Księżyc temu
Czarny kocurek zamrugał kilkukrotnie, słysząc głos jednej z karmicielek. Dokładniej tej, która karmicielką już nie była, lecz mimo to nadal pozostawała w żłobku niczym jego pozornie niepotrzebna ozdóbka. Jak dowiedział się Nicość, kotka stanowiła jednak ważniejszy element Wilczackiej kociarni. Miała za zadanie wprowadzić młodocianych rozrabiaków w podstawy ich klanowej przyszłości. Opowiadała im różne rzeczy, a czarny kociak, jak na swoją całkiem wysoką inteligencję nie potrafił stwierdzić, czy te były wyssane z paluszka u łapy. Dawniej czasem mógł towarzyszyć w tych opowieściach, gdy to mówiła o nich Bzyczkowi i Pyzie. Teraz jednak gdy ona czekoladowe koty są poza żłobkiem, okazję zdarzały się znacznie rzadziej. Ognikowa Słota czasem mruczała coś do kociąt innej karmicielki, która jak zapamiętał czarnulek, nazywana była Kwaśną Kocanką. Były one jednak trochę zbyt młode, aby zrozumieć z tego wszystkiego więcej niż kilka, może kilkanaście słów. Szylkretka nie poddawała się jednak. Czarny któregoś dnia, gdy zauważył, jak kotka usiadła obok kociąt i otworzyła pyszczek, wstał z legowiska i usiadł obok jednego z tych, którzy wyglądali na najbardziej kompetentnych w żłobku. Uśmiechnął się w stronę karmicielki, a ta kiwnęła tylko lekko głową, jakby z niemą zgodą. Zaczął słuchać o wspaniałości Mrocznej Puszczy, która ponoć nigdy się nie myliła, której można było ufać w przeciwieństwie do Klanu Gwiazdy owiniętego w fałsz. Nicość nie wiedział co miały na celu te dziwne lekcje, ale bardzo je polubił. Jakikolwiek był ich cel, miał nadzieję, że pomogą mu w czymś w przyszłości.
Wieczór przed mianowaniem
Nicość słyszał, że każdy kociak, który miał zostać uczniem, musiał podjąć się nocy w lesie. Spodziewał się tego dnia, jednak gdy nareszcie nadszedł, odrobinę się obawiał. Dlaczego mieliby zostawiać kocięta same w lesie i to bez pokazania im żadnej możliwości obrony? Gdy w końcu dotarli na miejsce, zielonooki rozpoznał lokalizację niemal od razu przez ciekawy krajobraz. Potworna Przełęcz ponoć była najmniej przerażającą częścią terenu Wilczaków, chociaż też mogła budzić swego rodzaju grozę.
— Jesteś tu sam. Spróbuj przeżyć do porannego patrolu, dobra? I pod żadnym pozorem nie próbuj wracać do obozu. Inaczej będziesz pośmiewiskiem — poinstruował go szeptem biały. — I słyszysz to?
— Słyszę. Co to za…ptak? — zapytał Nicość.
— To sowa. Lepiej…się schowaj. Lubią czasem porywać kocięta, ale z reguły polują na myszy — mruknął Księżyc. — Muszę znikać.
Czarny kiwnął głową. Księżyc odszedł, a gdy kociak pozostał sam sobie, przyglądał się niebu, które stawało się coraz to ciemniejsze, im więcej odbić własnego serca słyszał. Być może mu się to tylko wydawało. Spojrzał na skraju lasu i zaczął szukać miejsca kryjówki. W końcu znalazł drzewo, które posiadało wnękę przy korzeniach. Po długim czasie spędzonym na słuchaniu pohukiwania sów udało mu się jakimś cudem zasnąć.
W dzień mianowania
Zielonooki został zbudzony ze snu szturchnięciem w bok. Gdy otworzył oczy, ujrzał przed sobą nic innego jak białe, pokaźne futro. Futro jego ojca, gdyż tak przecież miał nazywać śnieżną kreaturę. Myślał, że to Pełnia była najgorszym białym kotem, jakiego spotkał w swoim życiu. Był jednak wtedy w ogromnym błędzie. Nienawiść do jego siostry była zaledwie malutką namiastką zawiści, którą czasem czuł, gdy pojawiał się Rozbity Księżyc. Miewali dobre momenty, nie mógł stwierdzić, iż ich nie było, lecz zdarzały się także sytuacje, gdy widząc jego pysk i te ogromne oczyska bielucha, przed zielonymi oczętami ponownie stawał obraz truchła matki.
— Skończyłeś już sześć księżyców. Dziś twoje mianowanie — miauknął Księżyc. — Ciekawe kto będzie twoim mentorem, co? Rany, czuję swego rodzaju ekscytację. Prawie jakbym znowu zostawał uczniem — gawędził wesoło Księżyc, chociaż początek jego wypowiedzi był średnio obiecujący. — Mam nadzieję, że trafi ci się możliwie najlepszy wojownik, który nauczy cię wszystkiego, czego powinien. Najlepiej taki, który już miał jakiegoś ucznia i wie jak obchodzić się z takimi wybrykami jak ty.
— Mam wrażenie, że mnie mniej to obchodzi niż ciebie — stwierdził Nicość, liżąc się po piersi. — Ale jasne, oh bardzo się cieszę, że od dziś będę mógł wymieniać legowiska staruchom i pozbywać się kleszczy tych niewdzięczników! — zamrugał powiekami, wypowiadając to zdanie sarkastycznym tonem, za co oberwał zaraz w łebek z łapy niebieskookiego.
— Język. Nie można tak mówić do starszych od ciebie. Właściwie to do nikogo. Trochę szacunku — mruknął Księżyc, mrużąc oczy.
— Oh no bardzo mi przykro, że nie cieszę się jak malutkie kociątko — miauknął Nicość, ponownie przebijając się przez czwarte drzewo.
— Lepiej tak nie mów do swojego mentora, bo obudzisz się kiedyś bez ogona — stwierdził Księżyc i ruszył w stronę obozu.
Czarny kocur poszedł zaraz za nim jak rzep przy ogonie.
Gdy trafili w końcu do obozu, Nicość nie miał jednak ochoty wrócić do żłobka. Zamiast tego spojrzał na Księżyca z przymrużeniem oczu.
— Gdzie idziesz? — zapytał młodszy.
— Obok legowiska wojowników. Będę grzecznie czekał, aż Zalotna Gwiazda zechce mianować na ucznia mojego synalka — mruknął Rozbity.
Usiadł na miejsce, a Nicość usadowił się obok niego kawałek z przodu.
— Mógłbyś…trochę umyć mnie nad grzbietem? Średnio sięgam, a ostatnio spadło mi tam trochę piachu — mruknął czarny, a Księżyc kiwnął lekko głową, myjąc futerko kociaka.
— Jesteśmy prawie jak rodzina, co? — stwierdził cicho bieluch.
— Nigdy nie będziemy prawdziwą rodziną. Nieważne jak bardzo byś tego chciał. Możesz nazywać mnie swoim synem, mogę nazywać cię ojcem, ale to nic nie da. Przeszłości nie zmienisz, nieważne jak bardzo być chciał — miauknął zielonooki, czując, jak bardzo wysycha mu jęzorek.
Siedzieli chwilę w ciszy, już nieco od siebie oddaleni, dopóki nie można było usłyszeć donośnego głosu przywódczyni Klanu Wilka, zwołującej swoich pobratymców.
— Nicość, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Kawcza Łapa. Twoim mentorem będzie Rozbity Księżyc. Mam nadzieję, że Rozbity Księżyc przekaże ci całą swoją wiedzę — mruknęła szylkretka.
Czarny kocur poczuł, jak przeszywa go bezlitośnie poczucie złości, ale też jeszcze bardziej irytującej nieporadności. Niby co miał zrobić w tej sytuacji? Liczył na to, że gdy zostanie uczniem, wojownik się od niego odczepi. Czemu los wręcza mu coś takiego?
— Rozbity Księżycu, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora, Kocimiętkowego Wiru doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją zwinność i spryt. Będziesz mentorem Kawczej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę — tymi słowami Zalotna Gwiazda zakończyła swoją wypowiedź.
Czarny podszedł do wojownika. W jego oczach widać było dosyć niebezpieczną iskrę, lecz mimo niej bez zbędnych narzekań zetknął się czołem z białym kocurem.
— Chyba jesteśmy na siebie skazani — mruknął Księżyc.
— Najwyraźniej — syknął kociak.
Zalotka rozglądała się jeszcze przez moment po zebranych, aby po chwili zejść z Mównicy i ruszyć w stronę swojego legowiska.
Rozpoczęły się wiwaty, a gdy nareszcie ucichły ona koty zostały niemalże same.
— No to co? — zapytał Księżyc.
— No nie wiem. Poszedłbym pochwalić się rodzinie, ale chyba zostaje mi mój mentor, który swoją drogą jest też moim ojcem. Straszny nie traf, co? — mruknął kąśliwie czarny.
— Marudzisz. Chodź, nauczę cię zbierać mech. Jeszcze dziś wymienisz legowiska starszym mały niewdzięczniku — odparł biały.
— Nie możesz mnie nauczyć czegoś lepszego? — zapytał.
— Niby czego? Lepiej, żebyś omijał tunele szerokim łukiem, a na pojedynki uczniów puścić cię jeszcze nie mogę, bo sam mi się zabijesz. Wspinaczkę zaplanowałem ci na inny dzień — wymruczał. — Umiejętność wymiany mchu też ci się przyda, zobaczysz.
— No nie powiedziałbym. Może mi jeszcze powiesz, że mam zaraz po wymianie legowisk pobiec do medyków po mysią żółć? — zmrużył oczy zirytowany.
— Hmmm, wiesz co? Tak, dokładnie tak ci powiem! — miauknął radośnie niebieskooki. — A teraz chodźmy, oprowadzę cię po terenach.
Szli przez las, kierując się w stronę jednej z lokalizacji terenów Klanu Wilka.
— Zanim dotrzemy na miejsce… Czy słyszałeś legendy o Ciernistym Drzewie? — zapytał biały w trakcie pokonywania kolejnych odcinków lasu.
— Niesądzę. A powinienem? — odmruknął czarny.
— Krążą plotki, że to drzewo wysysa kocią krew. Poza tym zakopują tam zmarłych. Ja tego nie przeżyłem, ale niektórzy opowiadali, jak podpuszczeni przez starszych uczniów czy wojowników świeży uczniowie przechodzili tam jakiś śmieszny test odwagi. Wiesz, lepiej uważaj i zapamiętaj to, jeśli ktoś będzie cię chciał zaskoczyć. Tam…raczej nie jest szczególnie bezpiecznie — mruknął bieluch.
W końcu byli na miejscu. Drzewo i jego okolice spowijała mgła, chociaż nie tak gęsta, jak w innych porach dnia.
— Nie wygląda jakoś super strasznie — stwierdził zaraz czarny.
— Może masz rację? Chociaż ma też w sobie coś, co sprawia, że mam ciarki. Idziemy dalej? — zapytał.
— Mhm — odparł zielonooki, przygotowując się do dalszej podróży.
Po powrocie do obozu
Nicość wziął ze sobą mech, w którego zbiorze pomógł mu jednak Księżyc i zaniósł do legowiska starszych. Nie było łatwo, ale ostatecznie udało mu się wykonać to zadanie. Późna pora nie pozwalała mu jednak już na szwendanie się po terenach, więc przyszło mu po raz pierwszy w życiu odwiedzić legowisko uczniów, a także jego kącik na kilka przyszłych księżyców. Zajrzał jeszcze ostatni raz do żłobka, zabierając stamtąd swoje legowisko i ułożył je z dala od innych uczniów. Zaśnięcie nie zajęło mu długo, jednak koszmary nie pozwalały mu, aby sen był stabilny. Budził się kilka razy, najczęściej przez widok martwej matki, siostry lub, co chyba było najgorszą opcją, biologicznego ojca. Nicość czuł, że Rozbity Księżyc nie był taki jak Sierp, a mimo to, pewne okoliczności nie pozwalały mu w to wierzyć, nieważne jak bardzo by tego chciał. Czarny kocurek miał zawsze z tyłu głowy gdzieś myśl, że nie powinien udać dorosłym, a już w szczególności kocurom. Klan Wilka głównie z tego powodu wydawał się mu Wielki i przerażający. Ciszę w legowisku uczniów przerywały pochrapywania niektórych z nich. Zielonooki nie wiedział, czy powinien jeszcze podejmować próby zaśnięcia, w końcu już świtało. Mógł tylko wierzyć w to, że Księżyc da mu trochę luzu przez brak snu.
[1527 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz