Zauważyłem, że tego wieczoru Psianka położyła się wcześniej, niż zwykle - by być gotową przed naszą wielką wyprawą. Ja zasnąłem mniej więcej w tym samym czasie co kotka - z tą różnicą, że ja o tej porze zasypiam codziennie. Na co mam do późna siedzieć?
***
Rano obudził mnie naglący szept.
— Borowiku! — usłyszałem głos Psianki, trącającej mnie pyskiem. — Poranny patrol wychodzi! — ostrzegła mnie, po czym, przemykając między posłaniami, dotarła do miejsca, gdzie gałęzie spoza obozu stykały się z gałęziami naszego legowiska. Odwróciła się, aby sprawdzić, czy podążam za nią.
Leżałem chwilę w bezruchu, dryfując gdzieś między jawą a snem, wpatrując się w nią zmrużonymi oczkami… aż nagle dotarł do mnie sens jej słów. Stanąłem na równe nogi, zdezorientowany. Zjeżyło mi się futerko. Ugh…
— A... Racja... Tajny plan… hmmm… — mruknąłem, otrzepując się.
Podążyłem za nią, wlokąc ciężkimi łapkami po ziemi i zerkając smętnie w stronę mojego jeszcze ciepłego legowiska.
***
— Uh. A zrobimy tam przerwę na spanie? Bo ja to bym pospał jeszcze...
Wskoczyła na niższą gałąź, przemieszczając się zgrabnie z jednej na drugą, trzymając się w bezpiecznej odległości od potencjalnego miejsca pobytu patrolu.
— Jeśli nam się uda w miarę szybko przekroczyć granicę z Klanem Burzy, to zrobimy krótką przerwę — odparła, nie obracając się do mnie, skupiona na zadaniu. Jeśli wydamy podejrzany dźwięk, to koty z naszej społeczności mogą nas zauważyć, a tłumaczenie się z naszego wymknięcia może być dla nas obojga niekorzystne.
***
Podążałem za Psianką, zwinnie przeskakując z drzewa na drzewo, niemal bezszelestnie. Księżyce treningu się opłaciły.
Dotarliśmy w końcu do miejsca, gdzie kończyło się pasmo drzew - przy rzece. Za nią rozciągał się fioletowy pas wrzosów i droga grzmotu - faktyczna granica naszego terytorium.
— Hm. Ładnie, ładnie. Muszę tu wrócić — mruknąłem, już układając plan mojej samotnej, następnej wyprawy… Może nawet w towarzystwie Świergotka? — Znaczy, że... uh. Ty... umiesz pływać? — spytałem, marszcząc brwi i zerkając z nieufnością w stronę wodnej tafli.
— Szczerze? Tak średnio. Ale ponoć jest w tym miejscu dość płytko — mruknęła, z wyraźnie podobnym stosunkiem do tej przeprawy co ja. Nie lubiła pływać, to wiem, a bycie mokrym w porę nagich liści groziło poważną chorobą... Ale jeśli szybko zdołamy się ogrzać, nie powinno być większego problemu…
— Jeśli nie chcesz ze mną iść, to… to ostatnia chwila, aby się wycofać. — Odwróciła się do mnie z powagą.
— Hmm... — mruknąłem i kiwnąłem głową na znak, że rozumiałem powagę sytuacji. To znaczy, nie, żebym rozumiał w stu procentach, w stu procentach za to starałem się zrozumieć i ufałem ocenie Psianki.
Zeskoczyłem z drzewa w ślad za kotką i razem weszliśmy do rzeki. Faktycznie, woda w tym miejscu była płytka, aczkolwiek odruchowo skrzywiłem się, gdy znalazłem się niemal po barki w chłodnej, ciemnej cieczy. Bezpiecznie dotarliśmy na drugą stronę, na Wrzosową Polanę. Fioletowe kwiatki z łatwością przylepiały się do mokrego futerka.
— Dziwne, dziwne... — rozejrzałem się dookoła ze zmarszczonymi brwiami. — Nigdy nie byłem tutaj. Mimo że ja to już zwiadowcą jestem długo... Ale no, z reguły chodzę w te same miejsca. Hm. Ale… ty to wiesz jak iść, co nie...? Bo ja to nie, nie.
— W teorii… rozrysowałam kiedyś z Rohan mapę terytorium. Jeśli dobrze pamiętam, to gdy zobaczymy upadłą gwiazdę drugi raz, oznaczać to będzie, że idziemy w dobrą stronę — mruknęła, gdy już przedarliśmy się na drugi brzeg rzeki. Otrzepała się z wody, po czym energicznymi ruchami języka próbowała wysuszyć futro. Ja pozostałem przy strząśnięciu wody. I tak przy tej temperaturze nie pomogłoby to za bardzo… Wciąż było nam strasznie zimno, ale przynajmniej nie było śniegu na ziemi. Ruszyliśmy przed siebie, a pyszczek Psianki przepełniony był powagą i lekkim niepokojem. Musieliśmy się skupić na drodze, inaczej się zgubimy i nie będzie dobrze… Nie chcielibyśmy się zgubić, oj nie…
— Borowiku, jak ci idzie na… drodze miłosnej? — zapytała z uśmiechem na pysku, starając się jakoś zacząć rozmowę.
Przechyliłem lekko głowę na bok, ostrożnie stawiając kroki między niskimi roślinami.
— Uh. Na drodze... jakiej? — spytałem, próbując zrozumieć sens użycia tego konkretnego słowa w tym konkretnym kontekście. — Ah. W sensie... no wiesz, to tak, jakby się szło po drodze dość... wyboistej, w dodatku po ciemku i... i po wytarzaniu się w mule, przez co nie czuć też niczego nosem, ale... hm. No, w sumie nie ma "ale". Dokładnie tak jest i tyle — mruknąłem, marszcząc brwi, zerkając na kotkę kątem oka - widziałem, że słuchała mnie uważnie. — Mimo to... myślę, że będzie dobrze. Potrzeba tylko... czasu. Zawsze potrzeba czasu i co by drugi kot nie poddał się pierwszy. Wiesz, Psianko? Tak sobie myślę... mhm...
Wtem naszym oczom ukazała się druga część upadłej gwiazdy, tuż za drogą grzmotu, do której się zbliżaliśmy.
— Rozumiem cię Borowiku, taka droga często bywa kręta i wyboista, często też jest ciężka do przejścia. Jednak gdy znajdziesz jej koniec, może okazać się, że warto było się trudzić — uśmiechnęła się do mnie, spoglądając jednocześnie na drogę. — Przyznam ci, że kiedyś myślałam, że moja droga prowadziła do ciebie.
Oh.
— Po krótkim czasie uświadomiłam sobie, że to mózg płata mi figle, Wszechmatka nie pisała nam życia razem, Gończyk mi o tym powiedział. — Przycupnęła przed drogą grzmotu, uważając czy nie jedzie żaden potwór. Usadowiłem się na ziemi tuż przy niej, próbując jednocześnie przetrawić jej wyznanie. Kiedy ryk bestii rozległ się z naszej lewej strony, odskoczyła do tyłu i spojrzała na mnie. — Jak powiem trzy, to biegnij, ile sił w łapach! — krzyknęła, aby przekrzyczeć ryk potwora. — Raz, dwa, TRZY! — rzuciła się na drugą stronę drogi, przebiegając ją najszybciej, jak potrafiła.
Nieco się zagapiłem, ale szybko udało mi się dogonić Psiankę, tym samym bezpiecznie przekraczając Drogę Grzmotu. Zobaczyłem, jak wzdryga się i próbuje złapać oddech. Potrzebowaliśmy chwilki, by nieco się uspokoić. Potem - ruszyliśmy dalej.
— Oh. To... to ciekawe, co mówisz... hm... Uh. - rozejrzałem się niepewnie na boki, wracając do tematu. — No... no, dobra... Ale... jak już poznasz tego, kogo wyznaczyła ci Wszechmatka, to na pewno będzie ktoś... hm, akceptowalny, chyba... Ale jakbyś... wiesz, potrzebowała kiedyś, to ja mogę zawsze temu komuś wyjaśnić parę rzeczy, w razie, gdyby... coś nie tego...
Byliśmy coraz bliżej granicy z klanem wilka, mogłem już niemal wyczuć, jak dwa obce zapachy mieszają się ze sobą.
— Dziękuję ci Borowiku, naprawdę to doceniam — odparła z uśmiechem. — Teraz musimy iść na granicę z Klanem Wilka, myślisz że złapie nas ich patrol? Chociaż… może lepiej nie… — odrzuciła od siebie tą myśl. Dokładnie zacierała nasze ślady i wybierała drogę, która wyglądała na nieuczęszczaną. Oprócz tego śnieg maskował lekko nasze zapachy. Minęliśmy więc upadłego potwora i zmierzaliśmy w stronę iglastego lasu. Jedyne, co mogłem zrobić, to za nią podążać i w razie zagrożenia wykorzystać moje zwiadowcze umiejętności.
Bezpiecznie przekroczyliśmy pierwszą, jak i drugą granicę, przemierzając iglasty las, niczym cienie skacząc po gałęziach. Nawet gdyby ktoś wyczuł nasz zapach, nie byłby w stanie zlokalizować jego źródła z takiej wysokości. Bez większych przeszkód po drodze, zbliżaliśmy do ostatnich dwóch przeszkód na naszej trasie - rzeki i drogi grzmotu tuż za nią.
***
— Ojoj... — mruknąłem, patrząc w niebo. — Późno się zrobiło. O jakiej porze właściwie zamierzamy... wrócić...? I... uh... chwila... Rozejrzałem się niepewnie, gdy stanęliśmy na granicy linii drzew. Nigdzie nie było widać rzeki.
Psianka również stanęła obok mnie. Tak się zagadaliśmy, że nie zauważyliśmy aż do tego momentu, że mogliśmy po drodze zboczyć z kursu…
— Oh… — rozejrzała się dookoła, po czym zaczęła wspinać się wyżej po gałęziach. Zdaje się, że ostrzegła coś w oddali, ale wnioskując po wyrazie jej pyska, nie była w stanie zidentyfikować czy to to, czego szukamy.
— Chodź Borowiku! Coś znalazłam!
Tak, to była rzeka. Dostrzegłem ją wyraźnie, ale musieliśmy się nieco cofnąć, by to się stało. Nie zgubiliśmy się aż tak, jedynie nieco rozjechaliśmy się z obranym kierunkiem. Błąd prosty do naprawienia.
***
— Hm. Trochę taka... szeroka ta rzeka — mruknąłem, szacując nasze szanse na przetrwanie tej przeprawy, biorąc pod uwagę moje umiejętności pływackie. — No dobra... — zanurzyłem ostrożnie jedną łapę w wodzie i poczułem, jak prąd wody ciągnie mnie w przeciwną stronę. Tak mnie to zaskoczyło, że straciłem równowagę i wleciałem do rzeki. Po kilku uderzeniach ptasich skrzydeł, podczas których zdążyłem odtworzyć w pamięci najważniejsze wspomnienia mojego życia i pożegnać się ze światem, bliskimi i moim już pewnie zimnym legowiskiem, znalazłem się bezpiecznie po drugiej stronie.
— Choć, Psianko. Albo... albo lepiej… płyń — powiedziałem, trzęsąc się z zimna, próbując wysuszyć moje biedne futerko, zamoczone po raz drugi tego dnia i zapewne nie ostatni…
Psianka przekroczyła wodną toń z wyraźnie większą gracją (a przynajmniej bez wyraźniej konieczności żegnania się z życiem), ale też nie wyglądała na bardzo szczęśliwą z zaistniałej konieczności. Wyczyściła swoje futro do sucha, lecz, mimo tego, dalej dygotała. Podeszła niepewnie do drogi grzmotu, która była tuż przed nami.
— Damy radę, jak przejdziemy przez nią, będzie już z górki! — uśmiechnęła się do mnie pogodnie, jednak jej oczy wyjawiały, że jest trochę zestresowana… Siedlisko dwunożnych było pełne… dwunożnych, którzy mogli być niebezpieczni...
***
— Chodź! — zawołała, po czym bezpiecznie przebiegła na drugą stronę. Jej ogon drżał z widocznych emocji, niecierpliwości, strachu i podniecenia jednocześnie. Wiedziałem, jak ważne jest dla niej marzenie o spotkaniu dwunożnych i, choć nie podzielałem jej ekscytacji, miałem nadzieję, że nie pożałuje i że sprawi jej to radość.
— Jeśli coś się stanie… przekaz Gończykowi i matce, że ich kocham, dobrze? — mruknęła cicho, patrząc w oczy buremu, z pełną powagą.
Wzdrygnąłem się na nagłą zmianę emocji w jej tonie.
— Oh, Wszechmatko... Chwila. Jak to..? Co ma się stać..? Znaczy... okej... — zacząłem, nieco zdezorientowany. — Kiedy miałbym wiedzieć, że coś się stało..? Jak... uh... jak to stwierdzić..? — zmarszczyłem brwi, próbując odzyskać choć część mojej logiki. — Poza tym... raczej... chyba wrócisz... najpewniej, więc ja tu sobie zaczekam po prostu... hm.
Podrapałem nerwowo ziemię łapką.
Nie odrywała wzroku ode mnie, mogłem zobaczyć, że nad ekscytacją nieco wziął górę strach. Ale skoro już byliśmy tak blisko… to już się chyba nie wycofa.
— Uh… no nie wiem Borowiku… Będę krzyczeć. Jeśli chcesz to… możesz mnie obserwować z tego drzewa — wskazała ogonem, po czym zbliżyła się do kocura. — Dziękuję Ci, że przyszedłeś ze mną aż tutaj. To wiele dla mnie znaczy. — Przycisnęła pysk do boku mojej szyi w przyjacielskim geście, a następnie odwróciła się i stanęła przed ścianą gniazda dwunożnych. Była zbudowana z dziwnie prostych drzew, które wyglądały na bardzo cienkie. Aż zmarszczyłem brwi. Dziwne istoty… Na co im płaskie drzewa? Ani na nie nie wejdą, ani w nich wiewiórki nie zamieszkają… Wycofałem się nieco i wspiąłem się na najbliższe drzewo, uważnie obserwując kotkę. Znowu złapałem się na tym, że zastanawiam się, jak ona szybko dorosła…
Powoli wdrapała się na szczyt ściany, obserwując jedno z gniazd, znajdujących się naprzeciwko. Z otworu w gnieździe wydobywało się brzydkie światło, drażniące oczy, a w środku, ledwo dostrzec można było… dwunożnego. Gdzieś w oddali ujadało psisko. Wzdrygnąłem się na ten dźwięk, a moje futerko się napuszyło. Ona za to zafascynowana wpatrywała się w ten otwór. Obejrzała się po raz ostatni w moją stronę, po czym zeskoczyła na trawę po drugiej stronie. I właśnie wtedy, gdy już zdążyłem przekonać się, że może ta wyprawa skończy się obiektywnie pozytywnie… zjawił się on. Dwunożny złapał kotkę swymi łapskami po bokach jej ciała, a zaraz po tym unieruchomił ją, chwytając ją za kark. Ja siedziałem na gałęzi w bezruchu, obserwując w panice otoczenie, próbując znaleźć jakieś inne wejście do gniazda, jakiś słaby punkt, coś, co można by wykorzystać, by oswobodzić Psiankę…
— Borowiku! Borowiku pomocy! — zawyła, próbując się wyszarpać, jednak wyglądało na to… że to na nic. Przemieszczała się razem z bestią, wrzeszcząc i plując, starając się wykorzystać jakiekolwiek techniki bitewne, których nauczyła ją Rohan, nic jednak to nie dało. Psianka zniknęła razem z dwunożnym wewnątrz gniazda, którego wejście zostało od razu zabarykadowane.
Nie byłem w stanie się ruszyć. Nawet oddychać.
<Psianko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz