Słonka pojawiła się przy swojej siostrze, która na jej widok zadarła łeb.
— Czemu mu cały czas dokuczasz? Ostatnio ta kulka mchu, a dzisiaj przesuwanie legowiska. Co ci to daje? — zapytała, a jej wibrysy zafalowały. Liliowa odpowiedziała wręcz od razu:
— Zawsze sobie dokuczaliśmy, nie pamiętasz? — miauknęła ze skonfundowaniem, wpatrując się w łaciaty pyszczek siostry. Szarawa pokręciła głową.
— Nie. To ty mu zawsze dokuczałaś, on jedynie próbował jakoś ci się odpłacić, ale nie robiłaś sobie z tego za wiele — uświadomiła jej, parokrotnie przejeżdżając językiem po piersi z zażenowania. — Nie widzisz, że mu się to nie podoba?
Jasna szylkretka zmarszczyła brwi, łapą grzebiąc coś teraz w legowisku.
— Do tej pory nie narzekał, skąd miałam wiedzieć? — zapytała z wyrzutem. — Zresztą ty i tak rzadko kiedy się z nami bawiłaś — westchnęła.
Słonkowa Łapa nie rozumiała, dlaczego Mysikrólik postanowiła o tym napomknąć.
— Co to ma do rzeczy? — zapytała, brzmiąc o wiele bardziej szorstko, niż zamierzała. — Po prostu nie chciałam brać udziału w waszych przepychankach. Dla mnie to głupie… — odparła, po czym westchnęła ciężko.
Właściwie nie do końca była to prawda. Nawet gdy ich zabawy wyglądały całkiem normalnie i polegały na rzucaniu mchem czy zabawie w berka, Słonka i tak raczej od nich stroniła. Po prostu nie lubiła wykonywać gwałtownych ruchów przy innych, obawiając się, że przypadkiem przesadzi i ktoś uzna ją za dziwną. Pewnie nie miało to większego sensu, bo przecież kto przejmowałby się tym, jak bardzo jakieś kocię bryka? Mimo to takie myśli towarzyszyły Słonce, gdy jeszcze przebywała w żłobku wraz z rodzeństwem.
— A dla mnie nie — odrzekła liliowa, ponownie się prostując.
Starsza spojrzała na nią ze zrezygnowaniem.
— No dobrze, ale nie każdy lubi, gdy się mu dokucza. Nawet jeśli nie robisz tego ze złymi zamiarami — stwierdziła Słonkowa Łapa. — Dlatego proszę cię, byś wreszcie oszczędziła naszego brata. Wystarczy, że stracił już łapę. Nie musisz sprawiać mu jeszcze większej przykrości — kontynuowała, obserwując, jak mina Mysikróliczej Łapy się zmienia.
Czy była zbyt ostra wobec siostry? Przecież szylkretka na pewno nie chciała wyrządzić Firletce żadnej krzywdy. Może nie powinna tak bardzo na nią naskakiwać? Niebieska nieznacznie cofnęła uszy, choć starała się nie wyglądać na niepewną.
— Może przestałabyś się w końcu zachowywać, jakby Firletka był teraz zupełnie innym kotem? Co z tego, że stracił łapę?! To nie znaczy, że mam go teraz traktować jak kruchego liścia! — upierała się liliowa.
Słonka uniosła jedną brew, a po chwili poczuła ucisk w sercu. Czyżby Mysikrólik swoim zachowaniem starała się sprawić, by niebieski poczuł się tak jak przed wypadkiem? Tak właściwie… na swój sposób było to całkiem urocze. Żółtooka przełknęła ślinę, wlepiając spojrzenie w łapy. Może Migoczący Nieboskłon miał rację, mówiąc, że nadawała się na protektora? Analizowanie zachowań innych przychodziło jej niekiedy z łatwością.
— No dobrze… W takim razie rób, co chcesz.
* * *
Po mianowaniu Mysikrólik
Słonkowa Łapa kroczyła u boku Jenociej Kufy, czując bijące od mentorki rozczarowanie i przygnębienie. Podczas mianowania Mysikróliczej Łapy, a teraz już Brykającego Mysikrólika, niebieska szylkretka stała bardzo blisko wojowniczki i uważnie obserwowała wyraz jej pyska, który zmieniał się z każdym kolejnym słowem wypowiedzianym przez Lśniącą Gwiazdę. Niewykluczone, że Jenot była nieco zirytowana na swoją uczennicę, ponieważ ta nie mianowała się wcześniej i pozwoliła siostrze wyprzedzić się w zdobyciu nowego tytułu.
Słonka zaś, odkąd tylko ceremonia dobiegła końca, zadręczała się myślą, że wciąż nie była odpowiednio wykwalifikowana, by wspiąć się szczebel wyżej w hierarchii. Jej mentorka tyle poświęcała, by dobrze ją wyszkolić, a ona… wciąż była niewystarczająca. Tylko dlaczego? Co powstrzymywało ją przed osiągnięciem odpowiedniego poziomu? Przecież nie była leniwa ani nie obijała się na treningach. Skupiała się na tym, co mówiła Jenocia Kufa, i starała się powtarzać każdy jej ruch z idealną precyzją. Może Lśniąca Gwiazda celowo nie dopuszczał do jej mianowania, by zrobić jej na złość? Nie… Nie mogła tak myśleć. Przecież cały świat nie był przeciwko niej, prawda? Skoro wciąż nie została wojowniczką, to najpewniej nie zasłużyła na tę rangę.
W pewnym momencie do nozdrzy Słonki dotarł zapach zwierzyny. Od razu uznała to za szansę, by pokazać mentorce, że całkiem dobrze radzi sobie z polowaniem. Postawiła uszy do góry i zerknęła na starszą kotkę.
— Też to czujesz? — zapytała cicho, jakby bała się, że Jenot zaraz na nią nakrzyczy. Może Słonka nie zrobiła jeszcze nic złego, ale mentorka roztaczała wokół siebie taką aurę, jaką chyba mogłaby roztaczać jedynie dusza przybyła prosto z Mrocznej Puszczy.
— Tak. Możesz zapolować — odparła beznamiętnie, na co szylkretka skinęła głową i zwolniła kroku, by rozejrzeć się wokół i odnaleźć źródło zapachu.
Wśród śniegu dostrzegła zarys sylwetki ptaka. Od razu zamarła w bezruchu, a serce niemal podeszło jej do gardła. Przecież… nie wolno jej było polować na ptaki! Trójoki Zając i Kukułczy Wdzięk stanowczo zabronili jej kiedykolwiek skrzywdzić którekolwiek z tych skrzydlatych stworzeń. A jednak Słonka czuła, że nie mogła teraz zawieść swojej mentorki. Przecież nie mogła wrócić do niej z pustymi łapami i powiedzieć, że zwierzyna jej uciekła albo co gorsza, przyznać się, że nie upolowała jej tylko dlatego, że rodzice coś jej wmówili. Tym bardziej że panowała obecnie Pora Nagich Drzew i każdy kęs był na wagę życia. Słonka nie potrafiła sobie wyobrazić, że któryś z Klifiaków miałby głodować tylko dlatego, że bała się skrzywdzić ptaka.
Właśnie dlatego przełknęła ślinę i postąpiła krok w stronę zwierzyny. Jej łapy drżały, a po grzbiecie przebiegł dreszcz. Co, jeśli jej rodzice dowiedzą się, że zabiła to święte zwierzę? Czy nakrzyczą na nią? A może każą jej już nigdy więcej nie pokazywać im się na oczy, skoro tak bardzo zlekceważyła ich słowa? Mimo tych wątpliwości uczennica kontynuowała skradanie się w stronę ptaka.
Gdy znalazła się wystarczająco blisko, napięła mięśnie łap. Nawet nie starała się zachować całkowitej ciszy, ponieważ po cichu liczyła na to, że ptak zauważy jej obecność i odleci, zanim zdąży go złapać. Tak się jednak nie stało. Słonce udało się odbić od podłoża i poszybować w stronę zwierzyny, którą następnie przygniotła łapą do śniegu. Ptak zaczął się szamotać, trzepocząc szaleńczo skrzydłami. Słonka na moment rozluźniła uścisk, wciąż mocno się wahając.
Co, jeśli jej ojciec lub matka byli właśnie na patrolu? Co, jeśli patrol zmierzał prosto w jej stronę i zaraz ktoś miałby nakryć ją na tym, jak krzywdzi to piękne stworzenie?
— Na co czekasz, Słonkowa Łapo?! — wydarła się z oddali Jenocia Kufa, która musiała się zatrzymać i zauważyć, jak jej uczennica wpatruje się w ptaka, zamiast go dobić.
Słysząc słowa mentorki, szylkretka niemal podskoczyła, a po chwili jakby odruchowo pochyliła się nad ptakiem i szybko wgryzła mu się w szyję. Jego skrzydła przestały dudnić o jej łapy, a głowa opadła bezwładnie na ziemię. Kotka szybko uniosła łapę, odsuwając się od martwego ciała. Otworzyła szeroko oczy, a jej źrenice zwęziły się do szerokości igieł.
“Nie… Nie… Co ja zrobiłam?” — pomyślała, kładąc po sobie uszy. Poczucie winy niemal natychmiast ją przygniotło, biorąc w swoje szpony. Patrząc na martwe ciało ptaka, Słonce zrobiło się niedobrze.
— Pospiesz się! Musimy odbyć trening, jeśli chcesz w ogóle kiedykolwiek dorównać swojej siostrze — rzuciła Jenocia Kufa, ruszając w stronę uczennicy. — Nie mogę uwierzyć, że nie zostałaś mianowana jako pierwsza! — dodała, najwyraźniej nie mogąc już dłużej tłumić swojej frustracji. — Tyle poświęciłam, by cię wyszkolić, a ty wciąż nie nadajesz się na wojowniczkę! To doprawdy… upokarzające — ciągnęła, jeszcze bardziej dobijając szylkretkę.
W końcu w oczach szarawej kotki pojawiły się łzy. Nie potrafiła znieść ani obaw, które zaprzątały jej umysł, ani narzekań swojej mentorki. Mogła przecież nie zabijać tego ptaka. Wtedy miałaby na głowie tylko jeden problem. Dlaczego w ogóle to zrobiła? Czy Trójoki Zając i Kukułczy Wdzięk zbyt mało razy powtarzali jej, by traktowała ptaki z należytym szacunkiem? Dlaczego w ogóle ich nie posłuchała? Przecież nigdy nie chciała robić niczego wbrew ich woli! To był… wypadek!
Słonkowa Łapa nie potrafiła już dłużej powstrzymywać łez, które zaczęły spływać jej po policzkach. Co ona sobie myślała… To nie był żaden wypadek! Zabiła tego ptaka z premedytacją. Była okropną córką. Nie potrafiła uszanować wierzeń panujących w jej rodzinie. Zawiodła swoich rodziców. Zawiodła także rodzeństwo, które z całą pewnością nigdy nawet nie tknęło ptaka w taki sposób, by go skrzywdzić. Nie wiedziała tylko, co zrobić z poczuciem winy. Czy powinna przyznać się rodzicom? Czy powinna poprosić ich, by wymierzyli jej odpowiednią karę? A może powinna zachować ten sekret dla siebie i żyć z wyrzutami sumienia przez kolejne księżyce?
— Słonkowa Łapo? — odezwała się nagle wojowniczka, dostrzegając stan swojej uczennicy. — Dlaczego ty znowu płaczesz? To ja tu powinnam płakać! To ja muszę szkolić uczennicę, która nie jest w stanie dorównać mi umiejętnościami — burknęła pod nosem. — Nawet nie wiesz, jak mnie to denerwuje! Naprawdę nie wiem, co jeszcze mam zrobić, byś przestała przynosić mi wstyd i wreszcie zachowywała się tak, jakbyś była moją uczennicą — kontynuowała, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że Słonka przechodziła właśnie przez załamanie nerwowe.
— M-masz rację… — wydukała szylkretka, podnosząc łapę i wycierając nią załzawione oczy. — Nic mi nie jest. Mogę kontynuować trening, tylko… proszę, Jenocia Kufo, czy mogłabyś za mnie zanieść tego ptaka do obozu? — spytała cicho.
Bała się, że gdyby to ona weszła do azylu z piszczką w zębach, zobaczyliby ją rodzice lub rodzeństwo i od razu dowiedzieli się, że to ona upolowała to skrzydlate stworzenie. Gdyby jednak niosła go Jenot, Słonka mogłaby powiedzieć im, że to wojowniczka pozbawiła ptaka życia.
— Dlaczego? — zaczęła drążyć starsza, unosząc jedną brew. — Ty z nim wejdź, to może Lśniąca Gwiazda cię zauważy i wreszcie stwierdzi, że nadajesz się na zostanie wojowniczką — prychnęła, na co Słonka pokręciła głową.
— Nie wniosę go! Nie mogę! — uparła się szylkretka. — Po prostu… naprawdę zależy mi na tym, bym to nie ja go wniosła. Proszę, Jenocia Kufo… Inaczej ten ptak tylko się zmarnuje — błagała dalej, mając nadzieję, że swoimi słowami nie rozjuszy jeszcze bardziej wojowniczki.
— Jesteś dziwna — burknęła starsza. — Ale niech ci będzie, bo widzę, że i tak nie uda mi się ciebie do tego zmusić — dodała zrezygnowana.
— Dziękuję… — miauknęła Słonkowa Łapa, skłaniając głowę z wdzięczności.
Jej mentorka wciąż nie wyglądała na przekonaną, a raczej na zakłopotaną. Młódka nigdy nie opowiadała jej o tradycjach, jakie panowały w jej rodzinie. I raczej nie zamierzała tego robić już nigdy.
— Nieważne. Lepiej wróćmy do treningu, a tego ptaka weźmiemy w drodze powrotnej — zażądała w końcu Jenocia Kufa i zaczęła zmierzać przed siebie.
Żółtooka skinęła głową i zaczęła podążać za mentorką. Zastanawiało ją to, co tym razem będą trenować. Najpewniej nie będzie to nic nowego. Słonka umiała już wszystko, co powinien umieć przykładny Klifiak. Jednak najwidoczniej wciąż nie potrafiła robić tego na odpowiednim poziomie.
* * *
Odkąd Słonkowa Łapa wróciła z treningu do azylu, chodziła przygnębiona. Głowę miała zwieszoną, uszy położone po sobie, a wąsy zwisające niczym gałęzie wierzby płaczącej. Nie mogła sobie wybaczyć tego, że krew świętego stworzenia zbrukała jej kły. Przez cały ten czas czuła się brudna. Jakby ktoś wepchnął jej do ust błoto, a ona nie potrafiła się go pozbyć. Choć w tym przypadku to raczej ona sama zbrudziła swój pysk. Nikt nie zmuszał jej do zabicia ptaka. To była tylko i wyłącznie jej głupia, nieprzemyślana decyzja, za którą nie mogła winić nikogo poza samą sobą. I właśnie to bolało ją w tym najbardziej, choć nigdy nie była zwolenniczką zwalania winy na kogoś innego. Po prostu ciężko żyło jej się z myślą, że w głębi serca była tak naprawdę złą córką. Zawsze starała się pilnować swojego zachowania, by nikogo nie zawieść i się nie upokorzyć, a jednak dopuściła do czegoś tak potwornego, jak znieważenie najważniejszej zasady, o jakiej mówili jej rodzice.
Uczennica westchnęła ciężko, siadając naprzeciwko stosu ze zwierzyną. Na jego szczycie spoczywał ptak, który jeszcze chwilę temu był żywy. Na jego widok Słonka skrzywiła się, po czym spojrzała na swoje łapy, jakby samo patrzenie na truchło skrzydlatej istoty sprawiało jej wstyd. Miała ochotę wypluć ślinę, mając wrażenie, jakby smakowała krwią, lecz ostatecznie ją przełknęła. Dziwnie by było, gdyby splunęła na ziemię, a ona nie chciała być dziwna. No, a przynajmniej nie jeszcze bardziej niż była dotąd.
Gdy tak siedziała, w myślach rozpaczając nad swoim niedorzecznym czynem, usłyszała zbliżające się w jej stronę kroki. Jej ucho drgnęło, lecz nie podniosła głowy, nie mając na to siły. Jeśli kot, który właśnie do niej zmierzał, należał do jej rodziny, to i tak nie będzie w stanie spojrzeć mu w oczy.
— Słonko! — odezwała się Mysikrólik. — Wyglądasz, jakby coś wyssało z ciebie całą radość — fuknęła, stając obok.
Niebieska pociągnęła nosem, a jej krótki ogon zadrżał z nerwów.
— Bo może to prawda… — odparła smętnie, językiem przejeżdżając po zębach w próbie pozbycia się uczucia, że osiada na nich brud. — Wiesz, po prostu… jest mi smutno, gdy patrzę na martwe ptaki na stosie. Chciałam coś zjeść, ale gdy tylko je dostrzegłam… jakoś straciłam apetyt — wyznała.
<Mysikróliku?>
[2054 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz