Wielu zadziwię opowieścią o pierwszym dniu treningów, który przydarzył się Odecie. Przepełniony był mieszanymi uczuciami – ekscytacją i stresem, zarówno jak rozczarowaniem i pocieszeniem – oraz nauczył ją więcej, niż samą wiedzę wojowniczą. Najwięcej nauczy się o funkcjonowaniu w społeczności podczas codzienności i rutyny, jaka zaczyna władać jej życiem, jednak to historia bardziej specjalna; nudniejsze sprawy obowiązków każdego ucznia czy kota Owocowego Lasu to opowieść, która nie potrzebuje oddzielnego opowiedzenia, pomimo ekscytowania samej koteczki. Natomiast pozwólcie, że zacznę od początku dnia wartego przedstawienia, a może nawet wysłuchania.
Na samym początku tradycyjne role już zostały odmienione, gdyż mentorka młodszej jeszcze spała sobie słodko, gdy nagle rozległ się okrzyk zaraz nad jej uchem:
— Dzień dobry! — rozbrzmiał głos. Któż to mógł być? Nikt inny niż była pieszczoszka, budząca całe legowisko wojowników i zwiadowców. Spotkała się z cichym marudzeniem paru kotów, nawet z paroma morderczymi spojrzeniami, ale tylko nauczycielka przemówiła do niej bezpośrednio. Wówczas wstała i położyła ciężką przez sen łapę na jej ramieniu.
— Która to godzina, aby budzić cały las? — wymamrotała, wyraźnie pół-śpiąca. Niemniej mordkę jej uczennicy rozświetlał uśmiech równie jasny, jak wschodzące nad terytoriami słońce. Nie mogła uwierzyć, gdzie obecnie przebywała! Prawdziwy las zaoferował jej swoje wnętrze zaraz za krzewami osłaniającymi centrum.
— Już świta — wyjaśniła nieco ciszej, łapiąc tylko część oczywistej potrzeby wyciszenia głosu. Nie kontrolowała ekscytacji podsycającej jej słowa o dodatkowy poziom wydźwięku. Inni i tak obrócili się plecami do odmieńca, żeby ukryć się pod ogonami czy łapami po te parę dodatkowych minut drzemania.
Całunka westchnęła. — Odeto, poczekaj na mnie przed legowiskiem. — Popatrzyła na nią z rozbawieniem równym błaganiu słyszalnemu w tonie jej wypowiedzi.
— Jasne — odparła była pieszczoszka, odwracając się. Przy tym zupełnie – przez roztargnienie i rozpęd, jakiego użyła przy obrocie – przypadkiem depcząc czyjś ogon. Odpowiedzią był syk i późniejsze wstawanie kota oraz gramolenie się w dół drzewa służącego jako punkt spoczynku. To nie była dobra pierwsza impresja na pobratymcach. — Ups… — skrzywiła się.
— Cicho i spokojnie do wyjścia, już. Prędko! — Brunatna zakryła łapami głowę, śmiejąc się do siebie. Chyba zdała sobie sprawę z charakteru swojej uczennicy; młodsza budząca mentora. A to ci dopiero zabawa…
Na szczęście biednych, obudzonych istot na tamtym drzewie, młoda wreszcie udała się pod jego konary i zaczęła kręcić się w tamtej okolicy, wiedziona zażenowaniem. Zanim wyszła, wymamrotała pod nosem przeprosiny, aczkolwiek powątpiewam w ich znaczenie dla reszty odpoczywających. Mogła rozegrać to lepiej. Prawdą było jednak, iż spanie w jej legowisku zakończyło się nawet chwile przed nastaniem brzasku. Wstrzymała się z przyjściem do wojowniczki, zważając na godzinę. Niefortunnie i tak źle wymierzyła czas. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Może rozpoczną wcześniej trening?
Jej myślenie trwało pogodnie, ponieważ kierowała je w ten sposób; futro było proste, jak miała to w zwyczaju przed wstrząsającymi wydarzeniami, bo zadbała o to szczególnie, chociaż rzadko tego dokonywała; na jej pysk wróciła charakterystyczna lekkość; nic z tego nie zmieniało faktu, że wstała za wcześnie nawet jak na swoją naturę rannego ptaszka. Powodem pojawienia się poza miejscem spoczynku wciąż pozostawała zwyczajna niemożliwość wytrzymania sama ze sobą na tamtym drzewie. Niby otaczały ją koty, lecz szybko przekonała się o swoim niepasującym wieku. Rozpoczyna szkolenie w wieku jedenastu miesięcy, podczas gdy inni w tym wieku mogli nawet kończyć swoje treningi. Czuła się nieswojo, siedząc pomiędzy nimi, zwłaszcza dalej pochłoniętymi przez sen. Nawet różne kolory umaszczeń nie pomagały jej w uspokojeniu. Nie mogła pozwolić, aby przemyślenia zniszczyły jej dzień! Kroczyła dookoła drzewa w oczekiwaniu, nie poddając się im usilnie. To będzie dobry dzień, wywalczy to, jeśli musi!
_______________
Po upływie chwili dłuższej, niż chciałaby tego Odeta, na dół zeszła wyczekana Całunka. Zmęczenie zniknęło z niej wyjątkowo bez śladu. Widząc kocice obserwator nie byłby w stanie poznać, iż została siłą obudzona dziesięć minut temu. Jej podopieczna patrzyła z zaintrygowaniem. Wodziła wzrokiem za wesoło depczącą ku niej sylwetką, przyglądała się ruchom, zastanawiając się nad sposobem funkcjonowania czegoś takiego. Widziała w niej wiele z siebie, aczkolwiek lepiej ułożonego i nieco bardziej ograniczonego, niedramatycznego. Nie mogła oderwać oczu, bojąc się, że coś straci.
— No, no! Komu w drogę, temu czas. — W głosie miała niezliczone pokłady optymizmu, jakoby to ona właśnie budziła niesforne kocie dane jej pod opiekę. Nie było to przewidziane przez liliową… trafiła najwyraźniej na bardzo wyróżniającą się wojowniczkę. Ich wspólnie spędzone księżyce mogą być nietypowe. — Następnym razem nie budź wszystkich, jeśli miłe ci dogodne życie w naszych stronach. — dodała z przekąsem.
— No dobrzeee… zapamiętam to sobie. Teraz prowadź — odparła Odeta nie tracąc czasu i podążając żwawym krokiem za nią. Uwagę zbyła. — Co dziś robimy? Walka czy polowanie? A może wspinanie się na drzewa? — kwestionowała od razu po poprzednio wypowiedzianej kwestii, jednocześnie brnąc przed siebie.
Czekoladowa zachichotała. — Masz duże marzenia, lubię to. — Ton nie sugerował żadnej niechęci, a szczere rozbawienie. — Jednak warto zacząć od czegoś bardziej przyziemnego. Obchód terenu? Rozmowa o zasadach? Może trochę o reszcie Klanów? — rzucała możliwościami bez większego zastanowienia, nie widząc, jak przesuwają one koteczkę coraz bardziej na skraj. Tyle rzeczy do odkrycia, o których nie pomyślałaby nigdy przed trafieniem do Owocowego Lasu.
— Tak! Tak, proszę! — powiedziała uczennica, wcinając się lekkomyślnie w ostatnią część wypowiedzi. Zrównała także krok z tamtą. Szły teraz łeb w łeb, obydwie z niepotrzebnym pośpiechem, aż doszły do wyjścia z obozu. Całunka obdarowała ją dłuższym, serdecznym spojrzeniem. Następnie skinęła krótko głową.
— Zrobię co w mojej mocy, aby spełnić twoje pragnienia. Najpierw jednak muszę z tobą krótko pomówić — odrzekła, na co była pieszczoszka mimowolnie przechyliła głowę w niemym pytaniu.
Zanim opuściły obóz, odbyły dyskusje na temat zasad ogólnych, nie tylko konkretnie tej społeczności. Ważne było napomknięcie szacunku oraz ogólnych wartości potrzebnych w miejscu bez wygód domostwa. Odeta czuła się nieco zawstydzona, słuchając o ostrożności i odpowiedzialności, chociaż utrzymywany był wesoły sposób mówienia. Odbiega dość mocno od takich standardów… Podczas słuchania, dopadło ją zmieszanie. Finalnie po wydostaniu się spomiędzy krzewów ku mniej okrytym terenom, tempo zwolniło z perspektywy młodszej. W rzeczywistości nie uległo żadnej zmianie. Wszystko przez to, iż szła z głową daleko poza realiami, a myśli zawiesiły się na jednym zdaniu – inaczej nie poradzisz sobie w tym miejscu.
Nie zrozumcie mnie źle, ponieważ miała ona dużo zapału do pracy – zarówno nad sobą, jak i swoimi umiejętnościami. Jednak może różniła się od mentorki bardziej, niż sobie to wyobrażała. Przecież brak jej było takiej uwagi i wyrozumiałości dla innego kota, nie miała rozwagi w swoim zachowaniu. Napełniały ją wątpliwości.
Jeśli jesteście wrażliwi zupełnie jak ona, pewnie rozumiecie ten dziwny rodzaj dotknięcia czym, co w sumie nie jest tak przemyślane. Gdyby miała zostać wyrzucona drugiego dnia, nie przyjęliby jej do gromady; była tego doskonale świadoma. No, lecz posiadając tę wiedzę, nie umykały jej niepasujące fragmenty, jakie w sobie nosiła. Nie chciała się zmieniać. Nie zmieniło ją pozostawienie w dzikim lesie, co było dla niej wspaniałe. Nie chciała musieć dokonywać tej zmiany samemu. Lubiła paplać i lubiła przesadzać i lubiła kwiatki zamiast drzewek i w sumie lubiła też swój dawny dom, ale teraz go już nie było, tęskni silniej niż sobie to wyobrażała i…
— Hej… — Wojowniczka zatrzymała się, chociaż liliowa udała się parę lisich ogonów w przód. Zdawało się, że mówiła coś wcześniej. Ona nie dosłyszała tej wypowiedzi. Chciała przeprosić i zapytać o powtórzenie, gdy zamiast tego usłyszała inne słowa. — Wiesz, kiedy byłam młodsza, byłam bardzo podobna do ciebie — zaczęła Całunka. Wtedy Odeta też przystanęła. Odwróciła się przez ramię i wbiła w nią ślepia, powstrzymując łzy wzbierające się w jej oczach. Uświadamiała sobie wraz z tym jakim okropnym płaczkiem była. Natomiast tamta zbliżyła się i otuliła ją swoim długim, puszystym ogonem przez szerokość grzbietu.
— Nie masz o co się martwić. Każdy tutaj jest wyjątkowy na swój sposób. — jej uprzejmy ton rozklejał podopieczną. W końcu musiała odwrócić łebek w celu otarcia paru zagubionych na policzkach kropel. — Niektórzy docenią entuzjastyczną duszę w obozie. Ty dla własnego bezpieczeństwa musisz opanować inne umiejętności, nieróżniące się wiele od nauki wspinaczki czy tropienia. — Uczennica pociągnęła nosem jeszcze raz i wzięła głębszy oddech dla uspokojenia.
— Tylko tak mówisz, żeby mnie pocieszyć? — zwątpiła, pół pytając. To była oczywista próba szukania komfortu, którego mocno potrzebowała.
— To święta prawda — przyrzekła Całunka, jak potrzebowała tego Odeta. Na zakończenie poczochrała ją po plecach i kontynuowała wędrówkę przed siebie jak gdyby nigdy nic. Przywołało jej to na myśl dawne pocieszanie siostry i od płaczu uratowała ją tylko zmiana tematu. — Teraz pospiesz się, bo masz dużo do zobaczenia! — Była bardziej niż wdzięczna za otrzymane zrozumienie. Obydwie znów poruszały się żwawo przed siebie, z nową energią. Czy kocica zapomni kiedyś o swojej przeszłości? W sumie to nawet tego nie chce. Jednak chciałaby nauczyć się żyć tu i teraz z przeszłością schowaną w sercu.
Uważnie słuchała, kiedy kazano jej słuchać. Dowiedziała się o sąsiadach oraz tych, którzy nie mieli granic z ich terenami. Poznała wartość tego podziału oraz to, że walki można wszczynać, ale warto trzymać się swojej rodzimej ziemi. Wyszukiwała zapachy na prośbę o tropienie. Tę woń wilgoci biegnącą od strony podmokłych iglic Klanu Wilka; wiatr rozwiewający świeżość prosto z terenów Klanu burzy do jej nozdrzy. Postarała się jak tylko mogła zapamiętać ważne punkty orientacyjne, charakterystyczne zapachy i wszystkie podawane jej informacje na temat pięciu grup. Było tego bardzo dużo, aczkolwiek dobrze czuła się poznając więcej rzeczy na temat jej nowego domu. Dawało jej to nadzieję na odnalezienie się w nowym miejscu. Nie może przecież różnić się tak mocno od tutejszej zwariowanej ferajny.
— Chodź, popatrz! — zachęciła Całunka, stając u skraju drogi grzmotu. Tutaj wrzosy robiły się marniejsze na rzecz asfaltu i innego rodzaju spalin unoszących się tutaj z odorem. Odeta postawiła na zainteresowanie, zbliżając się pomimo delikatnego lęku zaciskającego jej żebra. Nie czekała dłużej niż dwie sekundy, a potwór przemknął ulicą. Młodsza aż podskoczyła! Dorosła jednak śmiała się, gdy powiew rozwiewał jej bujną sierść. — Jesteśmy chronieni przez ten ruchliwy kawałek, chociaż niewielu go lubi — przyznała brunatna, cofając się głębiej w pole fioletowych kwiatków do wystraszonej uczennicy.
— Ja raczej też nie przepadam za tym ruchem… — wyjąkała. Futro stało jej na wszystkie strony świata przez przestraszenie. Na nieszczęście liliowej, było strasznie sztywne i szmat czasu zajęło, zanim samoistnie opadło gładko dookoła. Nie narzekała jednak, gdyż czuła się straszniejsza tak napuszona. Była kotem obiektywnie sporym, aczkolwiek chuderlawym, tak więc pozwoliła osłonie powiększyć swoje gabaryty. Mentora mogła nie wiedzieć, że w tym momencie stawiała czoła historii.
Przyjęła ją jak najłagodniej, starając się być wyrozumiała, zupełnie jak robiła to dla niej kotka. Łatwiej było pomyśleć o tym w delikatny sposób - przecież gdyby nie pozostawienie w lesie, nie pozwalałby tych pięknych zakamarków. Nie widziałby wrzosów, które tak podobne do kocimiętki, lecz nigdy nie przestają pachnieć oraz kwitnąć. Dom już dawno nie był domem, rozpamiętywanie nie jest w stanie nic zmienić.
— Robi się późno — powiedziała Odeta i wdała się w przyjemną pogawędkę ze swoją nauczycielką.
_______________
Dzień minął w okamgnieniu. Zanim towarzyszki zdążyłyby się obejrzeć, południe wkroczyło w akcję, zaraz ciągnąć za sobą godziny, które zazwyczaj wykorzystuję się na posiłki. U nich nie było żadnego posiłku. Dalej bowiem szły, pomimo nasilającego się bólu łap. Odeta została przekonana do powrotu, tylko aby zaspokoić głód, którego nie mogła dłużej odmawiać. Mimo tego nie była pozytywnie nastawiona nawet odrobinę. Szczerze poszłaby na drzemkę albo usłyszałby opowieść o czymś ciekawym. Natomiast miała niepokojące myśli o posiłku.
— Ale żeby tak pożerać żywą mysz? — rozpaczała głośno. Wlokła ogonem za sobą, zarówno ze zmęczenia, jak i oburzenia kwestia zjedzenia gryzonia, którzy wiódł swój spokojny żywot jeszcze niedawno.
— Przyzwyczajaj się, młoda — odparła jej mentorka. — Niektórzy jedzą nawet ptaki! — straszyła. Na to była pieszczoszka wytrzeszczyła oczy. Nawet ptaszki nie są bezpieczne… choć na gołębie chciałaby potrafić polować. No wiecie – tak dla własnego bezpieczeństwa.
W jej brzuchu jednak burczało na tyle mocno, iż nie mogła powstrzymać ślinki napływającej jej do pyska wraz z ideą czegokolwiek do przeżucia. Męczyła ją myśl o zjedzeniu czegoś takiego, lecz doskwierało jej takie pragnienie… nie zdziwiła się, umierając tu i teraz z powodu braku pożywienia! Burknęła pod nosem przeciągle, wyrażając słabe samopoczucie i spowolniła ruchy. Oczywiście, była dramatyczna jak zawsze. Zresztą nie zamierzała tego zmieniać w najbliższym czasie. A marsz trwał w najlepsze, bo od obozu dzielił je jeszcze kawałek trasy. Pierwszy raz od dawna Odeta czuła się spokojna; nawet jeśli głodna, nawet jeśli zmęczona. Dotykało ją prawdziwe uczucie równowagi. Polubiła ten cały Owocowy Las, teraz tylko zostało zmusić go, do polubienia jej osoby nawzajem.
[2006 słów/obchód terytorium]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz