Popołudnie było chłodne, temperatura powietrza kłuła kocurka w nos. Kwaśna Kocanka nie byłaby zadowolona, gdyby wiedziała, że przebywał teraz na zewnątrz, ale była zbyt zajęta rozmową z Jesionową Szadzią, by zauważyć brak jednej z pociech. A pociecha z tego korzystała.
Ślepowron spojrzał na swoją lewą przednią łapę. Była inna niż jego prawa, inna niż każda lewa łapa jakiegokolwiek kotu z jego klanu. Nie rozumiał, czemu tak jest. Nie rozumiał, czemu on musiał być inny. Inność sama w sobie może i nie była taka zła, ale w jego przypadku była jak kolec w łapie, którego nie mógł wyjąć, nieważne jak bardzo by tego chciał i się o to złościł. Był synem Kruczego Pióra, poważanego i szanowanego zastępcy Zalotnej Gwiazdy. Zanim jeszcze przybył na świat, oczekiwania wobec niego już były ustawione wysoko, wyżej niż dla jakiegokolwiek innego kocięcia Wilczaków. Musiał być wszystkim, czego oczekuje się od wojownika idealnego, gdy był jeszcze tylko dzieckiem. Nie mówił, że przygniata go presja, bo wcale tak nie było. Z dumą nosił swoje imię, z dumą przedstawiał historię swego rodu, a przynajmniej to, co sam zdążył już poznać. Ale z dumą w sercu nie nosił go jego ojciec. Krucze Pióro był wojownikiem idealnym, toteż pragnął posiadać potomka idealnego na jego wzór. A według wysokich standardów zastępcy, Ślepowron im nie sprostał. Jedynym i głównym mankamentem była jego deformacja. Fakt ten doprowadzał młodego kota do stanu złości i głęboko skrywanego żalu. Miał przecież tyle świetnych cech! Ale to wszystko ostatecznie nie miało dla Kruczego żadnego znaczenia. To sprawiało, że dymny czuł się żałośnie. A tego uczucia nienawidził jak nic innego we wszechświecie. Ubliżało mu ono, on sam jako potomek zastępcy nie powinien czuć się żałośnie. A jednak tak było.
Kocurek prychnął, czując rosnącą w nim frustracje. Nie mógł sobie pozwolić na to, aby jego rzekoma słabość stała się jego rzeczywistą przeszkodą w drodze do osiągnięcia świetności. Napiął on więc mięśnie tylnych nóg i wyskoczył. Wylądował parę długości myszy dalej na kulce mchu, lądowanie było jednak niezbyt zgrabne.
Fuknął zdenerwowany. Jeszcze raz. Cofnął się i napiął mięśnie. Jego lewe ramię napięło się mocniej, jednak mocniej o ziemię opierał łapę prawą. Pozwoliło mu to na zrównoważenie sił, gdy na jedną z łap ciężej było mu normalnie stawać.
Wyskoczył.
I wylądował raz jeszcze, teraz bez zachwiania się.
Oczy Ślepowrona zabłysły. Czy on właśnie…? Tak, tak! Zrobił to! W końcu zrozumiał, w jaki sposób musi skakać, aby lądować bez zachwiania się czy upadku! Z jego gardła wydobył się cichy, mimowolny pisk dumy z samego siebie. Ale nie zamierzał teraz spoczywać na laurach, co to nie. Wrócił się więc raz jeszcze parę kroków i ponownie napiął mięśnie w ten sam sposób co poprzednio. Ten wyskok oraz lądowanie również mu się udały. I kolejnym razem też. I następnym również. Dymny nie ukrywał radości. Zamknął na chwilę oczy, po czym otwarł je i spojrzał po raz drugi na swoją zniekształconą kończynę. Może patrzył na to wszystko ze złej strony? Może to nie miała być kara od przodków, ale test? Od urodzenia miał trudniej niż cała reszta, ale może był ku temu powód? Może miał się nauczyć jak sobie w ten sposób radzić i to miało go końcowo uczynić silniejszym? Może Mroczna Puszcza chciała dać mu wykazać się w sposób zupełnie inny niż sobie, dotąd wyobrażał? Wtedy całe te żale jego ojca stawały się bez sensu, wszak on nie potrafił zrozumieć woli zmarłych wojowników. Miał na to zbyt zamknięty umysł. Ale Ślepowron już wiedział, już przejrzał wolę przodków. I nie zamierzał się teraz tym bardziej poddawać. Nie teraz, nie nigdy.
– Ślepowronie? Ślepowronie! Na miłość przodków, co ty tu robisz? Wracaj do środka, ale już. – Kocurek usłyszał nagle głos swojej mamy, który dobiegał z wejścia do żłobka.
– Przepraszam mamo – miauknął w odpowiedzi, po czym od razu podreptał do niej.
Było mu nieco żal, że nie zdąży już dziś więcej poćwiczyć. Ale cieszył się z tego, co odkrył i był z siebie dumny jak nigdy dotąd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz