Przecież ja znam te wszystkie ataki, tylko zawsze wylatują mi z głowy…
To całe szkolenie i tak już za długo się ciągnie. Może… jeżeli teraz pokonam moją mentorkę, to… może… pozwoli mi podejść do testu na wojownika…?
Poza tym… NIE MA OPCJI, że przegram, teraz gdy tatuś patrzy! Ooo nie, co to, to nie!
Guziczek usiadł nieco z boku, ja natomiast ustawiłem się naprzeciwko Jaśminowiec. Czułem, jak z niecierpliwości swędzą mnie łapki. Zamarłem i otworzyłem szeroko oczy, wpatrując się w kotkę.
– Dobrze, Gronostaju. Nie będziemy robić nic nowego. Standardowa walka do trwałej utraty równowagi i pokażesz Guziczkowi, jakie postępy zrobiłeś w tej dziedzinie.
Otworzyłem moje wyłupiaste oczka jeszcze szerzej.
Może i zrobiłem postępy w walce na równowagę, ale… postępy te wyglądają w ten sposób, że zamiast przegrać od razu, przegrywam… chwilę później. I tyle. Nie ma tu nic do pokazania… Moje krótkie łapki zupełnie nie pomagają w utrzymaniu większego ciałka w pionie.
No i… jak by to powiedzieć, nie chce mi się ćwiczyć na treningach! Co mnie obchodzą słowa tej irytującej Jaśminowiec, że się zawiodła? Czemu mam się dla niej starać? Za kogo ONA się uważa! Usz! Ale jakby tatuś mi tak powiedział, pomyślał albo przekazał to kontaktem wzrokowym, to bym nie przeżył prawdopodobnie. TO jest kot, dla którego mogę się starać!
Nie mogę zawieść tatusia. Hm!
Ustawiłem moje oczka w pozycji bojowej, wyśrodkowując je i przymykając powieki. Rozstawiłem szerzej łapki w celu utrzymania stabilnej pozycji. Wysunąłem nieco języczek w intensywnym skupieniu. Byłem gotowy!
Jaśminowiec uniosła lekko brwi w rozbawieniu - wiedziała, że ten gest zawsze mnie irytował, ale nie dziś!
– W porządku, Gronostaju… Skoro jesteś gotowy…
Czekoladowa kotka momentalnie spięła się i skoczyła na mnie, błyskając swoimi kłami. Przypadłem do ziemi, po czym wykonałem długi skok blisko podłoża, do przodu, by zrobić unik i niemal od razu ponownie wyskoczyłem, tym razem przechodząc do ataku na plecy mentorki. Ona jednak odruchowo uskoczyła w bok i gdy tylko spadłem na ziemię, ona już była nade mną z wyciągniętą łapą. Zatrzymałem moje przednie kończyny, pozwalając tylnym obrócić mnie o sto osiemdziesiąt stopni, wykorzystując pozostałą siłę ze skoku. Sytuacja była, krótko mówiąc, beznadziejna - jeśli przygwoździ mnie do ziemi, nie będę mógł się uwolnić, mentorka jest silniejsza. Zdecydowałem się więc na desperacki krok. Z całej siły wybiłem się do przodu, celując w jej brzuch moją twardą czaszką - łapki może i mam krótkie, ale głowę jak głaz!
– WUSZ! – sapnąłem, gdy z impetem zderzyłem się z ciałem kotki.
Wyczułem, jak spina swoje mięśnie - oczywiście, że jest zbyt doświadczona, by dać się uderzyć w rozluźnione.
Upadła na ziemię. Wstała jednak dość szybko. Na jej pysku malowało się czyste zdumienie. A potem nagle uśmiechnęła się.
– No, no, Gronostaju – mruknęła.
Jej oddech, mimo intensywnego wysiłku, pozostawał stabilny. W przeciwieństwie do mojego - mi ustabilizowanie go zajęło zdecydowanie więcej czasu. Gdyby to była prawdziwa walka, to… nie wiem, jak długo bym wytrzymał z tak doświadczoną wojowniczką. Na szczęście na świecie więcej jest tych raczej przeciętnych…
– Widzę, że jak chcesz, to potrafisz. Może faktycznie pomyślimy o organizacji testu…
– Usz! Oczywi… uh… OCZYWIŚCIE, że pot… rafię…! TAAAK! – tupnąłem łapką, by podkreślić moje słowa, ale spowodowało to jedynie, że zachwiałem się dość intensywnie. Łapki zaczęły mi się plątać i upadłem na plecki. Gdy po chwili zacząłem oddychać w miarę normalnie, zerknąłem na tatusia, przechylając głowę na bok, wciąż leżąc na ziemi.
– TATO! JAK MI POSZŁO, TATOOO!? – krzyknąłem, wytrzeszczając oczka i ściskając łapki w oczekiwaniu.
<Guziczku?>
[565 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz