BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melonowy Pysk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melonowy Pysk. Pokaż wszystkie posty

18 października 2020

Od Melona (Melonowej Łapy) CD. Zimorodka (Zimrodokowej Łapie)

— Jak ty mnie nazwałeś? — kocurek zrobił niezadowoloną minę.
— Melonowa Gwiazda. — powtórzył Zimorodek po chwili zmieszania. — Gwiazda jest członem, który nosi lider i oznacza, że jesteś super kotem i panem stosu z piszczkami! — wyjaśnił. Melon zmrużył oczy. Przecież nie potrzebował głupiego imienia z członem Gwiazda, żeby być super kotem. I bez niego był! A ten smarkacz tego nie zauważał! No ale skoro imię daje taki respekt wśród tych klanowych kotów, to czemu by go nie powielić? 
— To od teraz jestem Melon Melonowa Gwiazda Gwiazda! — zawołał kremowy z góry, spoglądając z wyższością na Zimorodka. Tyle gwiazd powinno wystarczyć, żeby pokazać niebieskiemu kto tu będzie rządził od tego momentu. 
— Ale... ale to chyba tak nie działa... — zamruczał zaskoczony kocurek, przekrzywiając głowę. Melon wywrócił tylko oczami. Że też trafił mu się taki mysi móżdżek. 
— To teraz działa, rozumiesz? Ja tu rządz— nim jednak nowy zdążył skończyć, przerwał mu krzyk jakiegoś wojownika. 
— Hej, smrody, złaźcie ze stosu ze zwierzyną. Wracać do kociarni albo chociaż nie przeszkadzajcie. — ofuknął ich ktoś, posyłając dzieciakom złowrogie spojrzenie. Melon "Melonowa Gwiazda Gwiazda" westchnął, jednak widząc, jak wredota co kazał mu opuścić jego wspaniałą zdobycz się zbliża, wolał nie ryzykować spotkania z jego pazurami. Srebrny ześlizgnął się po piszczkach na sam dół i posłał znudzone spojrzenie Zimorodkowi.
— Idziemy. — fuknął na niego, chwytając w pysk tyle zwierzątek ile się da. Cóż, przecież nie mógł opuścić tego miejsca z pustymi łapami, prawda?

***

Melonowa Łapa spał spokojnie, ułożony w kącie legowiska uczniów. Jeszcze zanim zasnął, słyszał ciche pochrapywanie reszty bandy - Omszonej Łapy, Zimorodkowej Łapy, Kwaśnej Łapy i innych. Głupie kupy futra. Debile jedyni. A jednak, dobrze było wiedzieć, że przynajmniej tej nocy byli bezpieczni. Melon już od pewnego czasu czuł to dziwne uczucie. Uczucie, jakiego nie czuł przy Melodyjce i Słoniku. Gdzieś w końcu... należał. 
I tak, nagle jego sen został rozproszony jednym pchnięciem łapy. Zaalarmowany Melonowa Łapa uniósł łeb, mrugając i rozglądając się naokoło. Gdy w końcu jego narząd wzroku przyzwyczaił się do znów otwartych powiek, przed swoja mordką ujrzał pysk Zimorodkowej Łapy. Melon odsunął się trochę, po czym z uniesioną brwią i cichym westchnięciem spojrzał znowu na kocura.
— Czego? — mruknął, kładąc po sobie uszy niepewnie.

< Zimorodkowa Łapo? Sry że tak długo;;; >

Od Melonowej Łapy

 *kiedyś*

Kolejny dzień treningu z Piaskową Wydmą w końcu przynosił efekty. Melon kolejny dzień szlifował swoje już i tak cudowne umiejętności polowania. Ba, uważał nawet, że należy mu się już miejsce wojownika za to co potrafi. Jakiś Piasek nie musiał go wcale uczyć.
— Melonowa Łapo, skup się na celu. — miauknął spokojnie kremowy kocur, sunący bezszelestnie obok niego. Powoli zbliżali się do niewielkiej myszy, która nieświadoma niczego zajadała się jakimś ziarenkiem. Melon nie był głodny i nawet mimo znajomości kodeksu nie rozumiał, czemu musieli polować. Może Piasek był? Ale nawet jeśli, to mógł sam sobie coś ogarnąć, a nie targać go po lesie. Melonowa Łapa westchnął, słysząc kolejne wskazówki jak ma polować.
— Przecież wiem, jak to się robi. — syknął, poddenerwowany ciągłym ględzeniem kocura. Mentor posłał mu zdziwione spojrzenie, po czym pokazał ogonem piszczę, dają młodszemu znak, że droga wolna. Melonowa Łapa odetchnął z ulgą, prężąc mięśnie. Trzy. Dwa. Jeden. I wyskoczył na zwierzątko, chwytając kłami za niewielki kark myszy. Uderzenie serca potem - ciało gryzonia zwisało bez życia w jego pysku. Zadowolony Melon zamruczał cicho, uśmiechając się. Jego mentor zaraz po tym wyszedł z krzaków, posyłając młodemu ucieszone spojrzenie.
— Gratulację! — zawołał żółtooki. Melon rzucił mu jedzenie pod łapy, na co wyraz pyska starszego nieco się zmienił. Melonowa Łapa na jego uniesioną brew prychnął cicho.
— Myślałem, że jesteś głodny, dlatego mnie tu wywlokłeś. Jedź. — bąknął Melon. Że też musiał się wysilać żeby jego mentor mógł się najeść. Głupota. A jeszcze Piaskowa Wydma, zamiast całować go po łapach i być mu wdzięczny, zaczął się chichrać pod nosem. Bezczelność!
— Melonowa Łapo, nie zawsze polujemy tylko dlatego, że my jesteśmy głodni. Pamiętaj, że musimy wyżywić jeszcze klan. — zamruczał spokojnie kocur.
— Sami powinni dla siebie polować. — mruknął Melon, wzruszając ramionami. — Skoro ty nie zjesz, ja zjem. — oznajmił obojętnie, po czym schylił się, żeby wziąć piszczkę. Jednak zanim znów ją chwycił, Piaskowa Wydma postawił na niej swoją łapę. Melon posłał mu zdenerwowane spojrzenie.
— Nie możemy jeść zanim nie nakarmimy klanu. — miauknął Piasek. — Idź zanieść to do karmicielek, ja zaraz do ciebie dołączę. 
Melon wywrócił zdenerwowany oczami. Karmicielki przecież miały łapy, więc mogły się ruszać. Melodyjka jakoś ogarniała polowanie jak byli młodsi. Uczeń w końcu jednak pokiwał głową, a po obserwowaniu jak ogon mentora znika gdzieś za drzewami, spojrzał na mysz. On ją upolował. Więc ma do niej prawo, nie? Jest jego. I on zdecyduje, co z nią zrobić, nie jakiś głupi wojownik. Zanim jednak Melon przystąpił do konsumowania zdobyczy, z jego piersi wydarło się ciche kaszlnięcie. Kremowy jednak zignorował i zaraz pożarł mysz. Przecież jak był młodszy miał już kaszel, nic mu teraz nie będzie, nie?

***

I tak, po dłuższym czasie ignorowania kaszlu w końcu, za namową Piaskowej Wydmy, udał się do medyka. Przecież oprócz odkrztuszania przy którym niemalże wypluwał płuca nic mu nie było, nie? A nawet jeśli, to zajmuał jakieś roślinki od Sokolego Skrzydła, które trochę pomogły. Niestety, nie na długo, a jego mentor w końcu zauważył, że coś się dzieje. Melonowa Łapa potem spędził parę dni w legowisku medyków, żeby się pozbyć choroby, a na następny dzień wyszedł na spacer z Piaskową Wydmą, żeby trochę wyprostować nogi. Przy okazji przepędzili z granic jakiś samotników, co zdaniem Melona na pewno wyszło mu na dobre w oczach klanu.

wyleczony: Melonowa Łapa

13 września 2020

Od Melonowej Łapy CD. Szczawiowego Liścia

— Jak chcesz się wydostać, musisz wleźć na górę! — miauknął kocur. Odkopał złapaną zwierzynę. Mysz. Jej pyszny zapach pewnie doleciał do Melona, ale na potwierdzenie, że ma zwierzynę do zjedzenia, Szczawik uniósł ją w pysk, by kocurek lepiej widział. Położył ją sobie między łapami. — Sam ją zjem, jak się nie wdrapiesz, grubasie!
Wściekły Melonowa Łapa może nie od razu, ale po czasie zaczął się wspinać. Piach ocierał się o jego łapki oraz pazurki, gdy się podciągał, by dotrzeć na górę. Dysząc ze zmęczenia, próbował złapać równowagę, co jakiś czas się ześlizgując. Gdy już prawie znalazł się na górze, o jakieś dwa mysie wąsy, Szczawiowy Liść popchnął go łapą tak, że uczeń znowu znalazł się na dole dołu. Liliowy widocznie był niezwykle zadowolony z siebie, gdyż uśmiechał się pod nosem. A Melon? Melon aż gotował się ze złości, cały czas klnąc starucha pod nosem.
— Ależ ty jesteś wolny. W takim tempie nigdy nie zrzucisz! — ofuknął go. A to wredny, głupi wypłosz. Jak tak można?! Wrzucić wspaniałą osobę Melona do jakiegoś dołu, tylko po to, żeby zmusić go do tej syzyfowej pracy. Okropne! Gruby uczeń jeszcze raz spróbował się wspiąć, a kamienie i piach wbijające mu się w poduszki łap coraz bardziej mu doskwierały, tylko podniecając niezadowolenie kremowego. Był już tak okropnie wymęczony, nawet jeśli nie spędził w dole tak dużo czasu. Srebrny dyszał ze zmęczenia, a jego fałdki skóry jedynie utrudniały mu wspięcie się wyżej. W końcu, łapa za łapą znów dotarł do miejsca, w którym mógł chociaż trochę przystanąć, nie ześlizgując się tak szybko. Już miał zamiar podciągnąć się na górę, poczuł na pysku łapę starszego kocura, który znów go popchnął, powodując kolejną utratę równowagi i nieprzyjemne lądowanie na twardym, zimnym dole z cichym jęknięciem. Tego już za wiele! Jak kocur tak chce się bawić, to Melon nie ma zamiaru tego dłużej wytrzymywać. Cóż, czasem trzeba zrobić przedstawienie, żeby wydostać się z dołka. Młody kocur po upadku zaczął się zwijać i jęczeć, próbując skupić na sobie uwagę liliowego wypłosza. Gdy kątem oka zauważył pysk Szczawiowego Liścia, kącik ust srebrnego mimowolnie się uniósł, a sam kocur uznał, że to odpowiedni moment na część drugą. Melonowa Łapa wydarł się w niebogłosy, całkiem dobrze w jego doznaniu naśladując ból. Młody uczeń jęczał i stękał, przy okazji nieźle się bawiąc, od czasu do czasu spoglądając na szeroko otwarte oczy starszego.
— Chyba złamałem łapę! To wszystko przez ciebie! Teraz już nigdy nie będę chodził normalnie i to twoja wina! — zawołał dramatycznie, opierając głowę na ściance dołu. Miał nadzieję, że staruch się na to nabierze i go wyciągnie, a gdy tylko znajdzie się znowu na powierzchni, zwieje do obozu, poskarżyć się Piaskowej Wydmie i Zimorodkowej Łapie. Plan idealny! Może nie był zbyt honorowy, ale nie miał zamiaru siedzieć w tej dziurze przez wieki!

< Szczawiowy Liściu? >

30 sierpnia 2020

Od Melona

W końcu wyzdrowiał. Parę ziółek, jedzenie i porządny odpoczynek wystarczyło, żeby pozbyć się tego okropnego choróbska. Miał już prawie pięć księżyców, jednak nie było to na tyle dużo, żeby według jakiegoś Lisiej Gwiazdy, więc z legowiska kocura który go leczył - Sokolego Skrzydła, został przeniesiony do innego miejsca. I jakie było zdziwienie malucha, gdy zobaczył znajomy pysk w środku. I to nie tylko Zimorodek tam mieszkał. Leże było pełne innych smarków, które pilnowały dwie duże kotki. Z początku wszyscy skupiali się na nim, co było całkiem miłe, jednak zaraz wszystko wróciło do ich normy, co tylko zmieszało kocura. Nie wiedział co się dzieje. Kociaki brykały wokół niego, krzyczały, piszczały, śmiały się i wydawały odgłosy, a te dwie kotki po prostu siedziały na swoich mchowych legowiskach, nie reagując prawie w ogóle! Nawet dawały się dotykać po brzuchu czy futrze, bez żadnych syków czy bicia. Kocur nie rozumiał tego wszystkiego. Jedna z królowych zwróciła uwagę na kremowego, siedzącego z zdziwionym wyrazem pyska gdzieś w kącie całego tego zamieszania.
— Wszystko dobrze, słonko? — zapytała łagodnie z perlistym uśmiechem. Melon zmarszczył brwi. Słonko? Czy to jakaś obelga? Jednak spokojny ton kotki nie wskazywał na to, żeby go obrażała. Czy ona też coś chciała od niego? Próbowała go omotać? Jeśli tak, nie miał zamiaru jej nawet opowiadać. Kocur jedynie odwrócił głowę, kładąc po sobie uszy. Kotka najwidoczniej zrozumiała jego mowę ciała i po prostu zostawiła syna Słonika w spokoju. Gdy ta się odsunęła wystarczająco, znowu zaczął się oglądać po żłobku. Dziwna ta sytuacja. Kocięta powinny siedzieć cicho, w miejscu, nic nie robiąc. Nie można było im nawet oddychać za głośno, tylko żeby nie zdenerwować rodzicielki, więc dlaczego te tutaj zachowywały się tak... dziko? Miał przynajmniej szczęście, że Zimorodek spał i nie zaczepia go non stop, teraz, gdy się tutaj wprowadził. Oprócz bicolora, widział też kociaki mniej więcej w swoim wieku i młodsze. Kremowy siedział tak chwilę, aż uczucie, że ktoś go obserwuje zaczęło go mocno denerwować. Melon zaczął się nerwowo rozglądać, aż natrafił na kolejnego niebieskiego kocura, który wlepiał w niego wściekłe, pomarańczowe oczy. Gdy pomarańczowooki zobaczył, że kremowy w końcu na niego patrzy, młodzik najeżył się cały i zaczął prychać w jego stronę.
— Wywalaj stąd, obrzydliwy przybłędo. Lisie łajno. — syknął wściekle kocurek, wyginając grzbiet w łuk. No, przynajmniej jeden normalny kot tu się trafił. Jednak kim on był, żeby mu rozkazywać? Melodyjką? Na pewno nie! Kremowy również przyjął bojową pozycję, strosząc futro na grzbiecie i wysuwając jasne pazurki.
— Pfff, a co mi zrobisz? — fuknął maluch. Nareszcie ktoś mówił jego językiem! Melon niezwykle ucieszył się na taki obrót sytuacji, co objawiło się w jedynie delikatnym uniesieniu kąciku ust.

< Meszku? >

Od Melona CD. Szczawiowego Liścia

Czemu w tym miejscu ciągle ktoś go budził. Nie można było dać mu się spokojnie wyspać? Najpierw ten mały grzdyl o imieniu Zimorodek, a teraz jeszcze ktoś nowy musiał mu przeszkadzać?
Gdy kocurek uniósł na niego zmęczony wzrok, Szczawiowy Liść upuścił na ziemię nornicę. — Klanie Gwiazdy, ale ty jesteś gruby! — wykrzyknął zaskoczony liliowy kocur, na co kremowy od razu się obudził. Gruby? Gruby?! Tylko siostra mogła go nazywać grubym! Kocur odwrócił na chwilę wzrok. Czy... czy wszystko było dobrze u Ryjówki i Muchy? Martwiły się o niego? Melodyjka i Słonik pewnie nawet nie zauważyli jego zniknięcia, ale siostry? Może poszły go szukać? W końcu nie było go już kilka dni, więc jego nieobecność powinna je chociaż zaniepokoić... powinien wrócić? Ale koty, które poznał tutaj wydawały się dużo lepsze niż jego rodzice... powinien je tu przyprowadzić? Ale nie wie, jak znaleźć ich norkę... kocurowi nagle zrobiło się przykro, że nie może pokazać kotkom tego innego świata. Podobałoby im się tu... Teraz nie mógł o tym myśleć. Co zrobił to zrobił i wyszło mu to na dobre. Jak już wyzdrowieje, wtedy będzie szukał rozwiązania.
Kocurek potrząsnął głową. Musiał skupić się na tym dziadzie co go tu właśnie obrażał. Dla innych jego sylwetka powinna być ideałem, a nie czymś, co szokuje! Poza tym, nie był taki bo dużo jadł! Jego dieta składała się głównie z resztek przecież! Jego tusza była zasługą tylko i wyłącznie jego mocnych i większych kości. Ale widząc głupi pysk starszego raczej nie będzie mógł mu tego wytłumaczyć. Kocur kątem oka spojrzał leżącą na ziemi pod łapami liliowego nornicę. Skoro ten ją upuścił to teraz on ją weźmie! Ha, zemsta! Chwycił zwierzątko na tyle szybko, na ile mógł i szybko zaciągnął pod swoje łapy. Specjalne polizał ją po grzbiecie, znakując jako swoją. Z uśmiechem na pyszczku miał zamiar zabrać się do spożywania piszczki.
— Możesz już iść, staruchu jeden. — odprawił liliowego skinieniem ogona, jeszcze zanim wziął pierwszy kęs.

< Szczawiowy Liściu? >

Od Melona CD. ZImorodka

— No chodź. Nie pożałujesz. — powiedział zachęcająco niebieski bicolor. Melon westchnął, widząc jak kocurek się odwraca w stronę wyjścia. Może jak za nim pójdzie to w końcu się odczepi? Ale z drugiej strony... był zaciekawiony tym całym fenomenem o którym powiedział mu mały grzdyl. No bo jak to byłoby możliwe? Przecież większe koty zawsze najpierw myślą o sobie, potem o kociakach takich jak Melon. Może Zimorodek coś sobie uroił? Pomimo niepewności, jaka pojawiła się w jego głowie poszedł za żółtookim. Cicho opuścili legowisko medyka i skierowali łapy do stosu ze zwierzyną. Był duży i dobrze widoczny. Jakiś wojownik akurat rzucał na niego jakiegoś ptaka.
— Widzisz? To nasze jedzenie — wskazał na to z dumą Zimorodek. Melonowi odebrało mowę. Z wpółotwartym pyszczkiem chwilę wpatrywał się w ten niewiarygodny widok. Przecież nie zjadł tyle przez całe swoje życie! 
— Żartujesz... — wypluł w końcu, nieśmiało podchodząc do stosu gdy w końcu kot upuszczający coś na niego zniknął. Dotknął ostrożnie łapką sporą mysz leżącą najbliżej. Poczuł jej miękkie futerko, zimną skórę i zapach mięsa dobiegający z górki zwierząt. Ten widok nie mógł być prawdziwy. Musiało mu się to śnić. Jeśli był prawdziwy, to dlaczego świat musiał być taki niesprawiedliwy. Dlaczego on się urodził nie mając nic, a ten mały nachalny głupek, co teraz stał obok niego z dziwnym uśmieszkiem na pysku miał to wszystko na wyciągnięcie łapy. Czemu on nie dostał tego, co on miał. Kremowy kocurek zacisnął zęby i najeżył się delikatnie na grzbiecie. Teraz to będzie jego! Wszystko! Zabierze to i przyniesie siostrom, jako wybawca! Zostanie wielkim, wspaniałym Melonem i wszyscy będą go wychwalali! W końcu będzie tak jak od zawsze powinno być! Kocurek wdrapał się pośpiesznie na stos ze zwierzyną i rozpłaszczył się na samym szczycie. 
— Teraz to wszystko jest MOJE! — zawołał głośno do Zimorodka, próbując objąć łapami wszystkie upolowane piszczki. Ha! Przejął zapasy tego dziwnego miejsca i nikt nie może już mu ich odebrać! Nie da się! 

< Zimorodku? >

27 sierpnia 2020

Od Melona CD. Zimorodka

— Jesteś taki małomówny — zauważył wyższy kocurek. — Nie martw się. Tu nic ci nie grozi! W ogóle skąd pochodzisz? Nie urodziłeś się z brzuszka ani z kwiatka, bo inaczej bym cię widział w żłobku. Nie musisz też się o nic martwić! Sokole Skrzydło to super zdolny medyk i ci pomoże — kiwnął głową. — No! Ja też ci z chęcią pomogę... — zawahał się na chwilę. 
— Chcesz coś do jedzenia? — w końcu zapytał Zimorodek. Melon przez ten cały jego wylew słów jedynie przewracał oczami i wzdychał ciężko. Czy ten dzieciak się nie zamykał? Nie wiem, może jak by go uderzył to by się uciszył? Inaczej chyba nie można uciszyć kociaków, prawda? Melodyjka zawsze używała takiej metody i działało, więc może na tego nachalnego grzdyla też zadziała? Wahał się, czy uciszyć malucha teraz czy później, aż zadał jedno magiczne pytanie - "Chcesz coś do jedzenia?". Jak to? Przecież ten dzieciak nie mógł polować lepiej od niego. I czemu miałby mu oferować coś, na co tak ciężko najpierw trzeba zapracować. Czy Zimorodek sobie z niego żartował?! A to mały, głupi smród. 
— Pfff, niby skąd miałbyś coś zdobyć? — zapytał podejrzliwie. — A jeśli nawet byś zdołał coś upolować to jesteś głupi żeby samemu tego nie zjeść... — fuknął Melon, marszcząc brwi. Zimorodek wpatrywał się w niego z głupim wyrazem pyska. Czego nie zrozumiał w jego prostej wypowiedzi? Kot, który dawał mu zioła nie wydawał się być przygłupem, więc dlaczego kolejnym, kogo poznał w tym dziwnym miejscu musiał być ten gadający non stop grzdyl z wąsami na uszach?
— Upolować? — miauknął w końcu niebieski, przekrzywiając łepek. — Przecież kociaki nie polują. Duzi wojownicy się tym zajmują!
Niby to, co Zimorodek mówił miało jakiś sens, bo jednak Słonik i Melodyjka polowali i przynosili im jedzenie, ale...
— Przecież duże koty nie przynoszą dużo jedzenia z polowań. — mruknął kremowy, prostując się. Żeby się najeść trzeba było samemu coś po tym złapać. Takie były normy, prawda?

< Zimorodku? >

22 sierpnia 2020

Od Melona CD. Zimorodka

Kocurek spał jakiś czas odkąd wziął poprzednią dawkę jakiegoś gorzkiego świństwa, które, o dziwo, działało. Dreszcze zaczęły mu przechodzić, nie czuł się już tak dziwnie jak w podróży, a problemy z wciąganiem powietrza do płuc zdawały się powoli znikać. A co za tym idzie - porządnie mógł nosem zbadać w przerwach pomiędzy odsypianiem choroby. Był w dziwnym miejscu w którym bardzo mocno pachniały roślinki, jednak nie takie, jak trawa czy inne chabazie, jakie znał. Wszystkie tutaj pozbierane zioła i inne medykamenty tworzyły intensywną, ciężką, jednak przyjemną dla Melona woń. Do jego wrażliwego nosa docierały też zapachy innych kotów. Niby wcześniej domyślał się, że nie chodzą sami po tym świecie, jednak pierwszy raz czuł kogoś innego niż starych i rodzeństwo. Właśnie... ciekawe, czy w ogóle zobaczyli że go nie ma od dłuższego czasu. Martwią się? W to szczerze wątpił. Nie potrafił sobie wyobrazić zmartwionej Melodyjki.
Pogrążony we śnie kremowy kocurek nagle poczuł lekkie uderzenie na głowie. Zaraz... Ryjówka? Ale... czy to wszystko co się stało wcześniej, to był sen? Nie, jego siostra uderzyła by mocniej, więc kto mógłby go teraz budzić? ten niebieski kocur co dał mu ziółka? 
— Hrrm? — zaspane ślepia kociaka spojrzały na jakiegoś kociaka.
— O rany! Jesteś kolejnym kotem! — zawołał. — Co ty tu robisz? Też jesteś z Klanu Wilka? Jestem Zimorodek, cześć. — przedstawił się. Melon skrzywił się, słysząc dziwnie przyjacielski ton nieznajomego. Coś od niego chciał? Coś wyłudzić? Albo zabrać? Kremowy nie widział innego powodu, czemu ten miałby się do niego w taki sposób zwracać. Słyszał, jak młody przybysz rozmawia z większym kotem, jednak niekoniecznie obchodziło go, o czym sobie gawędzą. Młody zaczął się porządnie rozglądać. Ostatnio poznawał to miejsce tylko narządem węchu, więc teraz była dobra okazja by to zmienić. Maluch wodził oczami po stosach ziółek, skalnych półkach i pustych legowiskach jakby przygotowanych na kogoś. Było tu całkiem ładnie. I tyle miejsca... tylko ten jeden kocur tu mieszka? Melon delikatnie poruszył się, wciąż zostając na swoim miejscu. Maluch poczuł, jak miękki mech otula jego grube ciałko. Nawet mech był tu miększy i zieleńszy niż w jego starej norce... Większy z niebieskich kotów podał mu kolejną dawkę ziół. Normalnie byłby bardzo podejrzliwy co do nieznajomego, jednak pomógł mu wcześniej, więc raczej go teraz nie otruje, prawda? Poczuł, jak mniejszy z zainteresowaniem wlepia w niego swoje żółte ślepia.
— Jak się nazywasz? — zapytał, kiedy syn Melodyjki przełknął medykamenty.
— Czego chcesz? — fuknął cicho kocurek, patrząc na bicolora spod zmarszczonych brwi. Nie podobało mu się jego zachowanie.
— Jak to czego? Poznać cię! — zamruczał radośnie młody z uśmiechem na pyszczku.
— Poznać...? Niby czemu? — srebrny uniósł jedną brew, posyłając mu zdziwione spojrzenie. Nie rozumiał tej całej sytuacji. Jak ten coś chciał to powinien mu to powiedzieć w twarz, a nie chować się za "poznawaniem". Czy wszyscy obcy byli tacy dziwni?
— Tak po prostu. Z ciekawości, kim jesteś. — miauknął, a z jego pyszczka nadal nie schodził jasny uśmiech. Pręgowany klasycznie kociak westchnął ciężko, przewidując, że mały grzdyl się łatwo nie odczepi.
— Melon. — odpowiedział lakonicznie, mając nadzieję, że to wszystko, o co będzie go wypytywał prawdopodobnie jego rówieśnik. — To... czego jeszcze chcesz... — jak mu tam było? — Zimoziole?

< Zimorodku? >



21 sierpnia 2020

Od Melona CD. Melodyjki

Maluch po nieudanej próbie złapania myszy nie zamierzał się tak łatwo poddać. W końcu powiedział starej, że pójdzie i coś złapie, więc nie mógł tak szybko tego zostawić. Wytarł z pyszczka ziemię, otrzepał się z piasku i postanowił poszukać drugiej zdobyczy w innym kierunku. Młodzik pomalutku napierający do przodu nie wyczuł żadnego zapachu w pobliżu. Wszystko od niego uciekło? Może powinien chodzić troszkę ciszej? Melon odwrócił się na chwilę w inną stronę, gdy usłyszał dobiegający stamtąd cichutki dźwięk. Nagle, ktoś niespodziewanie wyskoczył na niego z ukrycia z okrzykiem pełnym furii. Maluch widząc, co się dzieje, próbował uciekać, jednak przez nieporadne nie mógł nic zrobić. Był zbyt przestraszony żeby usłyszeć gdzieś z tyłu protesty Słonika. Przednią łapą Melodyjka przycisnęła syna do ziemi, sycząc mu prosto do ucha. 
— Ładnie to tak cwaniaku, myśleć, że jesteś w stanie zrobić samodzielnie cokolwiek? Nie widzisz, że to tylko i wyłącznie dzięki mojej i Słonika szczodrości jeszcze żyjesz? Równie dobrze mogłam cię już dawno zabić, ale zamiast tego znoszę twoją obrzydliwą obecność każdego dnia i jeszcze się tobą zajmuję. Następnym więc razem ładnie podziękuj za posiłek, a nie jeszcze domagaj się więcej! — Melon z przerażeniem obserwował jej pysk spod jej łapy. Był okropny. A jej słowa były jeszcze gorsze. Bolały. Mogłaby go zabić? Maluch zaczął drżeć, a zaraz po tym się szarpać, by wyrwać się spod trzymającej go łapy Melodyjki. Kotka widząc, jak jej dzieciak się szamocze dopiero po chwili lekko ją uniosła. Melon szybko się wyślizną, a ze łzami w oczach próbował znaleźć jakieś miejsce, gdzie matka go nie znajdzie. Kocurek zaczął biec w stronę Słonika, mając nadzieję, że chociaż ten mu nic nie zrobi.
— Wracaj tutaj, mały grzdylu, jeszcze nie skończyłam. — zawołała szylkreta, odwracając się w stronę syna i przyjaciela. Maluch otworzył szerzej oczy ze strachem i w paru susach znalazł się pod nogami srebrnego ojca. Młody próbował ukryć się za jedną z jego łap. Widząc, jak Melodyjka wściekle maszeruje w jego stronę, po jego policzku spłynęła jedna łezka. Nie chciał żeby na niego krzyczała! Naprawdę się przestraszył jak na niego skoczyła i syczała zdenerwowana. Może Słonik go obroni? Chociaż troszeczkę? Z przytłoczenia całą sytuacją młodzik nie mógł wydusić z siebie żadnego porządnego zdania.

< Melodyjko? Sry za gniota, możesz dać skipa po tym^^ >

Od Melona

Kremowy srebrny kocurek czuł się coraz gorzej. Kaszel coraz częściej wstrząsał jego niewielkim ciałkiem, przerywając rozmowy w dzień czy ciszę w nocy. Duszności nie ustawały, a z każdym wschodem słońca ciężej mu było brać głębokie, uspokajające wdechy. Też ten delikatny ból, który maluch poczuł tamtej nocy kiedy to się zaczęło, narastał, powodując jedynie zmęczenie, dyskomfort i niepokój. Przez to wszystko maluch nie miał zupełnie humoru przez kolejne dni. Próbował jakoś zakomunikować to Melodyjce albo Słonikowi, jednak ta jedna reagowała poddenerwowaniem jego marudzeniem, a potem ignorancją, a Słonik? Ku zdziwieniu Melonika nawet trochę się przejął. Chociaż z początku marudził i był zły na sytuację, a jego rada była na początku taka sama jak Melodyjki, tzn: "Prześpij się i pewnie przejdzie", to z czasem widząc, że maluchowi się nie poprawia mruczał pod nosem jakieś dziwne nazwy, najwidoczniej szukają rozwiązania, co było... dziwne. Jego ojciec, Słonik, który był tak rozdrażniony sytuacją z wpadką, teraz próbował mu jakoś pomóc? I nawet się wyglądało, jakby się przejął? Melonik leżał w kącie, obserwując znów wychodzących z legowiska rodziców, najwidoczniej ignorując jego trudną sytuację. Z bólem w piesi (raczej spowodowanym chorobą niż jakimiś uczuciami) i zmarszczonymi brwiami, obserwował, jak ci jeszcze zanim wyszli, zaczęli się kłócić przed wyjściem. Nie mógł wyłapać wszystkiego, gdyż był za daleko, jednak pojedyncze słowa znalazły dojście do jego uszu.
— Ej... Melonem? Bo... coś... jest... Trochę poleży... przejdzie...nie? Nie przesadzaj... — glosy Melodyjki i Słonika mieszały się nawzajem. Melon jednak trochę zaciekawiony, przysunął się bliżej, żeby móc lepiej podsłuchać, co mówią.
— Przecież jak byliśmy młodsi to też zdarzył się nam jakiś kaszel i nic nam nie było. — mruknęła szylkreta, waląc ogonem o ziemię. 
— No ale jeśli to coś poważniejszego? I zrobi się tylko bardziej chory? Głupio by było, gdyby zdechł. — westchnął Słonik, próbując jakoś przekonać Melodyjkę do zostania w norce. Melon byłby zadowolony, gdyby rodzice z nim zostali i jakoś by mu pomogli, bo perspektywa wyleczenia męczących objawów choroby i dawanie mu atencji bardzo dobrze wyglądała w jego oczach. Jednak nie mogło być tak kolorowo, prawda?
— Mówiłam, nie przesadzaj. — fuknęła Melodyjka, strosząc futro. — Nic mu nie będzie. A teraz idziemy.
Melon usłyszał, jak Słonik wzdycha ciężko, po czym cienie, jakie rzucały sylwetki rodziców zniknęły mu z oczu. W jednej chwili chyba pierwszy raz od dawna zrobiło mu się przykro. Był chory, źle się czuł, a osoby, które powinny się nim zająć od tak wyszły, zostawiając go samego? A jeśli zrobi mu się gorzej? A jeśli, tak jak Słonik powiedział, weźmie i "zdechnie"? Melonik zacisnął zęby, próbując powstrzymać napływające do brązowych ślepi. Przetarł je szybko tłustą łapką, żeby szybko się ich pozbyć. Głupi rodzice. Nigdy się nimi porządnie nie zajmowali, ale teraz to była przesada. Szybko jego smutek zmienił się w gniew. Szybko uznał, że jeśli oni mu nie pomogą, to sam to zrobi.  Kremowy wstał i rozejrzał się po już i tak ciasnej jak na piątkę kotów norkę. Jego siostry spały jeszcze, ułożone tyłem do siebie. Nie chciał ich zostawiać, ale teraz, dla Melona, ważniejszy był on sam. Kocurek powoli skierował się w stronę wyjścia, jednak stanął, jeszcze raz próbując przemyśleć sytuację. W myśleniu jednak przeszkadzał mu nierówny, ciężki oddech i kujący ból w płucach. Nie było czasu zwlekać. Im szybciej pozbędzie się choróbstwa tym lepiej. Melon wyszedł z miejsca, gdzie mieszkała jego pokręcona rodzina i skierował się w tylko sobie znaną stronę. Nie był nawet pewien, gdzie powinien iść. 

***

Błąkał się już jakiś czas po nieznanych terenach, nie wiedząc nawet, za czym się rozgląda. Niebo niedawno przykryła ciemna płachta nocy, upstrzona od spodu leniwie migoczącymi gwiazdami. Było wyjątkowo ciemno, bo księżyc był prawie niewidoczny, nawet jeśli nieboskłon był ozdobiony jedynie paroma ciemnymi chmurami. Był strasznie zmęczony, gdyby tylko mógł gdzieś przysiąść i odpocząć... jego płuca jednak nie dawały mu takiej możliwości. Nawet jeśli znalazłby jakąś małą norkę, gdzie mógłby się schować przed niebezpieczeństwem, to nie miałby szans zasnąć czy w spokoju poleżeć, bo ból w płucach był coraz gorszy, a przez problemy z oddychaniem ledwo mógł dostarczyć sobie odpowiedniej ilości powietrza żeby normalnie funkcjonować. Maluch dyszał ciężko, przechodząc kolejny kawałek. Jak daleko już był? Gdzie był? Czy był to czyiś teren? Może ktoś nagle przyjdzie i mu pomoże? Jednak jedynym dźwiękiem, jaki dopływał do jego uszu, był cichy szelest liści poruszanych delikatnym wiatrem. Może wróciłby do norki Melodyjki i Słonika? Nie, i tak będą go ignorować, z resztą jak zwykle... 
Melonik człapał tak przed siebie, aż w końcu wzeszło słońce. W połowie drogi to tego momentu zaczęła go boleć głowa, było mu ciepło i gorąco za jednym razem, a całe jego ciało zaczęło drżeć niekontrolowanie. Tak bardzo źle się czuł... Melon zaczął się słaniać na nogach. Robiło mu się coraz słabiej. 
Próbował wziąć porządny oddech, jednak jego drogi oddechowe nie chciały normalnie działać.
Jego trzęsące się łapy zaczęły odmawiać posłuszeństwa. 
W końcu, po dwóch kolejnych krokach, młody runął na ziemię. 
Odpocznie tu sobie chwilkę... tylko chwilkę... Do jego uszu dobiegł dziwny, nieznajomy głos, jednak nie mógł usłyszeć żadnego logicznego zdania. Ktoś był blisko... jednak kremowy nie miał już siły podnieść głowy, by spojrzeć na przybysza. Niedługo po tym wszystko wokół niego opanowała ciemność.

< Łabędzi Plusku? >

Od Melona

Minęło parę wschodów słońca odkąd młody uznał, że pobawi się w deszczu. Fajnie było obserwować taniec kropel wody z nieba, które spadały w różnym tempie na jego sierść. Było to takie miłe uczucie po fali gorąca, jakie przyniosła pora zielonych liści. I chociaż z początku myślał, że nic się nie stało chociaż Melodyjka nastraszyła go chorobami, to od tego poranku zaczął czuć się... dziwnie. Budził się z głuchym kaszlem wydobywającym się z jego płuc, a samo oddychanie, coś tak prostego i naturalnego dla wszystkich żyjących istot, sprawiało mu problemy od obudzenia się, co nastąpiło w nocy, co nieco zdenerwowało śpiącą niedaleko Melodyjkę.
— Czego? — warknęła, najwidoczniej słysząc, jak maluch się wierci nie wiedząc, co się dzieje z jego organizmem.
— Źle się czuję... — miauknął w końcu, marszczą brwi. Dziwnie było mu się do tego przyznać... przecież był taki pewny, że nic mu się nie mogło stać. Bo niby jak? Deszcz nie był przecież trujący. Melodyjka westchnęła ciężko, słysząc niespokojny i nierówny oddech syna.
— Ygh... idź spać, może ci przejdzie. — mruknęła znudzonym tonem szylkreta, kładąc łeb na łapach. Maluch otworzył szerzej oczy, poruszając niespokojnie wąsikami. Jak to - MOŻE? Czyli była możliwość, że zostanie mu tak do końca życia? Poczuł, jak fala niepokoju zalewa jego małe, grube ciałko. Fałdki tłuszczu na jego karku zatrzęsły się delikatnie, gdy maluch próbował się przekręcić tak, żeby lepiej mu się oddychało. Jednak żadna pozycja nie pomagała. Jak miał tak zasnąć? Maluch siedział tak, z trudem nabierając kolejne oddechy, mając nadzieję, że coś go uśpi. Melon zaczął wsłuchiwać się w rytmiczne oddechy rodziny spokojnie śpiącej w już nieco ciasnej norce. Może jego oddech też się uspokoi jak się w nie zasłucha? W końcu maluch, ułożony do snu przez ciche dźwięki wydawane przez siostry i rodzicieli oraz ciężkie powieki, położył się i zamknął oczy. Męczony problemami z oddechem i delikatnym bólem pojawiającym się w piersi, kocurek spał niespokojnie, by rano obudzić się w jeszcze gorszym stanie.

20 sierpnia 2020

Od Melona CD. Ryjówki

— Ni, snajdiemy cios lepsego. — miauknął jedyny kocurek.
Najstarsza poruszyła wąsikami, dopiero po pewnej chwili, wydając z siebie ciche westchnięcie.
— Niby co, modlalo? — mruknęła. 
— Siama jeses modlala. Jak niby mamy se nalesc mofylkami? Fuj. — miauknął oburzony Melonik. Że też Ryjówka mogła wpaść na taki pomysł. Czasem widział, jak łapała te małe skrzydlate potworki, ale nie wyobrażał sobie, żeby mieć takie motylki w brzuchu. A gdyby ożyły? Chociaż... może wtedy mogłyby unieść kota od środka i można by było latać? Nie, motyle są za małe na to. 
— To ftedy cio? — szylkretka wyrwała go z przemyśleń. Malon zamrugał parę razy zdziwiony jej pytaniem. Musieli znaleźć coś, co mogli by zjeść i się najeść. Nie mogli wiecznie patrzeć na zasadę "przynajmniej nie umrą z głodu". Skoro już wyszli z norki to musieli znaleźć coś dobrego!
— Mmm... posukajmy myse! — zawołał w końcu, rozglądając się na około. Skoro kociaki zostawiały ślady to może jedzenie też?
— Jak? — zapytała po chwili Ryjówka, zaginając go tym pytaniem. Nie mógł zaleźć żadnego tropu na ziemi wokoło, co trochę wytrąciło go z dobrego humoru. Czemu myszy nie mogły do nich przychodzić i pchać się prosto do pyszczków? Życie byłoby o wiele łatwiejsze gdyby tak było! Zanim gruby Melonik jednak zdążył odpowiedzieć, trójka kociąt usłyszała cichy trzask w pobliskich krzakach. Maluchy zaalarmowane szybko spojrzały w tą stronę, czekając na rozwój wydarzeń. Niedługo po tym z roślinki zaczął się wyłaniać kolczasty... tyłek? Chociaż był wysokości kociaków, to nie przypominał Melonowi jego sióstr. Niedługo to coś wylazło całkowicie, a jego pyszczek był schowany pod zielonym liściem, który uniemożliwił zwierzęciu widzenie. 
— Cio to? — szepnął kremowy, przybliżając się do rodzeństwa. Pierwszy raz widział takie stworzenie. Na grzbiecie miało ciernie, było brązowe i mniej więcej ich wielkości. Ale grubsze. Nawet szersze niż jego brzuszek! A on, według Muchy i Ryjówki, był naprawdę szeroki!
— Nie fiem... — miauknęła cicho szylkreta, jeżąc futerko na grzbiecie i karku. Melonik szybko poszedł jej śladami i zaraz trójka kociaków stroszyła się i wyginała grzbiety w łuki. Kremowy kocurek otworzył szerzej oczy, gdy to coś, co stało przed nimi zrzuciło liścia, ukazując swój śmieszny, długaśny pyszczek. Jednak zaraz po tym, gdy zwierz ich zobaczył, w uderzeniu serca zwinął się w kulkę i zaczął głośno fukać. Kocięta delikatnie wystraszone nowym stworzeniem cofnęły się, wciąż obserwując przybysza.
— To potfól. — stwierdził w końcu Melon na głos.

< Ryjówko? >

Od Melona

Pora Zielonych Liści była całkiem przyjemną porą życia kociąt, przynajmniej według postrzegania świata Melonika. Rodzice przynosili częściej, ale wciąż rzadko mięsko do jedzenia, wielki oślepiający krąg wędrujący codziennie po niebie grzał miło ich grzbieciki gdy wychodzili z norki,a delikatne podmuchy wiatru dawały miłe uczucie ukojenia gdy zrobiło im się za ciepło. Całkiem miła pogoda, prawda? Melodyjka i Słonik nawet zaczęli im pozwalać, a raczej zaczęło ich mniej obchodzić to, czy dzieciaki wyłażą na dwór czy nie. I tak zawsze po chwili wracali.
Melon uśmiechał się pod nosem, oglądając swoje piękne oblicze w wyjątkowo jasnej tafli kałuży deszczu, który napadł tutaj wieczorem. Rzadko się tak widział. Szczególnie mordkę. A szkoda. Była taka ładna - okrągłe, jasne policzki delikatnie pomalowane ciemniejszym odcieniem koloru piasku. Jednak sporo brudu uzbierało się na jego pyszczku, co delikatnie zmatowiło jego sierść, która przecież powinna lśnić... może powinien się wyczyścić żeby wrócić do dawnego blasku? Teraz jednak skupił się podziwianiu innej części pyszczka. Mianowicie -nie za długie, białe, błyszczące wąsiska, mieniące się w promieniach słońca. I jeszcze nie mógł zapomnieć o dużych, ładnych orzechowych oczach, śmiejących się do niego. Maluch obserwując swoje odbicie doszedł do jednego, znanego już dawno przez siebie wniosku - ładny był. Był jednak zadowolony, że znalazł tą kałużę. Były takie pożyteczne. Można było się z nich napić, albo pooglądać siebie. Wczorajszym wieczorem padało, a Melon tak się ucieszył, że z nieba spadła świeża woda postanowił wyjść na dwór i nacieszyć się mokrością deszczu. Spowodowało to niezbyt radosną czy miłą pogawędkę z wkurzoną głupim zachowaniem dzieciaka Melodyjką. Nakrzyczała na niego za to, że poszedł się pobawić w kroplach deszczu! Powiedziała coś, że mógłby być po tym chory, co byłoby tylko bólem na ogonie, ale przecież minęła noc i nic się z nim złego nie działo! A nawet jeśli miałby zachorować, to przecież zaraz sam by się wyleczył. Prawda?

Od Melona

Melon przyglądał się, jak rodzice wychodzą z ich małej norki. Ostatnio często wychodzili. Bardzo często. Z jednej strony cieszył się, że nie musi oglądać głupich pysków ich starych, ale z drugiej... coś było dziwnego w tej sytuacji. Czy wszyscy rodzice tak zostawiają swoje dzieci? I tak na nie krzyczeli? Może nie ma innej możliwości? Nie, to nie mogła być prawda. Przecież jego wspaniałej osobie należała się uwaga! Szczególnie od matki i ojca! Melon spojrzał na siostry, które chyba już się przyzwyczaiły do takiego obrotu wydarzeń. Melon westchnął cicho, po czym podszedł do kotek, które zajmowały się właśnie jakimś robalem wijącym się na ziemi. 
— Co robicie? — zapytał znudzonym tonem, marszcząc brwi. 
— Oglądamy to coś. — miauknęła skupiona Ryjówka. — Nie wygląda jak biedronki czy inne świerszcze. 
— Może to mucha? — kocurek uśmiechnął się delikatnie, zachwycony swoim żartem. Mało brakowało, a sam by parsknął śmiechem przez wypowiedziane zdanie. 
— Melonoon! — zdenerwowana czarna kotka pacnęła go po głowie, sycząc cicho.
— No co? Widziałaś się kiedyś w kałuży? — syknął Melonik, odsunąwszy się od Muchy. Jego siostra nie wyglądała na zadowoloną z jego utarczek, co ukazywało się w jej zmarszczonym nosku i brwiach oraz brązowych ślepiach, w których błyskały wściekłe ogniki. Ta miała już skoczyć na brata, jednak Ryjówka uniosła nagle ogon i pisnęła cicho, co powstrzymało kociaki przed walką.
— Patrzcie! Znika! — obruszyła się szylkreta, otwierając szerzej oczy. Melon przepchnął się przed Muchę, by na własne oczy sprawdzić prawdziwość słowa siostry. Robal rzeczywiście znikał! Powoli jakby... tonął w gruncie?!
— Ej, a co jeśli się udusi pod ziemią? — mruknął zmieszany. Niby to zwykły robak, ale w sumie dziwnie by było oglądać jak to coś powoli topi się w czymś, po czym chodzili. 
— Wyciągnijmy go wtedy. — Mucha wzruszyła ramionami obojętnie. Melon skinął głową i chwycił w zęby końcówkę różowej, żywej łodygi która jeszcze nie zniknęła i pociągnął delikatnie. Powoli wyłaziło. Kremowy kocurek pociągnął mocniej, jednak przypadkiem zagryzł mocniej szczęki i... roabl się przepołowił. Wypluł szybko co miał w pysku, widząc, jak reszta się odrywa. 
— FUUUUJ! — zawołała Mucha. Przerażony Melon cofnął się parę kroków, obserwując, jak porwany robal znów zaczyna się wić.
— Yhhhhhh, to się nadal wierci... — miauknął obrzydzony. Zaraz... ON TRZYMAŁ TO W PYSKU. Młodemu nagle zebrało się na wymioty. A co jeśli ma tam jeszcze kawałek tego dziwnego czegoś?! Albo część przylepiła się do jego pięknych kłów? Najpierw pojawił się odruch wymiotny, a widząc, jak robal nadal się wije i myśl, że dotykał tego czegoś pyskiem czy zębami, jego śniadanie niedługo po tym znalazło się na ziemi obok. Na szczęście w zawartości jego żołądka czy przełyku nie znajdowało się nic takiego, co przypomniało obrzydliwego robaka. 

19 sierpnia 2020

Od Melona

Melonik dzielnie maszerował przed siebie, stawiając powoli łapkę za łapką, wciąż uważając, żeby nigdzie nimi nie zahaczyć i nie zaorać pyskiem w zieloną, jednak wysuszającą się trawę. Nie interesowało go teraz, jak zmieniają się pory roku, jak latają biedronki i inne owady, czy jak spacerują mrówki po ziemi. Owszem, może i aktualna pogoda była ładna - słoneczko grzało jego kremowy grzbiecik w przyjemny sposób, kępki trawy łaskotały poduszeczki jego łap, a letni wietrzyk przynosił mu pod nosek ładne zapachy, śmiesznie drażniąc jego delikatny nosek. I chociaż to wszystko dawało mu przyjemność, i to niemałą, to teraz skoncentrowany był na jednej z tych rzeczy. Jego zmyśle węchu i woniach, jakie do niego przylatywały. Kiedyś podsłuchując Melodyjkę udało mu się podłapać, że żeby coś upolować, musiałeś używać nosa. Więc to robił. Wąchał powietrze, wciągając coraz więcej mieszanych zapachów. Docierała do niego woń suchego piasku, rozdrapanej kory drzewa, mchu pod łapami, świeżych liści i w końcu najważniejsza i najbardziej wyczekiwana - jakiegoś mięska. Zastrzygł uszami, szukając dźwięków, jakie mogło wydać. Może jakieś piski? Albo szuranie o ziemię? Melon dreptał w szybkim tempie w stronę źródła zapaszku, który tak przyjemnie drażnił jego nos i prowadził coraz bliżej siebie. Zanim jednak dotarł do prawdopodobnie myszki czy jakiegoś innego gryzonia, uznał, że trzeba zawiadomić resztę ekipy. Podreptał do sióstr w taki sposób, żeby nie stracić woni przyszłego pożywienia.
— Ryjówka! Mucha! — zawołał jak najciszej mógł jednak na tyle głośno, by przyczajone w krzakach siostry go usłyszały. — Znalazłem!
— Dobra! Idziemy! — miauknęła entuzjastycznie uradowana Muszka.
Trójka kociaków poszła za tropem i niedługo dotarli do małej myszy, siedzącej gdzieś przy kamieniu i czyszczącej pyszczek. Dzieciaki przyczaiły się znowu za drzewem, by obmyślić strategię. Szybko uzgodnili, że Ryjówka zaatakuje pierwsza, a jeśli się jej nie uda - Mucha jej pomoże. Plan idealny! Maluchy zgrabnie wzięły się za wykonanie i tym razem na szczęście obyło się bez kłótni. Byli zbyt skupieni na celu, żeby teraz przerywać!
— Idę! — oznajmiła szylkreta, wyskakując na przyszłą ofiarę. Melonik obserwował to wszystko z szeroko otwartymi oczami i niedomkniętym pyszczkiem. Jego siostry były takie czadowe! Oczywiście, nie tak jak on, ale były sto razy lepsze niż głupi rodzice! Kocurek w ukryciu mógł teraz im jedynie kibicować. Nie chciał przeszkadzać im po tym, jak w krótkim, okropnym wyścigu uświadomiły mu, że jest troszkę wolniejszy niż one. Ale tylko troszkę! Kremowy kociak przebierał nogami niecierpliwie, mając nadzieję, że siostrom uda się złapać tego małego gryzonia. Był głodny, co dosyć głośno oznajmiał jego jasny brzuszek. Gdy usłyszał pisk myszy, nastawił zaciekawiony uszu.
— I co?! Macie? — zawołał, wychodząc zza pnia. Nie potrzebował usłyszeć odpowiedzi od sióstr, gdyż jego oczom ukazał się naprawdę radujący widok. Kotki złapały mysz! Czyli podglądanie rodziców na polowaniu jakiś czas temu się opłaciło! Idealnym uczczeniem tego zwycięstwa było spałaszowane piszczki zaraz na miejscu. Równo się najpierw podzielili zwierzątkiem, a potem Melon szybko zabrał się do jedzenia. Smakowała tak dobrze! Dużo lepiej, niż cokolwiek, co przynosili im rodzice. Może gdyby nauczyli się wszyscy lepiej polować, to mogliby zostawić głupich starych i radzić sobie sami? Może wtedy wszystko smakowało by lepiej?

12 sierpnia 2020

Od Melona

Kiedy Melodyjka i Słonik zostawili ich samych rano, na pytanie "kiedy wrócicie?" kotka odpowiedziała "nie wasza sprawa, nie zdechnijcie tylko do tego czasu.", a srebrny kocur mruknął coś tylko pod nosem. Gdy wybyli z norki, która była ich tymczasowym domkiem, maluchy upewniwszy się, że ci zaraz nie zawrócą wymyśliły misterny planik, który miał być ich przepustką do napełnienia burczących brzuchów. Czas zacząć tą akcję konspirację! Kremowy kocur zgarnął zaraz dwie siostrzyczki i usiedli w kółku, by jeszcze raz obgadać szczegóły ich misji.
— Melon, ty musisz ogarnąć, gdzie znajdziemy coś do jedzenia. Mówiłeś, że usłyszałeś od wielkiej pani jak to robić, nie? Poradzisz sobie? — szepnęła Ryjówka, popychając delikatnie grubego kocurka. Młody uśmiechnął się zawadiacko i lekko wyprostował, co z połączeniu z jego tuszą stworzyło fałd skóry na jego karku. Trzeba przyznać, że maluch w tej pozycji wyglądał dosyć komicznie, więc nic dziwnego, że prędzej czy póżniej Mucha siedząca blisko prychnęła ze śmiechu, opluwajac przy tym Ryjówkę.
— Muchaaaa! Fuj! — zawołała oburzona szylkreta, zmywając łapą ślinę z mordki.
— To nie moja wina! To przez Melona! — parsknęła obronnie Mucha, zrzucając winę na brata. Melonik obrócił się w jej stronę, bombardując swoją niezadowoloną miną czarnulkę.
— Wcale nie! Ja nie sprawiam wytrysków śliny na siostry! — krzyknął kocurek, unosząc futerko na karku. —To by było okropne!
— Ale jesteś!
— Co jestem?
— Ślinostkrywacz!
— Głupia! A, a ty jesteś ślinotokiem! — fuknął wściekły Melon, odsuwając się od siostry. A to wredna… Mucha. Nie wolno go obrażać! Srebrny kocurek wytknął kotce język. Ryjówka w końcu też zaczęła się denerwować i włączyła się do kłótni. Maluchy rzucały w siebie dziwnymi, jednak zmyślnymi wyzwiskami, aż w końcu, po prawie pół godziny Melonik miał dosyć. Bo co za głupie baby! Nie mogły się grzecznie dogadać? Co z tego, że jeszcze parę uderzeń serca temu sam brał udział w zawziętej dyskusji o ślinie. Teraz przecież nic nie robił, a to znaczy, że był niewinny!
— Dosyć! — krzyknął jedyny samczyk w towarzystwie, dokładając jeszcze do tego siłę swojej łapki, która niezgrabnie wylądowała najpierw na głowie Muchy, a potem Ryjówki. — Przecież mieliśmy iść coś jeść!
— Oh. — obie kotki odezwały się równocześnie, wciąż widocznie niezadowolone z obrotu sytuacji.
— Racja. — mruknęła Ryjówka cicho, marszcząc brwi.
— Dobra, to nie marnujmy więcej czasu i chodźmy. — podsumowała w końcu Mucha, przerywając ostatecznie ciszę między rodzeństwem.
— Melon, ty poszukasz nam żarcia, a my je złapiemy, bo ty jesteś za gruby. — miauknęła szybko szylkretka, powoli kierując się w stronę wyjścia z norki.
— Nie jestem aż taki gruby! Sam mógłbym złapać całego mysza! — oburzył się znowu Melonik, nadymając policzki. Przecież dzięki temu byłoby rzadziej zimno. No i miał więcejj siły!
— Idziemy!
Nie mógł w to uwierzyć. Został ZIGNOROWANY przez własna siostrę! Już miał wytargać ten mysi móżdżek za ucho, gdy znów odezwały się jego kiszki, mówiąc mu, żeby się pośpieszył i spałaszował coś dobrego.

09 sierpnia 2020

Od Melona

Był zły. Był zły na niedobrych starych, że poszli sami, nie zabrali ich, a do tego nie przynieśli ze sobą nic prócz nędznej myszy, którą niby dzieciaki miały się podzielić. Spojrzał spod byka na nich, cicho okazując swój gniew. W końcu nie wolno im było głośno się odzywać czy piszczeć, bo inaczej matka się wkurzała, a ojciec… po prostu stał obok, nieporuszony całą sytuacją. Melodyjka rzuciła niedbale piszczkę na ziemię, wzniecając nią trochę kurzu. Wzrok szylkrety powędrował krótko za rzucona zwierzyną i jak wcześniej pył opadł na pysku Melona.
— Czego? — warknęła, widząc jego krzywą minę. Melon się zjeżył, słysząc ton, z jakim odnosiła się do niego jego "matka". Tym razem nie miał zamiaru odpuścić i wyłudzić od niej czy Słonika dodatkową porcję dla niego i jego głodnych siostrzyczek.
— To nam nie salcy. Posebujemy wiecej… — bąknął w końcu, wskazując łapką na chudą zdobycz. Zły ruch. Melodyjka tylko szerzej otworzyła oczy i zanim Melonik zdążył się skapnąć co się dzieje czy odsunąć w porę dostał jej łapą po pyszczku, co przewróciło malucha który zaraz potem wylądował z cichym piskiem na gruncie.
— Macie szczęście, że w ogóle coś wam przynieśliśmy, niewdzięczne bachory! Jeśli chcecie jeść to idźcie sobie upolujcie, nieroby jedne. — fuknęła zaraz, a jej futro delikatnie się unosiło. Melonik nawet nie obdarzył jej swoim spojrzeniem, usłyszawszy jej słowa. Mogłaby im przynajmniej pokazać, jak to się robi to by poszli, a tak, gdy wszystko większe niż myszy jest większe od nich jak niby mają coś sobie złapać?
Głupi starzy.
Skoro tak bardzo nie ich nie lubili mogli sobie ich oszczędzić, a nie. Melonik miał wrażenie, że wszędzie byłoby mu lepiej niż tu. Wolałby kisić zadek w kociarni, z kochającą karmicielką i oddaną mu armią jego rówieśników, przez których byłby chwalony i podziwiany za samo oddychanie, aniżeli siedzieć tu i zwiedzać to, co było za norką jak Ryjówka. Teraz jednak zamiast myśleć o tym, jak byłoby mu dobrze gdzie indziej, Melon musiał się zastanowić, co odpowiedzieć starej albo czy w ogóle cokolwiek się odzywać, narażając drugi policzek na ból.
— A pólde… — mruknął w końcu, to do siebie to do Melodyjki i odwrócił się niezdarnie w stronelę wyjścia.

< Ktoś z rodzinki? >

07 sierpnia 2020

Od Melona CD. Ryjówki

Melon spał na tyle spokojnie na ile mógł sobie pozwolić, zwinięty w mały, tłusty kłębek i śnił, aż do czasu gdy poczuł nagle ból w jego tylnych okolicach. Obudził się nagle z piskiem i sykiem, rzucając ukąsicielowi pogardliwe i pełne wyrzutu spojrzenie. Okazało się, że to Ryjówka go użarła, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że on akurat chciał spać. No że też nie mogła się opanować!
— Sianiast spac, lepiej slub cos poszytecnego. — ofuknęła braciszka.
— A ty snianiast mnie slec powinas sama se sojoą sa-zaajoć! — zasyczał Melon, strosząc kremowe futerko. Był zły na siostrzyczkę za obudzenie go. W końcu miał taki piękny sen! Był tam uwielbiany przez wszystkich, był najedzony i wszyscy robili, co tylko chciał...
— No us sie je zosc! — Ryjówka wywróciła oczami, widząc zezłoszczone oblicze Melona. — Oć cos polobic zaim fielka pani wlóci!
Melon chociaż z początku walił grubym ogonkiem po ziemi, w końcu uznał, że denerwowanie się na siostrę nie było zbyt pożyteczną rzeczą. Ale co mogli sami robić, jak Melodyjka nie była w pobliżu? Mały, okrągły Melon jeszcze ledwo stawiał kroki bez przewracania się, więc jak niby miał zrobić "cos poszytecnego"? Ale cóż, dla malucha w tym czasie nie było nic niemożliwego! Dźwignął się w końcu na łapki i przy okazji uderzył szybko Muchę, żeby i ta się obudziła. W końcu nie będą na nią pracować. Leń jeden.
— Oć Mua, icmy cos jesc. — bąknął do siostry i ostrożnie, kroczek za chwiejnym kroczkiem przetransportował grube ciałko bliżej Ryjówki. — Iemy na polofanie.
— Polofanie? — szylkretowa kotka uniosła jedną ze swoich brewek, posyłając mu zdziwione spojrzenie.
— No to co lobi Slon i Melodyja jak fychodzo. — wytłumaczył dumne. Kiedyś podłapał od rodziców to słowo i był niezwykle rady z tego, że może je teraz powtórzyć siostrzyczce.

<Ryjówko? Sry za gniota;; >