— Tak. Tylko czy wiesz, jak to zrobimy i czym? — zapytała, nieświadoma, iż rozmówczyni miała w policzku kły kuny, pozyskane sprzed chwili.
— Pokażę ci, jak wrócimy do obozu — wymamrotała jeszcze, a najmłodsza kiwnęła głową posłusznie. Była bardzo ciekawa, a jednocześnie zmartwiona tym pomysłem. Czy powinna kogoś o tym poinformować, w razie, gdyby coś miało pójść nie tak? Tak byłoby najlepiej, ale… wcale nie zapowiadało się to na łatwe. W dodatku nie chciała martwić swojej siostrzyczki. Wróciła więc spojrzeniem do Dzielnej Łapy, który teraz szedł nieco na uboczu, nadal w szoku, wzrok miał zawieszony na łapach, a ogon nisko przy ziemi. Wyglądał zupełnie inaczej niż w dniu swojego mianowania. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy, posłała mu pocieszający uśmiech, aczkolwiek rudy go nie odwzajemnił. Poziomka poczuła ukłucie w sercu. Co, jeśli pomyślał, że się z niego śmiała? Poruszyła nerwowo końcówką ogona, ślepia wlepiając w ciemne ściany tunelu, do którego właśnie wspólnie wchodzili.
Do nosa uczennicy dopadł się mokry, przyjemny zapach azylu. Czuła ulgę, że po takim dniu przyszło jej wreszcie wrócić do domu i możliwie odpocząć. Już niedługo po przed jej oczami wymalowała się duża jama, mieszcząca znajome im, kręte odnogi. Jako uczennica przewodnika, czuła się w takich warunkach dużo lepiej, niżeli na otwartej przestrzeni. Gdy miała jedynie gwiazdy oraz chmury nad sobą, w jej sercu kwitł dyskomfort. Ilekroć próbowała się do tego przyzwyczaić i przekonać, było jej niezwykle ciężko, a wszelkie ptaki przemierzające nieboskłon wprawiały jej żołądek w nieprzyjemny stan. Słyszała opowieści, w których kocięta porywane były przez wielkie, drapieżne ptaki. Nie wiedziała, czy taką uczennicę jak ją również mogły porwać, miała szczerą nadzieję, że nie. W końcu nie potrafiła latać.
Odprowadziła dwójkę rannych bliskich jej kotów do legowiska medyków, gdzie powitał ich zmartwiony wyraz pyszczka Wdzięcznej Firletki, a także już nieco neutralny, Łzawej Łapy. Dzielna Łapa i Chyża Łapa zostali poturbowani przez atak kuny, sama Poziomkowa Łapa również powinna dać się obejrzeć, mimo że na pierwszy rzut oka nie dało się dostrzec żadnych widocznych śladów. Dlatego też zielarki zaczęły od tych, którzy potrzebowali pilnej pomocy. Na łapę Porzeczki nałożono świeżo zmieloną papkę, uprzednio czyszcząc uszkodzone miejsce, wylizując nadmiar krwi, z czego część kazano zlizać samej szylkretce. To samo tyczyło się Dzielnej Łapy, a przynajmniej jak chodziło o miejsca, do których był w stanie dosięgnąć. Resztą zajęły się sprawnie dwie koteczki, a Poziomka przez cały ten proces milczała, nie wyłapując niczego bardziej szczególnego z ich konwersacji, poza zaleceniami, że powinni się od teraz oszczędzać i nigdy więcej nie rzucać w szczęki kun, ponieważ to niebezpieczne i godne mysiego móżdżka.
Na sam koniec przyszedł czas, by obejrzeć i ją. Ustawiła się zatem obok liliowej i pozwoliła, by dokładnie obejrzano jej skórę, rozdzielając długie kłosy. Poza paroma powierzchownymi nacięciami nie stało jej się nic złego. Miała po tym nie pozostać nawet blizna, dlatego też ruda odetchnęła z ulgą. Martwiła się, że blizna uczyniłaby ją szpetną, mimo że na Porzeczce prezentowały się wręcz przeciwnie, pięknie. Wyglądała, jakby była już doświadczoną wojowniczką, długo służącą wiernie Klanowi Burzy. Czy Dzielna Łapa również będzie czuł się w ten sposób? W końcu jego rany były dużo głębsze, chociaż nigdy nie było gwarancji, czy z danego nacięcia pozostanie jakiś ślad.
— Dobrze. Możecie iść. Porzeczkowa Łapo, Dzielna Łapo, jeszcze raz uważajcie na siebie. Nie nadwyrężajcie łap podczas treningów — miauknęła im na odchodne. Niebieskooka skinęła łebkiem w podzięce, gdy dwójka zaczęła już człapać powoli w stronę legowiska uczniów.
— Dziękuję, że się tak dobrze zaopiekowaliście moimi bliskimi — mruknęła, a Wdzięczna Firletka uśmiechnęła się lekko. Poziomka również rozpromieniła się, wreszcie wychodząc. Sprawnie dogoniła czarno-rudą koteczkę, próbując uwzględnić w tym również Dzielną Łapę. Mimo starań rudy kocur szedł sennie odrobinę za nimi, jakby nie chciał się narzucać.
— Pokażesz mi niedługo? — zapytała z nadzieją, na co starsza pokiwała głową.
— Już niedługo.
Parę kroków wystarczyło, żeby znaleźli się już przed legowiskiem uczniów. Poziomkowa Łapa rzuciła się biegiem przed siebie nagle, w paru susach doskakując do legowiska Porzeczki. Zaczęła starannie układać miękką podściółkę, dbając o to, żeby żadne ze źdźbeł nie wystawało i nie raniło siostrzyczki w naruszoną kończynę. Dzielna Łapa, nadal szturchany przez oszołomienie dzisiejszym dniem, wyminął stojącą w progu, zadowoloną szylkretkę, po czym dyskretnie przysunął swoje posłanie bliżej tego Poziomki. Koteczka, zauważywszy to, zawstydziła się odrobinę. Wstyd jednak minął w mgnieniu oka, ponieważ rudy, chcąc wreszcie położyć się i oddać w objęcia snu, usłyszał nagły, uniesiony głos rudaski.
— Zaczekaj! — Podniósł łeb i spojrzał na nią w skonfundowaniu. Pręguska spojrzała na własne łapy. — Chciałabym, żebyś ty też mógł odpocząć na wygodnym posłaniu. Daj mi jeszcze chwilę, proszę.
Dzielna Łapa otworzył szerzej ślepia.
— Wcale nie musisz…! Na tym mi wygodnie — powiedział niepewnie, co mogło nakierować umysł uczennicy na sugestię, iż nie był do końca szczery. Pokręciła łebkiem.
— Zaufaj mi.
Przysunąwszy się, zaczęła układać starannie źdźbła, ze swojego legowiska wyjmując parę piórek i miękkich dodatków, żeby ulepszyć niezbyt starannie uplecione posłanie kolegi. Brązowooki nie skomentował tego dalej, zamiast tego spełnił jej prośbę. Porzeczka spojrzała na kocura wymownie, marszcząc lekko brwi. Zapracowana najmłodsza zaś nie widziała tego, czując, że robi jej się duszno od nadmiaru wysiłku. Mięśnie pracowały jej dzisiaj na pełnych obrotach, czego zaczynała odczuwać skutki. Pulsowały jej i drgały delikatnie, mimowolnie. Gdy skończyła, miała zmierzwione futerko na łapach i dumę w sercu. Nagle wpadła na pewien pomysł.
— Pójdę po coś do jedzenia dla was. Odpocznijcie sobie!
Wypowiedziawszy to, poszła szybciutko w stronę wyjścia z nory, już rozmyślając, co mogłaby im dać. Może zająca? Mogliby się wtedy nim podzielić! Albo… może lepiej coś, co mogą zjeść bez obowiązku rozdrabniania między sobą. Pora Nagich Drzew nadciągała wielkimi krokami, co oznaczało, iż trzeba było oszczędzać na jedzeniu. Dlatego też Poziomka nie wzięła nic dla siebie, a dla dwójki dobrała dorodnego kosa i nornicę. Jeśli będą dobrze jeść, to szybko wrócą do zdrowia i będą śmigać. Złapała w pysk sprawnie ptaka, a gryzonia zahaczyła między własne kły za ogon, następnie odwróciła się na pięcie, wracając do miejsca, skąd przyszła. W centrum nie widziała zbyt wielu kotów, ale mogli zawdzięczać to też dość późnej porze. Nieboskłonna Łapa pewnie obserwowała gwiazdy z Wędrującym Niebem… martwiła się o siostrzyczkę, mimo że była zaopiekowana.
W jamie zastała dwójkę, Porzeczka posłała jej od razu uśmieszek, a Dzielżan leżał z łbem zawieszonym na łapach, zmieszany oraz zdziwiony. Posłanie miał dalej, niż chwilę temu. Dlaczego je odsunął? Zmienił zdanie? Poziomka poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu. Miał jej coś za złe? Podeszła do koteczki najpierw, kładąc przed nią ptaka. Zależało jej na tym, żeby nie poczuła się przez nią zaniedbana. Drugi kąsek zaś oddała rudemu kocurowi, prosto przed pyskiem. Podniósł łeb ostrożnie, wdzięcznie mrucząc.
— Dziękuję. — Po chwili jednak dostrzegł pewną ważną rzecz. Poruszył ogonem nieznacznie. — A ty nic nie jesz, Poziomko? W końcu walczyłaś razem z nami.
Pręguska pokręciła głową.
— Nie jestem głodna. Zjedzcie całe, to szybciej zagoją wam się rany — odparła z ogromną pewnością.
Uczniak, nadal nieco zmieszany, kiwnął głową. Wyglądał, jakby chciał odpowiedzieć coś jeszcze, ale się wstrzymał. Czy wyszła na niemiłą, kłamiąc w takim temacie? Z chęcią zjadłaby z nimi, ale przecież nie mogła im wyjadać. Prześpi się z tym i jutro coś zje…
— Chodź, siostrzyczko. Połóż się obok mnie — zachęciła ją uczennica, klepiąc łapą łoże tuż obok siebie. Wyglądało na zmierzwione, aczkolwiek nie przeszkadzało to Burzaczce szczególnie. Najważniejsze, że jej bliskim było dobrze. Spojrzała ostatni raz na Dzielżana, zajadającego się teraz i przysiadła obok koteczki z zaciekawieniem wlepiając w nią spojrzenie. Porzeczka rozejrzała się, czy nikt na nie nie patrzył w obecnej chwili, a młódka podążyła za nią wzrokiem. Kiwnęła wreszcie głową i nagle wypluła z policzków kły kuny, tuż obok zwierzyny. Ruda otworzyła szerzej oczka.
— To kły tamtej bestii? — zapytała szeptem, nie wierząc własnym oczom. — Jak je pozyskałaś?
— To nieistotne. Ważniejszym raczej jest to, co teraz z nimi zrobimy. Pomóż mi przebić uszy. — Po wypowiedzeniu tych słów schyliła trochę łeb. — Musisz zrobić w nich dziurę, o tutaj. — Łapą wskazała dokładne miejsce, które miała na myśli. — I wsunąć kieł do środka.
Młoda przełknęła nerwowo ślinę, ale kiwnęła głową. Przysunęła się do bliskiej, a następnie zębami zrobiła nacięcie na uchu, czując metaliczny posmak krwi rozpływający się po jej podniebieniu. Był obrzydliwy, ale nie chciała zawieść Porzeczki. W końcu było to jedne z wielu nacięć. To był dopiero początek. Futro wzdłuż kręgosłupa czarnej poruszyło się nieznacznie. Gdy ścisk Poziomki zelżał odrobinę, czarna zamruczała jedynie;
— Kontynuuj, to nic.
Dlatego też po wykonaniu swojej roboty wsunęła sprawnie kły, pilnując jeszcze przy tym, żeby ucho nie krwawiło więcej. Trzeba było zaczekać, aż rana się zasklepi i utworzy na niej strupek. Gdyby miały przed sobą zwierciadło wody, dawczyni pomysłu mogłaby się w nim przejrzeć. A tak to musiała polegać na dotyku własnych poduszek łap.
— Jest dobrze? — zapytała wreszcie, słysząc nieopodal siebie pochrapywanie zmęczonych uczniów.
— Jest idealnie.
***
Przyszedł czas na pewne nowe ćwiczenia, o których ruda nie rozmyślała szczególnie długo, a jednak były na tyle ważne dla jednego z jej członków rodziny, iż nie miała serca jej odmawiać oraz nie było obowiązku namawiania jej wiekami. Przysiadła więc obok szylkretki i musnęła ją delikatnie puchatym ogonem na znak, że była gotowa. Odchrząknęła, ponieważ teraz miała “zabłysnąć” talentem, który dopiero co się miał u niej wyrobić, jeśli przeprowadzałaby regularne ćwiczenia, pod okiem łaciatej.
— Każdego dnia przynosisz do obozu zwierzynę, nieważne jak ciężka pora by nie nadeszła. Odpędziłaś kunę, tym samym ratując życie Dzielnej Łapie. Dbasz o to, żeby każdemu było dobrze, szczególnie troszcząc się o mnie i o Malinkę.
Spojrzała dużymi oczkami na starszą, szukając na jej pyszczku wszelkiego rodzaju reakcji, która mogłaby jej zasugerować, jak sobie poradziła. Czy spamiętała wszystko, co powinna?
— Dobrze?
Porzeczkowa Łapa zamyśliła się na chwilę, podstawiając łapę pod brodę i uginając ją odrobinę. Pokręciła łebkiem wreszcie, mrużąc oczy.
— Mówisz tak, jakby ktoś ci groził, zamiast naturalnie, jakbyś faktycznie miała to na myśli. Musisz rozluźnić mięśnie, a ogon trzymać wysoko w górze, żeby było wiadomo, że nie jesteś niepewna. Uszy postaw prosto, a głos… musi być płynniejszy, nie półszeptem. Mów głośno i wyraźnie. — Zaprezentowała jej to, co miała na myśli.
Poziomkowa Łapa wzięła sobie rady siostry do serca, chociaż nie była pewna, jakie jeszcze zasługi mogłaby wymienić. Na pewno było coś jeszcze, co wypadło jej w tej chwili z głowy… co to mogło być? Może Malinka by wiedziała, ona zawsze miała dobrą głowę do zapamiętywania wszelkiego rodzaju słówek i opowieści. Próbowała naśladować starszą.
[1763 słowa]
<Tak dobrze? Dobrze pozuję, Porzeczko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz