BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pietruszkowa Błyskawica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pietruszkowa Błyskawica. Pokaż wszystkie posty

16 lutego 2026

Od Pietruszkowej Błyskawicy CD. Pchełkowego Skoku

Życie w ostatnich dniach dziwnie się rozmywało niczym mgła sunąca leniwie po rozległych łąkach o świcie. Wszystko traciło wyraźne kształty. Pamiętała jedynie urywki dni: spędzanie czasu z Wiecznym Zaćmieniem, bolesne, wyczerpujące treningi z Różańcową Łapą, powtarzalność poranków i wieczorów. Każdy dzień zlewał się z następnym w monotonną, szarą całość. Czasami zdawało jej się, że szron osiada na jej pysku, lecz gdy unosiła łapę i dotykała sierści, odkrywała, że to nie mróz, a kolejne szare kosmyki. Nie była już najmłodsza i czuła to w każdym kroku. W mięśniach, które zaczynały boleć szybciej niż dawniej. W zmęczeniu, które przychodziło zbyt wcześnie. W braku sił na rzeczy, które kiedyś nie stanowiły żadnego wysiłku. Czuła, że życie, które niegdyś tętniło w niej energią, powoli wygasa. Każdy dzień przeżywała jak zaprogramowany automat, wykonując te same ruchy, te same obowiązki, bez prawdziwego zaangażowania. Potrzebowała czegoś. Jakiejkolwiek zmiany. Nawet bolesnej, nawet negatywnej; byleby wyrwać się z tego pędu ku nicości. I tak sama nie wiedząc, kiedy ani jak, znalazła się w jaskini. Siedziała na chłodnej, kamiennej ziemi, a wilgoć ścian wdzierała się w futro. Odwróciła głowę i spojrzała na Pchełkowy Skok, która machała do niej krótkim ogonem, zachęcając do podróży. Uniosła się z wyraźnym wysiłkiem, poczuła dziwny ciężar w ciele. Mimo to ruszyła za kotką, którą mogła nazwać swoją niepisaną córką. Była z Pchełką od jej kocięcych dni, choć od dawna ich drogi nie splatały się już tak blisko, jak kiedyś. Mimo to Pietruszkowa Błyskawica nie zamierzała odmówić jej pomocy ani rozmowy. Szła w ciszy za niebieską kotką, pozwalając, by wiatr wciskał się w jej futro i niósł zapachy lasu. Przystanęła na moment, przymknęła oczy i wzięła głęboki wdech, próbując wyłapać każdy dźwięk i każdy aromat okolicy. Uśmiechnęła się lekko i ruszyła dalej. Dopiero po chwili dostrzegła, że zmierzają ku Pogorzelisku. Zmarszczyła brwi. Nie była pewna, dlaczego akurat tam. Nie pamiętała, by ktoś ważny dla Pchełki spoczywał w tym miejscu. W zamyśleniu niemal przeoczyła moment, w którym niebieska kotka zatrzymała się pomiędzy kilkoma drzewami. Pietruszka zerknęła na nią pytająco. Widziała, że Pchełkę coś trapi. Jej postawa była napięta, ogon drgał niespokojnie, jakby bała się tego, co zaraz będzie musiała powiedzieć. W końcu wzięła głęboki wdech i podniosła wzrok, łapiąc kontakt wzrokowy z czekoladową wojowniczką.
— Pietruszko… C-co sądzisz o Jaskółce? — zapytała jak zwykle drżącym głosem.
Wojowniczka aż drgnęła na to pytanie. Serce zabiło jej szybciej. Dlaczego Pchełka o to pyta? Przełknęła ślinę i usiadła na miękkiej trawie.
— Co masz na myśli? — dopytała, również biorąc wdech. Tak naprawdę niemal zapomniała o kremowej zastępczyni. Miała zbyt wiele innych spraw na głowie.
— No wiesz… o niej jako o liderce — miauknęła niepewnie. — J-Judaszowcowa Gwiazda niedługo… i ona go zastąpi.
Niebieska rozejrzała się nerwowo, jakby obawiała się, że wiatr poniesie jej słowa i zaniesie je prosto do uszu klanowiczów. Pietruszka zesztywniała. No tak. Judaszowcowa Gwiazda umierał. Tak naprawdę był już na samym końcu swojej drogi. A Pikująca Jaskółka miała zostać liderką. Serce Pietruszki zabiło jeszcze szybciej. Wierzyła, zbyt mocno, zbyt uparcie, że kremowa zabiła własną siostrę. Nie mogła pozwolić, by ktoś taki rządził klanem. A gdzieś w głębi serca czaił się jeszcze inny lęk: obawa, że Jaskółka będzie się mścić na jej rodzinie. Pietruszka nie mogła znieść tej myśli.
— Nie lubię Jaskółki — odpowiedziała stanowczo, odwracając wzrok gdzieś w bok. — Znam… jej sekret. Nie chcę, by została Przywódczynią — mruknęła pusto, obserwując ptaki krążące daleko na tle przytłumionego nieba.
Znajomość sekretu, na który nie miała żadnych dowodów, i niemożność poinformowania kogokolwiek innego były naprawdę uciążliwe. Ten ciężar nie opuszczał jej ani na chwilę. Przełknęła ślinę i wróciła spojrzeniem do Pchełki. Czuła za sobą jego obecność. Tego kota. Tego, który nie odpuszczał jej żadnego dnia, nie pozwalał zapomnieć o popełnionym grzechu. Szeptał jej do ucha bluźnierstwa, przypominał o winie, podsycał wstyd i lęk. Szelest liści sprawił, że Pietruszka gwałtownie wyrwała się z zamyślenia. Dostrzegła, jak Pchełka kuli się wśród suchych liści, jakby chciała zniknąć. Podniosła się powoli i usiadła obok niej, okrywając ją puchatym ogonem, starając się dać, choć odrobinę ciepła i poczucia bezpieczeństwa.
— Pietruszko… ja cię bardzo kocham, wiesz? — powiedziała Pchełka szczerze, drżącym głosem. — Nie znienawidzisz mnie? — dodała niemal błagalnie, wpatrując się w swoje łapy.
— Za co? — zapytała od razu zdezorientowana.
Tak naprawdę, nawet gdyby jej własna córka wyznała, że kogoś zabiła, Pietruszka nie potrafiłaby jej znienawidzić. Wiedziała, przez co jej ukochana przeszła. Rozumiała, skąd brały się jej problemy. Wiedziała też, co skrywała przed wszystkimi. Już teraz Pietruszka nosiła w sobie zbyt wiele sekretów, jeden więcej niczego by nie zmienił, a mógłby komuś pomóc, przynieść ulgę w cierpieniu.
— C-chcemy wraz z Mirtowym Lśnieniem z-zatrzymać Jaskółkę przed o-odebraniem żyć i z-zostaniem przywódczynią… oraz z-zająć ją Mirtowym Lśnieniem — zaczęła Pchełka, mówiąc dość szybko i jąkając się przy niemal każdym wdechu. — I m-my… znaczy ja… c-chciałam prosić cię o pomoc. Pomoc w zatrzymaniu jej… t-to dla dobra nas wszystkich! U-uważamy, że ona nie powinna dojść do władzy…
W końcu odważyła się i zerknęła na Pietruszkową Błyskawicę.
— P-pomożesz nam…? — dodała cicho.
Jej pytanie zawisło w powietrzu, ciężkie jak dym ogniska. Pietruszka wahała się, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Zamilkła na dłuższą chwilę, pogrążając się we własnych emocjach i wspomnieniach. To, o co prosiła ją Pchełka, było naprawdę ogromną przysługą. A właściwie czymś znacznie gorszym, zdradą klanu. Zdradą lidera, a tym samym decyzji Klanu Gwiazdy. Jednak… przodkowie nie zawsze dokonywali dobrych wyborów. Bywało, że przez ich decyzje wielu musiało cierpieć. Coś zaszczypało ją w kark. Dreszcz, niemal przyjemny. Myśl, że mogłaby pozbyć się Jaskółki, wdarła się do jej umysłu z niepokojącą łatwością. I wtedy poczuła chłód tuż przy uchu. Nastawiła uszy i zesztywniała. Siedząca obok niej kotka również zaczęła nerwowo rozglądać się dookoła, próbując dostrzec to, co wywołało reakcję Pietruszki.
— Tak, pozbyć się… — Ktoś szeptał niczym wiatr. — Bo tylko to potrafisz. Zabijać niewinne koty, a oko ci nawet nie zadrży! — Syk dotarł aż do wnętrza jej umysłu.
— Nie jest niewinna… — wyszeptała tak cicho, że siedząca obok Pchełka nie miała szans tego usłyszeć.
— Och, tak sądzisz? — zaszydził znów ten sam głos. — A może to tylko twoje wyobrażenie? Coś, co nigdy nie miało miejsca, ale potrzebowałaś kogoś do nienawidzenia. Bo przecież bycie przyjaznym i otwartym jest takie nużące. Chciałabyś im wszystkim powiedzieć, ale zamiast tego możesz się ich pozbyć… — wyszeptał wiatr, po czym chłód ulotnił się znad jej ucha.
Pietruszka wzięła głęboki oddech.
— Zatrzymać? W jaki sposób? — zapytała, lecz nie dała Pchełce odpowiedzieć. — Nie pomogę wam jej zabić. Wręcz was powstrzymam — odparła ostro, może ostrzej, niż zamierzała.
Pchełka zamrugała kilkukrotnie, wyraźnie zaskoczona.
— J-ja i Mirtowe Lśnienie j-jedynie na razie werbujemy koty — zaczęła drżąco szylkretka. — I-i ja pomyślałam od razu o tobie. Byś nam p-pomogła — wyjaśniła cicho, a jej krótki ogonek drżał od nagromadzonych emocji.
Pietruszkowa Błyskawica spojrzała przed siebie, ku horyzontowi oceanu, gdzie fale rozbijały się o klify z jednostajnym, ponurym rytmem. Nie wiedziała, co teraz zrobić. Mogłaby pomóc wygnać Jaskółkę, ale jak mieliby to przeprowadzić potajemnie? Przecież wraz z zastępcą zawsze wyrusza medyk, by odebrać dziewięć żywotów. A co, jeśli Pikująca Jaskółka ucieknie, wróci do klanu i ogłosi ich zdrajcami? Co, jeśli wszyscy zaczną polować na ich trójkę? Było zbyt wiele możliwych komplikacji. Potrząsnęła głową.
— Trzeba być w tym ostrożnym — odparła, nie patrząc na towarzyszkę. — Jeśli będzie nas tylko trójka, wszystko może skończyć się źle. Nie pomogę wam, jeśli będziecie chcieli ją zabić. Jednak wygnanie jej byłoby dobre dla Klanu Klifu — westchnęła ciężko, a po chwili kontynuowała, jakby cała ta rozmowa ją wykańczała. — A co do Mirtowego Lśnienia jako przywódcy… pozostawiłabym tę decyzję medykom. Klan Klifu żyje w mrocznych czasach, więc naszym przywódcą powinien zostać ktoś, kogo wybiorą przodkowie. Głosowanie wśród klanowych kotów byłoby dobrym rozwiązaniem, ale wybrany może okazać się nieodpowiedni — wyjaśniła spokojnie swój tok myślenia.
Zawahała się na moment.
— A więc pomogę wam. Na tę chwilę — dodała szybko, chcąc upewnić się, że Pchełka zrozumiała. Miała jednak nadzieję, że zgoda na to wszystko nie okaże się błędem.
— D-dziękuję, Pietruszko. To d-dodaje mi o-odwagi — wyszeptała Pchełka z wdzięcznością. — W-wraz z Mirtowym Lśnieniem… — urwała na moment, jakby słowa Pietruszki na temat tego kocura nie do końca jej się spodobały. — M-możemy em… ustalić cały plan. M-może uda się jeszcze k-kogoś dołączyć do naszej grupy — zakończyła, prostując się nieco.
Siedziały obok siebie przez dłuższy czas. W ciszy, przerywanej jedynie szelestem liści i cichymi dźwiękami zwierzyny przemykającej po ziemi. W końcu jednak, bez słowa, wstały i ruszyły z powrotem do obozu. Pietruszka patrzyła przed siebie, wciąż niepewna tego planu. Miała nadzieję, że wszystko albo samo się rozwiąże, albo pójdzie na tyle gładko, że nic złego się nie wydarzy. Oby tylko jej rodzina była bezpieczna. To było dla niej najważniejsze.

<Pchełko?>

14 stycznia 2026

Od Pietruszkowej Łapy (Pietruszkowej Błyskawicy) CD. Pożarowej Łapy

Musiała opuścić jaskinię Klanu Klifu jak najszybciej. Przebywanie tam, patrzenie tym kotom w oczy i słyszenie jego głosu było ponad siły. To wszystko naraz stało się zbyt przytłaczające. Potrzebowała chwili tylko dla siebie, ciszy, oddechu, ucieczki. Z bólem serca odmówiła nawet własnej partnerce, gdy ta zaproponowała, że pójdzie z nią. Wiedziała, że Wieczne Zaćmienie odkryła jej kłamstwo i zna jej tajemnicę. Widziała to wyraźnie w jej żółtych, czujnych oczach; w tym spojrzeniu, które nie dawało już schronienia. Czekała tylko, aż ukochana w końcu poruszy ten temat i przyciśnie ją do ściany pytaniami, na które sama nie potrafiła jeszcze znaleźć słów. Nie była w stanie wykrztusić z siebie prawdy. Jeszcze nie. Wspięła się po stromym zboczu, czując pod łapami miękką skałę, a potem ruszyła w stronę granicy z Klanem Burzy. Może spotka Barszczową Łodygę? Dawno nie rozmawiała z przyjacielem, a teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebowała znajomego głosu. Przeskakując przez rzekę, nagle zamarła. Na jednym z kamieni, tuż przed nią, stał czekoladowo-srebrny kocur. Jego sylwetka wydawała się nierealna, jakby wyłaniała się z mgły unoszącej się nad wodą. Wojowniczka poślizgnęła się i tylne łapy wpadły do lodowatej rzeki, lecz szybko odzyskała równowagę i wskoczyła na inny kamień.
— Czyżbym cię wystraszył? Czyżby twój grzech cię przerażał? — wyszeptał, okrążając jej szyję niczym wąż, a jego głos zdawał się rozbrzmiewać prosto w jej głowie. Kocica potrząsnęła gwałtownie głową i ruszyła dalej, aż dotarła na bezpieczny brzeg.
— Nie jesteś prawdziwy — szepnęła do samej siebie i przyspieszyła kroku.
Czuła na sobie wzrok tego… tego czegoś. Czy to Mroczna Puszcza zesłała do niej tego ducha? A może to tylko jej własny umysł i serce nie potrafiły pogodzić się z tym, co zrobiła? Czy powinna się nienawidzić? Może wtedy ból byłby łatwiejszy do zniesienia. Zabiła kogoś bezbronnego. Kogoś, kto miał rodzinę, bliskich, życie. Szła tak szybko, że niemal przekroczyła granicę Klanu Burzy. Zatrzymała się w ostatniej chwili, cofnęła kilka kroków i gorzko się zaśmiała. To było dla niej takie typowe. Zawsze przypadkiem przekraczała granice; zarówno te wyznaczone zapachem, jak i te, których nie dało się zobaczyć. Usiadła na miękkiej trawie, pozwalając, by wiatr poruszał jej futrem. Trawa była chłodna i wilgotna, a niebo przesłaniały ciężkie, leniwie sunące chmury. Przez krótką chwilę poczuła spokój, którego tak bardzo pragnęła. Wizję idealnego życia, bez sekretów i bez strachu. Nagle usłyszała szelest. Otworzyła jedno oko i spojrzała prosto na rudą kocicę stojącą kilka kroków dalej.
— Na co się gapisz, Klifiaku? — zapytała tamta groźnie, strosząc futro.
Pietruszka zerknęła pod swoje łapy, sprawdzając, czy przypadkiem nie przekroczyła granicy. Widząc, że nadal znajduje się po właściwej stronie, uniosła głowę i spojrzała na wojowniczkę. Po chwili zmrużyła oczy i nachyliła się lekko do przodu. Wydawało jej się, że skądś ją zna.
— Co, mowę ci odjęło? — splunęła ruda.
I wtedy Pietruszka zrozumiała. Poruszyła uszami, a futro na ogonie lekko się nastroszyło.
— Pożarowa Łapo? To naprawdę ty? Księżyce cię nie widziałam! Nie żebym narzekała — dodała, lekko się śmiejąc.
Ruda Burzaczka, wyraźnie zbita z tropu, przechyliła głowę.
— Skąd znasz moje imię? Nie znam cię! — wysyczała, jakby widziała w drugiej kotce wyłącznie zagrożenie.
Czekoladowa parsknęła cicho, przypominając sobie czasy, gdy jako uczennica rozmawiała z tą rudą kotką. Wspomnienie to było jednak gorzkie. Nienawidziła jej jednocześnie, za atak na jej ukochaną. Tego nie potrafiła zapomnieć ani wybaczyć.
— Naprawdę mnie nie pamiętasz? To długo siedziałaś w tej dziurze — powiedziała spokojnie. — Pietruszkowa Łapa. Rozmawiałyśmy kiedyś.
Przesunęła ogonem po zielonej trawie, uważnie obserwując reakcję Pożarowej Łapy.

<Pożar?>

29 grudnia 2025

Od Pietruszkowej Błyskawicy

Parę wschodów temu

Nie mogła spać. A nawet gdy sen w końcu nadchodził, jej umysł spowijała mroczna, lepka mgła, przez którą nie przebijało się nic poza jednym obrazem. Wciąż na nowo zabijała we śnie tego nieszczęsnego samotnika. Każdej nocy. Za każdym razem cierpiał bardziej, a ona coraz wyraźniej czuła jego strach, jego rozpaczliwe pragnienie życia. Żołądek skręcał jej się z napięcia i obrzydzenia do samej siebie, jakby ciało próbowało wyrzucić z siebie winę, której umysł nie potrafił unieść. Myślała, że szybko zapomni. Że jakimś cudem odwróci myśli, zajmie je codziennością, obowiązkami, rozmowami z innymi. Nic z tego. Do jej ucha wciąż coś szeptało. Głos, który wtedy ją błagał. Ten sam, który prosił o litość, teraz syczał przy jej głowie bluźnierstwa, pełne jadu i pogardy. „I ty masz się za świętą? Za tę wspaniałą wojowniczkę? Jesteś niczym pomioty Mrocznej Puszczy!” Nie mogła ich uciszyć. Nie mogła też pójść po pomoc. Nie mogła powiedzieć nikomu. A może po prostu nie chciała. To musiał być jej sekret; ciężar, obrzydlistwo, które musiała nosić sama, dzień po dniu, noc po nocy. Czasami zdawało jej się, że w rogu jaskini, za omszałym głazem albo w cieniu potężnego konaru widzi sylwetkę tamtego samotnika. Obserwował ją lodowatymi, nierealnie niebieskimi oczami. Wwiercał się w jej duszę, rozrywając serce na kawałki; serce, które biło już innym rytmem, zdradzone przez ciało, dla którego kiedyś pulsowało. Jej stanu nie poprawił fakt pojawienia się w klanie dwóch uczniowskich podrostków. O ile kremowy kocur zwany Pasterzem nie wzbudzał w niej żadnych szczególnych emocji, o tyle drugi, Różeniec, działał na nią jak cios prosto w pierś. Kotka niemal zeszła na zawał, gdy ujrzała go po raz pierwszy w wejściu do legowiska medyka. Ten kociak… wyglądał identycznie jak samotnik, którego zabiła. Miał jego oczy, tak nierealnie niebieskie, tak boleśnie wyjątkowe. Nawet jego sierść miała niemal identyczne odcienie. Wiedziała to. Nie tylko wiedziała, ona to czuła, gdzieś głęboko pod skórą. Zapach unoszący się wokół kociąt nie zdradzał jednak żadnego pokrewieństwa ze starszym kotem. Udało jej się podsłuchać, że matka kociąt zaginęła, a ojciec… zginął nagle. Ta wiedza tylko pogłębiła panikę. Nie potrafiła patrzeć w błękitne oczy Różeńca, pełne dziecięcego entuzjazmu i niewinnej ciekawości świata. Dopiero po pewnym czasie zrozumiała, że to jego brat może okazać się większym zagrożeniem. Pasterz zdawał się uważny, czujny, jakby podświadomie szukał zemsty za śmierć ojca. Wojowniczka nie wiedziała, czy kiedykolwiek powinna im powiedzieć prawdę. Przecież… poza samym faktem zabójstwa nikt nie mógłby udowodnić jej premedytacji. A jednak samo wyznanie byłoby jak rozdrapanie rany, która nigdy się nie zagoi. Nie. Nie mogła tego zrobić. Postanowiła ich unikać. Tak bardzo, jak tylko będzie się dało.

≪ ◦ ❖ ◦ ≫

Stała jak wryta, wpatrując się w pysk Judaszowcowej Gwiazdy. Przez dłuższą chwilę nie była pewna, czy dobrze usłyszała jego słowa. Została wybrana na mentorkę. Została mentorką Różeńca. Serce uderzyło jej gwałtownie, jakby ktoś nagle ścisnął je w stalowych szczękach. Jak to możliwe? Czy była to kara od Klanu Gwiazdy? Próba? A może drwina losu, który i tak nie zostawiał jej ani chwili wytchnienia? Dopiero po chwili ruszyła się z miejsca, stając przed kocurkiem, którego pysk aż promieniał od szczęścia. Jego oczy lśniły entuzjazmem, tak czystym i niewinnym, że aż bolało. Nie potrafiła powstrzymać uśmiechu ani łagodnego spojrzenia, którym go obdarzyła, choć w środku wszystko w niej krzyczało.
— Pietruszkowa Błyskawico — zaczął Judaszowcowa Gwiazda. — Po wyszkoleniu przez ciebie Gąsienicowego Ogryzka jestem pewien, że przekażesz temu młodemu kocurowi wszystko, co najważniejsze. Nauczysz go radzić sobie z niepełnosprawnością i pokażesz, jak podążać ścieżką Klanu Gwiazdy. Różeńcowa Łapa pod twoim okiem będzie dobrze służyć naszemu klanowi — zakończył starszy kocur, lekko kaszląc pod koniec.
Każde słowo uderzało w jej uszy z dziwnym, tępym bólem, jakby ktoś wbijał jej ciernie pod skórę. Pochyliła się i dotknęła nosem Różeńca, a zaraz potem oboje odsunęli się na bok. Jeszcze przez chwilę spoglądała na jego brata. Pasterzowa Łapa stykał się nosem z Króliczą Prawdą, jednak jego wzrok co chwilę wędrował w stronę Różeńca, a może… a może w stronę jej samej. Drgnęła lekko, ale szybko się opanowała, gdy kilka kotów podeszło, by pogratulować jej kolejnego ucznia. Uśmiechała się grzecznie, niemal automatycznie, gotowa już odejść do legowiska, gdy nagle prawie potknęła się o swojego nowego podopiecznego.
— Pietruszkowa Błyskawico, idziemy zwiedzać tereny! — oznajmił Różeńcowa Łapa, lekko chwiejąc się na łapkach.
W normalnych okolicznościach natychmiast by się zgodziła. Teraz jednak rozpaczliwie potrzebowała oddechu, ciszy i chwili, by poukładać myśli.
— Jutro z samego rana, obiecuję — odparła łagodnie. — Będziesz musiał wstać przed słońcem. Dasz radę? — dodała, muskając nosem jego czoło.
— Jasne, że tak! To żaden problem ścigać się ze słońcem! — stwierdził z dumą młodzik.
Pożegnał się z nią i pokuśtykał w stronę brata, który również dopiero jutro miał wyruszyć na pierwszy trening. Kotka patrzyła na nich jeszcze przez chwilę, po czym szybko czmychnęła z obozu, znikając między trawami. Nie wiedziała, co robić. Może powinna poprosić Judaszowcową Gwiazdę, by przydzielił Różeńcowi innego mentora? Ale czy to nie byłoby zbyt podejrzane? Czy nie obnażyłoby jej grzechu? Westchnęła ciężko, idąc przez zielone łąki, na których trawa kołysała się leniwie na wieczornym wietrze. Potrząsnęła głową i spojrzała w stronę miejsca, gdzie zabiła ojca swojego podopiecznego. Zacisnęła zęby. Musiała zająć się jego edukacją. Ale jak nauczyć kogoś polować i walczyć, gdy ten ktoś ma zdeformowaną tylną łapę? To był kolejny ciężar, który spadł na jej barki, kolejny kamień dokładany do stosu, pod którym ledwo już stała.
„Po prostu go zabij. Przecież to rozwiązuje wszystkie problemy”.
Szept przeciął ciszę jak ostrze. Uniosła wzrok i wbiła go prosto w nierealnie błękitne oczy martwego samotnika, który zdawał się stać tuż przed nią, uśmiechnięty, cierpliwy, czekający.

21 grudnia 2025

Od Pietruszkowej Błyskawicy

TW opis walki, śmierci, krwi itp

W głębi dużej, chłodnej jaskini koty drzemały w najlepsze. Kamienne ściany oddychały wilgocią, a jednostajny szum wodospadu, spadającego gdzieś w oddali, działał jak kołysanka, naturalnie usypiając śpiących wojowników. Delikatny wietrzyk, nie wiadomo jakim cudem, zawirował i wdarł się do wnętrza groty, nie czyniąc jednak żadnych szkód. Jedynie kilka kotów na wysokiej półce skalnej lekko drgnęło, po czym jeszcze ciaśniej zwinęło się w kłębek. Poranek zbliżał się nieubłaganie. Już wkrótce wstaną pierwsze jednostki — jedne gotowe wyruszyć na patrol, inne planujące przeciągnąć odpoczynek aż do popołudnia. Pietruszkowa Błyskawica nie należała jednak do żadnej z tych grup. Od dawna nie spała. Od ponad godziny wpatrywała się w leżącą obok niej Wieczne Zaćmienie. Szylkretowa kotka oddychała spokojnie, pogrążona w głębokim śnie wywołanym nasionami maku. Jej bok unosił się i opadał miarowo, a pyszczek był rozluźniony w sposób, który zawsze ściskał Pietruszce serce. Delikatnie chwyciła kawałek mchu, który zaplątał się w futro partnerki, i ostrożnie go wyciągnęła. Gdy tak na nią patrzyła, bezbronną, spokojną, przed jej oczami nagle przemknęły straszne obrazy. Zobaczyła, jak jej ukochana zostaje samotnie zrzucona do Mrocznej Puszczy: miejsca, gdzie ciernie chwytają koty za łapy, a z czarnej wody wynurzają się obce łapy o ostrych pazurach, wciągające ofiarę na samo dno. Krainy, w której jedynym źródłem światła jest krwawy księżyc, a poza nim panuje nieprzenikniona ciemność. Tam, gdzie krew i ciała wylewają się spod każdego drzewa, a cisza krzyczy głośniej niż jakikolwiek dźwięk. Potem jej myśli uciekły w zupełnie inną stronę — do Klanu Gwiazdy, krainy dostatku i wiecznego spokoju. Miejsca, gdzie koty mają wszystko, czego mogłyby zapragnąć: rozległe łąki, gęste lasy, czyste rzeki i wysokie góry. Wodę zdatną do picia i idealną do pływania. Zwierzynę tak ślepą i głuchą, że nawet kocię potrafi ją upolować. Krainy, w której ranni odzyskują utracone kończyny i zmysły, a kocięta zmarłe przy porodzie dorastają, otrzymują wojownicze imiona i mogą znów spotkać swoje matki. Pietruszkowa Błyskawica czuła rozpacz na samą myśl, że ona i Wieczne Zaćmienie mogłyby zostać rozdzielone na wieczność — rzucone do tak odmiennych światów. Jak miałaby żyć, wiedząc, że ta, dla której jej serce bije szybciej, cierpi gdzieś w mroku? Wiedziała, z czego to wynika. Wieczne Zaćmienie zabiła. Zabiła bez zawahania i żyła z tym przez długi czas. I choć żałowała, żal nie mógł przywrócić życia zamordowanym kotom. W Pietruszce toczyła się brutalna, wewnętrzna walka. Czy powinna nadal ją kochać? Czy to nie było dziwne, kochać morderczynię i całkowicie akceptować jej grzechy? Może… może powinna powiedzieć wszystko Judaszowcowej Gwieździe? Nie. Nigdy. Nie pozwoli, by za życia jej ukochaną spotkała krzywda, nawet jeśli ta sama skrzywdziła innych. Czuła, że jest egoistką i hipokrytką, że zatajanie prawdy nie jest dobre. Ale czy wyjawienie jej cokolwiek by zmieniło? Te koty już nie żyły. Nikt nawet nie myślał o ich śmierci, nikt ich nie opłakiwał ani nie roztrząsał ich losu. Pietruszka współczuła im z całego serca. Chciałaby, aby to wszystko nigdy się nie wydarzyło. Jednak… musiała bronić swojej miłości, nawet jeśli cena była zbyt wysoka. Za wszelką cenę. Skierowała wzrok ku wyjściu z obozu. Gdyby teraz wyszła, nikt by o tym nie wiedział. Potrzebowała oczyścić umysł — wstać i pomyśleć w samotności, sam na sam z własnymi myślami. Miała bowiem nieodparte wrażenie, że ktoś czyta w jej głowie. Może śpiące koty wokół niej, a może… sami przodkowie? Oni zapewne już wiedzieli, co miało wydarzyć się później. Zwlekała jednak zbyt długo. Obok niej wojownicy zaczęli się budzić, przeciągać i zeskakiwać z półki skalnej na niższe partie jaskini. Szmer łap uderzających o kamień wypełnił wnętrze groty. Czekoladowa kotka zerknęła jeszcze raz na swoją ukochaną, po czym czule liznęła ją za uchem. Następnie wstała i ruszyła śladem pobratymców. Przysiadła na chłodnej ziemi nieopodal wyjścia, obserwując, jak woda wodospadu spada w dół z niezmienną siłą. Nie zmienił się odkąd przyszła na świat; ani jego prędkość, ani temperatura, ani barwa. Wszystko pozostało takie samo. Tylko ona się zmieniała. Z każdym księżycem. Najpierw nieznacznie, potem gwałtownie, aż w końcu znów wszystko zaczęło płynąć wolniej, niczym rzeka: potężna, a zarazem chaotyczna i lodowata. Poruszyła prawym uchem i zerknęła kątem oka na Pikującą Jaskółkę, która właśnie wyznaczała patrole na ten dzień. Przez chwilę wojowniczka wpatrywała się w nią uważnie, jakby chciała zapamiętać każdy jej ruch. Zaraz potem jednak po prostu wstała i wyszła z jaskini. Nie było już sensu buntować się przeciw zastępczyni. Klan i tak nie uwierzyłby Pietruszce, że to ona zabiła Siewczy Letarg. A to, że Pikująca Jaskółka zostanie przywódczynią, było pewne jak to, że po zimie zawsze przychodzi wiosna. Wolała więc nie wchodzić jej w drogę, by później tamta nie mściła się na niej ani na jej rodzinie.
Ruszyła z dala od obozu. Spacer połączony z samotnym polowaniem był dokładnie tym, czego teraz potrzebowała. Żadnych kotów trajkoczących nad uchem. Mogła iść, gdzie chciała, i robić, co chciała. Ważne było tylko jedno; musiała wrócić z czymś dla klanu. Bo jeszcze ktoś oskarżyłby ją o lenistwo. Ach, ta klanowa moralność. Pracujesz dla nich sezon po sezonie, księżyc po księżycu, każdego wschodu słońca. A wystarczy jeden dzień słabości, by zaczęli patrzeć na ciebie krzywo. Pietruszka nie czuła już w łapach takiej siły jak dawniej. Jej ciało było przepracowane, a długie księżyce bez odpowiedniego odpoczynku odcisnęły na nim swoje piętno. Mimo to jej krok pozostawał szybki i pełen pozornej energii. Wspięła się po zboczu porośniętym piękną łąką. Nie zatrzymała się jednak nawet na chwilę; chciała ukryć się w lesie, pośród koron drzew i gęstych krzewów. Gdy tylko dotarła do upragnionego miejsca, zwolniła krok. Szła powoli, węsząc, szukając czegokolwiek, co mogłoby posłużyć za obiad dla klanu. I bardzo szybko jej uszy wyłapały szelest. Przypadła do ziemi, przyklejając się do ściółki.
Powoli, niemal bezgłośnie, ruszyła w stronę źródła dźwięku. Każdy jej krok był przemyślany, łapy stawiała ostrożnie, tak by nie poruszyć ani jednej gałązki. W końcu ujrzała sprawcę szelestu. Gołąb. Pulchny, syty, przesiąknięty zapachem Betonowej Dżungli. Ptaki te rzadko zapuszczały się tak daleko na tereny klanu, a jeśli już to robiły, niemal zawsze kończyło się to dla nich śmiercią. Kotka obserwowała go pomarańczowymi oczami, śledząc każdy, nawet najdrobniejszy ruch. Czekała cierpliwie, aż w końcu ptak nagle schylił głowę. Wykorzystała ten moment. Wyskoczyła z krzewów i jednym pewnym ruchem złapała go za szyję, przygniatając do gleby. Zwinny skurcz szczęk zakończył wszystko — szare cielsko gołębia bezwładnie zwisało z jej pyska. Ukryła zdobycz pod jednym z krzewów, tak aby później móc po nią wrócić albo by natknął się na nią inny patrol. Następnie ruszyła dalej. Łapy szybko zaprowadziły ją na skraj lasu, skąd na horyzoncie majaczyły już Złote Kłosy. Połowa tego pięknego pola została dawno temu zawłaszczona przez dwunożnych; jak zawsze. W tej okolicy należało zachować szczególną ostrożność, bo ich potwory często zapuszczały się na tereny klanu. Zamiast jednak kierować się prosto w stronę pól, skręciła w prawo, ku studni. Gdy zbliżała się do niej, zapatrzona we własne łapy i pogrążona w myślach, powiew wiatru przyniósł ze sobą nowe zapachy. Pośród znajomych woni nagle przemknęła jedna — ostra, obca, niepasująca do tego miejsca. Kotka natychmiast uniosła łeb i odwróciła go w stronę wcześniej obserwowanego pola. Zmrużyła oczy, po czym bez wahania przypadła do ziemi. Zaczęła zbliżać się do źródła obcego zapachu, powoli, centymetr po centymetrze. Gdy była już wystarczająco blisko, mogła mu się dokładnie przyjrzeć. Samotnik. Miał długie łapy, choć wzrost przeciętny. Był wyraźnie chudy, mimo że panowało lato. Jego futro znaczyły pręgi w odcieniu bardzo zbliżonym do barwy sierści Pietruszki, a przestrzenie między nimi miały jasny, lekko kremowy kolor. Kocur, sądziła po zapachu, stał nad ciałem dość sporego królika. Chudzielec upolował tak duże zwierzę. To zrobiło na Pietruszce wrażenie. Przez krótką chwilę wahała się, obserwując jego drobną sylwetkę i myśląc, czy rzeczywiście chce go zaatakować. Szybko jednak potrząsnęła głową. Musiała go przegonić, tak nakazywał kodeks wojownika. Nie zamierzała jednak wdawać się w długą szarpaninę. Gdy tylko samotnik odwrócił się do niej tyłem, dwoma długimi susami wskoczyła na jego grzbiet. Przeturlała się z nim po trawie, kopiąc go na odległość długości ogona. Kocur upadł ciężko na bok, lecz niemal natychmiast się podniósł, chcąc zobaczyć, kto zakłócił jego spokój. Gdy dostrzegł kotkę, wrogi wyraz jego pyska wyraźnie złagodniał. Spojrzał najpierw w krzewy, potem znów na wojowniczkę. Z niechęcią wypisaną w oczach nastroszył futro.
— Znikaj stąd! To tereny Klanu Klifu! — wywarczała Pietruszkowa Błyskawica, również strosząc futro i gwałtownie machając ogonem na boki.
Kocur zaczął nerwowo rozglądać się na boki, po czym powoli wycofywał się, krok za krokiem, aż w końcu nagle pognał w stronę Złotych Kłosów. Wojowniczka patrzyła za nim przez ułamek sekundy, aż nagle… coś przeskoczyło jej w głowie. Zastygła. Miała wrażenie, że świat wokół niej zwolnił. Samotnik biegł jakby w spowolnionym tempie, a ona — przeciwnie — zbliżała się do niego w jednym, gwałtownym zrywie. Obraz był wyraźny, niemal namacalny: jej łapy dopadają jego grzbiet, przygniatają go do ziemi, odbierają mu oddech. I nagle to się stało. Zanim zdążyła się zorientować, trzymała go pod sobą, dociskając łapą do chłodnej trawy. Spojrzała w jego oczy. Widział w nich strach — czysty, paraliżujący.
— O co ci chodzi? Już idę, naprawdę! Nie potrafię szybciej… — wyjąkał, szarpiąc się rozpaczliwie, próbując się wyswobodzić.
Pietruszkowa Błyskawica wpatrywała się w niego w milczeniu. W jego oczy; błękitne, niezwykle jasne. Nigdy wcześniej nie widziała kota o tak wyjątkowym spojrzeniu. Ten kocur był słaby. Był niewinny.
Honorowy wojownik nie potrzebuje zabijać innych, by zwyciężyć w swojej bitwie — jeden z punktów kodeksu wojownika rozbrzmiał w jej głowie niczym wyrok.
Gdyby go złamała… wystąpiłaby przeciwko Gwiezdnym. A to oznaczało jedno: po śmierci trafiłaby do Mrocznej Puszczy. Za zabicie. Za zgaszenie niewinnego życia. Czyn tak haniebny, tak sprzeczny z jej moralnością, z jej sercem, które teraz biło zdecydowanie za szybko. Miała wrażenie, że zaraz rozsadzi jej żyły. Przełknęła ślinę. I wtedy poczuła ostry ból. Cofnęła się instynktownie, sycząc. Spojrzała na łapę, dostrzegła ślad ugryzienia. Nie było głębokie, ale piekło dotkliwie. Samotnik strzepnął ogonem i, korzystając z jej zawahania, znów rzucił się do ucieczki. Pietruszkowa Błyskawica ruszyła za nim. Była szybsza. Gdy kocur tylko obejrzał się przez ramię, zobaczył już jej pazury, które rozdarły jego pysk. Zachwiał się i runął na ziemię, uderzając pyskiem o trawę. Wojowniczka dopadła go w jednej chwili, przygniatając do ziemi i wyszczerzając kły.
— Nie! Proszę! Proszę, pozwól mi odejść! Pozwól mi… — nie dokończył.
Wojowniczka wbiła w niego zęby. Zaciskała szczęki coraz mocniej, przebijając się przez zewnętrzne warstwy skóry, potem przez mizerne mięśnie, aż w końcu dotarła do żył na jego szyi. W desperacji kocur zebrał resztki sił i wbił pazury głęboko w jej policzek. Z całą mocą rozdarł skórę, pozostawiając głęboką, palącą ranę. Korzystając z chwilowego oszołomienia kocicy, zadał jej jeszcze kilka chaotycznych ciosów. Szybko jednak opadł z sił. Krew sącząca się z jego szyi zaczęła wypływać z pyska i nozdrzy, zalewając trawę pod nim. Każdy oddech był coraz płytszy, coraz słabszy. Mimo to poruszył się jeszcze. Powoli, z trudem, zaczął pełznąć w stronę pobliskich krzewów. Upadł na bok, wyciągając przed siebie łapę, jakby resztkami życia próbował dosięgnąć czegoś, o czym nikt poza nim nie miał pojęcia. Może gdyby Pietruszkowa Błyskawica nie była tak zaślepiona własnym żalem i rozpaczą, zastanowiłaby się, dlaczego tak uporczywie zerkał właśnie tam. Podeszła do niego z szokiem w oczach. Dyszała ciężko, nie z fizycznego wysiłku, lecz z powodu psychicznego ciężaru tego, co zrobiła. Czuła się, jakby zdradziła samą siebie. Dokonała czynu, za który bez wahania ukarałaby każdego innego kota.
Dotknęła łapą ciała nieznajomego. W jednej chwili coś w niej pękło. Zawyła, krótko, rozpaczliwie, jak zwierzę śmiertelnie ranne. Przybliżyła głowę do jego brzucha, jakby wciąż miała nadzieję wyczuć choć cień życia.
— Tak mi przykro… Błagam, wybacz mi. Co ja uczyniłam? Co ja uczyniłam?! — łkała, dławiąc się własnym głosem, łzami i krwią, która z rozszarpanego policzka spływała do kącików pyska.
Cała drżąca, z trudem zaciągnęła jego ciało na skraj lasu. Każdy ruch sprawiał ból, lecz nie ten fizyczny był najgorszy. Tam, w ciszy między drzewami, zaczęła grzebać ciało. Przysypała go leśną ściółką, wilgotną glebą, a na wierzchu ułożyła pachnące kwiaty, jedyne, co mogła mu jeszcze ofiarować. Stała nad prowizorycznym grobem, a jej krzyk pozostawał uwięziony w środku. Nienawidziła siebie. Nienawidziła tego, co zrobiła. Jak mogła dopuścić się czegoś takiego? Jak mogła stać się tak obrzydliwą bestią? A wszystko to… wszystko wydarzyło się z powodu miłości. Bo przecież Pietruszkowa Błyskawica dla miłości i rodziny była w stanie zrobić wszystko. Wszystko. Nigdy jednak nie przypuszczała, że owe „wszystko” będzie oznaczało właśnie to. Zatoczyła się na łapach. Jeszcze raz spojrzała na miejsce, w którym spoczywało ciało samotnika, po czym, lekko utykając, ruszyła w stronę obozu. Każdy krok oddalał ją od grobu, lecz żaden nie oddalał jej od winy.

•·.··.·•

Gdy tylko stanęła u wejścia do jaskini, jej pobratymcy natychmiast wyczuli zapach krwi. Uniosły się głowy, a spojrzenia skierowały w stronę woni, która wdarła się do obozu niczym ostrzeżenie. Pietruszka, kulejąc, weszła głębiej do jaskini. W tej samej chwili podbiegła do niej Wieczne Zaćmienie.
— Pietruszko! — krzyknęła rozpaczliwie.
Dotknęła łapą jej zakrwawionego policzka, a w jej oczach natychmiast pojawił się strach. Zaraz potem wokół nich zebrał się niemal cały obóz, wojownicy, starszyzna, uczniowie. Szept i niepokój rozlały się po jaskini jak fala.
— Co się stało?! Pietruszko, powiedz coś! — łkała Wieczne Zaćmienie, zupełnie nie rozumiejąc, co mogło doprowadzić do takiego stanu jej ukochaną.
Zamieszanie nie umknęło uwadze Judaszowcowej Gwiazdy ani Pikującej Jaskółki, którzy szybko przepchnęli się przez tłum. Nie zdołali jednak odsunąć od kocicy jej ukochanej ani córek, które przywarły do boków matki, jakby bały się ją stracić. Zalana pytaniami Pietruszka w końcu ciężko osiadła na ziemi. Jej rany natychmiast zaczęła opatrywać Jagnięca Łapa.
— Zabiłam go… — wyszeptała tak cicho, że nawet Wieczne Zaćmienie, stojąca tuż przy niej, nie dosłyszała tych słów.
— Powtórz — zażądała Judaszowcowa Gwiazda, robiąc krok do przodu.
W jaskini zapadła absolutna cisza. Nikt nie śmiał nawet oddychać, by nie zakłócić tego, co miała powiedzieć wojowniczka.
— Samotnik wykradał nasze jedzenie — zaczęła drżącym głosem. — Chciałam go tylko przegonić. On… on nie odpuszczał. Nie zważał na nic, nawet na swoją słabą kondycję. Ja nie chciałam go zabić. Naprawdę nie chciałam… — załkała i wcisnęła pysk w futro Wiecznego Zaćmienia.
Partnerka liznęła ją delikatnie po uszach, próbując ją uspokoić. Reszta klanu jakby natychmiast się rozluźniła. W ich oczach zabicie nieustępliwego samotnika było czymś, co wojownik powinien zrobić w obronie terytorium. Pietruszka nie była jednak w stanie spojrzeć nikomu w oczy. Bała się, że ktoś dostrzeże prawdę, nie w słowach, lecz w niej samej. Bo kłamstwo było tylko werbalne. Jej emocje były prawdziwe. Zaprowadzona przez ukochaną do legowiska medyka, niemal od razu opadła na posłanie, pozwalając medykom zająć się jej ranami. Jej córki otoczyły ją ze wszystkich stron, szepcząc słowa pocieszenia, próbując dodać jej otuchy. Tylko Wieczne Zaćmienie nie odrywała od niej wzroku. Jej żółte ślepia wpatrywały się w Pietruszkę uważnie, przenikliwie. Ona wiedziała. Wiedziała, że jej partnerka kłamała.




20 grudnia 2025

Od Pietruszkowej Błyskawicy do Jagnięcej Łapy

Odkąd Pietruszkowa Błyskawica i Wieczne Zaćmienie uznały się za parę, życie zdawało się lżejsze. Choć właściwie trudno było nazwać to ogłoszeniem — po prostu przestały się ukrywać ze swoimi uczuciami. Jadły razem każdy posiłek, myły sobie nawzajem futra i często wychodziły na wspólne spacery, niespieszne i ciche, jakby chciały nacieszyć się każdą chwilą. Życie wreszcie biegło po właściwych torach. Pietruszka mogła to wręcz poczuć — jak miękką trawę pod łapami, puchatą i niemal nierealną. Towarzyszyło temu ciepło rozlewające się po całym ciele; nie był to jednak upał, lecz uczucie podobne do zasypiania pod najprzyjemniejszym kocykiem na świecie. Mimo to niewiele się w niej zmieniło. Uśmiech wciąż gościł na jej pysku, podobnie jak dobroduszność i skłonność do nazywania rodziną każdego bliższego przyjaciela. Nie zmieniła się również jej codzienna rutyna — polowała i patrolowała granice tak często, jak tylko mogła. Chętnie udzielała rad młodszym kotom, ale i sama nie wahała się prosić o wskazówki starszych. Czuła jednak, że nie jest już taka młoda. Czasem zdawało jej się, że na pyszczku pojawiają się siwe włoski, choć następnego dnia znikały bez śladu. Nie była jeszcze stara, ale życie dzikiego kota dawało jej w kość. Najbardziej odczuwał to jej umysł. Myślała o śmierci. Każdego dnia — choćby przez chwilę. Zastanawiała się, jakie to uczucie i w jaki sposób sama zginie: czy dopadnie ją starość, czy pazury wroga. To jednak nie było jej największe zmartwienie. Nie martwiło jej, jak ani kiedy umrze, lecz gdzie trafi po śmierci. Jej ukochana zapewne zostanie zesłana do Miejsca bez Gwiazd. A Pietruszka? Prawdopodobnie, mimo łamania kodeksu medyka, dostąpi tego „zaszczytu”, by spędzić wieczność u boku Gwiezdnych Przodków — tych samych, których od paru księżyców nie potrafiła już znieść. Nie miłowała ich jak dawniej. Tak samo unikała jaskini medyków, odkąd jej ukochana została z niej wyrzucona. Teraz jednak coś się zmieniło. A raczej — ktoś. Jej przyjaciółka Jagienka dostąpiła zaszczytu i została uczennicą medyka, przyjmując imię Jagnięcej Łapy. Pietruszka nie miała jeszcze okazji jej pogratulować, a nie mogła przecież przepuścić takiej chwili. Okazja nadarzyła się wtedy, gdy Wieczne Zaćmienie znów miała problemy ze snem. Czasami odstawiała nasiona maku, twierdząc, że jest już lepiej i poradzi sobie bez nich. Nigdy jednak jej stan się nie poprawiał. Pietruszka stała teraz nad nią, gdy ta leżała na posłaniu w jaskini uzdrowicieli. Widziała, jak bardzo Zaćmienie się stresuje — nie chciała tu być, nie po tym wszystkim, co się wydarzyło. Pietruszka delikatnie lizała ją po głowie, próbując ją uspokoić. Wtedy z zakamarka jaskini wyłoniła się mała, rudo-srebrna kulka. Jagnięca Łapa spojrzała na obie kotki, a gdy jej wzrok spoczął na Pietruszce, jej pyszczek rozjaśnił się delikatnym uśmiechem.
— Witajcie — wyszeptała lekko drżącym głosem, podchodząc bliżej i spoglądając na nie pytająco.
— Jagnięca Łapo! — miauknęła radośnie Pietruszka, lecz zanim zdążyła dodać cokolwiek więcej, zaraz dopowiedziała ciszej: — Nasiona maku. Zaćmienie znów nie może spać — wymruczała tonem niemal matczynym, jakby opisywała chorobę własnego kocięcia.
Szylkretowa jedynie odwróciła wzrok.
— Jasne, już przyniosę — odparła krótko uczennica medyka, po czym sięgnęła do magazynku i położyła nasiona obok chorej.
Wieczne Zaćmienie zjadła je niemal natychmiast, po czym wstała i skierowała się ku wyjściu. Na moment odwróciła głowę i spojrzała przez ramię na swoją ukochaną.
— Zostanę jeszcze chwilę. Możesz położyć się w moim legowisku — wymruczała czule.
Pietruszka patrzyła, jak jej partnerka powoli znika w mroku obozu. Gdy została sama z Jagnięcą Łapą, odwróciła się do niej.
— Gratuluję ci zostania medyczką. Zasłużyłaś na to — powiedziała ciepło. — I pamiętaj, jeśli ktoś będzie ci dokuczał, powiedz mi. Ja mu wtedy powiem co nieco — dodała z lekkim śmiechem, kładąc ogon na barkach mniejszej kotki.
Jagnięca Łapa uśmiechnęła się nieznacznie.
— Dziękuję. Ta rola mnie stresuje, ale mam nadzieję, że chociaż połowa klanu mnie zaakceptuje — mruknęła cicho, zapraszając Pietruszkę głębiej do jaskini.
— A jak ty się czujesz? — zapytała Pietruszka szeptem, spuszczając lekko głowę w geście przeprosin. — Nie rozmawiałyśmy odkąd… odkąd zostałaś więźniem.
<Jagienko?>
Wyleczeni: Wieczne Zaćmienie

30 listopada 2025

Od Pietruszkowej Błyskawicy

Śnieg topniał zaskakująco szybko. Wystarczyło zaledwie kilka dni, by zmienił się w ciężkie, mokre kałuże, a potem całkowicie wsiąknął w głodną wody ziemię. Rośliny budziły się do życia, jakby gdzieś im się spieszyło. Chciwie łapały pierwsze, wiosenne promienie słońca, które przebijały się przez coraz jaśniejsze niebo. Zwierzyna również nie próżnowała. Wiewiórki zaczynały wiosenne porządki w swoich dziuplach, wyciągając spod liści zapomniane orzechy. Zające i króliki leniwie kicały po łąkach, rozkoszując się świeżą trawą, a ptaki wracały z długiej podróży, krążąc nad dobrze znanymi terenami i nawołując się radośnie. W ciągu chwili świat zmienił swoje barwy; z szarych, ospałych i przygnębiających w jasne, żywe, nasycone świeżością. Natura zdawała się gdzieś gnać. Czy było to zwykłe zniecierpliwienie po długiej zimie, czy może przestroga, niezrozumiały sygnał dla kotów? Świat wyglądał niczym z bajki Disneya — przesłodzony, zbyt spokojny, niepokojąco radosny. Niektórzy patrzyli na to z lękiem, inni natomiast zaczynali już korzystać z nadmiaru piękna i ciepła. Pietruszkowa Błyskawica planowała ten dzień od dawna. Mimo wszystkich przeciwności wreszcie udało jej się przygotować idealne miejsce na wyjątkową okazję. Tego dnia na niebie nie było ani jednej chmurki, a wiatr ucichł całkowicie — nic nie mogło popsuć jej planów. O świcie wymknęła się z jaskini i upolowała sporego zająca, który, sądząc po tuszy, wyjątkowo dobrze przeżył zimę. Ukryła go blisko Kaczego Bajorka. Znalazła też sporo przebiśniegów oraz innych wczesnowiosennych kwiatów, a z własnego magazynku skarbów wybrała najpiękniejsze piórka, owady i kamienie. Wszystko starannie ułożyła w kryjówce przy wspomnianym miejscu. Kiedy słońce wybiło południe, była gotowa. Z lśniącym futerkiem, starannie wygładzonym ze stresu i oczekiwania, rozejrzała się po obozie. Szybko dostrzegła Wieczne Zaćmienie — kotka siedziała obok swojej matki. Pietruszka poczuła, jak żołądek ściska jej się nerwowo, a ogon mimowolnie drży. Z każdym krokiem, jaki stawiała w ich kierunku, stres coraz mocniej pochłaniał jej myśli. Nie mogła uwierzyć, że to się naprawdę dzieje, że w końcu będą mogły pozwolić swojej miłości wyjść spod śniegu. Stanęła przed ukochaną i jej rodzicielką z lekko drżącymi łapami. Kotki spojrzały na nią od razu — na ich pyskach malowało się niemal identyczne zdziwienie.
— Bożodrzewny Kaprysie, czy mogłabym porwać twoją córkę na spotkanie? — zapytała Pietruszka dość oficjalnie. Lekko drgnęła, niepewna, czy ton rzeczywiście był odpowiedni. Biała, starsza kocica trwała przez moment w ciszy, jakby analizowała całą sytuację. W końcu skinęła łbem. Wieczne Zaćmienie poderwała się od razu. Jej wąsy drżały ze stresu, a w oczach pobłyskiwała niepewność. Nie wiedziała, co się dzieje, a dziwnie oficjalny ton partnerki wydawał jej się naprawdę niepokojący. Kotki wyszły z obozu, idąc bok w bok w gęstej, znaczącej ciszy. Gdy tylko wspięły się na zbocze i znalazły na rozległych, wiosennych łąkach, medyczka lekko odchrząknęła…
— Coś się stało? — zapytała łagodnie, bo doskonale potrafiła odczytać każdy najmniejszy drgający mięsień na pysku ukochanej.
— Nie! — odkrzyknęła Pietruszka aż zbyt gwałtownie. Po chwili jednak, jakby speszona własną reakcją, dodała szybko:
— Nie, nic… jeszcze. — Zamruczała, nie potrafiąc powstrzymać ekscytacji, która wibrowała jej w głosie.
Przyspieszyła krok, a jej ciało drżało jak liść na wietrze. W głowie kłębiły się pytania, które paliły ją od środka: Czy Wiecznemu Zaćmieniu to się spodoba? Może to jednak za dużo? Może powinnam przygotować coś skromniejszego? A jeśli… odmówi? Nie — nie mogła tak myśleć. To nie było w stylu Zaćmienia. A jednak stres i te ciche, natrętne obawy nie odpuszczały. Dopiero spojrzenie na piórko od Niedźwiedziej Siły, przymocowane do futra przy ramieniu, dodało jej odwagi. W końcu dotarły nad Kacze Bajoro. Panowała tam niemal magiczna cisza, przerywana jedynie cichym cykaniem koników polnych i subtelnym szeptem wiatru przesuwającego się po trawie. Woda w bajorku lśniła jak tafla błękitu, odbijając jasne niebo i gęste kępy trzcin. Wieczne Zaćmienie zrobiła krok naprzód, chcąc podejść bliżej, lecz Pietruszka natychmiast zastąpiła jej drogę.
— Zamknij oczy! — miauknęła szybko, nie mogąc powstrzymać drżących łap, które aż podskakiwały z podekscytowania.
Szylkretowa kotka zamrugała zaskoczona, ale w końcu posłusznie przymknęła powieki, jej wąsy poruszyły się niepewnie.
Wojowniczka natychmiast skoczyła do pobliskiego krzewu i wyciągnęła spod niego dużego królika, którego wcześniej starannie przygotowała. Ułożyła go w estetycznej pozie, tak, by wyglądał jak dar, nie jak zwykła zdobycz. Potem zaczęła wyjmować wszystkie prezenty, które zgromadziła: błyszczące piórka, połyskujące owadzie skrzydełka, pachnące kwiaty, kolorowe kamienie. Uważnie rozłożyła je na miękkiej trawie.
— Okej, możesz otworzyć! — zamruczała z wyraźnym podekscytowaniem, siadając miękko na ziemi.
Wieczne Zaćmienie podążyła za poleceniem. Otworzyła oczy i od razu rozchyliła lekko pysk w zachwycie. Podeszła bliżej, wolno, jakby bała się, że zbyt szybki ruch mógłby zniszczyć tę delikatną, niemal świętą chwilę. Badała oczami całe otoczenie — kolory, zapachy, układ darów, uśmiech Pietruszki. Usiadła przed Pietruszkową Błyskawicą, jej spojrzenie było miękkie, lecz zarazem przytłoczone wzruszeniem.
— To naprawdę piękne… Nie musiałaś — wymruczała, lekko zmieszana faktem, że sama niczego nie przygotowała.
— Musiałam! — odparła Pietruszka bez wahania. — Bo… kocham cię!
Jej głos zadrżał, ale nie z lęku — z prawdziwego, gorącego uczucia, które wreszcie mogła wypowiedzieć na głos.
— Od tak wielu księżyców dajesz mi szczęście swoją miłością. Każdego dnia, gdy mogę na ciebie patrzeć, uśmiecham się. A kiedy widzę, że ci smutno… mnie też boli serce. Straciłaś rolę medyczki — co jest niesprawiedliwe — ale może to znak. Może to okazja, byśmy w końcu mogły być razem tak, jak inni mogli od dawna: bez ukrywania się, bez kłamania. Bo kiedy musiałam udawać, że nikogo nie mam, czułam się okropnie.
Wyprostowała się dumnie, a jej oczy zabłysły determinacją.
— A teraz nic nam nie stoi na drodze. A jeśli ktoś będzie gadał, to niech gada! Oby zakrztusił się królikiem! — prychnęła bojowo.
Zaćmienie przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu. Jej wzrok stopniowo miękł, aż w końcu opadł, jakby nosił w sobie zbyt wiele emocji naraz.
— Ja też cię kocham. Bardzo. I tak długo na to czekałam… na możliwość bycia z tobą w każdej chwili mojego życia.
Pietruszka drgnęła, po czym delikatnie ujęła ją za łapę. Ich futra zetknęły się, a wiosenny wiatr otulił je jak błogosławieństwo.
— A więc… Wieczne Zaćmienie, czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją wieczną miłością? — zaczęła Pietruszka, a jej głos drżał niczym struna poruszona wiatrem. — Choćby mróz, deszcz i słońce. W chorobie i w zdrowiu. W łzach i w śmiechu. Czy będziesz trwać u mego boku, nawet jeśli nasze drogi ponownie zaprowadzą nas tam, gdzie nie dociera blask księżyca?
Szylkretowa kocica uniosła drżącą łapę i otarła łzę, która spłynęła jej po policzku. Kropla połyskiwała na futrze jak maleńki kryształ.
— Tak. Będę tu dla ciebie — w każdym momencie. — Jej głos był cichy, lecz niosła go pewność, której nie można było podważyć. — Obiecuję ci, że nic nas nie rozdzieli. Ani ulewa, ani śnieg, ani upał. Ani żywi… ani martwi. Przetrwałyśmy tak wiele, więc nasze uczucie jest nierozerwalne. Nie opiera się na kociętach, nie opiera się na obowiązku. Było czymś niezgodnym, zakazanym… a mimo to przetrwało — i trwać będzie. Obiecuję ci to.
Kotki spojrzały sobie głęboko w oczy. W ich spojrzeniach odbijały się lata bólu, strachu, tęsknoty, a teraz — wreszcie — czysta radość i nadzieja. Ich serca zabiły szybciej, tak samo jak wtedy, gdy były młodymi uczennicami, drżącymi przed wolą przodków. A jednak teraz w ich piersiach nie było nawet cienia strachu. Była tylko miłość — pewna, dojrzała i nieodwracalna. Przetrwały już tyle, że nawet śmierć nie mogła ich rozdzielić. Pietruszkowa Błyskawica wiedziała to aż zbyt dobrze. Dopilnuje tego. Dopilnuje, by trafić tam, gdzie jej ukochana, choćby miała sprzeciwić się wszystkiemu, w co dotąd wierzyła. Choćby miała dopuścić się najgorszych czynów. Choćby miała złamać każdy kodeks klanu i każdą zasadę sumienia. Nie pozwoli, by po tym wszystkim cokolwiek je rozdzieliło. Nigdy.

10 listopada 2025

Od Pietruszkowej Błyskawicy

Przeszłość, dni między końcem lata a początkiem jesieni

Granatowy nieboskłon rozciągał się niczym jedwabne prześcieradło na bezkresnym łożu świata. Usiany był drobnymi, białymi punkcikami; jedne migotały ledwie, inne jarzyły się niczym rozpalone iskry. Lecz najważniejszy spośród nich był ten, który lśnił najjaśniej; pan niebios, srebrzysty strażnik nocy. Księżyc. Wielki, a przecie tak odległy. Istoty ziemskie mogły jedynie spoglądać ku niemu z dołu, widzieć jego fragmenty, marzyć o dotknięciu jego szorstkiej, zimnej powierzchni. Lecz były to tylko sny głupiutkich kociąt, których łapy nigdy nie sięgną gwiazd. Gdy wzrok zsunął się z nieba ku ziemi, serce na nowo zamarło. Łąki, skąpane w srebrzystym blasku księżyca, falowały miękko, poruszane delikatnym tchnieniem wiatru. Trawy szeptały coś do siebie, jakby dzieliły się sekretami nocy. A pomiędzy nimi przemknął cień; zając, a może drobna mysz? Nie miało to znaczenia. Nad ich drobnymi sylwetkami wirowały świetliki, tańczące w rytm cichego wiatru; gwiazdy ziemi, tak bliskie, a tak niedoceniane. Rzadko kto mógł ujrzeć ich blask, bo pojawiały się tylko w określonym czasie. Ci, którym dane było je zobaczyć, nigdy nie zapominali tego widoku. Pragnęli znów ujrzeć to tańczące światło, niby senną obietnicę. Lecz spokój łąki przerwał nagły, ledwie słyszalny trzepot skrzydeł. Sowa przecięła powietrze niczym cień myśli i wylądowała na starej gałęzi z ofiarą w szponach. Chwilę później wiatr wzmógł się gwałtownie — nienaturalnie, jakby poruszony gniewem kogoś niewidzialnego. Niósł ze sobą ciężkie, ciemne chmury, które powoli zakrywały pana niebios. Powietrze zgęstniało, przyciskając trawy i gasząc blask świetlików. Wicher zatoczył krąg nad łąką, porwał sowę i trzasnął o gałęzie lasu. Cień, co go prowadził, wzbił się ku niebu i runął w ciemność drzew. Pędził między pniami, smagany wiatrem, jakby śpieszył się, jakby nie miał czasu. Zwolnił dopiero, gdy dotarł pod wodospad. Za srebrzystą ścianą spienionej wody kryła się jaskinia — miejsce dawno zapomniane, a przecież tak dobrze znane. Tej nocy coś w niej drżało, coś ożywało, choć pozostało martwe. Z chłodem i milczeniem kroczyło ku żywym, szukając ofiary.
W głębi jaskini, na półce skalnej, leżała kotka o czekoladowym futrze. Zwykle drgało ono od radości, teraz jednak dygotało z niepokoju. Przewracała się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Jak mogła spać Pietruszkowa Błyskawica, skoro w jej sercu szumiały wspomnienia rozmowy, która zmroziła krew w żyłach? Wciąż widziała pysk Wiecznego Zaćmienia, słyszała jej głos; cichy, a jednak rozrywający duszę: „Zabiłam.”
Słowo to odbijało się w jej głowie niczym krople deszczu o metalową rynnę. Czy mogła coś zrobić? Czy było już za późno? A może właśnie teraz nadarzała się ostatnia szansa, by odmienić bieg tej rzeki — postawić kamień, bądź zburzyć tamę? Nagle poczuła, że coś na nią patrzy. Zawsze miała dobre przeczucie; wyczuwała spojrzenia, nawet gdy były skryte w cieniu. Teraz jednak to uczucie było inne, głębsze, jakby samo powietrze zadrżało. Odwróciła pysk ku zejściu z półki. Stał tam ktoś… a może raczej coś. Wysoki niczym dąb, o sierści brązowej jak jesienne liście, kocur zdawał się nie z tego świata. Jego ciało było półprzezroczyste — wśród mgły, z której się składał, można było dostrzec kształty skał za nim. Oczy miał ciemne, pozbawione życia, jakby gasły w nieskończoności. Pietruszkowa Błyskawica cofnęła łapę, niepewna, czy ma do czynienia z żywym stworzeniem, czy ze snem. Niósł ze sobą zapach Betonowej Dżungli — ostry, duszący, obcy w tym miejscu.
— To był mój dom... — zaczął, chociaż jego pysk nie otworzył się nawet na długość robaka. — Żyłem tu, służyłem... Kochałem... Ale odszedłem, gdyż miłość moja została wyrzucona niczym resztki posiłku, a ja wraz z nią... Tęskno mi... Ona zapewne świeci na niebie…
Wojowniczka postawiła uszy na sztorc, a futro — muśnięte jakby iskrą elektryczności — wystrzeliło do góry. Głos nieznajomego brzmiał jak wiatr hulający w pustych jaskiniach, a chłód bijący od jego ciała mroził krew w żyłach. Z jego nozdrzy unosił się ledwo widoczny dym, cieniutki jak pajęcza nić, zanikający w powietrzu. Zdawało się jednak, że zjawa nawet go nie dostrzega. Pietruszkowa Błyskawica nie była pewna, czy to, co widzi, jest senną fatamorganą, czy też prawdą — namacalną jak mech, na którym leżała, i kamień, który chłodził jej łapy. Zjawa wypalała w niej dziurę swym ciężkim spojrzeniem, jakby zaglądała aż do samego serca. Czekoladowa kotka powoli uniosła się na łapy. W jej postawie nie było już strachu — jedynie napięcie, gotowość. Każdy mięsień drżał z determinacji. Nie zamierzała pozwolić, by coś nieznanego skrzywdziło śpiących pobratymców. Wysunęła łapę do przodu i lekko warknęła, dźwięk ten odbił się echem po ścianach jaskini. Duch jednak nie drgnął. Jego spojrzenie wciąż było puste, nieporuszone, jakby zawieszone pomiędzy światem a nicością. Lecz w chwili, gdy z pobliskiego gniazda uniósł łeb czarny kocur, zjawa rozpłynęła się w powietrzu — razem z echem jego głosu.
— Pietruszko? — mruknął Mysi Postrach, przecierając błękitne oczy łapą. — Coś nie tak? — zapytał, unosząc wzrok i prostując się, gotów do walki, gdy tylko dostrzegł bojową postawę przyjaciółki.
Kotka rzuciła mu krótkie spojrzenie, po czym odwróciła się w stronę, gdzie przed chwilą stała zjawa. Nie było po niej śladu — jedynie powietrze wciąż przesycone było zapachem metalu i płonącej gumy. Twardy, duszący aromat, który nie pasował do zapachu lasu, do miękkiej woni mchu i rosy. Pietruszkowa Błyskawica zacisnęła szczęki, czując, jak dym szczypie ją w płuca. Wiedziała, że to nie koniec. Ten zapach był obietnicą powrotu. Jej spojrzenie zmiękło, gdy zerknęła na młodszego kocura. Cofnęła się powoli i ułożyła znów na swoim posłaniu, z udawanym spokojem.
— Koszmar — wymamrotała, czując, jak drapie ją w gardle. Kaszel cisnął się do pyska, lecz powstrzymała go, oparła głowę na łapach. Udawała, że zasypia. Jeszcze przez chwilę czuła na sobie wzrok Mysiego Postrachu; czujny, zaniepokojony. Potem usłyszała tylko jego ciche westchnienie i szelest, gdy zwijał się w ciasny kłębek. Cisza powróciła, ale nie była to cisza spokojna. W powietrzu wciąż unosiło się coś nieuchwytnego; jakby echo tamtego głosu, zrodzonego z żalu. Czy dobrze zrobiła, strosząc sierść przed zjawą? Może powinna była jej wysłuchać? Nigdy wcześniej nie miała do czynienia z duchami. A jednak, czuła to w głębi serca, on jeszcze wróci. Nie była to nadzieja. Raczej pewność.

.ೃ࿐🌑࿐.ೃ

Granat nocy ustąpił pod naporem płomiennych barw świtu. Niebo, dotąd głębokie i ciężkie jak aksamit, rozjaśniło się do odcienia poranka; błękitu czystego niczym ocean, który rozlał się wysoko nad głowami. Po jego powierzchni płynęły białe obłoczki, lekkie jak morska piana, gnane przez wiatr ku dalekiemu horyzontowi. Nocni łowcy od dawna już spoczywali w swych norach. Ich czas minął — teraz to słabsi mogli znów wyjść spod kryjówek i odetchnąć światłem dnia. Mysz i zając kicały po łąkach, nieśpiesznie skubiąc młodą trawę. Lecz nawet w tej pozornej sielance uszy pozostawały czujne, drgające przy każdym szmerze. A jednak młody zając nie słuchał ostrzeżeń matki. Zbyt ufny, zbyt młody, by rozumieć niebezpieczeństwo, zbyt głupi, by drżeć przed cieniem. Nagle, świst. Poruszenie traw. Wszystko w rytmie, który zdawał się tańczyć z wiatrem i chmurami. Zając uniósł łeb z opóźnieniem, jakby zrozumiał dopiero teraz, że ziemia pod nim drży od cichych kroków. Za późno. Już serce zwolniło, oddech zgasł. Znad oceanu traw wyłoniła się czekoladowa kotka. W złotym blasku słońca jej futro lśniło jak rozgrzana miedź. Z dumą uniosła łeb, trzymając w zębach bezwładne ciało głupiego zająca. Uszy zastrzygły, a spojrzenie pomarańczowych oczu przesunęło się po horyzoncie. Cisza. Bezpiecznie. Nagle coś uderzyło w nią z boku — rudo-cynamonowa kula futra wtoczyła się w jej bok z dzikim okrzykiem. Obie kotki przeturlały się po trawie, zostawiając ciało ofiary daleko za sobą. Trawy gięły się i prostowały niczym fale pod naporem wiatru, aż w końcu zatrzymały się, leżąc brzuchami ku niebu, dysząc i parskając ze śmiechu.
— Przepiórko, powinnaś polować — wymruczała z czułością Pietruszkowa Błyskawica, przekręcając się na brzuch i liznęła córkę po policzku kilka razy.
— Poluję! — zaśmiała się Przepiórcza Wichura, unikając matczynego języka. — Nie sprecyzowałaś tylko, czy chodzi o zwierzynę, czy o koty!
Starsza kocica zaśmiała się cicho, obserwując, jak córka beztrosko tarza się w trawie, a promienie słońca igrają na jej rudym futrze. Jednak spokój nie trwał długo. Spojrzenie Pietruszkowej Błyskawicy znieruchomiało. Pomarańczowe oczy przestały śledzić córkę, kierując się w głąb zielonego oceanu traw. Tam, między drzewami, w cieniu mchów i paproci, coś stało. Zjawa. Znów ona. Ciemna sylwetka majaczyła pośród pni, nieruchoma, a jednak czujna. Wpatrywała się w wojowniczkę jak drapieżnik w ofiarę. Futro Pietruszkowej Błyskawicy uniosło się lekko, ogon drgnął, a nozdrza zadrżały. Wiatr uderzył w duchową postać, rozdzierając ją niczym dym, aż zniknęła w gęstwinie.
— Coś nie tak, mamo? — zapytała Przepiórcza Wichura, prostując się i bacznie lustrując teren. W powietrzu nie czuła niczego niezwykłego. Żadnego zapachu, który mógłby ją zaniepokoić. Żadnego śladu zimna, które przeszyło jej matkę do szpiku.
— Wszystko dobrze — odparła Pietruszkowa Błyskawica, z pozornym spokojem. — Zabierz zająca do obozu. Ja… pójdę jeszcze do lasu.
Jej głos był cichy, ale zdecydowany. Wąsy drgały lekko, zdradzając napięcie, którego nie potrafiła ukryć. Pochyliła się i liznęła córkę po głowie na pożegnanie. Przepiórcza Wichura obserwowała, jak matka rusza szybkim kłusem ku lasowi. Jej sylwetka znikała powoli pośród traw, aż w końcu rozpłynęła się w cieniu drzew. Wiatr cichł, jakby czekał. A w powietrzu, w miejscu, gdzie przed chwilą stała zjawa, unosił się wciąż ten sam zapach; metaliczny, duszący, nie z tego świata.
Przedzierała się przez gęste zarośla, tropiąc ślad, który tylko ona potrafiła wyczuć. Zapach Betonowej Dżungli był jak rana w powietrzu; obcy, ciężki, nienaturalny. Żadne inne stworzenie go nie czuło; ptaki śpiewały, rośliny trwały w spokoju, wiatr niósł zapach lasu. Tylko w jej sercu panował niepokój. Szła dalej, nasłuchując, węsząc, szukając śladów na ziemi — połamanych gałązek, wgniecionych źdźbeł, czegokolwiek, co wskazywałoby, że nie śni. Lecz wokół panowała cisza. Tylko ten zapach… coraz intensywniejszy, coraz bliższy. Prowadził ją w głąb lasu, tam, gdzie słońce nie śmiało sięgnąć nawet jednym promieniem. Cienie gęstniały, stając się niemal materialne. Pietruszkowej Błyskawicy zdawało się to niemożliwe, a jednak — była w części lasu, której łapy jej nigdy wcześniej nie tknęły. Nie było tu ścieżek, nie było znajomych zapachów. Trawy rosły wysokie, splątane niczym sieć. Wiatr milczał. Dawno nikt tu nie był. Rozsunęła łapą źdźbła traw i… serce podskoczyło jej do gardła. Futro stanęło dęba, a ona sama odskoczyła w tył jak spłoszony zając. Przed nią stał on. Zjawa. Te same puste oczy, ta sama masywna sylwetka. Futro miał brązowe jak kora dębu, lecz ciało przeświecało, jakby utkane było z mgły. Wydawał się namacalny, a jednak żaden żywy nie mógłby go dotknąć. Pietruszkowa Błyskawica poczuła, jak ciężar spojrzenia ducha przygniata jej pierś. To nie było spojrzenie wroga — raczej kogoś, kto od wieków dźwigał żal zbyt głęboki, by słowa mogły go unieść. Kotka czuła, jak w gardle rosną jej kamienie, jak żołądek ściska lodowata łapa. Cofnęła się o krok i spuściła wzrok, niezdolna wytrzymać ciężaru tej ciszy. Las wstrzymał oddech. Nawet powietrze zdawało się stać. Jedynie zapach Betonowej Dżungli sączył się w nozdrza, dławiony, lepki, nieznośny.
— Kim… — zdołała wydusić, lecz jej głos zginął wśród drzew. Głos zjawy był jak uderzenie w samo serce, głęboki i donośny, niosący się echem pośród konarów:
— Zwano mnie Niedźwiedzią Siłą. Pośród onych drzew i bestii dzikich bytowałem. Wszelako odszedłem z miłością mą świętą, która teraz między gwiazdami przebywa. Jam tu pozostał; niemy, w ziemi tej jak korzeń utkwiły. Ciężkać dola moja, przeto ratunku błagam, bo dusza ma w ogniu się roztapia i lekarstwa na mękę swą pragnie.
Słowa odbijały się w głowie Pietruszkowej Błyskawicy niczym echa dawno zgasłego grzmotu. Rozumiała sens, a jednak brzmiały obco, jakby wypowiedziane przez mgłę. Czyżby zjawa pochodziła z dalekich stron? A może to śmierć zmienia mowę tak, że żywi z trudem ją pojmują? „Pomieszkiwałem pośród drzew tych…” – powtarzała w myślach, z trudem układając w całość starodawne brzmienie jego słów. Klan Klifu… tak mówił. A więc był jednym z nich? Wojownikiem, który zginął dawno temu? Pietruszkowa Błyskawica spuściła wzrok na swoje łapy, chłodne i drżące. W głowie kłębiły się myśli. Ratunek. Lekarstwo. Bez względu na to, kim był, wiedziała jedno — jeśli ktoś błaga o pomoc, nie można odmówić. Nawet jeśli prosi o nią ten, którego serce już nie bije.
Cisza pomiędzy nimi gęstniała, a powietrze zdawało się drżeć. Wokół wiatr szarpał liście, jakby sam las nasłuchiwał rozmowy, której nikt z żywych słyszeć nie powinien. Pietruszkowa Błyskawica wzięła głęboki wdech, starając się, by głos jej nie zadrżał.
— Ja… — zaczęła ostrożnie. — Nazywam się Pietruszkowa Błyskawica. Jestem wojowniczką Klanu Klifu. A ty… jeśli mogę spytać… — jej uszy drgnęły — …nie żyjesz, prawda?
Zjawa uniosła łeb, a jego oczy zapłonęły bólem.
— Serce me już nie bije od wielu księżyców, — odpowiedział powoli, głosem jak powiew zimnego wiatru. — Wszelako niegdyś biło wiernie dla Klanu Klifu. Żywot mój płynął za dni Cętkowanej Gwiazdy, Lamparciej Gwiazdy, Aksamitkowej Gwiazdy i Srokoszowej Gwiazdy. Lecz kres mu położony został z dala od domu mego; w pośród murów zimnych, z betonu litych, gdzie echo jeno pamięć dawnych dni rozbrzmiewało.
Wojowniczka słyszała każde słowo wyraźnie, choć jego pysk nie drgał nawet o włos. Dźwięk zdawał się otaczać ją z każdej strony, jakby mówił sam wiatr.
— Srokoszowej Gwiazdy? — powtórzyła zdumiona. — Znałeś go? Umarłeś… poza terenami Klanu Klifu? Dlaczego?
Zrozumiała już, skąd brał się ten zapach, który ją prowadził — zapach obcego świata, betonu i rdzy. On był jednym z nich, wojownikiem. A jednak umarł tam, gdzie żaden kot z Klanu nie powinien się znaleźć.
Zjawa zwiesiła głowę. Gdy przemówił ponownie, jego głos zadrżał bólem.
— On był mi druhem serdecznym… lecz rychło w nieprzyjaciela się obrócił. Zwody, kłamstwa, zdrady i podstępy; oto dziedzictwo, jakie po nim zostało. Już przyjacielem nie bywa. Wyrzucił mię jako odpad nędzny, precz od znanych łąk i od wód, które mię znały. Tam, kędy słońce nie dochodzi, a warkot potworów przytłumia pieśń ptaszęcą.
Futro zjawy zadrżało, jakby nawiedzone wspomnieniem. W oczach błysnął żar gniewu, zaraz potem przygasł, ustępując żalowi.
Pietruszkowa Błyskawica uniosła wzrok.
— Srokoszowa Gwiazda cię wypędził? — zapytała, niedowierzając. — Ale dlaczego? Ja znałam go niewiele… mówiono jednak, że miewał kontakty z Mroczną Puszczą…
Jej słowa zawisły w powietrzu. Duch milczał chwilę, jakby wahał się, czy wspomnienia te mają prawo znów zabrzmieć. Wreszcie przemówił:
— Abyś pojąć mogła przyczynę zdrady onej, znać ci potrzeba dzieje me; historię żywota mego i tej, co wśród gwiazd jaśnieje blaskiem wiecznym.
Pietruszkowa Błyskawica skinęła łbem, siadając powoli na liściastym poszyciu. Czuła, jak chłód lasu wpełza jej pod futro. Czas zdawał się stanąć.
— Zatem opowiedz. Kim jest ta, o której wspominasz? — rzekła cicho. — Wysłucham cię… i może uda mi się pomóc.
Zjawa poruszyła się ledwie dostrzegalnie. Z jego pyska nie wydobywał się oddech, a mimo to powietrze wokół drżało.
— Z miasta pochodzi krew ma; z gangów srogich i bezlitosnych. Krew noszę na łapach swych, i winnych, i niewinnych zarazem; sarenek i wilków. Serce me w mroku ongi pogrążone było, słuchało rozkazów głupich, bez rozumu i litości. Takci mię wychowano, przeto i tak żywot mój prowadziłem.
Jego sylwetka przygasła na moment, jakby wspomnienia osłabiały go bardziej niż śmierć.
— Mrok duszy mej rozświecić pragnęła ona, szaleńczą zwana — ta, co z korony, z miłości i z czci odarta została. Zwała się Aksamitną Chmurką, a przez czas krótki także Gwiazdą. Zamiary miała szlachetne, lecz wykonanie ich marne było. Zdrój zdrady zrodził się w sercu onym, co przyjacielem mienion bywał — on mi rozkazał, bym żywot jej odjął.
Głos zadrżał, lecz nie zwolnił.
— Jam nie mógł. Wychowanie znaczenia już nie miało, gdy miłość w serce me się wkradła. Odszedłem tedy z nią tam, kędy beton w łapy parzył. Tamże i śmierć nagła nas dosięgła, jak cień bez ostrzeżenia. Nie pojmuję... tęsknota mię trawi, tęsknota za tą, za którą inni nie wzdychają. Dusza ma płonie jak pochodnia w wichrze. Azaliż słuszną była decyzja ma?
Pietruszkowa Błyskawica milczała, wpatrzona w niego szeroko otwartymi oczami. Słowa ducha brzmiały jak poezja, jak echo dawnej pieśni. Potrzebowała chwili, by je pojąć. W głowie kłębiły się obrazy — miasto, mury, zima, krew, miłość i zdrada. Jedno imię nie dawało jej spokoju. Aksamitna Chmurka. Słyszała o niej kiedyś, dawno temu — gdy była jeszcze uczennicą, ciekawą dawnych dziejów Klanu Klifu. Mówiono, że była przywódczynią, obaloną przez Srokoszową Gwiazdę. Jej rządy miały być słodko-gorzkie. Pietruszkowa Błyskawica przełknęła ślinę. Już wiedziała. Wiedziała, że ta historia nie skończyła się dobrze dla Klanu Klifu.
— Myślę… że to była słuszna decyzja, Niedźwiedzia Siło — wymruczała cicho, z pewnością w głosie, choć w sercu drżała. — Porzuciłeś czynienie zła i wybrałeś miłość. To musiała być dobra decyzja.
Zjawa milczała, a jedyną odpowiedzią był szept wiatru sunący po liściach jak oddech wspomnienia. Wtedy powiało mocniej, i Pietruszkowa Błyskawica uniosła łeb. Wiatr przyniósł znajome zapachy. Futro na karku jej zadrżało.
— Moi klanowicze… tu idą — szepnęła, odwracając głowę w stronę gęstwiny.
Zwróciła wzrok ku duchowi, lecz tam, gdzie przed chwilą stał, nie było już nic. Powietrze zgęstniało, jakby ktoś przed chwilą przeszedł przez zasłonę świata. Zjawa zniknęła bez śladu. Nawet zapach Betonowej Dżungli, który dotąd dusił płuca, rozpłynął się w powietrzu. Pietruszkowa Błyskawica zesztywniała, nie wiedząc, co czynić. Czy czekać? Czy zawołać go z powrotem? A może… wrócić jutro? Po chwili wahania wycofała się o kilka kroków. Las znów był tylko lasem. Żadnych cieni, żadnych oczu wpatrzonych w jej duszę. Zebrała oddech, by ruszyć ku obozowi, gdy nagle; z głębi drzew poniósł się głos, cichy jak echo, a jednak przeszywający serce:
— Studnia…
Kotka zamarła, obracając łeb w stronę dźwięku. Nikt tam nie stał. Tylko wiatr igrał z liśćmi. Uśmiechnęła się lekko, dając znać, że rozumie. Potem, nie oglądając się więcej, ruszyła szybkim kłusem w stronę obozu. O polowaniu, o obowiązkach. W głowie miała tylko jedno imię — Niedźwiedzia Siła — i jego historię, która jak mgła oplatała jej myśli. Z każdą chwilą rozumiała coraz więcej. A jednak wciąż nie znała odpowiedzi na dwa pytania. Dlaczego ją wybrał? I jak ma mu pomóc? Martwi nie potrzebują już niczego — a jednak jego oczy płonęły bólem, a dusza drżała, jakby coś wciąż trzymało ją wśród żywych. Czy można zwrócić duchowi jego ukochaną? Czy można posłać go wreszcie ku Klanowi Gwiazd? A może chodziło o coś prostego, o pamięć, o symbol, o gest, który przyniesie spokój? Czekoladowa wojowniczka wiedziała jedno — teraz nie mogła przestać myśleć. Musiała szukać. Zrozumieć. Bo jeśli duch Niedźwiedziej Siły powrócił do świata żywych… to znaczyło, że jego historia jeszcze się nie skończyła.

.ೃ࿐🌓࿐.ೃ

Gdy słońce wzeszło po raz kolejny w trakcie tego szalonego czasu, a ciężkie, ołowiane chmury zasnuły niebo, jaskrawe promienie gwiazdy zbladły, jakby ustępując miejsca nadchodzącej burzy. Ptaki ucichły, kryjąc się w gęstwinach, a wiatr niósł zapach mokrej ziemi i zwiędłych traw. Cały świat wstrzymał oddech, przygotowując się na pierwszy grzmot. Pietruszkowa Błyskawica siedziała przed jaskinią, wpatrzona to w srebrzysty wodospad, to w ścieżkę wiodącą ku rozległym łąkom, na których wiatr tańczył z ostatnimi źdźbłami lata. Musiała wkrótce ruszyć do studni, lecz obawiała się, że burza dopadnie ją w połowie drogi. Westchnęła cicho, a jej ogon poruszył się nerwowo po chłodnym kamieniu. Wtem, jak z mgły, obok niej pojawiła się ta, która od dawna rozpalała jej serce. Wieczne Zaćmienie wyglądała spokojniej — koszmary, które dotąd dręczyły jej sen, zdawały się ustępować, choć nadal zażywała nasiona maku, by móc zaznać wytchnienia. Przysiadła obok ukochanej, a krople z wodospadu spadały cicho między ich łapy. O ich miłości wiedziały tylko gwiazdy, i może rzeka, której nurt niósł ich sekrety w dal.
— Ostatnio zdajesz się czymś martwić — zaczęła spokojnie, przesuwając ogonem po kamiennej posadzce. W jej głosie pobrzmiewała troska, a w oczach tliło się ciepło, którego tak brakowało w tym ponurym dniu. Miała w życiu wiele zmartwień, dlatego z łatwością dostrzegała cień w spojrzeniu innych.
— To nic takiego. Mam po prostu zły czas — odparła Pietruszkowa Błyskawica, odwracając wzrok. Nie chciała opowiadać o zjawie. Coś ściskało ją w sercu, jakby każde słowo mogło sprowadzić na nią gniew duchów. Po chwili jednak, nie mogąc dłużej milczeć, dodała z wahaniem:
— Czy możliwe jest, by duchy przychodziły do niemedyczek? I skąd wiedzieć, skąd ów duch pochodzi?
Wieczne Zaćmienie uniosła łeb, wyraźnie zaskoczona pytaniem. Na moment zamilkła, jakby ważyła każde słowo, a szum wodospadu zagłuszył ich oddechy. Krople rozbijały się o kamienie niczym tysiące szeptów.
— Rzadko zdarza się, by duchy z Klanu Gwiazd nawiedzały niemedyczki — powiedziała w końcu, cicho, niemal z lękiem. — Co do ich rozpoznania... nie mam pojęcia. Dawno ich nie widziałam. A może nigdy? Może pamięć mnie już zawodzi. Zawsze jednak wyobrażałam je sobie jako istoty utkane z gwiazd i ciepła. Cóż za ironia, prawda? — mruknęła z goryczą, jakby wspominając przeszłość, w której Klan Gwiazd dawno odwrócił od niej wzrok.
— Rozumiem. Cóż, pójdę się przewietrzyć — odparła Pietruszkowa Błyskawica, podnosząc się z ziemi. Otarła się delikatnie o podbródek ukochanej, po czym ruszyła przed siebie. Wieczne Zaćmienie patrzyła za nią jeszcze przez chwilę. W jej oczach błysnęło coś na kształt niepokoju, który zaraz potem zgasł. Spuściła wzrok na własne łapy, jakby w nich próbowała odczytać przyszłość, której nikt już nie potrafił zrozumieć.
Pietruszkowa Błyskawica tymczasem szła z determinacją przez falujące łąki. Wiatr targał jej futrem, plątał wąsy, a niskie trawy uderzały w łapy. W oddali grzmiało; głucho, jakby ziemia budziła się z ciężkiego snu. Gdy błyskawica rozdarła niebo, kotka przyspieszyła kroku. By uniknąć gniewu burzy, wbiegła do lasu. Mknęła między pniami, muskając łapami miękki mech, aż na horyzoncie zamajaczyły Złote Kłosy; a raczej ich cień, porosły już chwastem i ciszą. Wtem, po lewej stronie, dostrzegła znajome, puste spojrzenie. Ciemność między drzewami drgnęła, a szerokie, brązowe barki zjawy zarysowały się w błysku pioruna. Zatrzymała się gwałtownie, serce zabiło jej szybciej. Po chwili jednak pobiegła w jego stronę. Wyskoczyła z lasu. Przy starej studni, na kamieniach pokrytych mchem, siedział on — Niedźwiedzia Siła. Jego niestabilne ciało drżało przy każdym podmuchu wiatru, jakby zaraz miało się rozwiać. A jednak trwał. Jakby sam wiatr chciał go zatrzymać, choć na krótką chwilę.
— Przyszłam, by dokończyć naszą ostatnią rozmowę. Zniknąłeś — mruknęła, siadając na wilgotnej trawie przed nim. Obawiała się wskakiwać na kamienny brzeg studni – była ona niestabilna, a ryzyko wpadnięcia do środka zbyt duże.
— Zniknąć mi przyszło, by nieprawem śmiertelnych spojrzeń nie dosięgła mej wątłej postaci. Pytaćbym cię mógł o rzeczy mnogie, wszelako serce me szepce, iż tyś jest tą, co pytania żarliwsze w piersi swej nosi — odparł duch. Jego spojrzenie powędrowało daleko, ku łąkom ginącym w mgle, jakby obecność rozmówczyni nie miała dla niego większego znaczenia.
— Masz rację. Dlaczego to właśnie do mnie przyszedłeś? — zapytała, wbijając pazury w glebę, jakby szukała w niej oparcia. — Mamy w klanie medyczkę. Ona zapewne lepiej zna się na duchowych sprawach — mruknęła szczerze, a w jej głosie pobrzmiewała niepewność. Obawiała się, że nie zdoła pomóc zjawie. Wiedziała jednak, że Ćmi Księżyc z pewnością potrafiłaby coś zdziałać.
— Medyczka klanu waszego strzeże woli tych, co wśród gwiazd mieszkają. Mniemam wszelako, iż serce jej nie wzruszyłoby się nad takim wędrownikiem jak ja; tym, którego mroczny bór i gwiezdne niwy w niełasce swej odtrąciły — odrzekł Niedźwiedzia Siła głosem głębokim jak echo w kamieniach studni. — Nie godzi mi się taić, iż sam w ich wolę wiarę utraciłem, przeto i sądy ich pojąć zdołam. Tyś wojowniczką, a serce twe, łaskawsze, snadź więcej zrozumienia w sobie nosi; niećmione wiarą ślepą. Wybór mój na cię padł, albowiem spraw mnogich więzy nas splatają. Tyś za miłością kroczy, która zda się cię w bezdroża wodzić. Jam także dla miłości mej wszystko poświęcił. Lecz azali godnaż ona ciężaru, co serca nasze ku przepaści ciąży?
Pietruszkowa Błyskawica drgnęła. Skąd duch wiedział o jej zakazanej miłości do Wiecznego Zaćmienia? Czyżby obserwował ją już od dawna, czekając tylko na właściwy moment? Serce zabiło jej szybciej. Nie wiedziała, co zrobić – czy powinna skłamać, czy może po raz pierwszy od dawna mówić szczerze.
— Może masz rację… — szepnęła po chwili. — Jednak myślę, że różnimy się od siebie. Ty dla swojej ukochanej zrobiłeś wiele dobrego, poświęciłeś się. Ja natomiast sprowadzam na moją ukochaną cierpienie. Straciła przeze mnie swoją rolę. Jej ból jest moją winą — zwiesiła głowę, a łzy zaczęły cisnąć jej się do oczu. — Gdyby nie ja, Wieczne Zaćmienie byłaby szczęśliwa. A teraz Klan Gwiazd zapewne nie przyjmie jej w swoje szeregi.
Niedźwiedzia Siła milczał dłuższą chwilę. Wiatr unosił wokół nich liście, jakby czas sam wstrzymał oddech, czekając na jego słowa.
— Czemuż całą winę na się zrzucasz? — rzekł w końcu cicho, a w jego tonie zabrzmiało coś między wyrzutem a smutkiem. — Skoro twa luba nie odstąpiła od uczucia, choć prawa złamane były, tedy znać, iż gotowa była na ofiarę. Miłość tego żąda, czyż nie tak?
Wojowniczka odwróciła wzrok i skrzywiła pysk. Może i duch miał rację. A jednak w jej sercu wciąż tliło się przekonanie, że gdyby nie pojawiła się w życiu Wiecznego Zaćmienia – gdyby pozostały jedynie przyjaciółkami – tamta byłaby szczęśliwą medyczką, szanowaną przez wszystkich. Mimo to musiała przyznać duchowi rację w niektórych kwestiach. W końcu miłość zawsze niosła w sobie zarówno światło, jak i cień.
— Miłość to uczucie, którego każdy pragnie… lecz czy jest ona naprawdę godna tylu poświęceń? — zapytała cicho, jakby bardziej samą siebie niż zjawę.
— A jak mniemasz? — odparł duch spokojnie. — Tyś serce czystsze nade mnie nosisz; może nauczysz mię, ile miłość waży? Jam ten, co w rozterce stoi, nie wiedząc, czy słusznie uczynił, nie kładąc śmierci na swą miłą. Tyś wszelako prawdę znasz, lecz skrywasz ją; i przed samą sobą ją w mrokach serca więzisz.
Siedziała chwilę w milczeniu, wpatrzona w trawy przed sobą. Powietrze pachniało burzą, a liście na pobliskich drzewach drżały, jakby w napięciu. Myśli wirowały jej w głowie. Czy mogła mu pomóc? Czy naprawdę to jemu, czy może samej sobie chciała dać odpowiedź?
— Zawsze wierzyłam, że miłość to coś świętego — zaczęła po chwili, unosząc wzrok ku niebu, gdzie błyskawice rozdzierały ciemność. — Coś ważniejszego od zasad czy wiary. Przekładałam ją ponad Klan Gwiazd i ich kodeksy, bo nie zgadzałam się z jednym ich punktem. Jak można odbierać coś tak cudownego jak miłość? — jej głos nabrał siły, drżał jednak od emocji. — Waham się nad wiarą w nich, nad zaufaniem. Czasami wydają się wielcy… ale też tacy, których mamy się bać, a nie kochać.
Zatrzymała się na moment, nabierając powietrza.
— Miłość nie musi być romantyczna — mówiła dalej. — Może łączyć rodzinę, przyjaciół, klan. Ale wciąż jest ważniejsza niż cokolwiek innego. Bo gdy tkwimy w mroku, to właśnie ona go rozświetla. Możliwość wtulenia się w znajome futro jest ważniejsza niż tysiąc słów. Czy przodkowie tego nie wiedzą?! — wbiła pazury głębiej w ziemię, a złość zawrzała w niej jak wulkan. — Są ślepi, czy co?!
Jej głos odbił się od kamieni, a duch milczał, patrząc na nią uważnie. Wiatr poruszył trawę wokół, jakby natura odpowiadała na jej gniew.
Po chwili znów się odezwała, tym razem spokojniej, ale z tą samą żarliwością:
— Może gdyby ci wszyscy medycy mieli możliwość kochać… może wtedy byliby silniejsi. Mniej zniszczeni. Mogliby po trudnym dniu, po ratowaniu rannych, znaleźć oparcie w ukochanym kocie. — Uniosła łeb, a w jej oczach błysnęło przekonanie. — Tak, Niedźwiedzia Siło – postąpiłeś dobrze. Sprzeciwiłeś się jednej z zasad gwiezdnych, nie uznałeś słowa lidera za święte. Dzięki temu uratowałeś życie tej, dla której twe serce biło szybciej. Bo to jest miłość.
Zrobiła krok w stronę zjawy.
— Miłość to poświęcenie. To ciepło i chłód jednocześnie. Daje szczęście, a gdy ją tracimy – cierpimy bardziej niż od ran zadanych przez borsuka. Miłość jest czymś ważniejszym niż wiara. Może gdyby wszyscy kierowali się miłością, a nie kodeksami, ten las byłby lepszy… i bezpieczniejszy. Nie sądzisz?
Zjawa słuchała jej z kamiennym wyrazem pyska, nieruchomo, jak posąg wyrzeźbiony z mgły. A jednak w jego oczach poruszyło się coś ledwie dostrzegalnego — delikatne, jasne światełko, jakby w samym sercu cienia zapłonął mały, ciepły ogień.
— A więc słusznie postąpiłem — rzekł w końcu cicho. — I ty także dobrze czynisz. Wieczne Zaćmienie umiłowała cię, a miłość swą poświęceniem własnym objawia. Tyś też w cierpieniu trwasz, wszelako przez miłość wzajemną rozświetlacie mrok ów, jako gwiazdy niebiosa nocne rozjaśniają. Boć dla miłości warto i własny puls w ofierze złożyć.
Wtem z ciemnych chmur, które od dawna górowały nad nimi, spadł deszcz. Krople uderzały o ziemię z cichym szeptem, rozpryskując się w błocie. Przeszywały zjawę na wylot, jakby chciały rozerwać jej mglistą formę, lecz on trwał niewzruszenie, mimo że każdy podmuch wiatru zdawał się rozmywać jego kształt. Oboje trwali w milczeniu, wpatrzeni w siebie. Czas jakby stanął w miejscu, a ich serca biły w tym samym rytmie — jednym, równym uderzeniem, które przebijało się przez szum deszczu. Zrozumieli. Wiedzieli już, czym naprawdę jest miłość. To, co wcześniej wydawało się przeszkodą, okazało się drogą, która prowadziła ich przez mrok. Może nie zawsze to dostrzegali, może nie chcieli tego widzieć — lecz teraz wiedzieli jedno: muszą wrócić do swoich ukochanych. Choćby wymagało to walki z losem, z samymi sobą, z gniewem przodków — muszą zrobić wszystko, by zatrzymać przy sobie miłość.
— Spotkajmy się jutro w nocy, na plaży. Chcę ci coś dać; coś, co może ci pomóc — powiedziała cicho, podnosząc się na łapy.
Po tej rozmowie wiedziała, że nie zdoła przenieść Niedźwiedziej Siły do gwiazd, ani sprowadzić z nich Aksamitkowej Chmury. Ale mogła dać duchowi coś, co przypomni mu o ukochanej. Coś, co stanie się jego światłem wśród ciemności. Kocur skinął łbem z godnością i powoli rozpłynął się w deszczu, jakby sam był częścią burzowych chmur. Jego sylwetka rozwiała się w powietrzu, a po chwili pozostała po nim tylko chłodna mgła. Pietruszkowa Błyskawica odwróciła się i spojrzała w niebo. Ciężkie chmury wciąż zasnuwały horyzont, ale wiedziała, że ponad nimi kryją się gwiazdy — i ci, którzy nimi władają. Czy bali się własnych czynów? Czy żałowali krzywd, które wyrządzili tylu kotom? Czekoladowa wojowniczka nie znała odpowiedzi. Jedno jednak wiedziała na pewno: nie chce wierzyć w tych, którzy zabraniają szczęścia. A mimo to — wciąż będzie przestrzegać ich zasad. Z szacunku, z przyzwyczajenia, a może ze strachu. Bo tak ją wychowano. Nawet jeśli pustka ją pochłonie. Nawet jeśli trafi do Mrocznej Puszczy — to nic nie szkodzi. Chce tylko być z Wiecznym Zaćmieniem. Lecz co, jeśli… jeśli Wieczne Zaćmienie trafi tam, gdzie spoczywają najgorsi? Jak Pietruszkowa Błyskawica miałaby dostać się tam, gdzie mieszkają mordercy? Jej oddech przyspieszył. W uszach zabrzmiało ostatnie echo słowa, które utkwiło w jej głowie niczym cierń.
Mordercy.

.ೃ࿐🌕࿐.ೃ

Nastał następny dzień — ostatni w tej historii. Słońce, schowane za ciemnymi chmurami, dawało znać o upływającym czasie. Ranek, zwykle kojarzony z ciężkim wstawaniem i dobrym śniadaniem, ustąpił miejsca popołudniu pełnemu patroli i rozmów. Potem niebo przybrało odcienie ognia; pomarańczowe, czerwone i czasami różowe. Słońce znikało za horyzontem, a na jego miejsce wychodził księżyc. Klan Gwiazd odsunął chmury, by dać każdemu znać, że dziś jest pełnia — czas zgromadzenia pięciu przynależności. Ocean cofnął się lekko, ukazując Bursztynową Wyspę i ścieżkę prowadzącą do niej. Jednak nie wszystkim było dane postawić łapy na jej śliskich kamieniach. Pietruszkowa Błyskawica tej nocy nie uczestniczyła w zgromadzeniu. I wyjątkowo — nie żałowała. Sama machnęła łapą na propozycję, by iść z resztą. Wolała pozostać w obozie, bo już na tę noc miała swoje własne plany. Gdy obozowisko opustoszało, a reszta kotów kładła się spać, czekoladowa wojowniczka zakradła się do lecznicy. Panowała tam chłodna cisza, gęsta i przytłaczająca — od czasu, gdy Wieczne Zaćmienie odeszła do legowiska starszych. Pietruszkowa Błyskawica dobrze wiedziała, gdzie znajdował się składzik ziół. Zajrzała do środka i niemal od razu dostrzegła to, czego szukała. Kwiat o zazwyczaj pomarańczowych płatkach, lecz ten konkretny był inny — wpadał w głęboką czerwień, przeplataną żółcią, jak płomień zamknięty w łodydze. Wyjątkowy, tak samo jak cała ta noc. Kotka delikatnie ujęła go w pysk. „Przepraszam, Ćmi Księżycu. Obiecuję, że nazbieram ci drugie tyle.” — przeprosiła w myślach uzdrowicielkę, która przebywała teraz na zgromadzeniu. Po chwili wyłoniła się z jaskini, udając spokój, i skierowała się ku wyjściu z obozu. Przed skałą, na straży, siedział Mysi Postrach. Pochrapywał lekko, lecz jego uszy, jak zawsze, były czujne. Gdy tylko usłyszał kroki za sobą, drgnął i natychmiast się wyprostował.
— Pietruszkowa Błyskawico? — wymamrotał, przecierając oczy. — Eee… ja nie śpię! I ty, jak widzę, też nie. Gdzie idziesz? — zapytał od razu, nie zwracając szczególnej uwagi na to, że wojowniczka coś ukrywa za plecami.
— Idę odwiedzić Pogorzelisko — odparła spokojnie. — Wiesz przecież, że lubię to robić w pełnię. Czuję wtedy, że zmarli naprawdę mnie słuchają.
Była to tylko półprawda, ale brzmiała wystarczająco wiarygodnie. Rzeczywiście, często wychodziła właśnie w pełnię, by odwiedzić groby dawnych towarzyszy. Jednak tej nocy miała inne plany. Takie, o których nikt nie musiał wiedzieć.
— Och, jasne… ale wracaj szybko — ziewnął przeciągle czarny kocur i zaraz znów przymknął oczy, pogrążając się w półśnie.
Pietruszkowa Błyskawica cicho czmychnęła w mrok, wciąż trzymając kwiat w pyszczku. Szła delikatnie, niemal bezszelestnie, a po drodze zebrała kilka liści, by przykryć nimi roślinę. Zerknęła na Bursztynową Wyspę — na horyzoncie majaczyły tam sylwetki kotów zebranych na zgromadzeniu. Patrzyła na nie chwilę, bez emocji, po czym odwróciła wzrok i ruszyła w dół, ku plaży. Piasek miękko muskał jej poduszki łap, a oceaniczny wiatr rozwiewał futro, połyskujące w blasku księżyca. Fale szemrały spokojnie, jakby szeptały tajemnice starych czasów. Kotka przysiadła na mokrym piasku i ostrożnie położyła pakunek przed sobą. Kiedy uniosła spojrzenie, niemal podskoczyła. Przed nią stał Niedźwiedzia Siła. Mrok jego sylwetki nie rozjaśniał nawet blask księżyca. Jak zwykle — z kamiennym wyrazem pyska — skłonił głowę w milczącym powitaniu.
— Witaj — szepnęła z lekkim uśmiechem. — Nie mogłam się ciebie doczekać. Mam coś dla ciebie. Coś, co, myślę, rozświetli twój mrok.
Zsunęła łapą pakunek w jego stronę. Duch poruszył uszami i nachylił się nad darem. Wiatr porwał kilka liści, odsłaniając ukryty kwiat. Jego płatki jarzyły się w blasku księżyca — czerwienią i złotem.
— To aksamitka — dodała cicho wojowniczka.
Zjawa drgnęła gwałtownie. A potem wydarzyło się coś, czego Pietruszkowa Błyskawica nigdy by się nie spodziewała. Po raz pierwszy Niedźwiedzia Siła uśmiechnął się.
Jego oczy, dotąd mroczne i puste, rozbłysły nowym światłem — ciemnokasztanowym, takim, jakie miał za życia. Spojrzał na nią z wdzięcznością, a przez jego sylwetkę przebiegł subtelny blask, jakby choć na chwilę znów stał się żywy.
— Ach… a więc takiż drobiazg poruszył serce me — wyszeptał głosem miękkim jak echo. — Łzy w oczach mi się kręcą. Kwiat ten ją mi wspomina; delikatny jest, wszelako jasny jako słońce w zenicie. Choć ujrzeć jej oblicza więcej mi nie będzie dano, wpatrywanie się w tę roślinę ból mój ukoi. Dziękuję ci z głębi duszy mojej… Lecz któżbym był, gdybym się nie odwdzięczył?
Powoli sięgnął za siebie i wyjął coś drobnego, lśniącego w świetle księżyca.
— Oto piórko — rzekł z cichym uśmiechem. — Zda się niczym, a przecie barwy jego osobliwe są i piękne. Niechaj przypominać ci będzie o twej ukochanej, jak echo wspomnień niesione przez wiatr.
Pietruszkowa Błyskawica pochyliła się nad darem. W jej oczach błysnęły łzy. Piórko było czarno-rude, duże, lecz kruche — tak kruche, jak jej ukochana. Wzięła je ostrożnie w łapy. Przez ułamek sekundy było zimne niczym lód, ale zaraz nabrało ciepła i stało się zupełnie realne, jakby duch tchnął w nie odrobinę życia. Z drżeniem przyczepiła je sobie za uchem, tak, by wystawało spośród innych piór, które nosiła. Potem otarła łapą łzy.
— Dziękuję. Wygląda na to, że pomogliśmy sobie nawzajem. Czy jeszcze kiedyś cię zobaczę? — zapytała z nadzieją w głosie.
Zjawa jednak westchnęła, a wokół nich rozlał się chłód, przeszywający aż po same kości.
— Żal mię to wyrzec, wszelako odpowiedź brzmi: nie. Odejść mi trzeba teraz, gdy dusza ma wreszcie spoczynku zaznała. Wszelako ty masz jeszcze szansę, byś z umiłowaną moją się zetknęła. A gdybyś ją ujrzała, rzec jej proszę, iż tęskno mi ku niej każdego dnia; jak gwiazdom za słońcem, gdy świt je rozprasza.
Po tych słowach silny powiew wiatru porwał duszę Niedźwiedziej Siły. Zniknął — może daleko, a może tak blisko, że wystarczyło zamknąć oczy, by go poczuć. Pietruszkowa Błyskawica patrzyła, jak jego kształt rozwiewa się w powietrzu niczym dym. Łzy spływały jej po policzkach. Choć znała go krótko, czuła, jakby straciła kogoś naprawdę ważnego. Zwiesiła głowę i przycisnęła do siebie ostatnie płatki aksamitki. Wiedziała, że nie zdoła spełnić jego prośby — nie mogła trafić tam, gdzie błyszczą gwiazdy. Bo jej serce należało gdzie indziej. Musiała być tam, gdzie Wieczne Zaćmienie. Jej uszy poruszyły się gwałtownie. I wtedy — jakby na samo wspomnienie — w powietrzu rozbrzmiał znajomy krok. Z ciemności wyszła szylkretowa kotka. Jej futro połyskiwało w księżycowym blasku niczym płomień, a w oczach odbijała się cała noc. Wieczne Zaćmienie przysiadła obok niej, spoglądając w stronę oceanu.
— Z kim rozmawiałaś? — zapytała cicho, rozglądając się wokół, jakby szukała niewidzialnego towarzysza.
— Sama ze sobą — odparła łagodnie Pietruszkowa Błyskawica, obracając się w jej stronę. — Uświadomiłam sobie coś ważnego.
Złapała ukochaną za łapę. Jej dotyk był ciepły, drżący od emocji.
— Kocham cię, Wieczne Zaćmienie. I chcę być z tobą — czy to za życia, czy po śmierci. Nie ważne, dokąd nas to zaprowadzi, ani co będę musiała zrobić. Bo kocham cię, a miłość do ciebie dodaje mi sił. Choćbym miała iść na koniec świata, na nowe tereny, czy w samą Mroczną Puszczę — pójdę tam z tobą. Jeśli pustka ma mnie pochłonąć, niech pochłonie mnie z tobą u boku. Nie ważne, ile przodkowie zrobią. W ich wolę już nie wierzę. Wierzę w miłość. I to jej tylko chcę być oddana.
Wieczne Zaćmienie z każdym jej słowem miękła coraz bardziej. Jej pysk drżał, a w żółtych oczach zalśniły łzy. Dla Pietruszkowej Błyskawicy te oczy były światłem w mroku — jedynym, jakie kiedykolwiek pragnęła widzieć.
— Ja też cię kocham — wyszeptała drżącym głosem. — I nigdy nie przestałam. Nie ważne, ile krzywd przodkowie na mnie zrzucili — nigdy nawet nie pomyślałam, by się poddać. Nie chcę, byś kończyła w miejscu, gdzie brak gwiazd. Nie zasługujesz na to, nigdy nie zasługiwałaś. Ale wiem, że dla mnie nadziei już nie ma. Skoro jednak chcesz iść ze mną… zaakceptuję to. Bo i mnie będzie łatwiej, mając cię u boku.
Kotki długo patrzyły sobie w oczy. Księżyc w pełni świecił nad nimi, srebrząc fale i ich futra. Gdzieś daleko zawył wiatr, a morze uderzało o skały. A przodkowie? Ci milczeli. Niektórzy odwracali wzrok z obrzydzeniem. Inni z niemym zdumieniem. Bo oto dwoje serc śmiertelnych, odrzuconych przez boskie prawa, udowodniło, że ich moc jest niczym wobec miłości. Bo nic nigdy nie będzie silniejsze od niej. Będą trwać — za życia i po śmierci. Bo Pietruszkowa Błyskawica zrobi wszystko, by być ze swoją ukochaną. Wszystko.

Dusza Niedźwiedziej Siły zaznała spokoju...

05 października 2025

Od Pietruszkowej Błyskawicy do Świergoczącej Łapy

Jakiś czas temu
Pietruszkowa Błyskawica podniosła się z posłania z wyraźnym trudem. Każdy ruch zdawał się obciążony nie tylko zmęczeniem, lecz także ciężarem minionych dni. Zerknęła kątem oka na mech należący do Melodyjnego Trelu. Kiedyś pachniał znajomo – słodko, domowo – jak bezpieczne sny z czasów kocięctwa. Teraz jednak był zimny, martwy, pozbawiony jakiegokolwiek ukojenia. Zeskoczyła z półki wojowników, a jej łapy wylądowały na twardym gruncie z cichym tupnięciem. Najpierw śmierć ukochanej matki, potem strata Eteru, a wreszcie zaginięcie jednego z najmłodszych uczniów. Dawniej, jeszcze nie tak dawno temu, czekoladowa bez wahania zgłosiłaby się do poszukiwań, wsparłaby rodzeństwo zaginionego, otuliła ich słowem i obecnością. Ale teraz? Nie miała siły. Nie miała już w sobie tego światła. Podeszła powoli do stosu zwierzyny, wybierając wiewiórkę. Gdy się wyprostowała, uniosła łeb i zauważyła, że Wieczne Zaćmienie świdruje ją wzrokiem. Medyczka patrzyła na nią z niepokojem, który zdawał się mówić więcej niż słowa. Obie pragnęły bliskości, ale wiedziały, że obecnie był to luksus zbyt niebezpieczny. Pietruszka podeszła do niej, siadając w bolesnej odległości – tak blisko, by czuć jej obecność, ale zbyt daleko, by znaleźć w niej oparcie. Szylkretowa przełknęła ślinę z trudem, a w jej spojrzeniu pojawił się cień żalu. Po chwili wstała i bez słowa wróciła do legowiska, pozostawiając powietrze gęste od niewypowiedzianych emocji. Czekoladowa spojrzała za nią jeszcze przez moment, a potem powoli pochyliła się nad wiewiórką i zaczęła jeść. Każdy kęs wydawał się zbyt suchy, zbyt bez smaku. Dziś miała dzień wolny od patroli – jeden z nielicznych. Ale wiedziała, że jutro znów będzie musiała wrócić do polowania. Do tej jednej rzeczy, która jeszcze potrafiła ją uspokoić. Do czynności, w której – choć na chwilę – mogła zapomnieć o żałobie, stracie i niepewności.
— Można się dołączyć? — wybrzmiał obok niej młody głos. — Płomykówka i Drzemlik wciąż jeszcze nie wrócili, a ja chętnie spróbowałbym wiewiórki. Zawsze głupio było mi ją brać, bo wydawała się większa — odparł z uśmiechem.
Kotka uniosła wzrok, gdy tylko do jej uszu dotarły słowa młodszego kocura. Na początku jakby nie zrozumiała, co właściwie powiedział – jej spojrzenie przez chwilę błądziło gdzieś poza rzeczywistością. Dopiero po ułamku sekundy poruszyła skręconymi wibrysami, wracając do teraźniejszości. Uśmiechnęła się przyjaźnie do rudzielca i delikatnie pchnęła w jego stronę wiewiórkę. Dodatkowo zachęciła go ruchem łapy, by usiadł bliżej niej. Jej oczy nie błyszczały już jak kiedyś – zgasły nieco, zmatowiały – ale mimo to kotka robiła wszystko, by wykrzesać z siebie choćby iskrę dawnej radości. Wciąż chciała być ciepłem dla innych, nawet jeśli sama od środka stygła.
— Jasne, że tak! Zawsze lepiej je się w towarzystwie — wymruczała miękko, zerkając na Świergota uważniej, niż zwykła to robić.
Kiedyś widziała go z bliska – był wtedy nowy, niepewny, ale pełen zapału. Potem jedynie przemykał jej przed oczami, jakby był tylko jednym z wielu cieni przemykających przez codzienność.
— Jak ci idą treningi? Mam nadzieję, że Gąsienicowy Ogryzek cię nie męczy — dodała z lekkim rozbawieniem, choć w głębi serca naprawdę chciała wiedzieć, jak radzi sobie młodszy kot.
Uważnie przyjrzał się podrzuconej przez kotkę wiewiórce, obwąchał ją i odgryzł mały kęs. Uprzejmie pchnął wątłe ciało z powrotem, kiwnięciem dziękując za poczęstunek.
— Gąsienicowy Ogryzek jest bardzo fajny! — Z chęcią podchwycił nowy temat, pozwalając mu się pochłonąć. — Byliśmy już w tunelach i na drzewach. I w tunelach zostawił mnie samego, miałem nasłuchiwać jego kroków, żeby z nich wyjść! — odparł z entuzjazmem. — Tak to chodzimy głównie na polowania i uczymy się nowych terenów. Ogryzek jest bardzo miły i prawie nigdy na mnie nie krzyczy.
Pietruszka była bardzo zadowolona, że Gąsieniczek tak dobrze sprawdza się jako mentor. To oznaczało, że ona sama nie zawiodła, gdy go szkoliła.
Łezka zakręciła się jej w oku, po czym na chwilę odpłynęła myślami, marząc o posiadaniu kolejnych uczniów. Zawsze pragnęła wyszkolić przynajmniej trzy koty!
— To dobrze, że nie krzyczy. Ja też lubiłam tunele, ale wspinaczka na drzewa to coś, co jest najbliższe memu sercu. Myślę, że właśnie na to zwracałam największą uwagę, szkoląc Gąsieniczka — zaśmiała się. Jej głos zabrzmiał nostalgicznie, jakby kotka nie była już najmłodsza, choć przecież wciąż była w kwiecie wieku!
— A jak dogadujesz się z innymi uczniami? — zapytała nagle z matczyną ciekawością. Zastanawiało ją, czy kocurek ma jakieś kontakty z jej córkami.
Uczeń kiwnął pyszczkiem, słuchając słów starszej kotki.
— Trzymam się głównie swojego rodzeństwa, wszyscy inni są starsi i zawsze zajęci. — Przekręcił oczami. — Rozmawiałem trochę z Postrzępionym Mrozem i tą nową... Kukłą? Tą, co dostała nowe imię, jeszcze dłuższe i dziwniejsze niż poprzednie — rzucił, przez moment szukając kota wzrokiem.
Pokiwała głową entuzjastycznie, z wyraźną radością w oczach, ciesząc się, że młodsze koty spędzają razem czas. Atmosfera była spokojna, niemal sielska, lecz nagłe wspomnienie o rodzeństwie kocura sprawiło, że jej pyszczek na moment posmutniał. Ogon zwolnił radosne machanie, a uszy nieco opadły.
— Rozumiem… A jak się czujesz po całej tej sytuacji z twoim bratem? — miauknęła cicho, z wyczuwalną troską w głosie. Po krótkiej chwili, jakby nie chcąc naciskać, dodała z łagodnym uśmiechem: — Jeśli to dla ciebie zbyt delikatny temat, to... może powiesz, jak myślisz – kiedy zostaniesz wojownikiem?
Ogon kota drgnął, uszy strzyknęły nerwowo.
— Staram się o tym nie myśleć i iść do przodu. — Skłamał, starając się nonszalancko machnąć łapą. Nie potrafił jednak powstrzymać lekkiego grymasu, ani zmiany tonu głosu. — Na pewno się znajdzie.
Wzrok uciekł mu ku dalszej części jaskini, w kierunku legowisk uczniów. — Wojownikiem jednak chcę zostać jak najszybciej! — W jego głosie pojawiła się nagła determinacja. — Opanowałem już wspinaczkę i coraz lepiej łapię się w tunelach. Ogryzek mnie nawet pochwalił! No i jak już zostanę wojownikiem, będę mógł swobodnie wychodzić z obozu i szukać Trójki.
Pietruszka spojrzała smutno na młodszego kocura. W jego oczach dostrzegła ból – surowy, surowy jak rysa na lodzie – którego nie dało się już dłużej ukrywać. Zmiana w jego spojrzeniu, wyrazie pyska i tonie głosu była natychmiastowa i poruszająca. Delikatnie, bez słowa, położyła ogon na jego barkach w geście cichego wsparcia.
— Wiesz... w żałobie nie ma nic złego — powiedziała łagodnie, z ciepłem. — Mam nadzieję, że Trójka się odnajdzie. Naprawdę... Ale nawet jeśli nie, to masz prawo czuć smutek.
Zawiesiła głos na moment, jakby ważąc każde słowo, które miało paść dalej.
— To, że pragniesz zostać wojownikiem, nie znaczy, że musisz być silny przez cały czas — dodała w końcu, jakby w odpowiedzi na jego uporczywe zapewnienia. — Smutek nie jest słabością.
Przyglądała mu się jeszcze przez chwilę, a potem spojrzała w głąb jaskini.
Spojrzenie młodego kocura krążyło bez celu po całym obozie, nie potrafiąc się skupić, nie potrafiąc się zmusić do kontaktu wzrokowego.
— Na pewno się odnajdzie — powtórzył z pyskiem skierowanym ku ziemi.
Ogon drgał niespokojnie, jakby podjął walkę z niewidzialnym wrogiem
— Ty... Też kogoś straciłaś, prawda? — spytał, przypominając sobie, skąd zna swoją towarzyszkę. — Melodyjny Trel, tak? — Jego głos znowu się załamał, na krótki moment, jeden oddech. — Była Twoją matką?
Kotka na chwilę znieruchomiała, zastanawiając się, co odpowiedzieć kocurowi. Lekki wiaterek, który wdarł się do jaskini, poruszył jej futerkiem.
<Och, Świergotku… co ja ci mam odpowiedzieć?>