BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Treningi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Treningi. Pokaż wszystkie posty

26 lipca 2026

Od Migoczącej Łapy CD. Pszczelego Lilaku

Migocząca Łapa leżał na ziemi, praktycznie rozpłaszczony jak naleśnik. Było mu zimno, a śnieg powoli moczył jego sierść, jednak chciał jak najbardziej wtopić się w otoczenie. Jego futro idealnie pasowało do takiej pogody. Biały puch otaczał ich z każdej strony i choć było go już trochę mniej niż na samym początku pory Nagich Drzew, dalej tworzył wspaniałe ukrycie dla Migoczącej Łapy, którego futro również było w większości tego samego koloru. Tworzyło to dla kocura idealne warunki. A co za tym idzie? Uczeń szybko postanowił, że będzie wykorzystywać ten atut jak najbardziej. Przecież w porę Zielonych Liści będzie całkowicie widoczny! Nawet nie chciał o tym myśleć. Wyobrażenie, że będzie musiał tarzać się w błocie, by tylko ukryć się przed zwierzyną, było dla niego prawdziwym koszmarem. Zwłaszcza że skończyłby z tym błotem na ogonie najpewniej do mianowania na wojownika. I choć chciał, by było to jak najszybciej, czyszczenie jego ogona było wielkim problemem i dla samego Migotu i dla kotów dookoła, które kiedykolwiek chciały doprowadzić kocura do porządku.
Błyskawicznie skulił łapy pod siebie, gdy tylko usłyszał lekki szelest. To musiała być zwierzyna! Bo przecież co innego?
Ustawił się w kierunku przeciwnym do podmuchów wiatru, by małe stworzenie go nie wyczuło. Migocząca Łapa pamiętał, że to jeden z głównych błędów podczas polowań. Sam zrobił już tak kilka razy, do czego nie chciał się przyznać, dlatego tym bardziej pilnował swojej pozycji. Gdy wyczuł odpowiedni moment, powoli zbliżył się do zwierzyny, a następnie koślawo skoczył na nią, ledwo zahaczając o jej malutkie ciałko.
– Poślizgnąłeś się? – usłyszał za sobą głos Firmamentowej Łapy, który to był wraz z nim na patrolu.
– Przestań, finalnie mi się udało! – powiedział i szybko odwrócił się do brata ze zdobyczą w pysku. – A ty? Ile złapałeś? Czy może twoja grzywka zasłoniła ci widoczność? – zapytał z przekąsem, chcąc odwrócić uwagę Firmamentu od jego koślawego skoku. Migot wiedział, że brat to widział. Wiedział też, że pewnie domyślił się, że wcale nie poślizgnął się na roztopionym śniegu, tylko zawalił ze zwinnością. Firmament nie był jednak typem osoby, która specjalnie przejęłaby się krzywym skokiem. Mimo to niebieski wolał udawać, że nic się nie stało.
Niedługo po tym musieli wracać. Migocząca Łapa z dumą niósł swoją zdobycz do obozu. Starał się iść z gracją jak Firmament, by tym bardziej zwrócić na siebie uwagę zazdrosnych przybłęd. W końcu przyniósł coś na stos! I to w porę Nagich Drzew. Każdy musiał o tym wiedzieć.
Gdy wrócił do obozu, uśmiech miał od ucha do ucha. Czuł się już jak prawdziwy wojownik. Nikt i nic nie mogło popsuć mu tego humoru!
– Cześć Migocząca Łapo! – nagle usłyszał głos Pszczelego Lilaku. Kotka brutalnie wyrwała go z zamyślenia, jak zwykle przyczepiając się do niego jak rzep. Jakby nie umiała się zająć sobą! Migocząca Łapa najchętniej potraktowałby ją tak jak Jajeczną Łapę. Wygarnął jej wprost, że nie będzie się z nią zadawać. Mimo to kotka dalej czasem się do niego zbliżała. Zachowywała się tak, jakby już mu wybaczyła! Jednak Pszczeli Lilak była inna. Ona była już wojowniczką, a wraz z tym miała więcej możliwości, których Migot nie posiadał. Ona była znacznie lepszym pionkiem, niż ktokolwiek w legowisku uczniów. Zwłaszcza że w legowisku uczniów i tak nie było nikogo, kto mógłby mu się sprzeciwić - wszyscy byli zdecydowanie zbyt łagodni, z czego kocur bezkarnie korzystał.
– Hej kupo futra! – powiedział w końcu. Musiał wykorzystywać fakt jego znajomości z wojowniczką. Nie mógł tego zaprzepaścić. Chwilę po tym do głowy przyszedł mu pewien plan, który dzięki randze "koleżanki", mógł się spełnić.
– Widzę, że udało ci się coś złapać. Gratulacje! Jak było na patrolu? – zapytała Lilak.
– Wspaniale, jak widać – mruknął uczeń i ruszył w stronę stosu ze zwierzyną, by odłożyć swoją zdobycz. Po tym odwrócił się w stronę kotki. – Jednak jeszcze bym zapolował. Powinienem przecież szkolić swoje umiejętności – zauważył. – Chcesz może urządzić mały konkurs łowiecki? Komu uda się złapać więcej zwierzyny do zachodu słońca. O nagrodzie pomyślimy później – mówił Migot bez oporów. Nie przejmował się zmianą nastawienia Pszczelego Lilaku. Kotka wydawała się cichsza niż zazwyczaj. Mimo to kocur nie zwracał na to uwagi, dalej tłumacząc jej plan. Wiedział przecież, że kotka nie odmówi.
– No dobrze... – mruknęła cicho Lilak. Nie wydawała się przekonana. Czyżby się bała? – Ale będziemy polować gdzieś blisko, dobrze? – zapytała nieśmiało. Migot prychnął rozbawiony.
– Boisz się? Ale niech ci będzie. W końcu i tak wygram, więc miej jakieś pocieszenie – zaśmiał się i nie czekając na jej odpowiedź ruszył w stronę wyjścia z obozu. Wojowniczka niepewnie poszła za nim, co chwilę się rozglądając. Jednak nikt ich nie zatrzymał. Nie miał kto. W końcu ona nie była już uczennicą.
Szli w ciszy, a po drodze Migot obmyślał swój plan. Wymyślił cały ten konkurs by tylko więcej potrenować. Musiał poćwiczyć swoją zwinność i szybkość jeśli chodzi o polowanie. Nie chciał nikogo zawieść, a oznaczało to szlifowanie wszystkich umiejętności.
Gdy doszli na miejsce Migot spojrzał na Lilak. W jego oczach było widać ten błysk, w dużej mierze oznaczający tylko kłopoty. 
– Gotowa? – zapytał formalnie, by cały konkurs przebiegł zgodnie z zasadami. W końcu był wojownikiem, a wojownicy nie oszukują w walkach, a w jego przypadku - w konkursach.

<Kupo futra? Gotowa?>
[833 słów]

Od Lśniącej Gwiazdy do Migoczącej Łapy

Jakiś czas po ucieczce Truskawki…

Więc... zniknęła.
Truskawkowe Pole odeszła.
Opuściła Klan Klifu.
Lśniąca Gwiazda przez dłuższą chwilę pozostawał nieruchomy, jego wzrok spoczywał na kamiennej ścianie legowiska, a myśli nieustannie krążyły wokół tych samych słów, jakby uporczywie próbował odnaleźć w nich sens, którego w rzeczywistości nigdy nie było.
Powinien był odczuwać gniew albo rozczarowanie, być może nawet żal, lecz zamiast tego jego wnętrze wypełniała dziwna pustka, nieprzypominająca żadnej emocji, którą potrafiłby jednoznacznie nazwać. Była bliska poczuciu straty, lecz jednocześnie pozbawiona bólu właściwego utracie kogoś bliskiego, przez co wydawała się zaledwie zniekształconym odbiciem prawdziwego cierpienia.
Nie brakowało mu Truskawkowego Pola.
Brakowało mu jedynie miejsca, które dotąd zajmowała.
Uniósł się powoli ze swojego legowiska, przeciągając się leniwie, aż mięśnie przyjemnie napięły się pod rudym futrem. Nie ruszył się jednak od razu. Przez dłuższą chwilę leżał nieruchomo, z głową opartą o kamienną posadzkę, a jego spojrzenie pozostawało wbite w sufit jaskini, jak gdyby z jakiegoś powodu nie potrafił skierować go nigdzie indziej.
Westchnął cicho.
Nie znosił tego miejsca.
Szare, nierówne ściany otaczały go z każdej strony, sufit zdawał się przytłaczać swoją ciężkością, a kamienna posadzka nie oferowała nic poza chłodem i monotonią. Jedynym urozmaiceniem były płytkie zagłębienia pozostawione przez wodę przed wieloma księżycami oraz cienkie rysy biegnące przez skałę niczym pajęcza sieć. Nawet zapach wydawał się nijaki — mieszanina wilgoci, zimnego kamienia i starego mchu, która z każdym oddechem coraz bardziej działała mu na nerwy.
Przymknął oczy, próbując wyobrazić sobie to miejsce zupełnie inaczej.
Kilka jasnych muszli ułożonych przy wejściu mogłoby odbijać światło wpadające do jaskini. Delikatne pióra największych ptaków zawieszone pod sklepieniem poruszałyby się przy każdym podmuchu wiatru, a świeże paprocie lub pachnące gałązki jałowca skutecznie przełamałyby wszechobecną szarość. Nawet kilka większych, gładkich kamieni o jaśniejszej barwie odmieniłoby wygląd legowiska.
Biel.
Ta myśl wywołała na jego pysku ledwie dostrzegalny uśmiech.
Biały kamień nadawałby temu miejscu elegancji. Kojarzył się z czystością, spokojem i godnością — dokładnie z tym, co, jego zdaniem, powinno otaczać przywódcę klanu. Jaskinia nie musiała być wystawna. Powinna po prostu budzić podziw, jeszcze zanim ktokolwiek przekroczy jej próg.
Szkoda tylko, że natura niezbyt chętnie współpracowała z podobnymi wizjami.
Jeszcze przez chwilę pozwolił sobie na te rozważania, zanim ostatecznie otrząsnął się z zamyślenia. Obowiązki nie miały zwyczaju cierpliwie czekać, aż ich przywódca skończy planować wystrój własnego legowiska.
Powoli podniósł się na łapy i starannie otrzepał futro z pojedynczych źdźbeł mchu, wygładzając je kilkoma spokojnymi ruchami języka. Dopiero gdy upewnił się, że prezentuje się nienagannie, skierował się ku wyjściu z jaskini.
Chłodne powietrze obozowiska natychmiast musnęło jego pysk.
Ruszył przed siebie charakterystycznym dla siebie krokiem — spokojnym, płynnym i pełnym gracji. Każdy ruch wydawał się dokładnie przemyślany, jakby nawet zwykły spacer stanowił część wizerunku, który od lat budował. Jedynie wprawne oko mogło dostrzec, że tego dnia tempo było odrobinę szybsze niż zwykle. Nie przyspieszał gwałtownie ani nerwowo, lecz z wyraźną chęcią jak najszybszego dotarcia do celu.
Od chwili opuszczenia legowiska czuł na sobie spojrzenia.
Nie różniły się niczym szczególnym od tych, do których zdążył przywyknąć przez księżyce sprawowania władzy, a jednak... coś było inaczej. Koty spoglądały na niego odrobinę dłużej. Niektóre milkły, gdy przechodził obok, inne szeptały coś do siebie, starając się robić to dyskretnie. Nikt nie powiedział ani słowa, lecz cisza, która zapadała wokół niego, wydawała się cięższa niż zazwyczaj.
Na zewnątrz nie pozwolił sobie jednak na najmniejszą zmianę wyrazu pyska.
Minął wodospad spokojnym, równym krokiem, podczas gdy kamienna posadzka obozowiska stopniowo ustępowała miejsca wilgotnej ziemi i miękkiej trawie, która uginała się pod ciężarem jego łap. Szum spadającej wody pozostawał jeszcze przez chwilę wyraźny, lecz z każdym kolejnym krokiem cichł coraz bardziej, aż w końcu rozpłynął się gdzieś za jego plecami, ustępując miejsca subtelniejszym dźwiękom lasu. Korony drzew poruszały się leniwie pod naporem wiatru, pojedyncze ptaki nawoływały się z oddali, a gdzieś pomiędzy paprociami przemknęło niewielkie stworzenie, którego nie zadał sobie nawet trudu śledzić wzrokiem.
Nie obrał żadnego konkretnego kierunku, ponieważ cel nie miał dla niego większego znaczenia. Od dawna wiedział, że ruch pomagał mu porządkować myśli znacznie skuteczniej niż bezczynne siedzenie, a rytm własnych kroków pozwalał rozplątywać nawet najbardziej zawiłe rozważania. Wystarczyło iść. Wtedy kolejne elementy układanki same zaczynały odnajdywać właściwe miejsce.
Przynajmniej zazwyczaj.
Tym razem jego umysł nie chciał jednak współpracować.
Jedna myśl płynnie przechodziła w następną, choć żadna nie prowadziła tam, dokąd rzeczywiście zamierzał dotrzeć.
W pewnym momencie uświadomił sobie, że w ogóle nie myśli już o Truskawkowym Polu.
Zamiast tego... myślał o sobie.
A konkretniej — o własnym wyglądzie.
Zawsze budził w nim cichą odrazę.
Nie znosił swojego pyska, ponieważ wydawał mu się zbyt pospolity. Nie znosił futra, którego kolor nie przywodził na myśl niczego dostojnego. Nie znosił oczu, choć nieraz słyszał, że błyszczą niezwykle jasno, ponieważ nawet one nie potrafiły zrekompensować reszty.
Coraz częściej odnosił wręcz irracjonalne wrażenie, że Klan Gwiazdy zadrwił z niego już w chwili narodzin.
Jak gdyby przodkowie świadomie zamknęli go w ciele, które miało być jego próbą.
Albo karą.
Pomarańczowe futro drażniło go od zawsze. Nie widział w nim ciepła ani szlachetności, lecz coś śmiesznego, niemal dziecinnego, a ciemniejsze cętki rozsiane po bokach przypominały mu zaschnięte grudki błota, których nie sposób było zmyć. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym trudniej było mu uwierzyć, że właśnie tak miał wyglądać kot wybrany przez przodków do przewodzenia klanowi.
Jedynie przednie łapy wydawały mu się godne uznania.
Ich jasne futro przywodziło mu na myśl księżycowe światło rozlewające się po tafli jeziora oraz gwiazdy rozsiane po nocnym niebie, dlatego czasami łapał się na tym, że patrzył właśnie na nie nieco dłużej, niż było to konieczne.
Reszta...
Reszta pozostawiała wiele do życzenia.
Cicho parsknął pod nosem.
Ironia tej sytuacji wydawała się niemal zabawna.
Jeszcze przed chwilą analizował ucieczkę swojej zastępczyni, zastanawiając się, jakie konsekwencje przyniesie ona dla jego pozycji, a teraz rozmyślał nad własnym futrem, jak gdyby to ono stanowiło największy problem.
Być może rzeczywiście nim było.
Truskawkowe Pole odeszła.
To stało się już faktem.
Jego wygląd natomiast pozostawał czymś, od czego nie mógł uciec, choćby poświęcił na to każde z pozostałych ośmiu żyć. Myśl o nowym zastępcy nie budziła już w nim większych emocji ponieważ — tak w sumie, to czystym przypadkiem — problem zdążył rozwiązać znacznie wcześniej. Nie potrzebował kolejnych godzin rozważań ani długich analiz, gdyż odpowiedź od dawna wydawała się oczywista.
Źródlana Łuna.
Była jego siostrą, a jednocześnie należała do wojowników cieszących się zaufaniem klanu, dzięki czemu jej mianowanie nie wywołałoby większego poruszenia. Nie była może kotką wybitną, lecz w tej chwili nie potrzebował błyskotliwości ani wielkich ambicji.
Potrzebował kota, którego zachowania nie będzie musiał nieustannie analizować.
A przede wszystkim potrzebował zastępcy, który nie ośmieli się pewnego dnia odwrócić od niego plecami.

***

Lśniąca Gwiazda powoli wspiął się na mównicę. Nie wyglądał na rozgniewanego. Wręcz przeciwnie — w jego spojrzeniu malował się smutek, a głos, gdy w końcu przemówił, był cichy i ciężki.
— Trudno jest mi pogodzić się z tym, jak wiele kotów ucieka z naszego klanu w ostatnich czasach. Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie dzień, w którym będę musiał patrzeć, jak ci, których uważałem za rodzinę, odwracają się od domu, który wspólnie budowaliśmy.
Przesunął wzrokiem po zebranych.
— Straciłem nie tylko wspaniałą zastępczynię. Straciłem przyjaciółkę. Partnerkę. Matkę moich kociąt. Kota, któremu ufałem bardziej niż komukolwiek innemu. Każdego dnia przypominam sobie rozmowy, które prowadziliśmy, wspólne decyzje i marzenia o przyszłości Klanu Klifu. Nigdy nie przypuszczałem, że pewnego dnia zostaną jedynie wspomnieniami.
Na chwilę opuścił głowę.
— Nie mogę również zapomnieć o Pchełkowym Skoku. Była jedną z najlepszych uczennic, jakie miałem zaszczyt szkolić. Odważna, bystra i gotowa poświęcić wiele dla klanu. Wierzyłem, że pewnego dnia stanie się wzorem dla kolejnych pokoleń. Dlatego tak trudno jest mi zrozumieć jej decyzję.
Westchnął cicho.
— Odchodzą nie tylko wojownicy. Odchodzą przyjaciele. Towarzysze polowań. Koty, z którymi dawniej dzieliłem legowisko, posiłki i troski. I każde takie odejście zostawia po sobie pustkę, której nie da się wypełnić jednym dniem ani jednym księżycem.
Zapadła cisza.
— Nie wiem, dlaczego do tego doszło. Być może mogłem zrobić więcej. Być może popełniłem gdzieś błąd. Być może były rzeczy, których nie dostrzegłem. A być może nie miałem wpływu na decyzje tych, którzy postanowili odejść.
Spojrzał prosto na swoich wojowników.
— Nie wiem również, ilu z was pewnego dnia spojrzy za granice naszego terytorium i pomyśli o tym, by pójść ich śladem. Nie wiem, ilu z was jeszcze zwątpi. Nie potrafię przewidzieć przyszłości.
Przerwał na moment.
— Ale wiem jedno.
Jego głos nabrał siły.
— Nie poddam się. Nie opuszczę tego klanu. Nie porzucę kotów, które zdecydowały się zostać. Nie odejdę, niezależnie od tego, ile bólu jeszcze przyniesie mi los. Dopóki oddycham, będę walczył o Klan Klifu. O jego przyszłość. O każdego kota, który wciąż wierzy, że to miejsce jest jego domem.
Na jego pysku pojawił się delikatny, aczkolwiek przyprawiony nutką zmęczenia uśmiech.
— Nie możemy pozwolić, by smutek odebrał nam nadzieję. Ci, którzy zostali, są dowodem na to, że Klan Klifu wciąż ma przed sobą przyszłość. Nie będziemy żyli przeszłością. Będziemy budować jutro. A skoro przed nami kolejne dni i kolejne wyzwania... klan potrzebuje zastępcy.
Lśniąca Gwiazda odwrócił głowę w stronę wybranej wojowniczki. W jego spojrzeniu nie było cienia wahania — decyzję podjął już dawno temu, a teraz jedynie dzielił się nią z resztą klanu. Na pysku przywódcy malowała się mieszanka jakby świadomość, że nie będzie musiał samotnie dźwigać odpowiedzialności za przyszłość Klanu Klifu, zdjęła z jego barków część ciężaru.
— Jest kotka, której lojalność, rozwaga i oddanie niejednokrotnie miały okazję się wykazać. Kotka, której ufam i o której wiem, że będzie wspierać ten klan nie tylko siłą własnych łap, lecz także mądrością swoich decyzji. Wierzę, że Klan Gwiazdy poprowadzi ją właściwą ścieżką i że nie zawiedzie zaufania, którym ją obdarzam.
Na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech, a spojrzenie spoczęło na wybranej wojowniczce z wyraźnym uznaniem. Nie było w nim ani cienia teatralności; mówił spokojnie, z tą samą miękką pewnością, z jaką zwykł zwracać się do każdego członka klanu.
— Rolę mojego zastępcy obejmie Źródlana Łuna.
Po obozie przebiegł cichy szmer. Lśniąca Gwiazda nie odezwał się od razu, pozwalając, by szepty wybrzmiały i same ucichły. Dopiero wtedy ponownie uniósł głowę, a jego spojrzenie na moment zatrzymało się na kolejnych twarzach zgromadzonych, jakby chciał upewnić się, że żaden kot nie czuje się pominięty.
— Gratuluję ci, Źródlana Łuno. Wierzę, że wspólnie poprowadzimy Klan Klifu ku lepszym czasom.
Zamilkł na krótką chwilę. Zamiast pośpiesznie przejść do następnego tematu, dał wszystkim czas na przyjęcie tej wiadomości, po czym spokojnie przesunął wzrokiem po wojownikach, uczniach i starszyźnie.
— Jednak zmiany nie kończą się na tym.
Jego głos pozostał równie ciepły, lecz nabrał większej stanowczości. Nie podniósł go ani odrobinę; mimo to każde kolejne słowo zdawało się docierać do najdalszych zakątków obozu.
— Nastała nowa era. Era, w której wielu z nas czuje niepewność. Straciliśmy koty, które były nam bliskie, a ich odejścia pozostawiły w naszych sercach pustkę. W takich chwilach łatwo jest zwątpić, łatwo zapomnieć o tym, kim jesteśmy i co uczyniło Klan Klifu tak silnym.
Na moment opuścił wzrok, wyglądając tak, jakby sam wracał myślami do wspomnień, o których mówił. Kiedy ponownie spojrzał na zgromadzonych, na jego pysku nie było już smutku, a jedynie spokojna, niemal niewzruszona pewność.
— Nie zamierzam dopuścić do tego, by zwątpienie zapuściło korzenie w naszym obozie. Potrzebujemy wojowników, którzy własnym przykładem będą przypominać innym o wartościach, dzięki którym przetrwaliśmy tyle księżyców. Kotów, których lojalność wobec klanu nie podlega żadnym wątpliwościom, które swoją pracowitością, odwagą i uczciwością inspirują innych do stawania się lepszymi.
Między kolejnymi zdaniami robił krótkie przerwy, nie dlatego, by budować napięcie, lecz jakby starannie dobierał każde słowo. Mówił powoli i z namysłem, nie pozostawiając miejsca na gwałtowność czy emocjonalne uniesienia.
— Dlatego postanowiłem ustanowić nowy zaszczytny tytuł.
Jego uśmiech nieco się poszerzył, gdy dostrzegł zaciekawione spojrzenia. Nie komentował cichych szeptów ani wymienianych między wojownikami spojrzeń; cierpliwie czekał, aż uwaga całego klanu ponownie skupi się wyłącznie na nim.
— Przedstawiam wam... Jaśniejące Skrzydła.
Przez chwilę w obozie panowała cisza. Lśniąca Gwiazda wyprostował się, a jego ogon poruszył się leniwie za plecami, podczas gdy bursztynowe oczy z uwagą śledziły reakcje zgromadzonych.
— Jaśniejące Skrzydła będą wzorem dla całego Klanu Klifu. Otrzymają moje zaufanie i będą pomagać mi prowadzić klan ku lepszej przyszłości. To właśnie oni poprowadzą najważniejsze patrole, będą szkolić kolejne pokolenia wojowników i przypominać wszystkim, że dobro wspólnoty zawsze stoi ponad dobrem jednostki. Chcę, by ich postawa była światłem dla tych, którzy czują się zagubieni, i dowodem na to, że oddanie klanowi nigdy nie pozostaje niezauważone.
Nie było w jego głosie wyniosłości ani dumy z własnego pomysłu. Mówił o nowym tytule z taką naturalnością, jakby nie ogłaszał wielkiej zmiany, lecz przypominał wszystkim o czymś, co od dawna powinno istnieć. Przesunął spojrzeniem po zgromadzonych raz jeszcze, zatrzymując je na każdym jedynie przez krótką chwilę. Gest ten sprawiał wrażenie, jakby naprawdę dostrzegał każdego z osobna i każdemu dawał jednakową szansę.
— Mam nadzieję, że nadejdzie dzień, w którym wielu z was będzie mogło z dumą nosić miano Jaśniejącego Skrzydła. A ci, którzy otrzymają je jako pierwsi, pokażą całemu klanowi, że prawdziwa wielkość rodzi się nie z pychy ani siły, lecz z bezgranicznego oddania swojej rodzinie.
Zamilkł, pozwalając, by nad obozem zapadła cisza. Przez dłuższą chwilę nie mówił ani słowa, jedynie powoli przesuwał spojrzeniem po zgromadzonych. Zdawało się, że nie szuka nikogo konkretnego, a mimo to jego wzrok zatrzymywał się na kolejnych pyskach z zadziwiającą pewnością. Dopiero gdy odnalazł wszystkich, których zamierzał wyróżnić, uniósł lekko głowę.
— Psotny Nietoperzu, Postrzępiony Mrozie, Wzorzysta Dal, Skrzydlata Pogoń, Różeńcowe Serce... wystąpcie.
Wywołane koty wymieniły między sobą krótkie spojrzenia, po czym kolejno wyszły z tłumu i zatrzymały się u podnóża mównicy.
— Mocą autorytetu przywódcy Klanu Klifu nadaję wam tytuły Jaśniejących Skrzydeł.
Na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech.
— Od tej chwili waszym obowiązkiem będzie nie tylko wierna służba klanowi, lecz również prowadzenie innych własnym przykładem. Chcę, by każdy wojownik, uczeń i kocię, patrząc na was, widział, czym jest oddanie, pokora i lojalność wobec wspólnoty. Będziecie przypominać innym, że prawdziwa siła nie rodzi się z pychy ani z pragnienia chwały, lecz z gotowości do poświęcenia własnych ambicji dla dobra wszystkich.
Na krótką chwilę zatrzymał wzrok na każdym z wyróżnionych kotów, jakby przekazywał im odpowiedzialność znacznie większą niż sam tytuł.
— Niech wasze decyzje będą mądre, słowa przemyślane, a czyny godne naśladowania. Od tej chwili jesteście głosem lojalności, strażnikami jedności i skrzydłami, które pomagają całemu Klanowi Klifu wznieść się wyżej.
Przez moment pozwolił, by wybrzmiała waga jego słów, po czym spokojnie przeniósł spojrzenie w stronę wyjścia z obozu. Uśmiech nie zniknął z jego pyska, choć jego głos nabrał bardziej rzeczowego tonu.
Ogonem wskazał prowadzący na zewnątrz tunel.
— Już wkrótce wyruszy patrol odpowiedzialny za wyprowadzenie Gąsienicowego Ogryzka z dala od granic naszego terytorium. Będzie on złożony w pełni z Jaśniejących Skrzydeł.
Raz jeszcze przesunął spojrzeniem po całym klanie. Na każdym pysku zatrzymywał wzrok tylko na chwilę, lecz wystarczająco długo, by każdy mógł odnieść wrażenie, że został zauważony.
— Dziękuję wam za wysłuchanie mnie. Niech Klan Gwiazdy czuwa nad każdym z was.
Po tych słowach skinął głową na znak zakończenia zebrania i zszedł z mównicy spokojnym, opanowanym krokiem, podczas gdy obóz powoli wypełnił się szmerem rozmów.

***

Wiatr szarpał jego rudą sierścią, wprawiając w ruch dłuższe kosmyki na karku i ogonie, gdy spokojnym krokiem przemierzał leśną ścieżkę. Tuż obok niego szedł Migocząca Łapa, a ich łapy cicho ugniatały miękką ściółkę usłaną igliwiem i opadłymi liśćmi. Wysokie pnie sosen pięły się ku niebu, kołysząc się lekko pod naporem wiatru, podczas gdy niskie krzewy porastające skraj ścieżki szumiały cicho przy każdym silniejszym podmuchu.
Wieczór powoli obejmował swoim ramieniem tereny Klanu Klifu. Ostatnie promienie słońca ustępowały miejsca chłodniejszym barwom, a granat nieba z każdą chwilą stawał się coraz głębszy. Pomiędzy koronami drzew zaczynały przebijać się pierwsze gwiazdy, nieśmiało rozświetlając ciemniejący firmament. Powietrze stawało się coraz świeższe, niosąc ze sobą zapach żywicy, wilgotnej ziemi i odległego strumienia.
Przez dłuższą chwilę żaden z nich się nie odzywał. Lśniąca Gwiazda zdawał się pochłonięty własnymi myślami, a jego żółtawe oczy spokojnie wędrowały po otaczającym ich lesie. Co jakiś czas spoglądał na ucznia kątem oka, jakby próbował odczytać z jego postawy coś, czego nie dało się wyrazić słowami.
W końcu przerwał ciszę, nie odwracając przy tym wzroku od ścieżki.
— Myślałem nad tym, jaką umiejętność powinieneś dziś poznać.
Na jego pysku pojawił się delikatny uśmiech.
— Rozważałem tropienie, walkę, a nawet kilka rzeczy, których większość mentorów nie pokazuje swoim uczniom aż do późniejszych księżyców. Doszedłem jednak do wniosku, że nie chciałbym podejmować tej decyzji za ciebie.
Spojrzał na Migoczącą Łapę z łagodnym zainteresowaniem.
— Powiedz mi więc... czego sam chciałbyś się nauczyć? Co uważasz za umiejętność, która najbardziej przyda ci się jako przyszłemu wojownikowi?
Jego głos pozostał ciepły i spokojny, pozbawiony choćby cienia nacisku. Sprawiał wrażenie kota szczerze zaciekawionego odpowiedzią swojego ucznia, gotowego wysłuchać każdej propozycji z taką samą uwagą.

[2722 słów]

<son??>

Od Łzawej Łapy

Łzawa Łapa siedziała nad niewielkimi kupkami ziół, przekładając kolejne listki i łodyżki z miejsca na miejsce z takim znużeniem, że wyglądała niemal jak więzień skazany na wyjątkowo nużącą karę. Leżąc na brzuchu, leniwie przesuwała łapą pęczki nagietka, szczawiu i kocimiętki, by po chwili znów ułożyć je dokładnie tam, gdzie leżały wcześniej. Jej ogon ospale uderzał o kamienną posadzkę, a niebieskie oczy raz po raz wędrowały ku wejściu do lecznicy, jakby liczyła na to, że za chwilę pojawi się jakiś pacjent i wybawi ją od wszechogarniającej nudy.
Firletka wyszła niedawno z obozu, chcąc uzupełnić zapasy kilku brakujących ziół, przez co zostawiła swoją uczennicę samą. Łza nie cierpiała samotności, a dziś ledwie wystawiła nos poza legowisko medyków — podziemny obóz z każdym dniem wydawał jej się coraz bardziej przygnębiający. Nie potrafiła przywyknąć do niekończących się korytarzy, które zdawały się wić bez żadnego ładu ani składu, ani do wszechobecnej wilgoci, unoszącej się w powietrzu mimo silnego zapachu ziół. Brakowało jej szumu trawy i ciepła promieni słonecznych, których w tych paskudnych tunelach nie dało się zastąpić niczym.
Dopiero cichy odgłos kroków wyrwał ją z zamyślenia. Niemal natychmiast uniosła głowę, a gdy w wejściu dostrzegła znajomą, srebrzystą sylwetkę, na jej pysku pojawił się szeroki uśmiech.
— Kurza Łapa! — zawołała z wyraźnym entuzjazmem, po czym szybko podbiegła do ucznia kronikarza. — Cześć! Co tam? Przyszedłeś mnie odwiedzić? A może masz ochotę ponabijać się ze mną z Milczącej Fajtłapy? Hihi!
Srebrzysty uczeń odwzajemnił uśmiech, lecz niemal od razu zaniósł się kaszlem, który odbił się echem od kamiennych ścian lecznicy. Łza odruchowo zmarszczyła nos. Choć z początku liczyła na zwykłą wizytę znajomego, teraz nie miała już większych wątpliwości, że przyprowadziła go tutaj choroba.
— Hej... — wydusił pomiędzy kolejnymi kaszlnięciami. — Jak chyba zdążyłaś zauważyć, załapałem coś nieciekawego. Ale wiesz... z tego drugiego też bym nie zrezygnował.
Łza przechyliła głowę, udając głębokie zastanowienie.
— Na nabijanie się z Milczącej Fajtłapy jeszcze przyjdzie czas — odparła z rozbawieniem. — Chociaż muszę przyznać, że z twoim charkaniem wyglądałoby to naprawdę komicznie.
Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i podeszła do składziku z ziołami. Przez chwilę przeszukiwała kolejne pęczki suszonych roślin, aż w końcu odnalazła kocimiętkę, której intensywny zapach natychmiast wypełnił niewielką jaskinię. Z ostrożnością wyjęła kilka listków, po czym wróciła do przyjaciela i podsunęła mu je niemal pod sam nos.
— Proszę. Zjedz, zanim uznam, że specjalnie zachorowałeś, żeby mnie odwiedzić.
Kurza Łapa parsknął cichym śmiechem, który niemal natychmiast przerodził się w kolejną falę kaszlu. Skrzywił się, po czym bez większego marudzenia pochwycił podaną mu kocimiętkę i zaczął ją przeżuwać.
— Tooo do zobaczenia później? — mruknął, gdy przełknął już ostatni listek.
— Mhm, papatki!

[423 słowa]

wyleczeni: Kurza Łapa

Od Firmamentowej Łapy

Kocur wstał z rana, patrząc, jak promienie słońca głaszczą delikatnie obóz Klanu Klifu, jak i jego futro. Ciepło rozchodziło się po całym jego ciele, aż chciałoby się leżeć cały dzień i nic nie robić. Zima powoli się kończyła, nareszcie. Śnieg topniał, a zimno odchodziło wraz z porą roku. Z jego zamyśleń wyciągnął go Wzburzony Kormoran.
— Firmamentowa Łapo, zbieraj się, idziemy na szkolenie. — powiedział z uśmiechem do kocurka, który przeciągnął się, po czym wstał z ziemi. Otrzepał się, patrząc po obozie, który budził się powoli, niczym nadchodząca wiosna.
— Dobrze, ruszajmy. Dawno już zjadłem. — odpowiedział mentorowi. Ten skinął i ruszył w stronę wyjścia z obozu. Idąc przez rozległe pola patrzył na trawę, kwiaty, na zboże, które znajdowało się na Złotych Kłosach… Wszystko tak lekko budziło się po mrożącym śniegu, a jednak nadal było przyklapnięte. Dotarli do szumiącego morza, przy którym wiatr nabierał szybszego tempa. Usiedli, patrząc teraz na siebie.
— Dzisiaj nauczymy się otwierania krabów. Jadłeś jakiegoś kiedyś? Może obierała ci… — zatrzymał się na chwilę w niezręcznej, aczkolwiek wiele mówiącej ciszy. Chciał wspomnieć o jego matce, Firmament wyczuł to od razu.
— Nie, nie robiła tego. Bywa i tak. — wzruszył ramionami nie przejęty. — A więc? Pokażesz mi jak to się robi?
— Tak, tak… — Wzburzony Kormoran rozejrzał się, próbując wypatrzeć zdobycz. W końcu dostrzegł kraba, który dreptał po piasku. Powoli wychodziły na zmianę pory roku. Kocur skradł się powoli, w końcu wyskakując do góry, lądując na zdobyczy. Przyniósł ją do ucznia, trzymając ją ostrożnie. — A więc aby go otworzyć musimy najpierw mieć pewność, że nie żyje. Gdy już dobijemy go, musimy podważyć pazurami, pomagając sobie trochę drugą łapą… O tak. — pokazał kocurowi. Ten przyglądał się, dokładnie lustrując wzrokiem to, co robi jego mentor. Gdy tylko skończył, Odwrócił się, szukając kraba i dla Firmamentowej Łapy, aby ten sam mógł spróbować. Nie minęło dużo czasu do momentu, gdy w końcu udało mu się znaleźć kolejnego, aby uczeń mógł go otworzyć. Firmamentowa Łapa powoli zaczął pracować nad otwarciem kraba, aż w końcu po dłuższej chwili udało mu się to. Wzburzony Kormoran skinął głową z aprobatą.
— Brawo. Spróbujmy kolejnego.

»»————- ⚜ ————-««

Wracali teraz do obozu, powoli spacerując pomiędzy zaspami śniegu. Co ciekawe, utworzyła się ścieżka, dzięki której można było dostać się do obozu bez odmarźnięcia sobie łap, chociaż… Jego łapy błagały o pomstę do Klanu Gwiazdy. Bolały go ostatnimi czasy, być może właśnie przez śnieg… Dotarli do obozu, gdzie udało mu się dorwać dość porządny jak na tą porę roku posiłek. Wziął w pysk tłuściutką wiewiórkę, zabierając ją ze sobą gdzieś na bok, niedaleko legowiska swojego ojca. Ten właśnie rozmawiał z Postrzępionym Mrozem. Nie kojarzył aż tak bardzo kotki, z tego co wie była w żłobku razem z jego ojcem i jego siostrą, przez co nawet dobrze się dogadywali. Czy Lśniąca Gwiazda… Chciałby zastąpić Truskawkowe Pole..?

[456 słów, + otwieranie krabów]

25 lipca 2026

Od Milknącej Łapy Do Tojadowej Łapy

Dotychczasowa mroźna pora nagich drzew zaczynała w ostatnich dniach coraz to bardziej odpuszczać, choć oznaczało to nadal pewną warstwę śniegu poza podziemnym obozem. Dymny kocur już miał parę okazji polować lub biegać w takich zaspach, co według Cyklonowego Oka było świetnym pomysłem i ćwiczeniem do trenowania siły oraz wytrzymałości. Kremowy w porównaniu do swojego ucznia nie miał zbytnio problemów z na przykład biegiem po śniegu, choć zapewne miało to związek z doświadczenie — a raczej napewno — oraz swoją dość ciężką budowę, którą przykrywało długie futro wojownika.
Milknąca Łapa obok swojego mentora wyglądał dość marnie, wręcz mizernie. Sama sylwetka ucznia jest smukła i zgrabna, a długie łapy jedynie potęgują to wrażenie. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że syn przywódcy klanu ledwo co je lub nie dojadał, nawet jeśli na stosie było trochę świeżych piszczek również dla innych. Są to jednak pozory, gdyż treningi pod okiem Cyklonowego Oka sprawiły, że warstwą półdługiego dymnego futra powoli pojawia się zarys mięśni, które czasem wręcz paliły żywym ogniem w czasie intensywnego wysiłku.
Niebieskie spojrzenie właśnie z uwagą sunęło po wszechobecnej bieli, która roztaczała się we wszystkie strony niemal od opuszczenia tunelu, który kończył się wyjściem w głębi klanowych terenów. Niemal grobowa cisza co jakiś czas była zagłuszana stawianymi krokami przez dwójkę kocurów. Starszy miał zamiar wykorzystać wciąż zalegający śnieg na dawnych połaciach zieleni, by jego uczeń zbudował siłę i wytrzymałość w cięższych warunkach, niż te, które lada dzień mają nadejść, obwieszczając głośno wszystkim dookoła, że już niedługo pojawi się więcej zwierzyny, a dotychczas uśpiona przyroda zacznie powoli wracać do życia.
Początkowe długości pokonywali spokojnym krokiem, dopóki kremowy bez choćby słowa informacji, zaczął przyspieszać. Zew nie miał zamiaru pozostawać w tyle, dlatego też niemal od razu zaczął szybciej przebierać łapami w śniegu, utrzymując na razie tempo lekkiego truchtu, który na długo nie wystarczył Cyklonowi. Burzak z czasem ponownie przyspieszył, co robił bez żadnego wysiłku czy choćby widocznych oznak zmęczenia narastającym wysiłkiem. Jego towarzysz chyba jeszcze nigdy nie narzekał na jakikolwiek element treningu, który wprowadzał brązowooki, co raczej wśród uczniów zbyt często się nie zdarzało. W końcu byli tylko starszymi kociakami, który ciągle psoty i wygłupy w głowie — może dzieci Zawodzącej Gwiazdy były inne? Cóż, Cyklonowe Oko miał okazję tylko bliżej poznać Milknącą Łapę, gdyż to jego osobiście szkolił. Nie wiedział do końca, jaka jest jego siostra, Łzawa Łapa, czy rodzeństwo, które zostało u boku matki w Owocowym Lesie.
Kiedy tylko kroki wojownika przybrały tempo biegu, Zew również rozpoczął bieg. Dawniej na tego typu posunięcia kremowego narzekał od czasu do czasu w myślach, szczególnie kiedy takie długodystansowe biegi ze zmienną intensywnością jeszcze nie weszły mu w nawyk, a ciało dawało o tym jasny sygnał w postaci bolących zakwasów następnego dnia. Teraz jednak dla ucznia było to coś normalnego, stanowiącego część każdego wschodu słońca. Po tylu księżycach nawet sam już odczuwał i dostrzegał zmiany, jakie zaszły w jego ciele odkąd został mianowany i trafił pod opiekę Cyklonowego Oka. Za każdą chwilę z kremowym był wdzięczny i cieszył się, że to właśnie on go szkoli na wojownika.

«★»

W czasie drogi powrotnej do obozu postanowili jeszcze poćwiczyć polowanie na króliki, mimo powoli ocieplającego się klimatu, pora nagich drzew wciąż trwała, a nie wiadomo, jak ze zwierzyną w pierwszych wschodach słońca kolejnego sezonu. Dlatego też lepiej maksymalnie wykorzystywać każde wyjście poza ledwo odbudowany obóz w tunelach.
W czasie zimy było ciężko złapać jakieś szaraki, jednak praca zespołowa w takich momentach bardzo się opłacała. To właśnie dzięki niej Cyklonowe Oko niósł w pysku nieco kościstego ssaka, a Milknąca Łapa nornicę, którą sam wytropił, a następnie złapał. Ze względu na swoje ciemne futro, mocno rzucające się w oczy na tle białego dywanu, był dumny z tej zdobyczy, choć starał się tego zbytnio po sobie nie okazywać. Przecież inni wtedy mogliby pomyśleć, że uczeń nie umie wciąż polować, a nornica w jego pysku jest pierwszą, którą samodzielnie złapał bez jakiejkolwiek pomocy mentora.
Najchętniej gryzonia, by wręczył ojcu lub Skrzydlatej Płomykówce, lecz wiedział, że ci będą zajęci swoimi obowiązkami, więc postanowił od razu udać się do Dryfującej Fluoryt, która od niedawna pełniła rolę wiecznej królowej. Obecnie miała do wychowania trójkę rodzeństwa, szylkretowych sióstr, których spojrzenie było równie jasne, co samego Milknącej Łapy. Młodzik jeszcze nie miał okazji odwiedzić ich na dłużej, gdyż miał również obowiązki w innych legowiskach, jak przyjście co jakiś czas do Czuwającej Salamandry, czy to ze zwierzyną, czy wymianą pierwszych zużytych partii mchu w posłaniu.
Wychodząc ze żłobka, wpadł na jakiegoś Burzaka, co zakończyło jego dobrą passę, gdyż miał pewną tendencję na wpadanie na innych lub jakieś przedmioty, co zapewne musiał odziedziczyć po matce, gdyż nie widział, by coś takiego zdarzyło się jego ojcu.
— Wybacz — mruknął, spoglądając na pobratymca. Tuż przed nim rysowała się sylwetka rudego kocura, który jakiś czas temu ze swoją partnerką dołączył do klanu.
— Nic się nie stało, sam nie patrzyłem, gdzie idę — odparł starszy. — W zasadzie może mi pomożesz, gdyż wciąż nieco nie rozumiem waszych zwyczajów. Na przykład tej Ceremonii Dorosłości i tych odcisków łap na jednej ze ścian.
— Och, cóż… Ceremonia Dorosłości to po prostu mianowanie z ucznia na wojownika, przewodnika, kronikarza, medyka lub też na lidera. Każdy ma swój własny kolor barwnika, w którym macha się łapę i odciska na ścianie. Czasem zdarzy się, że ktoś więcej niż raz odbije swój ślad, na przykład przez awans społeczny — wyjaśnił, w międzyczasie kierując się do Groty Pamięci, w której zwykle odbywały się tego typu ceremonie. — Masz jeszcze jakieś pytania? Chętnie na nie odpowiem, o ile znam odpowiedź — dodał z lekkim uśmiechem na pysku.

<Tojadowa Łapo?>

[907 słów + biegi długodystansowe + polowanie na króliki]

[18% + 5% + 5%]

24 lipca 2026

Od Migoczącej Łapy

Chłód przeszedł przez całe jego ciało, pozostawiając po sobie nieprzyjemny dreszcz. Mimo jego półdługiego futra Migot nie mógł się ogrzać. Wszystko przez tę głupią porę Nagich Drzew! I przez to, że musiał wstać chyba wcześniej niż wschód słońca, by udać się na patrol. I co z tego wyszło? Że wstał za wcześnie! Klanie Gwiazdy ten dzień już zaczął się dla niego nieprzyjemnie, a co dopiero mogło przyjść później... Westchnął cicho i spojrzał na żłobek. Jak on by chciał się znów położyć i spać! No... Może nie w żłobku. Nie miał zamiaru wracać do tej zapchlonej kociarni. Przynajmniej uciekł z niej w dobrym momencie, ponieważ chwilę po jego mianowaniu, urodziła się dwójka nowych kociąt. Migot cieszył się, że ich nie poznał. Nie chciał nawet sobie wyobrażać, jak wyglądałby kolejny podział żłobka, zwłaszcza że tamta czwórka nie szanowała wyznaczonych granic! "Głupie przybłędy" – przeszło mu przez myśl. Następnie otulił się bardziej ogonem, znów czując nieprzyjemny chłód. W tamtej chwili tylko to go obchodziło. Nie przejmował się otoczeniem, które i tak wydawało się ciche. I to był jeden z jego większych błędów tego poranka.
Kątem oka dostrzegł znajomą sylwetkę. Kotka bez oporów usiadła obok, jakby nie myśląc za dużo, że siada obok tak ważnej osobistości Klanu Klifu. "Co ona sobie myśli?" – pomyślał podirytowany Migocząca Łapa i odwrócił głowę w stronę Jajecznej Łapy.
– Co ty tu robisz? – zapytał od razu, bez cienia sympatii w głosie.
– Myślałam, że mogę się dosiąść – zaczęła Jajeczna Łapa. – Mamy przecież razem patrol! Nie sądziłam, że wstaniesz tak wcześnie. Ranny z ciebie ptaszek Migocząca Łapo – zauważyła kotka i uśmiechnęła się przyjaźnie. Migot otworzył szerzej oczy. Oni? Patrol? I to razem? Nie, nie, nie.
– Musiała zajść jakaś pomyłka. Ja, patrol, z tobą? – prychnął i obleciał Jajko wzrokiem. Na jego pysku szybko wymalowało się coś na wzór obrzydzenia i niedowierzania. Przecież to nie mogła być prawda!
– Fajnie, prawda? Może lepiej się poznamy. W końcu dzielimy razem legowisko! – powiedziała Jajeczna Łapa, na co Migot wybuchł śmiechem.
– Nie bądź śmieszna! Lepiej się poznamy? Serio? Słuchaj, ja nie zadaję się z przybłędami. Zwłaszcza grzejącymi zad w legowisku uczniów od wieków – odparł ostro. Mina Jajko momentalnie się zmieniła. Jej uśmiech znikł, a zamiast niego pojawiła się pewna dezorientacja. Kocura jednak to nie obchodziło. Miał gdzieś uczucia kogoś takiego. I dla własnego dobra nie chciał się z nią zadawać. Jeszcze skończy jak ona! Klanie Gwiazdy... To mógłby być dopiero koszmar.
W zasięgu jego wzroku w końcu pojawił się Lśniąca Gwiazda. Czas na patrol! Kocurek szybko wstał, rzucając Jajecznej Łapie ostatnie spojrzenie. Nie mógł uwierzyć, że ktoś taki miał się za kogoś tak wspaniałego! I że jeszcze śmiała zaoferować mu znajomość... Aż żal patrzeć na tę pewność siebie.
– Witaj Lśniąca Gwiazdo! – przywitał się zadowolony z ojcem, dopiero po chwili obracając się w stronę kotki stojącej obok niego. Trochę wstyd przyznać, że jej nie zauważył. – Witaj Wzorzysta Dalio – mruknął, już z mniejszym entuzjazmem. Niedługo po tym doszła do nich Jajeczna Łapa. Jej słowa jednak były prawdą i wszyscy razem ruszyli na patrol. Niestety.

[493 słów]

[10%]

Od Wesołej Łapy CD. Żabiej Łapy (Żabiego Oka)

Wesoła Łapa tuptała radośnie przez obóz. Dostrzegając swoją siostrzyczkę, natychmiast do niej poleciała, zatrzymując się długość mrówki od koteczki.— Żabciuuu! Dzień dobry! — zaświergotała. — Przepiękny był ten ślub ostatnio prawda? Ach byłam taka zazdrosna o te wszystkie kwiatuszki w sierści Trzcinowego Szmeru! Wyglądała taaaaaak ślicznie! Też tak chcę!
Żabka spojrzała na siostrę.
— Da się załatwić, ale... musimy poczekać na wiosnę. Teraz nie ma nic poza śniegiem. — mruknęła niezadowolona. — Bo teraz to Ci załatwić mogę co najwyżej parę zwiędłych patyków, ale na wiosnę ubierzemy się w kwiaty, co Ty na to? I poudajemy, że jesteśmy na swoim ślubie! — Uśmiechnęła się do siostry.
Wesoła Łapa otworzyła szeroko pyszczek ze zdumienia. Jej ogon poszybował nawet wyżej, niż był aktualnie, a sierść napuszyła się z radości.
— Taaak! Koniecznie musimy zrobić w ten sposób! — pisnęła radośnie.
Wesoła Łapa po chwili nieco spoważniała. — A chciałabyś kiedyś wziąć ślub Żabciu? To musi być fajne uczucie!
— Czy ja wiem. Jak się patrzy na koty w naszym otoczeniu to nie wiem, czy w ogóle istnieje ktoś, Z KIM chciałabym wziąć ślub, wiesz? — Żabka machnęła łapą. — A Ty? Ty to pewnie byś chciała ślub co? Tyle prezentów, kwiatów, piękna. Pewnie wyglądałabyś niesamowicie!
Wesoła Łapa rozmarzyła się kompletnie. Zamknęła oczka i wydała z siebie ciche „hmm”.
— Oj taaak! Chciałabym być taaka piękna jak Pani Trzcina! — miauknęła z ekscytacji. — I dostać tyyyyle — łapkami zrobiła gest wielkiego koła — prezentów! A czemu Ty nie chcesz z nikim ślubu, Żabciu?
— Bo nikt mnie nie interesuje? Ślub może i jest miłą wizją, ale po co go brać jak nie masz z kim? — Żabcia na nią spojrzała. Rzekotce opadły troszkę wąsiki. — A prezenty mogę Ci zawsze dawać też poza ślubem. Co to za problem! Niech tylko przyjdzie wiosna!
Rzekotka aż się zapowietrzyła z szoku! Wąsiska od razu poszybowały do góry.
— Jak to tak?! — miauknęła. — Nie chciałabyś mieć ukochanego partnera? Ja bym chciała... moglibyśmy razem oglądać mrówki! Albo kulać kulkę mchu! Tak by było fajnie... A prezenty? Taaak prezenty! — Jej koncentracja diametralnie przeszła na ten temat, zostawiając za sobą partnerstwo. — Tak Żabciu! Musimy poczekać do wiosny, żeby robić prezenciki, hihi! I Ropuszce też trzeba coś dać! O, o! Rodzicom też! I Panu Księciu Rogatemu Flamingowi!!!
Żabka skrzywiła się nieco, słysząc tytuł Rogatego Flaminga, jakiego używała jej siostra.
— Pewnie. Znajdziemy najładniejsze kwiatki i zrobimy wszystkim piękne wianuszki. Ozdobimy je piękną lilią wodną dla Flaminga. A rodzicom damy coś jeszcze piękniejszego! Musisz już zastanawiać się, co to może być!
— Zgadzam się! A teraz nie chcesz iść na spacer? Będziemy mogły pomyśleć razem!
— No dobrze. Gdzieś poza obóz nie? — Wstała. — Masz już jakieś swoje ulubione miejsce poza obozem? Chcesz się pochwalić swojej siostrze?
— Chodźmy eeeee, eeeeeee — zaczęła szukać w głowie jakiegoś fajnego miejsca. — Hmmmmmm może tam do tego małego lasku? Tam jest ładnie!
— No dobra. — Żabka zaśmiała się pod nosem. — I co ciekawego będziemy robić?
Wesoła Łapa poprowadziła siostrę poza obóz, gdzie obie kotki potupały po śniegu.
— Możemy poszukać mrówek! O! O! Albo zrobić walkę na śnieżki!
Wymieniała po kolei swoje genialne pomysły niebieska uczennica. Wesoła Łapa kochała spacerować u boku siostry.
— Walka na śnieżki? No nie wiem... Nie jest trochę za zimno? Nie chciałabym znowu złapać kataru, a jeszcze bardziej nie chciałabym, żebyś to Ty coś złapała. — mruknęła Żabka, ocierając się o bok siostry z czułością.
Rzekotka odwzajemniła cieplutkiego przytulasa i schowała głowę w gęstej sierści siostry. Była taka śliczna! Błyszczała się na tle śniegu!
— Hmmmmmm — wydobyło się z gardła niebieskiej. — To może ulepimy kota ze śniegu? Próbowałaś kiedyś to zrobić? Bo ja nigdy!
— Nie. To może być dobry pomysł! Znacznie lepszy od rzucania w siebie śniegiem! — przyznała Żabka. — Ty to jednak jesteś geniuszem! — pochwaliła siostrę. Potem rozejrzała się dookoła. — Tam jest idealne miejsce do tego!
— Hihihi~ — zarumieniła się od komplementu, ale no co mogła poradzić, że to była prawda!
Podążyła wzrokiem za Żabki palcem i uśmiechnęła się szeroko. Duża polanka pod laskiem, gdzie praktycznie nikt nie chodził, więc śniegu było dużo i nie został wydeptany.
— Idealne!!! — krzyknęła uradowana, hopsając jak sarenka ku tamtemu miejscu. — Ulepmy mamę!
— I nas? — zaproponowała Żabka, na co jej siostra się bardziej rozpromieniła.
Wesoła Łapa klepała radośnie śnieg razem z siostrą. W sumie ich bałwankowy kot nie wyglądał tak pięknie, jak mamusia, ale jej to mało co dorówna urodą!
Kotki były bardzo pochłonięte pracą, kiedy nagle usłyszały za sobą kroki. Trzask śniegu wyrwał je z lepienia i tak wystraszył, że Wesoła Łapa zaczęła krzyczeć, podskakując w miejscu. Żabka jak tylko usłyszała szybkie kroki, odwróciła się w kierunku dźwięku. Najeżyła się.
Zza pleców niebieskiej również rozległ się krzyk, męski krzyk, a po chwili w Rzekotkę coś wpadło. Przewróciła się, a na nią spadło jakieś kocie ciało, miała tylko nadzieję, że nie martwe.
Podniosła głowę, ale przybysz troszkę ją przygniótł...
— Uch, przepraszaaaam! Panie potworze z lasu czy może Pan zejść? — zapytała, nie wiedząc, kto się na nią przewrócił.
Żabia Łapa nastroszyła się jeszcze bardziej, wyszczerzyła wszystkie ząbki i już miała się rzucać na kota, gdy rozpoznała jego zapach. Zrezygnowana usiadła i polizała się po piersi, aby trochę okiełznać swoją kryzę.
— I lepiej złaź szybko. — prychnęła Żabka podirytowana. Niewiele brakło, aby Szumiąca Wyspa nabawił się od niej blizn. Atakować tak jej siostrę, kto by pomyślał!
Kot zszedł, otrząsając się po upadku. Spojrzał natychmiast na przygniecioną kotkę.
— Ojejciu, jejciu przepraszam! — miauknął nie kto inny jak Szumiąca Wyspa.
Pomógł niezgrabnie wstać Wesołej Łapie, która otrzepała sierść i uśmiechnęła się do niego szeroko.
— Nic mi nie jest! To Ty byłeś potworem z lasu?
— Potworem?? — zapytał skołowany wojownik. Młody kocur podrapał się po głowie. — Ja tam byłem w tym lasku, ale wystraszyłem się waszego krzyku!
— Co... aż taki płochliwy jesteś, co? Brakło mi sekundy, żebym wygrzebywała Ci oczy z głowy. — prychnęła ostrzegawczo, po czym trochę się uspokoiła. Szumiąca Wyspa wyglądał na przestraszonego po groźbach srebrnej, po chwili jednak napięcie zeszło z jego ciała.
Szumiąca Wyspa zmarszczył brewki.
— Nie jestem płochliwy! To wy jesteście panikary! — odpowiedział. — Co robicie? — dopytał biało niebieski kocurek.
— Lepimy naszą mamusię! Chcesz pomóc? Żabciu, może Szumiąca Wyspa dołączyć? — zapytała Rzekotka wciąż nieco najeżoną siostrę.
Żabka zmierzyła Szumiącą Wyspę groźnym wzrokiem.
— Możesz do nas dołączyć, o ile już nie będziesz z zaskoczenia wskakiwać na moją siostrę. — oświadczyła.
Wojownik uśmiechnął się do Wesołej Łapy.
— Mogę?? — miauknął. — Super!
— Taaak! To zacznij o tam — Wskazała mu palcem niebieska. — Żabciu, trzeba poszukać kamyków na oczy!
— Ph. — prychnęła pod nosem Żabka już bardziej do siebie. — Już... zaraz coś odkopię. — mruknęła do siostry i weszła kawałek w las.
Nagle nad Żabią Łapą pojawiła się głowa innego kota, przez co uczennica u mało nie wyskoczyła ze skóry. Żaba najeżyła całą swoją sierść.
— Co robicie? — Ropuszka zajrzała na siostrę, która znowu przypominała kulkę sierści. Zirytowana Żabka polizała się po piersi po raz kolejny.
— Zbieram kamienie. — odparła krótko.
— A po co?
— Budujemy z Wesołą Łapą i... Szumiącą Wyspą kota ze śniegu i potrzebujemy je na oczy.
— Oh... OOOOH! Mogę z wami?!? — miauknęła bura, aż Wesoła podniosła uszka.
— Możesz. Bierz trochę kamieni i chodź. — poleciła srebrna.

~*~

Powoli zmierzchało, kiedy radosna ekipa skończyła lepić koty ze śniegu. Siostry wraz z Szumiącym stworzyli Kropiatkę i jej trzy córki, a niestety na tatusia już zabrakło czasu. Wszystkim było zimno albo doskwierał głód.
— Wracaaaajmy! Zrobimy bałwanka tatusia jutro? — zapytała Wesoła Łapa. — Szumiąca Wyspo, robisz ładne bałwanki! — rzuciła komplement w stronę wojownika.
— Możemy, możemy — odparła Żabia Łapa — Ale po patrolu. Trzeba trochę poćwiczyć. Niedługo będziemy na tyle duże, żeby być wojownikami. — mruknęła z zadowoleniem. Ropuszka zaraz jej zawtórowała.
Niedługo później cała grupa wróciła przemoczona do obozu. Siostry powędrowały razem na wspólne czyszczenie futerek, a Szumek podreptał do legowiska wojowników.

Po mianowaniu Żabki

Wesoła Łapa wtargnęła do legowiska wojowników, w którym od dziś miała spać jej siostra. Nie zważając na wzrok innych, w podskokach dopadła do niej i złapała w silny uścisk. Przytuliła siostrę i schowała mordkę w jej bujną sierść.
— Aaaaahhh jestem taka dumna!! — miauknęła, niemal płacząc. — Będziesz spać teraz oddzielnie, no nie! Mogę z Tobą? Ściśniemy się! W ogóle masz takie piękne imię, Żabciu! Też takie chcę!!!

<Żabie Oko?>
[1302 słów]

[26%]

Od Wesołej Łapy CD. Fląderki

Od tamtego czasu, kiedy Rzekotka przypadkiem przytuliła się we śnie do Fląderki i żuła jej ucho, minęło trochę czasu. Wesoła Łapa wyrosła, jej futro stało się nawet bardziej puchate, niż przedtem, ciągle plącząc się w kępy. Kropiatkowa Skórka pomagała jej co rano lub wieczór je rozplątać, ale co z tego, jeśli uczennica poszła na trening, a po powrocie było to samo? Kłaki sterczały jej w każdym kierunku, a Rzekotka tylko wzruszała ramionami.Tego dnia wraz z Panem Księciem Rogatym Flamingiem trenowała wspinaczkę na drzewa. Podziwiała zwinność oraz precyzję Księcia, coraz bardziej uważając go za wzór do naśladowania, co zresztą już robiła. Chodziła jak on, puszyła sierść jak on, starała się też wyglądać tak poważnie, ale wiadomo, jak to bywało… uśmiech jej z pyszczka nie schodził, toteż z tym było ciężkawo!
Gdy przyszła kolej niebieskiej, z całych sił, mimo mrozu, wbijała pazurki w zimne konary drzew. Było ciężko, cały czas spadała, albo ześlizgiwała się na dół. Była umorusana Od kory wymieszanej ze śniegiem, jednak bogatsza o nowe doświadczenia, których i tak na razie nie potrafiła poprawnie użyć.
Książę na razie zarządził powrót do obozu, by młoda mogła doprowadzić się do normalnego stanu. Rzekotka wpadła jak burza na teren obozu, a cały Klan wrzał od plotek. Fląderka będzie miała dzieci?! Ach jak wspaniale!
Umknęła prędko, nim Flaming zdążył wejść do obozu, kierując brudne łapki do żłobka. Zajrzała tam, widząc Senną Łzę oraz wspomnianą czekoladową kotkę. Przywitała się głośno, idąc od razu do Fląderki, której brzuszek był okrąglutki!
— Ale suuuuper! — miauknęła z ekscytacji. — Będziesz mieć dzieci! Jak się urodzą, to będę mogła się z nimi bawić? Proooszę, błagam! Będę uważać! O! A co to za kulka mchu?
Zmieniła obiekt koncentracji o sto osiemdziesiąt stopni, podskakując do wspomnianego przedmiotu. Zabrała go w łapki i przyniosła czekoladowej.
— Tym będę się z nimi bawić!!! O! O! Albo przyniosę coś z dworu! Wiesz, że ostatnio lepiłam bałwany z siostrą? Żabcia tak dobrze sobie radzi w treningu, wooooaa! Jest taka zdolna! — zaczęła swój słynny słowotok. — Hoho! A ja dziś miałam wchodzenie na drzewa! Wchodziłaś kiedyś na drzewo? To trudne!

<Fląderka?>
[341 słów + wspinaczka na drzewa]

[7% + 5%]

Od Psianki Do Modrogończyka

Przeciągnęłam się leniwie, aż łopatki uniosły się pod moim biało-czarnym futrem. Dzisiejszy trening naprawdę dał mi w kość. Mięśnie przyjemnie piekły od wysiłku, a pod opuszkami łap wciąż czułam szorstką korę drzew, po których przez większość dnia wspinałam się pod czujnym okiem Rohan. Kiedy rano wychodziłyśmy z obozu, byłam przekonana, że wspinanie się nie może być aż tak trudne. Przecież zwiadowcy robili to niemal codziennie. Wystarczyło dobrze wbić pazury i iść coraz wyżej… Tak mi się przynajmniej wydawało.Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje wyobrażenia. Już przy pierwszej próbie zsunęłam się kilka lisich długości w dół, ledwo utrzymując równowagę. Za drugim razem było niewiele lepiej, bo zamiast patrzeć, gdzie stawiam łapy, uparcie obserwowałam gałęzie nade mną. Dopiero po kilku kolejnych próbach zaczęłam rozumieć, o czym mówiła Rohan. Wspinaczka nie polegała na sile. Trzeba było wyczuć drzewo, zaufać własnym łapom i odpowiednio rozłożyć ciężar ciała. Mentorka spokojnie tłumaczyła mi, że drzewo nie jest przeciwnikiem, z którym trzeba walczyć. Jest czymś, z czym należy współpracować. Pod koniec treningu udało mi się wejść na całkiem wysoki dąb bez ciągłego zatrzymywania się i szukania miejsca na kolejną łapę. Nadal byłam daleka od umiejętności doświadczonych zwiadowców, ale kiedy zeszłam na ziemię, Rohan pochwaliła mnie za cierpliwość i wytrwałość. Te kilka słów wystarczyło, by uśmiech nie schodził mi z pyska przez całą drogę do obozu.
Dopiero gdy przekroczyłam wejście do obozu, zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać. Marzyłam o kilku łykach wody i czymś do zjedzenia. Już miałam skierować się w stronę stosu ze zdobyczą, kiedy jeden ze zwiadowców siedzących na gałęzi zawołał do mnie.
— Psianka! Twój brat cię szukał! Powiedział, żebyś przyszła do lecznicy, jak wrócisz. Podobno ma dla ciebie jakiś prezent!
Moje uszy natychmiast wystrzeliły do góry. Prezent? Dla mnie? Zamrugałam zaskoczona, po czym podziękowałam zwiadowcy skinieniem głowy i od razu ruszyłam w stronę lecznicy. Po drodze próbowałam zgadnąć, o co mogło chodzić.
Może Gończyk znalazł jakieś wyjątkowo ładne pióro? Albo kamień? Ostatnio zdarzało mu się przynosić różne drobiazgi, które uważał za niezwykle cenne. Z drugiej strony równie dobrze mógł po prostu chcieć opowiedzieć mi o czymś, czego nauczył się podczas treningu z Purchawką. Od kiedy został uczniem szamana, wręcz promieniał z radości. Za każdym razem, gdy wracał z nauki, wyglądał tak, jakby odkrył kolejną tajemnicę świata. Bardzo lubiłam słuchać jego opowieści. Nawet jeśli nie wszystko rozumiałam, jego entuzjazm był zaraźliwy. Cieszyło mnie, że odnalazł miejsce, w którym naprawdę czuł się szczęśliwy.
Kiedy dotarłam do wejścia do lecznicy, ostrożnie wsunęłam głowę do środka. Znajomy zapach ziół od razu otulił mój nos. Zawsze lubiłam to miejsce. Było spokojne, ciche i zupełnie inne od gwarnego środka obozu.
— Gończyku? — zawołałam z uśmiechem. — Słyszałam, że mnie szukałeś.
Widząc brata, uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Wyglądał tak, jakby ledwo mógł usiedzieć w miejscu.
— Przepraszam, że tyle to trwało. Rohan dzisiaj uczyła mnie wspinaczki na drzewa i chyba trochę straciłam poczucie czasu.
Zaśmiałam się cicho, przypominając sobie swoje pierwsze nieudane próby.
— Na początku byłam pewna, że zaraz spadnę z pierwszej gałęzi. W sumie… kilka razy prawie tak było, ale potem zaczęłam rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. To naprawdę dziwne uczucie. W pewnym momencie przestajesz myśleć o każdej łapie z osobna i po prostu się wspinasz. Rohan mówi, że z czasem będzie to dla mnie całkowicie naturalne. Mam nadzieję, że ma rację, bo naprawdę chciałabym kiedyś poruszać się po koronach drzew tak pewnie, jak doświadczeni zwiadowcy.
Na chwilę zamilkłam, przypominając sobie jeszcze jedną rzecz z dzisiejszego treningu.
— A później pokazała mi też, jak wybierać odpowiednie gałęzie. Nie każda wygląda tak solidnie, jak się wydaje. Kazała mi kilka razy zatrzymać się w połowie wspinaczki i sama ocenić, czy następna gałąź utrzyma mój ciężar. Raz się pomyliłam i usłyszałam tylko ciche trzasknięcie pod łapą. Na szczęście nic się nie stało, ale powiedziała, że właśnie na takich błędach najlepiej się uczę. Myślę, że miała rację. Następnym razem byłam już o wiele ostrożniejsza.
Zanim jednak zdążyłam zapytać o prezent, z ciekawością przyjrzałam się bratu. Od kiedy został uczniem szamana, naprawdę się zmienił. Nie chodziło nawet o wygląd, bo wciąż był tym samym Gończykiem, którego znałam od najmłodszych księżyców. Było w nim jednak coś nowego. Kiedy mówił o treningach, oczy aż mu błyszczały, a każdy kolejny dzień przynosił mu nowe pytania i odkrycia. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby ktoś z taką radością chłonął wiedzę. Cieszyłam się, że odnalazł swoje miejsce. Wiedziałam, że będzie świetnym szamanem, bo oprócz ogromnej ciekawości świata miał też w sobie cierpliwość i dobroć, których nie dało się nauczyć.
Zastanowiłam się przez chwilę, jak bardzo nasze ścieżki zaczynały się od siebie różnić. Ja każdego dnia poznawałam las, uczyłam się tropów, wspinaczki i poruszania między drzewami, a Gończyk spędzał godziny nad ziołami, wierzeniami i nauką od Purchawki. Mimo to miałam wrażenie, że w pewnym sensie robimy to samo. Oboje chcieliśmy jak najlepiej służyć Owocowemu Lasowi. Ja zamierzałam pomagać, odnajdując drogę i strzegąc granic, a on będzie ratował koty i prowadził je bliżej Wszechmatki. Każde z nas obrało inną ścieżkę, ale cel pozostawał ten sam.
Na samą myśl zrobiło mi się ciepło na sercu. Ostatnio coraz częściej byliśmy zajęci własnymi treningami i nie mieliśmy już tyle czasu na wspólne zabawy, co jako kociaki. Tym bardziej doceniałam każdą chwilę, kiedy mogliśmy spokojnie porozmawiać. Miałam nadzieję, że nawet kiedy zostaniemy pełnoprawnymi członkami klanu i obowiązków będzie jeszcze więcej, nadal znajdziemy czas, żeby opowiadać sobie o tym, czego nauczyliśmy się danego dnia i wspierać się tak, jak robiliśmy to od zawsze. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, po co właściwie tu przyszłam.
— Ale podobno miałeś dla mnie jakiś prezent? — Przechyliłam głowę z wyraźnym zaciekawieniem. — Jestem naprawdę ciekawa, co takiego udało ci się znaleźć.
Ogon zakołysał się za moimi plecami, a ja patrzyłam na Gończyka z ciepłym uśmiechem. Szczerze mówiąc, nawet jeśli okazałoby się, że tym prezentem jest zwykły listek albo kamyczek, i tak bardzo by mnie ucieszył. Wiedziałam, że brat zawsze wkładał całe serce we wszystko, co robił, a sam fakt, że pomyślał o mnie podczas swojego treningu, był dla mnie więcej wart niż jakikolwiek przedmiot.

[985 słów + wspinaczka na drzewa]

[20% + 5%]

23 lipca 2026

Od Blednącej Łapy do Cętkowanego Tęgosza

Przeszłość

— Myślisz, ty niewdzięczny pomiocie Klanu Gwiazdy, że z tobą skończyłam?! Zapłacisz mi za to, za wszystko, ty zawszona kupo futra! — rozległ się warkot po żłobku, a zbliżająca się ku niemu, niczym nieuchronny koniec, Bielinka, zasłoniła swoim cielskiem widok wejścia do chronionego przez krzewy miejsca, w którym dorastały i dowiadywały się o świecie kocięta, w tym jednym z nich był właśnie Szalej, a także Tęcza. Dystans między nimi przemierzyła bez większych oporów. Oprócz nich czuwała również do niedawna Ognikowa Słota, mistrzyni tym razem wyszła po zwierzynę ze sterty, jakąś chwilę temu, ponieważ żaden z uczniów dzisiaj się nie zjawił, a przynajmniej nie do tej pory. Jasny ogon starszej kocicy dygotał na boki swobodnie, ale wystarczająco nerwowo, żeby pokazać młodemu kocurkowi, że sprawa była raz jeszcze… śmiertelnie poważna. Spojrzał na kocicę przed sobą wielkimi oczkami, chociaż nie malował się w nich strach, a raczej… próbował przeanalizować, jaki będzie jej pierwszy ruch. Oczywiście, intensywnego dudnienia serca i spiętych mięśni łap nie potrafił ukryć, ale nie sądził, żeby Wilczaczka przed nim zwracała na to uwagę… raczej nigdy nie posądziłby jej o żaden pomyślunek czy refleksje, zważając na jej ostatnią niekorzystną decyzję w postaci zaatakowania go, a także dzisiaj – kolejnej próby pozbycia się. Jeśli taka była wola Mrocznej Puszczy, zginie dzisiaj. Jeśli nie, Bielince znowu się dostanie po łbie, a jemu pozostawało bronienie się wszystkimi czterema łapami oraz każdym, nawet najmniejszym kłem w paszczy. Ostatnim razem brązowooka wyskoczyła na niego i szybko przygwoździła go do ziemi. Dlatego tym razem nie zdziwił się, że również wystrzeliła w jego kierunku niczym goniony zając pośród wysokich kłosów trawy oraz kwiatów polnych. Wszystko działo się tak szybko, niemal musnęła go już swoimi pożółkłymi pazurami, jednak on uchylił łba, wręcz kładąc się płasko na ziemi i uskakując w bok w ostatniej chwili. Parę włosków uleciało mu z głowy, gdy podniósł się odruchowo i wyprostował wysoko, niczym żuraw, który właśnie pożarł swoją zdobycz w postaci świeżo upolowanej żaby ze stawiku. Jego wąsy zafalowały, a Tęcza pisnął z zaniepokojenia. Ruszył w celu pomocy Szalejowi, aczkolwiek Bielinka odepchnęła go swoim barkiem dość stanowczo, z jej gardła wydobywał się bulgot, jakby miała ich zaraz opluć jadem.
— Taki jesteś sprytny? Zobaczymy, co zrobisz, ty mysi bobku, gdy już cię złapię! Wtedy ci nikt nie pomoże, mysi wąsie! — splunęła, a rudy srebrny rzucił się ku wyjściu w celu ucieczki. Wiedział, że nie miał z nią szans. Była od niego starsza, masywniejsza i z pewnością znała przynajmniej jeden chwyt bitewny. A on nawet nie rozpoczął swojego treningu, ponieważ był zbyt młody. Biegł ile sił w małych łapkach, niemal potykając się o wystający korzeń. Przeskoczył go na szczęście, nie miał nawet czasu na to, żeby sprawdzić, czy Bielinka go doganiała. Nagle, gdy tylko znalazł się w wyjściu, tuż nad nim przeskoczył sprawnie rudy kocur, który uderzenie serca później przyparł liliową do ziemi łapą, wbijając jej pazury w pierś. Jeden z wojowników! Czy nie był on przypadkiem spokrewniony z Ognikową Słotą? Tęcza patrzył na nich wielkimi ślepkami, chowając się niezgrabnie pod uschniętymi paprociami legowiska, a Szalej próbował powstrzymać, trzęsenie się łap. Musiał wypaść przed nowym kotem dobrze! Nie wolno mu było okazywać strachu czy słabości, tak nie wypadało!
A jednak mimo wszystko jego uszy podrygiwały nerwowo, wyłapując każdy najmniejszy szmer, a źrenic nie mógł zdjąć z oprawczyni, która teraz, niczym wąż wśród ogrzanych kamieni, sunący po jaskrawym piachu, robiący dla siebie miejsce i śledząc trop własnej ofiary, wiła się pod rudasem, tylko niepotrzebnie marnując swoje siły. Patrzyła nienawistnie na Cętkowanego Tęgosza, a potem pluła w kierunku młodszego rudasa, szczęką próbując ująć jedną z łap starszego. Tęgosz jednak był dużo silniejszy i unieruchomienie jej całkowicie nie sprawiło mu nawet najmniejszego trudu.
— Ogarniesz się, ty, pokrako, czy może mało ci kar od Zalotnej Gwiazdy? — wysyczał do niej, gdy brązowooka wreszcie zrobiła sobie przerwę na złapanie oddechu. Zrozumiała, że w takim stanie nie wskóra zbyt wiele.
— Grr… TY GŁUPI, SŁABY KOCIE! TY ŁAJNOJADZIE, PUSZCZAJ MNIE! — zaczęła krzyczeć, a jej donośny głos odbijał się od ścian echem. — ZAPCHLONA SKÓRO, WRZODZIE NA OGONIE! WSZYSTKO MI PSUJESZ! — mówiła, a klatka piersiowa unosiła jej się, po czym opadała pospiesznie.

***

Teraźniejszość

Zmrożona ziemia chrzęściła pod łapami kocura, gdy stawiał to następne kroki po leśnym poszyciu. Lodowate pazury Pory Nagich Drzew wdzierały mu się pod okrywę przystosowaną właśnie do chłodów, chociaż może nie do aż tak ekstremalnych. Miał określony czas, który mógł w takich warunkach poświęcić na coś innego poza grzaniem się u boku… Garbatej Łapy, ponieważ w legowisku uczniów, oprócz niego samego oczywiście, nie było nikogo poza Białą Łapą. Jednak do niej nie chciał się nawet odzywać. Czuł, żeby się wcale a wcale nie dogadali. Zresztą, o czym by mieli nawet rozmawiać? O tym, jak prawie po dwakroć go pozbawiła życia, bo jej się nie spodobał sposób, w jaki na nią spojrzał? Jeśli tylko przekroczy określoną ilość chwil, mógł liczyć się ze zwiększonym ryzykiem śmierci z powodu hipotermii, a ciało nie znosiło zbyt dobrze nagłych spadków temperatury. Teraz jednak Blednąca Łapa, był poza sercem Klanu Wilka, szedł u boku swojego mentora, Pszczelego Roju, rozglądając się po gęsto rozgałęzionych świerkach oraz jodłach. Ośnieżone drzewa iglaste pięły się dzielnie ku górze, swoimi ciemnozielonymi koronami muskając wręcz skłębione obłoki, hen wysoko nad dwójką. Ostatnio nauczył się wspinaczki na drzewa, chociaż… mogło skończyć się to bardzo nieciekawie.
Dotarli wreszcie do miejsca, o którym szylkret tak wiele opowiadał przez ostatni czas. Bardzo zależało mu na tym, żeby srebrny nauczył się również odnalezienia się w podziemiach. Była to umiejętność, którą musiał nabyć każdy z Wilczaków i to bez wyjątków, jeśli chcieli czuć się tutaj w pełni jak w domu.
— W razie wojny lub innej potrzeby, możemy wykorzystać tunele, w których inne klany mogą się nie połapać tak sprawnie. W dodatku, jeśli w obozie nie byłoby już bezpiecznie, możemy zawsze zaszyć się głęboko pod ziemią — tłumaczył mu niebieskooki, zatrzymując się wreszcie przed wejściem do jednej z ciągnącej się nor. Może nawet kiedyś była przez kogoś zamieszkana? — Twoim zadaniem będzie wejść do tunelu i znaleźć wyjście. Będę czekał na drugiej stronie — miauknął mu jeszcze na odchodne długofutry, a bursztynooki kiwnął głową jednokrotnie, patrząc na niego tak neutralnie, jak tylko się dało. Całego wywodu do tej pory słuchał dość uważnie, w końcu nie wolno mu było sobie pozwolić tutaj zostać! Łatwo było się pogubić pod ziemią… czy sama teoria mu wystarczyła? Przekona się.
Wetknął łeb do środka, rozglądając się w półmroku. Światło padało tylko na określoną ilość przestrzeni wewnątrz, a lwi kawałek kocur zasłonił swoim cielskiem. Westchnął i machnął ogonem w celu wyładowania narastających nieprzyjemności w umyśle. Do jego nosa dopłynął mroźny, nieprzyjemny wręcz, ziemisty zapach wymieszany z czymś w rodzaju zaduchy. Wszedł wreszcie, nie chcąc przedłużać dalej nadto. Może wróci przed zmierzchem, wieczorem robiło się naprawdę lodowato, wtedy mógłby już się pożegnać z czuciem w łapach, a może i z cenniejszą dla niego rzeczą – życiem.
— Mroczna Puszczo, miej mnie w swej opiece — wymruczał, idąc jak na razie dość niepewnie przez nawet szeroki korytarz. Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd musiało nad nim czuwać, skoro przyszło mu wejść do tuneli właśnie tak łaskawą porą, jaką była Pora Nagich Drzew, a ponadto – nie przywitały go wąskie, duszące tunele, a przestronna przestrzeń, przynajmniej na początku.
Gleba nieprzychylną porą była najlepsza, bo nie była przesiąknięta roztopioną wodą. Robiło się niebezpiecznie dopiero w momencie, kiedy przychodził odwilż. W trakcie mrozu nie było mowy o zawaleniu się ich, bo chłód bardzo sprawnie trzymał je w ryzach, a roztopy wróżyły jedynie tajenie podłoża, co za tym idzie – straceniem spójności i staniem się grząskim, ryzyko osuwisk wtedy było niezwykle ogromne. Dlatego Wilczak mógł być spokojny, przynajmniej w tej kwestii.

***

Wychylił łeb z jednej z odnóg, szukając wzrokiem swojego mentora. Nie był pewien, ile dokładnie minęło czasu, jednak nie było to szczególnie istotne. Ostatnio szylkret uświadomił mu, że dopóki jest bezpieczny i nie pcha się śmierci w paszcze, mentor będzie z niego dumny. Dlatego nie zdziwił się, gdy parę uderzeń serca później Wilczak, o którym rozmyślał, pojawił się w zasięgu jego wizji i powitał go pomrukiem aprobaty.
— Blednąca Łapo — powiedział, chcąc zwrócić jego uwagę na siebie. — Wracamy do obozu.
A jednak, z jakiegoś nieznanego uczniowi powodu, myślał, że może go pochwali. Nie liczył na to, aczkolwiek wszystko na to wskazywało. Najwidoczniej nie rozgryzł go jeszcze, nie znał go za dobrze, mimo tylu przeprowadzonych treningów. Uczniak nadal nie rozumiał wielu reakcji kotów, a wszelkie przewidzenie ich, jeśli nie dotyczyło to chwytów bitewnych… było niezwykle trudne. I nie dało się opracować na nie żadnego sprawdzonego sposobu, ponieważ potrzebowałby przynajmniej jednego dla każdego z Wilczaków, a nawet więcej; dla każdego kota, którego kiedykolwiek spostrzegł w ciągu całego swojego życia. Na samą myśl miał ochotę pójść pod Cierniste Drzewo i poprosić przodków o pomoc… jednak wiedział, że nie mógł obciążać ich takimi błahostkami. Dlaczego mieliby się przejąć jego kłopotami?
Gdy dwójka znalazła się w obozie, Pszczeli Rój ruchem ogona nakazał srebrnemu, żeby udał się na spoczynek. Kiwnął mu w odpowiedzi głową, czując ulgę, że wreszcie będzie mógł się ogrzać. Gdy szedł tak przez centrum, nie przyglądając się naprawdę nikomu, to spostrzegł w jednym z kątów Cętkowanego Tęgosza…
Nawiązali kontakt wzrokowy. Cienista Zjawa, jego ojciec, ostatnio został ogłoszony zmarłym. Został zaatakowany przez przynajmniej dwa koty, ponieważ, z tego, co powiedziano, jednemu kotu dałby sobie bez większych problemów radę. Blednąca Łapa, zamiast pocieszyć i wesprzeć kompana, wgapiał się w zielone ślepia jeszcze przez jakiś czas, zastygając w miejscu i nadal nie uchylając nawet mysiego wąsa swojego pyska.

[1546 słów - nawigacja w tunelach]

[31%+ 5%]

Od Nura (Nurowej Łapy) CD. Żabiej Łapy (Żabiego Oka)

Przed mianowaniem

Kotka otrzepała się zaraz po jego pytaniu, na co kocur zmarszczył brwi.
– Pływałaś?
– Pływamy to my zawsze, żeby wyjść z obozu. Ja dzisiaj wspinałam się na drzewa. Z mokrą sierścią.
Nur przekrzywił głowę i zastanowił się. Czy wspinaczka na drzewa mogła być trudna? Nie wydawała się. Musiałeś polegać na swoich pazurkach i swojej sile. Tak przynajmniej mówiła mama…
– Och… To wydaje się proste…
– Jest proste, o ile nie ma się tyle sierści co ja. Jak jest mokra, to waży dużo więcej – Żabia Łapa westchnęła. – Nie jest to proste, ale nie jest to niemożliwe. Tobie pewnie będzie szło lepiej. Jesteś dobrze zbudowany, aczkolwiek pewnie posmakujesz tego, jak ciężka jest długa sierść, która przemokła do pełna! Dodatkowo jest strasznie zimno. Nic przyjemnego.
Nur skrzywił się na samą myśl. Jego sierść faktycznie już zaczęła być coraz dłuższa i czasami mu przeszkadzała. Bardziej nie podobała mu się wiadomość o pogodzie!
– Czyli dzisiaj nie wyjdziemy? – zapytał, niezadowolony.
– Możemy wyjść. Poćwiczyć coś. Jako namiestnik wiele spoczywa na Twoich młodych ramionach, co?
– No tak. Jestem teraz namiestnikiem – wypiął się dumnie. – Muszę znacznie więcej trenować, żeby być doskonałym!
– Prawda. Trzcinowy Szmerze? – Żabia Łapa zwróciła się do kocicy. Ta spojrzała na nią z uśmiechem. – Mogę zabrać Nura na chwilę na zewnątrz. Obiecuję, że nas nie umoczę
– Dobrze. Ale bądźcie ostrożni – oświadczyła mama kota. Kocurek uśmiechnął się do mamy i zaraz wraz z uczennicą wyszli ze żłobka.
– Zaraz będziesz uczniem, co nie? – przypomniała Żabka.
Rudy już odliczał dni. Czekał tylko, jak wraz z Łabądkiem wejdą przed Mandarynkową Gwiazdę, a ta nada im imiona uczniów. Zresztą, już rozmyślał o tym, jak będzie nazywał się jako wojownik. Nurowy Kieł. Albo Dumny Nur! Musiałby porozmawiać z liderką czy tak może…
– Tak – odpowiedział kociak.
– Jak myślisz. Kto będzie cię szkolił?
– Nie wiem – zastanowił się.
Widywał wojowników i w sumie… Nie do końca sądził, że ktokolwiek jest w stanie go dobrze szkolić. Sam chyba nauczyłby się więcej! Ale musiałby mieć kogoś, kto powiedziałby mu, czego właściwie musi się nauczyć…
– Myślisz, że moja mama mogłaby? – zerknął na Żabią Łapę. – Albo Pani Mandarynka?
– To byłby wielki zaszczyt. Chociaż nie wiem, czy chciałbyś, aby Twoja rodzina cię szkoliła.
– Dlaczego niby nie?
– Bo widzisz. Twoja mama cię kocha, nawet mocno. Pani Mandarynka też, w końcu dała wam specjalne oznaczenia. Jednak kiedy uczy się własną rodzinę, robi się to trochę inaczej. Osoba spoza rodziny przekaże ci inną wiedzę, nie będzie cię traktować jak kociaka, którego zna od zawsze.
Nur od razu zastanowił się nad tymi słowami. Może faktycznie Trzcinowy Szmer nie nauczyłaby go wszystkiego… A Mandarynkowa Gwiazda mogłaby go trzymać z daleka od niebezpieczeństw. Ostatecznie był jeszcze mały, a już pełnił tak ważną funkcję. Znaczy, właściwie nie pełnił funkcji namiestnika, tylko miał tytuł. Nie mógł jeszcze nic robić. Ale już niedługo!
– Może być różnie. Jak szkoli cię rodzina, to mogą szkolić cię za mocno, za długo, za szybko, bo chcą, abyś był, jak najlepszy, ale kończy się tym, że przestajesz kochać, to co robisz. A może być w drugą stronę, że będą cię trenować za słabo, a ty przecież chcesz być najlepszy?
– Tak, chcę! – kocur desperacko machnął ogonem. – Więc mama nie powinna mnie trenować?
– Powinna, nie powinna. Ja jestem tylko uczniem, nie ja to wybieram – odpowiedź uczennicy wcale nie spodobała się Nurowi. Brzmiała jak ucieczka. Ale nic nie powiedział, kiwnął tylko głową. – Ale jak będzie cię trenować bliska rodzina, to musisz pamiętać o moich słowach, okej? Nie daj się przepracować, bo odpoczynek pozwala ciału na regenerację i zebranie sił do ulepszania siebie. I nie pozwól, aby ktoś uczył cię za mało. Jesteś zdolnym kociakiem i jak się na ciebie patrzy, to się widzi wielkiego wojownika w przyszłości. Kogoś na kim można będzie polegać – mruknęła.
Kogoś na kim będzie można polegać… Tym właśnie chciał być dla królewskiego rodu! Nur usiadł, zastanawiając się. Może mógłby być kimś takim nawet dla całego Klanu Nocy? W sumie, jeśli byłby ważnym wojownikiem, to mógłby pilnować innych wojowników i uczniów… I wtedy może byłoby mniej tak nieudolnych wojowników!
– To co? Teraz polowanie? – z myśli wyrwała go Żabka. – Obiecałam twojej mamie, że się nie umoczymy, więc nici z pływania. Nur od razu wstał na łapy i uśmiechnął się.
– No dobra. Polowanie!
– Jak już będziesz uczniem i będziesz mógł wychodzić czasem sam, to zabiorę cię w najlepsze miejsce do polowania na karpie. I pokażę Ci najlepsze miejsca na czajenie się na króliki. Czasem można tam nawet zobaczyć sarny.
Kocurkowi zaświeciły się oczy na te słowa. Żabia Łapa naprawdę była najlepsza! Pokazywała mu wszystko, czego nie potrafił i chciała pokazać jeszcze więcej! Szkoda, że była uczniem. Może gdyby była trochę starsza, to ona by go trenowała!
– Obiecujesz?
– Oczywiście. A teraz pokaż mi, jak się skradasz. Tamten liść to nasza mysz!
Kocur od razu stanął w pozycji do skradania się, a kotka go poprawiła. Resztę popołudnia spędzili na ćwiczeniu jak dobrze się skradać.

Po mianowaniu Nura, przed mianowaniem Żabki

Nur został uczniem! Już nie był małym Nurem. Teraz był Nurową Łapą. I miał zamiar być jak najlepszym uczniem. A potem, jak najszybciej, zostać doskonałym wojownikiem. Musiał jednak najpierw przejść przez trening… Niestety. Liderka nawet nie chciała słuchać o opcji przyspieszonego mianowania. Może jeśli Nur się pospieszy z nauczeniem wszystkiego, co ważne to wtedy się zgodzi! A jak nie, to tylko sześć księżyców. Przynajmniej się jeszcze doszkoli. Musiał być przecież jak najlepszy! Jego mentorem został Szałwiowe Serce – książę. Oczywiście Nur był tym pochlebiany, ale kojarzył, że kocur nie miał najlepszej historii. Bał się, że może zrobił coś źle i dlatego dostał właśnie go. Tym bardziej że jego siostra dostała Błękitną Lagunę, zastępcę! Ale ona zawsze miała gadane… A może po prostu Szałwiowe Serce już odkupił swoje winy i był po prostu dobrym wojownikiem. Na tyle dobrym, aby poprowadzić Nura do zostania świetnym wojownikiem. Nadal trochę żałował, że to nie Żabka go prowadziła. Ta już wiedziała, co kocur potrafił no i nigdy mu nie umniejszała! Ale może nadal będzie mógł się z nią uczyć? Nie miał zamiaru się przestać z nią spotykać – na razie jako jedyna zwróciła jego większą uwagę. Można byłoby nawet powiedzieć, że kocur ją lubił, a przynajmniej darzył ją sympatią.
– Ćwiczyłem już polowanie i pływanie – powiedział do jego mentora, gdy ci spotkali się na trening.
– Oh, kiedy?
– Gdy byłem mały. Z Żabią Łapą.
Niebieski kiwnął głową, ale nadal nie wydawał się rozumieć. Nur już był zirytowany doborem mentora, ale nie mógł narzekać.
– Chciałbym zacząć od wspinaczki na drzewa.
– Dobrze… – koty wyszły z obozu, uważając oczywiście, aby lód pod nimi się nie załamał.
Przeszli do lasu, a tam kocur zaczął wspinać się na drzewa. Oczywiście słuchał swojego mentora, ale próbował też własnej drogi – tak, żeby było lepiej. Sam nie był pewien, ile tam spędzili czasu, ale zmęczenie, które odczuwał po treningu, było przyjemne.
– Jutro o tej samej godzinie? – zapytał się, gdy weszli do obozu.
– Jasne.
Nur uśmiechnął się szeroko i odszedł do zwierzyny. Był naprawdę głodny, zmęczony i obolały – ale to dobrze! To znaczyło, że trening był wystarczający. Przy skupie jedzenia zauważył Żabią Łapę i od razu do niej podszedł, gdy tylko wybrał sobie pyszną rybę.
– Żabia Łapo! Jestem już uczniem – wypiął dumnie pierś.
– Gratulacje, Nurowa Łapo – kotka uśmiechnęła się.
– Wspinałem się dziś na drzewa – zerknął gdzieś w bok. – Wcale nie jest takie ciężkie… Ale masz rację. Długa sierść jest ciężka i trochę przeszkadza.
– Jak nie będzie tyle śniegu, to będzie troszkę łatwiej – zaśmiała się kotka.
Nur pokiwał głową i ugryzł kawałek ryby. Oglądał innych wojowników i innych uczniów. Wszyscy byli tacy spokojni… Dlaczego? Dlaczego nie starali się być tylko coraz to lepsi? Skrzywił się i zerknął na Żabkę. Ona przynajmniej wiedziała, co znaczyło ciężka praca!
– Kiedy będziesz wojownikiem?
– Już niedługo.
Nur od razu się uśmiechnął. Żabka go słuchała i mu pomagała. A gdy będzie wojownikiem, będzie mogła go doszkalać! Albo przynajmniej pilnować, bo nie mógł sam wychodzić z obozu… Ale z nią będzie mógł! I wtedy będzie mógł trenować jeszcze więcej! A poza tym, według rudego, czarno srebrna kotka była najbliżej idealnego wojownika. Oczywiście nie tak idealnego, jakim będzie on w dorosłości, mu nikt nie dorówna. Ale to Żabka z wszystkich wojowników miała to, co inni powinni mieć. Gdy Nur będzie już duży i będzie mógł decydować o kotach bardziej, niż teraz, to właśnie takich wojowników będzie chciał – którzy dzielnie walczą za Klan Nocy, ale są ambitni nawet, wtedy gdy nie ma nic do roboty.
– A weźmiesz mnie wtedy na polowanie? – zapytał, zerkając na starszą uczennicę.

<Żabko?>
[1371 słów + wspinaczka na drzewa]

[27% + 5%]

Od Psianki CD. Kropli

Na moim pysku niemal od razu pojawił się szeroki uśmiech. Czułam, jak ciepło rozlewało się po całym ciele, zupełnie jakby promienie słońca przedzierały się przez korony drzew i ogrzewały mnie od środka. Nie spodziewałam się tego. Przyszłam tutaj po prostu porozmawiać z Kroplą, a tymczasem okazało się, że pamiętała mnie znacznie lepiej, niż przypuszczałam. Co więcej, naprawdę chciała, żebym do niej przychodziła.
Jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że dla niej byłam jednym z wielu kociaków, którymi kiedyś się zajmowała. Teraz zrozumiałam, że tamta zabawa z mchem nie zniknęła wyłącznie z mojej pamięci. Ona również ją pamiętała. To sprawiło, że zaczęłam patrzeć na nią trochę inaczej. Nie tylko jak na spokojną, cichą stróżkę, która pomagała wszystkim dookoła, ale jak na kotkę, która zapamiętywała nawet drobne chwile i nosiła je w sobie przez bardzo długi czas.
Przez moment nie odpowiedziałam. Zamiast tego tylko patrzyłam na Kroplę, zastanawiając się, ile takich wspomnień jeszcze w sobie ukrywała. Zawsze wydawała mi się zamknięta w sobie, jakby między nią a resztą świata istniała niewidzialna ściana. Nie była niemiła. Wręcz przeciwnie. Zawsze pomagała, zawsze robiła wszystko, o co ją poproszono. Po prostu rzadko pozwalała komukolwiek zajrzeć głębiej. Może właśnie dlatego cieszyłam się, że teraz siedziałyśmy tutaj razem.
— Naprawdę? — zapytałam z wyraźnym ożywieniem. — To… bardzo chętnie.
Zaśmiałam się cicho, a mój ogon poruszył się energicznie za plecami. Sama myśl o tym, że po treningach mogłabym przychodzić do Kropli i opowiadać jej o wszystkim, czego nauczyłam się danego dnia, wydawała mi się niezwykle przyjemna. Nie każdy potrafił słuchać w taki sposób jak ona. Większość kotów albo od razu zaczynała mówić o sobie, albo udzielała rad, zanim druga strona zdążyła skończyć opowieść. Kropla po prostu słuchała. Uważnie. Tak, jakby każde słowo naprawdę miało znaczenie.
Dopiero teraz zaczęłam rozumieć, dlaczego jako kociak tak chętnie do niej lgnęłam. Wtedy nie potrafiłam tego nazwać. Po prostu wiedziałam, że obok niej dobrze się czułam. Teraz wiedziałam już dlaczego.
— I nie tylko wtedy, kiedy będę miała jakieś przygody. Mogę po prostu przyjść i trochę posiedzieć. Albo opowiedzieć ci o czymś ciekawym z treningu. Rohan ciągle pokazuje mi nowe rzeczy. Mam wrażenie, że za każdym razem, gdy wydaje mi się, że już coś rozumiem, okazuje się, że istnieje jeszcze drugie dno. Chyba właśnie to najbardziej lubię.
Na chwilę zamilkłam. Mój wzrok przesunął się po obozie, gdzie wojownicy wracali z patroli, uczniowie rozmawiali między sobą, a kilka starszych kotów leniwie wygrzewało się w promieniach słońca. Wszystko wyglądało zwyczajnie. Spokojnie. A jednak miałam wrażenie, że ta rozmowa zostanie ze mną na długo.
Zaczęłam zastanawiać się, ile razy Kropla siedziała sama, podczas gdy wokół niej przewijały się dziesiątki kotów. Wykonywała swoje obowiązki, pomagała wszystkim, ale czy ktoś naprawdę zatrzymywał się, żeby zapytać, jak ona się czuła? Sama przed chwilą powiedziała, że woli słuchać niż mówić. To piękne, ale jednocześnie trochę smutne. Bo jeśli wszyscy tylko opowiadają o sobie, kto wysłucha jej?
Spojrzałam na nią uważniej. Miała ten sam delikatny uśmiech, ale w jej oczach dostrzegałam coś więcej. Jakieś zmęczenie. Może tęsknotę. A może po prostu przyzwyczajenie do samotności.
— Ale… to działa też w drugą stronę — powiedziałam spokojnie, już bez wcześniejszego entuzjazmu. — Jeśli kiedyś ty będziesz chciała z kimś porozmawiać… albo zwyczajnie posiedzieć z kimś w ciszy… to też możesz mnie znaleźć — lekko przechyliłam głowę. — Wiem, że jestem jeszcze uczennicą i pewnie nie umiem pomagać tak dobrze, jak ty. Ale mogę słuchać. Naprawdę.
Przez chwilę zastanawiałam się nad własnymi słowami.
— Rohan mówi, że dobry zwiadowca musi najpierw nauczyć się słuchać lasu, zanim nauczy się go czytać. Myślę… że z kotami jest podobnie.
Na moment zapadła między nami przyjemna cisza. Nie była niezręczna. Wręcz przeciwnie. Czułam, że nie musiałam jej niczym wypełniać. To było dla mnie nowe doświadczenie. Zwykle cisza wydawała mi się czymś, co trzeba było jak najszybciej przerwać. Tym razem było inaczej.
Zerknęłam w stronę wyjścia z obozu. Za krzewami rozciągał się las, który każdego dnia poznawałam coraz lepiej. Jeszcze kilka księżyców temu wydawał mi się ogromny i trochę przerażający. Teraz budził przede wszystkim ciekawość. Chciałam wiedzieć o nim wszystko. Każdą ścieżkę, każdy zapach, każde miejsce, które omijały inne koty. Po chwili wróciłam spojrzeniem do Kropli.
— Wiesz… chyba trochę ci zazdroszczę. Nie dlatego, że jesteś stróżem, tylko dlatego, że potrafisz sprawić, że kot obok ciebie czuje się spokojny. Ty chyba nawet tego nie zauważasz. Jak byłam mała, zawsze wydawało mi się, że wszystko będzie dobrze, jeśli akurat ty byłaś w pobliżu. Nie dlatego, że byłaś najsilniejsza albo najgłośniejsza. Po prostu… byłaś. To chyba też jest pewnego rodzaju talent.
Przez chwilę patrzyłam na ziemię przed swoimi łapami, delikatnie przesuwając pazurem po miękkim piasku.
— Czasami mam wrażenie, że wszyscy chcą być bohaterami. Wojownikami, którzy wygrywają bitwy. Zwiadowcami, którzy odnajdują ślady. Uzdrowicielami, którzy ratują życie. Ale mało kto myśli o tym, jak ważne są koty, przy których inni po prostu… czują się bezpiecznie.
Uśmiechnęłam się szerzej.
— Chyba właśnie taka jesteś.
Powoli podniosłam się z miejsca i przeciągnęłam leniwie, czując przyjemne rozluźnienie mięśni. Nie spieszyło mi się nigdzie. Gdyby nie obowiązki, mogłabym siedzieć tutaj jeszcze bardzo długo.
— Dziękuję ci. Za tamtą zabawę, kiedy byłam kociakiem. Za to, że mnie pamiętałaś. I za dzisiaj.
Po krótkim zawahaniu podeszłam bliżej i delikatnie musnęłam bark Kropli czubkiem nosa. Gest był krótki i nieśmiały, ale płynął prosto z serca.
— Obiecuję, że będę wpadała — zaśmiałam się cicho. — A kiedy w końcu nauczę się bezbłędnie rozpoznawać wszystkie tropy lisa, borsuka i kuny, przyjdę się tym pochwalić. Nawet jeśli Rohan uzna, że to nic wielkiego. Pewnie i tak znajdzie kolejne ślady, których jeszcze nie znam.
Spojrzałam jeszcze raz na Kroplę, czując, że ta rozmowa zmieniła coś między nami. Nie była już tylko stróżką, którą pamiętałam z dzieciństwa. Stała się kimś, do kogo naprawdę chciałam wracać. Kimś, komu chciałam opowiadać o swoich sukcesach, porażkach i wszystkim, co wydarzy się po drodze.
— Umowa? — zapytałam z ciepłym uśmiechem, wyciągając ku niej łapę w trochę dziecinny, ale całkowicie szczery sposób.

[967 słów]

[19%]

Od Psianki CD. Borowika

Ledwo przekroczyłam wejście do obozu, a moje łapy wydawały się cięższe niż zwykle. Trening z Rohanem był długi i wymagający, ale jednocześnie dawał mi ogromną satysfakcję. Wciąż czułam na opuszkach łap szorstkość kory drzew, po których kazała mi się wspinać, a w nozdrzach mieszały się zapachy mchu, mokrej ziemi i śladów pozostawionych przez leśne zwierzęta. Mimo zmęczenia nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Każdy dzień przynosił coś nowego i z każdym kolejnym wschodem słońca coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że zostanie zwiadowczynią, było najlepszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać.
Mimowolnie zaczęłam zastanawiać się, co w tej chwili robią Zew i Łza. Minęło już trochę czasu, odkąd opuścili Owocowy Las, a mimo to wciąż łapałam się na tym, że odruchowo rozglądałam się po obozie, jakbym spodziewała się zobaczyć ich znajome sylwetki. Dopiero po chwili przypominałam sobie, że przecież ich już tutaj nie było. Mieli nowe legowiska, nowych opiekunów i nowe obowiązki, podczas gdy ja nadal każdego ranka budziłam się w tym samym miejscu.
Próbowałam wyobrazić sobie ich życie w Klanie Burzy. Czy Zew wciąż był tak samo rozkojarzony i wpadał na wszystkich po drodze? Czy Łza zdążyła już zwrócić na siebie uwagę całego obozu, tak jak zawsze potrafiła? Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem. Byłam niemal pewna, że tak właśnie było. Nie umiałam sobie wyobrazić miejsca, w którym Łza nie znalazłaby sposobu, żeby wszyscy wiedzieli o jej istnieniu.
Westchnęłam cicho, czując lekkie ukłucie tęsknoty. W dzieciństwie wydawało mi się czymś zupełnie naturalnym, że zawsze byli gdzieś obok. Nawet jeśli każde z nas zajmowało się czymś innym, wystarczyło odwrócić głowę, żeby zobaczyć rodzeństwo. Teraz między nami rozciągała się granica dwóch klanów. Wiedziałam, że sojusz nadal trwał i pewnie jeszcze kiedyś się zobaczymy, ale to nie było już to samo. Nie mogłam po prostu pobiec do Zewu, żeby pochwalić się nowym tropem, ani posłuchać kolejnych przechwałek Łzy.
Mimo wszystko miałam nadzieję, że byli szczęśliwi. Jeśli naprawdę odnaleźli swoje miejsce w Klanie Burzy, to właśnie tego im życzyłam. A kiedyś, przy następnym spotkaniu obu klanów, będę mogła opowiedzieć im o wszystkim, czego nauczyłam się jako zwiadowczyni. I może wtedy okaże się, że choć nasze ścieżki się rozeszły, nadal potrafimy rozmawiać ze sobą tak samo łatwo, jak wtedy, gdy jako kociaki ganialiśmy się po żłobku, udając, że cały świat należy tylko do nas.
Już miałam skierować się w stronę stosu świeżej zwierzyny, kiedy dostrzegłam znajomą sylwetkę siedzącą niemal na środku obozu. Borowik wyglądał, jakby czekał na coś… albo na kogoś. Dopiero gdy jego spojrzenie zatrzymało się na mnie, zrozumiałam, że tym kimś byłam ja. Przez krótką chwilę poczułam przyjemne zaskoczenie. Nie spodziewałam się, że ktoś będzie na mnie czekał tylko po to, żeby zamienić kilka słów.
Na moim pysku niemal od razu pojawił się szeroki uśmiech. Lubiłam Borowika. Był trochę… niezwykły. Nigdy nie wiedziałam, dokąd zaprowadzi go własny tok myślenia. Potrafił z całkowitą powagą rozważać istnienie niewidzialnych kotów, planować ucieczkę przed zupełnie nierealnymi katastrofami, a chwilę później opowiadać o zwiadowcach tak mądrze, że chłonęłam każde jego słowo. Czasami trudno było za nim nadążyć, ale chyba właśnie dlatego rozmowy z nim były tak ciekawe.
Podeszłam bliżej, słuchając jego gratulacji z wyraźnym skupieniem. Z każdym kolejnym słowem czułam, jak moje uszy unoszą się coraz wyżej. Dawniej pewnie od razu zaczęłabym opowiadać o sobie albo przechwalać się tym, czego już się nauczyłam. Tym razem jednak przede wszystkim zrobiło mi się zwyczajnie ciepło na sercu. Miło było usłyszeć, że ktoś zauważył moje starania i uważał, że naprawdę się do tego nadaję. Usiadłam naprzeciw niego, owijając ogon wokół łap.
— Dziękuję! Naprawdę bardzo się staram. Rohan mówi, że jeszcze popełniam sporo błędów, ale podobno szybko się uczę — na chwilę opuściłam wzrok na swoje łapy, przypominając sobie dzisiejszy trening. — Dzisiaj nawet mnie pochwaliła. Powiedziała, że zaczynam bardziej ufać nosowi niż oczom. A wcześniej… chyba ze trzy razy zgubiłam trop i byłam przekonana, że idę dobrze — zaśmiałam się cicho, trochę zawstydzona własnymi pomyłkami. — Uczyłyśmy się rozpoznawać tropy lisów. Na początku wydawało mi się, że wszystkie zapachy są takie same, ale później zaczęłam wyczuwać różnice. Lis pachnie zupełnie inaczej niż kot. Tak ostro… i trochę gryzie w nos. Rohan mówiła, że zwiadowca powinien umieć rozpoznać taki trop od razu, bo kiedyś może od tego zależeć bezpieczeństwo całego patrolu.
Na samą myśl o tym poczułam lekki dreszcz. Jeszcze niedawno byłam zwykłym kociakiem biegającym po żłobku, a teraz ktoś powierzał mi wiedzę, od której kiedyś mogło zależeć życie innych kotów. Brzmiało to trochę przerażająco, ale jeszcze bardziej motywowało mnie do dalszej nauki.
Rohan nie zamierzała jednak ułatwiać mi zadania. Kilka razy celowo prowadziła mnie przez miejsca pełne innych zapachów, gdzie trop niemal całkowicie zanikał. Byłam przekonana, że idę właściwą drogą, ale za każdym razem słyszałam spokojne pytanie, czy na pewno jestem pewna swojego wyboru. Dopiero wtedy orientowałam się, że znowu popełniłam błąd. Musiałam wracać, uspokajać oddech i jeszcze raz zaufać własnemu nosowi zamiast oczom. Dopiero za którymś razem udało mi się odnaleźć właściwy ślad, a Rohan pochwaliła mnie, mówiąc, że zaczynam rozumieć, na czym naprawdę polega tropienie.
Im więcej o tym opowiadałam, tym bardziej czułam, że naprawdę chcę być coraz lepsza. Każdy nowy trening uświadamiał mi, jak wiele jeszcze przede mną, ale zamiast mnie to zniechęcać, tylko bardziej motywowało do pracy.
— Dlatego… naprawdę chciałabym kiedyś potrenować też z tobą. Skoro jesteś zwiadowcą od tylu księżyców, to pewnie wiesz mnóstwo rzeczy, których jeszcze nawet nie zdążyłam zobaczyć. Może nauczyłbyś mnie czegoś, czego Rohan jeszcze nie pokazała?
Na samą myśl o wspólnym treningu ogon poruszył mi się z wyraźnym ożywieniem. Borowik był doświadczonym zwiadowcą i wiedział o tej roli znacznie więcej niż ja. Sam fakt, że uważał mnie za wartą wspólnego treningu, był dla mnie ogromnym wyróżnieniem.
Nagle przypomniała mi się nasza rozmowa sprzed wielu księżyców, jeszcze z czasów, gdy byłam małym kociakiem. Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie apokalipsy niewidzialnych kotów i wszystkich dziwnych planów, które zdążył wtedy wymyślić. Od tamtego dnia wielokrotnie rozglądałam się po lesie, zastanawiając się, czy przypadkiem naprawdę gdzieś się nie ukrywają. Oczywiście nigdy żadnego nie zobaczyłam… ale przecież właśnie na tym polegał problem. Skoro były niewidzialne, to może rzeczywiście gdzieś tam były.
— Wiesz… czasami nadal myślę o tych niewidzialnych kotach, o których mi kiedyś opowiadałeś. Nadal żadnego nie widziałam… ale chyba właśnie o to chodzi, prawda? — parsknęłam cichym śmiechem, wyobrażając sobie Borowika opracowującego kolejne plany ewakuacji przed katastrofami, które istniały chyba tylko w jego głowie. — Mam jednak nadzieję, że jeśli kiedyś naprawdę nadejdzie taka apokalipsa, to będziesz w pobliżu. Wymyśliłeś przecież tyle planów ucieczki, że na pewno któryś by zadziałał.
Ta myśl ponownie mnie rozbawiła. Borowik potrafił sprawić, że nawet najbardziej absurdalne rzeczy przez chwilę wydawały się całkiem możliwe. I chyba właśnie dlatego tak dobrze mi się z nim rozmawiało. Miał w sobie coś, co sprawiało, że świat wydawał się trochę większy, trochę ciekawszy i pełen rzeczy, o których większość kotów nawet nie pomyślałaby ani razu.

<Borowiku?>
[1124 słowa]

[22%]