząc ich głośne pomiaukiwanie nie poczuł się lepiej. Poczuł się znacznie gorzej.
Nie widział wówczas ponurego wzroku Maślakowego Zagajnika ani pazurów gotowych hapnąć każde z dzieci po kolei.
Ledwo co zdołał doczołgać się do brzucha matki, by wypić mleko. Był slaby i widocznie taki miał pozostać do końca swojego życia.
Został nazwany Drozdem. Nikt nie zdołał do końca zrozumieć, dlaczego dzieci Łabąda zostały nazwane w taki a nie inny sposób. Fałszywy, bo oczy i pysk wyglądały na fałszywe? Aronia, bo aromatycznie pachniała czy wyglądała? Drozd, bo piszczał jak ptak?
Nie wiedział.
Pomimo stresu dotrwał do momentu mianowania na wojownika i otrzymania Barwinkowego Podmuchu za mentora. A kilka dni później dostał biegunki, drugi raz w życiu (pierwszy raz za kociaka), oj nieciekawej odmiany tym razem. Obudził się po prostu pewnego ranka i popędził w kąt legowiska uczniów i dokonał dzieła, załatwiając się na czyiś mech. Od razu odskoczyła przerażony, gdy ofiara incydentu kałowego spojrzała  na Droździą Łapę. To była tylko Popielata Łapa, przyjacielska osobniczka dla każdego w klanie, lecz i tak spojrzenie pomarańczowych oczu niebieskiej przeraziło Drozda.
- Ej, co się dzieje? No, nie, mam obsrane legowisko! Muszę to powiedzieć Bursztynowej Łapie, będzie się śmiał jak nigdy - uznała uczennica. - Wszystko w porządku? Oj, lepiej cię zabiorę do medyków...
Droździa Łapa cofał się przerażony, patrząc na każdy ruch kotki. Bał się, gotowy w każdej chwili uciec. Tak, musiał uciec, inaczej umrze, a śmierć jest paskudna. Paskudna jak on, jak każdy fałd jego brzucha, jak każde wykrzywienie ogona, jak oczy, wąsy.... Jak wszytko, co było nie tak z nim samym.
- Płaczesz? - zdziwiła się Popielata Łapa, zatrzymując się.
- N-n-nie z-zb... Zbliżaj się! Nie chcę umierać! - pisnął Droździa Łapa, kuląc się. Musiał stać się jak najmniejszy, by ukryć się pod kamieniem, z dala od wścibskich spojrzeń innych. Musiał, musiał uciec, mówiło mu bijące szybko serce. Inaczej skończysz źle, bardzo źle.
Łzy same zaczęły cieknąć mu po pysku. Znowu. Żałował, że nie było blisko Fałszywej Łapy. On zawsze umiał stawić czoła niebezpieczeństwu, odganiał wszelkie smutki zarówno Drozda, jak i Aronii. Droździa Łapa kiedyś sobie przysiągł, iż spróbuje stać się jak brat. Jednak nie szło mu, nigdy nie szło i nigdy nie wyjdzie. Był tego pewien, pewien bardziej niż czegokolwiek innego. Płacz sam przychodził i działał silniej niż jakiekolwiek uczucie. Żal zduszał zaczątki radości oraz strach. Chociaż to drugie uczucie stało się drugim bratem, tak bliskim jak reszta rodzeństwa.
- Ej... Nie płacz. Nic się nie dzieje - powiedziała Popielata Łapa, mrucząc uspokajająco i ocierając się delikatnie o bok kocura.
Nie pamiętał tego, co stało się dalej. Szedł pchany prawdopodobnie przez niebieską w kierunku kącika medyków. Leżał na miękkim mchu, który zabrał od niego smutek i płacz. Zamknął oczy, czując jednak, że znowu musiał iść w odosobniony kącik. Na szczęście pragnienie to zdusiła garść ziół podana przez Firletkowy Płatek.
- Czy... Czy ja umrę? - zapytał się medyczki.
- Nie, posiedzisz tutaj do wieczora, ewentualnie do jutra rana i wszystko się ułoży. Tym razem nie dopuszczę do ciebie mojego ucznia, obiecuję - powiedziała z uśmieszkiem Firletka.
- Nie, tylko nie on, błagam - miauknął niespokojnie Droździa Łapa. Nie, nie, nie, nie, tylko nie uczeń medyka. Nie Bursztynowa Łapa. Taki żywy, wesoły, rozgadany... Pewnie go ocenił, pewnie o nim myśli codziennie, krytykuje... Nienawidzi.
- Nie spotkasz go. Poczekaj chwilę. Muszę zająć się kimś innym - powiedziała kotka, podchodząc do grona leżących niedaleko kotów.
Droździa Łapa postanowił patrzeć na pracę medyków. Może przez patrzenie pozbędzie się strachu.
- Klanie Gwiazdy, pomóż mi powstrzymać strach - miauknął szybko pod nosem do gwiezdnych.
Zaczęło się od Szczawiowego Liścia. Zwichnął ogon, więc Firletkowy Płatek zajęła się "zoperowaniem" go. Zgrabnie poruszała łapami, aby, wedle słów członków, najpiękniejszy kocur w okolicy nie cierpiał aż tak bardzo.
W tym samym czasie Bursztynowa Łapa, jeden z koszmarów Drozda, biegał przy Skrzącym Marzeniu, dbając o to, by osłabiona i odwodniona pacjentka nie odleciała w krainę śmierci.
Droździej Łapie udało się wyjść z legowiska medyków pod wieczór. Wychodząc, wpadł na kogoś, nawet nie wiedział, kogo.
- P-przepraszam! N-nie chciałem! - miauknął szybko, patrząc na swoje łapy.

<Ktoś coś?>

Wyleczeni: Skrzące Marzenie, Szczawiowy Liść 
7 pkt