— Wiesz... Moja siostra to wsza, która uczepi się każdego kota, który tylko da jej możliwość bezpiecznego, wygodnego bytowania. Teraz siedzi na ogonie Algowej Strugi, bo ta jest smakowitym, wykwintnym kąskiem, którego krew siorbie z wielkim zaangażowaniem — powiedział ze śmiertelną powagą. — Staram się unikać interakcji z nią, jeśli jestem tylko w stanie. Nie chce słuchać, jaka to nie jest wspaniała, jaką nie jest wzorową wojowniczką, mentorką i tak dalej, i tak dalej. Mam lepsze rzeczy do roboty.
— A czy ty nie robisz dokładnie tego samego, tylko że z Mandarynkowym Piórem? — zapytała Trzcinowa Łapa, podnosząc jedną brewkę do góry. Na mordce wykwitł jej uśmieszek.
— To inna sprawa!
— Mhm... Zaprzeczasz, jakbym nie była drugim kotem, oczywiście zaraz po tobie, który najwięcej czasu spędza z Mandarynką. Co jest dziwne, że jako jej uczennica nie jestem w stanie cię przebić.
— Jest moją życiową mentorką. — Przyłożył łapę do piersi i podniósł wyżej łeb w dumnym geście.
— Raczej matczynym zastępstwem, ty synusiu — powiedziała kąśliwie, a wojownik jedynie prychnął pod nosem.
— Chciałabyś... — burknął, ale szybko dodał: — A co, jesteś zazdrosna? — zapytał z wrednym błyskiem w oku.
— Jest moją życiową mentorką. — Przyłożył łapę do piersi i podniósł wyżej łeb w dumnym geście.
— Raczej matczynym zastępstwem, ty synusiu — powiedziała kąśliwie, a wojownik jedynie prychnął pod nosem.
— Chciałabyś... — burknął, ale szybko dodał: — A co, jesteś zazdrosna? — zapytał z wrednym błyskiem w oku.
— Phi! Dla mnie mógłbyś, zamiast mnie chodzić z nią na treningi — zapewniła prędko.
— Nie widzę w tobie jakiegoś niesamowicie przyszłościowego materiału na wojownika, wiesz? Skończysz kopiąc nory dla zmarłych i wynosząc zaszczany mech. — Widział, jak młodsza chce coś jeszcze powiedzieć, ale niespodziewanie odezwała się Kropiatkowa Łapa, która do tej pory zachowywała niemal całkowite milczenie, czasami tylko zdarzyło jej się trochę głośniej mlasnąć podczas żucia białego, rybiego mięsa.
— Zastępczyni idzie, wygląda na niezadowoloną... — dodała ostatnie zdanie nieco ciszej, bezpośrednio do swojego mentora. Faktycznie. Mandarynkowe Pióro nie wyglądała na zbytnio zadowoloną, zmierzając w ich kierunku. Żmijowcowa Wić zerknął ukradkiem na swoją jedynie lekko zaczętą rybę, która prędko poszła w zapomnienie, kiedy Trzcinowa Łapa zaczęła mówić o Wężynowym Splocie i jej zachowaniu.
Pomarańczowe ślepia wbiły się niczym pazury w pysk swojej podopiecznej, skacząc co chwilę na mordkę starszego kocura. Zmarszczyła się, a jej wąsy zadrgały.
— Ile można was wołać i machać ogonem? — zapytała niby spokojnie, ale jad wylewał się z każdym słowem. — Trzcinowa Łapo, przez ciebie Żmijowcowa Wić nawet nie zjadł swojej ryby. Jak zemdleje z głodu, to ty będziesz niosła go do Różanej Woni. A teraz ruszajcie się, trzeba skończyć pracę.
Srebrna kocica odwróciła się i zerkając na nich jeszcze jeden ostatni raz, wróciła do reszty grupy. Wojownik wstał i przeciągnął tylną łapę. Minął szylkretke i skinął łbem Kropiatce, aby ta ruszyła z nim. W końcu usłyszał, jak ciemnooka ich dogania i znajduję miejsce przy jego boku.
— Widzisz, przynosisz pecha. — Posłał jej szybkie, łobuziarskie spojrzenie z góry. — Albo masz niesamowitą umiejętność wchodzenia Mandaryncę pod pazury. Obie rzeczy nie zaprowadzą cię za daleko. Zwłaszcza, mając jeszcze na ogonie moją siostrą i siostrę swojej mentorki.
Pomarańczowe ślepia wbiły się niczym pazury w pysk swojej podopiecznej, skacząc co chwilę na mordkę starszego kocura. Zmarszczyła się, a jej wąsy zadrgały.
— Ile można was wołać i machać ogonem? — zapytała niby spokojnie, ale jad wylewał się z każdym słowem. — Trzcinowa Łapo, przez ciebie Żmijowcowa Wić nawet nie zjadł swojej ryby. Jak zemdleje z głodu, to ty będziesz niosła go do Różanej Woni. A teraz ruszajcie się, trzeba skończyć pracę.
Srebrna kocica odwróciła się i zerkając na nich jeszcze jeden ostatni raz, wróciła do reszty grupy. Wojownik wstał i przeciągnął tylną łapę. Minął szylkretke i skinął łbem Kropiatce, aby ta ruszyła z nim. W końcu usłyszał, jak ciemnooka ich dogania i znajduję miejsce przy jego boku.
— Widzisz, przynosisz pecha. — Posłał jej szybkie, łobuziarskie spojrzenie z góry. — Albo masz niesamowitą umiejętność wchodzenia Mandaryncę pod pazury. Obie rzeczy nie zaprowadzą cię za daleko. Zwłaszcza, mając jeszcze na ogonie moją siostrą i siostrę swojej mentorki.
— Świetny start kariery wojowniczej... — mruknęła kotka. Ale szybko znów zaświeciły jej się oczy, dodała: — Co z tym zrobimy?
— Z czym?
— Z Wężynowym Splotem i jej długim jęzorem? Sama przecież nie jest wybrańcem Klanu Gwiazdy. Widać na pierwszy rzut oka, że sama wybiera sobie prostsze prace, nie wydaję ci się? — zapytała w pełni pewna swoich racji. Żmijowcowa Wić rozejrzał się, aby odnaleźć siostrę. Faktycznie... Wężyna wraz z Rosiczką i Rozpędzoną Łapą siedziały przy lecznicy i zajmowały się najpewniej najlepszym z obowiązków, jaki pozostał do zrobienia. Zaplatanie i umacnianie ścianek było przyjemne, powtarzalne i pozwalało kotom na spokojną rozmowę, kiedy łapy starannie przeobrażały trzciny i byliny w trwałą ścianę, mającą bronić chorych i medyczki od zimna i wilgoci. Trzy kotki wydawały się być całkowicie pochłonięte swoim zadaniem, ale i... zrelaksowane. Co chwilę któraś odwracała się do siedzącej obok, aby dodać coś od siebie do spokojnej rozmowy; ich łapy nie zatrzymywały się mimo wszystko ani na chwilkę. Nawet sięgając po kolejną gałązkę, wydawały się pracować drugą. Wszystkiemu przewodziła Różana Woń, doglądając, aby jej przyszłe legowisko spełniało jej wszelkie oczekiwania.
— Lisica... Istna z niej lisica... — wyszeptał, krzywiąc się. — Siedzi na tyłku, kiedy MY musimy wylewać siódme poty, aby potem ona mogła zabierać najtłustsze piszczki z pniaka, który to MY wepchnęliśmy na wyspę — syknął oburzony.
Nie mogli od razu kontynuować, gdyż musieli wrócić do pracy. Mandarynkowe Pióro pokierowała ich na odpowiednie miejsce, gdzie mieli zostawić konar. Na jej znak spora grupa kotów, w ty najsilniejszych wojowników, którzy aktualnie pełnili ową rolę w Klanie Nocy, zaczęła napierać na niego całym ciałem. Ani Żmijowiec, ani Kropiatka, ani Trzcinka nie byli pokaźnej postury, nie wnosili więc do całej pracy we trójkę zapewne tyle, co Dryfująca Bulwa w pojedynkę... Ale musieli się starać, gdyż pomarańczowe ślepia zastępczyni nie pozostawiały ich nawet na uderzenie serca. Czuł, jak siniak pod futrem robi się coraz większy, jak szorstki, mokry piach podrażnia mu skórę pomiędzy palcami, jak zęby bolą go od zaciskania szczęk. Brnęli jednak niestrudzenie, nie pozwalając sobie na odpoczynek, kiedy inni dawali z siebie wszystko. W końcu jednak udało się przepchnąć go na tyle, żeby księżniczka była zadowolona. W samą porę, gdyż niebo zaczynało malować się płomienistymi barwami.
— Koniec. Dobra robota. — To było wszystko. Mandarynka odeszła, aby dowiedzieć się od Algowej Strugi, czym zajmowała się reszta kotów. Żmijowiec zerknął na oddychającą ciężko podopieczną i lekko dał jej znak ogonem, aby poszła na spokojnie do legowiska i odpoczęła. Kropiatka wiedziała już, że po ciężkim wieczorze nie musi martwić się wczesną pobudką; jej mentor sam musiał odespać. Kiedy odprowadził już ją wzrokiem, odwrócił się, aby napotkać brązowe oczy Trzcinki.
— Musimy znaleźć coś na nią — powiedział bez chwili zawahania. — Pomyśl, jak jej się dostanie, kiedy uda nam się w jakiś sposób pokazać, że nie radzi sobie z treningiem, po tym jak czepiała się nas... Mandarynkowe Pióro urwie jej ogon. Tylko teraz... jak to zrobimy?
— Z czym?
— Z Wężynowym Splotem i jej długim jęzorem? Sama przecież nie jest wybrańcem Klanu Gwiazdy. Widać na pierwszy rzut oka, że sama wybiera sobie prostsze prace, nie wydaję ci się? — zapytała w pełni pewna swoich racji. Żmijowcowa Wić rozejrzał się, aby odnaleźć siostrę. Faktycznie... Wężyna wraz z Rosiczką i Rozpędzoną Łapą siedziały przy lecznicy i zajmowały się najpewniej najlepszym z obowiązków, jaki pozostał do zrobienia. Zaplatanie i umacnianie ścianek było przyjemne, powtarzalne i pozwalało kotom na spokojną rozmowę, kiedy łapy starannie przeobrażały trzciny i byliny w trwałą ścianę, mającą bronić chorych i medyczki od zimna i wilgoci. Trzy kotki wydawały się być całkowicie pochłonięte swoim zadaniem, ale i... zrelaksowane. Co chwilę któraś odwracała się do siedzącej obok, aby dodać coś od siebie do spokojnej rozmowy; ich łapy nie zatrzymywały się mimo wszystko ani na chwilkę. Nawet sięgając po kolejną gałązkę, wydawały się pracować drugą. Wszystkiemu przewodziła Różana Woń, doglądając, aby jej przyszłe legowisko spełniało jej wszelkie oczekiwania.
— Lisica... Istna z niej lisica... — wyszeptał, krzywiąc się. — Siedzi na tyłku, kiedy MY musimy wylewać siódme poty, aby potem ona mogła zabierać najtłustsze piszczki z pniaka, który to MY wepchnęliśmy na wyspę — syknął oburzony.
Nie mogli od razu kontynuować, gdyż musieli wrócić do pracy. Mandarynkowe Pióro pokierowała ich na odpowiednie miejsce, gdzie mieli zostawić konar. Na jej znak spora grupa kotów, w ty najsilniejszych wojowników, którzy aktualnie pełnili ową rolę w Klanie Nocy, zaczęła napierać na niego całym ciałem. Ani Żmijowiec, ani Kropiatka, ani Trzcinka nie byli pokaźnej postury, nie wnosili więc do całej pracy we trójkę zapewne tyle, co Dryfująca Bulwa w pojedynkę... Ale musieli się starać, gdyż pomarańczowe ślepia zastępczyni nie pozostawiały ich nawet na uderzenie serca. Czuł, jak siniak pod futrem robi się coraz większy, jak szorstki, mokry piach podrażnia mu skórę pomiędzy palcami, jak zęby bolą go od zaciskania szczęk. Brnęli jednak niestrudzenie, nie pozwalając sobie na odpoczynek, kiedy inni dawali z siebie wszystko. W końcu jednak udało się przepchnąć go na tyle, żeby księżniczka była zadowolona. W samą porę, gdyż niebo zaczynało malować się płomienistymi barwami.
— Koniec. Dobra robota. — To było wszystko. Mandarynka odeszła, aby dowiedzieć się od Algowej Strugi, czym zajmowała się reszta kotów. Żmijowiec zerknął na oddychającą ciężko podopieczną i lekko dał jej znak ogonem, aby poszła na spokojnie do legowiska i odpoczęła. Kropiatka wiedziała już, że po ciężkim wieczorze nie musi martwić się wczesną pobudką; jej mentor sam musiał odespać. Kiedy odprowadził już ją wzrokiem, odwrócił się, aby napotkać brązowe oczy Trzcinki.
— Musimy znaleźć coś na nią — powiedział bez chwili zawahania. — Pomyśl, jak jej się dostanie, kiedy uda nam się w jakiś sposób pokazać, że nie radzi sobie z treningiem, po tym jak czepiała się nas... Mandarynkowe Pióro urwie jej ogon. Tylko teraz... jak to zrobimy?
<Trzcinka?>
Event KN: Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę, Odbudowa ścian lecznicy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz