BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wypłosz x Krokus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wypłosz x Krokus. Pokaż wszystkie posty

23 sierpnia 2022

Od Wypłosza cd Krokus

Nie odpowiedział, nadal łapiąc powietrze. Chwilę później z jego pyska wyrwało się skomlnięcie, gdy zrozumiał, że to koniec. Musiał wstać i za nią iść, a wręcz nie miał na to sił. Płuca go piekły, a łap wręcz nie czuł. Pragnął jednak wrócić do ich kryjówki, by już nigdy z niej nie wychodzić w towarzystwie kotki. To była wariatka! Chciała go zamordować w tym świństwie! Bylica powinna się o tym dowiedzieć i ją ukarać! Tylko... Czy starsza kocica coś z tym zrobi? Pewnie nie. W końcu to była jej biologiczna córeczka, skarb i słońce. A nie jakiś bezpański kociak ze śmietnika. Jej zdanie było więcej wartę niż jego. 
- Wytrzyj i grzecznie podążaj za mną do domu.- miauknęła ostro. 
Jeszcze chwilę tak leżał, po czym zrobił tak jak kazała. Wytarł się i ruszył za nią chwiejnym krokiem
Kiedy dotarli do domu, oddelegowała go i poszła w swoją stronę. Od razu skierował łapy ku swojemu legowisku, gdzie padł na niego bez życia. Bylica nie zainteresowała się niczym. Nawet, gdy nie tknął myszy ani, gdy siedział przez cały dzień u siebie jak zbity pies. 
Nienawidził tej chorej rodzinki. Tak bardzo. 

***

Nie chciał tu być, ale nadal był, bo teraz tylko oni mogli dać mu szansę dożyć do roztopów. Nadeszła Pora Nagich Drzew, najgorsza pora w roku. Już teraz głód ściskał mu boleśnie brzuch. Ale była też dobra nowina. Dzięki jakimś dzikusom z lasu, którzy przegonili rodzinkę Bylicy, udało mu się wrócić z powrotem do miasta. Cieszył się z tego niezmiernie. Tęsknił za tym smrodem i ciasnymi uliczkami. To był jego dom, a nie ta ogromna przestrzeń pełna roślin i drzew. Teraz wszedł w jakiś mebel Wyprostowanych, który leżał w zaułku z innymi śmieciami, gdzie Krokus urodziła potomstwo. Bylica przed wyjściem w teren kazała mu do niej zajrzeć. Nie chciał tego robić, ale ta wręcz go tam popchnęła, więc nie miał wyjścia. 
Spojrzał na ślepe dzieciaki swojej przyszywanej siostry, które ssały zachłannie jej mleko. Skrzywił się na to z obrzydzeniem. Powinny zdechnąć. 
- Po co ci jestem potrzebny? - zapytał naburmuszony.
Słysząc jego głos, mentorka rzuciła mu spojrzenie spode łba.
- A ty tu czego? - spytała rozeźlona. 
Och, on też nie cieszył się na jej widok. Wręcz skręcało go od samego patrzenia na nią i od tego zapachu mleka. Fuj. 
- Bylica mówiła, że czegoś ode mnie chcesz, to jestem. Nie będzie treningu, bo masz paskudy, więc streszczaj się, bo nie mam na ciebie czasu - warknął, chcąc jak najszybciej odbębnić ten obowiązek. 
- A się zdziwisz, bo trening będzie. Trening cierpliwości. - Wstała, przez co odebrała małym źródło pokarmu i ciepło. Te zaczęły natychmiast głośno piszczeć, na co Krokus skuliła uszy, patrząc na nie ze zirytowaniem oraz obrzydzeniem. - Zajmiesz się nimi przez chwilę, a ja tymczasem odpocznę z boku. I dla jasności, to nie była prośba - syknęła, po czym przesunęła się w kąt. 
Co takiego? Miał zajmować się dziećmi? On? Porąbało ją już do reszty? Co najwyżej mógł je wywalić poza schronienie, by zamarzły na śmierć, skoro miała problem do tych paskud. Ostrzegał ją kiedyś przed łajdaczeniem się po krzakach. Teraz, gdy z brzucha wyszedł jej problem, nie zamierzał by stał się również jego. 
- No chyba nie. Nie jestem kotką by opiekować się glizdami - Zmarszczył nos - To twoje, to się zajmuj. Trzeba było nie robić sobie brzucha, skoro masz teraz problem. 
- Zamknij się i rób co ci kazałam albo będę cię topić w śniegu - powiedziała kładąc głowę na swych łapach.
Aha. Cudowna matka. Już lepiej by było gdyby porzuciła je gdzieś w zaułku. 
- Dobra posprzątam za ciebie - Zacisnął pysk. Złapał pierwsze kocię za kark i wyrzucił je w śnieg, a potem następne. Dzieciaki płakały wydając z siebie okropne piski, które drażniły jego uszy, więc wolał to zrobić szybko i sprawnie. Krokus powinna mu dziękować, że nie zabił ich na miejscu, bo bardzo, ale to bardzo go to kusiło.

<Krokus?>

[przyznano 5%]

14 sierpnia 2022

Od Krokus CD Wypłosza

- Nie troszcz się tak o mnie! Nie potrzebuje od ciebie litości - syknął. - I nie bij mnie, bo pożałujesz i sama będziesz kąpać się w kupie. Bez słowa i z kamiennym wyrazem pyska chwyciła go ponownie za kark, ciągnąc w stronę kupnej kałuży. Niech się od uczy tak odzywać do niej.
- Nie! - pisnął spanikowany Wypłosz. - Przestań! Ja nie chcę tam znowu! Zwariowałaś?!
Ona była jednak głucha na jego miauki. Puściła go nad kałużą, znów przygniatając do ziemi. Przycisnęła jego pysk tak, że na chwilę zetknął się z taflą. Następnie pozwoliła mu nieco unieść głowę do góry, jednak dalej trzymała ją tuż nad kałużą.
- A teraz powtórz, co ci jak dotąd powiedziałam – rzekła bura.
Dawała mu szansę. Niech nie będzie głupi i to wykorzysta, bo jak nie…to może przydarzy mu się wypadek i podtopi się w kałuży mocniej, niż wcześniej, tracąc przytomność.
Po chwili jej uczeń zaczął gadać.
- Pajęczyna... tamuje krew. Strzyp na infekcje i krwawienie. Różanek jakiś na wzmocnienie...
- Jeszcze raz. Gdzie rośnie Skrzyp? I jak się go aplikuje?
- Yghm... bagna - akurat to zapamiętał, bo nad jednym bagnem właśnie wisiał - Jak na krwawienie i infekcje to na rany nakłada czy coś. Papka z tego?
Jak na razie szło mu całkiem nieźle. Czyli taka… motywacja, na niego działała. No w końcu, nareszcie zaczął się jej słuchać! Starczyło mu grozić i spełniać te groźby, gdy był nieposłuszny. Nieźle.
- Dobrze. A i ostatnią nazwę przekręciłeś. Spróbuj sobie ją przypomnieć. - mruknęła.
- Ru... Rumianek? - miauknął niezbyt pewnie jednooki.
- Dobrze. - wypuściła kocura. - koniec lekcji, możemy wracać. - miauknęła, idąc pospiesznym krokiem do domu. Tym razem nie zwolni dla tego grzdyla, niech się postara, może przy okazji nauczy się czegoś o tropieniu.
Po jakimś czasie spokojnego chodu dostrzegła, iż Wypłosz zniknął. Nosz… co za głupek. Czyżby zwiał? DRAŃ JEDEN. Wróciła się do miejsca, gdzie trop się urywał. Czuła jego zapach mocno. Nie mógł być daleko.
- Wiem że gdzieś tu jesteś ty mały wypierdzie - warknęła. - Jak nie wyjdziesz w tym momencie to zanurkujesz w kałuży. Nie słysząc odpowiedzi, zaczęła wąchać okolicę, chcąc złapać tego idiotę i zanurzyć go w kałuży jeszcze raz, bo nie mało ją tym nieposłuszeństwem wpienił. Podeszła do pewnego krzaka, niuchając. Zaczęła obwąchiwać krzak, czując na nim dużo zapachu tego głupiego debila. Po chwili dostrzegła jego złote oko pośród liści.
- Widzę cię. Wyłaź. Już. - warknęła. Oj, dostanie mu się, dostanie.
Ten jak na złość wycofał się bardziej oraz głębiej, by ciężej było Krokus go wyciągnąć. Wściekła wydała z siebie gardłowy pomruk, niczym potwór, po czym wskoczyła na górę krzewu, nie przejmując się wbijającymi gałązkami i tym, iż się w nim zapadała. Patrząc na Wypłosza wyszczerzyła swe kły. Dorwie go. Dorwie tego małego, bezwstydnego drania, i zafunduje mu takie tortury, że będzie ją błagał ze łzami w oczach o litość! Bury siedział tam dalej, a na zachowanie Krokus, wycofał się w jeszcze większy gąszcz.
- Zostaw mnie! – miauknął.
Syknęła, słysząc jego słowa. Oj nie. Nie zostawi. Było się jej nie narażać, kiedy miał jeszcze szansę, teraz już po nim było! PO NIM! Nie wywinie jej się od tak, nie ma mowy! Kotka naparła bardziej ciałem na krzew, przez co część gałązek się połamała, a ona upadła tuż przy Wypłoszu po czym szybko wstała, chwyciła go za kark i wytaszczyła z krzaka, ciągnąc w stronę kałuży.
Ten natomiast wrzasnął panicznie, próbując się uwolnić.
- Nie! Nie! Nie do kałuży! Proszę! Nie!
Ha! Proszę! Proszę! Hahaha! Nic z tego! Przytrzymała go nad taflą, po czym zanurzyła mu głowę w ów kałuży, mimo jego pisków i paniki. Poczekała dość długo, wręcz tak, iż powoli przestawał się wiercić. Dopiero wtedy puściła jego głowę, pozwalając mu zaczerpnąć powietrza. Wypłosz zaczął kaszleć, łapiąc spazmatycznie powietrze w płuca, podczas gdy ona napawała się widokiem jego cierpienia.
- Masz teraz pójść za mną, nie ociągając się, głupi śmieciu, albo cię podtopię tak, że stracisz przytomność a to świństwo dostanie ci się do płuc.
<Wypłosz?>

[przyznano 5%]

05 sierpnia 2022

Od Wypłosza cd Krokus

Wybudził się zaskoczony, czując czyjeś zęby na karku. Zamrugał, by odzyskać ostrość widzenia, a gdy do tego doszło, rozejrzał się. Coś mu tu nie pasowało... Skąd tu tyle drzew? Czy przypadkiem nie szli do lasu? Od razu odzyskał pełną świadomość. Krokus go wyciągnęła w tą dzicz ponownie?! Bez jego wiedzy i zgody?! 
- Co... Co się dzieję?! Ał! Krokus! Już ci przeszła ta depresja? - zapytał, bo nie pasowało mu jej zachowanie. Wczoraj jeszcze była niczym smutny worek do bicia, a teraz była pełna energii. 
Kotka bez słowa wrzuciła go w kałużę. Upadł, od razu wstając na łapy i rzucając jej niezadowolone i pytające spojrzenie. 
- Co ci?
- Co  mi? Co mi?! - wrzasnęła - Wczoraj wrzuciłeś mi trawę do pyska! Błoto! I gryzłeś! Myślałeś, że ci to odpuszczę, co?! OTÓŻ NIE! 
Co?! To ona to zapamiętała? Myślał, że była na haju i tyle, ale najwidoczniej się mylił! Odeszła od niego, po czym zrobiła coś czego się nie spodziewał. Podeszła do jednej z kałuż i tam się... wysrała. Na jego oczach! Czy ona nie ma wstydu?! Następnie chwyciła patyk, mieszając całą tą breję. Zwariowała? Najwyraźniej. Po co miałaby to robić? Odpowiedź pojawiła się szybko, gdy skierowała się w jego stronę. Nie zdążył nawet uciec, bo ta z łatwością chwyciła go za kark i postawiła nad kałużą. Pisnął, krzywiąc pysk, wisząc nad bagnem i zmuszając swoją głowę do odchylenia się, najdalej jak potrafił.
- Nie! Przestań! To są już tortury! - zauważył. 
Świruska! Totalnie oszalała! 
- Wiem o tym - miauknęła - Zasłużyłeś sobie. Nikt cię nie uratuje przede mną. Ani Bylica, ani Fiołek, ani Skowronek, ani Deszcz, ani Skaza, ani Błotniste Ziele - warknęła. - jeśli nie chcesz skończyć w tej oto kałuży, masz być dzisiaj grzeczny na treningu, zapamiętywać zioła i odpowiadać na moje pytania.
Do jakiej rodziny on trafił?! Lepsze już było życie na śmietniku i wiązanie koniec z końcem, niż uleganie samotniczce, która miała dziwne metody motywacyjne do nauki! Czy naprawdę nikt nie rozumiał, że nie chciał uczyć się chwastów?! 
- Ygh... Jesteś świrnięta! Nie mam ochoty dłużej z tobą się czegokolwiek uczyć! - zakrzyknął, próbując się jej wyrwać.
- To w takim razie kąpieli czas, skoro nie chcesz być uległym uczniem - oświadczyła, po czym zanurzyła jego głowę. To było takie obrzydliwe! Jak nic, dostanie po tym traumy! Dusił się w tej brei, póki kotka nie uniosła mu pyska nad powierzchnie. Miał... miał to coś na języku! Zaczął kaszleć, krzywiąc się. Jego ciało samo zadrżało, a żołądek przewrócił na drugą stronę. Sadystka! 
- No. Jeszcze raz. Co będziesz dzisiaj robił? - zapytała, czekając na prawidłową odpowiedź. 
- Uczył się cholernych roślinek! - warknął, nie chcąc znów tam nurkować.
- Tak. Dobrze. - Puściła go, a on od razu odsunął się od burej. - Wytrzyj to o coś, a potem pójdziemy szukać roślin. - Usiadła, obserwując go czujnie. 
- Bleee - odkicał do jakiegoś mchu, wycierając w niego pysk i język. Posłał jej mordercze spojrzenie. Tak chciała się z nim bawić? Lubiła się znęcać nad słabeuszami życiowymi? To zaraz jej da! Czując do niej płonącą nienawiść podszedł do kałuży, po czym chlusnął tym czymś w kotkę, dając nogę; a raczej próbując, bo oczywiście wywrócił się, gdy próbował w podskokach zwiać. Zapomniał o braku kończyny, która w tym momencie była dla niego warta więcej niż stos myszy. 
Samotniczka podeszła do niego.
- Czy ty serio chcesz kolejną kąpiel? - spytała, wycierając ochlapaną łapę w pobliski mech.
- Nie chcę! Ale to twoje, więc też się naciesz tym smrodem! - syknął do niej, podnosząc się na łapy i ukrywając za drzewem. Musiał jakoś wrócić do ich kryjówki i powiadomić Bylicę, że jej córka oszalała. Wyjrzał, sprawdzając czy ta wariatka do niego się nie zbliża. Ona jednak była już za nim. Przygniotła go do chropowatej kory, po czym zaczęła jeździć nim po niej jak papierem ściernym.
- JESZCZE RAZ. CO BĘDZIESZ DZISIAJ ROBIŁ?! - krzyknęła mu prosto do ucha.
Wrzasnął czując ból na grzbiecie. Skrzywił się na jej głos, kuląc uszy, bo podrażniła dość mocno jego słuch.
- UCZYŁ SIĘ CHOLERNYCH ROŚLIN - odwrzasnął jej, szczerząc do niej wrogo kły.
- NARESZCIE TWÓJ MÓZG PRZYJĄŁ JAKĄŚ INFORMACJE DO ŚRODKA. - warknęła głośno, puszczając go - Chodź. Nie mam całego dnia.
Upadł na łapy, po czym pokonany ruszył za kotką. Był zły na siebie, że nie postawił się jej, ale co on mógł, jak był od niej słabszy? Dzisiaj wstąpił w nią jakiś demon czy inne cholerstwo.
Pierwszym etapem ich nauki był krzew z pajęczyną. 
- Pajęczyna się przydaje. Okłada się nią rany, żeby nie krwawiły - zaczęła tłumaczyć. 
Usiadł ze skwaszoną miną, patrząc na twór pająka. No bardzo użyteczna informacja. Widywał takie w mieście, więc wiedział co to. Podszedł do powoli "medykamentu", po czym zerwał z krzewu i wtarł go w ziemię. Strasznie się lepił. Krokus zignorowała to, iż zmarnował materiał, po czym poszła dalej. Dostrzegając kolejną roślinę, zatrzymała się.
- Skrzyp. Przeżuwa się go na okład. Leczy infekcje, tamuje krwawienie. Rośnie na bagnach, lecz czasem można go spotkać też gdzie indziej.
Spojrzał na zielsko, które wyglądało dla niego tak samo. Zaczął powoli odczuwać nudę. Jej paplanie i chodzenie, było tak mdłe jak ta kałuża, w której się wykąpał. Naprawdę mało co obchodziły go te chwasty. 
Podeszła zaraz do jakiegoś kwiatka. 
- A to powinieneś już znać. Raz ci go dałam. To rumianek, na wzmocnienie. - wyjaśniła.
Nie znał zielska i tak, chociaż ta twierdziła, że go powinien kojarzyć. Westchnął, drapiąc się za uchem łapą, po czym wyskubał sobie trochę sierści z przedniej łapy. Ból nieco poprawił mu nastrój. Odwrócił uwagę od trudnej sytuacji w jakiej się znalazł. Tak, nie radził sobie z tym wszystkim, ale to była jego sprawa. Sam musiał to przeżyć, nikt i tak mu nie pomoże. 
Kotka widząc co robił, pacnęła go łapą mocno w głowę.
- Nie wygryzaj sobie futra, bo zaraz nadejdzie zima i się jeszcze przeziębisz - pouczyła go.
- Nie troszcz się tak o mnie! Nie potrzebuje od ciebie litości - syknął. - I nie bij mnie, bo pożałujesz i sama będziesz kąpać się w tamtej brei.

<Krokus?>

[przyznano 5%]

31 lipca 2022

Od Krokus CD Wypłosza

Krokus wracała właśnie z polowania. Odłożyła mysz pod domem, po czym wskoczyła na pień drzewa. Zaczęła się wspinać. Gdy dotarła do dziupli od razu do niej wskoczyła.
- Siostra, legowisko ci strasznie capi! - miauknął Fiołek zatykając sobie nos. - co ci tutaj zdechło? Jeż? - spytał.
- Zaraz, co? - spytała, podchodząc do legowiska. Już za pierwszym niuchem skrzywiła pysk jakby wyczuwała najohydniejszy zapach świata, co tak dalekie od prawdy nie było - FUJ! KTO MI NASZCZAŁ DO LEGOWISKA?! - przełknęła ślinę, po czym z obrzydzeniem obwąchała legowisko jeszcze raz, ale dokładniej. - Wypłosz. Ten mały...głupi...nadęty... - wyskoczyła z dziupli, po czym zeszła na dół.
- Wypłoszku! Czas na trening! - miauknęła, jakby nic się nie stało. Ten grzdyl popamięta, jak już się oddalą od domu.
Wyjrzał ze swojej kryjówki, śmiejąc się pod nosem. Ha! Pewnie widziała już jego prezent! Słysząc jak go nazwała, wykrzywił pysk. Znów zaczęła to całe zdrabnianie imion?! Żeby zaraz nie pożałowała, bo następnym razem jej tam nasra.
- Nie jestem twoim dzieciakiem, więc pohamuj swój język. Mów do mnie normalnie, jasne? - prychnął, podchodząc do niej.
Zirytowana prychnęła, prowadząc go w las. Ten jednak nie ruszył za nią, o czym zorientowała się po krótkiej chwili. Spojrzała na niego. Siedział dalej w ich kryjówce zacięcie. Westchnęła, po czym zawróciła po kociaka.
- Ruszysz się wreszcie...nie mam całego dnia - warknęła. Czuła się dziwnie zmęczona, i chciała jak najszybciej go ukarać.
- A nie możesz mnie uczyć tutaj? Przynieś zielsko i pokazuj – zarządził. No znowu. Czy on tak zawsze musi? Nie chce mu się tyłka ruszyć? Nawet ona była zmęczona, ale postanowiła, że pouczy go chociaż chwilę.
- Nie, nie mogę. Bo jak wychodzimy w las, to poznajesz lokalizacje ziół. – uświadomiła buremu.
- Nie przyda mi się to do niczego - fuknął. - Wolałbym polować, dzięki temu sam mógłbym łapać pokarm.
Skrzywiła się nieco na jego odpowiedź, garbiąc się.
- Weź nie utrudniaj... - miauknęła. - Ughhhh - z jej pyska wydobył się warkot niezadowolenia - mam cię znowu ciągać po ziemi?
Na szczęście to chyba zadziałało, sądząc po kolejnych mruknięciach jednookiego.
- Yh. Dobra. Pójdę. Jak umrę przez ciebie to będziesz miała problem - fuknął niezadowolony kociak, niechętnie wychodząc w las.
Szczęśliwa Krokus powolnym krokiem poszła w gęstwinę. Dostrzegła gwiazdnicę. Postanowiła więc Wypłoszowi ją przedstawić.
- To gwiazdnica, służy do leczenia zielonego kaszlu, czyli ciężkiej choroby. - miauknęła monotonnym, zmęczonym głosem, pochylając łeb jakby nie spała od dwóch księżycy.
- Ta. Fajnie - Zaczął rozglądać się po otoczeniu. - Widać, że sama się nudzisz. Poróbmy coś innego.
- Nie mam siły Wypłosz - mruknęła, wlokąc się do kolejnego zioła. - to jest podbiał. Służy do leżenia zmrożonych poduszek łap, popękanych poduszek łap, oraz do leżenia kocięcego kaszlu. Znaczy, leczenia - poprawiła się. - język mi się plącze.
- Nie masz sił? Co ty robiłaś przez ranek? Słyszałem, że naszczałaś na swoje legowisko. Może jesteś chora? Mam pomysł! Wylecze cię, skoro to ma być moja rola – Przecież to on jej naszczał do tego legowiska. Ale czy to było takie ważne? Po swej wypowiedzi bury zerwał trochę trawy i jej dał pod pysk. - Żryj to, poczujesz się lepiej.
Połknęła bezgłośnie trawę, nie buntując się. Co się z nią działo? Nie miała pojęcia. Widząc dużą połać mchu rosnącego w poszyciu, wlokąc się jak ślimak podeszła do niego po czym padła na niego jak trupem.
Usłyszała cichy śmiech Wypłosza, który zignorowała. Kocur zaczął ją obwąchiwać, jakby sprawdzał, czy jeszcze żyła. W sumie nie mogła się mu dziwić, bo sama miała co do tego teraz wątpliwości. Usłyszała jakieś plucie, a później…młodszy mieszczuch wepchnął kotce do pyska parzącą roślinę ze słowami:
- Jedz, pomoże - poklepał ją po głowie.
Po chwili zaczęło jej się wracać. Wyrzygała z siebie to, co dał jej Wypłosz.
- Ty...głupku... - wycharczała - to jest pokrzywa, na przeczyszczenie... - warknęła. - masz nos zielarski czy jak? - spytała, dalej leżąc. Jej uczeń zaśmiał się w odpowiedzi.
- Oj nie płacz - wcisnął jej pysk w wymiociny. - O tak, będziesz teraz cudownie capi.
Cętkowana uniosła głowę znad brei, patrząc prosto w żółte oko Wypłosza.
- Przestań. To nie jest zabawne. - miauknęła, przeturliwając się dalej.
- Jest! - odparł z śmiechem trójnogi, podchodząc do niej. - Ojjj... biedna, mała Krokusik. Nie masz sił na trening? Nie martw się. Wyleczę cię. Dzisiaj na obiad cudowna ziemia - nabrał trochę błota na łapę, po czym wepchnął je Krokus prosto w pysk. Ta jednak nie zareagowała na jego słowa. Wypluła z powrotem to co jej wepchnął mu na łapę, po czym ściśle zamknęła pysk.
- Buntujesz się? – prychnął kocur, wskakując na jej grzbiet. - Mam cię ukarać? Może... hmm... zrobić ci krzywdę?
- Rób co chcesz. Mam to gdzieś. – odparła znudzona i zmęczona bura.
Kociak uśmiechnął się z satysfakcją, po czym wbił w nią pazury, deptając ją jak legowisko z mchu Córka Sadu skrzywiła się na to, ale nic nie zrobiła. Niech się dzieciak bawi, ot co. Ona chciała po prostu leżeć. Jakby czuł, o czym myśli, młodszy położył się na niej. Złapał w pysk jej sierść, szarpiąc. Ale Krokus nie ruszyła się ani trochę, powoli zamykając oczy, aż w końcu odpłynęła do krainy kocich snów, mimo obecności swego krnąbrnego ucznia. Czuła jeszcze przez chwile, jak kociak ciągnie jej uszy, depcze po niej, nawet sypał jej piach w pysk i do tego jeszcze ochlapał błotem, ale ta nie zareagowała, już w pełni odpłynięta.
Nawet nie poczuła, kiedy kociak dawał jej w pysk, była zbyt zmęczona i zaspana, aby się obudzić. Słyszała, jak coś do niej mówił, w tle jej snu o myszach ale dla niej był to tylko nieistotny szum, kiedy ganiała po łące snów.
Błoga cisza koiła jej nerwy, zapewniała spokój. Do czasu, aż ponownie dostała plaskacza po pysku. Zaspana i niezadowolona bura uchyliła oczy. Widząc pysk Wypłosza, zjeżyła się.
- Co. - spytała ostro.
- Nie śpij! Jest noc! Jak się stąd wydostać?! Coś nas zje! – usłyszała głos tego małego zgreda, który był jej uczniem.
- Wypłosssssssssszzzzzzzz ja jestem taka zmęczonaaaaaa - ziewnęła przeciągle, przewracając się na grzbiet.
- Nie obchodzi mnie to! - Wskoczył na jej brzuch, depcząc jej po wątrobie. - Ja chcę wrócić do kryjówki! Tu nie jest bezpiecznie!
Czując jak łazi jej po brzuchu, przeraziła się. O nie! Jak jest w ciąży i jej się udało, czego nie była jeszcze na sto procent pewna, to jej kociaki jeszcze przez niego ucierpią! Nie może mieć wybrakowanych kociaków! Matka by ją zabiła!
- ZŁAŹ! JUŻ! - wrzasnęła, podnosząc się. Zrzuciła kocura z siebie. Spojrzała na swój brzuch, zaczynając go troskliwie wylizywać. Tymczasem kociak upadł, otrzepując się.
- To mnie zabierz stąd do domu! Wtedy idź sobie spać! Natychmiast! - pisnął zły uczeń.
- Dobra! - wrzasnęła - jak coś mi popsułeś w brzuchu, to pożałujesz! - warknęła, nie mówiąc, że tam mogą być jego...siostrzeńcy. O nie. Wypłosz będzie ich wujkiem. Nosz... Zaczęła prowadzić ich w stronę domu, cała spięta. Wypłosz szedł wręcz bardzo blisko niej, by ukryć się przed potencjalnym niebezpieczeństwem. Kiedy w końcu dotarli do Wierzby, kotka odetchnęła z ulgą.
- No. Idę ... spać. - miauknęła, jednak tak na prawdę poszła do składziku z lekami po rumianek. Jeśli przez tego buca jej kocięta urodzą się jak on wybrakowane...to własnołapnie wydrapie mu drugie oko.
Niespodziewanie usłyszała ponownie głos Wypłosza, zwracającego się tym razem…do Bylicy. Jej futro nieco się podniosło.
- Mamo... Krokus mnie dzisiaj zostawiła bez opieki w lesie i poszła spać! A słyszałem jakieś dziwne warczenie w krzakach. Myślałem, że tam umrę! - poszedł na skargę mały drań.
Srebrna spojrzała na Krokus, grzebiącą nadal w medykamentach, bojącą się spojrzeć w jej oczy.
- Nie wiem. Źle się czułam. A on nie chciał słuchać...więc dałam mu pokręcić się po okolicy. Cały czas miałam go na oku - miauknęła - ale się wystraszył i z podkulonym ogonem błagał, żebyśmy wrócili.
Krokus wyczuła na sobie podejrzliwy wzrok błękitnej, która na nic więcej nie powiedziała, tylko ruszyła z powrotem do swojego legowiska. Kociak tymczasem niezadowolony z takiego obrotu sprawy, co czuć było na kilometr, poszedł do nory i walnął się na swoim mchu, uderzając w kimono. Krokus w końcu drżącymi łapami przekładając zielska, znalazła rumianek. Szybko go zjadła, po czym wskoczyła na pień. Jej mięśnie były jakby zastałe. Kotka wskoczyła do dziupli, po czym ułożyła się na swoim legowisku i zapadła w sen, obawiając się, iż matka jednak uzna, iż sprawa jest dziwna, i postanowi to z nią wyjaśnić. A ona nie wiedziała, czy byłaby wstanie kłamstwami się jakoś z tego wywinąć. Ba. Czy byłaby w ogóle w stanie ponownie ją okłamać.
<Wypłosz?>

[przyznano 5%]

29 lipca 2022

Od Wypłosza cd Krokus

Żyłka mu pulsowała, gdy kotka drwiła sobie tak z niego. Jak ona mogła użyć jego broni przeciwko niemu?! Na dodatek Bylica nic nie zauważyła, ślepa baba. Taka z niej dobra siostra? Tak? Jeszcze się przekona, że z nim nie ma szans. Zmieni jej życie w istne piekło. Nie da się komuś takiemu. To był od dzisiaj jego nowy cel.

***

Bylica wskoczyła na jedną z największych gałęzi na ich wierzbie. Ciekawe co ta starucha miała im do powiedzenia. Wywiozła ich w las, gdzie roiło się od wszelakiej maści stworzeń, które z chęcią zrobiłyby z niego kolacje. Miała coś nie tak z łbem. Po co zaatakowała ten Gang Ości? Przecież to było samobójstwo, a teraz żyli na banicji; i to on w tym najbardziej cierpiał.
- Moja droga rodzinko, mam ogłoszenie! - ogłosiła, przez co spojrzenia odpoczywających po polowaniach kotów skupiły się na niej. - Krokus, wystąp - zwróciła się do córki. Dojrzał, że była podekscytowana, co starała się ukryć, ale i tak dreptała łapami w miejscu. - Krokus, zakończyłaś swój trening. Stałaś się silną członkinią naszej rodziny. W klanie byłabyś pewnie mianowana na wojowniczkę przez lidera z dumą i ja też jestem niezwykle dumna. Nie tylko jako głowa naszej grupy, ale tez dumna matka, bo przerosłaś me oczekiwania! I to jak bardzo! Jesteś lepsza w walce nawet niż ja. - miauknęła. - Dlatego oficjalnie wszem i wobec ogłaszam, że zakończyłaś swój trening pod moim okiem. - dodała z uśmiechem. Córka odpowiedziała jej tym samym. - Ale nie tylko to chciałam ogłosić - kontynuowała - Wypłoszu, Skazo, wystąpcie. - rzekła donośnie.
Wyszedł z szeregu nie mając pojęcia co się dzieję. Czego ta stara prukwa od nich chciała? Niezbyt podobała mu się wizja udziału w tej farsie, którą odstawiała.
- Wypłosz, Skaza, macie kolejno osiem i siedem księżyców. Już wiele razy sugerowano mi, iż przydałby wam się już trening. Dlatego od dzisiaj rozpoczynacie swoje szkolenia z własnymi mentorami Wypłosz - zwróciła spojrzenie intensywnie zielonych oczu na młodego kocurka - Ciebie będzie szkolić Krokus. Głownie zielarstwa - rzekła, po czym spojrzała na drugie kocie - Skazo, ciebie natomiast będą uczyć dwa koty. Fiołek i Skowronek. Mam nadzieje, iż przekażą wam oni cała swoja wiedzę.
Że co takiego? Powariowała? Starucha jak nic nie ogarniała życia. Czemu Krokus miała go szkolić?! Nie znosili się!
- CO?! Dlaczego ona?! - warknął zły, mordując Bylice wzrokiem.
- Ponieważ skończyła trening, a ty potrzebujesz właśnie takiego mentora. Przerosła mnie też w sztuce wojownika, co przyznaję bez bicia. Poza tym, ona zaproponowała, iż będzie cię uczyć.
Spojrzał na burą, mordując ją wzrokiem. Ciekawe dlaczego chciała właśnie jego? Przecież go nie lubiła! Znów coś knuła? Nie miał zamiaru nigdzie z nią wychodzić i to jeszcze gdzieś w las, gdzie coś mogło go zeżreć. Marzył o powrocie do miasta, do rejonów, które znał.
- Dobra - burknął, bo mógł dostać tego tępaka Fiołka. Z Krokus sobie poradzi, ustawi ją, a co! 
- Dobrze. A więc jeśli pozwolicie, udam się na polowanie - miauknęła srebrna, zeskakując z drzewa i oddaliła się. 
Nie mając nic ciekawszego do roboty, podszedł do swojej mentorki z kwaśną miną. 
- No to ucz mnie czy coś. Zobaczymy czy jesteś taka dobra - fuknął do niej.
- Oczywiście, że jestem - rzekła bura, prostując się. - A więc, idziemy. Tylko mi się nie ociągaj, fajtłapo - dodała, idąc w las. 
Nie ruszył za nią, siedząc na tyłku. Nie zamierzał opuszczać kryjówki, nie z nią!  
- Nie ma mowy! Nie idę tam! - syknął na nią zły. - Ucz mnie tutaj!
- Idziesz. To ja tu rządzę, nie ty - syknęła, podchodząc bliżej. 
Naprawdę tak sądziła? To musiało się to zmienić. Wolał, gdy to on tu rządził. 
- Wcale nie rządzisz - prychnął. - A ja nie idę! Zostaje tutaj i już! Zostawisz mnie gdzieś na pożarcie, tak jak na tym krzaku. - Tupnął łapą buntowniczo.
- Zostawię cię na pożarcie, JEŚLI nie pójdziesz. - odparła. 
- Jeśli nie pójdę, to będę w kryjówce wraz z innymi. Nic mnie wtedy nie pożre. Jak z tobą pójdę, to kto wie. Jakiś ptak mnie porwie czy coś. To dzicz! - warknął, upierając się nadal przy swoim.
- W takim razie, będę to musiała zrobić... twardą łapą - warknęła, po czym bezceremonialnie chwyciła go za kark i zaczęła ciągnąć w stronę lasu.
- Co robisz?! Zwariowałaś?! - syknął na nią, krzywiąc się. Jak miał teraz się uwolnić? Całkowicie pozbawiła go możliwości wyboru! Widząc, że oddalali się od ich kryjówki zamarł, obserwując świat pełen drzew i liści. Z jednym okiem na pewno by tu nie przetrwał. Niebezpieczeństwo czaiło się wszędzie. Każdy krzak był potencjalną kryjówką drapieżnika. W mieście tego nie było! Teren był zawsze mniej otwarty i trudno było kogoś tak zaskoczyć! Gdyby miał ogon, na pewno już go by podkulił. - Zostaw mnie! Nie chcę by mnie coś zjadło!
Nie odpowiedziała, targając go dalej. Oddalali się od wierzby coraz dalej, aż w końcu zniknęła gdzieś za nimi. Poczuł dreszcz przebiegający mu po grzbiecie. Jak on teraz znajdzie drogę powrotną? Gdy Krokus dostrzegła jakąś roślinną kępę, puściła go prosto w błoto. Pacnął w nie, rozbryzgując je na boki. Akurat mu to nie przeszkadzało, bo lubił brud, a Bylica wręcz ciągle odbierała mu zakosztowania syfu na swojej sierści. - To - wskazała łapą na roślinę - Jest szczaw. Pomaga na zadrapania, żeby się nie zakaziły. Sok wyciskasz na nie, będzie szczypać, ale pomoże - rzekła - zapamiętaj to. - warknęła ostro.
Spojrzał na roślinę, ale nie wyglądała jakoś... okazale. Wręcz przyrównałby ją do każdej innej trawy, którą widział po drodze. Położył się w błotnistej ziemi, tarzając i ignorując swoją mentorkę, bo jakiś chwast go niezbyt interesował.
- Co. Ty. Robisz. To nie lekcja tarzania się w błocie. - warknęła, stając nad kocurem widząc, co ten wyprawiał.
- Dawno nie miałem takiej okazji, to się tarzam! - wyjaśnił. - A co? Możemy zrobić z tego lekcje. Pokaże ci jak to się robi - Po czym wziął błoto na łapę i rzucił nim w jej pysk.
- Pfe! Pfu! - wypluwała z pyska śliską breję - Ty... - warknęła. Następnie ponownie chwyciła go za ubłocony kark.
- Ej! - syknął na nią niezadowolony. Chciał jeszcze się z nią pobawić, skoro miał niedługo zostać przez coś pożarty!
- Ucz sifię - syknęła przez zęby, przystawiając mu nos do ostro pachnącej rośliny. - Cfo to jest i do fego służy. Odpofiadaj, już - warknęła.
Skrzywił nos, bo capiło jak nie wiem. Zakaszlał, machając łapą. Miał nadzieję, że nie skończy to w jego pysku. 
- Jakieś zielsko! Weź mnie puść! Khe, khe, ble... ale daje. Gorzej niż rzeczy Wyprostowanych.
- Jak się nazyfa - miauknęła uparcie przez zaciśnięte na jego ohydnym futrze zęby. 
- Zielsko! Jak każde inne, które rośnie tutaj. - odpowiedział 
- Pfetchwilą ci pofiedziałam! Ufyj tej łepfetyny na foś! - warknęła zirytowana. 
- Wolałem robić co innego niż słuchać twojego jazgotu koślawej mewy - prychnął. 
Zaczęła go irytować tym wszystkim. Miał gdzieś rośliny oraz jakieś zastosowania, które posiadają. W życiu mu się to przecież nie przyda! Nie przejdzie przecież z myszy na trawę! 
Wkurzona nie na żarty Krokus puściła kociaka, po czym szybko postawiła na nim łapę, tak, by się nie ruszył. Wbiła mu pazury w kark. Skrzywił się. Co ona robiła?! Zwariowała?!
- Odpowiedz. Już. Albo nałykasz się tego błota, skoro tak bardzo je lubisz.
- A spróbuj! Powiem wtedy Bylicy i cię ukara! - zagroził.
- A żebyś wiedział, że spróbuję! - wrzasnęła, po czym silnym ruchem obróciła kota w bok, aby jego głowa była prosto nad kałużą.
- Ugh! - zakręciło mu się nieco w głowie na ten ruch. Zamrugał zdziwiony, patrząc na kałuże. Czy na serio chciała mu to zrobić?! Była aż tak porypana?! Zjeżył sierść, próbując wstać.
- To już po tobie! Zrób to a skończę być dla ciebie miły!
- Ha. Jakbyś kiedykolwiek był - parsknęła, po czym naparła na jego głowę tak, aby zanurzyła się w błocie. Zdziwił się, gdy kotka naprawdę spełniła swoją obietnicę. Zanurkował, czując jak maź oblepia jego pysk. Zaczął się szarpać, próbując się uwolnić. Bura odczekała parę uderzeń serca, po czym uniosła z powrotem nad taflę jego głowę. Wariatka! Chciała go zabić. Wypluł ziemię z pyska, memlając językiem, by pozbyć się grudek piachu. Otarł łapą oko i otrzepał głowę.
- No. To jak. Odpowiesz na pytanie, czy mam ci zrobić kolejną kąpiel? - spytała. 
 Zacisnął pysk słysząc jej pytanie. 
- To jest zgniły szczaw, jak twoje serce.
- Dobrze. A do czego służy? - dopytała
- Nie wiem - syknął, spinając się cały. Nie chciał znów zanurkować. Nie słuchał jej uważnie, bo w nosie miał jej nauki. 
- Przypomnij sobie - wymruczała, popychając jego głowę bliżej błota, w subtelnym geście.
- Ygh! Wariatka! - wrzasnął. - Nie wiem! Naprawdę! Coś było, że piecze! - Aż miał ochotę wcisnąć jej ten szczaw do gardła, by ta wiła się z bólu! 
- Tak. Dobrze. A jakie rośliny pieką? Może kojarzysz?
- Nie znam się na roślinach! Nie jestem kozą! - warknął. Coraz mniej podobał mu się ten trening. 
- Ani najwyraźniej nie masz pamięci. Szczaw jest do zadrapań. Sok wyciskasz na nie. Piecze - miauknęła - powtórz.
- Puść mnie! - znów spróbował wstać. Nie chciał nic powtarzać, bo jak nic uznałaby, że z nim wygrała. Użarł ją w łapę w geście buntu, by nie dać się jej zdominować. Usłyszał jej syknięcie, kiedy dotarło do niej co właśnie zrobił. 
- Więc kąpiel narrator dwa - warknęła, zanurzając jego głowę w błocie na trochę dłużej niż poprzednio. - A teraz?
Zakaszlał, łapiąc oddech.
- Szczaw do zadrapań, sok na rany, piecze! - pisnął cienko. Chciała go zabić?! Przecież prawie tam odpłynął! Już czuł powiew śmierci na pysku! Nie sądził, że tak mógł umrzeć. Utopiony w błocie przez swoją mentorkę. 
- No. Dobrze. - miauknęła, po czym znów zrobiła nim obrót, tym razem w stronę roślin. - Która to z tych traw? Wskaż nosem - miauknęła już spokojnie.
Spojrzał na zielska, zaczynając obawiać się kotki. Majtała nim po ziemi jak jakimś przedmiotem. Wariatka. Skrzywił się, gdy do jego nosa dotarł ostry zapach. Wskazał roślinę, bo z niczym innym mu się teraz nie kojarzyła, jak ze szczawiem.
- Świetnie. - pochwaliła, puszczając go - Możemy wracać, lekcja zakończona - powiedziała, ruszając w stronę, z której przyszli. 
Jak dobrze! Ruszył biegiem do kryjówki, by jak najszybciej poskarżyć się na nią Bylicy. Zapomniał jednak, że był taką sierotą, że tego nie potrafił i od razu się wywrócił na pysk. Wstał krzywiąc się, widząc jak Krokus się oddala. Ruszył za nią nieco wolniej, kuśtykając, mając nadzieję, że go tu nie zostawi. Ta dostrzegając to, zwolniła tępo. Od razu to wykorzystał i idąc za nią, użarł ją w ogon za karę, że tak się nim zabawiła.
Czując jego zęby, zatrzymała się, po czym odwróciła się do niego, przez co stanęli pyskiem w pysk.
- Jeszcze raz, jeszcze jeden raz, a zanurkujesz w błocie na trzy razy dłużej niż ostatnio - warknęła.
- Nie zanurkuje! Sama zanurkujesz! Powiem wszystko Bylicy! Zobaczysz! Mi uwierzy, bo jestem biednym kocięciem, a tobie nie! - rzucił jej swój najlepszy argument jaki posiadał. 
- Nie, już nie jesteś. Teraz, jesteś uczniem - wytknęła - Nie znasz jej tak dobrze, jak ci się wydaje - rzekła tajemniczo, podchodząc jeszcze bliżej. - Kiedy byłam ponad dwa razy młodsza od ciebie, kazała mnie i mojemu rodzeństwu wspiąć się na drzewo. Drzewo tak wysokie, jak to - Wskazała na najbliższy duży okaz. 
Rzucił wzrokiem na roślinę, niezbyt przejęty jej słowami. 
- No to co? Pewnie po to, by was coś nie zjadło na ziemi! Nie topiła was w błocie! Ja też ją znam, bo skacze przy mnie gorzej niż przy swoich własnych dzieciach. Mogę wykorzystać jej troskę, bo widzisz. Jestem kaleką - Uśmiechnął się do niej zadziornie. - Jestem biedniejszy i potrzebuje lżejszego traktowania niż reszta. A ty się nade mną znęcałaś!
Zarechotała w odpowiedzi.
- Myślisz, że ona się o ciebie martwi? Że cię kocha? - prychnęła, z kpiącym uśmiechem - Ona robi to tylko dlatego, że jesteś słaby. Niedoskonały. Wybrakowany. Wzięła cię, bo jesteś teraz od niej zależny. Jak się zestarzeje, to będzie zawsze miała kogoś tak słabego, że i tak będzie musiał się jej słuchać. Będzie ją leczył, aż do końca jej dni. Zapewnia sobie byt.
Że co proszę? Że miał leczyć tą starą szkapę? No chyba nie. Gdy nie zapewni mu jedzenia, bo będzie ledwo co ruszać tymi swoimi zesztywniałymi kończynami, to odejdzie szukać szczęścia gdzie indziej. Nie miał zamiaru się jej słuchać. Krokus chyba zbytnio nie wierzyła w jego siłę, skoro uważała, że był zdominowany przez starą raszple. Wykorzystywała go? Proszę... To on ich wszystkich wykorzystywał, aby przeżyć do następnego dnia. Znalazł sobie głupich niewolników, a ta wmawiała mu, że jest odwrotnie? Chciało mu się śmiać. 
Prychnął tylko na to.
- To wybrała źle, bo prędzej ja pierwszy umrę niż ona. Ojoj, myślisz że przejmą mnie twoje słowa? Jak mi przykro. - zakpił. - Dla mnie to komplement, Krokus. Zdaje sobie sprawę z tego jaki jestem, muszę tak żyć, bo los jest okrutny. Mam nadzieję, że kiedyś i ty stracisz coś, by być od kogoś zależna. Może jakiś potwór z lasu oderwie ci obie łapy? Wtedy przestałabyś tak kozaczyć. - Liczył na to. Kusiło go skrzywdzenie mentorki. Zobaczyć strach w jej oczach, gdy traci swoją sprawność w ciele. Nadal był jednak zbyt mały, by móc jej aż tak zagrozić, co mu się oczywiście nie podobało.
- Skoro zdajesz sobie sprawę, to się tak zachowuj. I nie umrzesz. To ci mogę obiecać. Ona zadba o ciebie na tyle, żebyś żył.
- Mam zachowywać się jak słaby i niedoskonały? Dobra - Usiadł na ziemi. - Ach, Krokus... Nie mogę już. Łapy mnie bolą. Weź mnie na barana - Uśmiechnął się z satysfakcją.
- Dobra - Położyła się na ziemi. - Proszę bardzo, właź.
Nie wierzył własnym uszom. Naprawdę to zrobiła? Ha! Ale głupia! Wszedł na jej grzbiet zadowolony. I kto kogo teraz dominował? Zdrowy kot mu usługiwał i zawiezie go niczym potwór Wyprostowanych do celu. Aż dziwne, że jeszcze chwilę temu poczuł strach do kotki. Teraz on wyparował, a jego humor znacznie poprawił. 
- No dobra. Za to, to wybaczę ci to dzisiejsze topienie. Ale spróbuj zrobić to ponownie, to Bylica się o wszystkim dowie. - zagroził jej. 
- Ha. Nie dowie - odparła, uśmiechając się, tym razem szczerze. Następnie ruszyła w stronę domu.
- A skąd masz taką pewność, co? Nie posiadasz nic ciekawego, co by mnie mogło zainteresować, bym milczał. - wytknął jej to. 
- Posiadam. Może opowiedzieć ci o tym, skąd pochodzi mama? Wiesz, że z klanu, ale to niewielki rąbek tej historii. 
Aha? A z jakiej beczki miało go to niby interesować? Rozumiał, że może Krokus wielbi Bylice jak jakąś boginie, ale on nie był zbyt skory do słuchania o jej życiu. Już miał dość, gdy ta łapała go i wylizywała co po chwilę, gdy zobaczyła, że się usyfił. To przypomniało mu o tym, że przecież się pobrudził. Trzeba było gdzieś się schować, przed tym jej lepkim językiem. 
- Historie to tylko słowa. Możesz mi służyć, co ty na to? - rzucił jej korzystniejszą dla niego ofertę. 
- Nie za bardzo. Ale mogę cię już nie taplać. Jak postarasz się uczyć. Bądź co bądź, to jest moim nadrzędnym celem, teraz. Może nawet cię biegać nauczę. 
- Tsaaa... roślinki. Bardzo to ciekawe... Nie interesuje mnie to, nie najem się trawą - Na wzmiankę o bieganiu się zainteresował. - To ostatnie lepiej brzmi.
- No to widzisz. Może treningi cię się spodobają, jak będziesz miał motywację - miauknęła z uśmiechem.
Motywacja... dobre sobie. Jego trening był beznadziejny. Wolałby nauczyć się polować, a nie zapamiętywać jak nazywa się każdy krzak w okolicy. Kotka chyba przeceniła jego zapał. Myślała, że z nim wygrała? Otóż nie. Była głupia i nie dostrzegała tego jak ją podle wykorzystywał. Owszem, na początku się wkurzyła, ale z łatwością zapomniała o tym, ciesząc się lepszym humorem niż wcześniej. Miał już plan jak mógł podziękować jej za tą "ciekawą" kąpiel. Zobaczymy kto tu jeszcze kogo zdominuje. 

<Krokus?>

[przyznano 5%]

28 lipca 2022

Od Krokus CD Wypłosza

*jeszcze w lecie, pewien czas temu już*
Widząc jak Wypłosz się płaszczy, wpadł jej do głowy pewien pomysł. Skoro chciał być starszym bratem...to jak by się czuł, gdyby publicznie traktowała go jak kociaka, którym był?
- Nic byśmy ci nie zrobili. Przepraszam cię, braciszku. To, że się pokłóciliśmy...nie powinnam była cię wsadzać na krzak - miauknęła ze skruchą, częściowo udawaną, bo Wypłosza jej szkoda nie było, a częściowo prawdziwą, bo nie chciała zawieść matki tym jednym nieopatrznym czynem. Następnie podeszła do kociaka w łapach Bylicy i polizała go po łebku. - od teraz będę milszą starszą siostrą. - miauknęła z uśmiechem.
Bury zaskoczony spojrzał na nią. Zrobił niezadowoloną minę kiedy go polizała.
- Nie powinnaś – mały zmrużył swe ślipie. Widząc jego reakcję w duchu Krokus uśmiechnęła się wrednie.
- Mamo, czy mój młodszy braciszek na pewno nie ma nic złamanego? W końcu jest taki mały... - miauknęła, patrząc na kociaka z udawaną troską w oczach i głosie.
Maluch zjeżył sierść. Fuknął na cętkowaną niezadowolony.
- Nie jestem wcale mały! I w porządku ze mną. Inaczej bym wam powiedział.
Bylica natomiast odparła na pytanie Krokus:
- Raczej z nim w porządku, ale nie zaszkodzi mu dać czegoś na wzmocnienie. – rzekła błękitna.
Szybko ruszyła w stronę miejsca, w którym składowali zioła. Zabrała z ich mini składzika rumianek, po czym położyła go pod łapami Wypłosza. - Proszę zjedz to, pomoże ci, braciszku – powiedziała bura.
- Nic mi nie jest - burknął pod nosem w odpowiedzi młody, patrząc na zioło. - Nie potrzebuje tego. Jestem silniejszy niż ci się zdaje. Oj, ona dobrze wiedziała, że przed matką zgrywał słabszego. Super uczuciem było droczenie się z kocurem, tak mocno pragnącym szacunku i posłuchu. Ale od niej go na pewno nie dostanie. Chyba że w takiej formie jak teraz, ale dobrze wiedziała, iż to mu się nie spodoba, co bardzo ją cieszyło. Tymczasem matka uniosła brew, po czym podsunęła kociakowi pod pysk przyniesiony przez Krokus medykament.
- Kochanie, to dobre zioło – miauknęła srebrna - to rumianek. Wzmacnia.
Bury spojrzał niepewnie na kwiat i niechętnie go zjadł.
- Niedobre. – miauknął żółtooki.
- Braciszku kochany, niektóre zioła nie smakują dobrze, ale są bardzo przydatne – odparła Krokus, po czym otarła się o kocurka, mrucząc, aby jeszcze bardziej go zirytować.
Bylica natomiast siedziała z ciężkim zdezorientowaniem na pyszczku.
Wypłosz szybko umknął z łap staruszki w ciężkim szoku.
- Co ty robisz? - pisnął z otwartym pyszczkiem. Widząc rekację starszej kocicy, mały zorientował się, iż ona również była zdumiona. - Naćpała się czegoś... Ukaraj ją! - Tupnął łapką, zaciskając pysk.
W odpowiedzi po prostu powiedziała:
- Przecież ja tylko próbuję być miła!
- Ale jesteś podejrzanie miła - zmrużył oczy bury. - Mów o co chodzi naprawdę.
- Chcę być po prostu dla ciebie lepszą siostrą! - miauknęła, robiąc smutną minę. Oczywiście, że to nie było jej celem. W momencie, w którym zaczęła się ich pierwsza kłótnia, straciła jakąkolwiek sympatię do tego dzieciaka. Chciała, aby był wściekły, zirytowany, by mogła napawać się jego niezadowoleniem i pokazać mu, kto tu tak naprawdę spośród ich dwójki rządzi.
- Chcesz przebaczenia o to chodzi? - Przekrzywił głowę. - I ja jestem starszym bratem, zapamiętaj- kociak śmiechnął się zwycięsko. Nim żółtooka zdążyła cokolwiek miauknąć, jej matka zabrała głos.
- Khm, Wypłoszku, ale to ona jest twoją starszą siostrą, a ty młodszym bratem. – miauknęła kocica.
- Nie. Bawimy się inaczej. I ja jestem starszy, a ona młodsza! - wyjaśnił kotce naburmuszony kociak.
- Przecież w nic takiego się nie bawimy. A ja jestem starsza. Ty jesteś słodziutkim puszkiem okruszkiem braciszku, muszę cię chronić - miauknęła z uśmiechem.
- Coś ty powiedziała?! - pisął w szoku malec. - Wcale... wcale nie! - sapnął z irytacji.
Ha ha ha! I jak teraz rolę się odwróciły! Zadowolona z siebie Krokus kontynuowała irytowanie kocura.
- Nie okłamuj się, Wypłoszku. Ale jak chcesz to mogę mówić do ciebie duży młodszy braciszku - powiedziała - duży bo jesteś taki puchaty awwwwwww - miauknęła, po czym potarmosiła go chwilkę za pysia.
Pręgowany zrobił bardzo niezadowoloną minę, krzywiąc się.
- Nie prawda! - pomasował łapką pyszczek, bo przez jej tarmoszenie się dziwnie wykrzywił. - Nie jestem awwww! Ani słodki, ani mały! – prychał. - Wypłoszku, dla mnie jesteś słodki - miauknęła, po czym przytuliła burego kociaka.
- Ugh... Nie jestem Wypłoszek, puść mnie – wystękał kociak, coraz bardziej zirytowany i wkurzony na kotke. - Tylko Wypłosz. Puść mnie. - Widzę, że już się pogodziliście - miauknęła z uśmiechem matka, po czym podeszła i przytuliła ich również.
- Co... - z szoku młody nie mógł się wydostać. Krokus już czuła, jak puszcza mu żyłka i jest coraz bardziej zdezorientowany oraz niezadowolony - Puśćcie mnie...
Cętkowana odsunęła się od kociaka.
- Oj, mam nadzieję, że swoim mocnym uściskiem ci nic nie zrobiłam - miauknęła udając smutek i zmartwienie.
- Nie troszcz się tak. Coś takiego nic mi nie zrobi - prychnął na nią Wypłosz.
- Jeśli tak to przyjdziesz po zioła, prawda? - spytała bura kotka.
Żółtooki zjeżył sierść, podczas gdy córka Sadu miała coraz większą ochotę wybuchnąć mu śmiechem prosto w pysk i zwijać się na mchu z tego, jak zabawne to wszystko było.
- Nic mi nie jest przecież. Czemu mam jeść jakieś zielsko? Wole myszy.
- Mój braciszek jest głodny? Już dam ci mysz! – miauknęła, nie zważając na to, iż mały już jedną dzisiaj jadł. A niech się nią udławi albo przeżre i dostanie bólu żołądka, będzie mogła go dalej legalnie „rozpieszczać” jak ta miła starsza „siostrunia”. Cętkowana rzuciła się do ich skrytki i od razu mu ja przyniosła. - proszę bardzo! - miauknęła radośnie, podając ją Wypłoszowi.
Mały stał tam z otwartym pyskiem, patrząc na mysz.
- Jeszcze przynieś mi wody - Uśmiechnął się szeroko kociak.
Miała nadzieję, iż go tym jeszcze bardziej rozwali, ale najwyraźniej pomyślał, że mu usługuje. Ale pewnie to się zaraz zmieni. Nie miała bowiem zamiaru odpuścić temu mieszczuchowi tak łatwo.
- Ja ci przyniosę – miauknęła niespodziewanie matka, po czym odwróciła się po mech nasączony wodą.
Tymczasem Krokus pochyliła się nad kociakiem.
- Jesteś taki słodki, i tyci tyci... - miauknęła. Jako, iż wiedziała, że matka jej teraz nie widzi, bo srebrna się odwróciła, na pyszczek młodej wstąpił wredny uśmieszek, a ta przymrużyła oczy, napawając się zirytowaniem Wypłosza.
Maluch dał jej łapą w nos, wkurzony że tak z nim pogrywa.
- Jeszcze zobaczymy kto tu jest tyci - prychnął do niej.
W odpowiedzi jej wredny uśmieszek tylko poszerzył się. Jednak kiedy matka wróciła zmienił się wyraz pyska burej, na znacznie bardziej troskliwy i mniej podejrzany. Bylica dała Wypłoszowi namoczony mech pod łapy, czekając, aż młody wypije.
Bury wziął mech i wypił wodę, zajadając myszą. Obserwował uważnie Krokus, mrużąc oczy.
- To ja idę do siebie. - miauknął kierując kroki na swój mech.
- Dobrze, braciszku. - odparła Krokus uśmiechając się w stronę żółtookiego.
- Mów do mnie starszy bracie, nie braciszku! - powtórzył, by w końcu do niej to dotarło. To tylko sprawiło jednak, że jeszcze bardziej była zadowolona z efektów droczenia się z kocurem. W odpowiedzi uśmiechnęła się tylko i zachichotała.
Jednooki usiadł na mech z obrażoną miną. Krokus widziała, że mocno go zirytowała. I oto chodziło. Może następnym razem pomyśli, zanim wda się z nią w poważną kłótnię, albo zwali na nią winę za wszystko co mu się złego stało przy jej towarzystwie na nią.
<Wypłosz? :3>

[przyznano 5%]

14 lipca 2022

Od Wypłosza cd Krokus

 Czuł się dziwnie. Otworzył oko, a gdy zobaczył Bylice i jej język tylko się skrzywił. Nie to chciał zobaczyć od razu po przebudzeniu. To jakiś koszmar. Czemu nie może go zostawić w spokoju?!
- Co się stało? - miauknął, rozglądając się po obcym miejscu. Ostatnie co pamiętał, to jak był na krzaku i... Wszystko wróciło. Znalazł wzrokiem przerażoną kotkę. Tą co go tam porzuciła na śmierć! Nie daruje jej tego. Tak chciała sobie pogrywać? No to zobaczymy kto wygra.
- Bawiliście się z Krokus, ale się przegrzałeś - miauknęła starsza kocica.
Przerażona Krokus dalej patrzyła prosto na Wypłosza, cała spięta. Pewnie reszta uważała, że to dlatego, iż martwi się o kociaka. Mógł teraz ją zniszczyć. Czuł się jak pan i władca. Czemu mieliby uwierzyć jej, a nie jemu? Był tylko biednym malcem. Ona była starsza. Powinna się umieć zachować.
- Bawiłem? Nie... - miuaknął smutno. - Krokus mnie zostawiła na szczycie krzaka... i poszła sobie... - burknął, robiąc najbardziej żałoną minę na jaką było go stać.
Bylica z szokiem w oczach, odwróciła głowę w stronę przerażonej córki. Już otwierała pysk, jednak cętkowana jej przerwała:
- On kłamie! - miauknęła - Bawiliśmy się! Ale potem wspiął się na krzak i nie chciał dać mi się postawić! Nie zostawiłam go nawet na pięć sekund! - powiedziała zestresowana i przerażona.
Pf! Sądziła, że taka jest mądra? Że to ją ocali i wybroni się od konsekwencji? Po jego trupie! Napuszył się cały, mordując kotke wzrokiem.
- Nie umiem się wspinać, nie mam jednej łapy! - oburzył się. - No i po co miałbym tam włazić? Nie jestem głupi, zwłaszcza że ostatnio pogoda była straszna i umierałem z upałów. Nie wyszedłbym na zewnątrz świadomie!
Bylica powinna jemu uwierzyć. Przecież widziała w jakim był stanie. Krokus chyba była głupia sądząc, że z nim wygra.
- Bawiliśmy się! - powtórzyła jak zacięta płyta. - Wspiąłeś się na krzak bo chciałeś uciec przed zostaniem berkiem!
No to go zaskoczyła. Nie ogarnął o co jej chodzi. To znowu to jedno z jej słów, którego znaczenia nie znał. Ale według niej była to jakaś zabawa. Musiał zapamiętać, by znów się przed nią nie zbłaźnić.
- Czym niby? - zrobił zdezorientowaną minę i to szczerą, a nie podrabianą - Nawet nie wiem co to! Miałaś mi tylko jeść przynieść, a wsadziłaś na krzak! - Z tym jedzeniem nieco skłamał, bo w końcu od niej dostał. Akcja z krzakiem była dopiero później, jednak chciał ją udupczyć najbardziej jak mógł. Niech Bylica wie jaką miała złą córkę.
- Nie prawda! W berka! - powoli panikowała. Pewnie przez to, że jej kłamstwo wychodziło na światło dzienne - Poza tym to była ta gra, gdzie się nawzajem goniliśmy! Nie pamiętasz? - spytała, podchodząc do nich - Mamo, on ma chyba zaniki pamięci przez przegrzanie. - dodała, starając się brzmieć wiarygodne.
Prychnął na nią zirytowany brnięciem w to kłamstwo. Jeszcze zwalała na niego wine! On ma zaniki pamięci? Chyba odwrótnie! Sama powinna zostać zbadana, wronia strawa jedna.
- Ja nie umiem biegać! Mówiłem to nawet Bylicy - Położył po sobie uszy. - Czemu miałbym uciekać przed tobą, wiedząc że i tak nie dam rady, bo się wywróce?
Krokus zamarła, dostrzegając ten ogromny błąd, przez który się wkopała.
- Dość. - miauknęła stanowczo Bylica, a jej pysk przybrał kamienny wyraz twarzy. Wszyscy w napięciu obserwowali podstarzałą kocicę. - Porozmawiam o tym później, z tobą, Krokus - rzekła dziko pręgowana, po czym chwyciła Wypłosza za skórę na karku. Nie było to miłe uczucie, ale nie marudził. Przynajmniej oszczędzono mu kuśtykania, przez wiele króliczych skoków. Kotka skierowała się do ich uliczki, za nią podążyła reszta zdezorientowanych i zdziwionych kłamstwem cętkowanej kotów. Sama bura szła ze spojrzeniem żółtych oczu wbitym w ziemię, aż nie dotarli do swojego krzaka i nie zatopili się w jego wnętrzu.
Ha! Młoda miała przerąbane. Teraz nauczy się z nim nie zadzierać!
Bylica usiadła z nim między łapami, podczas gdy Krokus usiadła w kącie, wbijając wzrok we własne łapy.
Skrzywił pyszczek, że został aż tak otulony przez kotkę, ale co innego go radowało. Mina Krokus. Złamał ją. Dopiął swego.
- Dasz jej kare? - zapytał Bylicy. - Chciała mnie zabić. Nie lubi mnie. Mówiłem ci, że tak będzie. - miauknął smętnie.
- Jeszcze nie wiem. Ale na pewno z nia poważnie porozmawiam. - rzekła, po czym polizała małego po łebku.
No i znów to robiła! Czemu nie mogła trzymać tego jęzora przy sobie? Czuł jak jego sierść zaczyna powoli przesiąkać zapachem jej śliny! Ble!
- Mph... Powinna dostać lanie. Takie, że się nie pozbiera, a nie rozmowę - fuknął zły. - Spadłem z krzaka, to cud że nie połamałem łapek! Wtedy musiałabyś mnie zabić, bo byłbym bezużyteczny... - Spuścił główkę, by kotka uwierzyła, że prawie mógł tam umrzeć.
- Przecież nie zabiłabym cię z takiego błahego powodu! Skąd ci to przyszło do głowy? - spytała błekitna.
- Bo jakbym je złamał to nie mógłbym chodzić. A wtedy bym umarł z głodu i na zawsze był kaleką bez łap... - zabrzmiał żałośnie, ale to była część planu.
Krokus musiała dostać za swoje. Nawet jeśli musiał udawać biednego kociaka, przed niebieską.

<Krokus?> 

08 lipca 2022

Od Krokus CD Wypłosza

Krokus przeciągnęła się na leżąco. Wyciągnęła swe coraz dłuższe łapki jednocześnie ziewając. Delikatnie przymkniętymi, miodowymi oczkami dostrzegła kociaka, którego jej matka niedawno adoptowała, bo skopaniu zadów tym, którzy zaatakowali Skowronek. Bura pamiętała dalej, jak wspólnie, całą rodziną pokonali gang. Atakując ich a potem widząc, jak się ich boją, jak im ulegają...poczuła prawdziwą moc ich grupy. Dlatego słysząc słowa matki, że "im nas więcej tym weselej" zgodziła się z nią w myślach. To prawda. Większa grupa, to więcej opcji, większa siła oporu przed wrogiem. Co prawda bycie samotnym włóczęgą też miało takie zalety jak to, że łatwiej było uciec, i wykarmić tylko siebie, ale jednak. Kotka wpatrywała się w myjącego się kociaka. Po chwili ich spojrzenia się spotkały.
- Co tak się lampisz co? Nie widziałaś nigdy kociaka?
Kotka prychnęła, odwracając wzrok.
- Ah tak? Sama niedawno byłam w twoim wieku, więc widziałam kociaki w swym życiu - miauknęła - i wcale się nie lampię. - wycharczała, po czym usiadła, wpatrując się przymrużonymi oczyma w Wypłosza.
Już czuła, że ta rozmowa ją tylko wkurzy.
- Ta jasne, to co to było? - prychnął. - A może nie widziałaś kociaka bez oka? Nie jestem okazem do podziwiania, zapamiętaj to sobie futrzaku On, okazem do podziwiania? Ha! Dobre sobie. Nie było w nim nic na tyle ciekawego, żeby go „podziwiać”.
- Okazem do podziwiania? Phi - kotka wkurzona splunęła na bok. Za kogo on się uważał?! - a to to było, że akurat się przeciągałam i byłeś centralnie przede mną, więc w moim polu widzenia.
- Najwidoczniej masz bardzo szerokie pole widzenia. Idź przynieść mi coś do jedzenia - miauknął z uśmiechem, przez co w Krokus aż zawrzało- No, już, już.
- Co tak się rządzisz?! - warknęła, wystawiając pazury i gwałtownie wstając. Co za niewychowany kociak! Niby Fiołek był trochę podobny, ale nie aż tak chamski! - tak, matka cię adoptowała i jesteś teraz moim bratem ALE to nie oznacza że jesteś ponad mnie. - warknęła. Miała nadzieję, że Wypłosz wbije to sobie do tego pustego łba. Zaczynała myśleć, że jego imię do niego pasowało.
- Nie rządzę. Mówię tylko, że coś zjadłbym. O co się wściekasz? Twoja mama mówiła, że będziecie mnie karmić.
Co za…przeklęty pchlarz! Lisi bobek z niego, ot co.
- Tak będziemy, ale mógłbyś powiedzieć to troszkę milej? – spytała zirytowana i niezadowolona kotka. Może także troszeczkę…zawiedzona? Zawiedziona czym? A no tym, że myślała, iż będzie miała milszego brata, a tu proszę, taka nie miła niespodzianka.
- Milej... hm... – słysząc jak się zastanawia, pomyślała, że może jednak nie będzie tak źle, ale cętkowana szybko się przekonała, iż się myliła - Przynieś mi coś do żarcia, bo jak nie, to powiem mamie, że nie chciałaś tego zrobić, bo uważasz mnie za balast dla waszej rodziny.
- ŻE. JAK?! – wrzasnęła. Tego już za wiele! - czy ty wiesz, co to znaczy "milej"? Jeśli nie, to nie przejmuj się, skapnęłam się już dawno, że nie znasz połowy słów. - miauknęła, z wrednym uśmieszkiem na pysku. Jeśli myślał, że ona nie umie słownie dokopać, to się mylił.
Bury kociak zjeżył się.
- Wcale, że nie! Znam wiele słów! Więcej niż ty! Mogę udowodnić, że to ty nie znasz słów!
Te słowa były jak miód dla jej uszu. Tym razem to ona go wkurzyła, a nie na odwrót.
- Tak? To dawaj - mżawka, błyskotka, iglak, kaktus, cyprys, czereśnia... - zaczęła wypluwać losowe słowa, których rzadko używała. Sądziła, iż dzieciak ich pewnie nie zna.
- Nie tak szybko! - Tupnął łapką, powstrzymując jej potok słów. - Mówisz jedno i mi odpowiadasz czy je znasz, a jak znasz to mówisz co to znaczy. A nie tak lecisz z tym - ustanowił zasady.
Zirytowana strzepnęła ogonem.
- Dobra. – miauknęła niezadowolona - Mżawka, to taki mały deszcz. Błyskotka, to coś ładnego błyszczącego, na przykład te dziwne rzeczy dwunogów, które mają na palcach lub w uszach. Iglak to roślina iglasta, kaktus to roślina bez liści, wyglądająca jak zielony kamień z kolcami. Cyprys to taka roślina. Czereśnia to mały ciemny owoc. – wytłumaczyła.
Ku jej zdziwieniu tygrysio pręgowany zaczął się śmiać. Nosz, co tym razem?!
- Widać, że z ciebie mysi móżdżek. – na te słowa cicho warknęła - Jak mi powiedziałaś co to, to ja to też wiem. Chodziło o to, że ty mówisz słowo i patrzysz czy ja je znam, a nie mi tłumaczysz - Pokręcił głową.
Przygryzła wargę, widząc, jak ją oszukał. Wstrętny leszcz!
- Dobra. - miauknęła niezadowolona - to... mirabelka? - miauknęła, czekając na reakcję.
- Jakieś jedzenie - nie czekając na jej odpowiedź Wypłosz rzucił - Teraz ty: Drut.
Przewróciła oczami, nie dopytując.
- Taki ostry, błyszczący, zimny patyk. Jest w ogrodzeniach na przykład. – dobrze, że matka jej opowiedziała co nieco o rzeczach które są w mieście, w pierwszych dniach ich pobytu, bo miała jakieś szanse znać te wszystkie dziwne słowa - dzik - miauknęła słowo dla burego. Skoro dawał jej rzeczy ze swojego środowiska które wiedział, że mogła nie znać bo się tu po prostu nie wychowała, to ona też tak zrobi.
Kocur zrobił na chwilę wielkie oczka. Ha! Czyli pewnie tego nie znał! Już czekała na jego odpowiedź.
- Jedzenie - miauknął szybko, po czym rzucił dla Krokus – Opona.
- Źleeee - miauknęła Krokus z zadziornym uśmiechem. Czyli faktycznie nie wiedział! Ha! - Dzik to takie duże zwierzę o wielkich wystających kłach, owłosiona świnia taka, mieszkają w lasach i zabijają koty. – miauknęła, dumna z tego, że jako pierwszej jej się udało złapać przeciwnika na niewiedzy.
Bury tupnął zły łapką.
- Wiedziałem. Tutaj też chodzą – skłamał. - Opona teraz ty - zwęził oko, czekając na jej potknięcie.
- to czemu powiedziałeś że to jedzenie? - spytała oburzona. Jak on kręcił! Co to była za rywalizacja, co jasnej ciasnej?! Ale tym razem nie powinno mu się udać tak prosto wywinąć.
- Bo... każde zwierzę to jedzenie
Wewnętrznie zaczęła wprost pękać ze śmiechu.
- Zwierzę wielkości dwóch Bylic które prędzej zeżre ciebie niż ty je. Dobermana też byś nazwał jedzeniem? - zaśmiała się. - Jakby nie żył to tak... Nie łap mnie za słówka. Teraz ty.
Ugh, co za... Bura prychnęła, po czym odpowiedziała po króciutkiej chwili, bo musiała się troszkę zastanowić.
- Opona to noga potworów dwunogów. Czarna taka.
- Dobrze – miauknął kociak. Ha! Nie było tak łatwo, pewnie myślał, że tego nie zna, a tu proszę! Jakie szczęście, że słuchała na lekcji swej matki.
- To...hmmm.....lis?
- Lis rośnie na drzewie - miauknął z cwaniaczkowatym uśmieszkiem. - Bo to liść.
Wmurowało ją. Co?! Czy jego kompletnie powaliło na pyszczek?!
- Przecież lis to zwierzę…
Młodszy zamrugał zdziwiony.
- Nieważne! Mówisz niewyraźnie, to dlatego - fuknął. Już miała zaprotestować, ale on szybciej wypowiedział coś, co ją zaskoczyło i speszyło- Co to łajdaczenie się?
Speszona kotka po dłuższej chwili powiedziała, nie patrząc przy tym na tygrysio pręgowanego.
rozmnażanie się...powstają z tego kociaki...
Wypłosz spuścił po sobie uszy, czego ona nie zauważyła, bo dalej miała odwrócony wzrok.
- Tak. Dobrze. Może kiedyś i ciebie ktoś zaliczy jak nie będziesz uważna.
ŻE. CO?! NA STOS KAMIENI!
- Ej! - miauknęła - wcale nie!
Co to dziecko miało w głowie?!
- Jesteś kotką, więc tak. Będziesz mieć brzuch i kocięta.
- Nie każda kotka będzie mieć kociaki! - wrzasnęła oburzona zachowaniem malca.
- A co? Jesteś kocurem po obcinaczu?
- Nie! Fuj! – warknęła - nie każda kotka zostanie "zaliczona" w swoim życiu, bo nie będzie chciała i nigdy jej nikt nie zmusi. – uświadomiła burego.
- Tu zmuszają każdą. Wystarczy kilkoro silnych kocurów i nie wywiniesz im się.
- Ale ja mam grupę! A Skowronek na przykład nie zaliczyli, bo zwiała!
- Miała szczęście. Padają zawsze łupem słabe jednostki. A ty wyglądasz mi na taką.
- Ja?! Na słabą?! – warknęła. Ten kociak wpieniał ją tak, że była istnym wulkanem złości. Jak on śmiał mówić takie rzeczy! - skopałam jednemu z tych gangsterów którzy cię męczyli zad! – wrzasnęła.
- Bo miałaś kumpli. Łatwo zgrywać silnego, gdy ma się plecy.
- To nie zmienia faktu, że mu przyłożyłam, liczy się! - miauknęła cętkowana.
- Przynieś mi mysz to przyznam ci rację.
Niechętnie wstała, po czym uderzyła kociaka ogonem, kierując się w stronę kilku upolowanych przez rodzinę myszy. Usłyszała jego syk, co sprawiło, iż na chwilę kąciki jej pyska się podniosły. Wzięła jedną z piszczek, po czym zawróciła i położyła ją przed pyskiem Wypłosza. - zadowolony? - spytała.
- Jak?! Tak szybko?!
Postanowiła nie mówić mu, skąd ją wzięła. Niech się dziwi, może w końcu przestanie tak do niej się odzywać, jak niewychowany pies!
- Tak, tak szybko - miauknęła. - no to co? – spytała, zadowolona z siebie, w duchu śmiejąc się z głupoty kocura.
- Ale... to niemożliwe przecież. Wyszłaś i weszłaś, one są szybkie i nie dają się łatwo złapać!
- A możliwe. - miauknęła - bo upolowałam ją wcześniej – powiedziała, bo nie chciała go okłamać. Puściła mu oczko.
- Co? Jak to wcześniej? Kiedy? Schowałaś sobie ją na później? – uśmiechnęła się dostrzegając ponownie zdziwienie Wypłosza i to, jak nie rozumie tak prostej rzeczy.
- Dokładnie. - miauknęła. - jest nas tyle, że czasem upolujemy nadmiar i starcza na następny dzień. - miauknęła. - ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. – wypowiedziała frazę, którą usłyszała kiedyś od matki.
- Ale... ktoś może znaleźć i wykraść. Każdy je od razu... Nie boicie się tego?
- Nie boimy, bo jest nas dużo, i możemy zawsze skopać tyłki złodziejaszkom. - miauknęła. - poza tym, chowamy je tu w krzaku, mamy na nie oko. - miauknęła, po czym podeszła do kamienia i dała znać Wypłoszowi, aby on również się zbliżył. potem uniosła skałę, a pod nią ukazało się wgłębienie, w którym były jeszcze dwie myszy.
- Wow... - ślinka mu aż pociekła. Już po chwili powrócił do podarowanej mu myszy i w te pędy zjadł ją ze smakiem.
- Widzisz. Bycie częścią dużej rodziny popłaca – rzekła. Może to zmieni nastawienie kociaka do niej? Może zorientuje się, jak ważne są relacje w grupie?
- To ja chcę być starszym bratem! - miauknął, gdy skończył, wstając na łapki. - Będziecie mnie się słuchać.
- Przecież nie jesteś starszy. - miauknęła. Co z nim do jasnej ciasnej było nie tak?!
- No to co? Ale chcę być, więc mów do mnie starszy bracie.
Z każdą chwilą miała coraz bardziej dość tego małego zgreda.
- Ale ty wiesz, że to tak nie działa? Nawet jakbyś był starszym bratem, to nie muszę wykonywać twoich rozkazów. – uświadomiła mu.
- A to niby czemu nie? - fuknął, patrząc na kotkę.
- No bo to nie zależy od starszeństwa. W ogóle hierarchia wykształca się zazwyczaj sama, a nie ktoś ją ustala – powiedziała, starając się zachować spokój.
- Tak? To ja wykształcoustalam, że masz się mnie słuchać.
Walnęła sobie aż łapą w pysk w geście załamania.
- Ona się SAMA wykształca. – podkreśliła kluczowe słowo, żeby może coś dotarło do tego łba zasnutego pajęczynami.
- Jak sama? Wtedy by się nie wykształciła! Nie znasz się. Tu jest ulica a nie las.
Ugh. Co za dupek! Ale uznała, że dobrze mu to było uświadomić. Jego zachowanie pewnie wynikało w dużej mierze z niewiedzy.
- Ona się sama wykształca, kiedy koty się poznają. U niektórych pod względem siły, a u innych jest więcej czynników. Na przykład masz grupę, w której jest babcia starsza od Bylicy, ledwie chodząca, i kilka dorosłych kotów. Babcia ma doświadczenie, dlatego hierarchia wykształciła się tak, że jest w niej wysoko. Lider ma na przykład chorego przyjaciela bez dwóch łap, i on też jest wysoko. Wszystko polega na relacjach między kocich. A relacje międzykocie po prostu powstają. Tak jest wszędzie. Bardziej przystępnym dla ciebie przykładem może być gang. Lider zdominował resztę bo był silny i zdobył szacunek, dlatego stanął najwyżej.
- Czyli... dobrze. W takim razie - Wzdycha. - Zrobię to, by zasłużyć na twój szacunek - Po czym zaatakował ją, wskakując na jej grzbiet.
- Ała! - miauknęła, podskakując próbując zrzucić z siebie Wypłosza. Czy temu pchlarzowi już kompletnie odbiło?! Co on u licha robił! Kociak przylgnął do niej całym ciałem by nie spaść. Ugryzł burą w jej biedne, wywinięte ucho.
- Jałć! – krzyknęła z powodu bólu, gdyż kociak miał wyjątkowo ostre ząbki - Złaź! - warknęła.
- Nie! Poddaj się i służ mi, wielkiemu liderowi gangu! - fuknął, wbijając w jej grzbiet pazurki.
- Oj nie ma mowy! - syknęła, po czym niespodziewanie przewaliła się na grzbiet, przygniatając wypłosza do gleby, a potem wstała już bez niego na grzbiecie z uśmiechem.
Bury pisnął, gdy został przygnieciony. Został na ziemi, kuląc się.
- Wcale... nie wygrałaś – miauknął.
- Ale ty też raczej nie - odparła, dysząc.
- Ja wygrałem, bo ugryzłem cię!
- A ja wygrałam, bo cię zrzuciłam! – wrzasnęła Krokus.
- Wcale nie! Nie będę słuchał takiego wypierdka sowy jak ty!
- A ja ciebie też nie! - zapowietrzyła się.
- Nadymasz się jak balon! Może odfruniesz?
- Sam odfruniesz! - miauknęła, mimo tego, iż nie miała bladego pojęcia co to balon. Potem chwyciła kociaka za skórę na karku.
- Ała nie podnoś mnie tak! – miauczał ku jej uciesze.
Starsza kotka wyszła z krzaka i postawiła go na szczycie ich schronienia.
- Stąd! – rzekła. A to się pewnie zdziwił! Może teraz W KOŃCU potraktuje ją jak normalnego kota!
- Ściągnij mnie stąd!
- Myślałam, że umiesz fruwać. - powiedziała z chytrym uśmieszkiem żółtooka- w takim razie mnie o to grzecznie poproś. No już. Dawaj.
- Nie! Nie zrobię tego! Proszą cieniasy! - fuknął na kotkę zły.
A to wielka szkoda…
- To pa pa, idę na polowanie! – miauknęła aby nastraszyć malca, po czym ruszyła w stronę wyjścia z mini terenu zielonego. Idąc tak zaczęła pogwizdywać. Kociak jednak się nie odzywał, więc wyszła z zaułka, po czym schowała się za rogiem, aby słyszeć, co tam się działo. W końcu matka była by bardzo nie zadowolona, gdyby kociakowi coś się stało.
Przez chwilę było cicho, aż usłyszała trzask i uderzenie czegoś o ziemię.
ZOSTAWIŁA GO NA GŁUPIE PIĘĆ MINUT PRZECIEŻ!
Spanikowana od razu wróciła, i wbiegła do ogórka. Widząc leżącego na ziemi Wypłosza przeraziła się.
- CO JA ZROBIŁAM, MATKA MNIE ZABIJE! – wrzasnęła wystraszona nie na żarty. Chwyciła wypłosza, po czym zaczęła go wylizywać, próbując ochłodzić burego. I wtedy usłyszała, jak ktoś wchodzi do zaułka, a już po chwili poznała znajome głosy. No nie! Co ona teraz zrobi?!
- Cześć Krokus i Wypłoszku! Przyniosłam- Bylica zatrzymała się wpół zdania, widząc leżącego kociaka. – Co się tu stało u licha?! – podbiegła do małego – Czemu jest nieprzytomny?! Krokus?!
Pozostała trójka rodzeństwa patrzyła na to równie zdezorientowana co matka, czekając na wyjaśnienia.
- No bo… my się… b-b-bawiliśmy… i on chyba się przegrzał… - miauknęła ze strachem w głosie. Skłamała z przerażenia.
- O na kamienie! Szybko! – miauknęła staruszka, po czym chwyciła kociaka za skórę na karku i pobiegła nie wiadomo gdzie. Krokus popędziła za nią.
Przebiegali przez wiele przecznic, aż w końcu dotarli do pewnego wysokiego, białego płotu. Matka wspięła się na niego, po czym zeskoczyła z drugiej strony. Krokus postarała się zrobić to samo, choć wyszło jej to znacznie bardziej nie zgrabnie, przez co prawie spadła. Po chwili dołączyło do nich rodzeństwo. Bura kotka dostrzegła matkę wchodzącą do oczka wodnego. Dwunogi miały oczka wodne w swoich ogródkach?! Wow! Zmartwiona cętkowana patrzyła, jak srebrna kocica zamacza Wypłosza w zimnej wodzie. Już po chwili kociak zaczął wierzgać i wypluwać wodę, a błękitna z ulgą postawiła go na ziemię obok mini stawu.
- Jak dobrze, że nic ci nie jest! – miauczała starsza, tuląc do siebie kocię. Maluch drżąc z zimna był przez nią wylizywany. Po chwili jego wzrok padł na nią, a kotka zamarła.
O nie, i co teraz?!
<Wypłosz? XDDDD>

[przyznano 6%]

06 lipca 2022

Od Wypłosza do Krokus

Wygryzał sobie sierść, udając mycie. Połykał wypadające kłaki, aby nie pozostawić śladów zbrodni. Od kiedy dołączył do tego gangu, czuł na sobie spojrzenia, które go oceniały. Nie chciał, by ktoś dowiedział się o jego przypadłości i poleciał na skargę do Bylicy. Już mu dawała odczucie, że na pewno na niego by nakrzyczała, bo przecież małe kocię nie powinno się tak okaleczać. Była śmieszna, jednak póki dawała mu jedzenie, to mało co go obchodziło jej zachowanie. 
Widząc czyjś wzrok na sobie, usiadł prościej. Chciał zgrywać silniejszego niż było to w rzeczywistości. Zdawał sobie sprawę, że nie był... zbyt urodziwy, a kalectwo stawiało go w gorszej sytuacji. Gdyby wywiązała się walka, na pewno by przegrał. Nie da jednak sobą pomiatać. Co to, to nie. 
- Co tak się lampisz, co? Nie widziałaś nigdy kociaka? - warknął w stronę Krokus, która zawiesiła na nim chwilę spojrzenie. 
Usłyszał jej prychnięcie i zobaczył jak odwróciła wzrok.
- Ah tak? Sama niedawno byłam w twoim wieku, więc widziałam kociaki w swym życiu. I wcale się nie lampię. - wycharczała, po czym usiadła, wpatrując się przymrużonymi oczami na niego. 
- Ta jasne, to co to było? - prychnął. - A może nie widziałaś kociaka bez oka? Nie jestem okazem do podziwiania, zapamiętaj to sobie futrzaku. 
Gdyby tylko nie miał takiego dziecięcego głosu, może samotniczka by się przestraszyła. Na ten moment, nie wyglądała na bliską tego stanu. 
- Okazem do podziwiania? Phi - Kotka wkurzona splunęła na bok - A to to było, że akurat się przeciągałam i byłeś centralnie przede mną, więc w moim polu widzenia. 
- Najwidoczniej masz bardzo szerokie pole widzenia. - Zazdrościł. Ile on by dał, by móc więcej widzieć, a nie obracać co chwilę głowę. Z lewej strony praktycznie ziała ciemność i jedynie ucho pozwalało mu na orientację, czy ktoś od tej strony do niego nie podchodzi. Nadal nie przywykł do takiego stanu. - Idź przynieść mi coś do jedzenia - Uśmiechnął się zmieniając temat na bardziej przez niego lubiany. Teraz mógł kazać im, by przynosili mu pokarm. Tak przynajmniej zrozumiał z tego co mówiła mu Bylica. Zamierzał więc z tego skorzystać. - No, już, już. 
- Co tak się rządzisz?! - warknęła, wystawiając pazury i gwałtownie wstając - Tak, matka cię adoptowała i jesteś teraz moim bratem, ALE to nie oznacza, że jesteś ponad mnie. 
- Nie rządzę. Mówię tylko, że zjadłbym coś. O co się wściekasz? Twoja mama mówiła, że będziecie mnie karmić - przypomniał jej tą ważną kwestię. 
- Tak będziemy, ale mógłbyś powiedzieć to troszkę milej?
- Milej... hm... - zastanowił się nad słowami, które mogłyby podziałać na burą. - Przynieś mi coś do żarcia, bo jak nie, to powiem mamie, że nie chciałaś tego zrobić, bo uważasz mnie za balast dla waszej rodziny.
Groźba powinna załatwić sprawę. Przyuważył, że to działało w wielu przypadkach, gdy samotnicy nękali niezbyt chętne do współpracy koty. 
- ŻE. JAK?! - wrzasnęła - Czy ty wiesz, co to znaczy "milej"? Jeśli nie, to nie przejmuj się, skapnęłam się już dawno, że nie znasz połowy słów. - miauknęła, z wrednym uśmieszkiem na pysku. 
Zjeżył się. Jak ona... jak mogła wytykać mu braki w słownictwie?! Założyłby się, że sama nie zna wielu z nich, bo dopiero od niedawna jest w mieście! Nie mógł pozwolić na taką zniewagę. 
- Wcale, że nie! Znam wiele słów! Więcej niż ty! Mogę udowodnić, że to ty nie znasz słów! - rzucił do niej, czując jak podskakuje mu ciśnienie. 
- Tak? To dawaj: mżawka, błyskotka, iglak, kaktus, cyprys, czereśnia... - zaczęła wypluwać losowe słowa, najwidoczniej nie rozumiejąc o co mu chodziło. Musiał ją zatrzymać, bo tak się rozochociła, że nie zapamiętał jednego, gdy zaczęło padać kolejne i kolejne słowo. 
- Nie tak szybko! - Tupnął łapką, uciszając ją. - Mówię jedno i mi odpowiadasz czy je znasz, a jak znasz, to mówisz co to znaczy, a nie tak z tym lecisz. - ustanowił zasady.
- Dobra. Mżawka, to taki mały deszcz. Błyskotka, to coś ładnego błyszczącego, na przykład te dziwne rzeczy dwunogów, które mają na palcach lub w uszach. Iglak to roślina iglasta, kaktus to roślina bez liści, wyglądająca jak zielony kamień z kolcami. Cyprys to taka roślina. Czereśnia to mały ciemny owoc.
Zaczął się śmiać. No naprawdę... Mysi móżdżek był z tej Krokus. Nie zrozumiała o co mu chodziło ponownie? I ktoś taki mógł cieszyć się czterema kończynami, ogonem, dwoma oczami oraz uszami? Przecież... wstyd. On by lepiej wykorzystał takie ciało. Znów poczuł ukłucie zazdrości. Może powinien sprawić... by przypadkiem kotce stało się coś złego? Mogłaby wtedy poczuć się tak jak on... Żałosna i niekochana przez świat. 
- Widać, że z ciebie mysi móżdżek. Jak mi powiedziałaś co to, to ja to też wiem. Chodziło o to, że ty mówisz słowo i patrzysz czy ja je znam, a nie mi tłumaczysz - Pokręcił głową.
Starsza przygryzła wargę. 
- Dobra. - syknęła niezadowolona - To... mirabelka? - miauknęła, czekając na reakcję.
Nie miał pojęcia co to, lecz nie chciał się przyznawać, by udowodnić jej, że miała co do niego rację. Jednak co takiego mógł znać kot prócz niebezpieczeństw i jedzenia? Dlatego też postawił na to drugie. 
- Jakieś jedzenie - nie czekając na jej odpowiedź, rzucił - Teraz ty: Drut.
Przewróciła oczami, nie dopytując. I bardzo dobrze. Zabawa była na jego zasadach, a nie jej! 
- Taki ostry, błyszczący, zimny patyk. Jest w ogrodzeniach na przykład. Dzik - rzuciła słowo dla Wypłosza. 
Zrobił wielkie oczka. Dzik? Co to było dzik? Kolejny pokarm? No naprawdę! Skąd znała takie rzeczy? Może wymyślała? Jeżeli okaże się, że tak to... to na pewno nie skończy się to dla niej dobrze. 
- Jedzenie - miauknął szybko, bo pewnie znów chodziło o to, po czym rzucił dla Krokus - Opona.
- Źleeee - Uśmiechnęła się zadziornie - Dzik to takie duże zwierzę o wielkich wystających kłach, owłosiona świnia taka, mieszkają w lasach i zabijają koty. - wyjaśniła. 
Tupnął zły łapką. AHA! Super, bo on niby był w lesie i słyszał o takich stworzeniach! Nie chciał jednak wyjść na mysiego móżdżka, więc brnął dalej w zaparte. 
- Wiedziałem. Tutaj też chodzą - skłamał - Opona, teraz ty - Zwęził oko, czekając na jej potknięcie.
- To czemu powiedziałeś, że to jedzenie? - spytała oburzona.
- Bo... każde zwierzę to jedzenie - wybrnął. 
Było blisko. Musiał się bardziej skupić, by pokonać kotkę. 
- Zwierzę wielkości dwóch Bylic, które prędzej zeżre ciebie niż ty je. Dobermana też byś nazwał jedzeniem? - zaśmiała się. 
- Jakby nie żył to tak... Nie łap mnie za słówka. Teraz ty. 
Prychnęła tylko na to, po czym odpowiedziała.
- Opona to noga potworów dwunogów. Czarna taka. 
No nie! Skąd ona to wiedziała? Gdyby miał ogon pewnie zacząłby nim walić oburzony o grunt, wznosząc w powietrze tumany piasku.
- Dobrze. - przyznał niechętnie jej racje. 
- To...hmmm.....lis? 
Ha! Teraz to wiedział! Dziwnie jednak wymówiła to słowo. Może w lesie tak na to się wołało? 
- Lis rośnie na drzewie - miauknął z cwaniaczkowatym uśmieszkiem. - U nas to liść. 
Burą wmurowało. Ha! Pokonał ją! Musi teraz przyznać mu rację i przestać gadać, że był niedoedukowany! 
- Przecież lis to zwierzę... 
Zamrugał zdziwiony słysząc jej głos, który nie miauknął tego czego oczekiwał. Jak to zwierzę? Liść był zwierzęciem? A lis... To, to nie był jakiś slang? O nie! Nie zacznie się z niego wyśmiewać, że nie znał tego zwierzęcia, czy cokolwiek to było! 
- Nieważne! Mówisz niewyraźnie, to dlatego - fuknął. - Co to łajdaczenie się?
Ujrzał jej speszenie, a na pysku rozkwitł mu uśmiech. Ha! Pewnie nie słyszała o tym nigdy! On miał takie szczęście poznać to słowo wiele razy, gdy odwiedzał go Śruba z kumplami. 
- To... to rozmnażanie się... Powstają z tego kociaki...
Spuścił po sobie uszy. Jak?! Kotka rzeczywiście wszystko wiedziała, a on nic! Czuł się zirytowany, zawiedziony sobą i wściekły na starszą, która najwidoczniej postanowiła kozaczyć. 
- Tak. Dobrze. Może kiedyś i ciebie ktoś zaliczy jak nie będziesz uważna. - życzył jej tego. Bardzo. Najwyraźniej Bylica chroniła swoje młode przed całym złem tego świata, a on wręcz pragnął, by spotkało ich coś złego, coś takiego jak napad gangu i pozostawienie Krokus pamiątki w postaci brzucha. 
- Ej! - miauknęła - wcale nie!
- Jesteś kotką, więc tak. Będziesz mieć brzuch i kocięta. - powiedział fakt oczywisty. Tak w końcu to działało. Był może małym kocięciem, ale umysłowo wyprzedzał samotniczkę o wiele księżyców. Tego wymagało od niego życie. 
- Nie każda kotka będzie mieć kociaki! - wrzasnęła oburzona. 
- A co? Jesteś kocurem po obcinaczu? - zażartował. Nie wyglądała mu na takiego, ale kto ją tam wie...
- Nie! Fuj! - warknęła - Nie każda kotka zostanie "zaliczona" w swoim życiu, bo nie będzie chciała i nigdy jej nikt nie zmusi. - gderała swoje. 
- Tu zmuszają każdą. Wystarczy kilkoro silnych kocurów i nie wywiniesz im się - uświadomił jej do jakiego świata trafiła. 
- Ale ja mam grupę! A Skowronek na przykład nie zaliczyli, bo zwiała! - broniła się nadal przed brutalną rzeczywistością. 
- Miała szczęście. Padają zawsze łupem słabe jednostki. A ty wyglądasz mi na taką - podzielił się z nią swoją opinią na ten temat. 
Z każdą jej odmową, jego głód zrobienia czegoś nieoczekiwanego rósł. Był jednak pewien problem... Nie zdołałby nawet jej poranić, bo był tylko małym gnojkiem. 
- Ja?! Na słabą?! - warknęła - Skopałam jednemu z tych gangsterów, którzy cię męczyli zad!
- Bo miałaś kumpli. Łatwo zgrywać silnego, gdy ma się plecy - fuknął, przewracając oczami. 
Jakby sam miał taki gang jak Bylica, to też zgrywałby twardziela. W sumie... mógł, bo został częścią ich rodziny. Najpierw jednak musiał poustawiać te koty, by były mu posłuszne. 
- To nie zmienia faktu, że mu przyłożyłam, liczy się! - miauknęła cętkowana. 
- Przynieś mi mysz to przyznam ci rację. - wrócił do tematu jedzenia. Polowanie na pewno ją wymęczy, zniknie na wiele uderzeń serca i wręczy mu posiłek. Ta wizja była piękna, więc widząc jak ta niechętnie wstała, już skakał z radości. Gorzej miał się jego pysk, który oberwał jej ogonem. Prychnął na nią zły, gdy zniknęła. I oby więcej nie wracała. Ku jego zdziwieniu nie minęła chwila, a ta wróciła z myszą w pysku. Położyła ją przed nim, a on nie mógł wyjść z szoku. Jak?! Przecież to było niemożliwe! Jakaś błąkała się przed ich schronieniem, a ta z niezwykłą prędkością ją upolowała?
- Zadowolony? - spytała. 
- Jak?! Tak szybko?!
- Tak, tak szybko - miauknęła. - No to co? 
- Ale... to przecież niemożliwe. Wyszłaś i weszłaś, one są szybkie i nie dają się łatwo złapać! - zauważył. Ile to razy on sam męczył się, by jakąś upolować. Zresztą nieskutecznie. 
- A możliwe. - miauknęła - bo upolowałam ją wcześniej - Puściła mu oczko.
Teraz to go wmurowało. 
- Co? Jak to wcześniej? Kiedy? Schowałaś sobie ją na później? - czuł jak jego mózg się przegrzewa. Nie pojmował tego. Kto tak robił? Przecież to było nienormalne! On od razu by zjadł posiłek, a nie zostawiał go sobie na później! 
- Dokładnie. - przyznała mu rację. - Jest nas tyle, że czasem upolujemy nadmiar i starcza na następny dzień. - wyjaśniła. - Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. - zacytowała frazę, którą usłyszała kiedyś od matki.
- Ale... ktoś może znaleźć i wykraść. Każdy je od razu... Nie boicie się tego? - aż sapnął z wrażenia. 
- Nie boimy, bo jest nas dużo i możemy zawsze skopać tyłki złodziejaszkom. Poza tym, chowamy je tu w krzaku, mamy na nie oko. - Podeszła do kamienia i dała znać Wypłoszowi, aby on również się zbliżył. Zrobił to, kuśtykając powoli i obserwując jak bura unosi skałę, ukazując pod nią wgłębienie, w którym były jeszcze dwie myszy. 
- Wow... - ślinka mu aż pociekła na ten widok przypominając mu, że przecież miał coś zjeść. Wrócił do swojej myszy, którą dostał i zjadł ją od razu ze smakiem.
- Widzisz. Bycie częścią dużej rodziny popłaca - skwitowała. 
- To ja chcę być starszym bratem! - miauknął, gdy skończył, wstając na łapki. - Będziecie się mnie słuchać. 
Tak przynajmniej było u niego. Co rusz słyszał od Węgorza, że powinni go słuchać, bo był starszy. Teraz on mógł zająć tę posadę, a koty musiałyby spełniać jego zachcianki. Tak... to było to! 
- Przecież nie jesteś starszy. - wytknęła mu to. 
A to trzeba było być do tego być naprawdę staruchem? Coś mu tu Krokus kręciła. On wiedział przecież swoje lepiej. Nie chciał jednak ponownie zbłaźnić się przed kotką, więc nie zaczął drążyć tego tematu. 
- No to co? Ale chcę być, więc mów do mnie starszy bracie - rozkazał. 
- Ale ty wiesz, że to tak nie działa? Nawet jakbyś był starszym bratem, to nie muszę wykonywać twoich rozkazów.
- A to niby czemu nie? - fuknął, patrząc na kotkę.
- No bo to nie zależy od starszeństwa. W ogóle hierarchia wykształca się zazwyczaj sama, a nie ktoś ją ustala - miauknęła. 
- Tak? To ja wykształcoustalam, że masz się mnie słuchać. - Uniósł dumnie łeb. 
Samotniczka walnęła sobie łapą w pysk, w geście załamania. 
- Ona się SAMA wykształca. - starała mu się to wyjaśnić. 
- Jak sama? Wtedy by się nie wykształciła! Nie znasz się. Tu jest ulica a nie las. - powołał się na to co znał najlepiej. Nie podobało mu się, że bura się opierała. Jak chciała być jego siostrą, musiała zasłużyć na jego szacunek, bo na ten moment była na samym dole tej relacji. 
- Ona się sama wykształca, kiedy koty się poznają. U niektórych pod względem siły, a u innych jest więcej czynników. Na przykład masz grupę, w której jest babcia starsza od Bylicy, ledwie chodząca, i kilka dorosłych kotów. Babcia ma doświadczenie, dlatego hierarchia wykształciła się tak, że jest w niej wysoko. Lider ma na przykład chorego przyjaciela bez dwóch łap i on też jest wysoko. Wszystko polega na relacjach między kocich. A relacje międzykocie po prostu powstają. Tak jest wszędzie. Bardziej przystępnym dla ciebie przykładem może być gang. Lider zdominował resztę bo był silny i zdobył szacunek, dlatego stanął najwyżej.
Nie rozumiał o co jej nadal chodziło. Ten bełkot mogła wsadzić sobie pod ogon. Gorzej już się nie dało wytłumaczyć? Jednak wzmianka o gangu trafiła do niego jak najbardziej. Czyli musiał z nią walczyć i ją pokonać, by zobaczyła, że był od niej silniejszy. Wtedy mógł liczyć na bycie wysoko w hierarchii. Tak to działało. Nie wiedział, czy da radę, lecz zaczął być zdesperowany. Nie po to dołączył do nich, by być kolejnym popychadłem. Życie już dość dało mu w kość. Chciał teraz od niego zaznać czegoś miłego. 
- Czyli... dobrze. W takim razie - westchnął. - Zrobię to, by zasłużyć na twój szacunek - Po czym zaatakował ją, wskakując na jej grzbiet. 
- Ała! - miauknęła, podskakując próbując zrzucić z siebie kocię. 
Przylgnął do niej całym ciałem, by nie spaść. Ugryzł ją nawet w ucho. A kiełki to miał ostre. 
- Jałć! - krzyknęła - Złaź! 
- Nie! Poddaj się i służ mi, wielkiemu liderowi gangu! - fuknął, wbijając w jej grzbiet pazurki. Pewność siebie jednak zaczęła powoli go opuszczać, gdy zmuszony był utrzymać się na wierzgającym kocię. 
- Oj nie ma mowy! - syknęła, po czym niespodziewanie przewaliła się na grzbiet, przygniatając go do gleby, następnie wstając; już bez niego na grzbiecie, z uśmiechem.
Pisnął. Bolało. Nie tak bardzo jak co innego, ale zawsze coś. Został na ziemi, kuląc się i walcząc z chęcią zwrócenia tej myszy, którą zjadł. 
- Wcale... nie wygrałaś - sapnął. 
- Ale ty też raczej nie - odparła, dysząc.
- Ja wygrałem, bo cię ugryzłem! 
- A ja wygrałam, bo cię zrzuciłam!
- Wcale nie! Nie będę słuchał takiego wypierdka sowy jak ty! - ogłosił, by nie myślała sobie, że jego porażka będzie wstępem do służby na rzecz kotki. 
- A ja ciebie też nie! - zapowietrzyła się aż. 
- Nadymasz się jak balon! Może odfruniesz? - zadrwił, wyobrażając sobie odlatującą w siną dal Krokus. Teraz jak najbardziej tego pragnął. By zniknęła i nie afiszowała się swoją wygraną przed innymi. 
- Sam odfruniesz! - miauknęła, po czym chwyciła go za skórę na karku, wychodząc z krzaka. 
- Ała nie podnoś mnie tak! - syknął. 
Serce mu na moment zamarło. Chyba nie zamierzała go... zabić? Nie wyglądała na taką. Stres przebiegł po całym jego grzbiecie. Gdzie była Bylica, kiedy jej potrzebował? Ona na pewno uratowałaby go od swojej chorej psychicznie córki! Samotniczka wspięła się na płot, stawiając go na szczycie ich schronienia. 
- Stąd! - dodała, sugerując, że powinien teraz odlecieć. On zamiast tego, przywarł łapkami do gałązek i liści, modląc się o to, by nie spaść. A było to wielce prawdopodobne, bo wszystko ruszało się na najmniejszą zmianę ułożenia łap. 
- Ściągnij mnie stąd! - pisnął, czując jak powoli oko wypełniają mu łzy. 
- Myślałam, że umiesz fruwać. - mruknęła z chytrym uśmieszkiem - W takim razie mnie o to grzecznie poproś. No już. Dawaj. 
Sadystka. Zacisnął pyszczek. Nie mógł dać jej tej satysfakcji. Musiał wytrzymać, pokazać że był odważny i ta próba zastraszenia go nie wyjdzie. 
- Nie! Nie zrobię tego! Proszą cieniasy! - fuknął na kotkę zły.
- To pa pa, idę na polowanie! - miauknęła, po czym ruszyła w stronę wyjścia z terenu zielonego.
Nie zawołał za nią, bardziej przylegając do schronienia i mordując ją wzrokiem. Słyszał jej ciche pogwizdywanie, jakby liczyła, że ją jeszcze zawoła. Nie zrobił tego. 
Wyszła. 
Zostawiła go. 
Na tym palącym słońcu! 
Pociągnął nosem, czując znów w oku słoną ciecz. Czego się spodziewał? Był przecież śmieciem, musiało to tak się skończyć. Umrze tutaj z przegrzania albo porwie go jakiś ptak na obiad. Zerknął w dół. Istniało jednak i drugie wyjście. Mógł zeskoczyć, łamiąc sobie łapy i umrzeć od razu, jako bardziej niepełnosprawny kot w dziejach miasta. Nie miał pojęcia co zrobić. Gdyby nie był lekki przez wychudzenie, na pewno już wcześniej, spotkałby się z ziemią. 
Słońce jednak nie oszczędzało. Nie wiedział, kiedy Krokus wróci... czy reszta. Uderzenia serca dłużyły mu się, a gorąc nasilał. Nie wiedział kiedy zrobiło mu się słabo, mrowienie przeszło przez jego ciało. Stracił czucie w łapach, a następnie zalała go ciemność.

<Krokus?  >:c >