BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klekocząca Łapa x Gąbczasta Perła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klekocząca Łapa x Gąbczasta Perła. Pokaż wszystkie posty

24 maja 2026

Od Gąbczastej Perły CD. Klekoczącego Bociana

— Wiesz, jakie miałem marzenia? — zapytał nagle, a ciemnooka zdziwiła się tą odpowiedzią. Liczyła na jakąś monosylabę, krótką zaczepkę lub równie prawdopodobną ciszę.
— Nie. Nigdy mi nie mówiłeś — przyznała szczerze. To była prawda. Nie rozmawiali prawie wcale, jeśli nie chodziło o zastosowania ziół czy leczenie schorzeń.
— Chciałem być liderem. Zostałbym nim. Rozmawiałem z Błękitną Laguną, kiedy już mój trening pod okiem twojej matki się kończył. Na zgromadzeniu spotkałem kotkę z Klanu Klifu, z którą rozmawiałem o tradycjach. Nie czułem nic do niej, nie myśl sobie nawet, ale opowiedziałem jej o tej z żabą podczas ceremonii partnerstwa. Powiedziała, że na pewno podczas mojej znajdzie się największa, najpiękniejsza i najbardziej zielona żaba. Przykro mi, że ją zawiodłem.
“Gdybyś w ogóle się jej z kimś doczekał…” — pomyślała dymna w pierwszej chwili, co odrobinę ją rozbawiło. Uśmiechnęła się pod nosem, lecz gdy dostrzegła, że biało-czarny uczeń mierzy ją niemal morderczym wzrokiem, od razu spoważniała. Czy powinna jakoś go pocieszyć? Wspieranie innych emocjonalnie zdecydowanie nie leżało w jej naturze.
— Przykro mi, Klekocząca Łapo, że nie udało ci się spełnić swoich marzeń. Musisz jednak wziąć pod uwagę, że nawet będąc księciem i wierząc, że wszystko w życiu się uda, trzeba być gotowym na różne przeciwności losu — mruknęła, odwracając wzrok od młodszego kocura.
Nie wyglądał na przekonanego słowami medyczki, ale trudno było się temu dziwić.
— Niestety nie mogę ci pomóc pogodzić się ze zmianą rangi. Jestem tu od leczenia ran zewnętrznych, a nie wewnętrznych — westchnęła, powoli kręcąc głową. — Musisz sam to przepracować, bo inaczej całe życie spędzisz smutny i przygnębiony.
Na moment zamilkła, po czym dodała:
— I powinieneś nauczyć się czerpać radość z prostych rozmów ze swoimi pobratymcami. Brak relacji romantycznej to jeszcze nie koniec świata!

* * *

Nie sypiała ostatnio za dobrze. Nie mogła zmrużyć oka, często przez długie godziny wpatrując się w poranionego Szczawiowe Serce, który w Klanie Nocy dostał nowe miano. Wszyscy nazywali go Błotem, patrzyli na niego z pogardą. Dymna również nie zwracała się do niego zbyt przychylnie. Nie chciała, by którykolwiek z Nocniaków dowiedział się o jej “romansie” z czekoladowym kotem.
Właściwie, gdy na niego patrzyła, czuła dziwną mieszankę zawodu i złości. Gdy wtedy odchodziła z terenów Klanu Wilka, gdy odrzuciła jego miłość… nie spodziewała się, że jeszcze kiedykolwiek będzie zmuszona przebywać z nim w jednym legowisku. Jego obecność w pewnym sensie zaburzała jej porządek. Burzyła jej dotychczas spokojne życie, niszczyła poczucie bezpieczeństwa. Najchętniej własnymi łapami zadusiłaby czekoladowego, by już nigdy więcej nie musieć widzieć jego pyska… ale tak nie wypadało. Nie przy Sennej Łzie, nie przy Stroczku. Chcąc nie chcąc, Szczawik był ich ojcem.
Gdy pojawiła się na wyspie, od razu usiadła obok Różanej Woni i Klekoczącego Bociana. Nie miała siły na rozmowy z obcoklanowcami.
— Co u was? — zapytała, po czym przeciągle ziewnęła i zadrżała. Nie mogli sobie odpuścić tego zgromadzenia? Wolałaby siedzieć na swoim bezpiecznym posłaniu i pilnować tego czekoladowego szczyla, niż znowu oglądać, jak jakieś krnąbrne koty coś odwalają…
— Tak samo niesamowicie, jak zwykle — wypluł chłodno Klekotek, nawet nie racząc jej spojrzeniem. — O tobie można chyba powiedzieć to samo, co?
Gąbczasta Perła stęknęła, uderzając koniuszkiem ogona o powierzchnię wyspy.
— Byłoby lepiej, gdybym nie musiała spać w jednym legowisku z jakimś zapchlonym brązowym kotem! Niech ja tylko dorwę tego Ulewnego Szkwała… Po co go tak urządził? Ten brudas na nic nam się nie przyda! Tym bardziej taki połamany! — zdenerwowała się, kładąc po sobie uszy.
Gdy Szkwał był młodszy, sama starała się wpoić w niego nienawiść do czekoladowych kotów, snując opowieści o Fląderce i Korzennej Łapie, ale nie sądziła, że młodszy weźmie je aż tak bardzo do serca. Był brutalny! Szczawiowe Serce niemal nie przypominał już dawnego siebie. Teraz bliżej mu było do sowiej wypluwki.
Poza tym nie rozumiała decyzji Mandarynkowej Gwiazdy. Po co w ogóle zgodziła się na przyjęcie tej czekoladowej sieroty do Klanu Nocy? Nawet jeśli był więźniem, nie zasługiwał na to, by żerować na Nocniakach. Powinni byli zostawić go na pastwę losu, zamiast teraz marnować na niego zioła i zwierzynę.
— Czekoladowe koty coś częściej u nas bywają... Najwidoczniej Klan Gwiazdy próbuje z całej siły napuszczać na nie niebezpieczeństwo czy inne choroby. Od Fląderki też niemal nie można się uwolnić. Czuje, jakby przylepiła mi się do ogona lub łap; niczym zaschnięte błoto — wyburczał czarno-biały. — Ulewny Szkwał zdał się zrobić z tego całego Błota swoisty łup... Jeśli tak bardzo chciał się wykazać, to mógł złowić szczupaka wielkości lisa; może wtedy przynajmniej nie musielibyśmy tracić zwierzyny na kolejny pysk. I my, i ta przybłęda, ma szczęście, że Pora Nagich Drzew jest niezwykle łagodna, bo myślę, że byłby pierwszym, którego rozważalibyśmy wyrzucić. Chociaż moim zdaniem i tak powinniśmy to zrobić; nie lubię kotów, które długo siedzą w lecznicy; czuję się, jakby podpatrywali i podsłuchiwali... Już raz zostałem ostrzeżony przez wuja, że mam uważać na Fląderkę, bo może zbyt dużo dowiedzieć się o ziołach…
Dymna przytaknęła pewnie na słowa Klekoczącego Bociana. Nie potrafiła pojąć, jakim cudem Szczawik w ogóle zagrzał sobie u nich miejsce! Już dawno powinien leżeć w jakimś rowie.
— Czekoladowe koty nie tylko częściej trafiają do lecznicy, ale też jest ich coraz więcej w całym Klanie Nocy! Moja teoria się sprawdza… — mruknęła tajemniczo, mrużąc swoje zmęczone, brązowe ślepia. — W końcu pojawi się wśród nas jakiś czekot, który zapragnie nas wszystkich powybijać! Ten przybłęda już jest całkiem bliski dokonania tego czynu. Jeszcze kiedyś pożałujemy, że go przyjęliśmy, gdy wyżre nam cały zapas ryb! — mówiła dalej, nie ukrywając swojej nienawiści do brązowych kotów. Może właśnie tego potrzebowała? Co może być lepsze od ponarzekania sobie na głos na istniejące problemy?
Westchnęła ciężko, na moment przerywając swoją wypowiedź.
— Źle mu z oczu patrzy, nie sądzisz? — dodała, a na jej pysku na moment pojawił się złowieszczy uśmiech. — Nikła Gwiazda mówił kiedyś na zgromadzeniu o pewnych uciekinierach, a ten czekoladowy kot… kogoś mi chyba przypomina.
— Chyba jesteś jedyną, która może wiedzieć — burknął. — Nie wiem... W oczach ma panikę i zagubienie, jakby chciał we wszystkich wzbudzić jakiś rodzaj troski i współczucia. Denerwują mnie takie koty; Fląderka ma takie same. Nie mogę tego znieść.
Po tych słowach zrobił chwilę przerwy.
— Dopóki nie pokaże, że może być chociaż minimalnie pożyteczny, nie powinien dostawać tyle jedzenia... Skoro uczniowie potrafią trenować bez wczesnego posiłku, to po co mają przynosić ryby dla niego do lecznicy — pomyślał na głos. — Inni na nie zasłużyli. Nie mam współczucia dla kota, którego rany są jedynie skutkiem jego własnych czynów. Chociaż Szkwał był okrutny, zwłaszcza jak na młodego kota, to po co Błoto pchał się na nasze tereny? Gdyby nie wybujałe ego tego podrostka z mlekiem pod nosem, nie mielibyśmy go teraz na barkach, a jedynym ciężarem byłby na sumieniu tego, który go zaatakował. A skoro jest taki niesamowity i zdolny, na pewno by sobie z tym poradził — prychnął.
Dymna pokręciła głową. Klekoczący Bocian mówił tak dużo, że niewiele wyłapała z jego słów.
— Nie, nie… Wiesz co, chodzi mi o to, że ten śmierdziel to przecież jeden z tych uciekinierów z Klanu Wilka! Nikła Gwiazda mówił o kimś takim. O białym w czekoladowe łaty, nazywał się Szczawiowe Serce… Mówię ci, znam go! Widziałam go, gdy byłam u Wilczaków, żeby podszkolić się trochę w walce i polowaniu — mruknęła pod nosem, marszcząc brwi.
Miała doskonałą broń, by zniszczyć Szczawika… Tylko czy powinna z niej skorzystać? Klekoczący Bocian już się o tym dowiedział. Teraz pytanie, czy ta informacja spłynie po nim jak po kaczce, czy będzie chciał coś z nią zrobić…
— Skoro jesteś tego taka pewna, to co jeszcze cię trzyma? Idź, powiedz o tym Mandarynkowej Gwiedździe, być może nawet powinnaś zrobić to w tym momencie; od razu będzie można to zakończyć. Pośle się kogoś do obozu, kto przywlecze Błoto i odda go w łapy Klanu Wilka — rzucił Klekotek, jakby to była najnormalniejsza, najbardziej codzienna rzecz na całym świecie.
Gąbka na moment uruchomiła swój mózg. W końcu wypaliła:
— Masz rację. Pójdę tam właśnie w tej chwili! — oznajmiła, gwałtownie podnosząc się z miejsca. Strzepnęła ogonem i już miała kierować się w stronę nocniackich terenów, gdy nagle wpadła na Żmijowcową Wić. Zamiast przeprosić go i pójść dalej, spojrzała na niego i mruknęła:
— Ty! Idziesz ze mną!
Na szczęście bury pobiegł jej śladem. Gdy ją dogonił, zapytał:
— H-hej, Pani medyk, co to za pośpiech? Liderzy jeszcze nie przemówili.
Nie miała jednak czasu na pogaduszki. Miała pewnego uciekiniera do przyprowadzenia…

* * *

TW: Krew

Z każdym krokiem, z którym przybliżała się w stronę obozu Klanu Nocy, zaczynała się coraz bardziej niepokoić. Do jej nozdrzy docierał podejrzany, drażniący ją zapach.
— Co tam się dzieje…? — mruknęła niepewnie do Żmijowca, zwalniając nieco. Przed jej oczami rysował się już obóz klanu, ale teraz zastanawiała się, czy aby na pewno chce do niego wchodzić…
— Ten smród... To trop borsuka, Gąbczasta Perło... — powiedział zszokowany. Wąsy drżały mu ze strachu i złości.
Futro medyczki zjeżyło się nagle, a jej oddech przyspieszył.
— Na Klan Gwiazdy! — mruknęła zdumiona. — Jak to borsuka?! Co on robi w naszym obozie? — dodała spanikowana, po czym zaczęła gnać w stronę wysepek. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby któremuś z jej bliskich stała się krzywda! Jednak im bliżej obozu była, tym wyraźniej w jej uszach rozbrzmiewały wrzaski pobratymców...
Bury puścił się pędem za medyczką. Nieco wyprzedził ją zaraz przed wejściem i wepchnął się przez tunel. Rzucił się w kierunku borsuka i wyskoczył daleko w przód. Gąbka wparowała do obozu tuż za Żmijowcem. Niby szkoliła się w Klanie Wilka i miała jakieś pojęcie o walce, ale czy to będzie wystarczające? Nie, na pewno nie będzie. Bardziej się tu przyda jako medyczka. Uciekła gdzieś na bok, mierząc wzrokiem pole bitwy, starając się ocenić straty i wypatrzyć ranne koty.
Widząc, jak borsuk atakuje jej własną córkę, nie mogła się powstrzymać. Wystrzeliła do przodu, biegnąc w stronę znacznie większego zwierzęcia. Czuła, że pcha się właśnie w objęcia Klanu Gwiazdy, ale nie mogła stać bezczynnie… Łzy cisnęły jej się do oczu, gdy biegła w stronę szylkretki.
Nim jednak zdążyła rzucić się na borsuka, Senna Łza opadła z hukiem na ziemię. Wokół niej rozbryznęła się krew, a Gąbczasta Perła stanęła jak wryta. Przez moment zakręciło jej się w głowie, a obraz przed oczami zaczął się rozmywać. Na język cisnął jej się pełen bólu, rozdzierający krzyk, ale nie mogła nawet drgnąć. Dopiero po chwili zamrugała kilkakrotnie, próbując odzyskać świadomość tego, co działo się wokół. Gdy przyjrzała się córce uważniej, zauważyła, że nie miała jednej z łap. Została wyrwana przez tego śmierdzącego borsuka!
Gąbka rzuciła się w jej stronę, nawet nie zwracając uwagi na ogromną, szaro-czarną bestię stojącą tuż obok. Chwyciła Senną Łzę za kark i panicznie odciągnęła ją na bok, z trudem powstrzymując łzy. W uszach dudniły jej wrzaski innych kotów, ale ich nie słuchała. Nie rozumiała już, co właściwie działo się wokół niej. Czy cokolwiek poza córką miało teraz znaczenie?
Kiedy wypuściła wojowniczkę z zębów, natychmiast przypadła do jej pyska.
— Wszystko będzie dobrze… będzie dobrze… — powtarzała jak mantrę, wpatrując się w znajomy pysk wykrzywiony bólem. Po chwili wyciągnęła łapę i delikatnie położyła ją na policzku córki. — Zaraz coś na to poradzę… zaraz ci pomogę — wyszeptała drżącym głosem, jakby próbowała uspokoić zarówno Senną Łzę, jak i samą siebie.
Podczas gdy Korzenna Łapa kłóciła się z innymi kotami, Gąbczastej Perle udało się przemknąć do lecznicy. W pośpiechu wyciągnęła ze składziku kilka ziół, kompletnie nie dbając o porządek. Wkrótce legowisko medyka wyglądało tak, jakby przeszedł przez nie huragan, ale dymna nie miała teraz głowy do takich rzeczy. Wracając, przypadkiem wpadła jeszcze do źródełka, rozchlapując wodę na wszystkie strony, lecz nawet tego nie zauważyła.
Ponownie przypadła do córki i spojrzała na jej łapę — a raczej to, co z niej zostało. Teraz był to jedynie zakrwawiony, poszarpany kikut, z którego strugami wypływała posoka. Gąbka zaczęła panicznie wylizywać futro Sennej Łzy, lecz po chwili metaliczny smak krwi stał się nie do zniesienia. Wypełnił całe jej podniebienie, wywołując mdłości.
Odsunęła się gwałtownie i drżącymi łapami chwyciła zioła mające zapobiec infekcji. Przeżuła je niedbale, przy okazji boleśnie przygryzając sobie język. Powstałą papkę nałożyła na ranę, desperacko licząc, że jakkolwiek pomoże córce. Resztę liści przycisnęła do kikuta, próbując zatamować krwotok. Potem sięgnęła po pajęczyny i zaczęła ciasno owijać nimi ranę, nie żałując ani odrobiny zapasów. Ktoś mógłby nazwać to marnotrawstwem, ale Gąbczasta Perła nie myślała teraz o klanowych zasobach.
— Nie odpływaj, dobrze? Klan Gwiazdy jeszcze cię nie wzywa… — szeptała gorączkowo podczas swoich nieporadnych prób założenia opatrunku. Co z niej była za medyczka, skoro nie potrafiła uratować własnej córki?

* * *

Od ataku borsuka minęło już sporo czasu, lecz Gąbczastą Perłę wciąż ściskało serce, gdy patrzyła na kuśtykającą córkę. Głupi Nocniacy! Głupia Korzenna Łapa! Trzeba było zabić ją i te głupie szczenię borsuczycy, zamiast się z nią godzić i jeszcze okazywać jej współczucie! Ta wariatka rozwaliła im pół obozu, a także zabiła i trwale okaleczyła mnóstwo kotów. Nie zasługiwała na to, by ktokolwiek mówił jej, jak bardzo żałuje tego, co spotkało jej grupę.
Gdy szylkretowa wojowniczka przekroczyła próg lecznicy, Gąbka od razu do niej podbiegła, przyjmując zatroskany wyraz pyska.
— Co się stało, Łezko? Czy znowu dokucza ci ból łapy? — zapytała od razu, czemu przysłuchiwał się Klekoczący Bocian. Właściwie odkąd Różana Woń odeszła do legowiska starszyzny, w lecznicy zrobiło się dziwnie… cicho.
— Nie, tym razem nie o to chodzi… — mruknęła młodsza, pociągając nosem. — Od jakiegoś czasu mam straszny katar. Czasami nie potrafię nawet normalnie oddychać — poskarżyła się, a brązowooka od razu ruszyła w stronę składziku.
— O nic się nie martw! Zaraz dam ci jakieś ziółka i powinno przejść! — miauknęła, chwytając w zęby kilka jagód jałowca.
Po chwili położyła ciemnoniebieskie kuleczki przed łapami szylkretki i poczekała, aż wojowniczka je zje. Potem usiadła naprzeciwko Sennej Łzy i ciężko westchnęła.
— To takie niesprawiedliwe, że ta borsuczyca pozbawiła cię łapy… Nie zasługiwałaś na taki los, Łezko… — mruknęła smutno, lekko się garbiąc.
— To nic takiego, naprawdę… I tak jestem w stanie normalnie żyć, więc nie ma nad czym rozpaczać — stwierdziła Senna Łza, robiąc krok w tył. — Będę już wracać do legowiska.
Medyczka skinęła głową, obserwując, jak szylkretka znika w wyjściu z lecznicy. Gdy Senna Łza całkowicie zniknęła jej z pola widzenia, Gąbczasta Perła powoli podniosła się z miejsca i wróciła na swoje posłanie.

<Klekoczący Bocianie?>

Wyleczeni: Senna Łza

17 marca 2026

Od Klekoczącej Łapy (Klekoczącego Bociana) CD. Gąbczastej Perły

Otworzył nieco powieke, słysząc słowa swojej mentorki. 
"Tak bardzo liczyłem na troche więcej snu... Miały być wymęczone, ledwo żywe... Miałem mieć możliwość odespania tych okropnych księżyców, a potem może na wymknięcie się pod pretekstem poszukiwania ziół... Niech to szczupak połknie!" — przeklął w myślach. 
Westchnął głośno; nie chciał pokazywać, że robi cokolwiek, co kotka mu każe, z radością i zapałem. Chciał, aby wiedziała, że zrójnowała mu wszystko, co sobie zaplanował, o czym marzył i śnił. Miał szansę zostać liderem… Wiedział o tym. Rozmawiał nawet raz na ten temat z wujem, który obiecał, że będzie miał na oku go i jego szkolenie. To wszystko zostało mu odebrane, kiedy został wezwany do legowiska Mandarynkowej Gwiazdy. Był tak okropnie zły, kiedy przypomniał sobie tę pamiętną noc. O ile do Gąbczastej Perły od początku odczuwał zwyczajną odrazę i ogromną złość, tak nie mógł powstrzymać napływających realizacji, że jest to po części również wina innych. Nawet tych, których cenił, szanował i kochał najbardziej. Matka nie zaprotestowała, chociaż na pewno odczytała wszystkie emocje, które przepłynęły mu przez mordkę. Algowa Struga pozwoliła, aby odebrano jej ucznia, z którym była już u kresu szkolenia i który od początku robił prędkie i niesamowite postępy. Mandarynkowa Gwiazda za to pozwoliła, aby jej jedyny wnuk marnował się w śmierdzącej ziołami kłodzie… Nie kiwnęła nawet ogonem, kiedy smutek, strach i złość ściskały Klekotkowi gardło. Nie wierzył, że nikt nie zobaczył już wtedy, że jego decyzja jest spowodowana jedynie tym, że nie chciał nikogo zawieść, że nie chciał zbrukać dobrego mienia matki. Jeszcze niedawno powiedziałby, że kotki nie mogły nic zrobić, ale teraz... Teraz uważał, że zwyczajnie nie chciały się pofatygować. 
— W porządku — burknął w końcu. Przynajmniej tym razem mógł usprawiedliwić oschłość faktem, że dopiero się wybudził. Gąbka jednak wiedziała, że ten był zwyczajnie wiecznie niezadowolony. Przynajmniej kiedy przebywał w lecznicy. Kiedy tylko zabierała go po zioła... odżywał.
Wstał powoli, a kostki zatrzeszczały mu cicho. Miał wrażenie, że nieważne, ile biegałby po legowisku, nigdy nie czułby się już tak żwawo jak kiedy polował i pływał. Otrzepał się z warstewki kurzu, która na nim osiadła, a następnie wymknął się do obozu. Nieśmiałe słońce zaświeciło mu w pysk. Odwrócił się i ujrzał, jak mentorka odprowadza go ukradkiem wzrokiem. Posłusznie udał się do kociarni, aby "nauczać" tę przybłędę i jej wywłoki. 

* * *

Machinalnie przeżuwał w pysku aksamitkę. Pisk w uchu nie ustąpił, mimo że starał się unikać wiatru i wilgoci, a w dodatku doszło do tego to irytujące swędzenie. Jedyny plus jego koszmarnej ścieżki to to, że mógł sam sobie pomóc. W końcu wyplił papkę na łapę i wsadził ją sobie głęboko do ucha, krzywiąc się nieco. Siedział odwrócony tyłem do wejścia, ale nie mógł nie wyczuć obecności Gąbki, która musiała właśnie wrócić ze swojego regularnego obchodu.
— Klekocząca Łapo, przyniesiesz mi potem trochę czyśćca? — poprosiła, ale odpowiedziało jej jedynie cisza. Odczekała chwilę, potem jeszcze trochę, aż w końcu odchrząknęła gniewnie. Klekotek za to siedział niewzruszony, wciąż udając, że sortuje zioła. Po jego białym policzku spływała zielona stróżka soku pomieszanego ze śliną. Uznał, że akurat tym razem uda mu się uciec przed dymną kotką. W końcu sam był chory i miał ucho pełne ziołowej papki. Miał nadzieję, że kotka odejdzie do składziku i sama się obsłuży; to nie było w końcu tak dużo roboty. Zamiast usłyszenia westchnięcia i kroków poczuł trzepnięcie łapy uderzającej go w tył głowy. Pisnął i odwrócił się z wytrzyszczonymi ślepiami. 
— Czy tak trudno odpowiedzieć, kiedy do ciebie mówię?! — prychnęła zirytowana. Była zła, zmęczona i widocznie miała już dość humorków swojego wiecznie niezadowolonego ucznia. 
— Mam aksamitkę w uchu. Mówiłem, że mnie boli — burknął i odwrócił się od rozmówczyni. Ta jednak nie pozwoliła mu na to i brnęła dalej. 
— Drugie za to powinno działać świetnie, czyż nie?
— Zawsze było słabsze.
— W takim razie to chyba dobrze, iż nie zostałeś wojownikiem, bo mogłoby się to zakończyć tragedią lub przynajmniej kilkoma nieudanymi polowaniami. 
— O dziwo, podczas treningów z Algową Strugą nigdy mi nie przeszkadzało. 
— To przedziwna przypadłość. Powinieneś się więc skupić, aby odnaleźć lekarstwo — rzuciła, a następnie faktycznie sama skierowała się w kierunku składziku, skąd zabrała pączek ziół, aby zanieść je i wzmocnić starszą Nenufare. 
Klekocząca Łapa musiał skupić się niesamowicie, aby nie wyjść z siebie. Przez moment myślał nawet, że rozpłaczę się z frustracji niczym mały kociak, ale udało mu się opanować napływające łzy. Prawda była taka, że było lekarstwo na ową przypadłość, która sprawiała, że uszy nie odbierały rzucanych ku niemu poleceń, że noce były nieprzespane, a humor wiecznie nie taki, jaki powinien... Tylko ta kuracja jest poza jego zasięgiem. Dobrze o tym wiedział. Już nawet powoli się z tym godził. 

* * *

Wieść o tym, że Błękitna Laguna doczeka się niedługo potomstwa, spadła na niego niczym ptasie łajno. Jego ostatnim wyjściem, jeśli chodzi o wyrwanie się z tego pachnącego ziołami dołka, było to, że być może Mandarynkowa Gwiazda zlituje się nad nim, jeśli pomyśli o fakcie, że po śmierci lub emeryturze jej syn nie będzie miał młodszego członka rodu, którego obsadziłby w roli zastępcy. Teraz jednak wszystko legło w gruzach. Nienawidził być wysyłanym do żłobka, nienawidził tego miejsca bardziej niż lecznicy. Uniesiony dumnie pysk Wężynowego Kła, która rozwalona prezentowała wszystkim swój nabrzmiały brzuch, który zapewne nosił przyszłego lidera... Miał czasami ochotę wydrzeć z niego tego niewyrośniętego robaka i rzucić go prosto do rzeki. Wtedy może wszyscy uznaliby, że kiepski z niego medyk, a wspaniały i ambitny wojownik. Może wtedy wszystko by się ułożyło. 
Wrócił właśnie z jednego z tych regularnych spotkań z przyszłą matką. Był wymęczony psychicznie i fizycznie. Musiał przyznać, że od kiedy na jaw wyszła prawda o dziecku Laguny i szylkretki, zaczął nieco mniej narzekać, kręcić nosem i obijać się po kątach tylko po to, aby jak najdłużej pozostać niezauważonym przez mentorkę. 
Pogodził się z przegraną.
Pogodził się z faktem, że do końca życia będzie nieszczęśliwe.
Pogodził się z faktem, że jego marzenia o przywódstwie, partnerce, możliwym potomstwie, to tylko fantazja młodego kocurka, który szkolił sie u boku Algowej Strugi. 
Oparł policzek o plecioną ścianę lecznicy. Westchnął i ścisnął oczy bardzo, bardzo mocno. Miał ochotę pozostać tak na zawsze. Coś, a raczej ktoś, przerwał mu jednak.
— Klekocząca Łapo, możemy pogadać? — Głos Gąbczastej Perły wybudził go z zadumy. Zerknął na nią i kiwnął łbem. — Razem z Różaną Wonią dostrzegłyśmy, że udało ci się wyrosnąć ze swoich humorków od jakiegoś czasu, co bardzo nas ucieszyło. — Zjeżył się nieznacznie na te słowa. Mentorka od razu to wyłapała i położyła mu ogon na grzbiecie, dodając: — To nie była zaczepka. 
Uspokoił się nieco i odkaszlnął, czekając na kolejne słowa kotki. 
— Wiem, że ta decyzja nie była twoja, nawet jeśli się zgodziłeś. Pokazywałeś to bardzo... dobitnie — mówiła dalej. Starała się brzmieć jak najbardziej łagodnie i pewnie. — Już od jakiegoś czasu doszłam do wniosku, że nie nauczę cię niczego nowego, a więc czekałam jedynie, abyś dorósł do swej rangi. I myślę, że ten czas nadszedł. Co prawda nie jest to jeszcze czas na Spotkanie Medyków, gdzie dopiero oficjalnie zostałbyś rozpoznany jako asystent przez szanowne grono medyków, ale ja sama dopiero ostatnio stałam się w pełni Gąbczastą Perłą — tłumaczyła dalej, a kocur nawet nie patrzył na jej pysk. Wpatrywał się w punkt nad wysoki tatarakiem, który obrastał obóz. 
"Czy to muszka? Pszczółka lub bąk? A może zwyczajnie ślepne..?" — rozmyślał. Wizja utraty wzroku wydała mu się kusząca na kilka chwil. Potem jednak przypomniał sobie o ciele ślepej medyczki z Klanu Klifu, które znaleziono na plaży. "Skoro ona mogła leczyć i nie widzieć, mi też by pewnie kazali... Już wolę mieć wzrok."
— Uważam, że rozsądnie będzie, jeśli przyjmiesz już imię Klekoczący Bocian. Dzięki temu będę też miała powód, aby wywlec cię na Spotkanie Medyków, czy ci się to podoba, czy nie. Nawet jakbyś był umierający — zażartowała, chociaż nikt się nie zaśmiał. Nastała chwila milczenia, którą w końcu przerwała Gąbka. Słychać było, że była już zmęczona swoim monologiem. — Wszystko w porządku?
— Wiesz, jakie miałem marzenia? — zapytał nagle, a ciemnooka zdziwiła się tą odpowiedzią. Zapewne liczyła na jakąś monosylabę, krótką zaczepkę lub równie prawdopodobną ciszę. 
— Nie. Nigdy mi nie mówiłeś — przyznała szczerze. To była prawda. Nie rozmawiali prawie wcale, jeśli nie chodziło o zastosowania ziół czy leczenie schorzeń.
— Chciałem być liderem. Zostałbym nim. Rozmawiałem z Błękitną Laguną, kiedy już mój trening pod okiem twojej matki się kończył. Na zgromadzeniu spotkałem kotkę z Klanu Klifu, z którą rozmawiałem o tradycjach. Nie czułem nic do niej, nie myśl sobie nawet, ale opowiedziałem jej o tej z żabą podczas ceremonii partnerstwa. Powiedziała, że na pewno podczas mojej znajdzie się największa, najpiękniejsza i najbardziej zielona żaba. Przykro mi, że ją zawiodłem. 

<Głąbko?>

Wyleczeni: Klekocząca Łapa

01 lutego 2026

Od Gąbczastej Perły CD. Klekoczącej Łapy

— Jesteś głodny? Mogę nam coś przynieść — zaproponowała Gąbka, uśmiechając się do kocurka. — Może i już nie biegasz po drzewach i nie pustoszysz rzek, ale jeść i tak musisz.
— Nie, dziękuję... Nie czuję się za dobrze — burknął. — Potrzebujesz jeszcze ode mnie czegoś?
— Nie, nie... Odpocznij — powiedziała nieco zmartwiona asystentka. — Dobrze się dzisiaj spisałeś.
Nie odpowiedział. Wyminął ją, aby zaszyć się na swoim mchu.
Jego reakcja trochę zdziwiła Gąbczastą Perłę. Kocur zachowywał się jakoś niemrawo, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej, ale tłumaczyła to sobie tym, że jeszcze minie trochę czasu, nim przyzwyczai się do swojej nowej posady. Nim się obejrzy, będzie się czuł pośród ziół tak, jak ryba w wodzie – była o tym niemal pewna. To była dla niego wielka zmiana i zrozumiałe jest, że niełatwo będzie mu się przestawić na naukę czegoś kompletnie innego. Tym bardziej że gdyby nie zmienił rangi, najpewniej lada dzień doczekałby się mianowania, które teraz znajdowało się jeszcze daleko poza zasięgiem jego łap.
Dymna po wejściu do lecznicy położyła się na własnym posłaniu, zwijając się w ciasny kłębek. Powoli zapadała już noc i coraz mniej światła wdzierało się do środka, zostawiając wnętrze w półmroku. Brązowooka ziewnęła przeciągle, czując przyjemne zmęczenie, gdy zarysy rzeczy na zewnątrz powoli zanikały, ustępując miejsca ciszy i ciemności. Czuła, że tej nocy dobrze jej się będzie spało, a rano obudzi się wypoczęta i gotowa do przeprowadzenia kolejnego treningu dla Klekoczącej Łapy.

* * *

Gąbczasta Perła porządkowała zioła w składziku, podczas gdy Klekocząca Łapa leżał wciąż w swoim posłaniu. Nie drgnął od samego ranka, a mimo tego dymna widziała, jak jego oczy czujnie śledziły każdy jej ruch. Mrużył je czasem, jakby udawał ledwo żywego. Zdarzało mu się też kaszlnąć co jakiś czas, wyraźnie na pokaz, gdy wiedział, że czarno-biała na pewno to usłyszy. Nieraz pociągał też nosem, jakby licząc na to, że Gąbka w końcu spyta, co mu dolega.
Medyczka była jednak zbyt zajęta ogarnięciem wszystkiego podczas Pory Nagich Drzew. Jeśli Klekocząca Łapa by chciał, to sam wziąłby dla siebie jakieś zioło. Nie był w końcu już takim nowicjuszem – znał kilka roślin i ich właściwości, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo poświęciła trochę czasu, by wkuć mu wiedzę do łba.
Nagle do lecznicy weszła Porywisty Sztorm. Gąbczasta Perła już chciała wstawać, lecz wtedy usłyszała głos Różanej Woni:
— Układaj dalej te zioła. Ja się nią zajmę — oznajmiła, znikając asystentce z pola widzenia.
Dymna wymamrotała tylko coś pod nosem, wciąż skupiona na sortowaniu. Wtem do jej uszu dotarły kroki – za lekkie na Różaną Woń. Uczeń podszedł do niej znienacka, zbyt cicho, jakby wiedział, że Gąbka będzie łatwiejsza do omamienia, niż jej mentorka.
Klekocząca Łapa wyglądał marnie. Był zgarbiony, cały drżał. Dymna spostrzegła, że już od kilku dni jego szorstki język nie przejechał po jego futrze. W dodatku te smutne oczy, pociąganie nosem i stanie tak, jakby jego łapy z trudnością utrzymywały wagę jego ciała.
— Gąbczasta Perło… — mruknął cicho, starając się brzmieć chrapliwie.
Medyczka uniosła brew do góry, wpatrując się w jego pokaz z cisnącym się na pysk uśmiechem.
— Nie wiem, czy będę w stanie iść na to spotkanie… — mówił dalej, ściszając głos.
Asystentka zmarszczyła czoło, patrząc na Klekoczącą Łapę z żalem.
— Czyżby dopadł cię smutny nastrój? Nie martw się, nie każdemu wiedza medyczna przychodzi od razu. Ważne, by się nie poddawać — stwierdziła, unosząc kąciki ust w uśmiechu. — Jeśli boisz się, że pokażesz się przed innymi medykami w złym świetle, to muszę ci powiedzieć, że nie masz się o co martwić. Chętnie pomogę ci wyczyścić futerko — mówiła dalej, widząc, jak końcówka ogona Klekoczącej Łapy zaczyna drgać z nerwów.
— Nie… To nie będzie konieczne — odezwał się, nim Gąbczasta Perła zdążyła się na nowo rozgadać. — Nie… nie jestem smutny. Tylko… — urwał na moment, wyraźnie się wahając — …chyba dopadło mnie jakieś choróbsko. W Porze Nagich Drzew o to nietrudno — próbował ją przekonać, jednocześnie wciąż charcząc i kaszląc co trzecie słowo.
Czarno-biała coś przeczuwała, że młodziak chciał tylko wywinąć się od pójścia na spotkanie, ale jeszcze nie miała co do tego pewności.
— W takim razie mogę podać ci trochę ziół na wzmocnienie, co? Powiedz mi, co dokładniej cię boli? Może masz gorączkę? Mamy jeszcze trochę czasu, nim będziemy musieli wyruszyć. Dam ci może liście stokrotki, może trochę krwiściągu. Co myślisz? — zaproponowała, odpowiadając kocurkowi z przesadnym, wręcz teatralnym zmartwieniem w głosie. — Ten dzień jest dla ciebie naprawdę ważny. Zresztą nie tylko dla ciebie, ale i dla mnie i Różanej Woni. Jeśli zmęczysz się po drodze, mogę cię nawet nieść na plecach na zmianę z Różą — ciągnęła, uciekając wzrokiem w bok, jakby błądziła nim po swoim umyśle, przepełnionym milionem kreatywnych rozwiązań na to, by uczeń jednak poszedł z nimi na spotkanie.
— Nie ma po co… — odezwał się czarno-biały, spuszczając wzrok. — To dla mnie żaden problem, bym posiedział trochę w obozie…
— Ale zioła musisz wziąć — oznajmiła twardo, wyjmując ze składziku kilka roślin na kaszel i wzmocnienie.
Klekocząca Łapa cofnął się o krok, widząc wiązkę w pysku medyczki.
— Na pewno muszę to brać? — zapytał niepewnie, zatrzymując wzrok na roślinach. — Myślę, że wystarczy sam odpoczynek i choroba sama przejdzie…
Asystentka pokręciła stanowczo głową, upuszczając przed Klekoczącą Łapą kilka ziół.
— Każdy tak mówi, a potem przychodzą do mnie koty na skraju śmierci — parsknęła, biorąc do łapy krostawca. Był na wzmocnienie, owszem, ale miał to do siebie, że był ohydny w smaku. Gąbka uśmiechnęła się, tym razem już zupełnie bez cienia litości, widząc, jak Klekoczącej Łapie futro jeży się na grzbiecie. — To? To krostawiec — wyjaśniła, kładąc go tuż przed uczniem. — Poczujesz się po nim o niebo lepiej, Klekotku. Tylko go zjedz, no już — poleciła mu.
Przez moment siedzieli w ciszy. Czarno-biały wpatrywał się w zioło, jakby było jego wyrokiem.
— Śmiało, Klekotku. Albo to zjesz, albo pójdziesz z nami na zgromadzenie — zagroziła mu, jednak bez gniewu, wiedząc dobrze, że młody nie zamierzał tak łatwo wycofywać się ze swojego planu.
W końcu spostrzegła, jak z bólem serca wziął do pyska krostawiec i zaczął go przeżuwać, jednocześnie wykrzywiając swój pysk z obrzydzenia. Co za pech, że akurat tak okropnie smakujące zioło działało świetnie na koty w takim stanie, jak Klekocząca Łapa.

* * *

Zgromadzenie medyków

“Coś dużo dziś tych mianowań” – pomyślała, spoglądając wymownie na Różaną Woń i czekając, aż medyczce przypomni się o tym, by oficjalnie nadać swojej podopiecznej tytuł asystentki medyka i nowe imię. Właściwie to stare nowe imię. Choć w oczach medyków z innych klanów wciąż mogła być Gąbczastą Łapą, Nocniacy od dawna zwracali się do niej Gąbczasta Perła.
Gdy Róża skończyła gratulować Jagnięcemu Ukłonowi i Wełnistej Mszycy, powstała z miejsca. Dymna także się podniosła, a jej wąsy poruszyły się w geście ekscytacji, której nie potrafiła już dłużej ukrywać. Czuła się niemal jak młode kocię, mimo że na karku miała już trochę księżyców.
— Ciężko uwierzyć, że tej nocy Klan Gwiazdy powita trójkę kotów ich nowymi imionami — stwierdziła czarno-biała, omiatając wzrokiem wszystkich zgromadzonych. — Gąbczasta Łapa także udowodniła, że jej wiedza jest na poziomie wyszkolonego medyka, czym zasłużyła sobie na oficjalne wstąpienie w nasze szeregi — kontynuowała, tym razem kierując spojrzenie ku swojej uczennicy.
Gąbczasta Perła aż wstrzymała na moment oddech.
— Ja, Różana Woń, medyczka Klanu Nocy, wzywam moich wspaniałych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, by zrozumieć drogę medyka i z waszą pomocą służyć swojemu klanowi przez wiele przyszłych księżyców — wypowiedziała formułkę. — Gąbczasta Łapo, czy przysięgasz podążać ścieżką medyka, trzymać się z dala od wszelkich walk oraz wojen, oraz nieść pomoc innym kotom, nawet za cenę własnego życia?
Gąbczasta Perła miała wrażenie, że całe swoje życie czekała właśnie na ten moment. To był ogromny zaszczyt – zostać przyjętą w szeregi medyków.
— Przysięgam — odparła bez zawahania się, a w jej głosie pobrzmiewała pewność i duma. Uśmiechnęła się subtelnie do swojej mentorki.
— A zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię medyka. Gąbczasta Łapo, od tej pory będziesz znana jako Gąbczasta Perła. Klan Gwiazdy docenia twoje zaangażowanie i cierpliwość wobec chorych oraz wita cię jako pełnoprawnego medyka Klanu Nocy — zakończyła.
Brązowooka od dawna wiedziała, jak miało wybrzmieć jej imię podczas ceremonii, a mimo to poczuła się tak, jakby usłyszała je po raz pierwszy. W jej oczach błysnęła iskra uradowania, gdy odwróciła się, by rozejrzeć się po pyskach innych medyków. Teraz już nic nie mogło odebrać jej tego miana. Miana medyka Klanu Nocy.
Niedługo potem wszyscy medycy dotknęli nosami tafli wody, a chłód przeszył ich zmysły. Ich powieki stały się ociężałe, powoli opadając, aż w końcu zamknęły się całkowicie. Jeden po drugim, medycy zapadali w głęboki sen.

.𖥔 ݁ ˖˙✦

Różana Woń i Gąbczasta Perła znalazły się na wybrzeżu. Pomiędzy palcami mogły wyczuć drobiny mokrego piasku, a w uszach dźwięczały nie tylko fale, ale i odległe krzyki rybitw. Medyczki przez chwilę mogły się rozglądać i chłonąć ładny, spokojny widok. Gdy jednak skierowały wzrok ku horyzontowi, trudno było nie zauważyć ciemnych chmur nadciągających zza klifów. Niebo przecięły dwie ciche błyskawice, jedna po drugiej. Odgłos grzmotu, który nadszedł po kilku uderzeniach serca, zatrząsł ziemią, wybudzając je ze snu.

.𖥔 ݁ ˖˙✦

Gąbczasta Perła podniosła gwałtownie głowę do góry, a wtedy zauważyła, że wraz ze swoją mentorką wybudziły się jako pierwsze. Reszta kotów jeszcze spała, pogrążona w zupełnej ciszy. “Ciekawe, co im się śni” – myślała, jeszcze zanim uderzyła w nią fala frustracji. Cała radość z mianowania już minęła, jakby wypłynęła z niej strużką. Co miał oznaczać ten sen? Dlaczego był taki krótki, dlaczego skończył się tak szybko? Co zapowiadały te błyskawice znad klifu? Czy oznaczały wojnę z Klanem Klifu, a może coś zupełnie innego?
Dymna wyprostowała się, owijając ogon ciasno wokół łap, próbując zebrać myśli. Przez moment wpatrywała się pusto w taflę wody, jakby szukając w niej jakiegoś znaku od Klanu Gwiazdy. Czegokolwiek więcej niż burza i dwie ciche strugi światła, przecinające niebo. Czy tym razem Przodkowie pragnęli, by zakiełkowała w niej nienawiść do Klifiaków? Już wystarczyło jej tych kłótni z Szepczącą Hipnozą i innymi młodziakami, których pyszczki zdobiły te paskudne… niebieskie… oczy.
Przełknęła ślinę, odwracając wzrok od sadzawki, jakby nawet nie chciała patrzeć na Gwiezdnych. Różana Woń obserwowała ją pytająco, ale mimo to Gąbczasta Perła milczała. Jej umysł nie mógł wymyślić, czego mógłby dotyczyć ten sen. Może tak naprawdę nie miał żadnego ważnego przekazu? Nie, nie… na pewno miał. Dwie błyskawice – coś musiało z nimi być. Dwa, dwa… Może chodzi o Baśniową Stokrotkę i Dryfującą Bulwę? Czy Przodkowie chcieli jej tym przekazać, że ta zdrajczyni i jej wcale nie lepszy chłoptaś uciekli do Klanu Klifu?
W takim razie następne zgromadzenie na wyspie może być zabawne. Jeśli Mandarynkowa Gwiazda wygłosi ich imiona, opisze wyglądy, to Judaszowcowa Gwiazda z całą pewnością zrozumie, że trzyma w azylu nieprzewidywalną uciekinierkę.
W końcu inne koty zaczęły się wybudzać. Spotkanie powoli dobiegało końca.

* * *

Dymna wracała do obozu wciąż nieco zamyślona i nieobecna. Maszerowała tuż przy Różanej Woni, podczas gdy słońce powoli wzbijało się coraz wyżej i wyżej na jasnoniebieskie niebo. Atmosfera, jaka panowała wokół, wcale nie pomagała jej w rozbudzeniu się – wręcz przeciwnie, zdawała się jeszcze bardziej ją usypiać. Dookoła prószył śnieg, który chrzęścił kotkom pod łapami. Było tak mroźnie, tak surowo, że jedyne, czego teraz pragnęła, to zaszycia się w legowisku i odsapnięcia. Z całą pewnością nie zamierzała po powrocie męczyć Klekoczącej Łapy, niech ma.
Powoli zaczynała zauważać, że kocur nie jest zbyt przekonany do posady jako medyk, ale było już za późno. To, co się stało, już się nie odstanie. Klekotek wyrośnie na mądrego uzdrowiciela i wkrótce żal z niego wyparuje, gdy będzie musiał skupiać się na ciągle żalących się kotach, a nie młodzieńczych smutkach. Czasem bycie kotem z królewskiego rodu oznaczało poświęcanie się – na jego rzecz, a także na rzecz Klanu Nocy. Nikt nie pozwolił im wybrać, czy chcą urodzić się w takiej rodzinie, a nie innej, a mimo wszystko musieli znosić tego skutki. Ale jeśli Gąbczasta Perła i wszyscy jej poprzednicy w końcu pogodzili się z takim układem spraw, to czarno-biały, silny i ambitny kocur także da sobie radę. Miał to we krwi.
Kotki w końcu wkroczyły do obozu, obie trochę zaspane i wyczerpane po podróży. Przywitały ich zaciekawione spojrzenia pobratymców, jednak obie odpowiadały jedynie milczeniem. Sen nie był na tyle niepokojący, by musiały z nim spieszyć do Mandarynkowej Gwiazdy. Mógł mieć właściwie tyle znaczeń, że na razie nie warto było o nim opowiadać przywódczyni, bo tylko jeszcze bardziej poplątałyby się we własnych przemyśleniach. Dymna miała tylko nadzieję, że Klan Gwiazdy naprawdę nie zesłał im przepowiedni rychłej śmierci w postaci zwykłych dwóch błyskawic. Przodkowie nie byli może zawsze zbyt łaskawi, ale okrutni też nie byli. Nocniacy pielęgnowali wiarę w Klan Gwiazdy; ci nie mieli im prawie nic do zarzucenia. Wszyscy starali się najlepiej, jak mogli, by żaden zdrajca nie zawitał w progach ich obozu.
Gąbczasta Perła weszła cicho do lecznicy, dostrzegając, że Klekocząca Łapa już nie śpi. Ułożyła się na posłaniu obok niego, zamykając na moment ociężałe powieki. W umyśle pojawiły się obrazy tej burej samotniczki, a także bandy jej latorośli. Wzięła kilka głębokich wdechów, jakby próbowała oczyścić myśli, po czym zagaiła cicho:
— Klekocząca Łapo?
Czarno-biały przez moment siedział cicho, ale dymna mogłaby przysiąc, że czuła jego spojrzenie na swojej skórze.
— Hm?
To uznała za sygnał, by kontynuować.
— Kojarzysz Niedźwiedziówkę i te jej dzieci, czyż nie? Ta samotniczka dołączyła niedawno do Klanu Nocy pod pretekstem, że spodziewa się kociąt. Cóż, nie okłamała nas. Ostatnio Mandarynkowa Gwiazda ogłosiła, że jej mentorką ma zostać Wężynowy Kieł — mówiła spokojnie, otwierając powoli ślepia. — Martwię się o to, że Wężyna nie przekaże Niedźwiedziówce wszystkiego o Klanie Gwiazdy, wiesz? To bardzo ważne, by ta samotniczka przestawiła się na wiarę w Gwiezdnych Przodków, bo inaczej… nie wiadomo, co przyjdzie jej do głowy.
Zawahała się ułamek sekundy, po czym dodała już twardszym tonem:
— Byłabym wdzięczna, gdybyś zajrzał kiedyś do żłobka i spróbował doedukować tych dzikusów na temat tego, w co tu wierzymy. Miej na nich oko, dobrze?

<Klekocząca Łapo?>

[2237 słów]

[Przyznano 22%]

Wyleczeni: Porywisty Sztorm

24 stycznia 2026

Od Klekoczącej Łapy Do Gąbczastej Perły

Przed wydrowym atakiem

— Świetnie ci idzie, Klekocząca Łapo. Coś mi się wydaję, że za niedługo będziemy cię już witać nowym imieniem — powiedziała Algowa Struga, kiedy wracali z treningu pływania. Duma rozlała się po piersi Klekotka, a ciepło ogarnęło całe ciało, nawet jeśli chłód przedzierał się nieprzerwanie przez jego krótkie, delikatne, a co najgorsze wciąż wilgotne futerko. Uśmiechnął się pod noskiem. Z pyszczka zwisały mu dwie ukleje i ładny jazgoń, których krew spływała ciurkiem po białej brodzie kocurka. Gdyby mógł, podziękowałby, ale z powodu pełnej mordki, nie mógł robić więcej niż mruknąć i skinąć grzecznie. Cieszył się. Nawet bardzo. Myśl, że zostanie mianowany, że będzie oficjalnie wojownikiem Klanu Nocy, napawała go nawet nie dumą, a zwyczajnym spokojem.
"Mama Murena będzie dumna..." — Ta myśl obijała mu się po głowie, a brzmienie tych słów było niczym pomruk rodzicielki; bezpieczny, przepełniający go radością i sprawiający, że wszystko wydawało się możliwe. "Ciekawe, jakie imie dostane? Czy będzie pasować? Czy będę czuł się z nim lepiej niż z aktualnym?"
Rozmyślenia zostały prędko przepędzone z jego łebka, kiedy wyraźny zapach kotów i legowisk dotarł do różowego nosa. Ciepło emanowało wręcz z ukrytego za ścianą trzcin obozu, a ukrywany przez dłuższy czas głód nagle dał Klekotkowi się o sobie przypomnieć. Nie pomagała rybia krew, która wypełniała jego pyszczek i co jakiś czas spływała do gardła. O ile pływanie było zdecydowanie jego ulubioną częścią treningu wojownika, tak musiał przyznać, że było niemożliwe męczące, a żołądek po nim było po nim niczym bezdenne jezioro. Mentorka skinieniem głowy odesłała go, aby odłożył zwierzynę i sam zabrał sobie coś na kolację. Klekocząca Łapa chętnie wyrwał się w stronę kłody, ostatecznie nie wypuszczając nawet z pyska jazgonia, którym postanowił się z kimś podzielić. Miał dobry humor, nawet myśl o rozmowie nie napawała go niewyobrażalną niechęcią, jak miała w zwyczaju. Bał się tylko, że jak na złość wszystkie koty, za jakimi jakkolwiek przepadał, będą akurat niedostępne. Rozejrzał się uważnie po pyskach, otaczających środek obozowiska. Widział Dryfującą Łapę, ale ten rozmawiał już z Morszczynową Łapą, którego kocur nie znał zbyt dobrze; odpuścił sobie to towarzystwo. Konwaliowa Mielizna za to właśnie wychodził i raczej nie zapowiadało się, by było to jedynie załatwienie swoich potrzeb; nie było sensu łudzić się, że wróci prędko. Westchnął. Nie chciał spędzać czasu z maluchami Borówkowej Słodyczy. Nie miał do nich szczególnego problemu, ale wspomnienia tych ich wszystkich pisków i szaleństw, których dopuszczały się, kiedy dzielili ze sobą żłobek... nie wprawiały go w szczególne uczucie relaksu i odpoczynku, o których marzył po treningu.
Odłożył sporą rybę i wybrał coś lichszego. Jeśli nie miał się z kim dzielić, wolał nie zabierać lepszych kąsków. Odszedł na bok i postanowił zadowolić się w głównej mierze słowami swojej mentorki; tak bardzo cieszyła go wizja zostania pełnoprawnym wojownikiem. Nie ważne, co miało się stać w najbliższych dniach... nic nie mogło zbrukać tej sielskiej wizji.

* * *
Parę wschodów słońca po ataku wyder

Został wezwany.
Leżał wtedy w legowisku; było już po zmroku, a woda dookoła obozu zaczynała rozbrzmiewać swoimi nocnymi przyśpiewkami. Łapy go bolały od wspinaczki na drzewa, bolały go od blokowania uderzeń Algowej Strugi i Błękitnej Laguny, który od kilku wschodów słońca coraz częściej brał udział w ich treningach, zwłaszcza walki. Chociaż to wszystko go męczyło, to wiedział, że bez aprobaty ze strony zastępcy nigdy nie zostanie dopuszczony do mianowania. Dlatego też, kiedy matka złapała go na jego posłaniu, kiedy jeszcze nie zdążył zapaść w sen, zadrgał radośnie. Nawet głosy, które gdybały niepewnie, dlaczego o tak późnej porze miałby dostąpić tego zaszczytu, zostały uciszone.
"Babka chce dać mi czas, abym się przygotował. To tylko informacja, a mianowany zostanę z samego rana" — powtarzał i kiwał głową. Nie zwrócił nawet uwagi na pysk rodzicielki, który nie do końca pokazywał szczęście. Niczym cienie przemknęli przez obóz, aby wślizgnąć się do legowiska Mandarynkowej Gwiazdy. Chociaż było znacznie większe od mchu, którym musiał zadowolić się zwykły Nocniak, przez ilość kotów, które w nim przebywało, nagle zdawało się być takie malutkie. Kiedy wkroczyli, wszystkie oczy skierowały się na księcia. Klekocząca Łapa nie potrafił zrozumieć, czy powinien się smucić, czy radować.
Po jednej stronie siedziała Algowa Struga. Jej wzrok prędko uciekł z pyszczka ucznia i spoczął na własnych przednich łapach. Szczęki miała ściśnięte, a uszy lekko położone po sobie. Oczywiście, od kiedy doszło do ataku wyder, nie bywała zbyt często w dobrym humorze, ale... teraz wyglądała na szczerzę smutną i bezsilną.
"Czy zrobiłem coś nie tak? Czy Błękitna Laguna nie pozwolił na moje mianowanie?" — Serce zaczęło bić mu szybciej i szybciej, a pisk w uszach narastał z każdym wdechem.
Obok dawnej zastępczyni usadowiła się matka, której pysk był... neutralny. Zbyt neutralny, aby wynikał jedynie ze spokoju ducha. Próbowała łapać wzrok pozostałych kotów, w tym wzrok syna, ale rozbiegane pomarańczowe ślepia uciekały jej za każdym razem.
Naprzeciwko tej dwójki siedziały obie medyczki. O ile Czyhająca Murena i jej dawna mentorka na pewno nie wydawały się zadowolone, tak Różana Woń i Gąbczasta Perła... wręcz przeciwnie. Co prawda starsza kotka nigdy nie była z tych, którzy afiszują się dobrym humorem, ale nie można było tego powiedzieć o córce Algi, na której pysku widniał łagodny, ale bardzo szczery uśmiech, który kierowała do Klekotka.
Po środku, teraz naprzeciwko ucznia, siedziała milcząca i wyniosła babka, której mordka była zdecydowanie zbyt... znudzona, jak na atmosferę, która zaczęła buzować w jej własnym legowisku. Kocurek miał wrażenie, że stał w tej ciszy już całe wieki. W końcu się odezwał:
— D-dobry wieczór... — mruknął, lekko kłaniając łebek. Nie wiedział czego się spodziewać, a panika rosła mu w piersi.
— Dobry wieczór, Klekocząca Łapo. Posłałam po ciebie Czyhającą Murenę, gdyż Gąbczasta Perła ma pewną... propozycję dla ciebie — powiedziała Mandarynkowa Gwiazda, otulając łapy gęstą kitą.
— W zasadzie to bardziej prośba, nie propozycja — poprawiła młodsza medyczka, po czym zwróciła się bezpośrednio do księcia. — Ale tak... Wiem, że zapewne będziesz mieć ku temu pewne obiekcje... Algowa Struga powiedziała nam, że jesteś już gotowy do objęcia roli wojownika, czego bardzo gratuluje, zwłaszcza w tak młodym wieku, ale... — Tutaj zatrzymała się, zerkając na Różaną Woń, szukając zapewne nieco wsparcia. Zielonooka przejęła pałeczkę.
— Ale proponujemy ci zaszczyt, jakim jest objęcie stanowiska asystenta medyka. Po szkoleniu, oczywiście — rzekła spokojnie kocica, a serce w piersi kocurka zamarło.
"Medyk? Czemu ktokolwiek pomyślał, że chciałbym zostać medykiem? Czy kiedykolwiek wspomniał coś podobnego Algowej Strudze lub matce? Czy w jakiś sposób rzuciłem na siebie błędne światło? Czy Alga myśli, że nie byłem zadowolony ze swojej ścieżki, że mnie zawiodła i to dlatego to wszystko się teraz dzieje?" — Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Próbował szukać ratunku w siedzących po drugiej stronie kocicach, jednak mentorka unikała kontaktu wzrokowego, a spojrzenie matki mówiło jedynie "To twój wybór". Nawet w oczach babki próbował znaleźć jakiejś wsparcie, ale nic z tego nie wyszło...
— A-ale... Ale j-ja... — próbował coś z siebie wykrzesać, jednak przerwała mu ponownie dymna księżniczka.
— Daj mi wytłumaczyć naszą... nagłą i niespodziewaną decyzję, dobrze? — Kocur kiwnął niepewnie, bardziej z przyzwyczajeni niż z faktu, że faktycznie chciał wiedzieć. — No więc... Jak zapewne jest ci wiadome, Różana Woń, chociaż na pewno ma jeszcze przed sobą wiele wspaniałych księżyców służby... Nie jest już młoda, a musimy myśleć przyszłościowo. Na ten moment jesteś jedynym młodym członkiem rodu, a niebezpiecznym będzie czekać i mieć nadzieję, że narodzi się w naszym gronie ktoś, kto będzie chciał zgłębiać wiedzę medyczną i w ten sposób służyć w Klanie Nocy...
"Czyli z winy, że jako jedyny urodziłem się w rodzie... muszę zgodzić się na objęcie roli, której nawet nie chce?" — W gardle zebrała mu się gula. Miał ochotę zadać to pytanie na głos, ale... nie miał odwagi. Wiedział, że przysporzy problemy nie tylko sobie, ale zapewne też Murenie, a może i Aldze... Wszystko w nim krzyczało, aby się sprzeciwić, aby krzyknąć, że nie chce, że jego miejsce powinno być w szeregu wojowników, który tak bardzo chciał już powitać. Medyczka sama powiedziała, że jest już u samego kresu swojego treningu. Treningu, na którym starał się z całych sił, który był dla niego prawdziwie inspirujący i budujący pewność siebie, a teraz... miał to wszystko rzucić za siebie, aby całymi dniami siedzieć nad ziołami i leczyć koty, które zbyt wolno osuszyły futro po polowaniu na ryby? Miał... Miał poświęcić swoje życie czemuś, czego nigdy nie chciał? Przypomniał sobie o rozmowie z uczennicą Klanu Klifu, kiedy opowiadał jej o ceremonii partnerstwa, i o żabach, których wtedy używają...
"Drobna Łapa trzyma kciuki, żebym znalazł sobie kogoś, kogo pokocham... i żeby na mojej ceremonii była najpiękniejsza, najbardziej zielona żaba..." — Co by powiedzieli zebrani, gdyby próbował wykręcić się z tej sytuacji właśnie tym argumentem? Czy wzięliby go za zdrajcę i porażkę? W głowie wciąć huczały słowa Gąbki, mówiącej, że to tylko prośba. Mandarynkowa Gwiazda za to powiedziała, że to jedynie propozycja.
"Mogę odmówić... Mam do tego prawo. Mogę powiedzieć, że się nie zgadzam, że pragnę zostać wojownikiem. Co wtedy? Czy wybaczą mi? Czy faktycznie zostałbym wtedy mianowany w przeciągu kilku wschodów słońca?" — Zauważył, że wśród zebranych nie było Błękitnej Laguny. Wiedział, że kocur, chociaż nie pałał sympatią do matki kocurka, przepadał za siostrzeńcem i miał co do niego spore nadzieje. Czy właśnie dlatego nie zaproszono go? Czy spodziewano się, że to on może być najbardziej przeciwny?
— Klekocząca Łapo? — Na dźwięk głosu matki, niemal podskoczył, a łzy same napłynęły mu do oczu. Z całych sił powstrzymywał się przed płaczem. — Wszystko w porządku?
— J-ja... Ja nie wiem... Ja nie wiem... — Nie potrafił powiedzieć nic więcej. Miał tak ściśnięte gardło, że każde słowo go bolało. Wpatrywał się w Murenę przerażony i zagubiony. Czy widziała w nim teraz tego samego zmarzniętego kociaka, który zwisał z pyska okrutnego samotnika? Czy wtedy, tamtej wietrznej nocy, spodziewała się, że za kilka księżyców, ten mały kłębek będzie musiał zadecydować o całym swoim życiu? W milczeniu błagał o pomoc, o radę, o cokolwiek, co mogłoby mu pomóc.
Wiedział, że nie chciał. Jeśli chodziło tylko o jego zdanie, o jego dobro, a konsekwencje miałyby spaść tylko na jego grzbiet, odmówiłby od razu. Ale... Ale nie ważne co by mu powiedziano, wiedział, że tak nie będzie.
— Rozumiem, to duża zmiana, ale muszę wracać do pacjentów — wtrąciła się nagle Różana Woń, patrząc zniecierpliwiona na ucznia. — Nie byłyśmy całkowicie pewne, że Klekocząca Łapa się zgodzi, a ja jeszcze nie mam zamiaru umierać. Członkowie rodu są jeszcze młodzi, więc będzie trzeba liczyć na to, że któreś doczeka się jeszcze potomstwa. Być może Błękitna Laguna spłodzi następnego medyka, kto wie... — mruknęła. — To nie jest poświęcenie, na które gotowy jest każdy.
— Klekocząca Łapo, wiem, że to ciężkie, ale zrobiłbyś Klanowi Nocy ogromną przysługę. To wielki zaszczyt być tak blisko naszych Wielkich Przodków — próbowała mimo wszystko młodsza medyczka. — Algowa Struga bardzo cię chwali, wszystkim, naprawdę. Jesteś mądry i pojętny, chętny do nauki i zaangażowany w pełni. Wiem, że wizja zakończenia treningu wisi nad tobą niczym ciepłe, przyjemne słońce, a rozpoczęcie nowego... nie jest zbyt atrakcyjne, ale... Klan Nocy będzie ci dozgonnie wdzięczny. Taki kot, jak ty byłby wspaniały medykiem. Nawet jeśli jeszcze tego w sobie nie widzisz.
Kiedy jej córka wypowiadała się na temat tego, co rzekomo mówiła, Algowa Struga spięła się jeszcze bardziej. Książę był zbyt zajęty swoimi rozterkami, aby zauważyć jak fizycznie i mentalnie liderka wydaję się teraz górować nad swoją dawną przeciwniczką. Ciemnooka wydawała się taka... mała i słaba. Nagle odezwała się jednak.
— Klekocząca Łapa nada się na medyka. Jest inteligentny i uważny, na pewno prędko nadrobi swoje zaległości. Nie mogę wyobrazić sobie lepszego członka rodu, który mógłby podjąć się tego i reprezentować nas przed Klanem Gwiazdy. — Jej głos nie załamał się ani razu, ale był wypruty z wszelkich emocji. Klekotek nigdy nie słyszał, aby jego nauczycielka mówiła w tak bezuczuciowy sposób. Był rozdarty.
— Wnuku... Prosimy, abyś zadecydował — zabrała głos Mandarynkowa Gwiazda, wpatrując się w niego oczami, które wspólnie posiadali.
— Dobrze... — odpowiedział, zanim całkowicie się nad tym zastanowił. Algowa Struga zacisnęła zęby, Czyhająca Murena wypuściła powietrze z płuc z głośnym westchnięciem ulgi lub smutku, nie można było określić. Brew przywódczyni lekko się podniosła; najwidoczniej nie była do końca pewna czy kocur faktycznie się zgodzi.
— Oh! Znakomicie, znakomicie, to wspaniale Klekocząca Łapo — mówiła Gąbczasta Perła, a jej ślepia roziskrzyły się nieco. Nikt w Klanie Nocy nie był faktycznie szczęśliwy, od kiedy zaatakowały wydry, ale teraz... Teraz księżniczka miała faktyczny powód do uciechy.
— Dobra wiadomość nie zmienia faktu, że musimy wracać. Miło słyszeć jednak, żeś odziedziczył mądrość po matce, a nie po Mewim Puchu — skomentowała Różana Woń, wstając już na równe łapy, gotowa, aby wrócić do legowiska, gdzie przebywała jeszcze ranna Fląderka.
— Tak, tak... — wymruczała asystentka, również się podnosząc. Nachyliła się jeszcze nad kocurkiem i dotknęła go nosem w czoło. — W takim razie do zobaczenia jutro rano. Mam nadzieję, że będziesz mnie chwalił równie mocno, co moją matkę.
Medyczki wyszły, pozostawiając go z liderką, byłą zastępczynią i matką. Był smutny, ale jednocześnie... cieszył się, że miał za sobą już ten cały wybór.
"Już nic z tym nie zrobisz... Przesądziłeś swoje życie" — Mówił do siebie, kiedy wpatrywał się w swoje zabarwione na czerwono łapy. Chociaż pełne wątpliwości, jego serce wydawało się znów lekkie. Nie patrząc na kotki, powiedział tylko prędkie pożegnanie i niemal wybiegł, szukając znajomego, bezpiecznego uczucia, jakie dawało mu jego legowisko.
Zapadł w głęboki sen, z którego bardzo nie chciał się wybudzać.

* * *
Aktualnie

O ile trening na wojownika był męczący fizycznie, tak nic nie przygotowało go na ilość wiedzy teoretycznej, jaką musiał mieć medyk. Studiował zioła z Gąbczastą Perłą, która wciąż okazywała mu ogromną sympatię, nie pokazując żalu, kiedy Klekocząca Łapa nie odwzajemniał nawet jej spojrzeń. Doglądał chorych, wpatrywał się w to, co robi Różana Woń, a także co jakiś czas sprawdzał, czy Fląderce nic nie potrzeba. Młoda koteczka była zdziwiona tym wszystkim równie mocno, co on. Oczywiście, klan został poinformowany, że książę zmienił ścieżkę szkolenia i przeszedł spod łap Algowej Strugi w łapy jej córki, ale widok białego futra krzątającego się między wonną lawendą, wciąż był dziwaczny dla wielu Nocniaków.
— Za kilka wschodów słońca odbędzie się spotkanie wszystkich medyków — powiedziała Gąbka, aby przerwać nieco niezręczną ciszę, która zawisła między kotami. Siedzieli przed legowiskiem, a dzień chylił się już ku zachodowi. Wojownicy i uczniowie wracali powoli do obozu, a z ich pysków zwisała coraz lichsza zwierzyna. Pora Nagich Drzew uderzyła w nich z pełną siłą. Obie medyczki ostrzegały go już przed atakami przeziębień czy zmrożonych poduszek. — Cieszysz się?
— Słucham? — wyrwało mu się.
— Czy cieszysz się na swoje pierwsze spotkanie w Sadzawce? Przedstawimy cię wtedy reszcie medyków. To ważna noc — wytłumaczyła, wpatrując się w wijący się na wietrze, szeleszczący tatarak. Książę wzruszył ramionami. Wizja spotkania tych wszystkich kotów, które same obrały ową ścieżkę, napawał go złością. Wiedział, że nie będzie tam z niego żadnego pożytku. Wygląda już niczym dorosły kot, a wiedze z zakresu medykamentów miał niczym świeżo mianowany uczeń. Nie chciał tłumaczyć wszystkim dlaczego. Nie chciał z nikim tam rozmawiać, a ogólnie to... Nie chciał tam w ogóle iść.
— A ty? Cieszysz się? — zapytał, aby odbić kulkę mchu w stronę mentorki.
— Tak. W oczach innych medyków dalej jestem uczennicą, więc oficjalnie dopiero zostanę mianowana — powiedziała księżniczka, a biały skinął łbem. — Przyjdę do nich z własnym uczniem, mimo że oni nawet nie wiedzą jeszcze, że sama przestałam nim być.
— Mhm... — mruknął, wpatrując się w stos zwierzyny. Był niewielki, ale mogło być gorzej. Czuł się niepotrzebny i bezużyteczny. Powinien polować dla klanu, powinien wykarmiać koty i bronić granic, a nie...
— Jesteś głodny? Mogę nam coś przynieść — zaproponowała Gąbka, uśmiechając się do kocurka. — Może i już nie biegasz po drzewach i nie pustoszysz rzek, ale jeść i tak musisz.
Skrzywił się. Tak bardzo chciałby teraz wejść do rzeki... Nawet jeśli byłaby skuta lodem. Woda jest znajoma i przyjazna, a zioła? Zioła go duszą i wiążą.
— Nie, dziękuje... Nie czuję się za dobrze — burknął. Od kiedy przestał trenować z Algą, niemal nie bywał głodny. Nawet jeśli jego wojownicza przyszłość została rzucona w kąt jaskini, tak nie chciał skończyć, jak utyta mysz. Miał też inny plan... — Potrzebujesz jeszcze ode mnie czegoś?
— Nie, nie... Odpocznij — powiedziała nieco zmartwiona asystentka. — Dobrze się dzisiaj spisałeś.
Nie odpowiedział. Wyminął ją, aby zaszyć się na swoim mchu. Jeśli nie chciał iść na spotkanie w Sadzawce, musiał być przekonujący, musiał od tej chwili trzymać się roli.

<Głąbka?>

[2648 słowa - Trening medyka]

[Przyznano 53%]