Spokojnie szłam za swoją mentorką, jak zawsze obserwując koty dookoła.
- Raz jesteś w tyle, a raz w przodzie — popatrzyła na mnie Błękitna Łapa jak zawsze z psotnymi iskierkami w oczach i kiwając lekko głową na boki.
Spojrzałam na nią lekko zdezorientowana, odrywając wzrok od Żmijowej Łuski, której futerko minimalnie się podniosło, a kły pokazały, kiedy tylko złapałam z nią kontakt wzrokowy. Ciekawa reakcja. No, ale jak wcześniej mówiłam, odwróciłam już od bengalki wzrok i dla odmiany spojrzałam w kierunku, w którym idziemy. Szybko domyśliłam się, co chce zrobić niebieska, więc szybko ją wyprzedziłam. Właśnie zaczęłam wychodzić z obozu, gdy usłyszałam rozmowę mentorek. Zaciekawiona szybko cofnęłam się z krzaków, żeby przyjrzeć dokładnie się rozmówcom.
Najpierw przeniosłam swój wzrok na nie-rozmówcę. Masywny bury kocur, pewnie uczeń tej większej szylkretki. Trochę zdziwiona zobaczyłam, jak ten patrzy się w swoje łapy, grzebiąc w ziemi, zamiast biegać wszędzie, jak szalony i wszystkim dawać przytulasy. Mimowolnie sierść lekko podniosła mi się na karku, przypominając sobie, życie w żłobku razem z nim. Nie należałam za kociaka do grona pytulaśnych kotów, co jednak nie powstrzymywało go wtedy do nagłego wbiegnięcia we mnie i przytulenia się z całych sił, bo „ty masz takie mięciutkie i długie futerko". Spojrzałam na niego badawczo, może nawet trochę ze smutkiem? Teraz bym go chyba mogła nawet przytulić z własnej woli.
Moje przemyślenia jednak zostały przerwane przez okrzyk szylkretki, na którą natychmiast przeniosłam badawczy wzrok. Z rozmowy łatwo się domyśliłam, że spędzimy razem trening, więc warto wiedzieć o niej jak najwięcej. Przeszywając równocześnie ją rentgenem, starałam się odświeżyć informacje zebrane za kociaka. Co do tego, że była wojownikiem, nie miałam wątpliwości, podejrzewałam też, że była jakoś spokrewniona z ciocią Migotką. (Migotka nie była tak naprawdę moją biologiczną ciocią, ale (chyba) koleżanką mojej mamy, więc to na jedno wychodzi). Możliwe nawet, że były siostrami. Pokręciłam leciutko głową, nie było to wiele informacji. Jeszcze tylko to, że zwykle siedzi na uboczu i nie jest zbyt wylewna (hmm... ciekawe jak sobie poradzi z codziennym chodzeniem z uczniem). A! I jeszcze koleguje się z Błękitną Cętką, ale tego można było się domyślić.
Porzuciłam, więc próby przypominania sobie starych informacji i postanowiłam zebrać nowe i z pewnością bardziej szczegółowe. Jeszcze raz dokładnie ją przetaksowałam oczami, ale przestałam w połowie zaskoczona, widząc odwzajemnione spojrzenie. Co najdziwniejsze nie malowało się w nim zaniepokojenie, zdziwienie albo nie smak, do którego już zdążyłam się przyzwyczaić. Zamiast tego w bryle lodu zastępującej jej oczy zobaczyłam błysk... sympatii? Zaintrygowana zaczęłam się jej przyglądać ze zdwojoną dokładnością. Nie zwracałam nawet uwagi na parzące mnie słońce (przeklęte długie futro nie dość, że wszyscy chcą się do niego przytulać, to jeszcze grzeje gorzej niż pożar całego lasu!).
Przez całą drogę do Północnych Zboczy obserwowałam wszystkie szczegóły i odruchy zachowania Świetlistej. Naprawdę byłam bardzo zadowolona ze zebranej bazy danych. Mniej zadowolona byłam z polowania. Na osty i ciernie. Jak mam niby udawać, że wszystko jest ok z moim węchem z trzema kotami na karku? Powstrzymałam się od westchnięcia i spróbowałam zrobić dobrą minę do złej gry. Jeśli okaże się, że tata mieszka gdzieś daleko to, będę musiała polować sama po drodze. Im szybciej się nauczę, tym lepiej. Powtarzając to sobie w głowie jak mantrę, szybko się uspokoiłam i zaczęłam szukać śladów zająców i królików już, teraz kiedy reszta grupy była zajęta gadaniem. W sumie nie było to takie trudne. Zwierzyna przeżywała teraz zatrzęsienie i tu i ówdzie można było dostrzec wysepki złamanych łodyżek traw, które świadczyły o długich skokach zwierzyny, żeby je zauważyć, trzeba było naprawdę się skupić, ale nabrałam już wprawy.
<Świetlista? Błękitna? Orzełek?>