↣⋅⭒✴︎⭒⋅↢
Parę księżycy temu…
Krople deszczu mieszały się z pieniącymi falami. Mokry piach kleił się do poduszek jej łap i futra na ogonie, który wlokła za sobą.
Zimna bryza wdzierała się pomiędzy kosmyki jej futra. Powłóczyła łapami wzdłuż linii brzegu; pora Opadających Liści chyliła się ku końcowi, tak jak słońce, majaczące pomarańczową plamą nisko na horyzoncie. Podniosła łeb, mrużąc oczy na blask ciepła pośród otaczającej wszystko słoty.
Od ataku wydr i włóczęgi, którą później według podsłuchanych słów okazała się Baśniowa Stokrotka, minęło już paręnaście wschodów słońca. Nastroje w obozie zdawały się wrócić do normy. Zmasakrowane kocię spędzało czas w lecznicy, na zmianę przysypiając i kwiląc przy uszach innych lokatorów, o czym przekonała się na własnej skórze, gdy Gąbczasta Perła rozkojarzonymi ruchami zmieniała opatrunek na jej piersi. Ciało Kijankowych Moczar zostało oczyszczone z krwi i pochowane. Mandarynkowa Gwiazda podniosła się po utracie życia i życie to toczyło się dalej.
Niepokój, który towarzyszył Werwie od zarania tej nocy, uczepił się jej jednak jak niemożliwa do strząśnięcia pajęcza sieć. Dni mijały w napiętej atmosferze, zawieszeniu, jak gdyby zmuszona była czekać na kolejną katastrofę. Ogarniała ją bezradność tak jak wtedy, gdy wpatrywała się w dogorywające Kijankowe Moczary. Owijała swoje pazury wokół jej gardła gdy wstawała o świcie, nadal zmęczona; gdy szukała zwierzyny u boku Lawendowej Rozkoszy, gdy patrzyła, jak Żmijowcowa Wić ze znużeniem wyciąga Narcyzową Łapę na kolejny trening.
Widok płomiennej tarczy słońca, chowającej się za rozjuszoną falą morza, skłaniał ją do zwolnienia kroku. Serce drgało za zabliźnioną piersią, niczym ciągnięte nicią babiego lata do ptaków szybujących na ciemniejącym niebie – tęskno spojrzała za ich opierzonymi sylwetkami, znikającymi za chmurami i górującymi w oddali klifami. Co się za nimi chowało? Co kryły za sobą granice Klanu Nocy? Czy historie o brutalnym świecie poza lasem i przecinającymi go rzekami były prawdą, czy jedynie bajką mającą skłonić koty do lojalności? Czy miało to jakiekolwiek znaczenie, jeżeli wśród ścian królestwa panował podobny chaos, maskowany jedynie otumanionym słowem władzy-
Ból rozszedł się wzdłuż jej łapy, od stopy aż po łokieć. Syknęła, stając w miejscu i unosząc kończynę; z zaciśniętym gardłem spojrzała na krew skapującą na piach.
Kawałek szkła, wbity głęboko w poduszkę, błysnął złowrogo w blednącym świetle. Śmiejąc się z niej. No tak, bo przecież nie powinna błądzić we własnej głowie, a patrzeć pod nogi.
Ulewa nasiliła się, uderzając ostrym rytmem o grzbiet i czubek jej głowy. Werwa położyła po sobie uszy, spoglądając kątem oka wgłąb terytoriów Nocniaków i z powrotem na łapę. Wcisnęła pazury w ziemię i, mrużąc oczy, zacisnęła zęby na obcym ciele.
Szarpnęła. Raz, i drugi, nieumiejętnie, aż chwyt poszarpanych brzegów szkła nie odpuścił. Zachwiała się z sykiem, plując na piach obok. Wzdrygnęła się. Łapa pulsowała w rytm bicia jej serca; niechętnie przejechała językiem po poduszce, pozbywając się krwawego śladu, po czym z grymasem na pysku postawiła ją na ziemi.
Rzuciła ostatnie spojrzenie na słońce, czerwone na tle granatu, i kuśtykając czmychnęła w stronę obozu.
↣⋅⭒✴︎⭒⋅↢
Jakiś czas później; zgromadzenie…
Nocna bryza przeciskała się między tłumem, szarpiąc futrami zgromadzonych. Siedziała pomiędzy jakimiś Wilczakami i Burzakiem, czy tam innym Klifiakiem, mając zamiar przesiedzieć pełnię na zadzie, nie mieszając się w żadne nieprzyjemne sytuacje. Poza tym, łapa, która nadal pulsowała bólem przy większym wysiłku, nie skłaniała jej do spacerów po wyspie.
I tak do tej pory robiła... Dopóki w jej grzbiet nie trafił kamień, wyrzucony z tłumu jak pocisk. Szarpnęła łbem, odwracając się... I napotkała wzrokiem młodego, ciemnofutrego ucznia, którego łapa dopiero opadała na ziemię po wykonaniu trafnego, ku jego nieszczęściu, rzutu.
— Ej! — zawołała, krzywiąc się. — Rzucaj w swoich, pokrako!
Młody Wilczak, jak wnioskowała po zapachu, uśmiechnął się i pokazał Werwie język. Prychnęła.
— Nie wytykaj języka, bo Ci mewa nasika!
— Mewy sikają tylko na rybojady, bo kradniecie im zwierzynę. Jesteście śmierdziuchy i tyle! — zaśmiał się uczniak, zakrywając pyszczek łapką. — Na ciebie ptak narobił jak byłaś kociakiem, dlatego masz biel na futrze. Nie doprałaś się.
Uchyliła pysk, próbując wydusić z siebie jakąś trafną odzywkę. Nie udało jej się.
— Prawdziwie gówniana sprawa — mruknęła w końcu, zrezygnowana, mierząc uczniaka spojrzeniem spod przymrużonych powiek. — Współczuję Twoim kolegom z legowiska, bo sam również urodą nie powalasz.
Wzruszył ramionami i zrobił głupią minę.
— Przynajmniej nie dostałem ptasim mleczkiem po pysku, że mi się nie zmyło. Też bym był zły na Twoim miejscu…
Wywróciła oczyma.
— Mhm. Ciebie też rodzice musieli przez łajno przeciągnąć-
Kamień przeleciał nad jej barkiem. Szarpnęła się w bok, krzywiąc się, gdy jej obolała łapa gwałtownie weszła w kontakt z twardą skałą. Spojrzała wściekle na śmiejącego się szczyla.
— Czy Ciebie posrało?!
Odpowiedzi nie uzyskała. Uczeń skupił się już na swojej kolejnej ofierze – starej Burzaczce, która już szarżowała na niego z grymasem na pysku.
— Przepraszam za mojego brata! — miauknął do niej za to drugi uczniak, który wyrósł z ziemi przed jej łapami, spoglądając na Werwę z uniesioną głową. — Niech sojuszniczka nie ma nam tego za złe!
Zerknęła na niego kątem oka. Zapchlone Wilczaki.
— Nie podlizuj się!
↣⋅⭒✴︎⭒⋅↢
Parę wschodów słońca temu…
tw: opisy ran
Posłanie Narcyzowej Łapy było nieziemsko miękkie pod jej policzkiem. I ciepłe.
A może to sam Narcyz? Niechętnie uchyliła ślipia, zamrugała, i napotkała kupę białego futra tuż pod jej nosem. Czyli kot, nie mech. Przeciągnęła się, wystawiając tylne łapy poza legowisko.
Kolejny monotonny poranek, w którym zostanie przydzielona do patrolu z kolejnymi kotami, które jej nie trawią. Kolejny dzień tej samej rutyny, kręcenia się bez celu po terytoriach i wyczekiwania, aż jej brat skończy trening. Rutyny, w której nie może nic zmienić.
Podniosła się z posłania, rozciągając z bólem zastałe mięśnie, i wysunęła łeb na zewnątrz. Słońce odbijało się od nieskazitelnego śniegu, pokrywającego każdy skrawek obozu; z sykiem zmrużyła ślipia, oślepiona. Wyszła na polankę, zapadając się w lodowatym puchu-
Ból unieruchomił jej łapę. Z gardła Werwy wyrwał się głuchy jęk, a jej ciało zachwiało się – zanurzyła się biodrem w śniegu i z trudem złapała równowagę.
Czysta biel nosiła teraz na sobie ślady krwi i żółtej ropy. Z gulą w gardle podniosła wyżej kończynę, łypiąc okiem na sączącą wilgocią ranę. Sama nie była pewna, dlaczego nie dała się obejrzeć któremuś z medyków; może nie chciała okazywać słabości, a może po prostu im nie ufała. Może przeliczyła swoje umiejętności w pozbyciu się cholernego szkła z łapy.
Skóra napinała się wokół zaczerwienionej szramy, płaczącej obrzydliwie wyglądającą ropą. Jak wnętrzności wylewające się z patroszonej ryby. Przełknęła ślinę i nieświadomie odsunęła łeb do tyłu, chyląc się przed widokiem, który sama sobie zafundowała-
— Narwana Gonitwo!
Głos Lawendowej Rozkoszy wybrzmiał tuż przy jej uchu. Gwałtownym ruchem odwróciła łapę i wcisnęła ją w śnieg, zaciskając zęby na języku. Było już jednak za późno.
Młodsza kocica pokręciła głową i przycisnęła się do jej boku.
— Werwo- Narwana, coś ty sobie zrobiła! — zalamentowała tuż przy jej głowie, chwytając wojowniczkę za zranioną łapę i unosząc ją z powrotem do góry. — Czy ty widzisz, jak to wygląda?
Zacisnęła ślipia.
— Jakbym nie widziała, to bym się nie krzywiła, co nie? — burknęła pod nosem, nieudolnie próbując wyrwać się z objęcia liliowej.
— Chodź, ja nie wiem, jak ty z tym możesz-
— No właśnie nie mogę!
Lawenda westchnęła i pociągnęła ją w kierunku legowiska medyków.
— To nie marudź jak kocię i daj się obejrzeć!
— Nie-
Łapa młodszej zdzieliła ją w ucho.
— Cicho! — zarządziła, bezceremonialnie popychając wojowniczkę. — Zaraz Ci ta łapa odpadnie.
Czując, że już nie wygra, niechętnie dała się zaprowadzić do lecznicy, podczas gdy Lawenda nic nie robiła sobie z jej pogardliwego warczenia. Powinna była zrobić to od razu. Teraz czekała na nią tylko zawiedziona mina Gąbczastej Perły i oceniające spojrzenie Niedźwiedziówkowego Pyłu, która, jak na jej nieszczęście, zadomowiła się u medyczki na dobre.
wyleczona: Narwana Gonitwa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz