Przeszłość
— Ty. Co ty tu robisz, co? — zapytał, tylko utwierdzając Słonkę w jej przypuszczeniach.
Szylkretka przełknęła ślinę, a futro na jej karku nieznacznie się zjeżyło. Nie miała najmniejszej ochoty na rozmowę z synem Lśniącej Gwiazdy, który zapewne przesiąkł już poglądami ojca i którego nienawiści uczono od chwili, gdy postawił pierwszy krok. Nie było szans, by Migocząca Łapa nie uważał rodziny Trójokiego Zająca za gorszą. Nawet jeśli jego ojciec nie powiedział mu wprost, że powinien jej nienawidzić, point z pewnością sam zauważył, że Lśniąca Gwiazda nie pała sympatią do tej grupy kotów.
— Ja... Nie wiem. Szłam za swoją mentorką — wydukała w końcu Słonka, natychmiast wbijając wzrok we własne łapy. Modliła się w duchu, by Jenocia Kufa wreszcie zakończyła pogawędkę z przywódcą i zabrała swoją uczennicę w inne miejsce, gdzie mogłyby odbyć trening.
W końcu jednak usłyszała rozbawione prychnięcie, a na jego dźwięk jej żołądek wywinął fikołka. Szkoda, że nie każdy był taki jak Złamana Łapa. Niektórzy nie mieli w sobie ani krzty empatii. Widząc słabszych, nie odczuwali potrzeby, by im pomóc. Zamiast tego woleli jeszcze bardziej ich dobić, czerpiąc satysfakcję z własnej przewagi i utwierdzając się w przekonaniu, że są lepsi od tych, których uznawali za gorszych.
— Co ty taka strachliwa myszka? Mysie serce się znalazło! — zaśmiał się kocur. — Weź przestań, jesteś żałosna. Już lepiej by było, gdybyś była uczennicą protektora. Tam się nadajesz, do tych bezużytecznych pionków. A nie, bawisz się w wojownika, przerywasz innym treningi tylko po to, byś na koniec stchórzyła — warknął cicho, tak, by ich mentorzy tego nie słyszeli. — Wystarczy nam już takich pokrak w klanie — oznajmił i lekko popchnął Słonkę.
Młodszej trudno było uwierzyć w to, że zachowanie Migoczącej Łapy naprawdę miało miejsce. Było co najmniej chore i absurdalne. Jak w kimś tak młodym mogło kryć się aż tyle nienawiści? Point był nią wypełniony po same czubki uszu, a było jej tak wiele, że jej nadmiar musiał wylewać się z jego gardła w postaci kolejnych obelg.
Migocząca Łapa, widząc jej pysk wykrzywiony w wyrazie przerażenia i zdumienia, wybuchł śmiechem. Słonka zastanawiała się, czy w międzyczasie przez jego głowę przeszła choć jedna sensowna myśl. Może tylko w kółko powtarzał sobie: “Jesteś lepszy od innych” albo “Wyśmiewaj tych, którzy są inni”, a potem bez większego namysłu postępował zgodnie z tymi przykazaniami? To była jedyna możliwość, którą Słonkowa Łapa była w stanie zaakceptować. W końcu, gdyby point potrafił sformułować w tej swojej łepetynie nieco bardziej skomplikowane zdania, być może byłby znacznie lepszym kotem, niż był teraz.
— Migocząca Łapo — odezwał się w końcu Lśniąca Gwiazda, przerywając napiętą wymianę zdań między dwójką uczniów. — Pokażesz Słonkowej Łapie jak się wspiąć na drzewo. Pomoże to nie tylko tobie, ale również jej przyswoić nową wiedzę, potrzebną w przyszłości — wyjaśnił rudy, przyglądając się dwójce młodszych kotów.
Słysząc te słowa, szylkretka zaczęła jeszcze bardziej utwierdzać się w przekonaniu, że jej egzystencja była jedynie marnym eksperymentem Klanu Gwiazdy. Nie mogła już nawet w spokoju odbyć treningu z Jenocią Kufą, bo oczywiście musiała trafić na dwójkę kotów, których obawiała się najbardziej. W tym momencie cała ta sytuacja nie wydawała jej się nawet śmieszna. Była po prostu przykra. Słonkowa Łapa nie potrafiła uwierzyć, że najbliższe kilka chwil będzie musiała spędzić w towarzystwie kocura, który zwyzywał ją od pionków i pokrak.
Chwilę później Migocząca Łapa ruszył w stronę najbliższego drzewa, z determinacją wymalowaną na pysku. Zadzierał brodę, a jego ogon kołysał się z gracją na boki. Cała jego postawa świadczyła o tym, że uważał się za kogoś lepszego i ważniejszego od każdej żyjącej istoty. Słonka obserwowała go z dziwnym uciskiem w sercu. Absolutnie nie potrafiła zrozumieć jego zachowania, które stanowiło dla niej prawdziwą zagadkę. Jakim cudem w jednym klanie mogły żyć tak różne koty? Szylkretka była łagodna, wrażliwa i nieśmiała. Potrafiła wczuć się w sytuację innych i starała się unikać konfliktów. Point natomiast celowo je wywoływał. Nie ulegało wątpliwości, że czerpał z nich przyjemność. I właśnie tego uczennica nie potrafiła pojąć. Dla niej każdy spór był niemal końcem świata, a podniesiony głos brzmiał niczym wyrok skazujący ją na bezgwiezdną ziemię.
— Nie liczę na to, że w twojej pustej głowie pomieszczą się wszystkie ruchy, które teraz wykonam, ale przynajmniej postaraj się coś zapamiętać, jeśli nie chcesz zrobić z siebie pośmiewiska przed samym przywódcą! — rzucił kpiąco do Słonki, napinając mięśnie.
Szylkretka wlepiła wzrok w Migoczącą Łapę, próbując zignorować obelgi, którymi ją obrzucał, i skupić się na tym, by nauczyć się od niego wspinaczki. Czuła jednak, że wcale nie będzie to takie łatwe, ponieważ biało-niebieski kocur był raczej kiepskim nauczycielem. Brakowało mu choćby odrobiny zrozumienia i cierpliwości, którymi powinien odznaczać się każdy dobry mentor. Zawsze istniała jednak szansa, że Migocząca Łapa w końcu wyrośnie ze swojego młodzieńczego, nieznośnego charakteru i z wiekiem nabierze choć trochę pokory.
W mgnieniu oka uczeń wybił się od podłoża i zaczął wspinać się po pniu niczym najprawdziwsza wiewiórka. Przynajmniej do pewnego momentu. Uwadze Słonki nie umknęło, że w pewnej chwili jedna z tylnych łap pointa się osunęła, zmuszając kocura do gwałtownego zatrzymania. Niewielkie kawałki kory oderwały się od drzewa i posypały wprost na pysk Słonkowej Łapy, która odruchowo prychnęła, próbując strącić je z nosa. Wtedy jednak usłyszała syknięcie starszego ucznia, przez które natychmiast zastygła w bezruchu.
— Bawi cię to?! Skoro jesteś taka mądra, to zaraz sama spróbujesz wspiąć się na drzewo! No co? Obleciał cię strach? Na pewno tak, bo w życiu nie byłaś nad ziemią wyżej niż na długość lisiego ogona! Nie masz prawa się ze mnie śmiać, sowia wypluwko! Każdy w klanie zaraz się dowie, jaka jesteś słaba i żenująca! — wybuchnął, podczas gdy Słonka położyła po sobie uszy i słuchała jego słów z narastającym zakłopotaniem.
Wcale nie chciała się z niego śmiać! Gdyby nie obsypał jej kawałkami kory, nie wydałaby z siebie nawet najcichszego dźwięku! Wiedziała jednak, że tłumaczenie mu tego nie miałoby najmniejszego sensu. Kocur i tak byłby przekonany, że się z niego naśmiewała. Szylkretka westchnęła więc jedynie ciężko, czując się zupełnie bezsilna wobec pointa.
— Przepraszam, Migocząca Łapo. To się już nie powtórzy — odparła, mając nadzieję, że dzięki temu kocur wreszcie da jej spokój.
— Oczywiście, że się nie powtórzy! Inaczej skończysz jako ozdoba w moim legowisku! — warknął gniewnie, po czym zaczął powoli schodzić po pniu.
Gdy znalazł się już wystarczająco nisko, zeskoczył na ziemię i kilkakrotnie polizał futro na klatce piersiowej. Następnie odwrócił się w stronę Słonkowej Łapy, nie kryjąc gniewu malującego się na jego pysku.
— Twoja kolej, lisi bobku! Zobaczymy, kto się teraz będzie z kogo śmiał! — fuknął, mierząc ją pogardliwym spojrzeniem.
Szylkretka była przekonana, że oto nadszedł jej koniec. Nigdy w życiu nie wspinała się na drzewo, więc za pierwszym razem z pewnością nie pójdzie jej najlepiej. Już teraz niemal słyszała ten okropny śmiech i kolejną wiązankę obelg, którymi Migocząca Łapa z pewnością ją obrzuci. Doskonale wiedziała, że kocur nie wybaczy jej nawet najmniejszego błędu.
Zanim jednak zdążyła podejść do drzewa, usłyszała głos Jenociej Kufy:
— Słonkowa Łapo! Zwijamy się stąd! — oznajmiła wojowniczka, obrzucając Migota podejrzliwym spojrzeniem.
Uczennica poczuła, jak kamień spada jej z serca. Czyżby mentorka wreszcie usłyszała, jakim językiem posługiwał się point?
Szylkretka szybkim krokiem podeszła do swojej wybawicielki, nie oglądając się nawet na starszego kocura. Wiedziała, że ten najpewniej kipiał teraz ze złości, dlatego wolała nie patrzeć na niego w takim stanie. Zamiast tego ruszyła za Jenocią Kufą, która oddalała się właśnie od Lśniącej Gwiazdy i jego syna.
Gdy znalazły się już wystarczająco daleko, wojowniczka w końcu się odezwała:
— Co za wyszczekany łajnojad! Co jak co, ale MOJEJ uczennicy nikt poza mną nie ma prawa obrażać! — oburzyła się, energicznie poruszając ogonem.
Słonkowa Łapa zachichotała cicho pod nosem. Choć nie zawsze układało jej się z Jenocią Kufą, musiała przyznać, że kotka naprawdę nie pozwalała nikomu poniżać swojej uczennicy. Stanęła przecież w jej obronie również wtedy, gdy to Złamana Łapa dokuczał jej podczas treningu.
— Zaraz sama cię nauczę wspinaczki na drzewa! Zostaniesz w niej mistrzynią, a potem skopiesz synusiowi lidera zad! — oznajmiła wojowniczka z taką powagą, jakby właśnie przedstawiła najważniejszy plan w swoim życiu.
Słonka nie wiedziała, co powinna powiedzieć, by nie zepsuć tej chwili, dlatego ograniczyła się jedynie do uśmiechu. W końcu Jenocia Kufa nieco ochłonęła i obie ruszyły w głąb lasu, by kontynuować naukę wspinaczki.
— Zapamiętałaś cokolwiek z tego, co pokazał ci Migocząca Łapa? — zapytała starsza, wbijając wzrok w jedno z drzew.
Uczennica wzruszyła ramionami.
— Chyba tak… — odparła, choć sama nie była do końca przekonana. Nie skupiała się zbytnio na ruchach pointa, ponieważ za bardzo martwiła się tym, jakimi wyzwiskami ją obrzuci, gdy przyjdzie jej kolej na wspinaczkę. Mimo wszystko jak trudne mogło być wdrapanie się na drzewo? Nie wyglądało to na szczególnie skomplikowane zadanie. Słonka obawiała się jedynie, że w pewnym momencie straci przyczepność i runie na ziemię.
— W takim razie spróbuj. Jeśli ci nie wyjdzie, pokażę ci wszystko od nowa — oznajmiła Jenocia Kufa, brzmiąc zaskakująco łagodnie. — Choć zakładam, że z tego syneczka przywódcy był raczej marny mentor, więc nie spodziewałabym się cudów! — dodała, ale mimo tych słów wciąż wydawała się Słonce przyjazna.
Czyżby w obliczu wspólnego wroga potrafiły znaleźć wspólny język? Na to wyglądało.
Młodsza skinęła głową i podeszła do jednego z drzew. Napięła mięśnie, po czym wskoczyła na pień, starając się wczepić pazurami w korę. Instynktownie udało jej się wspiąć nieco ponad ziemię, lecz po chwili znieruchomiała i położyła po sobie uszy. Nie miała pojęcia, jak powinna zejść, gdy znajdzie się wyżej, i nie chciała ryzykować.
— No proszę, Słonkowa Łapo! Jak na pierwszy raz wcale nie jest tak źle — mruknęła Jenocia Kufa. — Jednak jeśli chcesz pokazać temu mysiemu móżdżkowi, kto tu rządzi, będziemy musiały jeszcze trochę potrenować.
Sporo się ostatnio działo w Klanie Klifu, lecz Słonkowa Łapa nie miała nawet czasu, by się nad tym wszystkim zastanowić. Jenocia Kufa męczyła ją na treningach, chcąc, aby szylkretka mianowała się jak najprędzej. Gdy tylko młodsza wracała do obozu, od razu kładła się na posłaniu i zasypiała. Zazwyczaj budziła się dopiero z samego rana, a gdy udawało jej się wstać jeszcze wieczorem, nie miała głowy do rozmyślań, gdyż skóra tak strasznie ją swędziała. Słonka nie wiedziała, dlaczego tak się działo. Cały czas musiała się drapać i powoli doprowadzało ją to do szału.
Przynajmniej przez to swędzenie była tak rozkojarzona, że nie miała czasu przystanąć i zdać sobie sprawy z tego, że Klan Klifu staje się coraz mniej bezpiecznym miejscem. W końcu prawda była taka, że obecnie nie mieli lidera. Źródlana Łuna musiała przejąć jego obowiązki. Nikt nie był pewien, czy Lśniąca Gwiazda jeszcze powróci do Klanu Klifu, czy może uciekł od nich na zawsze. Co, jeśli poszedł żyć ze swoją byłą partnerką — Truskawkowym Polem? W końcu ona również zbiegła z klanu i do tej pory nie wróciła. Słonka nie wiedziała, jak wyglądała relacja między liderem a byłą zastępczynią. Czy naprawdę się kochali? Jeśli tak, ucieczka rudofutrego mogła mieć na celu odnalezienie pointki i rozpoczęcie z nią życia gdzieś poza granicami klanu.
Słonka leżała teraz na posłaniu, wlepiając spojrzenie w ścianę legowiska. Temat ucieczki Lśniącej Gwiazdy bardzo ją zaciekawił, lecz wtem ponownie się rozproszyła, gdy poczuła swędzenie skóry. Położyła po sobie uszy, wciskając głowę między łapy. Może powinna wreszcie udać się z tym do medyczek? Rozmyślanie o przyszłości Klanu Klifu, choć stresujące, wydawało się ciekawym zajęciem, więc może jednak nie powinna ignorować ostatnich wydarzeń, celowo wywołując u siebie dyskomfort? Może to właśnie przez to swędzenie nie mogła się skupić na treningach i to dlatego rudofutry nie zdecydował się mianować jej przed swoją ucieczką?
Słonkowa Łapa w końcu podniosła się z miejsca. Otrzepała się i, starając się nie drapać, ruszyła w stronę lecznicy. W jej wnętrzu podeszła do niej Jagnięcy Ukłon.
— Dzień dobry… — przywitała się z nią szylkretka. — Ostatnio bardzo swędzi i piecze mnie skóra — wyznała.
“Ostatnio”, czyli od kilku księżyców. Jak mogła tak długo to ignorować?
Medyczka podeszła do niej i zaczęła ją oglądać. Słonka zmrużyła oczy, nie chcąc nawet zobaczyć miny Jagienki. Jej skóra była w opłakanym stanie. Zaczerwieniona, pokryta bąblami, a przede wszystkim cała podrapana.
— Od jak dawna? — zapytała rudofutra.
Szylkretka otworzyła oczy i zwróciła się w stronę Jagienki, która szukała jakiegoś zioła w składziku.
— Od bardzo dawna… Ale nie miałam głowy do tego, żeby przyjść wcześniej. Przepraszam… — wymamrotała, kładąc po sobie uszy.
Jagnięcy Ukłon podeszła do niej ponownie i zaczęła smarować jej skórę jakąś papką, którą wcześniej przygotowała, przeżuwając w pysku zioła.
Gdy skończyła, młodsza podziękowała jej i opuściła lecznicę. Zamierzała wrócić na swoje posłanie, lecz nim to zrobiła, dostrzegła siedzącego samotnie Migoczący Nieboskłon. Mimo tego, co dawniej jej powiedział, zrobiło jej się go żal. W końcu point nie miał już ani matki, ani ojca i na pewno musiało być mu ciężko.
Słonkowa Łapa postanowiła do niego podejść, ignorując fakt, że wręcz prosiła się o to, by ponownie ją zwyzywał. Po prostu pomyślała, że nie powinna chować do kocura urazy za to, co powiedział jej kilka księżyców temu. Na agresję nie powinno się odpowiadać agresją, prawda?
W końcu podeszła do niego i zatrzymała się w miejscu, a wtedy cała pewność siebie się z niej ulotniła. Słonka zamrugała kilka razy, czując, jak supeł zaciska się jej na gardle. Stała przed pointem jak słup, nie potrafiąc wydusić z siebie ani słowa.
Wyleczeni: Słonkowa Łapa
Szylkretka przełknęła ślinę, a futro na jej karku nieznacznie się zjeżyło. Nie miała najmniejszej ochoty na rozmowę z synem Lśniącej Gwiazdy, który zapewne przesiąkł już poglądami ojca i którego nienawiści uczono od chwili, gdy postawił pierwszy krok. Nie było szans, by Migocząca Łapa nie uważał rodziny Trójokiego Zająca za gorszą. Nawet jeśli jego ojciec nie powiedział mu wprost, że powinien jej nienawidzić, point z pewnością sam zauważył, że Lśniąca Gwiazda nie pała sympatią do tej grupy kotów.
— Ja... Nie wiem. Szłam za swoją mentorką — wydukała w końcu Słonka, natychmiast wbijając wzrok we własne łapy. Modliła się w duchu, by Jenocia Kufa wreszcie zakończyła pogawędkę z przywódcą i zabrała swoją uczennicę w inne miejsce, gdzie mogłyby odbyć trening.
W końcu jednak usłyszała rozbawione prychnięcie, a na jego dźwięk jej żołądek wywinął fikołka. Szkoda, że nie każdy był taki jak Złamana Łapa. Niektórzy nie mieli w sobie ani krzty empatii. Widząc słabszych, nie odczuwali potrzeby, by im pomóc. Zamiast tego woleli jeszcze bardziej ich dobić, czerpiąc satysfakcję z własnej przewagi i utwierdzając się w przekonaniu, że są lepsi od tych, których uznawali za gorszych.
— Co ty taka strachliwa myszka? Mysie serce się znalazło! — zaśmiał się kocur. — Weź przestań, jesteś żałosna. Już lepiej by było, gdybyś była uczennicą protektora. Tam się nadajesz, do tych bezużytecznych pionków. A nie, bawisz się w wojownika, przerywasz innym treningi tylko po to, byś na koniec stchórzyła — warknął cicho, tak, by ich mentorzy tego nie słyszeli. — Wystarczy nam już takich pokrak w klanie — oznajmił i lekko popchnął Słonkę.
Młodszej trudno było uwierzyć w to, że zachowanie Migoczącej Łapy naprawdę miało miejsce. Było co najmniej chore i absurdalne. Jak w kimś tak młodym mogło kryć się aż tyle nienawiści? Point był nią wypełniony po same czubki uszu, a było jej tak wiele, że jej nadmiar musiał wylewać się z jego gardła w postaci kolejnych obelg.
Migocząca Łapa, widząc jej pysk wykrzywiony w wyrazie przerażenia i zdumienia, wybuchł śmiechem. Słonka zastanawiała się, czy w międzyczasie przez jego głowę przeszła choć jedna sensowna myśl. Może tylko w kółko powtarzał sobie: “Jesteś lepszy od innych” albo “Wyśmiewaj tych, którzy są inni”, a potem bez większego namysłu postępował zgodnie z tymi przykazaniami? To była jedyna możliwość, którą Słonkowa Łapa była w stanie zaakceptować. W końcu, gdyby point potrafił sformułować w tej swojej łepetynie nieco bardziej skomplikowane zdania, być może byłby znacznie lepszym kotem, niż był teraz.
— Migocząca Łapo — odezwał się w końcu Lśniąca Gwiazda, przerywając napiętą wymianę zdań między dwójką uczniów. — Pokażesz Słonkowej Łapie jak się wspiąć na drzewo. Pomoże to nie tylko tobie, ale również jej przyswoić nową wiedzę, potrzebną w przyszłości — wyjaśnił rudy, przyglądając się dwójce młodszych kotów.
Słysząc te słowa, szylkretka zaczęła jeszcze bardziej utwierdzać się w przekonaniu, że jej egzystencja była jedynie marnym eksperymentem Klanu Gwiazdy. Nie mogła już nawet w spokoju odbyć treningu z Jenocią Kufą, bo oczywiście musiała trafić na dwójkę kotów, których obawiała się najbardziej. W tym momencie cała ta sytuacja nie wydawała jej się nawet śmieszna. Była po prostu przykra. Słonkowa Łapa nie potrafiła uwierzyć, że najbliższe kilka chwil będzie musiała spędzić w towarzystwie kocura, który zwyzywał ją od pionków i pokrak.
Chwilę później Migocząca Łapa ruszył w stronę najbliższego drzewa, z determinacją wymalowaną na pysku. Zadzierał brodę, a jego ogon kołysał się z gracją na boki. Cała jego postawa świadczyła o tym, że uważał się za kogoś lepszego i ważniejszego od każdej żyjącej istoty. Słonka obserwowała go z dziwnym uciskiem w sercu. Absolutnie nie potrafiła zrozumieć jego zachowania, które stanowiło dla niej prawdziwą zagadkę. Jakim cudem w jednym klanie mogły żyć tak różne koty? Szylkretka była łagodna, wrażliwa i nieśmiała. Potrafiła wczuć się w sytuację innych i starała się unikać konfliktów. Point natomiast celowo je wywoływał. Nie ulegało wątpliwości, że czerpał z nich przyjemność. I właśnie tego uczennica nie potrafiła pojąć. Dla niej każdy spór był niemal końcem świata, a podniesiony głos brzmiał niczym wyrok skazujący ją na bezgwiezdną ziemię.
— Nie liczę na to, że w twojej pustej głowie pomieszczą się wszystkie ruchy, które teraz wykonam, ale przynajmniej postaraj się coś zapamiętać, jeśli nie chcesz zrobić z siebie pośmiewiska przed samym przywódcą! — rzucił kpiąco do Słonki, napinając mięśnie.
Szylkretka wlepiła wzrok w Migoczącą Łapę, próbując zignorować obelgi, którymi ją obrzucał, i skupić się na tym, by nauczyć się od niego wspinaczki. Czuła jednak, że wcale nie będzie to takie łatwe, ponieważ biało-niebieski kocur był raczej kiepskim nauczycielem. Brakowało mu choćby odrobiny zrozumienia i cierpliwości, którymi powinien odznaczać się każdy dobry mentor. Zawsze istniała jednak szansa, że Migocząca Łapa w końcu wyrośnie ze swojego młodzieńczego, nieznośnego charakteru i z wiekiem nabierze choć trochę pokory.
W mgnieniu oka uczeń wybił się od podłoża i zaczął wspinać się po pniu niczym najprawdziwsza wiewiórka. Przynajmniej do pewnego momentu. Uwadze Słonki nie umknęło, że w pewnej chwili jedna z tylnych łap pointa się osunęła, zmuszając kocura do gwałtownego zatrzymania. Niewielkie kawałki kory oderwały się od drzewa i posypały wprost na pysk Słonkowej Łapy, która odruchowo prychnęła, próbując strącić je z nosa. Wtedy jednak usłyszała syknięcie starszego ucznia, przez które natychmiast zastygła w bezruchu.
— Bawi cię to?! Skoro jesteś taka mądra, to zaraz sama spróbujesz wspiąć się na drzewo! No co? Obleciał cię strach? Na pewno tak, bo w życiu nie byłaś nad ziemią wyżej niż na długość lisiego ogona! Nie masz prawa się ze mnie śmiać, sowia wypluwko! Każdy w klanie zaraz się dowie, jaka jesteś słaba i żenująca! — wybuchnął, podczas gdy Słonka położyła po sobie uszy i słuchała jego słów z narastającym zakłopotaniem.
Wcale nie chciała się z niego śmiać! Gdyby nie obsypał jej kawałkami kory, nie wydałaby z siebie nawet najcichszego dźwięku! Wiedziała jednak, że tłumaczenie mu tego nie miałoby najmniejszego sensu. Kocur i tak byłby przekonany, że się z niego naśmiewała. Szylkretka westchnęła więc jedynie ciężko, czując się zupełnie bezsilna wobec pointa.
— Przepraszam, Migocząca Łapo. To się już nie powtórzy — odparła, mając nadzieję, że dzięki temu kocur wreszcie da jej spokój.
— Oczywiście, że się nie powtórzy! Inaczej skończysz jako ozdoba w moim legowisku! — warknął gniewnie, po czym zaczął powoli schodzić po pniu.
Gdy znalazł się już wystarczająco nisko, zeskoczył na ziemię i kilkakrotnie polizał futro na klatce piersiowej. Następnie odwrócił się w stronę Słonkowej Łapy, nie kryjąc gniewu malującego się na jego pysku.
— Twoja kolej, lisi bobku! Zobaczymy, kto się teraz będzie z kogo śmiał! — fuknął, mierząc ją pogardliwym spojrzeniem.
Szylkretka była przekonana, że oto nadszedł jej koniec. Nigdy w życiu nie wspinała się na drzewo, więc za pierwszym razem z pewnością nie pójdzie jej najlepiej. Już teraz niemal słyszała ten okropny śmiech i kolejną wiązankę obelg, którymi Migocząca Łapa z pewnością ją obrzuci. Doskonale wiedziała, że kocur nie wybaczy jej nawet najmniejszego błędu.
Zanim jednak zdążyła podejść do drzewa, usłyszała głos Jenociej Kufy:
— Słonkowa Łapo! Zwijamy się stąd! — oznajmiła wojowniczka, obrzucając Migota podejrzliwym spojrzeniem.
Uczennica poczuła, jak kamień spada jej z serca. Czyżby mentorka wreszcie usłyszała, jakim językiem posługiwał się point?
Szylkretka szybkim krokiem podeszła do swojej wybawicielki, nie oglądając się nawet na starszego kocura. Wiedziała, że ten najpewniej kipiał teraz ze złości, dlatego wolała nie patrzeć na niego w takim stanie. Zamiast tego ruszyła za Jenocią Kufą, która oddalała się właśnie od Lśniącej Gwiazdy i jego syna.
Gdy znalazły się już wystarczająco daleko, wojowniczka w końcu się odezwała:
— Co za wyszczekany łajnojad! Co jak co, ale MOJEJ uczennicy nikt poza mną nie ma prawa obrażać! — oburzyła się, energicznie poruszając ogonem.
Słonkowa Łapa zachichotała cicho pod nosem. Choć nie zawsze układało jej się z Jenocią Kufą, musiała przyznać, że kotka naprawdę nie pozwalała nikomu poniżać swojej uczennicy. Stanęła przecież w jej obronie również wtedy, gdy to Złamana Łapa dokuczał jej podczas treningu.
— Zaraz sama cię nauczę wspinaczki na drzewa! Zostaniesz w niej mistrzynią, a potem skopiesz synusiowi lidera zad! — oznajmiła wojowniczka z taką powagą, jakby właśnie przedstawiła najważniejszy plan w swoim życiu.
Słonka nie wiedziała, co powinna powiedzieć, by nie zepsuć tej chwili, dlatego ograniczyła się jedynie do uśmiechu. W końcu Jenocia Kufa nieco ochłonęła i obie ruszyły w głąb lasu, by kontynuować naukę wspinaczki.
— Zapamiętałaś cokolwiek z tego, co pokazał ci Migocząca Łapa? — zapytała starsza, wbijając wzrok w jedno z drzew.
Uczennica wzruszyła ramionami.
— Chyba tak… — odparła, choć sama nie była do końca przekonana. Nie skupiała się zbytnio na ruchach pointa, ponieważ za bardzo martwiła się tym, jakimi wyzwiskami ją obrzuci, gdy przyjdzie jej kolej na wspinaczkę. Mimo wszystko jak trudne mogło być wdrapanie się na drzewo? Nie wyglądało to na szczególnie skomplikowane zadanie. Słonka obawiała się jedynie, że w pewnym momencie straci przyczepność i runie na ziemię.
— W takim razie spróbuj. Jeśli ci nie wyjdzie, pokażę ci wszystko od nowa — oznajmiła Jenocia Kufa, brzmiąc zaskakująco łagodnie. — Choć zakładam, że z tego syneczka przywódcy był raczej marny mentor, więc nie spodziewałabym się cudów! — dodała, ale mimo tych słów wciąż wydawała się Słonce przyjazna.
Czyżby w obliczu wspólnego wroga potrafiły znaleźć wspólny język? Na to wyglądało.
Młodsza skinęła głową i podeszła do jednego z drzew. Napięła mięśnie, po czym wskoczyła na pień, starając się wczepić pazurami w korę. Instynktownie udało jej się wspiąć nieco ponad ziemię, lecz po chwili znieruchomiała i położyła po sobie uszy. Nie miała pojęcia, jak powinna zejść, gdy znajdzie się wyżej, i nie chciała ryzykować.
— No proszę, Słonkowa Łapo! Jak na pierwszy raz wcale nie jest tak źle — mruknęła Jenocia Kufa. — Jednak jeśli chcesz pokazać temu mysiemu móżdżkowi, kto tu rządzi, będziemy musiały jeszcze trochę potrenować.
* * *
Przed powrotem Lśniącej Gwiazdy
Sporo się ostatnio działo w Klanie Klifu, lecz Słonkowa Łapa nie miała nawet czasu, by się nad tym wszystkim zastanowić. Jenocia Kufa męczyła ją na treningach, chcąc, aby szylkretka mianowała się jak najprędzej. Gdy tylko młodsza wracała do obozu, od razu kładła się na posłaniu i zasypiała. Zazwyczaj budziła się dopiero z samego rana, a gdy udawało jej się wstać jeszcze wieczorem, nie miała głowy do rozmyślań, gdyż skóra tak strasznie ją swędziała. Słonka nie wiedziała, dlaczego tak się działo. Cały czas musiała się drapać i powoli doprowadzało ją to do szału.
Przynajmniej przez to swędzenie była tak rozkojarzona, że nie miała czasu przystanąć i zdać sobie sprawy z tego, że Klan Klifu staje się coraz mniej bezpiecznym miejscem. W końcu prawda była taka, że obecnie nie mieli lidera. Źródlana Łuna musiała przejąć jego obowiązki. Nikt nie był pewien, czy Lśniąca Gwiazda jeszcze powróci do Klanu Klifu, czy może uciekł od nich na zawsze. Co, jeśli poszedł żyć ze swoją byłą partnerką — Truskawkowym Polem? W końcu ona również zbiegła z klanu i do tej pory nie wróciła. Słonka nie wiedziała, jak wyglądała relacja między liderem a byłą zastępczynią. Czy naprawdę się kochali? Jeśli tak, ucieczka rudofutrego mogła mieć na celu odnalezienie pointki i rozpoczęcie z nią życia gdzieś poza granicami klanu.
Słonka leżała teraz na posłaniu, wlepiając spojrzenie w ścianę legowiska. Temat ucieczki Lśniącej Gwiazdy bardzo ją zaciekawił, lecz wtem ponownie się rozproszyła, gdy poczuła swędzenie skóry. Położyła po sobie uszy, wciskając głowę między łapy. Może powinna wreszcie udać się z tym do medyczek? Rozmyślanie o przyszłości Klanu Klifu, choć stresujące, wydawało się ciekawym zajęciem, więc może jednak nie powinna ignorować ostatnich wydarzeń, celowo wywołując u siebie dyskomfort? Może to właśnie przez to swędzenie nie mogła się skupić na treningach i to dlatego rudofutry nie zdecydował się mianować jej przed swoją ucieczką?
Słonkowa Łapa w końcu podniosła się z miejsca. Otrzepała się i, starając się nie drapać, ruszyła w stronę lecznicy. W jej wnętrzu podeszła do niej Jagnięcy Ukłon.
— Dzień dobry… — przywitała się z nią szylkretka. — Ostatnio bardzo swędzi i piecze mnie skóra — wyznała.
“Ostatnio”, czyli od kilku księżyców. Jak mogła tak długo to ignorować?
Medyczka podeszła do niej i zaczęła ją oglądać. Słonka zmrużyła oczy, nie chcąc nawet zobaczyć miny Jagienki. Jej skóra była w opłakanym stanie. Zaczerwieniona, pokryta bąblami, a przede wszystkim cała podrapana.
— Od jak dawna? — zapytała rudofutra.
Szylkretka otworzyła oczy i zwróciła się w stronę Jagienki, która szukała jakiegoś zioła w składziku.
— Od bardzo dawna… Ale nie miałam głowy do tego, żeby przyjść wcześniej. Przepraszam… — wymamrotała, kładąc po sobie uszy.
Jagnięcy Ukłon podeszła do niej ponownie i zaczęła smarować jej skórę jakąś papką, którą wcześniej przygotowała, przeżuwając w pysku zioła.
Gdy skończyła, młodsza podziękowała jej i opuściła lecznicę. Zamierzała wrócić na swoje posłanie, lecz nim to zrobiła, dostrzegła siedzącego samotnie Migoczący Nieboskłon. Mimo tego, co dawniej jej powiedział, zrobiło jej się go żal. W końcu point nie miał już ani matki, ani ojca i na pewno musiało być mu ciężko.
Słonkowa Łapa postanowiła do niego podejść, ignorując fakt, że wręcz prosiła się o to, by ponownie ją zwyzywał. Po prostu pomyślała, że nie powinna chować do kocura urazy za to, co powiedział jej kilka księżyców temu. Na agresję nie powinno się odpowiadać agresją, prawda?
W końcu podeszła do niego i zatrzymała się w miejscu, a wtedy cała pewność siebie się z niej ulotniła. Słonka zamrugała kilka razy, czując, jak supeł zaciska się jej na gardle. Stała przed pointem jak słup, nie potrafiąc wydusić z siebie ani słowa.
<Migoczący Nieboskłonie?>
[2200 słów + wspinaczka na drzewa]
Wyleczeni: Słonkowa Łapa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz