BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zaranna Zjawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zaranna Zjawa. Pokaż wszystkie posty

01 października 2024

Od Zarannej Zjawy

*już sporo księżyców temu*

Bura medyczka pożegnała się z Mroczną Wizją i podsypiającą gdzieś z boku Stokrotkową Polaną, nim wraz z Naparstnicową Kołysanką nie wyszły z legowiska.
— Nie przekładałaś Kurzego Ziela? — upewniała się jeszcze Zaranna Zjawa spokojnym, beznamiętnym głosem. Wspomniane zioło było bardzo przydatne, bo wywoływało wymioty - jeśli jedno z jej kociąt zjadłoby coś, czego nie powinno, łatwo było się pozbyć owego czegoś z jego żołądka.
— Nie masz się o co martwić Zjaranko, kurze ziele tam gdzie zawsze — stwierdziła z uśmiechem szylkretowa poitnka, idąc przed siebie dziarskim krokiem.
Starsza kocica skinęła głową, drgając uchem na kolejne przekręcenie jej imienia, typowe dla Napastnicy, podczas gdy jej towarzyszka wysunęła się do przodu, gdy wychodziły z obozu. Ostatnio zajęczo pręgowana zdecydowanie mniej wychodziła, więc zbieranie ziół powinno jej dobrze zrobić.
— Zacznijmy od pokrzywy. Powinno być już jej wystarczająco do zbierania.
— Tak, tak, pokrzywa powinna być już gotowa, ładnie w listkach — zgodziła się czekoladowa szylkretka — więc jak, bliżej Wierzbowej Zatoczki czy bardziej za Czarnymi Gniazdami?
Cóż, do Gniazd trzeba było pójść nieco dalej, ale za to tam było większe zagęszczenie pokrzyw, chodź i trudniej było się w tamtym miejscu zbiorów przemieszczać przez gęstwinę… chociaż pewnie nie było jeszcze tak źle, przez fakt, że rośliny nie zdążyły całkowicie rozwinąć się po Porze Nagich Drzew i wypuścić nowych pędów…
— Najlepiej by było sprawdzić jak rosną przy Wierzbowej Zatoczce, ale tam nie zbierać. Lepiej pójść za Czarne Gniazda — stwierdziła, podejmując decyzję.
— Tak. Trzeba dać tamtym troszkę więcej czasu, niech rosną, a my się zajmiemy ich dalszymi sąsiadami — stwierdziła, zaraz zaczynając mówić o tym, jak ostatnio odkryła parę drzew o ciekawej korze, w której bardzo dobrze jej się wydrapywało pazurami jej małe dzieła sztuki.
Wielka szkoda, że już nie tak długo później zostawione przez nią na drzewach rysy były w lepszym stanie, niż jej ciało pod ziemią, nad którego mogiłą Zaranna pozostawiała kwiaty…
I wspomnienia Wielkiej Kapłanki z bycia nazywaną przez Naparstnicę Zjaranką praktycznie każdego dnia.

09 czerwca 2024

Od Zarannej Zjawy

*Pora Opadających Liści, gdzieś między środkiem a końcówką tej pory, przed mianowaniem kociąt Zarannej*

Słyszała te szepty. Te plotki o niej, które koty mówiły za jej plecami, czasem nawet mimo jej obecności niedaleko mówiąc je głośniej. Czuła na sobie ich spojrzenia gdy tylko znajdowała się poza legowiskiem medyka lub w innych miejscach gdzie zbierali się członkowie Klanu Wilka. Jakby nie miała dość na głowie. Niszczyło to to, co zostało z jej spokoju ducha sprawiając, iż jej umysł był jeszcze bardziej aktywny i czujny, jakby w dowolnym momencie miała stracić wszystko.
Robiła dla tego klanu tak wiele, mimo, iż ten ją nie raz skrzywdził. Sprawowała jednocześnie trzy role, choć o tej trzeciej większość nie wiedziała, a jeszcze nie tak dawno temu robiła dla klanu jeszcze więcej będąc wojowniczką i medyczką na raz, chodząc na patrole, trening, zbieranie ziół i lecząc chorych. Urodziła kocięta, przyszłych wojowników. Robiła więcej niż zdecydowana większość klanu, a i tak mieszali ją z błotem nie widząc tego jak wiele nosiła już na swoich barkach.
Przez ostatnie dwadzieścia dwa księżyce sprawowała funkcję medyka, do niedawna wraz z Naparstnicą, choć nie na to się szkoliła. I wszystko szło pod względem chorób gładko. A teraz, gdy po prostu siedziała więcej w legowisku medyka, przez co na przykład na patrolach nie mogła dostrzegać dolegliwości współklanowiczy, ci obrócili się przeciwko niej, bo nie zauważyła wszystkich chorych kotów, które nie przychodziły do legowiska medyka pogarszając tylko tym samym swój stan.
Niedługo po pojawieniu się plotek chorzy zaczęli przychodzić do legowiska. Jakby te w końcu ich do tego zmotywowały, jakby chcieli rzucić jej wyzwanie, sprawdzić, czy sobie poradzi.
Tak też teraz, gdy sortowała zioła szukając przy tym potrzebnych w tym momencie lekarstw, w legowisku medyka było tłoczno, pierwszy raz od dawna do takiego stopnia.
Wewnętrznie zdenerwowana przesunęła kupkę krwiściągu mniejszego, którą najwyraźniej Cisowa Łapa z jakiegoś powodu przeniosła na miejsce gwiazdnicy. Jej idealny system układania roślin wydawał się być zaburzony i choć była to tylko niewielka zmiana doprowadziła ją ona do chęci natychmiastowego skarcenia swej uczennicy. Nie zrobiła jednak tego, wyciągając spośród roślin dodatkową porcję liści malin dla Kukułczego Gniazda i dwie porcje jagód jałowca. Odwróciła głowę, znajdując Cisową Łapę która już wychodziła ze składziku.
— Cisowa Łapo — zwróciła się do uczennicy, która zaraz zwróciła na nią uważne spojrzenie swych brązowych oczu — weź stąd płatki aksamitki i miód, podaj oba Ważkowemu Skrzydłu. Potem wróć po jagody jałowca dla Muszlowej Łapy, zostawię ci tu odmierzoną porcję — nakazała. Terminatorka skinęła głową, wracając do składowiska medykamentów. Zaranna Zjawa tymczasem wzięła liście maliny i zawinięte w liście ochronne jagody jałowca dla Gronostajowego Tańca.
To właśnie partnerka kremowego, razem z Gwiazdnicowym Niebem były odpowiedzialne za częstsze rozmowy i plotki na temat burej medyczki. Okazało się bowiem, iż Gronostajowy Taniec miał jakiś czas temu zatrucie pokarmowe, które przez to iż ten się nie zgłosił przerodziło się w ostry ból brzucha i wymioty. Przyszedł dosłownie w ostatniej chwili, przez co teraz leżał na jednym z legowisk wymęczony, spijając wodę z podanego mu namoczonego mchu.
Zajęczo pręgowana podeszła do Kukułczego Gniazda, stojącej z boku siedziby medyków i po odłożeniu jagód jałowca na bok podała jej liście maliny.
— Należy je zjeść — przekazała arlekince sposób użycia medykamentu, po czym podniosła odłożony przez siebie pakunek i ruszyła do kremowego, zaraz podając mu je pod pysk. Kocur wiedział już, że ma je zjeść, więc odsunął łapą liście i szybko się do tego zabrał.
Wtedy właśnie w wejściu do legowiska pojawił się koci cień. Zaranna Zjawa obróciła głowę by dostrzec stojącą w wejściu Płonącą Duszę. Zmrużyła oczy. Szylkretka już dostała zioła na duszności od Cisowej Łapy kilka dni temu, gdy Zaranna była na jednym z ostatnich zbiorów ziół przed nadejściem Pory Nagich Drzew. Nie przyszła więc po to, by zostać uleczoną, a sądząc po spojrzeniu, jakie jej posłała zapowiadało się na to, iż jej cel wizyty był zgoła inny. I wcale się to Zarannej Zjawie nie podobało.

CDN.

Wyleczeni: Gronostajowy Taniec, Kukułcze Gniazdo, Ważkowe Skrzydło, Muszlowa Łapa, Płonąca Dusza

Od Zarannej Zjawy Do Syczka (Syczkowej Łapy)

*niedługo po ataku dzika na obóz i śmierci Mroźnej Łapy, pewnie z kilka dni*

Siedziała w legowisku medyka, podając zioła dwójce z trójki poszkodowanych w walce z dzikiem kotów.
Chciała, aby jej kocięta nie miały kontaktu z niektórymi kotami, zwłaszcza z jej bratem, ostatnim poza nią żywym z miotu Szakalej Gwiazdy kotem.
Los jednak zakpił jej w pysk, bo Nikły Brzask jako jeden z nielicznych rzucił się na odyńca i teraz leżał w legowisku uzdrowicieli z raną w okolicach oka oraz rozcięciem przy barku, z których przed opatrzeniem sączyła się szkarłatna krew.
Czemu akurat on?! Czemu akurat teraz nie pomyślał o sobie samym i postanowił coś zrobić?!
Wolałaby, żeby dzik poharatał go tak bardzo, by ten zmarł, niż żeby ten przebywał w tym samym legowisku co jej kocięta. Tak, życzyła śmierci własnemu bratu. Wolała go pod ziemią niż na ziemi i jeszcze do tego w jej siedzibie z jej młodymi obecnymi.
Do tego przez jego rany medyczki musiały zużywać na niego zioła… a raczej zdaniem Zarannej Zjawy je marnować na kogoś takiego jak on.
Nie rozmawiali ze sobą od dawna, omijając się w codziennych zajęciach i to celowo. Nie znosiła jego obecności i szczerze liczyła na to, że pewnego dnia nie wróci do obozu. Że umrze przed nią i przestanie przypominać jej o sobie i ich młodości, że zostanie ostatnią z ich pokolenia rodu Irgi, że już nie będzie mieć brata mogącego się szczycić tym samym pochodzeniem i przedłużyć linię rodową mimo tego, że nie osiągnął praktycznie nic poza minimum.
Z całą pewnością można było powiedzieć, że Zaranna Zjawa go nienawidziła.
Tak też pilnowała, by jej kocięta nie zbliżały się do legowisk chorych, by nie miały z nim kontaktu, obserwując uważnie każdy ruch burego krewnego.
Właśnie skończyła poprawiać okład Śnieżnego Wspomnienia i kierowała się w stronę bariery odgradzającej składzik od reszty legowiska, by sprawdzić, czy ta nie potrzebowała jakieś naprawy, ale zaraz stanęła słysząc znajomy głos.
— Boli mnie głowa — rzekł Nikły Brzask leżący na swym posłaniu, patrząc na swą siostrę.
Ta obróciła się, wbijając w niego gromiące spojrzenie zmrużonych oczu, jakby sam fakt że śmiał wyrazić chęć ich dostania był powodem do złości lub niezadowolenia.
— Poradzisz sobie bez ziół — powiedziała bez krzty współczucia, z pewną pogardą wyczuwalną w głosie, patrząc prosto w zielone oczy burego, który na jej słowa położył po sobie uszy.
Zaranna machnęła ogonem, odwracając się i odchodząc od cętkowanego kocura. Pewnie część kotów nie wyczułaby w tej interakcji napięcia między rodzeństwem – w końcu Zaranna Zjawa zazwyczaj okazywała mało emocji, choć odmowa podania ziół mogła zdziwić, podobnie jeśli ktoś wyczuł jej nieco zmieniony ton.
Jednak była co najmniej jedna osoba, jeśli nie trzy, która najpewniej zauważyła odmienne zachowanie matki w tej rozmowie wobec tego, jak ta zazwyczaj rozmawiała i zachowywała się przy obecności kotów spoza ciasnego kręgu bliskich – a był nią Syczek.

<Syczku, Synku?>

Od Zarannej Zjawy CD. Mrozka (Mroźniej Łapy)

*dawno temu, jak Mrozek był jeszcze w kociarni*

— Naprawdę? — zapytał spoglądając na Mroczna Łapę. Nie czekał jednak na żadną jej wypowiedź, bo już po chwili dodał — Musi być pani bardzo znudzona — przeniósł na nią swe spojrzenie, po czym znów się do niej zwrócił — A tak ogólnie to jestem Mrozek, a ty jak się nie mylę jesteś mentorką Mrocznej Łapy. Tak?
Czyli to był Mrozek, nie Szron. Zakonotowała to sobie w głowie, skinąwszy głową na potwierdzenie.
— Zaranna Zjawa — podała swe miano, znów zerkając na swą uczennicę.
Kociak skinął głową.
— Ciekawe imię. Mam nadzieję, że sam będę miał ciekawe i budzące szacunek imię jak zostanę wojownikiem.
— Chyba każdy tego pragnie — stwierdziła.
Jeszcze chwilę tak rozmawiali, nim matka kociaka nie zawołała go do siebie, a jej uczennica w końcu skończyła robotę. Po chwili wyszły ze środka, bura z niezadowolonym spojrzeniem Mrocznej Łapy na karku.

***
*Pora Nagich Drzew, jak Zaranna jest w ciąży*

Gdy tylko się obudziła, poczuła znajomy chłód otaczający jej ciało, który sprawił iż jej umysł szybciej odganiał senność. Zaranna Zjawa otworzyła pistacjowe ślipia, następnie unosząc głowę i kierując spojrzenie na wyjście. Jak zazwyczaj ostatnimi czasy, nieomal całe wejście do legowiska medyków było przykryte śniegiem. Na szczęście zdawało się, że ktoś zajął się robotą, bo między mroźnym puchem znajdowało się niewielkie bo niewielkie, ale jednak zdatnego do użytku, przejście. Najpewniej nie skończono jeszcze odśnieżania wejścia a koty po prostu poszły odpocząć.
Wstała, następnie szybkimi liźnięciami rozgrzewając się. Czuła już pierwsze sygnały, że mdłości zaraz znów dadzą jej się we znaki. Ciąża zdecydowanie nie była najlepszym stanem, w jakim mogło znaleźć się jej ciało. Czuła się osłabiona, a brak jedzenia doskwierał jej bardziej niż wcześniej. Noi te wymioty. Miała nadzieję, że dzisiaj chociaż ją to ominie, choć były one najpewniej płonne.
Podczas gdy Naparstnicowa Kołysanka zajmowała się sprawdzaniem stanu ich zapasów ziół, starsza z medyczek po skończeniu czyszczenia futra ruszyła do wyjścia. Miała nadzieję, że na stosie znajdzie się coś dla niej do zjedzenia.
Gdy tylko wyszła na zewnątrz powitał ją jeszcze większy mróz, a poduszki jej łap poczuły pod sobą mroźną pokrywę śnieżną, która przez noc pokryła obóz wzdłuż i wszerz.
Wtem przed nią stanęła ruda postać, nim jeszcze jej ogon znalazł się poza legowiskiem medycznym. Ognista Łapa stanęła zaraz przed nią, od razu odzywając się do burej:
— Witaj, Zaranna Zjawo. Jak się czujesz? — spytała kotka skupiająca swój wzrok na starszej, nie dała jej jednak czasu na odpowiedź, od razu kontynuując wypowiedź — Pójdziesz ze mną do Stokrotkowej Polany? Już prawie wszyscy u niej byli po przepowiednie, tylko nie ja! Chcę też poznać przyszłość jak wszyscy póki ta jeszcze żyje. Proszę! Potrzebuje twego wsparcia, gdyby było źle!
Potrzebowała… jej wsparcia?
To było dość zaskakujące, zważywszy na to, iż ledwo znała młodą uczennicę. Mało z kim Zaranna Zjawa rozmawiała na dłużej poza rozmowami, które były potrzebne zważywszy na obowiązki, na przykład na patrolach. Jedyny dostatecznie sensowny powód dla którego cętkowana chciałaby mieć ją przy sobie podczas przepowiedni, jaki bura była w stanie wymyślić, to to, iż mogła zapewnić jej wsparcie medyczne w razie czego… a jeśli to taki był powód prośby Ogień, to dobrze to na pewno nie wróżyło zważywszy na to, jakie przepowiednie od Stokrotki najczęściej się słyszało.
Nie okazała jednak swych odczuć, z pewną wewnętrzną niechęcią skinąwszy na zgodę głową.
Cała uradowana terminatorka skierowała kroki do legowiska starszyzny. Zanim jednak tam weszły, ruda zwróciła się do Zarannej Zjawy.
— Masz jakieś rady? To w końcu twoja babcia i znasz jej sposoby wróżenia. Czego mam się spodziewać?
— Że znajdzie się w niej coś, co ci się nie spodoba. Stokrotkowa Polana nie omija w przepowiedniach żadnego cierpienia — stwierdziła — w praktycznie każdej przepowiedni mówi, jak ktoś zginie, więc wiedz, że pewnie tak się ona zakończy — miauknęła, po czym ruszyła do środka 
— Obyś się myliła — odparła Ogień, wchodząc za nią do wnętrza siedziby jedynej starszej Klanu Wilka.
Gdy tylko weszły, Stokrotkowa Polana zwróciła na dwie kotki swój wzrok, przerywając jedną z jej wielu rozmowów z duchami.
— Och... witajcie... Spodziewaliśmy się was tutaj. Duchy mi o wszystkim powiedziały.
— Naprawdę? — zdumiała się Ogień. — Jaka będzie moja przyszłość? Chce wiedzieć!
Staruszka, tak jak często gdy wróżyła, poprosiła, aby młodsza podała jej swą łapę. Przypatrując się jej poduszkce u łapy, podjęła:
— Nadejdą z południa... Z ziem burzliwych... Ogniści wysłannicy mroku. — Sapnęła, a jej oczy powędrowały na sklepienie sufitu nory starszyzny. — Poproszą o twą łapę... Dla ognistego cienia... Byś dotrzymała mu kroku. Tajemnica wiązać was będzie i niechęć szczera... Nie trafisz bowiem na bohatera. Czarne serce zakwitnie ciernistymi pnączami. Z nim młodość utracisz, krew się przemiesza z kolcami. Tam ród wielki zyskasz, władzę i wpływy. Zdradzisz go - umrzesz, taki los twój wątpliwy. Trzymaj się rudej o kwiecistym ryku, a nie skończy się władza tylko na łyku — westchnęła po raz ostatni i zmierzyła Ogień wzrokiem, jakby wyszła dopiero co z transu.
Również Zaranna Zjawa, mimo początkowego braku zainteresowania całą sprawą słuchała uważnie przepowiedni, która z każdym słowem wypowiedzianym przez jej babkę stawała się coraz bardziej zagadkowa, skłaniając ją do myślenia nad jej znaczeniem. Znaczeniem, które nie zdawało się takie najlepsze. Ogień jednak, ku jej zaskoczeniu, pisnęła uradowana, przez co pistacjowe oczy przeniosły się na nią.
— Słyszałaś to? Słyszałaś?! Będę miała potężnego partnera! Może to przyszły lider?! Aaaa! To takie dobre wieści! — miauczała, nie zwracając uwagi na tą mroczniejszą część przepowiedni, którą „dobrymi wieściami” tak łatwo nazwać nie było.
Przecież ta przepowiednia posiadała głębię, którą Zaranna jako osoba znająca swą babcię chyba najlepiej spośród wilczaków tak dobrze była w stanie zauważyć od razu. Zdawało jej się to oczywiste, że nie było wszystko takie kolorowe, jak zdawało się w mniemaniu Ogień.
— Pamiętaj, Ognista Łapo, że ta przepowiednia zawiera nie tylko potencjalny dobrobyt, ale też przestrogę — uświadomiła jej to.
— Niby jaką? — młodsza zamrugała zaskoczona. — Przepowiada mi miłość i życie w dostatku!
Na słowa rudej Zaranna westchnęła przeciągle.
— Że będzie miał czarne serce i jeśli go zdradzisz umrzesz — przekazała jej słowa przepowiedni w przystępnej formie.
— Aj tam. Jeśli to będzie przystojniak no i lider to po co miałabym go zdradzać? Nikt inny mu nie będzie dorastać do łap. Dziękuję Srokrotkowa Polano, dziękuję!
— Pierwszy raz ktoś po usłyszeniu słów śmierci jest taki szczęśliwy... Dziwne to — zamyśliła się natomiast staruszka. Tymczasem medyczka nachyliła się do ucha babki.
— Bo ona chyba słucha wybiórczo — stwierdziła z przekąsem.
— Och tak... młodzi słuchają słów, które chcą usłyszeć... prawda stojąca przed nimi jest jedynie niewyraźną mgłą...
Już po chwili ruda uczennica podziękowała Zarannej i pobiegła pochwalić się mamie, a może takim innym kotom, o tym co usłyszała. Gdy tylko młodsza wyszła z legowiska, pysk Zarannej Zjawy natychmiast zmienił wyraz z nieokazującego emocji na łagodniejszy. W końcu teraz, gdy były same, mogła przestać ziać chłodem na wszystkie strony. Usiadła obok złotej starszej, po chwili odzywając się do niej:
— Jak się czujesz? — spytała. — przynieśli ci już dzisiaj jedzenie?
— Tak, tak... dobre dzieci dały staruszce coś przekąsić. Za czasów Mrocznej Gwiazdy tacy jak ja długo nie dożywali. Moja mama... wzywa mnie. Niedługo odejdę do niej i reszty swojej rodziny.
Już na słowa Ogień odnośnie tego, jak to ta chce zdążyć przed śmiercią Stokrotki otrzymać swoją przepowiednię nie były przyjemne do słyszenia. Z pyska babci… jeszcze bardziej. Chciała, by ta została z nią jak najdłużej. Wizja jej śmierci… nie była przyjemna. Nie lubiła o tym myśleć. Choć było to nieuniknione, nie chciała, by to się stało. Zawsze w końcu, od początków swego życia, mogła przyjść do Stokrotkowej Polany. Czuła, że jeśli starsza zniknie… jej życie nie będzie takie samo.
— Pamiętaj, że zanim odejdziesz do zmarłych bliskich musisz poznać swoje prawnuki. Nie po to zaszłam w ciążę, żebyś ich nie poznała — miauknęła, układając się obok starszej.
— Och... — Złota szylkretka spojrzała na jej brzuch. — Rzeczywiście... wyglądasz na ciężarną. Oby wyrosły na wspaniałych kultystów. Duchy nie mogą się też ich doczekać. 
— Wydaje mi się, że mówiłam ci że się ich spodziewam — stwierdziła bura — musisz ćwiczyć pamięć. Cieszę się, że przodkowie również ich wyczekują — powiedziała, liżąc babkę za uchem.
— Pamięć już nie ta... jak będziesz w moim wieku to sama się o tym przekonasz — córka Irgi ziewnęła. — To już pora na moją drzemkę.
Zaranna Zjawa została jeszcze ze starszą chwilę odpoczywając od reszty swego życia, tak nie raz wymęczającej. Gdy starsza usnęła, jej wnuczka wstała, ruszając do wyjścia. Była coraz głodniejsza a i miała trochę rzeczy do roboty, więc po ostatnim spojrzeniu w stronę śpiącej babci ruszyła do czegoś, co miało robić za stos zwierzyny, by wziąć dla siebie posiłek, którego tak domagało się jej ciało i kocięta które nosiła pod sercem.

***
*poród*
*tw opis porodu jak się można spodziewać*

27 kwietnia 2024

Od Zarannej Zjawy

*początek pory nowych liści*

Gardło piekło ją niczym kwasem, gdy szukała ziół na ból brzucha i wymioty pośród ułożonych wysuszonych fragmentów roślin i innych medykamentów. Miała nadzieję, że mimo tego że niemiłosierna Pora Nagich Drzew mocno uszczupliła ich zapasy znajdzie chociaż trochę liści malwy, albo chociaż wrotyczu. Ciąża jej nie służyła – może i nie umierała na legowisku z bólu, ale dość często wymiotowała i ogólnie była słabsza. Taki już urok kiedy jesteś chuda jak patyk a do tego mizerna.
Gdy tylko dostrzegła wysuszone, pomięte acz dość duże liście w kolorze brudnej zieleni bez zastanowienia połknęła je wraz ze znalezionymi cieńszym, wierzbowym listowiem. Przełknęła całość, krzywiąc się.
Jedyne czego w tamtym momencie pragnęła to nie czuć resztek tego ohydnego smaku w pysku.
Już obracała się, by spokojnie spocząć na swym legowisku, co pomogłoby uspokoić jej biedny żołądek, a przynajmniej nie drażnić go dodatkowymi ruchami, gdy w wejściu do legowiska dostrzegła znajomy pysk jednej z kultystek – Chryzantemowej Krwi.
Niebieska kocica ostrożnie podeszła do Zarannej Zjawy, która przeniosła na nią spojrzenie swych ślipi.
— Tak? — spytała bura beznamiętnym tonem, spodziewając się jakiejś dolegliwości. W końcu córka Mrocznej Gwiazdy nigdy nie była gadatliwą kotką i na pewno nie przychodziłaby do niej bez potrzeby. Kotka była trochę jak cień – mało się odzywała, praktycznie zawsze pozostając z boku. Jednakże nie w taki sposób jak Szczurzy Cień, którym wszyscy kultyści gardzili. Nie była wyrzutkiem, ale mimo to zdawała się mocno odłączona od reszty społeczności poza Bieliczym Piórem. Zajęczo pręgowana wbiła w kocicę spojrzenie pistacjowych oczu, uważnie się jej przypatrując i czekając aż ta wyjaśni powód przybycia.
— Chłodny Omen chce, abyś pojawiła się dzisiaj na spotkaniu kultystów — szara odezwała się do niej cichym głosem.
Co? Po co Chłodny Omen chciał ją na zebraniu? Normalnie oczywiście, byłaby na nim, ale obecnie była w ciąży więc raczej nie wychodziła z obozu bez potrzeby. W jej umyśle zaczął pojawiać się niepokój. Albo coś, co Wielki Kapłan lub inny wyżej postawiony kot chciał omówić wymagało obecności wszystkich, albo chodziło konkretnie o nią. A to jej się nie podobało.
Skinęła głową, dając znać że zrozumiała przekaz.
— Coś jeszcze? — spytała przyglądając się bicolorce, próbując rozszyfrować, czy coś wie. Starsza jednakże pokręciła przecząco głową, po czym gestem pożegnała się szybko i wyszła, zostawiając za sobą pytania w głowie młodszej kocicy.
Zajęczo pręgowana podeszła do swego posłania, by następnie położyć się na nim i wbić w nie pazury.
Już wiedziała, że będzie rozmyślać o tym aż nastanie noc.

***
 
Gdy tylko księżyc wstąpił na niebo, oświetlając je swym bladym blaskiem dwie medyczki wyszły z obozu. Ich kroki zdawały się starszej z nich głośne pośród leśnej ciszy, nawet mimo głosów które tańczyły w jej głowie, jakby odliczały ile czasu pozostało im do znalezienia się u celu, gdzie albo będzie mogła odetchnąć wewnętrznie z ulgą, albo spiąć się jeszcze bardziej.
Gdy tylko dotarły na miejsce spotkania dostrzegła Cierniste Drzewo, którego powyginane, suche konary pięły się wzwyż, niczym łapy próbujące dorwać gwiazdy w swe mroczne szpony. Mgła jakby przyzwana przez duchy które podobno bytowały w tym miejscu opatulała wszystko wokół, niczym kurtyna, która miała nie pozwolić migotającym punktom dostrzec wyznawców ich wrogów.
Gdy kocice przechodziły między kolczastymi krzewami, ciernie wplątały się w różnokolorowe futra. Krew nasączyła część włosów, a te krople cieczy które się na nich nie zatrzymały spadły na ziemię, niczym danina dla roślin za przejście.
Naparstnicowa Kołysanka i Zaranna Zjawa stanęły przed obecnymi kultystami, których ślipia błyszczące w mroku natychmiast skierowały się w stronę dwóch członkiń mrocznej grupy.

***

Wracała zmęczona do legowiska wraz z Naparstnicą i Wieczorną Marą, zatopiona we własnych myślach, obserwując miarowy ruch swych ciemnych łap. Rozważała nie jedną opcję, dlaczego miała być właśnie na tym zebraniu. Ale na pewno to co faktycznie miało miejsce nie przyszłoby jej do głowy. Chłodny Omen mianował ją na kapłankę.
Nie wiedziała, dlaczego. Co dokładnie stało za jego decyzją. Tak, coś tam zrobiła. Już jakiś czas wcześniej rozpuściła wraz z Naparstnicą wieści o tym, że spotkania medyków się odbywały, była jedną z medyczek i do tego właśnie miała wydać na świat potomstwo dla kultu, co tylko bardziej udowadniało jej lojalność wobec ich grupy i dbanie o jej dobro, jednakże mimo to takie powody zdawały jej się niewystarczające.
Pomimo mroku była w stanie dostrzec wbite w siebie spojrzenie uważnych, brązowych ślipi Olszowej Kory, skrzywienie na pysku Jadowitej Żmii czy zawistne spojrzenie Nikłego Brzasku. Co do reszty kultystów… zdania na ten temat większości z nich nie była pewna.
Najpewniej nie jeden członek był co najmniej trochę zaskoczony decyzją Chłodnego Omenu. Co prawda po chwili namysłu można było łatwo dojść do wniosku, że po śmierci Gęsiego Wrzasku ktoś w końcu musiał zostać kapłanem, ale raczej nikt nie sądził, że będzie to ona, albo przynajmniej, że nie będzie to tylko ona. Może Chłód chciał kogoś jeszcze mianować, ale nie teraz, kto wie. Tylko on sam i duchy znały odpowiedź. Co jednak ważniejsze dla Zarannej Zjawy, to to, iż dostała nową ważną pozycję – wyróżnienie spośród tłumu, wyższą pozycję w hierarchii. Jednakże wyróżnienia wiązały się nie tylko z wyższą pozycją w kulcie i klanie – ale także z obowiązkami, oraz ewentualnymi przeciwnikami, którzy chętnie widzieliby na jej pozycji siebie samych lub kogoś jeszcze innego. Innymi słowy – z ryzykiem.
Z jednej strony bura czuła się dobrze z myślą, że coś osiągnęła, że była dumą dla Stokrotkowej Polany i że przerosła swego brata i siostry bardziej, niż mogła oczekiwać. Z drugiej jednak strony wiedziała, że mimo, iż niektóre koty nie będą już jej tak patrzeć na łapy – u innych się to wzmoże przez chęć zysku lub odebrania jej stołka, jak to określały koty w Betonowym Świecie. A to tylko sprawiało, że czuła większe mdłości napływające do jej ciała niczym morskie fale.
Gdy tylko dotarła do obozu weszła do siedziby uzdrowicieli, by zapaść w płytki sen.

***
*dzień po śmierci Chłoda/noc w której Chłód dedł*

Leżała na swym posłaniu, zwinięta w kłębek z ogonem okrywającym jej czarny nos. Bury bok unosił się miarowo wraz z jej oddechem. Sen kocicy może i był dość spokojny, ale i płytki, przez co została łatwo wybudzona przez lekkie szturchnięcie i dźwięk swego imienia dochodzący do jej uszu.
Otworzyła swe pistacjowe oczy, unosząc natychmiast spojrzenie z szarych łap na pysk, który natychmiast rozpoznała. Lider.
— Zaranna Zjawo — zwrócił się do niej kocur, gdy już był pewien, że jest przytomna — natychmiast staw się u mnie w legowisku — zażądał, następnie pośpiesznie wychodząc.
Zajęczo pręgowana szybko uniosła się na łapy, podczas gdy kita przywódcy zniknęła w wejściu do siedziby medyków. Rozejrzała się po legowisku. Dostrzegła tylko zaspaną, zdezorientowaną Naparstnicę unoszącą swoją szylkretową głowę i sennym wzrokiem lustrującą legowisko.
— Co się dzieje? — spytała pointka, ziewając przeciągle. Zaranna nie mogła jednak udzielić jej odpowiedzi. Szybko przyklepała łapą sierść na głowie i w kilku innych miejscach, po czym ruszyła w ślad za liderem.
— Niedługo się dowiem — miauknęła do drugiej medyczki.
Przechodząc nieco ociężale przez budzący się obóz dostrzegła Chryzantemową Krew rozmawiającą o czymś gorączkowo z Bieliczym Piórem niedaleko żłobka, oraz Olszową Korę której kita latała lekko na boki gdy ta rozmawiała z Kukułczym Gniazdem. Zauważyła niewiele obudzonych kotów spoza kultu. Było to spowodowane prostym faktem – dzisiaj odbywało się polowanie na samotników, w którym Zaranna oczywiście nie uczestniczyła, zważywszy na swój błogosławiony stan. Przez to właśnie to koty czczące Mroczną Puszczę wypełniały obóz, gdyż reszta najzwyczajniej w świecie spała. Wojowniczka wiedziała jednak, że coś musiało stać się najpewniej podczas polowań, ewentualnie tuż po nich. Mimo małej liczebności kotów szepty wypełniały obóz.
Córka Szakalej Gwiazdy stanęła przed legowiskiem lidera. Wciągnęła powietrze przez nozdrza, by następnie wejść i usiąść przed czekającym na nią liderem, którego żółte oczy wpatrywały się w nią.
— Chłodny Omen nie żyje. W nocy uderzył w niego piorun. Trzeba przygotować się do pogrzebu, co oznacza, że teraz ty zostajesz nowym Wielkim Kapłanem — przekazał pręgowanej wieści. Ta otworzyła szerzej oczy, słuchając jego dalszych słów z uwagą i powagą wymalowaną na pysku.
Nie tego spodziewała się po tym poranku.

17 kwietnia 2024

Od Zarannej Zjawy

*kilka dni po zajściu w ciążę, Pora Nagich drzew, noc*

Żyła z Uranosem już jakiś czas. Razem jedli ryby, a kocur zapraszał ją często w różne ciekawe miejsca, opowiadał o mieście i podawał nazwy wielu interesujących przedmiotów. Opowiadał też coś o sobie. Ona zaś słuchała uważnie jego słów. Coraz bardziej się do siebie zbliżali, z każdą spędzoną nocą i każdym wypadem.
Aż w końcu…
Wyznał jej miłość.
I stało się.
Kilka dni potem odkryła, że nosi pod sercem kocięta.
Uranos też się zorientował, po tym, że zaczęła ciut więcej jeść. Powiedziała mu prawdę. Nie powinna była.
Ale to zrobiła.
Czas jednak było… odejść.
Zaranna Zjawa powoli chyliła powieki, by sprawdzić, czy Uranos na pewno śpi. Jego biały bok miarowo unosił się wraz z kocem którym był okryty.
Powoli, ostrożnie wysunęła się spomiędzy pieleszy, najciszej jak potrafiła, cały czas przyglądając się kocurowi. Brak reakcji.
Cicho ruszyła w stronę schodów, by następnie wyjść na górny pokład. Przeszła po bujającym się statku na kokpit, by następnie spojrzeć w dal, w mroczną morską toń, na potwory dwunożnych przymocowane do bali. Mroźny wiatr rozwiał jej futro. Lekko zadrżała z zimna, przymykając jednak oczy i próbując zapamiętać jak najwięcej z tej chwili. Słyszała szum fal rozbijających się o statki i brzeg, głosy pojedynczych acz dość niebezpiecznych dwunogów w oddali, skrzeczenia pojedynczych mew, czuła to bujanie i zapach ryb. Jej oddech mimowolnie przystosował się do rytmu okolicy, stając się jego częścią, której nikt jednak poza nią nie mógł usłyszeć.
Ostatni raz wciągnęła powietrze, by następnie odwrócić się, przejść kawałek, wskoczyć na reling i zeskoczyć prosto na deski.
Nie powinnien tego usłyszeć. Raczej.
Ruszyła przed siebie, jeszcze parę razy oglądając się na statek za sobą i uważnie nasłuchując.
Szybkim krokiem ruszyła przez port. Dość szybko dotarła do jednej z beczek zapełnionych rybami. Pchnęła ją, a ta upadła na ziemię wraz z wnętrzem które praktycznie wylało się z niej na podłoże. Przejrzała ryby, przesuwając je nosem, aż w końcu wybrała odpowiednio duży okaz. Będzie jedzenie na podróż.
Chwyciła rybę, wbijając w nią najmocniej jak potrafiła swe kły, tak, by ta jej nie spadła, by następnie ruszyć do wyjścia z portu.
Czuła się... trochę źle z tym, co robiła. Mimo, iż Uranos zdawał się mieć tę nutę niebezpieczeństwa, zdawało się mu naprawdę na niej zależeć.
Rozkochała go w sobie, spędziła z nim noc, a teraz odchodziła, zostawiając go samego.
Życie z nim, pokazało jej… jak mogłoby być. Gdyby tylko urodziła się gdzie indziej, ona albo jej babka czy prababka. Gdyby przyszło jej żyć inaczej. Może nawet, w innym świecie, również skrzyżowałaby drogi z Uranosem i naprawdę go pokochała, tak mocno, jak kochała rodzinę, i przywiązała się niczym do kultu, którego świadomość istnienia była z nią aż od kociaka, zaszczepiając do niego lojalność tak dużą, iż mimo szansy na potencjalnie lepsze życie i to nie jednej, zostawała pośród kotów, które starały siebie nawzajem wypruć z emocji, ze słabości, które wyszukiwały u innych błędów, tylko czekając na oznaki podstawowego współczucia wobec współklanowiczy?
Cóż, ale przecież planowała odejście od początku. Miała to w głowie w każdym momencie ich znajomości, podczas każdej rozmowy i każdego wspólnego jedzenia ryb, wpatrywania się w morze i gwiazdy, a nawet gonienia mew próbujących ukraść im posiłek.
Szła jednak przed siebie, nie oglądając się. Świat wypruł ją z tak wielu emocji, z śladów uczciwości wobec innych, niebędących jej już od dawna bliskich kotów. Do takiego stopnia, że już niedługo później praktycznie przestała czuć to śladowe… coś w związku z tym, co właśnie robiła, skupiając się na otoczeniu.
— Dokąd idziesz? — rozległ się niespodziewanie znajomy głos. Bura aż podskoczyła i wypuściła rybę z pyska, słysząc go i kroki. Gwałtownie obróciła się, widząc za sobą biegnącego do niej kocura, Uranosa. Łapy jej jakby zmiękły i nie mogła się ruszyć, więc po prostu patrzyła, jak ten zbliża się do niej coraz bardziej. Biały wyglądał tak jakby biegł tu aż od samego portu, powoli uspokajając swój oddech i podchodząc do niej w kilka chwil. — Dokąd?
— Ja... muszę odwiedzić rodzinę. Wiem, powinnam ci powiedzieć, ale oni... są specyficzni. I nie lubią obcych. Miałam zamiar wrócić przed świtem. — skłamała. Nie mogła być z nim szczera.
— Nigdzie nie idziesz — rzucił władczo ku jej zaskoczeniu, stając tak, aby przysunąć ją bliżej ściany, by mu nie uciekła. — Jesteś moja Gaju. Nie zamierzam pozwolić ci odejść. Nie, gdy tak nam razem się dobrze układa. Zostałaś, zaakceptowałaś moją gościnę. Teraz to ja jestem twoją rodziną. — A-ale... — zająkała się, czując, jak niespodziewanie napływa do niej strach, którego tak dawno nie czuła, a przynajmniej nie w taki sposób, by go okazać — obiecałam im. Obiecałam mojej babci. Jest stara i schorowana, nikt inny z nią nie spędza tak czasu jak ja. Zostanie sama pośród reszty, która na nią nie zwraca uwagi...
— Jesteś. Moja. Gaju — Uranos zaakcentował te słowa, zbliżając niebezpiecznie do niej pysk. Poczuła jego oddech na swym ciemnym policzku. — Nie nabiorę się na twoje słodkie kłamstwa. Wiem, że nie wrócisz. Uważasz mnie za durnia? Mylisz się. Zostajesz. Ze mną. Wracaj do łodzi. Już!
Skąd on wiedział? Przecież tego nigdy nie okazała! Była ostrożna, ostrożna tak jak tylko się dało! Mimo to nie okazała zaskoczenia jego słowami, które mogłoby wskazywać na to, iż miał rację.
Jej negatywną uwagę przykuły jednak jego słowa.
„Jesteś. Moja. Gaju” „Zostajesz. Ze mną. Wracaj do łodzi. Już!”
Czyżby uważał ją za rzecz? Jej przeczucie, które czasami pojawiało się u niej było prawdziwe, miał w sobie… coś takiego?
Jej mina stężała. Wbiła w niego pistacjowe oczy, jakich jeszcze od niej nie widział - poważne i bijące chłodem.
— Moja. Babcia. Czeka — miauknęła powoli — dotrzymuję złożonych obietnic, szczególnie jej. I nie, nie jestem twoja. Jestem twoją partnerką. To różnica.
— Nie pozwolę ci odejść. Nie wrócisz. Nie zasłaniaj się babcią. I jesteś... jesteś moja. — Niesopdziewanie złapał ją za kark i zaczął ciągnąć z powrotem w kierunku portu. Nieomal zakrztusiła się powietrzem, gdy ją chwycił.
— Co ty... co ty robisz! Puszczaj mnie! — syknęła poważnie — URANOSIE! — krzyknęła. Nie było odzewu. I wtedy właśnie dostrzegła ją. Rybę.
Nie myśląc wiele kopnęła ją tylną, wolną łapą w taki sposób, iż ta trafiła prosto w pysk Uranosa, który poluzował uścisk. Dzięki temu udało się jej wyrwać. Szybko podniosła się z ziemi i ruszyła przed siebie. Miała ochotę mu przyłożyć. Ale wolała to zrobić tylko w ostateczności, by nie narażać kociąt. Wyciągała swe długie łapy najdalej jak mogła, robiąc wielkie susy nad brukiem.
Oh, jak szybko emocje wobec kogoś mogą tak drastycznie się zmienić…
— Gaju! Nie! Nie zostawiaj mnie! — wydarł się za nią, ponawiając pościg. — Co z naszą rodziną?! Co z kociętami?! Naprawdę i to mi odbierzesz?! Wracaj! Kocham cię! Słyszysz?! Wracaj mówię!
Na chwilę zwolniła, ale potem gwałtownie przyspieszyła. Nieomal poślizgnęła się, robiąc potężny zakręt, prawie że wpadając na drogę grzmotu i przewracając niczego niespodziewającego się kota, który akurat szedł chodnikiem. Pędziła najszybciej jak potrafiła. Tak, jak gdy sowa ją zaatakowała za dzieciństwa. Sowa, która zostawiła na jej głowie blizny po wsze czasy.
— Nie bądź głupia! Zaraz wpadniesz pod potwora i cię stracę! Nie uciekaj! Obiecuję, że nic ci nie zrobię! — dalej wołał, biegnąc wciąż za nią. Biegła dalej przed siebie. Krew szumiała jej w uszach. Nie tak miało być! Nie tak! Miała po prostu wyjść w nocy i odejść! Miał się obudzić bez niej, gdy ona byłaby już daleko!
Poślizgnęła się ponownie na lodzie, jednak szybko złapała równowagę. Dyszała ciężko. Wtem dostrzegła grupę dwunożnych. Bez zastanowienia przebiegła między ich nogami. Zdawali się ledwo ją zauważyć przez własną rozmowę, tylko jedno z nich spojrzało w ślad za nią, gdy wskakiwała na klapę pobliskiego śmietnika, by następnie skoczyć przewracając go z hukiem na balkon tuż obok. Wtedy też pozostali wyprostowani również spojrzeli na nią, mówiąc coś w swoim niezrozumiałym języku. Tymczasem ona balansując na metalowym ruszcie przeszła dalej i już miała skoczyć na następny wiszący obiekt, gdy dostrzegła, iż nie tylko drzwi do wnętrza gniazda były otwarte, ale także - przeciwległe okno w nim.
Bez zastanowienia zeskoczyła i wbiegła do środka. Od razu do jej nozdrzy dostał się zapach starego dwunożnego. Usłyszała też dziwne dźwięki, prawdopodobnie z tak zwanego telewizora, dochodzące gdzieś z innego pokoju.
Słyszała na zewnątrz pokrzykiwania partnera, który jej szukał. Te po chwili jednak ucichły.
To była cisza przed burzą. Czuła to. Znajdzie ją, znajdzie. Serce biło jej jak młotem, jednak nie panikowała. Przebiegła przez pokój, po drodze zahaczając o drut wystający z kanapy, przez co jej krew polała się na drewnianą podłogę. Syknęła, ale nie stanęła. Szybko wskoczyła na parapet okna po czym wyskoczyła z niego, lądując na czterech łapach na innej ulicy. Rozglądając się przebiegła przez drogę grzmotu, szybko znikając w cieniach.

***

Praktycznie nie zatrzymywała się po drodze, mimo tego, jak męczące to było. Dopiero gdy była poza miastem zwolniła znacząco tępa. Stanęła, spluwając śliną w bok. Czuła się wykończona. Ale nie mogła się zatrzymywać na długo. Odpoczęła tylko na tyle, by uspokoić oddech i kołaczące w jej klatce piersiowej serce, by następnie ruszyć w znajomą stronę.
Do Klanu Wilka.
Droga grzmotu ukazała się przed Zaranną Zjawą, która rozejrzała się to w prawo, to w lewo, po czym przekroczyła jezdnię. Szybko znalazła się po drugiej stronie, nie chcąc, by nagle jakiś pędzący potwór pojawił się znikąd i ją potrącił lub całkowicie zadeptał.
Ruszyła wolniejszym truchtem przez wysokie trawy pokryte śniegiem. Czuła to zimno, które wypaliło jej nozdrza i pysk. Pewnie się pochoruje od tego biegu w takiej pogodzie.
Chociaż miała nadzieję, że tak się nie stanie.
Po jakimś czasie przed nią ukazała się rzeka cała oblodzona. Zmęczona kocica przechodziła po głazach, raz po raz potykając się i ślizgając.
Ostatecznie jednak doszła do granicy, następnie oglądając się za siebie i znikając pośród drzew, których znajomy zapach uderzył w jej nozdrza.

***

Dotarła do celu. Stróżujący obozowi Chryzantemowa Krew i Gronostajowy Taniec powitali ją skinieniami głowy, choć ten drugi zdawał się dość zaskoczony. W końcu reszcie klanu osobiście nie powiedziała, gdzie się wybiera ani po co, a dobrą chwilę jej nie było. Wróciła jednak. Minęła dwa znajome koty, wchodząc do obozu opatulonego mrokiem i ciszą nocy. Ruszyła w stronę siedziby medyków, wycieńczona, choć z postawą wskazującą na dobry stan i jej typowe, chłodne spojrzenie.
Zażyła zioła, by choć trochę zmiejszyć ryzyko choryby, a potem ułożyła się na swym legowisku. Nim zapadła w sen, wiatr szumiący łysymi gałęziami drzew i krzewów, który wdzierał się do jej legowiska przypominał jej bez przerwy nieprzyjemnie o tym, że już nie będzie siedzieć w wygodnych kocach, ani grzać się u czyjegoś boku, marznąc w porze nagich drzew, ani jeść soczystych ryb, tylko marne ochłapy.

16 kwietnia 2024

Od Zarannej Zjawy

*Pora Nagich Drzew, jakieś dwa dni po poznaniu Uranosa, jeszcze w tym momencie nie Zaranna nie nosi w sobie potomstwa*
Jej oczy były zamknięte. Otaczała ją błoga ciemność, tak kojąca, wraz z ciepłem. Delikatne bujanie kołysało ją podczas błogiego snu, którego nie chciałaby przerwać, gdyby nie to, iż po jakimś czasie kołysanie się wzmocniło, stając się niekomfortowym. Zaczęła się powoli rozbudzać, orientując się, że coś jest nie tak. Otworzyła zaspane oczy, a obraz który dostrzegła na początku ją zmylił.
Dopiero po paru uderzeniach serca przypomniała sobie gdzie jest, uspokajając się nieco, choć pozostając dość czujną jak na dopiero wybudzonego kota dalej okrytego masą koców. Ziewnęła, ukazując wnętrze swej paszczy, po czym mlasnęła parę razy, by następnie zacząć próbować wyplątać się z koców. Udało jej się po chwili wysunąć spod nich. Były naprawdę miękkie i wygodne. Ogólnie cały wodny potwór zapewniał wygód więcej, niż mogłaby mieć kiedykolwiek w dziczy, w Klanie Wilka.
Wstała, przeciągając się, a następnie wylizując swe futro. Podeszła do drewnianego obiektu, po czym wskoczyła na niego. Nad nim wisiała bowiem odbijająca obraz powierzchnia, niczym woda, ale nie falująca i stała w swym kształcie. Spojrzała w odbicie. Wyglądała przyzwoicie. Do dnia, w którym poznała Uranosa nie mogła siebie samej tak dobrze zobaczyć, jak w tym dziwnym zwierciadle.
Po chwili z własnymi myślami w ciszy przerywanej jedynie skrzypieniem statku zeskoczyła z drewnianego obiektu, po czym ruszyła do schodów. Wchodziła po nich wolniej niż Uranos, ale chyba coś tam wprawy nabrała, mimo, iż to były tylko dwa dni. Dzięki obserwacji białego, oczywiście.
Gdy tylko wyszła na górny pokład rozejrzała się na boki. Dość szybko dostrzegła Uranosa siedzącego na dziobie łodzi. Ruszyła w jego stronę.
— Obudziłaś się? Długo spałaś — rzucił do niej Uranos z uśmiechem gdy się do niego zbliżyła, zwracając do niej swój pysk. Morska bryza zmierzwiła mu sierść. — Cieszę się, że bujanie ci nie przeszkadza. Niektórzy źle się po nim czują.
— Chyba... nieco się przyzwyczaiłam — stwierdziła, podchodząc bliżej i stając obok niego. Również poczuła jak jej futro przeczesuje wiatr. Spojrzała na morze, którego pomarszczona powierzchnia falowała lekko, a wraz z nią pływające po niej mewy.
— Dobrze to słyszeć. Miło jest budzić się przy kimś zamiast samotnie. Widzę, że podoba ci się takie życie. Jeszcze ode mnie nie uciekłaś, aby zwiedzać świat dalej.
— Jest całkiem przyjemnie. Poza miastem nie ma takich miejsc, w których byłoby teraz ciepło. Noi nie jestem sama... — stwierdziła, zerkając na niego z nowopowstałym na jej pysku uśmiechem.
— Może zostaniesz na dłużej? Znacznie dłużej...? — zasugerował z błyskiem w oku.
— Możliwe... — miauknęła — ale twoja oferta pokazania mi reszty tego miasta dalej jest aktualna, prawda? — spytała — w końcu... jeśli miałabym tu zostać, muszę znać otoczenie.
Z jakiegoś powodu… nie zgodziła się od razu. Nie była pewna, dlaczego. Może to jakieś ślady wyrzutów sumienia, z powodu tego, że go tylko wykorzystywała dla własnych celów? Miała nadzieję, że nie. Chciała w końcu móc stąd odejść bez oglądania się wstecz. Noi chciała faktycznie poznać miasto. To była chyba jej jedyna okazja w życiu, aby zobaczyć świat poza Klanem Wilka bez innych kultystów na karku. Chciała wykorzystać daną jej okazję. Nie robić wszystkiego na szybko i wracać do Klanu Wilka w trymiga.
— Oczywiście. Nie będziemy jednak mogli zapuszczać się daleko, ponieważ niektóre tereny są własnością innych gangów. Tu w porcie jesteś bezpieczna. Moja szefowa nie interesuje się kogo sprowadzam, dopóki wykonuje swoją pracę.
— Jesteś w gangu? To całkiem ciekawe. Ja jak pewnie podejrzewasz nie byłam jeszcze w żadnej tego typu grupie. Nie wiem, jak tam jest — stwierdziła.
— Są zasady, których trzeba przestrzegać, aby żyć, a tak? Jak to mówią? Baw się do rana u Kasztelana. Zabrałbym cię tam, ale ostatnio dużo się pozmieniało. Nie chciałbym, aby stała ci się krzywda. — Przysunął się do niej bliżej.
Czyli faktycznie Kasztelan nadal istniał… szkoda, że nie mogła go odwiedzić… ale cóż. Mówi się trudno… po prostu… nigdy tego nie zrobi.
— Też wolałabym tego uniknąć — stwierdziła, mrucząc lekko — ale wiem, że przy tobie jestem bezpieczna.
— Oczywiście. Przy mnie nic ci nie grozi — stwierdził, otulając ją swym białym ogonem. Uśmiechnęła się lekko, kontynuując rozmowę w akompaniamencie skrzeku mew i pierwszych odgłosów odpalanych silników.

***

Wieczorem, gdy słońce już zaszło za horyzontem, udali się w stronę samotnej, portowej „latarni”, jak to kiedyś nazwał taki obiekt Uranos. Rzucała ona nikły blask na brukowane uliczki, na których nie było już ani żywego ducha. Pod nią leżał złożony karton, idealnie chroniący przed mokrą nawierzchnią. Biały podszedł do niego, następnie siadając. Po chwili gestem zaprosił ją do zrobienia tego samego.
— Czyż noc nie jest piękna?
— W jej mroku skrywa się wiele niebezpieczeństw, lecz także tajemnicze piękno, które przyciąga — miauknęła tajemniczo, wchodząc za nim na karton i siadając tuż obok niego.
— To prawda... Masz jakieś tajemnice, Gaju?
— A ty? — odpowiedziała pytaniem na pytanie, patrząc prosto na niego.
— Może — rzucił z błyskiem w brązowym oku. — Dobrze jest je posiadać, bo cudownie się je odkrywa. — Ponownie otulił ją swym ogonem.
Robił to z każdym dniem coraz częściej. Dawał jej lekkie sygnały. Samo to że dbał o nią w takim miejscu, jakim był Betonowy Świat oznaczało, iż był zainteresowany. Noi te komplementy…
Bura po kilku uderzeniach serca powoli przechyliła się w jego stronę, by oprzeć o jego bok i spojrzeć w gwiazdy.
Morze rozciągało się w oddali przed nimi. Daleko przed nimi tańczyły pojedyncze białe punkciki, które do nich migały, niczym gwiazdy na Srebrnej Skórze do swych wyznawców.
— Ta najjaśniejsza to Rozgwiazda — wyjaśnił jej. — Wyprostowani na swych wodnych potworach zawsze się za nią kierują, gdy się zgubią.
Zmrużyła lekko oczy, skupiając spojrzenie na wspomnianyme światełku, które raz lśniło, raz gasło z zaintrygowaniem.
— Od jak dawna żyjesz w porcie, na łodzi? Masz naprawdę dużo o nich wiedzy, więcej niż jakikolwiek kot jakiego spotkałam. — to była prawda, mimo, iż mówiła to, by dowiedzieć się o nim więcej. Ostra Kostrzewa nie znała tak dobrze tych terenów. Wspominała o tym miejscu, ale zdawało się, iż jeśli w nim była, to tylko parę razy jeśli już.
— Od małego. Bywałem nawet w rejsie poza portem, tam na wodzie. — Wskazał jej kierunek. — Nie jakoś daleko... Zwykle Wyprostowani wracają do portu, gdy upolują ryby. To dla nich tu żyje. To łatwy łup.
— Nigdy jeszcze nie jadłam ryby. Jak smakują? — spytała z zaciekawieniem w głosie. Siedzenie z nim… uspokajało pewne jej wymagania wobec siebie, pewne myśli. Otwierało trochę jej umysł, nie tak, jak przy innych kotach. Zaczynała się zastanawiać, jakie jest życie kotów z innych klanów. Takich, które nie żyją w Klanie Wilka, nie są kultystami. Jej ciekawość i wyobraźnię zasiliły niegdyś trochę opowieści Kostrzewy, i mimo iż Zaranna Zjawa jak każdy zastanawiała się czasem, jak to by było na przykład w Klanie Burzy, przy Szepczącej Pustce, gdzie atmosfara była inna niż w jej rodzinnym Klanie.
— Naprawdę? — zdumiał się. — Cóż... Inaczej niż myszy to na pewno. Smakują wodą. Są słone. Jak chcesz mogę ci jedną przynieść. Wiem gdzie je składują.
Zajęczo pręgowana uniosła brew.
— Chętnie pójdę z tobą. Nie widziałam jeszcze dwunogów, którzy by polowali, a tym bardziej wracali z łupem — stwierdziła. — W dziczy nie ma tak wiele kotów, które umiałyby polować na ryby... przynajmniej nie w moich stronach — no w Klanie Wilka to na pewno, poza nim i innymi klanami pewna być nie mogła, czy jest ich mało. Na pewno jednak koty z takimi umiejętnościami nie stanowiły większości… chyba.
— Chodźmy więc. Zobaczymy czy ci posmakuje tutejsze jedzenie. — Biały wstał i ruszył w sobie tylko znaną stronę. Niedługo później okazało się, iż zaprowadził ją do śmierdzących rybą beczek. Kocur przyjrzał się im z uwagą, a następnie rozbiegł się i z całych sił w jedną z nich uderzył. Ta upadła, a dzisiejszy połów rozlał się po ziemi. Zaranna obserwowała cały proces powalania beczki uważnie. Był sprawny. I sprytny, że używał tego źródła pożywienia, dzięki czemu nie głodował tak jak wiele innych kotów.
Naprawdę dobrze trafiła.
— Podano do kolacji.
Kocica uśmiechnęła się mrużąc lekko oczy zaintrygowana, następnie podeszła do ryb i uchyliła pysk, by poczuć ich zapach. Przypominał ten nocniaków, ale nie do końca. Był bardziej... morski.
— Są różne — stwierdziła, przyglądając się martwym istotom — nie wiem, którą wybrać — stwierdziła, kładąc łapę na jednej z ryb. Przejechała po jej śliskich łuskach, następnie stawiając kończynę z powrotem na ziemi.
— Obojętnie jaką. Smakują podobnie. — powiedział, następnie podsuwając bliżej burej jedną sztukę, zachęcając do spróbowania. Zerknęła na niego, następnie pochylając się i wbijając kły w martwe zwierzę. Po jej języku rozlał się słony posmak. Poczuła mięsistą, a zarazem znacznie gładszą niż u innych zwierząt konsystencję tkanek. To było tak odmienne, od tego, co zazwyczaj jadła. Delektowała się każdym następnym kęsem, próbując jak najwięcej wynieść z tego doświadczenia.
Bo w przeciwieństwie do Uranosa wiedziała, że może go już nie doświadczyć.
Uniosła głowę po jakimś czasie, by spojrzeć na kocura.
— Smaczniejsza niż wszystko, co do tej pory jadłam.
— Prawda? I łatwe do zdobycia. — Sam wziął gryza ryby, zajadając się nią ze smakiem.
— W jaki sposób łapią je wyprostowani? Przecież nie są zbyt... szybcy, a ryby łatwo spłoszyć.
— Wrzucają do wody taki duży koc, który nazywają siecią. Potem go wyciągają wraz z rybami.
— To... całkiem sprytne — stwierdziła po chwili namysłu, gdy skojarzyła to o czym mówił także z obserwacji otoczenia.
Uranos uśmiechnął się zadowolony, mrucząc.
Zjedli resztę ryb, a potem Uranos zaczął przedstawiać jej nazwy części z nich. Zielonooka słuchała uważnie każdego słowa, patrząc w ślad za jego łapą pokazującą każdy kolejny okaz, wsłuchując się w jego słowa, raz na jakiś czas spoglądając w jego brązowe oczy.
Naprawdę... był dla niej dobry.

02 kwietnia 2024

Od Zarannej Zjawy

Poinformowała Błękitną Gwiazdę oraz Chłodny Omen o swoich planach. Pozwolili jej wyruszyć samej. Dała także znać babci, że nie będzie jej przez najbliższy czas w obozie, nie podając jej jednak powodu. To samo powiedziała Mrocznej Wizji i Naparstnicowej Kołysance. Plus tej drugiej kazała także pilnować, by nikt, a zwłaszcza Ważkowe Skrzydło nie dotykał jej legowiska.
Tak też wciągnęła powietrze, spojrzała ostatni raz na tętniący życiem obóz Klanu Wilka…
I wyruszyła.
Szła przez gąszcz lasu, wdychając jego czyste, wilgotne powietrze. Obserwowała uważnie wszystko wokół niej. Gila, który usiadł na gołej, ośnieżonej gałązce, by następnie zacząć skubać pozostałe na niej owoce, które nie były trujące tylko dla ptaków, stanowiąc dla nich ważne źródło pożywienia podczas tak srogiej pory. Widziała ślady myszy w śniegu, które niedługo później miały zostać przykryte nową warstwą białego puchu.
Dostrzegła pobratymca, który skradał się w zaroślach, nie zdając sobie sprawy, że go usłyszała, ani nawet, że w ogóle tam była. Po drodze widziała też śnieg rozstępujący się tam, gdzie szły uprzednio koty, tworząc ścieżki i pokazując, gdzie chodziły.
Po jakimś czasie trafiła na granice Klanu Wilka. Lód, który skuł rzekę błyszczał. Spojrzała na swoje odbicie. Na głowę z bliznami, na odstające na policzkach i czole futro, na ciemny nos i te pistacjowe oczy, w których dostrzegła chłód. Zacisnęła zęby, a potem przymknęła oczy, wypuszczając powietrze.
Musiała wypełnić swą powinność. To był odpowiedni czas, mimo pory. Była młoda, choć nie za młoda. Dzięki temu miała większą szansę, że jej się uda.
Zawsze miała wobec tego mieszane uczucia. W końcu Klan Wilka… nie był dobrym miejscem do życia. Pełnym okrutnych kotów, które nawet wobec własnych rodzin zachowywały się okropnie. Presji i spojrzeń, doszukujących się wszelkich oznak słabości, a także każdego potknięcia. Kultu, który dzielił koty na mniej i bardziej przydatne. To miejsce było przepełnione przemocą, nawet wobec swoich.
Ale miała już mało czasu. Stokrotkowa Polana się starzała. Klan Wilka osłabł, szczególnie jeszcze, że teraz stracili Hortensjową Łapę, a Kunia Norka, ich dawna medyczka która została oskarżona o morderstwo i uwięziona bez większych podstaw, tylko dlatego, że kult nienawidził jej mimo przydatności i nie sprawiania większych problemów. Staruszka zmarła, Zaranna Zjawa znalazła jej ciało nieomal pozbawione mięsa, na którym żerowały ptaki.
Tak kończyło się w Klanie Wilka.
Mogło to spotkać kogoś nawet, gdy się starało ze wszystkich sił. Przez jeden, prosty błąd. Bo każdy błąd był pamiętany i rozpamiętywany.
Ale teraz wiedziała, że będzie miała wsparcie. Mroczną Wizję. Zbliżyły się po ostatnim zgromadzeniu. Czuła się dzięki temu nieco stabilniej. Bezpieczniej. Choć negatywne uczucia, ta niepewność co do słuszności własnych decyzji i czynów dalej w niej były, wiedziała, że będzie chociaż trochę lepiej.
Przekroczyła rzekę, chodząc wyłącznie po kamieniach wystających spod mroźnej skorupy.
Tak oto opuściła las, stając na otwartych terenach i ruszając w stronę znajomej drogi.

***

Obudziła się, słysząc nagły dźwięk który wydawały potwory dwunożnych okazjonalnie. Nastroszyłą się, ale szybko zorientowała, iż nie było to niebezpieczeństwo, przynajmniej nie bezpośrednie, więc jej oczy wróciły do lekko zmrużonego stanu. Wstała, następnie zaczynając wylizywać swe futro, które straciło woń lasu i nasiąkło spalinami.
Siedziała w kartonie. Nie był on może idealny, ale na pewno cieplejszy niż wiele innych miejsc, w których by mogła spać, między innymi przez to, że był otoczony innymi odpadami, w tym styropianem i starymi meblami, dzięki czemu nieco lepiej utrzymywał ciepło.
Przeciągnęła się, po czym rozpoczęła wylizywanie futra. A gdy była już gotowa, wyszła z kartonu.
Mróz zaszczypał ją w nos i w poduszki łap. Śnieg zachrobotał pod nimi. Kotka otrzepała się, jakby próbując strzepać z siebie senność i niechęć do wyjścia, po czym ruszyła przed siebie.
Spotkała jak na razie nie tak wiele kotów.
Po większości z nich widać było to, iż nie warto było z nimi rozmawiać. No zwłaszcza, że nie wiedziała na czyim dokładnie terenie jest, za każdym razem, gdy przechodziła na następną uliczkę mogła przekraczać jakąś granicę. Jedyną poszlaką były oznaczenia zapachowe. Starała się jak najwięcej z nich pamiętać. Rodzaj zapachu, czy kot który ostatnio zaznaczał był kocurem czy kotką, w jakim stanie i tak dalej.
Pragnęła znaleźć miejsce, gdzie samotnicy się spotykają, w końcu jakieś musiało gdzieś być, prawda? Uznała, że tutaj będzie największa szansa na znalezienie takiego. Także z opowieści Kostrzewy Wiedziała, że istniało coś takiego jak „Kasztelan”. Nie była jednak ani pewna, gdzie się znajdował, ani tym bardziej, czy jeszcze istniał. W końcu według Kostrzewy miasto zmieniało się wiecznie, mógł już dawno podupaść. W końcu minęło dużo czasu od momentu, gdy starsza dołączyła do klanu.
Tak też uważnie obserwowała otoczenie, idąc przed siebie, szukając czegoś godnego jej uwagi, co mogłoby jej pomóc w poszukiwaniach.
— Co taka młoda dama robi sama w tej zapyziałej uliczce? — niespodziewanie do jej uszu doszedł głos dochodzący z góry. Zaranna natychmiast zatrzymała się dość gwałtownie, następnie błyskawicznie kierując spojrzenie pistacjowych oczu na obcego kocura, siedzącego na pobliskim płocie. Był to biały, półdługofutry samotnik o brązowych oczach. Obcy uśmiechał się do niej zadziornie. Zaranna nie zauważyła go wcześniej. Otaksowała go spojrzeniem po czym odparła.
— Zwiedzam. A ty? — spytała bez emocji żadnej emocji wymalowanej na pysku. Musiała ocenić jego zamiary.
— Obserwuje. Nie widziałem cię tu wcześniej — wymruczał przyglądając się jej z zaintrygowaniem. — Sądziłem, że takie piękności już dawno wyginęły. Cóż. Takiego obrotu spraw się nie spodziewała. Może faktycznie szczęście jej dopisywało? Wyglądał na w miarę zdrowego, choć oczywiście trochę wychudzonego, w końcu obecna Pora Nagich Drzew była bardzo, a to bardzo sroga. Trzymał się jednak jak na nią zdawało się dobrze. Do tego był duży i umięśniony, zdawał się dobrym kandydatem. Jedynie podobieństwo do Białej Śmierci... wywoływało w niej negatywne odczucia.
Ubrała jednak pysk w lekki uśmiech, odwracając wzrok.
— Dzięki — miauknęła, następnie z powrotem przenosząc spojrzenie na obcego — Jestem Gaja — podała imię, które niegdyś usłyszała od Kostrzewy.
— A to ci dopiero ciekawe — zaśmiał się biały, unosząc brew. — Ja, Uranos. Możliwe, że natknęliśmy się na siebie nie z przypadku. — Zszedł sprawnie na ziemie, stając naprzeciw niej. — Skoro zwiedzasz uroki tych obskurnych uliczek, pozwól mi w tym pomóc. Znam to miejsce doskonale. Chętnie pokaże ci coś wartego zobaczenia — zaproponował.
— Z przyjemnością — odparła, mrużąc lekko oczy, dalej z lekkim uśmiechem.
Skierowali swoje kroki w kierunku portu, którego powierzchnia była mocno oblodzona. W tle krzyczały mewy, a szum fal obijał się o zbutwiałe deski i zaśnieżone statki.
— Uważaj. Ślisko — powiedział Uranos, dostrzegając że wkroczyli na niestabilny teren. Przylgnął do niej bliżej, by w razie czego złapać ją przed ewentualnym upadkiem. Widząc, że się do niej zbliżył, zamruczała ledwo słyszalnie. No. Na razie szło nieźle… — Pomogę. To miejsce... to mój teren. Nie wiem czy byłaś kiedykolwiek na wodnym potworze, ale wrażenia są niesamowite.
Otworzyła szerzej oczy.
— Nie. Nigdy nawet nie zapuszczałam się w te strony — przyznała.
Nowopoznany samotnik uśmiechnął się i ostrożnie zaprowadził ją do kołyszącego się na falach potwora. Odbił się i sprawnie wskoczył na reling, czekając aż kocica pójdzie w jego ślady.
— Zapraszam. Przez chwilę ‘Gaja’ przypatrywała się lekko kołyszącej konstrukcji. Mroźny wiatr muskał jej pysk i rozwiewał futro. Patrzyła na łódź z otwartymi oczyma. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Ale nie zamierzała teraz stchórzyć.
Ostrożnie przestąpiła z łapy na łapę, pochyliła się, napięła mięśnie i skoczyła wzwyż. Jej pazury zaczepiły się o krawędź potwora. Zawisła, jednak szybko odepchnęła się tylnymi łapami, dzięki czemu udało jej się ustać na relingu. Spojrzała na towarzyszącego jej kocura.
— Całkiem nieźle. — Zeskoczył na pokład i usiadł na kołyszącej się strukturze.
Bura również zeszła na bardziej stabilną powierzchnię. Miała ochotę odetchnąć z ulgą. Dalej czuła jednak to niepokojące chybotanie, przez co patrzyła przez chwilę w ziemię, obserwując ją. Nie była przyzwyczajona do takich warunków. Nigdy nie myślała, że przyjdzie jej wejść na cokolwiek, co przypominało obiekty czasem pojawiające się na jeziorze będącym jedną z granic Klanu Wilka. A ten potwór... był ogromny.
— Prawda, że ciekawe uczucie? Inne niż chodzenie po lądzie.
Skinęła głową na słowa kocura, przenosząc na niego spojrzenie.
— Prawda.
— Więc Gajo... Skąd pochodzisz skoro nie z Betonowego Świata? — zadał pytanie, przysuwając się bliżej niej.
Aż tak to było widać? A może zgadł? Nie wiedziała.
— Znad jeziora niedaleko miasta — miauknęła — byłam już tu jednak wcześniej, choć nie na długo. Zazwyczaj jeśli przychodzę, to na chwilę, ale ostatnio postanowiłam, że warto może zobaczyć więcej tego świata, niż tylko kilka ulic.
— Więc z dziczy? Oho! To wyjaśnia urodę. Tak coś sądziłem. W końcu... takiej drugiej jak ty w tych stronach ze świecą szukać. Mam nadzieję, że podobała się wycieczka? Możesz zostać dłużej... Mam tu miejsce dla takiej samotnej damy.
— Czyli kotki z moich stron są urodziwsze? Nie wiedziałam o tym... i dziękuję za komplement — miauknęła — chętnie zostanę na dłużej. Chciałabym poznać lepiej miasto, ale samej tak się włóczyć i szukać niczym w stogu siana ciekawych miejsc jest trudno... — stwierdziła, a na jej pysk ponownie wstąpił lekki uśmiech ze zmrużonymi przyjaźnie oczyma. W odpowiedzi na jej gest biały objął ją ogonem.
— Oczywiście. Wiedz jednak, że może być tu niebezpiecznie. Pozwól, że się tobą zajmę i zapewnię ci bezpieczeństwo. Na razie jednak chodźmy pod pokład. Pokaże ci gdzie będziesz spać — wymruczał, prowadząc ją ku schodom.
Bała się. Czuła, jak ledwo powstrzymuje futro przed nastroszeniem się. Pod pokład? Do wnętrza potwora?! Przecież może ich tam zamknąć i już nie wyjdą! Chociaż... w sumie skoro wychodził i to był jego teren, możliwe, że dwunożni tego konkretnego stwora nie zamykali i był on zawsze otwarty. To miało więcej sensu. Pomimo niebezpieczeństwa związanego z ufaniem kotu, który znał się na tym miejscu lepiej niż ona, musiała zaryzykować. Tak też nie zmieniła mimiki pyska, idąc za nim, a następnie ostrożnie schodząc po stopniach w dół, w stronę jamy wewnątrz wodnego, kołyszącego się potwora, z obawami w umyśle.
Gdy tylko znaleźli się w środku, Uranos zaprezentował jej miejsce, które było pełne starych kocy i wskazał na nie łapą.
— Tutaj. Proszę, usiądź.
Kotka podeszła, po czym powąchała przedmioty jakie dostrzegła. Pachniało kurzem i kotem, oczywiście tym, który stał tuż za nią. Przypominały jej czas, kiedy była w Gnieździe Starej Dwunożnej, która wzięła do siebie Nocny Kwiat i Liściaste Futro. Dotknęła tego czegoś łapą. Było miękkie.
— W lesie takich rzeczy się nie spotyka, nieprawdaż?
— To prawda — odparła, przenosząc na niego spojrzenie. Uśmiechnęła się, a on podszedł do niej, lekko stykając się z nią bokiem.
Rozmawiali jeszcze jakiś czas. A raczej długi czas, choć nie widziała jak słońce porusza się po niebie z wnętrza potwora. Na koniec dnia poszli spać na osobnych kocach. Bura nie spała jednak długi czas, nie mogąc się przyzwyczaić do bujania i nowego środowiska. Gdzieś na górze usłyszała kroki dwunożnych, ci jednak jakiś czas później przestali chodzić. Może zeszli z pokładu albo również położyli się spać.
Udało jej się. Trafiła w dziesiątkę. Teraz należało tylko grać dalej w tę grę, do momentu, gdy stanie się to, po co tu przyszła…

28 marca 2024

Od Zarannej Zjawy Do Cisu

*ciut przed Zgromadzeniem, obecna Pora Nagich Drzew*

Zimno.
To było pierwsze, co zarejestrował jej zaspany, dopiero wybudzający się umysł, gdy tylko zaczęła się rozbudzać.
Chyba to właśnie niska temperatura ją obudziła. Zadrżała, przykrywając się ogonem. Nie miała najmniejszej ochoty wychodzić z legowiska. Wiedziała, że musi, ale chciała jeszcze przez chwilę utrzymać ciepło, które było w lęgowisku.
Naprawdę, zazdrościła teraz błękitowi tego, że miał skórę kota za posłanie i mógł w każdej chwili się nią okryć.
Otworzyła swe ślipia, by dostrzec śnieg który bez pozwolenia wdarł się do legowiska medyków. Ktoś będzie musiał to uprzątnąć.
Cóż, na pewno nie ona!
Nie ma mowy, że ona.
Nope.
Oporządziła swą sierść najszybciej, jak mogła, by następnie wstać z napuszonym z zimna ogonem.
Ostry ból rozniósł się po jej łapie.
Uniosła ją, by się jej przyjrzeć.
W poduszkę wbity miała mały kawałek szkła, wokół którego tkanka wyglądała na zainfekowaną.
Parsknęła. Oczywiście.
Był na tyle mały, że nie czuła go wcześniej, ale na tyle długo musiała z nim łazić, że wbił się głębiej i spowodował taką ranę, która teraz potęgowała ból.
Ech. Czyli dzisiaj sama będzie swoją pacjentką.

***

Wojownicy oporządzili wyjście z legowiska medyków, gdy tylko się obudzili. Do tego czasu Zaranna Zjawa ani myślała wyściubić nosa z siedziby uzdrowicieli.
Gdy tylko jednak zostało ono oporządzone, musiała sprawdzić, co z kociętami ich klanu.
Tak też ruszyła w stronę żłobka po tej części obozu, która była oczyszczona. Czuła się jak w śnieżnym tunelu, bo praktycznie w takowym była – ściany z białego, mroźnego puchu otaczały ją z każdej strony.
Jako kocię lubiła śnieg. Był niczym jej przyjaciel, zawsze wszechobecny. To on był pierwszym, co czuła i widziała po podjęciu swych częstych ucieczek ze żłobka. Dalej miała do niego jakiś sentyment.
Szkoda tylko, że teraz potrafił jej przypomnieć o wojowniku, którego tak nienawidziła i którego poznała właśnie podczas mroźnej pory, kota, który wyglądał jak duża zaspa.
Wkroczyła do kociarni, trzymając w pysku ogórecznik.
Jedyna karmicielka w tamtej chwili obecna w kociarni od razu spojrzała na nią swym ślipiem.
Ślipiem, bo oczywiście Płonąca straciła drugie z jej żółtych oczu w… dość podejrzanych okolicznościach.
Tak też zaczęła od jednookiej. Popytała o jej kociaki, dała ogórecznik, wymieniła kilka dodatkowych zdań, których w rozmowach z nią zazwyczaj można było znaleźć jak na lekarstwo i dowiedziała się, iż druga z karmicielek wyszła.
Olszowa Kora, bratnica Mrocznej Gwiazdy okociła się nie tak dawno. Niestety, mimo pracy medyczek jedno z jej kociąt zmarło. Mała koteczka imieniem Wierzbka nie miała okazji, by zobaczyć świat. Szylkretowej kultystce zostało tylko jedno dziecko – Cis, również kotka, siedząca tuż obok Płonącej, pewnie między innymi po to, by zachować ciepło.
Zaranna Zjawa podeszła do małej niebieskiej szylkretki, która przypatrywała jej się swymi brązowymi ślipiami. Skinęła małej krótko, niezbyt głęboko głową, po czym spytała:
— Czy coś cię boli?
Kocię popatrzyło na medyczkę wielkimi oczami wtulając się bardziej w futro opiekunki. Kiedy Płonąca Dusza szturchnęła młodszą by coś odpowiedziała ta szybko pokręciła głową.
— mmm! — to chyba było zaprzeczenie. Raczej. Przez chwilę młode milczało, by następnie odezwać się — o to est? — zapytało wskazując łapką resztkę ziół którą bura wcześniej położyła na ziemi. Kultystka spojrzała na to, co wskazała niebiesko-kremowa.
— Ogórecznik i liście dębu — stwierdziła krótko. Córka Olszy spojrzała raz na kotkę raz na liście.
— Czyi licie? — zapytała.
Czy to nie było oczywiste? Może dziecko po prostu nie wiedziało, jak dalej poprowadzić rozmowę? Było młode, więc w sumie czego ona oczekiwała?
— Liście — mruknęła bez emocji, wskazując na właściwy medykament, jaki był liściem dębu i podsuwając go młodszej pod nos. Ta powąchała liście po czym kichnęła.
— Ja też ubię licie. Gonić licie. A ty asz magine licie? — spytała.
Kotce chwile zajęło by zrozumieć jakiego słowa na określenie liści użyła kotka, więc przez moment milczała wpatrując się w nią tylko z kamiennym pyskiem. Gdy z opóźnieniem zrozumiała że „magine” miało znaczyć „magiczne” kropki w jej umyśle połączyły się na tyle, by odpowiedzieć.
— Jeśli za magiczne liście uważasz medykamenty będące liśćmi, to tak — odparła, by następnie wskazać końcówką ogona liście przed małą — to też są medykamenty.
— Meamymenty… — dziecko wpatrywało się w zajęczo pręgowaną swymi brązowymi, błyszczącymi oczami.
— Tak. Medykamenty — miauknęła patrząc w bok, wewnętrznie nieco znudzona i niepewna po co ciągnęła dalej te konwersację, gdy wyraźnie młode nie było jeszcze w dostatecznym wieku, by budować bardziej rozbudowane wypowiedzi i rozumieć więcej. P chwili wpadło jej coś do głowy. Mała lubiła liście, może i gonić, ale teraz pytała ją o ich nazwy, więc w sumie… — interesują cię medykamenty? — spytała.
— Memynaty są fane! — wykrzyknęła młodsza — a ty waczysz magicznymi liciami? — padło pytanie z jej małego pyszczka.
— Liśćmi się nie walczy — miauknęła, przypatrując się kociakowi swymi zmrużonymi, chłodnymi pistacjowymi ślipiami — liście służą do leczenia chorób i urazów, nie do walki — wyjaśniła bez emocji w głosie.

<Cis?>

Wyleczeni: Zaranna Zjawa

23 marca 2024

Od Zarannej Zjawy CD. Lodowej Łapy

*Pora Opadających Liści*

Pierwsze promienie słońca powoli barwiły niebo na jasne kolory. Na początku było to coś w rodzaju rozjaśniającego się do jasnego koloru, przywołującego na myśl mgły lub pochmurny dzień, a potem niebo zaczęła pokrywać barwa będąca czymś w rodzaju jasnego różu z kapką ciepłego pomarańczu. Słońce powoli wspinało się wzwyż, by w końcu przebyć linię horyzontu, aby jego czubek stał się widoczny.
Niestety tego zjawiska w pełnej krasie Zaranna Zjawa nie mogła obserwować ze swego miejsca bytowania, bo była w obozie. Siedziała w wejściu do legowiska medyka, obserwując zmiany kolorów w miejscach, gdzie konary, liście i igły nie zasłaniały nieba.
Powoli, z niewzruszoną miną śledziła wzrokiem leniwie pnące się do góry barwy. Wypuściła nosem powietrze, by następnie wrócić do środka. Miała zamiar posegregować zioła, zanim Mroczna Łapa obudzi się, bo dzisiaj wyjątkowo ta chyba ciutkę zaspała, przynajmniej jak na siebie. Zaranna nie narzekała na to, bo miała czas by zjeść śniadanie przed przybyciem czarnej.
Tak też zabrała się do pracy. Niedługo potem jednak, usłyszała kroki. Obróciła głowę, by zobaczyć w wejściu niedawno co mianowaną uczennicę – Lodową Łapę.
Otaksowała ją chłodnym spojrzeniem pistacjowych oczu.
Dość szybko dostrzegła, iż na boku kotki i w paru innych miejscach były widoczne rany, z których dalej skapywała powoli gęsta, szkarłatna krew.
— Witaj, Zaranna Zjawo — vanka odezwała się w jej stronę. zagaiła w stronę krzątającej się po legowisku medyczki. Wolała uniknąć odpowiadania na zbyt wiele pytań i choć kłamczynią była dobrą, liczyła na opatrzenie ran z oszczędnością w słowach. — Pilnie potrzebuję twojej pomocy. Samotnik, którego przeganiałam z terenów dość mocno poharatał mi ciało — prawnuczka Mrocznej Gwiazdy stęknęła, jakby z bólu. — Chciałam przyjść wczoraj, ale po treningu padałam z nóg. Musiałam przez noc drapać rany, bo nie zagoiły się tak szybko, jak myślałam. Mam nadzieję, że to nic poważnego.
Coś jej tu nie pasowało, ale musiała się upewnić. Bez słowa machnęła łapą, na znak, by czarno-biała zbliżyła się. Gdy tylko kotka znalazła się obok, bura zaczęła oglądać jej rany uważnie. Nie była głupia. Może i medyczne wykształcenie Zarannej Zjawy nie było takie, jak u normalnego przedstawiciela tej profesji, ale wystarczyło. Po oględzinach szybko mogła potwierdzić, iż jej podejrzenia się ziściły – tte rany były ewidentnie świeże. Nie było śladu po zasklepieniu, a gdy zerknęła na nogi uczennicy, niby szukając następnych ran, dostrzegła, że na pazurach młodej nie było śladów jej własnej krwi czy futra. Nie drapała ich więc w nocy. Nie wyglądała też jednocześnie na oporządzoną, bo jej futro nie byłoby częściowo posklejane płynami ciała.
Czyżby córka Koszmarnego Omenu wyszła w nocy z obozu? Musiałaby ominąć strażnika, lub go jakoś przekonać, że to tylko na chwilę, albo przekupić. Zaranna wiedziała, że to wykonalne, ale i tak było to dość dziwne, a zarazem nawet intrygujące, że tak młoda uczennica mogłaby się tego podjąć.
Kultystka wstała, po czym ruszyła do składzika. Dość szybko znalazła pajęczynę, szczaw i resztę potrzebnych medykamentów. Wróciła do prawnuczki Mrocznej Gwiazdy, kładąc wszystko przed sobą.
Co miała zamiar zrobić z faktem, że kotka okłamała ją w żywe oczy, ba, jeszcze była tak naiwna, by myśleć, że nie zauważy?
Szczerze?
Miała zamiar po prostu w milczeniu opatrzeć jej rany i obserwować, gdzie to się dalej potoczy. Co zrobi niebieskooka. Czy zacznie się tłumaczyć, czy z ulgą uzna, że starsza jej uwierzyła i nie będzie się odzywać. Była szczerze ciekawa, co robiła takiego młoda, by się nabawić tych obrażeń. Taka wiedza mogłaby okazać się przydatna. W końcu im więcej się wiedziało, o tym, co robili inni, co się działo w klanie czy też poza nim, tym lepiej.
Młodsza w ciszy obserwowała jej pracę.
Czasem najlepszym sposobem na dowiedzenie się więcej…
Było milczenie.
W końcu jeśli młoda była dość inteligentna, by często uchodzić z kłamstwami płazem, a zdawało się, iż pewną pewność siebie w tym temacie miała, lub była dobra w grze aktorskiej, ta cisza będzie ją męczyć. Niepokój o brak odzewu, o brak czegoś, z czego można było by wyciągnąć wioski mógł zżerać od środka. Medyczka znała to z własnego doświadczenia w rozmowach. Na przykład z Białą Śmiercią. On często milczał.
Nie myślała jednak teraz o nim konkretnie, bo gdyby to zrobiła, na pewno straciłaby to, co można było od braku laku nazwać ‘dobrym’ humorem. Jak często jej humor był dobry? Świetne pytanie. Odpowiedź brzmi trudno stwierdzić. Zaranna czasem miała się z czego cieszyć. Z tego, że była medyczką i miała tak ważną posadę, z odkupienia w oczach Błękitu, z postępów w treningu jej uczennicy, ale… zazwyczaj robiła to w milczeniu. Delektowała się tym, co ją cieszyło, co musiała mocno doceniać, bo często była nieszczęśliwa, czy to z własnych niedociągnięć, czy to z ciągłej presji i świadomości, że wszyscy patrzą jej pod łapy, czekają na błąd, czy to dlatego, że ktoś popsuł jej humor, sama. Była sama ze sobą, z własnymi myślami. Nie miała nikogo tak zaufanego w Klanie Wilka, z kim by się mogła tym dzielić.
— Samotnicy rzadko kiedy pałętają się tak blisko Wilczaków. Skutecznie ich odganiamy. Ale kiedy któryś się trafi, to jest na tyle silny, by wyrządzić komuś krzywdę. Tylko tacy byliby w stanie się ostać. W innej sytuacji nie podejmowałabym się ryzyka, ale musiałam chronić moją matkę. Pf, czasami zdarzali się słabi samotnicy, którzy przychodzili na te tereny. Na przykład… ten cały Szczypiorek, za którego uczenie Śnieżny Wicher dostał jakiś czas temu miano Naiwnej Łapy. Oczywiście, tego konkretnego przypadku uczennica mogła nie znać… ale Zaranna czuła, że pragnęła odzewu. Chciała ją wybadać.
Niedoczekanie.
Nie miała zamiaru tak wpływać na jej myśli, dawać jej tak prostych skrawków do przełknięcia, które łatwo zanalizuje. Mogła kłamać, to prawda, udawać, że jej wierzy; ale wtedy by nie miała się szansy niczego bezpośrednio dowiedzieć. Jeśli to był jednorazowy incydent, to uśpienie teraz niepokoju uczennicy sprawiłoby, że nigdy by nie dostała więcej wskazówek.
Po chwili jednak wpadł jej do głowy pomysł.
— Róże nie zawsze są delikatne — odparła enigmatycznie, biorąc liście w pysk i wyciskając sok ze szczawiu na rany uczennicy.
W większości biała kotka przekręciła głowę, jakby zainteresowana.
— A właściwie odczytany omen nie zawsze zwiastuje coś pozytywnego — odpowiedziała ostrożnie młodsza, wpatrując się przed siebie bez żadnych szczególnych emocji wymalowanych na pysku czy w ślipiach o rodowej barwie.
Cóż. Ciekawe, ciekawe… musiała przez chwilę pomyśleć, by na to odpowiedzieć tym metaforycznym sposobem, czego mogła oczekiwać rozmówczyni.
— Rzadkie są wizje, lecz i one skądś się biorą — stwierdziła, odkładając liście na bok, a następnie nakładając maść, by rany szybciej się goiły. W końcu młoda na pewno chciała jak najszybciej być w pełni sił. Noi… dawało im to więcej czasu na rozmowę.
— Pozytywny znak może prowadzić do sukcesu przez pozornie negatywne skutki — odparła powoli córka dawnej samotniczki — A negatywny do tragicznej porażki przez pozornie pozytywne.
Po nałożeniu maści, gdy słowa uczennicy wybrzmiały i dotarły do jej uszu, zatrzymała ją w połowie, analizując jej słowa.
To jej przypominało o tym, jak postrzegano jej rodzeństwo. Tacy wspaniali, wyjątkowi, a to ona najdalej z nich zaszła, bo trzy siostry leżały w piachu, a brat ledwie skończył szkolenie. To ją kuło. Czuła się, jakby uczennica celowo wbiła jej szpilę. Czy wiedziała? Czy zrobiła to umyślnie? Może nie. Nie powinna się tu tymi uczuciami kierować. Dalej grać. Czerpać z gry. Po krótkiej chwili takiego stania w bez ruchu, błyskawicznym ruchem, przy którym jej ciemna łapa przeleciała tuż przed niebieskimi ślipiami rozmówczyni, przeniosła swą ją na pajęczynę tuż obok. W pewnym sensie w ten sposób okazała swoje odczucia, tę frustrację na myśli o swej niechlubnej przeszłości, którą tak bardzo chciała pogrzebać, a chwasty z głowy wyplenić.
— Dlatego czasem, nie na wizje, a na kwiat zdać się trzeba — odparła, unosząc łapę całą w lśniących niciach.
Terminatorka zamilkła na dość długą chwilę. W milczeniu analizowała jej słowa, a starsza cierpliwie czekała, zajmując się swoją pracą, obserwując jednocześnie pysk kotki, by jak najwięcej z niego wyczytać. Młodsza cały czas była wyprostowana, lecz wzrokiem śledziła jej łapy, które stale opatrywały obrażenia.
— Kwiaty bywają zdradliwe — miauknęła. — Cieszą zmysły pięknym zapachem i ładnym wyglądem, a drugiego dnia więdną.
Ta rozmowa była ciekawa. Jak się nad tym zastanowić, każda z nich pewnie postrzegała wypowiedź swoją i drugiej na inny sposób. Przez skojarzenia, przez interpetacje sygnałów. Ale obie w to brnęły, i mogły brnąć mimo tego, iż miały co innego na myśli z prostego powodu – bo nie mówiły wprost. Używały metafor, które można było różnie rozumieć, ale które musiały zostać ułożone z myślą o poprzednich użytych. To było ciekawe doświadczenie. Przypominało jej się, jak wymyśliła wiadomość dla Szepta. Widziała, że młoda też miała dryg do takich rzeczy. Była przez to inna, ciekawsza. Ale mogła i być zagrożeniem. Musiała mieć to na przyszłość na uwadze.
— Są jednak kwiaty, które więdną powoli, a następnego roku odbijają. Są kwiaty, które mając dość deptania i zrywania, zaopatrzają się w kolce — stwierdziła — rozpoznać kwiat to sztuka. Znaleźć kwiat... jeszcze większa sztuka.
— Kto by się tego spodziewał... — miauknęła w odpowiedzi. Jej pysk był kamienny, nie zdradzający emocji, podobnie jak ten Zjawy. Przez to ta rozmowa była jeszcze bardziej intrygująca, kusząca, mimo tego, co mogła przynieść. W końcu, gdy ktoś wiedział, że jesteś na tyle inteligentny, by mu dorównać, bardziej na ciebie uważał. Ale mimo to Zaranna dalej w to brnęła. Może przez tę rutynę, połączoną jednocześnie z tym, że każe zadanie zawsze miało bezpośrednie, dobrze widoczne i tak dotkliwe konsekwencje? Może dlatego, że brakowało jej kogoś, z kim mogłaby tak pogadać na co dzień? — Kwiaty i wizje potrafią być równie zwodnicze i równie pomocne. Cały sęk jest w tym, w jaki sposób je traktujemy i odbieramy i jaka jest ich istota.
— Mmmm — zajęczo pręgowana wydała jakiś bezwyrazowy pomruk, następnie nakładając pajęczynę na rany Lód. Miała rację. Każda z nich inaczej traktowała wizję, którą przed sobą malowały tymi słowami, które wychodziły z ich pysków. Tak jak każdy kot, każda istota — zacznij zwracać większą uwagę na kwiaty wokół ciebie. Szukaj ich. — postanowiła wrócić do sedna, do którego dążyła od początku.
Młoda miała mentorkę, którą wielu uważało za słabą. Własną matkę, mającą imię od kwiatu, od którego zaczęły tą całą metaforyczną wymianę. A jednak nie potrafiła dostrzec, jakie kwiaty były potężne… niektóre mogły zabić, inne ukłuć, jeszcze inne uratować życie, a były też takie, które łączyły pierwszą i ostatnią opcję, ale i również te, które łączyły wszystkie. Każdy kwiat kusił zapachem, by pszczoły, które tak potrzebowały ich nektaru je zapylały – ale mimo to pszczoła będąca Lodową Łapą, zapominała o pewnej osobie, która tak bardzo kojarzyła się córce zmarłej liderki z różami. Ostrej Kostrzewie.
Sama się przekonała, że to była świetna mentorka. Miała do zaoferowania więcej, niż wiele innych kotów. To ona ją naprostowała, nauczyła, wyszkoliła. Zaranna wiele jej zawdzięczała. Była jednocześnie trofeum srebrnej. A jednak, własna wnuczka Ostrej Kostrzewy jej nie zauważała, że prosiła o pomoc, mimo tego, jak wielką wiedzę i doświadczenie miała jej babcia w sobie… powinna bardziej ją doceniać. Zaranna doceniała.
Lodowa Łapa mogła ją poprosić, babka na pewno zgodziłaby się pomóc wnuczce. Ale młoda tego nie robiła.
— Zapamiętam — odparła cicho terminatorka. — Niektóre wizje i znaki również są warte twojego spojrzenia.
Odsunęła się, by następnie wbić chłodny wzrok pistacjowych oczu w Lodową Łapę.
Czy sądziła, iż jest warta jej spojrzenia? Czy nawiązywała do siebie? W końcu omen, wizja, te słowa miały podobne znaczenie, podobnie ich używały w metaforze. A pochodziła z rodu kotów o tym członie. Czy chciała, by zwróciła na nią swą uwagę? Czy to była forma groźby? Chęć pokazania, że na nią nie patrzy, więc jest głupia? Czy młoda była pyszna?
Prawdopodobnie nie. Ale niekoniecznie. Wojowniczka nie mogła tego jeszcze wiedzieć i dość szybko sobie o tym przypomniała.
Może za bardzo przypominała jej o dumnej Mrocznej Łapie, bez szacunku, bo była związana z Mroczną Gwiazdą, tak samo jak córka Błękitnej Gwiazdy? Będzie musiała nad tym pomyśleć.
A to jej młoda dała do rozmyślania dużo…
Swoją drogą – niebieskooka wytrzymała spojrzenie starszej. Była ciekawa. Silna. Nie wiedziała, czy pod względem fizycznym, ale pod innymi… radziła sobie lepiej, niż większość. Z ukrywaniem, z myśleniem, z grą.
W końcu vanka podniosła się, co musiało wywołać w niej ból, gdyż ta skrzywiła się nieznacznie. Rany były już zatamowane i z pomocą burej zagoją się szybciej.
— Z każdej rozmowy da się wyciągnąć pewną naukę — podsumowała, gotowa, by odejść.
Czyżby to zamiast tego ona, bura wyszła na zbyt dumną? Była ciekawa, co siedziało w głowie młodej. Wiedziała jednak jedno.
— Omeny tak nowe... mogą być godne mojej uwagi. Niektóre — stwierdziła, nie spuszczając z młodej wzroku. Tak. Zdecydowanie niebieskooka była godna jej uwagi w taki sposób, jak niewielu — Muszę wrócić do swoich obowiązków. Ty też powinnaś — rzekła dziko pręgowana, następnie odchodząc do swych ziół, co było znakiem, iż uznała rozmowę za zakończoną.
Dostrzegła tylko przez ruch cienia, jak młoda kiwa głową. Zanim się jednak odwróciła, i opuściła siedzibę uzdrowicieli wilczaków, pochyliła lekko głowę przed kocicą w wyrazie szacunku. Oh. Miło. Młodzik miał do niej szacunek… ciekawe. Miła odmiana.
Po opuszczeniu przez młodą legowisko, starsza podeszła cicho, skryta w mroku do wyjścia, ustawiając się tak, by nie było jej widać. Dostrzegła iż Różany Step pojawiła się – córka podeszła do niej, a potem skierowały się do wyjścia z obozu.
Chwila moment…
Skoro Różany Step była obudzona…
Nosz cholera by to wzięła. Czarna uczennica siedziała przed legowiskiem terminatorów, gromiąc wejście do jej siedziby spojrzeniem, tak jakby wiedziała, że Zaranna tam stoi.
No trudno. Czyli nie posegreguje sobie już teraz ziół. Najwyżej Naparstnicowa Kołysanka to zrobi, jak już wróci, gdziekolwiek była, bo rano po obudzeniu się Zaranna jej nie zastała. Było jej jednak ciut wstyd, bo ostatnio lepiej jej wychodziło budzenie się wcześniej, by sprostać oczekiwaniom Mrocznej Łapy, jak dziwnie by to nie brzmiało, że to mentorka musiała się starać, by być w podobnym czasie na miejscu, a nie uczennica.

<Lodowa Łapo?>

Od Zarannej Zjawy CD. Mrocznej Łapy

*jeszcze przed zimą*

Zaranna Zjawa ruszyła przed siebie, a już po chwili jej burą sylwetkę oblała ciemność.
Weszły do środka - w tunele spowite mrokiem. Na pewno nie wszystkie były zbadane - było ich w końcu dużo. Trzeba było jednak poznać to, co poznała wcześniej reszta klanu i przekazała następnym pokoleniom. Dalej pamiętała własny trening, gdy to ona uczyła się ich rozkładów pod okiem Ostrej Kostrzewy. Ciemność tuneli jednocześnie przerażała i koiła. Było w nich tak cicho, że usłyszeć można było jedynie najcichsze, najbardziej liche dźwięki, które normalnie umknęłyby kotom. To mniejsce było idealnym do wyciszanie się i do rozmyślań. Studziło jej emocje, gdy już je znała. Zawsze jednak miała do niego szacunek – było bowiem niebezpieczne i tylko dzięki wiedzy mogła wchodzić do niego bez większych obaw.
Do nosów obu kotek wdzierał się zapach wilgotnej ziemi, a także rozkładającej się materii organicznej - martwych istot, mniejszych, czasami zdarzało się, że ciut większych, których ciała dostały się tutaj. Czy to dżdżownice, które zakończyły swój żywot na przykład zaatakowane przez kreta, czy to pojedyncze futrzaste stworzenia, które zagubiły się w tunelach lub po prostu wybrały to miejsce na swą mogiłę.
W głuchej ciszy słychać było wszystko - począwszy od oddechu, skończywszy na spływającej po ścianach wodzie.
— Będąc w tunelach, trudno jest polegać na zmyśle wzroku. Jest tu bardzo mało światła, przez co niewiele widać; czasem dostrzec można błysk skały, ale im dalej w głąb, tym powierzchnia, po której stąpasz, jest bardziej ci nieznana. To miejsce jest pełne tuneli, niektóre z nich wciąż są niezbadane. Nie znamy każdego połączenia — jej głos odbijał się echem, a przez ciszę tego miejsca również zdawał się głośniejszy, niż byłby normalnie — gdy jesteś w tunelach, nawet tych obcych, musisz zawsze pamiętać o dwóch faktach. Pierwszy - zawsze uważaj, po czym stąpasz, bo ni stąd ni z owąd zamiast podłoża pod łapą poczujesz pustkę, a potem uderzysz o ziemię znacznie niżej, jeśli w porę się nie cofniesz. Po drugie - zwracaj uwagę na zapachy, na powietrze. Im bliżej jesteś wyjścia, tym ono mniej gęste i więcej zapachów z powierzchni wyczujesz. Także gdy znajdziesz się blisko, zdarzyć ci się usłyszeć może chrobotanie nornicy czy królika, czy też nawet kocie rozmowy. Ostatnim znakiem bliskości wyjścia, niezależnie, gdzie na powierzchni się ono znajduje, jest światło. Czasem zmiana będzie ledwo widoczna - ale kluczowa, bo ona z tych wszystkich znaków stanowi najbardziej dosadny.
— Kroki burej odbijały się echem od ścian, łatwo znajdując drogę do uszu obecnych w tunelu istot.
— Rozumiem — odpowiedziała jej czarna spokojnie.
— Także gdy nie wiesz, nie jesteś pewna, gdzie jesteś, bo nie znasz tunelów, nigdy w nich nie byłaś, bo straciłaś orientację, albo gdyż postanowiłaś odkryć ich nowy zakamarek, wybierz stronę, którą chcesz iść. Nie odrywaj się od niej — miauknęła, następnie zbliżając się do lewej ściany, by ostatecznie się z nią zetknąć. — Wtedy nie stracisz przynajmniej wiedzy, jaką drogę pokonałaś od momentu, w którym wybrałaś stronę, jaką podążasz. Metodą prób i błędów może ci się udać znaleźć wyjście. Musisz być jednak wtedy... bardzo ostrożna — niespodziewanie szybkim ruchem łapy popchnęła pobliski kamień. Przez chwilę, dosłownie kilka uderzeń serca, nie było nic słychać. Dopiero po chwili do ich uszu dotarło echo uderzania odłamka o podłoże.
— Przepaści mogą być w miejscu, w którym najmniej się ich spodziewamy. Są wszędzie. Prawdopodobnie można je nazwać... najniebezpieczniejszą częścią tego miejsca. A raczej... można by było — stwierdziła, ponownie ruszając, by krótko potem zatrzymać się. — co słyszysz?
Zapadła cisza. Zaranna Zjawa przymknęła oczy, czekając na odpowiedź swej uczennicy. Towarzyszył jej przy tym szum podziemnego strumienia i urywany oddech uczennicy.
— Woda — padła odpowiedź.
Zaranna Zjawa zauważyła zmianę w Mrocznej Łapie od czasu ich pierwszego treningu. Nie tylko względem podejścia czarnej kotki do niej, ale także jej własnej cierpliwości. Oczywiście dalej była Mroczną Łapą, ale czekanie na walkę sprawiło, że chyba miała teraz więcej jej pokładów.
— Dokładnie — potwierdziła bura, siadając, co było dobrze słyszalne w ciszy tego miejsca, przerywanej tylko cichymi dźwiękami, które zdawały się nawet głośne przez brak innych, oraz ich własnymi głosami, które odbijały się od ścian — jest tu strumień. Uważaj jednak, bo droga do niego stąd to droga do śmierci. Jest bowiem w przepaści, z której spadnięcia raczej żadna z nas by nie przeżyła. Gdyby mieć szczęście, można by było skończyć jedynie z połamanymi kośćmi.
Usłyszała lekki ruch z tyłu, jakby ktoś kiwał głową.
— Dobrze — rozległ się głos czarnej nienapełniony żadną emocją.
Usłyszała, jak Mroczna Łapa robi krok w jej stronę.
Zaranna Zjawa postanowiła wykorzystać fakt, że już wcześniej słyszała spadające krople, by pokazać, nie, raczej opowiedzieć o innej rzeczy znajdującej się w tunelach jej uczennicy. Musiała się jednak najpierw upewnić. Uniosła łapę wzwyż. Nic nie wyczuła, więc wstała i przesunęła się do jednej ze ścian. Tam zaczęła dotykać łapą powierzchni, a po chwili na jej pysku pojawił się niewidoczny w ciemnościach uśmiech.
— Nad nami są nacieki. Zamieniają się one powoli w twarde stożki. Pewnego dnia mogą być śmiertelnie niebezpieczne. Trzęsienie ziemi, jakieś większe poruszenie w tunelach, a te spadną na koty pod nimi się znajdujące, wbijając w ich ciała — miauknęła te mroczne myśli, do których jednak już była przyzwyczajona, ponieważ takowe nawiedzały ją od dzieciństwa, następnie odkładając powoli łapę na ziemię, co było ledwo słyszalne przez chrobotanie podłoża — zostawmy je. Są jeszcze małe, a poza tym dosięgnięcie ich teraz, gdy są tak niewielkie, będzie trudne. A w ciemnościach z tą przepaścią i niebezpieczne — stwierdziła.
Usłyszała, jak jej uczennica przemieszcza się, dotykając łapą lewej ściany, aby powoli przemieścić się do przodu. Dobrze, zachowywała ostrożność.
Słyszała, jak młodsza stawia łapy, a pod nimi chrobocze przesuwana ziemia. Badała otoczenie, by na pewno nie zrobić sobie krzywdy. Słuchała jej najwyraźniej bardzo uważnie, z czego Zaranna była bardzo zadowolona. Dźwięki, jakie wydawała jednolita przy przemieszczaniu się zaczęły zmieniać położenie, z tego za nią, na coraz bliższe boku burej. Po chwili poczuła, jak wibrysy młodszej stykają się z jej futrem. Mroczna Łapa szybko się uczyła.
— Teraz przejdziemy dalej — zakomunikowała mentorka, następnie ruszając do przodu, starając się, by tępo było wolne, by czarna mogła wszystko przetrawić, skupić na otoczeniu i się nie bać, że jak zwolni, to mentorka ją opuści. W końcu wtedy mogłaby już nie wrócić na powierzchnię, a chyba żaden kot nie chciał tak skończyć.
Ruszyły dalej, tunel schodził powoli w coraz bardziej w dół i w dół. Tak samo najpewniej robił teren nad nimi. W wędrówce po ciemnych podziemiach towarzyszył im odgłos spadających kropli i cichnącego szumu strumienia. W pewnym momencie skręciły w lewo. Szły tak jeszcze dalej i dalej, coraz niżej i niżej. W pewnym momencie obie mogły usłyszeć jakieś poruszenie pośród ziemi, jakby coś odgarniało ją.
— To kret — miauknęła Zjawa. Od razu po jej słowach usłyszały, jak coś znów się porusza, a potem zapadła cisza. Czarny, nieomal ślepy zwierz najpewniej skrył się w swoim mniejszym, bezpieczniejszym tunelu, zaalarmowany jej głosem.
— To powierzchnia kojarzy nam się z życiem, nie podziemia. My widzimy je jako miejsce, gdzie trafiają martwi. Gleba pochłania nas i zasila naszymi ciałami, mięsem, rośliny rosnące w górze. Ale nie tylko je. Tam gdzie są truchła, są też zwierzęta je jedzące. Dżdżownice pożerają martwe liście i inne nieżywe części istot, a je jedzą krety oraz inne stworzenia, kopiące tunele pod naszymi łapami. Pod ziemią czasem można znaleźć także grzyby. To właśnie one, razem z roślinami, swymi korzeniami i grzybnią utrzymują ziemię nad nami. Bez nich ta byłaby sypka niczym piach i pogrążyłaby nas pod ziemią na zawsze.
— Rozumiem. Kontynuujmy — głos młodszej dalej był spokojny.
Ciągle wracała do tej śmierci i złego losu. Ach, czyżby zamieniała się w Stokrotkową Polanę? Zestokrotkowała się?
Nastała głucha cisza. Członkinie Klanu Wilka podążały przed siebie do przodu, ramię w ramię. W powietrzu zaczęło dać się wyczuć większą wilgoć, a kotki mogły poczuć, że ich futra lekko poruszają się przy słabych podmuchach powietrza. Był to wynik panującej obecnie pory.
— Co czujesz? — spytała Zaranna.
— Deszcz. I... coś jeszcze — na chwilę przerwała, by potem niespodziewanie powiedzieć — Borsuk — powiedziała lodowato.
Zaranna Zjawa gdy tylko te słowa wybrzmiały nastroszyła się. Faktycznie, gdy pociągnęła mocniej nozdrzami, doszedł do niej ledwo wyczuwalny zapach niebezpiecznego zwierza.
Jak mogła tego nie zauważyć? Przecież była mentorką, odpowiadała za ich bezpieczeństwo! Gdyby Mroczna Łapa nie wyczuła tego zwierzęcia… mogłyby pójść za daleko i nim by zdążyły uciec zostać zaatakowane. W takich ciemnościach Mroczna Łapa mogła się zgubić. Wtedy już by się raczej nie znalazły, a pojedynczo większych szans ze szponiastym zwierzem nie miały.
Dlaczego nie wyczuła go wcześniej? Za mało się starała? Znów czuła to napięcie wewnątrz, ale nie takie spowodowane zagrożeniem, nie. To było poczucie niedoskonałości, nie bycia wystarczającą. Ukończyła szkolenie. Została wojowniczką. Potem Kultystką. Medyczką. A dalej te uczucia wracały, mimo, że teraz sama miała kogoś pod skrzydłem. Czuła się okropnie, okropnie ze samą sobą.
— Zawracamy — miauknęła z powagą.
Usłyszała potrząśnięcie głową.
— W porządku — powiedziała córka lidera i zrobiła krok w tył.
Ruszyły w inną stronę, w głąb tunelów.
Szły w głąb tunelów, a potem skręciły w jeden z nich. Przez jakiś czas znów było cicho i głucho. Zaranna nasłuchiwała i wąchała, skupiona na celu, nie chcąc znów się pomylić, nie chcąc znów zawieść, czuć się niedoskonałym ścierwem. Nie usłyszała jednak nic poza ich krokami i oddechami, ani nie wyczuła nic poza normalnymi zapachami oraz coraz mocniejszą wonią powierzchni.
Miała nadzieję, że więcej się tak nie pomyli.
Po jakimś czasie w końcu dostrzegły wyjście z tuneli, które dawało o sobie znać lekkim polepszeniem widoczności. Z każdym krokiem robiło się coraz jaśniej, a już po chwili obie kotki wyszły, z starszą z nich na czele.
Gdy tylko znalazły się na powierzchni, której światło swoją drogą lekko oślepiło burą, ta chciała coś powiedzieć, ale wtedy...
Dostała ziemią prosto w pysk.
Z jej gardła wydał się pomruk, gdy tylko gleba trafiła w jej głowę, bura zaczęła strzepywać ją z siebie i wypluwać te fragmenty, którym udało się dostać do pyska.
Dostrzegła kątem oka kota, a do jej nozdrzy dotarł znajomych zapach szczurzego cienia. Dopiero teraz usłyszała rozgrzebywanie przez niego gleby, nagle zatrzymane przez odgłosy, jakie wydawała z siebie poszkodowana wojowniczka.
Jej uczennica wyskoczyła przed nią. Po chwili do uszy dalej strzepującej i wypluwającej ziemię Zarannej, bardziej skupionej na tym, że chyba coś jej wpadło nie tam, gdzie trzeba, usłyszała głos Mrocznej Łapy.
— Co ty sobie wyobrażasz? — zawarczała terminatorka lodowato podchodząc do Szczurzego Cienia - Szukasz kłopotów? — słyszała, jak wojownik się cofa — Obsypujesz ziemią naszą wojowniczkę! Błękitna Gwiazda nie będzie zadowolony. Złamałeś właśnie kodeks wojownika, Szczurzy Cieniu. Nie ujdzie ci do na sucho — wyszczerzyła kły groźnie.
I wtedy właśnie Zaranna Zjawa poczuła i wiedziała już, co jej wpadło do gardła.
Dżdżownica.
To była cholerna dżdżownica.
Zaczęła niekontrolowanie kaszleć, po pierwsze, bo jej organizm sam chciał się pozbyć niebezpiecznego ciała obcego, po drugie dlatego, że opanowało ją czyste przerażenie sytuacją. Z trudem nabierała powietrze, czując, że zaraz się chyba udusi, albo zejdzie na zawał, albo oba. Charczała, próbując wyrzucić z siebie robala.
— Odejdź, Szczurzy Cieniu. Dość już uczyniłeś — miauknęła zimno Mroczna Łapa i podeszła do krztuszącej się mentorki. Przylgnęła do jej boku okazując jej wsparcie.
To o dziwo nieco uspokoiło Zaranną Zjawę. Poczuła, jak młodsza lekko szturcha ją głową, i to chyba pomogło, bo nie czuła już w gardle tego… robala. Chyba go wypluła. Miała nadzieję, że go wypluła.
To było straszne uczucie, gdy twoje ciało chcąc cię chronić, zdzierało ci gardło i uniemożliwiało zabranie pożądnego tchu, więc Zaranna Zjawa poczuła ulgę, gdy w końcu udało jej się przestać kaszleć. Czuła chrypę. Ale Mroczna Łapa była obok. Mentorka spojrzała na nią pistacjowymi oczyma. — Dzi-dzięki — wycharczała, bo chyba zdarła sobie gardło.
Była wdzięczna uczennicy. Próbowała ją wesprzeć, a to bardzo się dla niej liczyło. Niegdyś bura nie pomyślałaby, że młodsza jest zdolna do takiego rodzaju współczucia, szczególnie wobec niej. Dawniej miały napięte relacje. Teraz było inaczej, choć młodsza dalej nieraz nazywała ją Zjaraną Zjawą.
— W porządku. Lepiej już wracajmy do obozu — powiedziała.
Tak też skierowały tam swoje łapy, a podczas drogi, Zaranna rozmyślała nad wszystkim, co się dzisiaj stało.
Mroczna Łapa nie tylko stała się lepsza w fachu wojownika, uzyskała więcej cierpliwości, ale też stała się bardziej empatyczna. A to trzeba było cenić w Klanie Wilka zdaniem Zarannej Zjawy. Doszła do wniosku, iż chyba wolała wojownika choć z krztą empatii, niż takiego, który by nie miał jej za grosz, ale był silny jak dziesięć kotów.
A Mroczna Łapa nie tylko miała tą empatię, ale też umiejętności.
Tak. Była już gotowa.

<Mroczna Łapo? Czas na walkę>

[2020 słów + nawigacja w tunelach]

11 marca 2024

Od Zarannej Zjawy

*jakiś czas temu, ale nie tak dawno, jak już nasze medyczki sieją zamęt*

Wyszły razem z Naparstnicą na zbieranie ziół. Lekki wiatr muskał ich futra, choć wiadomo było, iż taki stan nie miał potrwać długo. Za krótki czas podmuchy wzmocnią się, przypominając ponownie o nieuchronnie zbliżającej się Porze Nagich Drzew. Postanowiły pójść do tej bardziej oddalonej części terenów, gdzie powinno być dużo rosnących w lesie medykamentów, a potem w powrotnej drodze zatrzymać się na otwartych przestrzeniach w pobliżu Ciernistego Drzewa, by tam pozbierać rośliny lubiące więcej słońca i mniej przepełnienia.
— Jestem ciekawa tego, jak będzie wyglądał kociak Wieczorek. Chyba się już powinny urodzić prawda? Szkoda, że to Wieczór nie rodziła... Mam nadzieję, że to kocię co do nas trafi nie będzie śmierdziało rybami. A jeśli tak, to wytarzamy je w mięcie. I będzie pachnące!
Musiała przyznać – szylkretka miała gadane. I dobrze. Ona gadała, często głupoty, a Zaranna była tą, która się mniej odzywała, a bardziej słuchała. Uzupełniały się, dzięki czemu legowisko medyka miało zapewniony balans.
— Cóż, jeśli idziemy takimi torami, to najlepiej byłoby je wytarzać przed wprowadzeniem do obozu, by nie naniosło zapachu nocniaków do serca naszych terenów — miauknęła, chłodnym wzrokiem lustrując tereny w poszukiwaniu, o zbiegu okoliczności, gwiazdnicy.
— Mam nadzieję, że mnie wezmą na odbiór kociaka. Zajmę się tym. Raz dwa doprowadzę je do porządku.
— Jak nie wezmą żadnej z nas, to z braku laku można kogoś z idących jeszcze poprosić — stwierdziła. Cóż, jak dla niej to była błahostka, ale skoro Naparstnicy na tym zależało to poddać pomysł mogła.
— Musisz powiedzieć to liderowi. A najlepiej Wieczór. Żeby doprowadziła swoje dziecko do porządku. Musi pachnieć jak prawdziwy Wilczak z chwilą przekroczenia granicy. Nie mogą o tym zapomnieć.
Eh. Szczerze? Zaranna nie miała ochoty na taką niepotrzebną rozmowę, szczególnie z władzą. Czemu Naparstnica chciała, by to ona rozmawiała z nimi, jak wiedziała, że Zaranna raczej stroniła od zaczynania poważnych rozmów? Może mówiła to dlatego, że to ona była starsza i bardziej doświadczona. Burej to schlebiało, ale i tak, nie chciała tam iść.
— Może lepiej ty to zrób. Lepiej wyjaśnisz im powagę sytuacji — zasugerowała.
— No dobrze. Zrobię to jak wrócimy do obozu. — odmiauknęła. — Ale masz mi towarzyszyć. I potakiwać w razie czego.
Skinęła głową na zgodę. Tyle mogła zrobić.
Niby jednocześnie samej nie idąc do dwójki kotów ujmowała sobie potencjalnych zasług, z drugiej strony wolała to niż tę rozmowę o takiej błahostce. Niby każdy plus jest dobry, ale jednak.
Gdy tylko dotarły, a następnie wypatrzyły skupisko roślin, zaczęły zbierać.

***

Udało im się znaleźć gwiazdnicę, liście bzu, jeżyny i jeszcze inne zioła, takie jak rumianek oraz liście stokrotki, które udało im się zebrać w pobliżu Ciernistego Drzewa, tak, jak sobie to zaplanowały.
Gdy tylko przekroczyły próg obozu, dostrzegły pewne poruszenie. Koty szeptały między sobą, część zebrała się przy legowisku starszych. Pistacjowe ślipia Zarannej Zjawy otaksowały całą scenę spojrzeniem. Nim zdążyłaby się jakoś bardziej namyśleć, ocenić sytuację i pomyśleć że o zgrozo, coś mogło się stać jej babci, do niej i córki Gęsiego Wrzasku podeszła Wilcza Tajga.
— Goryczkowy Korzeń została znaleziona martwa w legowisku starszyzny. Stokrotkowa Polana twierdzi, że nie obudziła się od drzemki. Najpewniej nie żyje, ale któraś z was musi się o tym upewnić.
Zaranna Zjawa położyła zioła na ziemi, by móc mówić wyraźnie, bez medykamentów w pysku.
— Naparstnicowa Kołysanko. Zajmę się tym. Odnieś zioła do składziku — miauknęła, by następnie skierować się do legowiska starszych.
Gdy tylko koty ją zobaczyły, a ona sama wbiła w nie chłodne spojrzenie, rozstąpiły się, jednocześnie nakłaniając do tego mniej uważnych towarzyszy.
Tuż po tym, jak zajęczo pręgowana weszła do środka, dostrzegła leżącą na boku, nieruchomą starszą. Faktycznie, jej pozycja wskazywała na to, że sama się tak ułożyła. Bura przeniosła spojrzenie na babkę.
— Oddała swą dusze przodkom — wyjaśniła złota widząc wzrok Zarannej Zjawy.
— Zawsze trzeba sprawdzić, czy aby na pewno — odparła bura na słowa babki, podchodząc do ciała. Położyła na nim łapę. Było zimne. Delikatnie przesunęła Gryczkowy Korzeń, by następnie posłuchać bicia jej serca. Siedziała tak dłuższą chwilę.
Nic.
Przyłożyła łapę do jej nogi i nacisnęła. Mięśnie były zastałe. Twarde. Zastygły w miejscu już na zawsze. Ale musiała się upewnić. To w końcu była siostra jej babki, nie dołączyła do kultu, ale mimo tego, co wszyscy o niej mówili, była przecież rodziną.
Córka Szakal wysunęła pazur, delikatnie odsuwając sobie futro z drogi do delikatnej skóry. Następnie nacięła ją ostrym zakończeniem łapy.
Krew nie zaczęła wypływać szybko, tak jak to było w normalnej ranie. Ranie żywego kota. Ledwo cokolwiek się wylewało. Była to szkarłatna ciecz z najbliższych naczyń krwionośnych, odpływająca zbyt powoli, zbyt ospale i leniwie.
— Nie żyje — stwierdziła już całkowicie pewna swych słów, podchodząc do babki, by następnie objąć ją ogonem — przykro mi — miauknęła do kotki. Nie wiedziała, jak bardzo to się odbije na Stokrotkowej Polanie. Była ona dość odklejona, i wiele rzeczy do niej nie docierało, albo nie z taką siłą, jak powinno - to prawda. Ale Goryczka była jej siostrą i współlokatorką. Trudno było więc medyczce mimo wszystko stwierdzić, jak będzie się zachowywać po tym kocica, co będzie czuć i czego będzie potrzebować.
— Nie ma co się smucić. Jest teraz z przodkami. W miejscu, do którego każdy z nas pragnie trafić... — rozmarzyła się dawna liderka, przymykając oczy. — Jej śmierć była pisana. Tak jak moja i twoja. To nadejdzie... zawsze.
Ach. Czyli jednak zachowywała się jak zwykle. No cóż, lepiej dla złotej.
— Wiem o tym, babko. Mimo to potrafi ona sprawić żywym kotom ból — stwierdziła. Niestety, wiedziała, iż istnieje jeszcze opcja, że Stokrotka odpycha od siebie pełną świadomość tego, że jej siostra już nie żyje, że z nią nie porozmawia za życia — jak się czujesz? — dopytała bura.
Niestety, zajęczo pręgowana zamartwiała się czymś jeszcze.
Śmierć Goryczki wyglądała na taką ze starości. A to oznaczało że czas Stokrotki również mógł się zbliżać. Tak, wiadomo, była stara, ale ta sytuacja tym bardziej przypominała o tym, co miało nadejść prędzej czy później. A Zaranna Zjawa tego nie chciała. Tak bardzo nie chciała, by babcia ją opuściła. Bo mimo tego, że była walnięta, to była jej Stokrotkową Polaną, jej wróżbiarką która przepowiadającą wszystkim naokoło śmierć z uśmiechem na pysku i rozmawiającą z domniemanymi duchami.
— Ja? — szylkretka zamyśliła się i zapatrzyła na sufit legowiska starszych. — Ja... ja żyje, jeszcze mój czas nie nadszedł. Duchy mówią, że mam czas. O tak. Jeszcze trochę, ale coraz mniej. Czekam cierpliwie na ich wezwanie. Wrócę do matki i poznam duchy. To wspaniała przyszłość, a ty? — Wbiła w kocice spojrzenie. — Idziesz tam ze mną?
Bura zaśmiała się na słowa babki. To było takie rozbrajające, kiedy mówiła o śmierci w taki sposób. Tak mroczne tematy była w stanie zamienić w coś, co z jej słów zdawało się takie dobre, przyjemne i radosne.
— Chętnie pójdę z tobą do duchów, jeśli mnie wezwą. Więc żyj jak najdłużej, bo tym większa szansa, że trafimy tam razem i nie będziemy musiały się rozdzielać.
— Och! Tak...! Świetny pomysł. Naprawdę ciekawy. Młoda śmierć... Szkoda tylko czasu, który stracisz. Ale skoro tak... Pójdziemy tam razem. Powiem duchom. — Złota odwróciła głowę, jak gdyby z kimś rozmawiając. Typowa babcia.
— A, noi jeszcze nie możesz za szybko odejść z jednego powodu. Przecież musisz zdążyć poznać moje dzieci. A do ukończenia przez Mroczną Łapę treningu nie mogę zajść w ciążę. Muszę go doprowadzić do końca — stwierdziła.
Tak. Dzieci. Wiedziała, że będzie je mieć. Od maleńkości jej o tym mówiono. I wiedziała, że musi się ich jak najszybciej dorobić – w końcu płodność była największa w młodości. Mimo to dalej miała wątpliwości, niepewność i te wszystkie komplkacje, szukanie ojca dla jej kociąt, odpowiedniego kandydata do stworzenia jej dzieci, a potem ta cała ciąża i poród… mimo opowiadań Bielik o tym, jak opiekować się kociętami, jak znosić ciążę, jak dobrze wychowywać i mimo tego, iż córka Mrocznej Gwiazdy tak często mówiła, jakie piękne i wspaniałe jest macierzyństwo, dalej w umyśle młodej tliło się to nieprzekonanie.
Starała się jednak o tym teraz nie myśleć.
Starsza kocica odwróciła łeb z powrotem w stronę wnuczki.
— Co? Ale kochanie! Jak czekać, jak nie odejść? Idziemy razem, gdy tak zechcą duchy. A duchy mówią, że koniec nadchodzi szybko. Zabrali moją siostrę, niedługo i ja pójdę, a ty ze mną, nie doczekawszy się wnuków...
Ach. Czyli znowu wróciło jej ‘śmierć nadejdzie szybko’. Ale to był jej taki urok, stała zmienna. Część jej kochanej Stokrotki.
— Żebyś się nie zdziwiła. Zobaczysz, że zdążę je wydać na świat jeszcze zanim nadejdzie czas — stwierdziła. — A teraz... muszę przenieść ciało Goryczki do medycznego legowiska, by ją natrzeć ziołami. Jeśli chcesz, możesz do nas dołączyć. Naparstnica na pewno nie pogardzi twoim towarzystwem, tak samo ja — stwierdziła.
— Zostanę. To nie widok dla mych oczu. Muszę porozmawiać z duchami, aby przyszykowali ci śmierć, którą ci przepowiedziałam za kocięctwa. Nasze drogi złączą się w jedno, tak samo jak śmierć. I wtedy zgasną gwiazdy, a świat pogrąży się w potędze Mrocznej Puszczy — zaczęła gderać do siebie litanie tak typowe dla niej których prawdziwe znaczenie było jej tajemnicą.
— Dobrze, babciu. Będę wyczekiwać tej chwili — odmiauknęła młodsza, po czym zabrała ciało Goryczki.
Mimo pozorów, rozmowa z babcią była... odświeżająca i odganiająca smutki i wątpliwości. No, jej efekty działały do czasu aż Zaranna nie musiała zacząć truchła ziołami nacierać.
Cóż, takie już uroki pracy medyka.

Kocham cię Stokrotko